Takiej inicjatywy na skalę Polski jeszcze nie było. Połączona Puszcza Polska to nowatorska idea, której celem jest stworzenie jak największego obszaru cennych przyrodniczo lasów, które przetrwają w nienaruszonej formie. W ten sposób uda się stworzyć spójny organizm z lasów znajdujących się na terenie całego kraju. A będzie to możliwe dzięki połączeniu różnych środowisk i wsparciu zwykłych ludzi, a także merytorycznej opiece Fundacji Las Na Zawsze. Wszystko zaczęło się od jednego telefonu – wspomina wiceprezes fundacji, Paweł Krzemiński. Zaprzyjaźnione stowarzyszenie poprosiło nas o pomoc przy wykupie i zabezpieczeniu niezwykle cennego lasu Wytrzyszczka w województwie małopolskim, który został wystawiony na sprzedaż. Była duża szansa, że zostanie zniszczony, dlatego też zrobiliśmy wszystko, co było możliwe, żeby odkupić unikalne 4.5 hektara dzikiego i bioróżnorodnego terenu. Udało się, ale wiedzieliśmy, że to dopiero początek. Dziś Fundacja Las Na Zawsze chroni ponad 40 hektarów cennych przyrodniczo obszarów leśnych w różnych częściach Polski. Cel jest ambitny – na początkowym etapie tworzenia Puszczy Polskiej fundacja chce pozyskać obszar leśny o wielkości minimum 2000 hektarów – tyle, ile wynosi powierzchnia Ojcowskiego Parku Narodowego. W dłuższej perspektywie fundacja chce stworzyć sieć dojrzałych, zróżnicowanych lasów na terenie całego kraju. W Polsce, w której zaledwie 1% powierzchni stanowią parki narodowe, taka obywatelska idea może być dużym wsparciem dla ginącej natury. Jak to działa w praktyce? Fundacja Las Na Zawsze zaprasza do współpracy wszystkich – od lokalnych społeczności, przez aktywistów i aktywistki, aż po osoby ze świata biznesu. Tak naprawdę każdy, komu zależy na ochronie przyrody, może włączyć się w projekt. Ochrona lasów wymaga wspólnej i kompleksowej pracy – zarówno organizacji rządowych, trzeciego sektora, ale też zwykłych ludzi, którzy rozumieją potrzebę zachowania natury w jak najmniej zmienionej formie, szczególnie w dobie postępującej antropopresji. W pierwszej kolejności wyszukiwane są dojrzałe, bioróżnorodne lasy, których ochrona jest szczególnie ważna. Tereny są wytyczane w porozumieniu z ekspertkami i ekspertami z Instytutu Nauk Leśnych i Wydziału Leśnego Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Lasy te znajdują się w rękach prywatnych, dlatego fundacja, przy pomocy środków zebranych od ludzi, odkupuje je i… pozostawia w nienaruszonej postaci. Takie działanie zabezpieczane jest kontraktem ekokonserwacyjnym, który uniemożliwia jakiekolwiek wykorzystanie lasów do celów komercyjnych, np. działań gospodarczych, na kolejne pokolenia. W założeniu Połączona Puszcza Polska ma stać się żyjącą siecią lasów, która będzie funkcjonowała w tak dużej skali, jak to tylko możliwe. Im więcej osób przyłączy się do inicjatywy, tym większa puszcza powstanie. Inicjatywa zyskuje poparcie także wśród innych organizacji i w oczach ekspertów. Ryszard Kulik, doktor psychologii, przyrodnik, aktywista, związany z Fundacją Klub Myśli Ekologicznej, tak wypowiada się o projekcie:
“Najważniejsza wiadomość w historii ludzkości brzmi: bezpowrotnie tracimy planetarne życie – żyjemy w czasach wielkiego wymierania gatunków. Większość z n ich zamieszkuje lasy, które są bezwzględnie eksploatowane gospodarczo. Potrzebujemy zatem skutecznej ochrony dzikiej przyrody. Jednym z ważnych działań w tym kierunku jest wykupywanie lasów prywatnych i pozostawianie ich przyrodzie.“
Dlaczego to ważne? Dojrzałe, rodzime lasy mają ogromną wartość przyrodniczą. Dzięki temu, że nie były istotnie zmieniane przez człowieka, miały szansę na nieskrępowany rozwój bioróżnorodnego środowiska, w którym swoje schronienie znajdują między innymi zagrożone lub praktycznie wymarłe gatunki roślin i zwierząt. Ponadto lasy wspierają nas w walce ze zmianami klimatu, oczyszczają powietrze i wiążą dwutlenek węgla, a także regulują obieg wody w przyrodzie, co w naturalny sposób zatrzymuje erozję gleby oraz stepowienie terenów, które staje się realnym problemem w całej Europie. Stworzenie przyrodzie przestrzeni do samoregulacji pozwala też na obserwację jej naturalnego cyklu, rozwój sprzyjającej biosfery i stworzenie bezpiecznych siedlisk dla wielu organizmów. Na obecnym etapie, dzięki działalności fundacji, udało się już zabezpieczyć wiele siedlisk cennych gatunków, między innymi salamandry plamistej, gniadosza czy strzyżyka. Ale nie należy też zapominać o aspekcie edukacyjnym – Połączona Puszcza Polska ma realną szansę stać się cennym dziedzictwem dla kolejnych pokoleń, które otrzymają możliwość kontaktu z naturą w jak najmniej zmienionej formie. Przebywanie w lesie przynosi też wymierne korzyści dla naszego dobrostanu, wycisza i relaksuje. Nie bez powodu coraz większą popularnością cieszą się też takie aktywności, jak leśna edukacja, lasoterapia czy spacery z przyrodnikami.
Podobne inicjatywy z powodzeniem działają już w krajach Europy Zachodniej, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, Australii czy Ameryce Południowej, a tematyka ochrony lasów od jakiegoś czasu staje się coraz bardziej palącym problemem, który wymaga konkretnych rozwiązań i przemyślanego działania na jak największą skalę. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że dopiero po 24 latach jest planowany kolejny park narodowy, to każda nowa inicjatywa wydaje się cenna. Warto też spojrzeć na statystyki w szerszej perspektywie – aktualnie łączna powierzchnia parków narodowych stanowi tylko 1% obszaru Polski. Tymczasem w Norwegii parki narodowe zajmują 6% powierzchni kraju, w Czarnogórze 8%, nie wspominając o Islandii, gdzie liczby dochodzą do 11%. Fundacja Las Na Zawsze – pomysłodawca Połączonej Puszczy Polskiej – ma na swoim koncie wiele sukcesów związanych z ochroną i sadzeniem nowych lasów w duchu bioróżnorodności. Aktualnie pod ich ochroną znajduje się ponad 400 000 m2 dojrzałych lasówi odpowiadają za nasadzenia 1 906 507 m2 nowych. Fundacja jest też od lat wspierana przez największe marki, m.in. Orange i Decathlon oraz wielu artystów takich jak Dawid Podsiadło, Łukasz L.U.C. Rostkowski czy Sarsa. Na stronie polaczonapuszczapolska.pl można dowiedzieć się więcej o samej idei, a także dołączyć do projektu. Żródło: materiał prasowy Fundacji Las na Zawsze
Najnowszy monitoring pożarów 2025 przeprowadzony przez Copernicus Atmosphere Monitoring Service (CAMS) wskazuje na niższą niż przeciętnie globalną aktywność pożarową w pierwszych miesiącach roku. Dane z monitoringu pożarów ujawniają interesujący trend – podczas gdy emisje globalne spadają, niektóre regiony doświadczają rekordowych zjawisk pożarowych, które znacząco wpływają na jakość powietrza.
Eksperci CAMS podkreślają, że monitoring pożarów 2025 dostarcza kluczowych informacji dla zdrowia publicznego i zarządzania kryzysowego w obliczu zmieniającego się klimatu.
Analiza CAMS całkowitej optycznej grubości aerozoli na poziomie 550 nm nad Azją Wschodnią w okresie od 1 do 30 kwietnia 2025 r. Źródło: CAMS/ECMWF. POBIERZ ANIMACJĘ
Historyczny spadek emisji w Azji Południowo-Wschodniej
Kraje Azji Południowo-Wschodniej (Mjanma, Tajlandia, Laos, Kambodża i Wietnam) zanotowały jeden z najniższych sezonowych poziomów emisji z pożarów od początku prowadzenia pomiarów w 2003 roku. Według danych CAMS:
Łączna emisja węgla wyniosła zaledwie 37 megaton w pierwszych czterech miesiącach 2025 roku
To mniej niż połowa średniej z lat 2003-2024 wynoszącej 79 megaton
Stanowi drugi najniższy wynik w historii pomiarów GFAS
Eksperci wiążą ten spadek przede wszystkim z ograniczeniem wypalania roślinności w rolnictwie, które tradycyjnie stanowi główne źródło emisji z pożarów w regionie.
„Dym z pożarów roślinności może dodatkowo potęgować obciążenie z lokalnych źródeł zanieczyszczeń powietrza, takich jak ruch drogowy, gotowanie i ogrzewanie domowe czy przemysł” – wyjaśniają specjaliści CAMS.
Rekordowe pożary w Korei Południowej alarmują naukowców
Pod koniec marca 2025 roku seria pożarów objęła południowe regiony Korei Południowej, powodując ofiary śmiertelne i znaczne straty materialne. Monitoring CAMS wykazał bezprecedensową skalę zjawiska:
Emisja węgla osiągnęła 0,8 megaton – najwyższy poziom w 23-letniej historii pomiarów
To czterokrotność typowej rocznej emisji wynoszącej około 0,2 megatony
Wyjątkowo suche, gorące i wietrzne warunki przyczyniły się do niezwykle szybkiego rozprzestrzeniania pożarów
Całkowita roczna szacunkowa emisja węgla z pożarów w Korei Południowej w latach 2003–2025 (do 31 marca 2025 r.). Źródło: CAMS/ECMWF.
Europa Północno-Zachodnia zagrożona nietypowymi pożarami
W miarę zbliżania się lata na półkuli północnej, w kilku regionach obserwowany jest wzrost liczby pożarów i emisji dymu. System CAMS
odnotował nietypowe pożary w:
Wielkiej Brytanii
Irlandii
Niderlandach
Belgii
Zjawiska te są bezpośrednio związane z występującą w ostatnich tygodniach suszą w Europie Północno-Zachodniej.
Znaczenie monitoringu pożarów dla zdrowia publicznego
Mark Parrington, starszy naukowiec Copernicus Atmosphere Monitoring Service, podkreśla: „Pożary i spalanie biomasy mają istotny wpływ na jakość powietrza i ludzkie zdrowie. Zbiór danych CAMS dotyczących emisji z pożarów z ostatnich 23 lat pozwala nam szybko ocenić skalę bieżących pożarów na całym świecie i określić, jak zmieniają się emisje w poszczególnych regionach.”
Dane CAMS są szczególnie cenne podczas obserwacji zanieczyszczeń transgranicznych z pożarów, ponieważ:
Prognozy dokładnie odwzorowują transport dymu i zanieczyszczeń powietrza
Pozwalają na lepsze przygotowanie się do potencjalnych zagrożeń zdrowotnych
Umożliwiają monitorowanie jakości powietrza w czasie rzeczywistym
Co nas czeka w najbliższych miesiącach?
CAMS obserwuje już rozwijające się rozległe pożary w:
Eurazji Wschodniej, w tym na kole podbiegunowym
Kanadzie
Służba zapowiada dalsze monitorowanie emisji związanych z tymi zjawiskami i informowanie o wszelkich nietypowych zdarzeniach, które mogą wpłynąć na jakość powietrza i zdrowie mieszkańców.
Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA oraz Zielony Instytut serdecznie zapraszają na okrągły stół energetyczno-klimatyczny: “Rola obywatelskich i odnawialnych społeczności energetycznych w obszarze zielonej transformacji energetycznej Polski”.
Data: 26 maja 2025 r.
Godzina: 11:00 – 14:00
Miejsce: Dom Śląski, ul. Pawła Stalmacha 17, 40-058 Katowice
Podczas Okrągłego Stołu, w którym wezmą udział samorządowcy, przedstawiciele organizacji pozarządowych, środowiska akademickiego oraz parlamentarzyści, wspólnie będziemy dyskutować nad kluczowymi aspektami transformacji energetycznej i klimatycznej w Unii Europejskiej. Poruszymy m.in. następujące zagadnienia:
Aktualny stan energetyki obywatelskiej w Polsce.
Unijne cele związane z podnoszeniem efektywności energetycznej, zwiększeniem udziału OZE i ograniczaniem emisji gazów cieplarnianych do 2030 r., a także demokratyzacją energetyki w UE, ze szczególnym uwzględnieniem obywatelskich i odnawialnych społeczności energetycznych (https://eko-unia.org.pl/spolecznosci-energetyczne/).
Realizacja unijnej zasady „po pierwsze efektywność energetyczna”.
Łączenie efektywności energetycznej z rozwojem własnych źródeł OZE, magazynowaniem energii, komunalnymi sieciami elektroenergetycznymi oraz innymi usługami energetycznymi w ramach tworzenia lokalnych rynków energii (zgodnie z dyrektywą 2019/944 w sprawie wspólnych zasad rynku wewnętrznego energii elektrycznej w UE).
Tworzenie i realizacja praktycznych działań we współpracy z obywatelami/ obywatelkami w ramach obywatelskich społeczności energetycznych (ang. citizen energy community CEC) oraz odnawialnych społeczności energetycznych (ang. renewable energy communities, REC).
Formuła okrągłego stołu zapewni równe szanse do wymiany poglądów i umożliwi aktywne zaangażowanie różnych grup interesariuszy w dyskusję na temat procesu uspołeczniania i zazieleniania śląskiej energetyki.
W czasie wydarzenia, ok. godziny 12:30, zapraszamy Państwa na wegański poczęstunek.
Wydarzenie zostało objęte patronatem Stowarzyszenia BoMiasto.
Osoby zainteresowane udziałem w warsztatach prosimy o kontakt: kkubiczek[małpa]eko.org.pl
Patronat medialny:
Projekt realizowany w ramach Inwestycji G1.1.4 Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności: Wsparcie dla instytucji wdrażających reformy i inwestycje w ramach REPowerEU
Jeszcze nigdy montaż instalacji fotowoltaicznej nie był tak tani.
Na rynku pojawiają się już oferty 1600 zł netto za kilowatopik, ale to chyba nie koniec jazdy w dół. Zwłaszcza że są już pierwsze przymiarki do sprzedaży instalacji używanych, które można nabyć od syndyków. Tak, producenci energii z dużych farm fotowoltaicznych stanęli u progu bankructwa. Wszystko przez skrajnie niskie ceny oferowane przez państwowych monopolistów, coraz częściej jest to mniej niż 20 groszy netto za kilowatogodzinę, a to dla wielu firm oznacza brak wystarczających środków na spłatę raty kredytu.
Skrócić łańcuch dostaw
Silny stres, graniczący z paniką to częste dzisiaj uczucia u producentów energii elektrycznej z fotowoltaiki. Nic więc dziwnego, że coraz większym zainteresowaniem cieszą się spółdzielnie energetyczne. Możliwość sprzedawania energii lokalnym firmom, samorządom i mieszkańcom bez drogiego pośrednika, jakim jest państwowy monopolista, i z dużym upustem na kosztach dystrybucji pozwala uzyskać większy zysk, a w aktualnej sytuacji to może być jedyny sposób na ocalenie firmy. Najwięcej za prąd płacą firmy, ale te rzadko zakładają spółdzielnie. Zdecydowanie częściej robią to samorządy, gminy wiejskie i wiejsko-miejskie. Co prawda samorząd to znacznie mniejszy klient niż średniej wielkości zakład przetwórczy, ale jego wiarygodność jako płatnika osładza ten fakt.
Przebudzenie w gminach
Ani ostatnie trzy lata istnienia spółdzielni energetycznych, ani programy edukacyjne opisujące korzyści z ich zakładania nie podziałały tak otrzeźwiająco na gminy jak rachunki za energię z początku 2025 roku. To właśnie na tych fakturach widać efekty wprowadzenia rozliczeń prosumenckich w systemie net-billing. Takich instalacji w gminach jest bardzo dużo. Brak faktycznych korzyści z tych inwestycji to zimny prysznic, ale odkrycie, że zakup energii z instalacji fotowoltaicznych w net-billingu jest droższy, niż gdyby tej instalacji w ogóle nie było, przyprawia już o palpitację serca. Jeszcze pół biedy, gdy taka instalacja jest na szkole albo urzędzie, bo te czynne są w dzień, a więc występuje jakakolwiek autokonsumpcja wyprodukowanego prądu.
Znacznie gorzej jest, gdy instalacja znajduje się na stacji uzdatniania wody albo podłączona jest do oświetlenia drogi, gdzie najczęściej nie będzie miała ekonomicznego sensu. Jednak prawdziwy koszmar mają gminy, które wydały miliony i zainstalowały i użyczyły mieszkańcom setki instalacji na ich prywatnych dachach. Net-billing sprawił, że teraz w tych gminach są setki wściekłych rodzin, które szykują się do marszu z pochodniami na urząd gminy, a osoba, która ten marsz poprowadzi, być może będzie nowym wójtem. Gminy PILNIE potrzebują cofnąć czas i zastąpić net-billing wcześniejszym systemem net-metering, a jedynym na to sposobem jest założenie spółdzielni energetycznej.
Energetyczne dożynki
Kiedy gmina już dojrzeje do etapu zakładania spółdzielni energetycznej, dochodzi do nowych wniosków. Pierwszym jest to, że skoro już trzeba nauczyć się na nowo spółdzielczości, to warto wykorzystać ten potencjał w pełni. Nagle się okazuje, że owszem, mamy moce OZE, ale za mało, żeby całkiem przestać płacić za drogą energię czynną.
Trzeba trochę dobudować mocy wytwórczych, zwłaszcza że dotacji jest sporo… program energia dla wsi, środki z BGK czy program B.2.2.2 Ministerstwa Klimatu. Jednak budowy trwają, brakuje warunków przyłączeniowych, a państwowi monopoliści lubią nie wydawać warunków przyłączeniowych, nawet gdy prawo im tego nakazuje. Samo posiadanie fotowoltaiki nie daje też gwarancji, że nie zostanie ona wyłączona w ramach „nierynkowego rozdysponowania”. Oficjalnie chodzi o bezpieczeństwo sieci.
Szkoda tylko, że państwowi monopoliści, dbając o bezpieczeństwo, dziwnie chętnie wyłączają instalacje obce, a praktycznie nigdy nie wyłączają własnych. Tu warto wspomnieć, że Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi zgłosiło postulat zakazu wyłączania mocy wytwórczych społeczności energetycznych. Ma to sens, bo dzięki wysokiej autokonsumpcji takie podmioty stabilizują sieć. Jednak formalnie takiego przepisu jeszcze nie ma.
Lokalna współpraca kluczem do sukcesu
Ryzyko wyłączenia mocy wytwórczej gminnej spółdzielni energetycznej można jednak ograniczyć. Rozwiązaniem może być przyjęcie do spółdzielni lokalnego producenta, najczęściej dużej farmy fotowoltaicznej. Taką instalację też można wyłączyć, jednak to nie jest ryzyko gminy. Jak farma nie dostarczy energii, to nie dostanie pieniędzy. Najwyżej musi wyprodukować więcej poza szczytami. To teraz dla gminy przyjemny partner, który nie wybrzydza. No i najczęściej jest dostępny właściwie „od ręki”. Sukces w postaci niższych wydatków materializuje się bardzo szybko.
Nasze małe ojczyzny mają to do siebie, że informacje podróżują w nich bardzo szybko. Po załatwieniu potrzeb gminy pojawiają się potrzeby mieszkańców i lokalnego biznesu. Znacznie łatwiej jest rozpoczynać takie projekty, mając przetarty szlak. Pojawią się też nowe rodzaje mocy wytwórczych. Te wymagające większych nakładów finansowych i kompetencyjnych, czyli turbiny wiatrowe i biogazownie.
Łukasz Pałucki Jest specjalistą Zielonych Wiadomości ds. energetyki rozproszonej. Praktyk zarządzający jedną z pierwszych spółdzielni energetycznych. Pomaga też samorządom zakładać spółdzielnie na terenie całego kraju.
UWAGA: Już wkrótce na stronach Zielonych Wiadomości opublikujemy raport na temat samorządowych instalacji fotowoltaicznych, które są rozliczane w systemie net-billing. Będzie to największe w historii badanie dot. OZE w samorządach. Opublikujemy dane z 2373 polskich gmin. Dzięki temu dowiecie się, ile polskie gminy wydały na takie instalacje, jaka jest ich moc oraz ile jeszcze planują zainwestować. Projekt realizowany w ramach Inwestycji G1.1.4 Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności: Wsparcie dla instytucji wdrażających reformy i inwestycje w ramach REPowerEU.
Rzeki w Polsce wysychają. Konsekwencją zmiany klimatu są nie tylko susze, ale i… powodzie. Prawie połowa rzek w Polsce ma coraz mniejsze maksymalne przepływy wody – wynika z badania, które opublikowano na łamach „Quaestiones Geographicae”.
Można przyjąć 2 tys. kalorii zaledwie podczas jednego posiłku. Dzięki temu zapewnimy organizmowi odpowiednią dzienną ilość energii. W konsekwencji skończymy jednak z pełnym brzuchem i zaburzonym cyklem odżywiania.
Podobnie zaburzony jest sposób zasilania w wodę naszych rzek.
Rzeki w Polsce wysychają
Jak zmiana klimatu wpływa na maksymalne dobowe przepływy w rzekach? Odpowiedzi właśnie na to pytanie poszukali Wiktoria Brzezińska, doktorantka z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, oraz profesor tej uczelni, dr hab. Dariusz Wrzesiński.
W badaniu uwzględnili dane ze 148 stacji pomiarowych położonych na 97 rzekach w Polsce. Wnioski z analizy opublikowano w założonym przez poznańską uczelnię czasopiśmie „Quaestiones Geographicae”.
Badanie objęło lata 1951-2020. Na podstawie zmian średniej rocznej temperatury w Polsce przyjęto, że początek wywołanego przez zmianę klimatu cieplejszego okresu przypada na rok 1988.
Najważniejszy wniosek? Z powodu globalnego ocieplenia wiele rzek w Polsce toczy coraz mniej wody.
W połowie rzek
Analiza wykazała zmniejszenie maksymalnych dobowych przepływów w prawie 90% badanych wodowskazów. W połowie z nich zmiany te okazały się istotne statystycznie.
Największej zmianie ulegają rzeki w centralnej i wschodniej Polsce – aż 40% z przebadanych stacji pomiarowych w tych częściach kraju wykazało znaczące statystycznie spadki.
– To jeden z przykładów pokazujących wyraźny wpływ zmiany klimatu w Polsce. Tendencja ta oznacza, że w najbliższej przyszłości susze mogą stawać się coraz bardziej dotkliwe – mówi Brzezińska w rozmowie z portalem „Nauka o Klimacie”.
Nie ma śniegu, nie ma wody
W badaniu uwzględniono m.in. poszczególne sezony. Dzięki temu autorzy wykazali, że spadająca wysokość maksymalnych przepływów dotyczy zwłaszcza wiosny i lata. W okresach tych odnotowano wyraźne zmiany trendów odpowiednio w 37% i 22% przypadków.
Z kolei wzrosty odnotowano głównie jesienią na południu Polski (w karpackich dopływach Wisły) i zimą w północno-wschodniej części kraju (w zlewni Narwi i Biebrzy). – Rzeki w północno-wschodniej części Polski odnotowują wcześniejsze pojawianie się maksimów przepływu nawet w styczniu i lutym. Czyli nie jak to bywało typowo wiosną, tylko jeszcze w trakcie zimy – doprecyzowuje Brzezińska.
I wyjaśnia, że zmiana ta spowodowana jest malejącą pokrywą i częstszymi śródzimowymi odwilżami. – Śnieg zimą nadal występuje, ale pokrywa śnieżna nie zalega już tak długo jak kiedyś. Przez to wiosną odpływ roztopowy i kulminacje wezbrań są mniejsze – tłumaczy główna autorka badania.
Wisła na Mazowszu, styczeń 2024. Zdjęcie: A. Kardaś
W rezultacie przepływy maksymalne wezbrań wiosennych rzek na polskim Niżu są coraz mniejsze i pojawiają się wcześniej. Mniejsze opady śniegu i wzrost zasilania rzek z opadów deszczu w czasie cieplejszych zim może także prowadzić do zmiany charakteru tzw. reżimu śnieżnego rzek.
– Patrząc na tendencje, rodzi się pytanie, czy typologia reżimów rzek w Polsce, która od lat jest stosowana w terminologii naukowej, nie będzie musiała ulec modyfikacji – zastanawia się Brzezińska.
Przez brak wody… powódź?
Autorka badania zwraca przy tym uwagę na dość nieoczywiste zjawisko. Ze względu na to, że rzeki w Polsce stają się coraz bardziej suche, paradoksalnie… rośnie zagrożenie powodziami rzecznymi.
Dlaczego tak się dzieje? Żeby to wyjaśnić, powróćmy do wcześniejszej metafory. Tak samo jak dla człowieka najzdrowsze jest odpowiednie odżywianie się w ciągu całego dnia, tak dla rzeki najlepsze jest odpowiednie „nawadnianie” w ciągu całego roku.
Gdy śnieg wiosną topniał, stopniowo nawilżał glebę i zasilał wody gruntowe przez kolejne tygodnie. Taka gleba jest zaś o wiele skuteczniejsza w przyjmowaniu nadmiaru wody. Gdy jest jednak wysuszona, woda nie jest w stanie w nią wsiąknąć. W rezultacie spływa więc powierzchniowo do rzeki, potencjalnie zwiększając wysokość fali wezbraniowej. Problem ten dotyczy również powodzi błyskawicznych, które coraz częściej pojawiają się w naszych miastach.
– W ten oto sposób dochodzi do błędnego koła, w którym susza i powódź są ze sobą ściśle powiązane – tłumaczy Brzezińska.
Powódź w Polsce (2024) w zobrazowaniu satelitarnym NASA/USGS, ułatwiającym zidentyfikowanie obszarów zalanych wodą – mają kolor granatowy. Kolory zielone, brązowe i szare oznaczają powierzchnię i obiekty nie pokryte wodą.
Konieczność adaptacjiWspółautorka badania przywołuje przy tym wrześniową powódź w Polsce. I zwraca uwagę, że po jej zakończeniu nie doszło do żadnej głębszej refleksji nad tym, dlaczego konsekwencje były tak duże.
Według Brzezińskiej zmieniające się trendy w polskich rzekach są jednak wyraźnym sygnałem, by poważniej potraktować adaptację do zmiany klimatu. – Potrzebne są chociażby programy renaturyzacji rzek i zazieleniania miast, które wzmocnią retencję wody i zmniejszą ryzyko powodziowe. Wciąż wydawane są też pozwolenia wodno-prawne na budowy w obszarach zagrożonych powodziami – zauważa.
Kolejne badanie Brzezińskiej i Wrzesińskiego dotyczyć będzie minimalnych przepływów w polskich rzekach. Jego publikacja planowana jest na drugą połowę 2025 roku.
Ten felieton jest ascetyczny, z założenia redakcyjnego i autorskiego. Taka formuła sprawia, że tekst jedynie sygnalizuje problem. Siłą rzeczy jest wybiórczy i niedoskonały. Tak jak wybiórcze oraz niedoskonałe bywa postrzeganie przez nas roli owadów w przyrodzie i ludzkim funkcjonowaniu na Ziemi.
Sławomir Zieliński fot. E. Olejniczak
Z jednej strony jest tak, że owady (z łac. Insecta) są ciągle dominującą na świecie grupą organizmów. Innymi słowy osiągnęły wielki sukces ewolucyjny. Stanowią około 85% znanych nauce gatunków zwierząt (w Polsce ok. 93%). Dotąd poznano na Ziemi blisko 1,1 mln gatunków owadów (w Polsce ok. 30 tys.). Szacunek ich zróżnicowania waha się od dwóch do kilkudziesięciu milionów gatunków (w Polsce 28-34 tys.). Żadna z grup istot nie jest – uwzględniając obecną wiedzę – tak różnorodna. Druga „strona medalu” jest mniej optymistyczna. Tempo wymierania gatunków w ostatnich dekadach gwałtownie wzrosło.
Ten smutny fakt dotyczy w znacznej mierze owadów, m.in. z uwagi na ich różnorodność. O ile kogoś nie przekonuje różnorodność i piękno Insecta czy ich skomplikowane życie, tj. ekologia owadów, to warto dostrzec kluczową rolę, jaką pełnią one w biosferze. Świat biotyczny bez tych zwierząt miałby poważne kłopoty z funkcjonowaniem. Już fakt, że żyją one prawie wszędzie, że uczestniczą w rozkładzie martwej materii i w większości powiązań pokarmowych oraz poza pokarmowych, winien wzbudzać jeśli nie podziw, to przynajmniej sympatię, aprobatę i szacunek.
Mocno daje do myślenia taki oto przykład. Gdyby nagle z jakiegoś powodu zabrakło na Ziemi owadów uczestniczących w rozkładzie związków organicznych, a procesy obumierania roślin, zwierząt i grzybów nadal by trwały, to w ciągu kilkudziesięciu zaledwie dni cała nasza planeta, w tym morza i oceany, pokryłaby się warstwą nierozłożonej materii o grubości kilkudziesięciu metrów. O wysokości przeciętnego wieżowca! Zaś istnienie wielu gatunków, w tym Homo sapiens, z całą pewnością by się szybko, a może i widowiskowo zakończyło.
Spektakularna różnorodność owadów oraz wiele aspektów ich budowy ciała i życia przekłada się też na fakt, że są one sztandarową grupą konkurującą z ludźmi o zasoby pokarmowe Ziemi. Oczywiście mowa tu o niewielkiej puli gatunków. Trudno wyobrazić sobie, że ludzką uwagę w powyższej kwestii przykują pajęczaki, wrotki, płazy, niesporczaki czy inne grupy z systematycznej drabinki życia. To gromada dogłębnie „rozpracowywana” w profesjonalnej literaturze i zwykłej prasie w zakresie „szkodliwości”, „nosicielstwa” czy „uciążliwości”. Ich potępianie i tępienie cechuje „rys heroicznej walki”, niby szlachetnie pro-człowieczej lecz de facto napędzającej ludzki utylitaryzm. Przejawiający się np. wzmożoną produkcją pestycydów, śmiertelnych pułapek, itd. Na końcu tej walki widać już tylko (dla niektórych „aż”) trywialne „robienie” pieniędzy. Ile tu się jeszcze arogancji ludzkiej wydarzy?
Owadów na Ziemi ubywa. Tak na poziomie gatunkowym (bezpowrotne wymieranie), populacyjnym (np. spadki liczebności), jak i ekosystemalnym (zanikanie środowisk życia). Ponurego obrazu nie zmieniają, gdyż nie mogą, tzw. gradacje, tj. gwałtowne skoki liczebności populacji niewielkiej części gatunków. Przyczyny tych skoków są różne, ale w większość to efekt beztroskiej działalności człowieka. Odwadnia, upraszcza przestrzeń, zabudowuje, wpływa na konkurencję międzygatunkową oraz osłabianie relacji drapieżca-ofiara np. poprzez dogłębnie „rozpracowywana” w profesjonalnej literaturze i zwykłej prasie w zakresie „szkodliwości”, „nosicielstwa” czy „uciążliwości”. Ich potępianie i tępienie cechuje „rys heroicznej walki”, niby szlachetnie pro-człowieczej lecz de facto napędzającej ludzki utylitaryzm. Przejawiający się np. wzmożoną produkcją pestycydów, śmiertelnych pułapek, itd.
Na końcu tej walki widać już tylko (dla niektórych „aż”) trywialne „robienie” pieniędzy. Ile tu się jeszcze arogancji ludzkiej wydarzy? Owadów na Ziemi ubywa. Tak na poziomie gatunkowym (bezpowrotne wymieranie), populacyjnym (np. spadki liczebności), jak i ekosystemalnym (zanikanie środowisk życia). Ponurego obrazu nie zmieniają, gdyż nie mogą, tzw. gradacje, tj. gwałtowne skoki liczebności populacji niewielkiej części gatunków. Przyczyny tych skoków są różne, ale w większość to efekt beztroskiej działalności człowieka. Odwadnia, upraszcza przestrzeń, zabudowuje, wpływa na konkurencję międzygatunkową oraz osłabianie relacji drapieżca-ofiara np. poprzez wielkopowierzchniowe nieselektywne opryski pól i lasów. Wywiera presję na zakrzewienia i zadrzewienia śródpolne, a nawet miedze, intensyfikuje gospodarkę rolną i leśną…
Konkludując, ważenie „za i przeciw” obecności oraz roli owadów w przyrodzie i życiu człowieka jest, zwłaszcza obecnie, wielce niemądre. Moim zdaniem nie ma już czasu na spekulacje czy kalkulacje. Mając do czynienia ze „światem pomorskich owadów” z perspektywy prowadzonych przeze mnie już od 40 lat zajęć z entomologii oraz prac z zakresu ochrony przyrody widzę, że jest tych owadów coraz mniej i mniej. Równoległe obserwacje działań gospodarczych i ich skutków w ekosystemach leśnych, wodnych, torfowiskowych, rolnych czy miejskich są przygnębiające. Trudno doszukać się w sygnalizowanej tu materii jakichś, w najbliższej przyszłości, oznak zmian na lepsze. Co pogłębia mój zwyczajny, ludzki smutek, także entomologiczny.
Sławomir Zieliński to przyrodnik z Trójmiasta, entomolog, ekolog, nauczyciel, obecnie dozorca w instytucji samorządowej; autor lub współautor kilku książek, 63 artykułów naukowych, 340 innych publikacji oraz 106 tematycznych manuskryptów, współtwórca idei powołania Kaszubskiego Parku Narodowego i likwidacji Nadleśnictwa Gdańsk w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym; prowadzi stronę http://mikrobiotop.pl/
W ostatnich miesiącach temat ferm przemysłowych zwierzęcych ponownie znalazł się w centrum debaty publicznej. Dzięki konsekwentnym wysiłkom organizacji społecznych i naukowych, pojawiła się realna szansa na przełom w ochronie praw mieszkańców polskich wsi i jakości środowiska.
Nowy etap debaty publicznej
W ostatnich miesiącach temat przemysłowych ferm zwierzęcych ponownie znalazł się w centrum debaty publicznej. Dzięki konsekwentnym wysiłkom organizacji społecznych i środowisk naukowych pojawiła się realna szansa na przełom w ochronie praw mieszkańców polskich wsi i jakości środowiska.
Od protestów do współpracy z RPO
Przez lata organizacje takie jak Koalicja Żywa Ziemia,Koalicja Stop Fermom Przemysłowym, Stowarzyszenie Otwarte Klatki, inicjatywa „Nasz Rzecznik”, Green Rev Institute oraz eksperci i ekspertki naukowi nagłaśniali problem ekspansji ferm przemysłowych: ich wpływ na zdrowie, środowisko, spadek wartości nieruchomości i pogorszenie jakości życia na terenach wiejskich. Współpraca tych środowisk z zespołem Biura Rzecznika Praw Obywatelskich zaowocowała serią debat i spotkań, podczas których przedstawiono skalę problemów oraz postulaty zmian.
Politycy zaangażowani w sprawę ferm przemysłowych
W ostatnich latach temat ferm przemysłowych stał się również przedmiotem intensywnej debaty parlamentarnej. Szczególnie aktywna jest posłanka Małgorzata Tracz (KO), przewodnicząca sejmowej Podkomisji ds. dobrostanu zwierząt gospodarskich, a także posłowie Jolanta Niezgodzka (KO) i Michał Jaros (KO), którzy wspierają zmiany legislacyjne na rzecz ochrony mieszkańców i środowiska. W debacie uczestniczą także przedstawiciele Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Ministerstwa Klimatu i Środowiska, m.in. wiceminister Jacek Czerniak
W debacie pojawiały się także głosy krytyczne wobec ograniczeń dla branży hodowlanej, szczególnie ze strony posłów PiS i Konfederacji, którzy proponowali rozwiązania korzystne dla dużych inwestorów, jak tzw. „ustawa francuska” mająca chronić hodowców przed skargami sąsiadów.
Po stronie rządu, istotne stanowiska prezentowali przedstawiciele Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Ministerstwa Klimatu i Środowiska, m.in. wiceminister Jacek Czerniak, którzy brali udział w posiedzeniach podkomisji i deklarowali prace nad kompleksową ustawą odorową.
Przełomowe wystąpienie RPO
Efektem szerokiej współpracy społecznej i politycznej było najważniejsze dotąd urzędowe wystąpienie w sprawie ferm przemysłowych. 13 marca 2025 r. Rzecznik Praw Obywatelskich Marcin Wiącek skierował do premiera Donalda Tuska obszerne pismo, w którym – na podstawie licznych skarg obywateli i postulatów organizacji – szczegółowo przedstawił kluczowe problemy związane z funkcjonowaniem ferm oraz zaapelował o pilne, systemowe zmiany legislacyjne.
Najważniejsze problemy i postulaty
Wystąpienie RPO podkreśla cztery główne kwestie:
brak skutecznych narzędzi prawnych do ochrony mieszkańców,
niewystarczający udział społeczności lokalnych w procedurach administracyjnych,
brak norm dotyczących uciążliwości zapachowych i minimalnych odległości ferm od zabudowań,
nieskuteczny nadzór nad funkcjonowaniem i rozbudową ferm.
RPO apeluje o:
wprowadzenie przepisów określających limity substancji zapachowych i bakteryjnych w powietrzu,
ustalenie minimalnych odległości ferm od domów i obszarów cennych przyrodniczo,
zagwarantowanie realnego udziału społeczności lokalnej w decyzjach o lokalizacji inwestycji,
powiązanie lokalizacji nowych ferm z miejscowymi planami zagospodarowania przestrzennego,
podniesienie kar za naruszenia środowiskowe i skuteczniejszy nadzór nad inwestorami.
Rząd reaguje – czas na legislację
W odpowiedzi Ministerstwo Klimatu i Środowiska zapowiedziało przygotowanie kompleksowych regulacji dotyczących uciążliwości zapachowych, obejmujących nie tylko fermy, ale także przemysł i gospodarkę komunalną. Pierwszym krokiem będzie ekspertyza techniczna, która wskaże, jak wdrożyć standardy pomiarów stosowane w krajach UE.
Głos społeczności wreszcie słyszalny
Dotychczas mieszkańcy wsi, na których terenie powstawały nowe fermy, czuli się bezsilni wobec wsparcia, jakim inwestorzy cieszyli się ze strony władz. Teraz, dzięki zaangażowaniu organizacji społecznych, środowisk naukowych oraz wsparciu części parlamentarzystów, ich głos został usłyszany na najwyższym szczeblu. Wystąpienie RPO podkreśla, że ochrona przed immisjami zapachowymi powinna być elementem konstytucyjnego prawa do życia w czystym środowisku, a brak regulacji prowadzi do konfliktów i pogorszenia jakości życia na wsi.
Co dalej?
Organizacje społeczne i naukowe już zapowiadają kolejne działania: publikację raportów, ekspertyz i dalsze wsparcie dla lokalnych społeczności.
Dzięki determinacji tych środowisk oraz rosnącemu zaangażowaniu posłanek i posłów, sprawy dotąd bagatelizowane – jak prawo do czystego powietrza, zdrowia i ochrony własności – trafiły do agendy rządowej i mają szansę na realne rozwiązania. To przełom, który może trwale poprawić jakość życia na polskiej wsi i przywrócić równowagę między rozwojem gospodarczym a prawem do czystego środowiska.
O genach, pestycydach i zagrożeniach z Denise Dostatny, specjalistką od zasobów genowych, rozmawia Joanna Perzyna.
Joanna Perzyna: Czym się Pani zajmuje?
Denise Dostatny: Od ponad dwudziestu lat pracuję w banku genów roślin – wcześniej w Instytucie Hodowli i Aklimatyzacji Roślin w Radzikowie, teraz w Instytucie Ogrodnictwa w Skierniewicach. Zajmowałam się roślinami rolniczymi, a teraz pracuję nad roślinami warzywnymi oraz dzikimi gatunkami pokrewnymi roślinom uprawnym. Ale moją pasją są chwasty czyli rośliny dzikie – tak zwane gatunki towarzyszące roślinom uprawnym.
Jakiej nazwy woli Pani używać?
Bardzo długo mówiliśmy wyłącznie o chwastach, jednak to słowo ma negatywną konotację – to rośliny niechciane przez człowieka, zarówno przez rolników jak i przez urzędników. Kiedy mówiłam, że trzeba chronić chwasty, wywoływało to oburzenie. Teraz wolę mówić inaczej: to rośliny zwiększające bioróżnorodność w systemach rolniczych, dlatego należy je chronić. Moja koleżanka, prof. Teresa Dąbkowska z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, zaproponowała określenie „rośliny towarzyszące”. Rzeczywiście chwasty są roślinami towarzyszącymi uprawom, choć fachowe określenie to „chwast” czy roślina segetalna. W zależności od tego, z kim rozmawiam, czasami używam słowa „chwast”, a czasem określenia „roślina towarzysząca uprawom”. Od zawsze chciałam zajmować się ochroną chwastów. Kiedy mówię o ochronie chwastów, nie jestem wariatką, która chce chronić wszystko, co rośnie.
Na przykład niedaleko stąd, przy ogródkach działkowych, masowo pojawia się nawłoć, choć kilka lat temu nie było jej wcale. Rosło za to pełno pokrzyw i innych roślin rodzimych czy archeofitów – roślin obcego pochodzenia, które znalazły się i trwale zadomowiły w Polsce przed końcem XV w. Teraz wszędzie rośnie nawłoć, praktycznie nie ma nic innego. Jeśli chronimy gatunki rzadsze – rodzime albo archeofity – nie pozwalamy, żeby rozwijały się rośliny, które przybyły niedawno i nie mają tu konkurencji, więc bardzo się rozprzestrzeniają. Im bardziej zmniejszamy naszą florę, tym bardziej pozwalamy, żeby rozwijały się takie chwasty jak nawłoć, czy inne inwazyjne gatunki roślin. Jednym ze sposobów powstrzymywania inwazji obcych roślin jest zachowanie naszych, rodzimych gatunków – one mają tu swoje miejsce, jak każdy z nas ma swoje miejsce w przyrodzie.
Jak się Pani współpracuje w tej kwestii z rolnikami?
Współpraca z niektórymi rolnikami nie jest taka trudna. Wystarczy tłumaczyć, dlaczego powinniśmy chronić rośliny dzikie, które często są postrzegany jako chwasty. Dzięki rozmowom, wyjaśnieniom oraz przy stałej współpracy rolnicy rozumieją, że niektóre rośliny są naprawdę potrzebne. Podam przykład: część gleb w Niecce Nidziańskiej w województwie świętokrzyskim to rędziny i w niektórych miejscach, gdzie jest duże nachylenie terenu, obecność gatunków dzikich jest bardzo potrzebna – to one na zboczach utrzymują glebę. Na polu pryskanym herbicydami, gdzie prawie nic nie rośnie, wystarczy, że popada deszcz i zaraz robią się dziury, następuje erozja. Gatunki towarzyszące hamują trochę ten proces, przeciwdziałają erozji. Jeżdżę tam już od 20-30 lat i czasami rolnicy sami kontaktują się ze mną i mówią „proszę przyjechać, bo coś ciekawego się pojawiło”.
Przykładem jest wilczypieprz roczny (Thymelaea passerina), gatunek, który nie występował na obszarze Niecki Nidziańskiej przez 20 lat, jednak pojawił się ponownie kilka lat temu. To znaczy, że ta roślina przez cały czas była w banku nasion w glebie! Ona jest delikatna, malutka – na pewno nie będzie miała wpływu na plon rośliny uprawnej. Tam było jej miejsce i powróciła! I to jest bardzo, bardzo pozytywne. Nadmierne stosowanie herbicydów powoduje, że znikają rzadsze gatunki, które powinnyśmy chronić, i które ja pragnęłabym chronić. Jeśli pozbędziemy się jakichś roślin, czy naprawdę myślimy, że pozostanie tam pustka? Nie, to tak nie działa – zawsze coś się pojawi. Jeśli znika jakiś gatunek, pojawią się inne – sami wprowadzamy to, czego nie chcemy. Jeśli na danym polu lub obszarze występuje tylko kilka gatunków obcych, stają się one ekspansywne, rozprzestrzeniają się i mogą zwiększyć swoje pokrycie, bo nie mają konkurencji ze strony innych gatunków.
Pracowała Pani kiedyś z pestycydami?
WInstytucie Hodowli iAklimatyzacji Roślin przeprowadziłam doświadczenie polegające na zastosowaniu różnych dawek herbicydów w uprawie zbóż. Badałam skład gatunkowy i liczbę chwastów na poletkach. Zastosowałam dwa różne herbicydy w zalecanej dawce, dawce zwiększonej o 30% lub zmniejszonej o 30%. Było też poletko bez herbicydów. Wstępne wyniki były zdumiewające, a moja hipoteza potwierdziła się.
„Im więcej gatunków chwastów występuje na danym polu, tym silniej konkurują one ze sobą nie zwiększając swojego pokrycia. W efekcie ich wpływ na obniżenie plonu jest niewielki. Chwasty czasami mogą przynieść więcej korzyści niż szkody”
Co dokładnie się okazało?
Plon rośliny uprawnej praktycznej się nie zmniejszył przy niższych dawkach herbicydów, mimo że liczba chwastów była większa. Z drugiej strony, na niektórych poletkach ze zwiększonymi dawkami herbicydów plon rośliny uprawnej był niższy niż na pozostałych poletkach, ponieważ występowały dwa lub trzy gatunki chwastów odpornych na stosowanie danego środka chemicznego, a następnie te pojedyncze gatunki – przy braku konkurencji – szybko zwiększały swoją populację. To jest moja teza z czasów pracy doktorskiej: im więcej gatunków chwastów występuje na danym polu, tym silniej konkurują one ze sobą, nie zwiększając swojego pokrycia. W efekcie ich wpływ na obniżenie plonu jest niewielki. Chwasty czasami mogą przynieść więcej korzyści niż szkody.
Świetne. Czy w takim razie możliwe jest zmniejszenie ilości stosowanych pestycydów?
Oczywiście potrzebne są dalsze badania, ponieważ trudno uwierzyć, że obecność kilku gatunków dzikich roślin rzeczywiście prowadzi do ich wzajemnej konkurencji i nie stanowi zagrożenia dla wielkości plonu. Zawsze mówię rolnikom ekologicznym, że pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, może piąty rok po przejściu na uprawę ekologiczną są katastrofalne – wszystko jest do góry nogami, nasiona, które były w banku nasion gleby wychodzą jak szalone, ponieważ w końcu nie ma pestycydów. Jest to zniechęcające. A ja mówię „poczekajcie, aż wszystkie wyjdą i zaczną ze sobą konkurować”. Trzeba być cierpliwym, a efekty będą widoczne. Rok lub dwa, żeby przejść na rolnictwo ekologiczne, to za mało. Niestety, większość osób nie chce czekać. Uważam, że skoro rolnictwo ekologiczne radzi sobie bez pestycydów, bez chemii, to i w rolnictwie konwencjonalnym możemy spróbować zmniejszyć ilość pestycydów.
A jaka była skala tych badań? Na jakich zbożach je Pani prowadziła?
Przeprowadziłam badania na pszenicy ozimej. Niestety były to badania krótkoterminowe, więc nie opublikowałam wyników na ich podstawie. Ale wyniki były zgodne z moimi obserwacjami podczas zbierania danych do pracy doktorskiej w Niecce Nidziańskiej. Wykonałam tam około 400 zdjęć fitosocjologicznych (opisów danego płata roślinności sporządzonych według umownego schematu, w którym odnotowuje się wszystkie występujące tam rośliny i ich procentowe pokrycie – przyp. red.) na polach zbóż przez trzy kolejne lata i zaobserwowałam to samo: rośliny konkurują ze sobą i nie ma co się obawiać o znaczące straty w plonach. W Polsce nikt się tym raczej nie interesuje, trudno przekonać rolników, hodowców czy urzędników. Jednak koledzy z innych krajów europejskich zachęcają mnie do kontynuowania badań. W zeszłym roku zostałam zaproszona do Anglii i Walii, aby opowiedzieć o dzikich roślinach towarzyszących uprawom i ich ochronie. Obecnie w Europie dużo też mówi się o dzikich gatunkach pokrewnych roślinom uprawnym.
Co to za grupa?
Nimi również zawsze chciałam się zajmować. Dzikie gatunki pokrewne roślinom uprawnym (ang. crop wild relatives, CWR) są bezpośrednio spokrewnione z roślinami uprawnymi. Mówiąc najprościej, są bezpośrednimi przodkami roślin uprawnych lub roślinami ewolucyjnie z nimi spokrewnionymi. Ich geny mogą być wykorzystane do tworzenia nowych odmian – dzięki nim mamy szerszą pulę genów do hodowli nowych odmian.
Flora naczyniowa Polski obejmuje około 3500 gatunków. Wliczam tu też archeofity, które przybyły do Polski w XV wieku lub wcześniej – a więc są już nieźle zadomowione, przystosowane do życia tutaj – oraz nowych przybyszów, tj. kenofity, które dołączyły do naszej flory po XV wieku. Gatunki dzikie pokrewne roślinom uprawnym to bardzo ważna grupa, jednak nigdy nie była traktowana osobno. Rośliny tych gatunków mogą mieć duży potencjał oraz dużą wartość ekonomiczną, a nawet społeczną. Ale przede wszystkim są bogatym źródłem zmienności genetycznej dla hodowli. Wie Pani o bananach?
Że mamy tylko jedną odmianę?
Tak, wszystkie banany produkowane masowo na świecie – odmiana Cavendish – są klonem tej samej rośliny rozmnażanej wegetatywnie. To znaczy, że mają tę samą pulę genów – genetycznie są niemal identyczne. W przypadku nowej choroby np. grzybowej, jest duże prawdopodobieństwo, że zniszczone zostaną uprawy na całym świecie. Jeśli chcemy zapobiec takiej sytuacji – w wielkim uproszczeniu – musimy mieć rozszerzoną pulę genów, którą oferują gatunki pokrewne roślinom uprawnym. Do nich możemy sięgnąć w razie choroby. To jest skrajny przypadek. Natomiast sytuacja wygląda tak, że w COBORU (Centralny Ośrodek Badania Odmian Roślin Uprawnych – przyp. red.), który prowadzi rejestr odmian gatunków roślin uprawnych, mamy zarejestrowanych ok. 170 gatunków (i wiele ich odmian) roślin uprawnych, licząc warzywnicze, sadownicze i rolnicze. To bardzo niewiele.
Dla porównania, w samej Polsce mamy 1458 gatunków, które są blisko spokrewnione z roślinami uprawianymi, ale jest też mnóstwo innych, blisko spokrewnionych z gatunkami uprawianymi w innych krajach. Jeśli cokolwiek się wydarzy – a patrząc na to, co dzieje się w ostatnich latach, jest to całkiem prawdopodobne – jeśli jakaś choroba zaatakuje pszenicę, ryż lub inną roślinę uprawianą na dużą skalę na świecie, tracimy wszystko. Musimy mieć przygotowany materiał genetyczny z roślin dzikich (np. w formie nasion, tak jak mamy w bankach genów), aby w razie czego móc stworzyć nowe, bardziej odporne odmiany. Dzikie gatunki pokrewne roślinom uprawnym powinny być wykorzystane bardziej systematycznie do identyfikacji genów koniecznych do tworzenia odpornych odmian roślin. To nasze bezpieczeństwo żywnościowe w obliczu zmieniających się warunków klimatycznych.
Robimy coś w tym kierunku?
Niestety niewiele. Gromadzenie materiału genetycznego dzikich gatunków nie jest priorytetem dla naszego kraju. Dodatkowo jest to kosztowne – rośliny te dojrzewają o różnych porach, a ich poszukiwanie wymaga licznych wypraw terenowych. Natomiast, razem z kolegami zbieramy nasiona, bulwy i zrazy materiału genetycznego starych i lokalnych odmian roślin rolniczych, warzywnych, ozdobnych i drzew owocowych, które niegdyś były uprawiane w Polsce. Robimy to, ponieważ te rośliny w jakiś sposób są dostosowane do naszego klimatu i naszych gleb. Kiedyś nie stosowaliśmy pestycydów – albo wcale albo nie w takiej skali – i one sobie radziły.
Dlaczego rośliny uprawne radziły sobie z chorobami w przeszłości, a teraz nie? Dlatego, że cały czas zawężamy pulę genów. Jest wiele odmian, np. pszenicy ozimej i jarej, ale one są bardzo zbliżone do siebie. Jednak gatunki takie jak pszenica samopsza, która była jedną z pierwszych uprawianych pszenic na świecie, nie są chętnie uprawiane przez rolników. Samopsza ma malutki kłos, tylko dwa rzędy nasion, jest drobna, cienka jak trawa i wydaje mały plon – około 2 tony z hektara. Ale za to może rosnąć niemal wszędzie. Kto będzie chciał się bawić w taką uprawę? Tylko rolnicy ekologiczni, którzy wierzą w to, co robią.
Czyli sami stworzyliśmy odmiany, które są mniej odporne?
Współczesne odmiany nie radzą sobie ze zmianami klimatycznymi i innymi trudnymi warunkami, ponieważ są bardzo oddalone od swoich dzikich krewnych, a ich pula genowa jest bardzo zawężona. Nie radzą sobie i potrzebują całego zestawu środków ochrony roślin – inaczej nie przetrwają. Współczesne odmiany, bez wsparcia ze strony środków chemicznych, nie są w stanie prawidłowo rosnąć na polu dłużej niż 2-3 lata, więc rolnicy muszą wymieniać ich nasiona (materiał siewny) do ponownego siewu. Odmiany są tworzone, aby dawać jak największy plon – aktualnie to niemal jedyny priorytet. Kiedyś uprawialiśmy np. pszenicę ozimą, odmianę Litewka, która dorasta do 2 metrów wysokości. Dziś słoma nie jest potrzebna i liczy się tylko wielkość kłosa. Pszenica ozima jest teraz niska, prawie jak jęczmień, a kłos ma mieć jak najwięcej ziaren.
Dawna pszenica była silniejsza jako roślina, ponieważ miała szerszą pulę genów. Te nowe odmiany mają geny nakierowane na to, żeby masa 1000 ziaren była jak największa. Tworząc nowe odmiany trzeba się na czymś skupić. Aby zmaksymalizować plon często pomijamy kwestię odporności rośliny. Taka roślina wkłada całą energię w produkcję kłosa i staje się bardziej bezbronna. Dlatego potrzebne jest coraz więcej pestycydów. Dla koncernów to nawet lepiej – jeśli rośliny są mniej odporne, muszą produkować więcej środków chemicznych. Będą się chwytać wszelkich argumentów, aby udowodnić, że pestycydy są potrzebne. Natomiast jeśli uprawiamy starą odmianę z czasów, kiedy nie było tylu pestycydów, jest większe prawdopodobieństwo, że roślina poradzi z tymi skrajnymi warunkami – suszami czy mokrymi latami – tylko wyda mniejszy plon. Nie możemy od niej oczekiwać, żeby wydała duży plon. Została stworzona do czegoś innego – aby przetrwać.
Fot: Canva
Denise Dostatny jest botaniczką specjalizującą się w ochronie zasobów genetycznych roślin. Doradza rolnikom oraz instytucjom w zakresie programó w rolnośrodowiskowych i ochrony bioróżnorodności na obszarach wiejskich. Jest autorką dwóch monografii naukowych: „Dzikie gatunki pokrewne roślinom uprawnym występujące w Polsce – lista, zasoby i zagrożenia” oraz „Vademecum dawnych roślin uprawnych”.
W czasach, gdy świat mierzy się z kryzysem klimatycznym, załamaniem bioróżnorodności i narastającymi nierównościami społecznymi, ruchy społeczne stają się jednymi z głównych aktorów życia publicznego. Z jednej strony – ich przedstawiciele przyklejają się do dzieł sztuki w muzeach i blokują drogi. Z drugiej – prowadzą rzeczowy dialog z politykami, edukują opinię publiczną, tworzą raporty i strategie transformacyjne. Na pierwszy rzut oka te dwa style działania wydają się nie do pogodzenia. A jednak najnowsze badania pokazują coś zaskakującego: to właśnie obecność radykałów może zwiększać społeczne poparcie dla umiarkowanych grup w tym samym ruchu.
Radykalizm jako katalizator zmiany
W renomowanym czasopiśmie PNAS Nexus opublikowano wyniki dwóch eksperymentów przeprowadzonych na łącznej próbie ponad 2700 osób. Naukowcy – Brent Simpson (University of South
Carolina), Robb Willer (Stanford University) i Matthew Feinberg (University of Toronto) – postanowili zbadać, czy i jak obecność radykalnej frakcji wpływa na odbiór bardziej umiarkowanej organizacji w ramach tego samego ruchu społecznego. W eksperymentach skonfrontowano uczestników z opisami dwóch grup: jednej radykalnej, stosującej kontrowersyjne taktyki (np. blokady, akty wandalizmu, przemoc symboliczna), oraz drugiej umiarkowanej, operującej w granicach społecznie akceptowalnych działań (kampanie, marsze, lobbying). Wynik? Uczestnicy znacznie częściej identyfikowali się z umiarkowaną grupą po wcześniejszym zetknięciu się z frakcją radykalną. W ich oczach umiarkowana organizacja jawiła się jako rozsądna, godna zaufania i bardziej „normalna” – choć jej przekaz wcale się nie zmieniał.
Ruchy klimatyczne i prawa zwierząt: dwa przykłady
W pierwszym eksperymencie badacze przyjrzeli się ruchowi na rzecz praw zwierząt. Radykalna frakcja No Animals For Food nawoływała do całkowitego zakazu konsumpcji mięsa i posługiwała się szokującymi metodami, jak oblewanie ulic krwią. Umiarkowana grupa PACA protestowała spokojnie, organizowała wystąpienia publiczne, apelowała o lepsze warunki w hodowlach przemysłowych. W drugim eksperymencie analizowano ruch klimatyczny. Radykalni aktywiści z Climate Action Today żądali natychmiastowego zakazu korzystania z paliw kopalnych i atakowali majątek korporacji. Umiarkowani z Global Warming Warning stawiali na edukację, naukę i stopniową transformację. W obu przypadkach wyniki były jednoznaczne: obecność radykalnych działań zwiększała poparcie i gotowość do działania na rzecz umiarkowanych grup. Badani chętniej podpisywali petycje, wyrażali gotowość udziału w akcjach i lepiej oceniali umiarkowane organizacje.
Kontrowersje przyciągają kamery, ale to właśnie one tworzą przestrzeń do dialogu. Ten kontrast to kluczowa strategia przełamywania obojętności wobec alarmów naukowych. Ostatnie Pokolenie fot: Anna Maksymiuk
Dlaczego to działa?
Mechanizm jest dobrze znany psychologii społecznej i nazywa się efektem kontrastu. Gdy zestawiamy ze sobą dwa zjawiska – jedno ekstremalne, drugie umiarkowane – to to drugie zaczyna wydawać się jeszcze bardziej racjonalne i dopuszczalne. W tym przypadku to radykalne taktyki – a nie sam radykalizm ideowy – budują kontrast. Słowa mogą być kontrowersyjne, ale to czyny najbardziej przemawiają do odbiorców. Co więcej, autorzy badania wskazują na rolę identyfikacji społecznej i percepcji norm społecznych. Jeśli ludzie widzą, że inni wspierają umiarkowaną frakcję (szczególnie w kontraście do radykalnej), sami również chętniej się z nią utożsamiają.
Równowaga, nie rywalizacja
Badacze przestrzegają jednak przed zbyt uproszczonymi wnioskami. To nie oznacza, że radykałowie zawsze „służą” umiarkowanym. Efekty mogą się odwrócić, jeśli przeciwnicy ruchu skutecznie połączą wizerunkowo obie frakcje – tworząc efekt „winnych przez skojarzenie”. Kluczowe znaczenie ma więc umiejętność strategicznego odróżniania się, a nie konflikt. W praktyce oznacza to, że najskuteczniejsze ruchy społeczne to nie te jednolite, ale te, które potrafią zbalansować wewnętrzne napięcia. Radykałowie mobilizują emocje, umiarkowani tłumaczą i budują poparcie – razem tworzą duet, który ma szansę realnie zmieniać świat.
Aktywizm XXI wieku
W czasach, gdy przestrzeń publiczna jest głośna, spolaryzowana i pełna dezinformacji, skuteczność ruchów społecznych zależy nie tylko od słuszności postulatów, ale od mądrości strategicznej.
Warto zatem, by liderzy społecznych inicjatyw – niezależnie czy walczą o klimat, prawa kobiet, równość rasową czy zwierzęta – zadawali sobie pytanie nie tylko co głosić, ale też kto i jak to powie. Bo czasem największą siłę ma nie pojedynczy głos, ale kontrast – który sprawia, że umiarkowany ton brzmi donośniej.
Radykalizm porusza. Umiarkowanie przekonuje. Ich współpraca może być największą bronią ruchów społecznych.
Bez kontrowersyjnych protestów nawet najbardziej alarmujące dane naukowe giną w chaosie informacji. Ostatnie Pokolenie fot. Piotr Szubryt
Żródło: PNAS Nexus
Monika Kostera i Julia Witeńska: Dwugłos o wędrowaniu.
J: W zeszłą sobotę wstałam wcześnie rano i pojechałam na rowerze do biblioteki. Wzięłam książkę z półki i usiadłam w czymś na kształt statku kosmicznego, żeby poczytać. Biblioteczny ambient, szara wykładzina, kilka drzemkujących na pufach osób, przeszywający wzrok ochroniarza, a nawet cichy śpiew ptaków i dużo słonecznego światła wpadającego przez przeszklony sufit. Pomyślałam wtedy, jak wspaniale, że to miejsce istnieje.
M: Tak, doskonale Cię rozumiem, też miewam to uczucie, właściwie dwa uczucia: bycia poza zwykłą czasoprzestrzenią i intensywnej wdzięczności, że te miejsca naprawdę istnieją. Biblioteki jako statki kosmiczne – to totalnie trafne, tak po prostu jest! Podróżuje się w nich w przestrzeni, w czasie i jeszcze w innych wymiarach, których nie ogarniają nasze zmysły. Bywa nierzadko, że w trakcie zwykłych wędrówek zanosi mnie do biblioteki i wtedy tak jak Ty, biorę książkę z półki i zostaję biblioteczną autostopowiczką, pozwalam się zabrać w drogę z tą książką w roli kciuka wskazującego kierunek. Ostatnio miałam tak we Francji, umówiliśmy się z mężem na zwiedzanie niewielkiego miasteczka Ris-Orangis, gdzie nadal są fragmenty z czasów Simenona – niewyasfaltowana dróżka otoczona aleją drzew, szare domki z niewielkim sadem, zaskakująco kształtny kościół za dużą, dojazdową szosą. Byłam za wcześnie, poszłam w kierunku torów i trafiłam do niezbyt imponującego budynku mieszczącego mediatekę. W środku owinęło mnie światło, które wlewało się między regałami – zwykłe białe, i regały zwyczajne, metalowe, a jednocześnie – tak jak mówisz – ambient. Usiadłam z książką w jednym z miejsc do czytania, zorganizowanych tak jakby to były miejsca w pociągu. Przeczytałam kawałek, losowo, napisałam kawałek wiersza. A potem poszłam dalej. Ty też lubisz czasami czytać losowe rzeczy w bibliotekach?
J: Oczywiście! Biblioteka to chyba jedyne miejsce, gdzie można zajmować się tylko i wyłącznie beztroskim czytaniem losowych rzeczy. Co więcej, biblioteka jest miejscem, które naprawdę otwiera oczy na nieznane wymiary – w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego na początku studiów dużo błądziłam między regałami z literaturą filozoficzną i psychologiczną. To było bardzo odświeżające i uwalniające – to był też czas, kiedy udawało mi się wziąć książkę z półki, pójść do czytelni, przeczytać ją całą, odłożyć i wyjść. Znikasz na parę godzin, a potem “budzisz się” zupełnie rześka i wypoczęta. Pamiętam szczególnie wyraźnie jeden słoneczny dzień, kiedy w końcu udało mi się znaleźć książkę “Umysł zen, umysł początkującego”; lekturę wtedy nie do dorwania nigdzie indziej niż w bibliotece na Powiślu. Euforia!
A Ty jaki poleciłabyś regał?
The University of Manchester Library
M: Ach, regały biblioteczne! Jak skarpy dzikich rzek, można tam spotkać całe ekosystemy. Wędrować wzdłuż brzegu, dać się prowadzić ich nurtowi, albo przeciwnie – iść do źródeł, które bywają równie mityczne jak źródła Sekwany – nie do odkrycia. Jedna z moich ulubionych bibliotek w znanym Kosmosie znajduje się na kampusie pewnego niewielkiego szwedzkiego uniwersytetu. Kiedy pierwszy raz go spotkałam, był mały, cichy, położony w środku pól i bagien, przemieszczały się tam nieco senne postaci, pozbawione jadu i ambicji. Nikt nie patrzył w gwiazdy ale też nikt się z nikim nie ścigał. Potem nagle wszystko się zmieniło. Gwiazdy nadal nie pociągały, za to pojawiła się duma i jazgot. Przestrzenie, wcześniej spokojne i powolne, wypełniły się zgiełkiem. Tylko jedno miejsce zostało takie jak było – mimo że zmieniło lokal – biblioteka. Zdaniem bliskiej mi osoby, nowy lokal jest dużo mniej tajemniczy. Bo rzeczywiście, szklane ściany nie pozwalają już studentom na uszczelnianie obrzeży tego ekosystemu swoimi snami. Za to cała tajemniczość przeniosła się między regały.
Jeden z najpiękniejszych momentów mojego życiu – to było kilka lat temu – przytrafił mi się w tej bibliotece, kiedy regały wciągnęły mnie i pochłonęły tak bardzo, że kompletnie zgubiłam nie tyle siebie, co cały świat zewnętrzny. Znalazłam się w miejscu prawie bez oświetlenia, odpaliłam światło z komórki i zobaczyłam grubą warstwę kurzu na podłodze. Wyjęłam jedną z książek – to była stara encyklopedia botaniczna, z połowy XIX wieku, z kolorowymi rycinami wszytymi do książki. Można je było rozkładać, miały organiczną fakturę. Rośliny opisane były po szwedzku i po łacinie, i każdemu hasłu towarzyszył czarno-biały rysunek, który ktoś, kiedyś, dawno temu, wykonał ręcznie. Nie będę próbować opisać momentu z tą książką, nie dlatego, że się nie da, ale dlatego, że nie umiem poezji miłosnej. Czułam, że nie wolno mi przeciągać tej chwili, więc odstawiłam książkę i dałam się regałom wyprowadzić znów na powierzchnię świata. Uderzenie światła dziennego w oczy było jak wypłynięcie z jakiejś nieprawdopodobnej głębi, może Rowu Mariańskiego. Wzięłam nagły, głęboki oddech.
Ale również lubię umawiać się z znajomymi w bibliotece, lubię biblioteczne kawiarnie, przyznam, że kiedyś bardzo lubiłam palarnię w starym BUW. Kawa biblioteczna – mmm. A Ty, lubisz ziółka, herbatę w bibliotecznej kawiarni?
J: W moim przypadku umawianie się ze znajomymi w czytelni czy w okolicach biblioteki zawsze kończy się tym, że żadne z nas nie otwiera tego dnia książki, a zamiast tego gdzieś odlatujemy w rozmowach na długie godziny, jemy ciasto, wygrzewamy się na słońcu, spacerujemy nad Wisłą. Niektórzy nazywają to prokrastynacją.
W bibliotece często piję zieloną lub czarną herbatę, yeba mate, albo rumianek z melisą, w zależności od tego, czym dokładnie planuję się zająć, albo co planuję przeczytać – do literatury naukowej dobieram pobudzające mieszanki, do każdej innej łagodzące. Ogólnie przy czytaniu piję dużo wody, nie tylko dla lepszego przepływu myśli, ale głównie dlatego, że żadnego innego płynu nie powinno się wnosić do czytelni i szanuję tę zasadę. No i cóż, wypada się w tym miejscu przyznać, że są takie dni, kiedy piję przesłodzoną kawę z automatu za 5zł, którą zazwyczaj można znaleźć nieopodal różnych bibliotek i na uczelniach. Nie jestem miłośniczką jej smaku, ale raczej dla tego osobliwego rytuału i łyku nostalgii.
M: Mam dokładnie tak samo! Nigdzie poza biblioteką nie piję lepkiego płynu za 5 zł z piekielnej machiny. To chyba należy do jakichś szczególnych bibliotecznych rytuałów eluzyjskich – potem milczenie, a potem poznaje się znak – synthema.
Nic dziwnego, że jest tak dużo sztuki o bibliotekach. Moja ulubiona książka z bibliotecznym motywem to Imię Róży Umberto Eco, gdzie dosłownie wchodzi się do środka i fizycznie cierpi z powodu pożaru. I opowiadanie Jorge Borgesa Biblioteka Babel (to od niego oczywiście wziął swoje imię bohater tej pierwszej opowieści), o bibliotece zawierającej wszystkie możliwe książki (a nie tylko istniejące). „dokładną historię przyszłości, autobiografię archaniołów, prawdziwy katalog Biblioteki, tysiące i tysiące katalogów fałszywych, dowód fałszywości tych katalogów, dowód fałszywości prawdziwego katalogu, ewangelię gnostyczną Bazylidesa, komentarz tej ewangelii, prawdziwą opowieść o twojej śmierci, przekłady wszystkich książek na wszystkie języki, interpelację każdej książki we wszystkie inne”. Jest też mnóstwo obrazów i aż trudno mi wybrać, ale niech będzie, że Czytający Andreas Edvarda Muncha jest moim ulubionym, bo bohater z książką przypomina mi z jednej strony Jakuba walczącego z Aniołem – jest w jego ciele jakiś wysiłek, napięcie, a z drugiej wyraz jego twarzy jest introwertycznie ekstatyczny. Swego czasu pytana jakie uprawiam sporty odpowiadałam, że ekstremalne czytanie. Andreas jest moim ziomem współzawodnikiem.
Linnéuniversitetets bibliotek
Jednak nie przychodzi mi do głowy żadna muzyka o bibliotekach. Może coś mnie w ten sposób ważnego omija. Doradzisz?
J: Trudne zadanie. Każda książka ma swój własny soundtrack – bywa, że utwory albo albumy są po prostu wymienione w tekście, a czasami trzeba go skomponować samodzielnie. Myślę, że w tej kategorii muzyka&biblioteka absolutnym wirtuozem jest Murakami, któremu nie dość, że zdarza mu się pisać o byciu w bibliotece (np. w książce “Kafka nad Morzem”), to często pisze o słuchaniu muzyki jako nieodłącznej części życia bohaterów i bohaterek. Poza tym pisze też ponadprzeciętnie dużo o gotowaniu makaronu, albo krojeniu warzyw. Murakami zawsze dobiera wyborne utwory, często klasyczne, jazzowe, rockowe. W jego książkach można posłuchać Elvisa Presleya, Vivaldiego, The Beatles (oczywiście!), Boba Dylana, Beethovena, Schuberta, bywa, że Michaela Jacksona i dłuuuugo można by wymieniać dalej.
Osobiście nie znam żadnych utworów o bibliotekach sensu stricto, ale mam patenty na dobór albumów, albo playlisty, które dobrze robią na bycie w czytelniach. Przede wszystkim drum and bass i pochodne – po godzinach solidnej zamułki nad książką wchodzi najlepiej. Jeśli natomiast chodzi o masowanie neuronów zdecydowanie rozmaite ambienty, może Jon Hopkins, albo Nils Frahm. Na cięższe stany świadomości zdecydowanie Aphex Twin. W słonecznej, bibliotece, po której swobodnie mogłyby latać kolibry, a regały mogłyby być porośnięte mchem do słuchania polecam June Marieezy, znaną pod pseudonimem artystycznym ((( O ))). Bardzo ciężko odpowiedzieć jednoznacznie, bo w bibliotece zawsze jest inaczej, ale zawsze jednak tak samo świetnie.
M: Aphex Twin znam dzięki Tobie, „Stone In Focus” idealne do nurkowania, głową w dół, w książkach Jean-Luc Nancy! Wcale nie żadna muzyka tła tylko autentycznie skafander i butla tlenowa. Masz rację, że jednoznacznie bez sensu, bo zawsze jest inaczej – wędrowanie po bibliotekach to zawsze przygoda.
Chociaż bywa, że biblioteka jest odwrotnością przygody, schronieniem w sensie fizycznym, przestrzenią opiekuńczą. Gdy w czasie moich pierwszych studiów mieszkałam w miejscu praktycznie bez ogrzewania, to spędzałam długie godziny w bibliotekach faktycznie po to, żeby się ogrzać. Zdarzało mi się też używać bibliotecznej łazienki w celu umycia sobie włosów, bo w mojej kamiennicy prysznic był w piwnicy i trzeba było płacić za użycie, a poza tym jak się stamtąd wyszło, to było piekielnie zimno. No i w chwilach desperacji docieplałam sobie dusze książeczkami dla dzieci, szczególnie Muminki i wówczas świeżo opublikowana Ronja, córka rozbójnika. Ronja genialna. W ogóle ta rola biblioteki też ważna w moim świecie. Ty też miewałaś taką ciepłą jaskinię biblioteczną?
J: Pamiętam, że kiedy byłam w podstawówce, która była bardzo głośnym i szybko przeciążającym mnie miejscem lubiłam schować się w bibliotece. To nie było miejsce kalibru biblioteki uniwersyteckiej, ani miejskiej wypożyczalni – były tam dwa długie regały z książkami, trochę gazet i magazynów skierowanych do dzieci. Centrum życia bibliotecznego dla dwunastoletniej mnie była raczej konsola Playstation 1, na której mogłam pograć w moją ulubioną grę Crash Bandicoot. Biblioteka była też wyposażona w trzy komputery stacjonarne na starym Windowsie, więc można było się zalogować na Facebooka (smartfon nie był dostępną opcją). W liceum nie spędzałam czasu w bibliotece, a raczej planowałam jak najszybciej stamtąd uciec. Na studiach wiadomo – totalna biblioteczna oaza.
Biblioteka, kiedy teraz o niej myślę co do zasady pełni funkcję opiekuńczą, bo zawsze Cię przyjmie, kiedy już serio nie wiesz, gdzie iść, gdzie jest cicho, albo gdzie nic nie trzeba. W podstawówce to ona zawsze wszystkich przygarnia pod nieobecność nauczycielki w środku dnia, w liceum ratuje, kiedy okazuje się, że na jutro jest Pan Tadeusz, a na studiach nadaje nauce jakiś większy sens. Protect biblioteki at all costs!
M: O, tak! Totalnie! Oddałabym wszystkie centra handlowe znanego Wszechświata za jedną ocaloną bibliotekę! W moich bibliotecznych światach z przeszłości nie było playstation ale za to można było słuchać płyt, wypożyczać je i nagrywać – co oczywiście robiłam nałogowo. W wielkiej miejskiej bibliotece w Malmö to było główne moje zajęcie i zaniedbywałam inne rzeczy, które kusiły z daleka. To był świat gdzie muzyka była dobrem wspólnym (tylko płyty i kasety nim nie były, ale wiadomo, tylko chytrusy – tak mówiło się na osoby nielubiące się dzielić – kisiły tylko dla siebie). Ale tak jest – jak się szuka czegoś konkretnego, to missuje się rzeczy. Wymyśliłam sobie wtedy taki rytuał – w bibliotece szkolnej był regał, na który ludzie zwracali pożyczone książki, więc była tam niezła mieszanka wszystkiego. Wchodziłam na początku przerwy i losowałam z tego regału książkę. Żeby to było nie wiadomo co, czytałam aż do końca przerwy. W ten sposób zapoznałam się z Karin Boje, która została moją ukochana szwedzką poetką wszech czasów, ale także z książką o silnikach spalinowych i z gramatyką języka estońskiego. Natomiast teraz żałuję często, że nie korzystam z zasobów francuskich mediatek, z niektórych działów w zasadzie wcale, mimo że wyglądają wspaniale – np. nie pożyczam filmów ani albumów filmowych. A Ty, masz jakieś konkretne napady FOMO w bibliotekach obecnie?
J: Ależ. Biblioteka oprócz swojej funkcji pocieszającej i kojącej sukcesywnie od lat generuje we mnie poczucie winy. Za każdym razem, gdy tam wchodzę i widzę podręczniki, których nawet nie przekartkowałam 5 lat temu z myślą, że kiedyś do nich wrócę ‘tak na serio’, nowe książki tej polecanej autorki, których nigdy nie otworzyłam (ale widziałam w internecie, że warto!), niszowe tomiki poezji dla millenialsów czy po prostu literatura faktu i reportaże, które łypią z wystaw i szepczą słodko zdania pokroju “jak możesz tak mało wiedzieć o Wyspach Owczych?”. Nie wspominając już o złogach czytelniczych z dzieciństwa, tj. tych nieotworzonych nigdy komiksach, niedokończonych lekturach z liceum, które każdy musi znać, albo książkach, które wypada przeczytać jak masz 16 lat, bo potem to już nie to samo i w ogóle wstyd się przyznać, że dopiero teraz. Kolejka jest długa. Z drugiej jednak strony czy biblioteka nie uczy tego, że trzeba dać sobie luz? Że przychodzi taki moment, kiedy zdajesz sobie sprawę, że w tym życiu najprawdopodobniej nie uda Ci się przeczytać wszystkich napisanych przez ludzkość rozdziałów i zapisać w swoim notatniku każdego tasującego wartości cytatu. No przecież to jest piękne.
Gleba jest jednym z najstarszych i najbardziej pierwotnych tematów w literaturze przedstawiającym głębokie związki człowieka z naturą oraz jego miejsce w świecie. Związki te często określano jako relacje duchowe, ściśle powiązane z przynależnością do danego miejsca oraz pamięcią o przodkach.
W literaturze polskiej gleba staje się obiektem czci szczególnie w epoce pozytywizmu i Młodej Polski. Począwszy od „Roty” Marii Konopnickiej, przez powieść Elizy Orzeszkowej „Nad Niemnem” aż po szczególną powieść „Chłopi” Władysława Reymonta. W „Chłopach” gleba i morgi są nieodłącznym elementem życia bohaterów, symbolem ich tożsamości i źródłem wszelkich wartości. Przez cztery pory roku obserwujemy, jak wielkie znaczenie ma ziemia – w szczególności w poruszającej scenie śmierci Boryny, którego życie i sens istnienia związane są z glebą. U Reymonta jest ona symbolem dostatku, tożsamości oraz ciężkiej całorocznej pracy.
Obecność motywu gleby w literaturze wynika z naszych wielowiekowych tradycji rolniczych. Obecnie niemalże 60% gleb w Polsce użytkowana jest rolniczo (grunty orne, trwałe użytki zielone, sady, plantacje). Posiadamy niesłychanie cenne zasoby, o które Polska przez wieki walczyła, a Polacy przelewali krew. Zasobami tymi są gleby, które odpowiadają za dostarczanie żywności Polakom. Jednak czy dostatecznie o nie dbamy i czy na pewno Zielony Ład, tak szeroko krytykowany, jest dla polskich rolników zagrożeniem?
Gleba jako źródło odnawialne – ale czy na pewno?
Gleby stanowią wierzchnią cienką warstwę litosfery, która jest aktywna biologicznie. Oznacza to, że w glebach rozwija się życie, a wraz z nim i same gleby. Pierwszym etapem tworzenia się gleb jest wietrzenie skał i rozkład organizmów pionierskich zasiedlających powierzchnie skał lub innych utworów. Podczas obumierania tych organizmów, tworzy się materia organiczna i rozwija się poziom próchniczny gleb. Pod wpływem różnych czynników takich jak woda, obecność organizmów żywych, klimat, skała macierzysta, rzeźba terenu oraz wszelka działalność człowieka, gleby w określonym czasie ulegają dalszemu rozwojowi. Jednakże na powstanie 1 cm warstwy gleby trzeba czekać kilkaset lat, wiele pokoleń. W związku z tym, mimo że gleby są zasobem odnawialnym, przywrócenie ich właściwości jest trudne, czasochłonne i wymaga dużych nakładów finansowych.
Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.
Skład gleb
Gleba jest utworem trójfazowym. Fazę stałą stanowią substancje i utwory mineralne, które wchodzą w skład skały macierzystej i mogą ulegać dalszym procesom wietrzenia, a także materiały przetransportowane z innych miejsc wskutek erozji lub działalności człowieka. Częściowo do fazy stałej zaliczyć można materię organiczną, która powstała z rozkładu organizmów żywych i ich przemiany materii. W skład gleby wchodzi również woda, która rozprowadza substancje odżywcze w glebie i umożliwia ich pobór przez rośliny. Jest ona nieodłącznym elementem powstawania i rozwoju życia w glebie. Ostatnią fazą gleb jest faza gazowa, czyli obecność powietrza glebowego. Przestwory glebowe zapewniają dostarczanie tlenu dla organizmów tlenowych oraz wymianę gazową między glebą a
atmosferą. Im więcej takich przestworów, tym większa porowatość i przepuszczalność gleb.
Właściwości gleb
Gleba jest utworem o skomplikowanym składzie chemicznym. W jej skład wchodzą makroskładniki, takie jak azot, fosfor, potas, wapń, magnez i siarka oraz mikroelementy, do których należą głównie żelazo, mangan, cynk, miedź i chrom. Dostępność pierwiastków dla roślin związana jest z ich innymi właściwościami chemicznymi, np. odczynem gleby (określanym przez wartość pH). W zależności od pH różne pierwiastki będą wykazywały większą lub mniejszą rozpuszczalność i przyswajalność. Odczyn gleb należy monitorować i w zależności od potrzeb stosować racjonalne wapnowanie. Istotną rolę w procesach chemicznych odgrywa również materia organiczna i właściwości sorpcyjne gleby.
Przez właściwości sorpcyjne gleb rozumie się wszystkie procesy pochłaniania oraz zatrzymywania różnych substancji w glebie. Zdolności sorpcyjne zależą od uziarnienia gleb, w szczególności zawartości najdrobniejszej frakcji ilastej oraz zawartości materii organicznej. Ta ostatnia jest bardzo złożonym elementem gleb. W jej skład wchodzą organizmy żywe, resztki organiczne oraz próchnica, która jest mieszaniną rozłożonych i nierozłożonych organizmów. Materia organiczna warunkuje żyzność gleb, odpowiada za regulację niemalże wszystkich jej właściwości.
Właściwości fizyczne gleb wspomagają rozwój procesów w glebie oraz wpływają na tempo zachodzenia różnych reakcji chemicznych. Wpływają także na zapewnienie organizmom żywym jak najlepszych warunków rozwoju. Do najbardziej istotnych z punktu widzenia rolnictwa w Polsce należą: uziarnienie gleb, czyli jej skład granulometryczny, wilgotność, porowatość, struktura, gęstość objętościowa, pojemność wodna oraz bilans wodny. Określenie i monitoring tych parametrów pozwoli na wybranie najlepszych gatunków roślin uprawnych i dostosowanie ich do właściwości fizycznych gleby.
Przez wiele lat właściwości biologiczne gleb nie były analizowane w takiej skali jak właściwości fizyczne i chemiczne. Określenie i szczegółowe badania różnorodności biologicznej są kosztowne. Jednakże
istnieje kilka wskaźników, które mogą świadczyć o dobrych właściwościach badanych gleb. Najczęściej spotykanym wskaźnikiem jest obecność dżdżownic. Pełnią one bardzo ważną funkcję w rozkładzie materii organicznej oraz poprawie struktury gleby. W miejscach bytowania tych organizmów możemy zaobserwować, że gleby są bardziej pulchne. Faunę glebową, oprócz dżdżownic i ssaków, tworzą mięczaki, skoczogonki, roztocza, stawonogi, wazonkowce, nicienie i pierwotniaki. Wszystkie odgrywają znaczną rolę w rozkładzie materii organicznej i regulowaniu właściwości gleb.
Nie bez znaczenia pozostają także grzyby, które tworzą symbiozę z korzeniami roślin (mikoryza) pomagając im w pobieraniu substancji odżywczych, witamin oraz wody. Dodatkowo rozrastają się wraz z korzeniami zwiększając ich powierzchnię i zdolność wchłaniania substancji z gleby. Grzyby mogą również pomagać roślinom w transportowaniu sygnałów ze środowiska między wieloma gatunkami.
Ważnymi organizmami w glebie są również bakterie. Szereg bakterii odpowiada za rozkład materii organicznej oraz minerałów w glebie, przemiany pierwiastków (w szczególności węgla, azotu, fosforu, siarki, żelaza i manganu), walkę z patogenami i wzbogacanie gleb w azot pochodzący z atmosfery (np. bakterie rodzaju Azotobacter i Rhisobium).
Rozwiązania i kierunki zrównoważonego gospodarowania glebami
Niewątpliwie jednym z najważniejszych aspektów ochrony gleb jest planowanie przestrzenne uwzględniające ochronę środowiska. Gleby chronione są ustawowo, dlatego też dokumenty planistyczne
powinny zawierać informacje o przydatności rolniczej gleb, ich uziarnieniu oraz miejscu występowania gleb organicznych, które podlegają ochronie i nie powinny być przeznaczane na cele inne niż rolnicze i leśne. Jedną z ważnych strategii, która ma na celu ochronę zdrowia gleb, jest opracowany w 2019 r. Zielony Ład (ang. Green Deal). Od samego początku budzi on liczne kontrowersje wynikające z ambitnych założeń i celów Komisji Europejskiej. W kontekście rolnictwa, Zielony Ład proponuje szereg pozytywnych rozwiązań, które mają na celu ochronę gleb, poprawę zdrowia ludzi oraz zwiększenie bioróżnorodności. Jednym z kluczowych założeń Zielonego Ładu jest ograniczenie stosowania pestycydów i nawozów syntetycznych. Dzięki temu, gleba i woda będą mniej zanieczyszczone, co przyczyni się do poprawy jakości środowiska oraz zdrowia ludzi.
Ograniczenia w stosowaniu tych substancji (oraz stosowanie ich zgodnie z zaleceniami producentów) mogą również przywrócić dawne siedliska gatunków roślin i zwierząt najbardziej wrażliwych na zmiany w ekosystemie. Zielony Ład wspiera również zrównoważone zarządzanie zasobami wodnymi.
Wprowadzenie bardziej efektywnych systemów nawadniania oraz praktyk rolniczych, które minimalizują zużycie wody oraz jej retencję, przyczyni się do ochrony tego cennego zasobu. Woda jest niezbędna do produkcji żywności, a jej racjonalne wykorzystanie jest kluczowe dla przyszłości rolnictwa. Ważnym aspektem Zielonego Ładu jest także ochrona bioróżnorodności. Plan zakłada tworzenie obszarów chronionych oraz promowanie praktyk rolniczych, które wspierają różnorodność biologiczną. Dzięki temu rolnictwo będzie bardziej odporne na zmiany klimatyczne i choroby, co zwiększy jego
stabilność i wydajność. Jednocześnie poprawa mikrobiomu gleby przyspieszy rozkład materii organicznej, przyczyni się do zwiększania zasobów węgla organicznego w glebach, a także poprawi strukturę gleby.
Elementem Zielonego Ładu, który silnie wspiera rolnictwo jest Strategia „Od pola do stołu” (ang. Farm to Fork Strategy) mająca na celu przekształcenie systemu żywnościowego w bardziej zrównoważony, zdrowy i przyjazny dla środowiska. Jej główne cele to ograniczenie o 50% ryzyka wynikającego ze stosowania pestycydów, zmniejszenie użycia nawozów o 20%, a także ograniczenie stosowania antybiotyków w chowie zwierząt o 50%. Jest to niezwykle istotne dla zdrowia konsumentów. Nikt przecież świadomie nie chce przyjmować substancji używanych w nadmiarze zarówno w produkcji roślinnej, jak i zwierzęcej. Założeniem jest ochrona roślin i zwierząt przed chorobami, ale niestety nic w przyrodzie nie ginie. To, czym żywią się rośliny i zwierzęta, trafia również do naszych organizmów.
Scenariusze na przyszłość
Niestety Polska podąża w niebezpiecznym kierunku ignorancji – ignorowania środowiska i jego zasobów. O ile rolnicy stają się coraz bardziej świadomi zagrożeń i konieczności ochrony gleb, które nas żywią, o tyle sektor nieruchomości i budownictwa za nic ma ochronę środowiska, głosząc często puste hasła o zrównoważonym zagospodarowaniu i sadzeniu nowych drzew. Greenwashing bardzo dobrze sprzedaje się w dzisiejszych czasach, generując dodatkowe dochody dla pewnych sektorów gospodarki. Planowanie przestrzenne z uwzględnieniem ochrony gleb jest bardzo rzadkim zjawiskiem. Powstawanie
wielkopowierzchniowych osiedli na terenach zalewowych oraz przekształcanie gruntów ornych i leśnych na cele zabudowy mogą być katastrofalne w skutkach zarówno dla środowiska, jak i mieszkańców. Budowa na niestabilnym gruncie (głównie utwory organiczne i pochodzenia organicznego) wiązać się będzie z zagrożeniem powodzią, okresowymi podtopieniami i szybkim niszczeniem budynków. Z kolei brak możliwości regulacji obiegu wody zwiększa zagrożenie powodziami.
Niestety brak przywiązania do ziemi kolejnych pokoleń i niska opłacalność rolnictwa małoobszarowego przyczyniają się do konieczności dzierżawy lub sprzedaży gruntów, które często przeznaczane są na cele nierolnicze. Jest to niebezpieczne zarówno dla środowiska, jak i dla społeczeństwa. Dalsze przekształcenia i nieodwracalna degradacja gleb przyczynić się mogą do zaburzenia bezpieczeństwa
żywnościowego w kraju. Dodatkowo, brutalne zasady rynku powodują, że bardziej opłacalny jest import żywności z zagranicy niż kupowanie produktów z gospodarstw lokalnych i regionalnych. A chyba oczywisty jest fakt, że żywność produkowana w Polsce jest bezpieczna i nie musi być konserwowana przed długim transportem, aby mogła być dostarczana prosto na nasz stół. Zastanawiam się, co powiedzieliby nasi dziadkowie, pradziadkowie, którzy zobaczyliby, że na ich drogiej, żyznej glebie powstają nowe osiedla, magazyny, galerie handlowe i supermarkety.
Słowniczek
Zielony Ład – Jest to długookresowa strategia Unii Europejskiej mająca na celu poprawę jakości i ochronę środowiska a także zapewnienie wysokiej jakości produktów przy prowadzeniu zrównoważonej gospodarki, mniej szkodliwej dla środowiska i zdrowia ludzi.
aktywność biologiczna – odnosi się do działalności mikroorganizmów, roślin i zwierząt zasiedlających gleby, które wpływają na jej strukturę, żyzność i przemiany biologiczne, chemiczne i fizyczne.
wietrzenie – proces rozdrabniania i rozkładu minerałów oraz skał występujących zarówno w glebach, jak i całym środowisku.
organizmy pionierskie – gatunki, które jako pierwsze zasiedlają nowe lub zdegradowane siedliska, pod których wpływem rozwijają się gleby, np. porosty lub mchy
poziom próchniczny – lub poziom akumulacyjny, to wierzchni poziom gleb (zazwyczaj kilkunasto- kilkudziesięciocentymetrowy), który wyróżnia się obecnością mniej lub bardziej rozłożonych szczątków roślinnych i zwierzęcych.
skała macierzysta – powierzchniowa warstwa skorupy ziemskiej, z której wskutek zachodzenia różnych procesów (np. wietrzenia) powstają gleby
rzeźba terenu – czyli inaczej ukształtowanie powierzchni Ziemi powstałe w wyniku działania różnych czynników naturalnych (np. lądolód, lodowce, erozja wodna, wietrzenie) a także działalności człowieka (np. wały, nasypy). Procesy te prowadzą do powstania zróżnicowanych form rzeźby terenu takich jak góry, doliny, wydmy, wały przeciwpowodziowe, kotliny, zapadliska, wąwozy, klify.
przestwory glebowe – tzw. pory glebowe są to przestrzenie w glebie wypełnione powietrzem lub wodą
porowatość gleb – na występowanie wolnych przestrzeni (porów) pomiędzy cząsteczkami fazy stałej gleby
przepuszczalność gleb – zdolność gleb do przemieszczania wody
pH – wskaźnik odczynu gleby; miara kwasowości lub zasadowości gleby w skali od 0 do 14, gdzie skrajne wartości informują o degradacji gleb. Gleby w Polsce przyjmują naturalnie pH w zakresie 3,0 do 8,5.
skład granulometryczny – zwany teksturą gleby, odnosi się do procentowego udziału różnych frakcji cząstek mineralnych w glebie, wśród których wyróżniamy frakcję piasku pyłu i iłu.
gęstość objętościowa – stosunek masy gleby (wagi) do jej objętości
pojemność wodna gleb – zdolność gleby do zatrzymywania wody, inaczej jest to ilość wody, jaką gleba może zatrzymywać w mniejszych lub większych porach
bilans wodny – różnica między wodą dostarczaną do gleby (opady lub nawadnianie) a wodą traconą (parowanie i odpływ)
struktura gleb – jest to sposób i kształt ułożenia i powiązania cząstek mineralnych i organicznych gleby, wpływa ona na szereg właściwości, np. przepuszczalność i porowatość gleb. Najbardziej korzysta z punktu widzenia rolnictwa struktura gleb jest struktura gruzełkowa.
mikrobiom gleby – jest to zespół wszystkich mikroorganizmów w glebie, do których zaliczamy na przykład bakterie, grzyby, pierwotniaki
Greenwashing – praktyka stosowana przez firmy, mająca na celu umyślne wprowadzenie konsumentów w błąd przy użyciu szeregu technik sugerujących, że ich działalność jest bardziej przyjazna dla środowiska, niż jest to faktycznie. Często takie zabiegi mają na celu podwyższenie wartości produktów, przez reklamowanie ich jako „eko”, „bio”, czy „przyjazne środowisku”. Czasami wystarczy nawet zastosowanie zielonych opakowań lub etykiet. Należy zawsze rzetelnie sprawdzać działalność firm i sposób świadczenia przez nie usług czy produkcji dóbr.
Źródła:
Bednarek, R., Dziadowiec, H., Pokojska, U., Prusinkiewicz, Z. 2011. Badania ekologiczno gleboznawcze. Wydawnictwo naukowe PWN, Warszawa. ISBN 978-83-01-14216-2
Mocek, A. (Red.), 2021. Gleboznawstwo. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa. ISBN 978-83-01-21857-7
Komisja Europejska, 2019. COMMUNICATION FROM THE COMMISSION TO THE EUROPEAN PARLIAMENT, THE EUROPEAN COUNCIL, THE COUNCIL, THE EUROPEAN ECONOMIC AND SOCIAL COMMITTEE AND THE COMMITTEE OF THE REGIONS – The European Green Deal. COM(2019) 640 final. Bruksela
Dr Sylwia Pindral jest członkinią Polskiego Towarzystwa Gleboznawczego, absolwentka geografii, geoinformacji środowiskowej oraz studiów doktoranckich na UMK w Toruniu. Naukowo zajmuje się analizami przestrzennymi, modelowaniem właściwości, zagrożeń i usług ekosystemowych gleb Polski. Obecnie zatrudniona na stanowisku badawczo-technicznym w IUNG-PIB.
Obserwując rozwój cywilizacji przemysłowej, mam coraz częściej wrażenie, że człowiek postanowił zostać sam na naszej Planecie. Owszem, czasem inne gatunki są Homo sapiens potrzebne, tyle że, albo do zjedzenia, albo do pogłaskania i pochwalenia się innym przedstawicielom naszego gatunku. Z całą resztą, którą można określić jako „dziką przyrodę”, toczy się wojnę. Ewentualnie może być tłem, dekoracją.
Szczególnie widoczne jest to w postępującym uprzemysłowieniu rolnictwa. To prawdziwe pole bitwy – nawet słownictwo używane jest jak na wojnie. Zwalczanie, usuwanie „chwastów”, „szkodników” przy pomocy broni chemicznej, jaką są syntetyczne pestycydy, a maszyny rolnicze swoimi gabarytami coraz bardziej przypominają pojazdy wojenne. Usuwane są wszystkie organizmy, których Homo sapiens nie może zjeść albo przerobić na paszę dla zwierząt, gleba jest przekopywana i ugniatana ciężkim sprzętem.
Spadek bioróżnorodności
Takie podejście do przyrody – nie tylko w naturalnych ekosystemach, ale i w rolnych – powoduje, że rolnictwo jest w największym stopniu odpowiedzialne za spadek różnorodności biologicznej na całej naszej Planecie. Wydawałoby się więc, że wojna została wygrana – dzikiej przyrody jest coraz mniej. Dzikie ssaki stanowią zaledwie 4% biomasy wszystkich ssaków na Ziemi, reszta to ssaki hodowlane (60%) oraz nasz gatunek (36%). W przypadku ptaków 70% to te hodowlane, a zaledwie 30% gatunki dzikie.
Nawet na terenach pozarolniczych z powodu niszczenia siedlisk, zanieczyszczeń, w tym stosowania syntetycznych insektycydów, wymierają owady. Większość ludzi, również ze środowisk rolniczych, troszczy się ewentualnie o pszczółki, czyli o pszczołę miodną, która bynajmniej wymarciem nie jest zagrożona. To kolejny gatunek hodowlany, który produkuje dla nas miód, a przy okazji zapyla część upraw. Prowadzi to do absurdalnych zaleceń, by nie stosować oprysków pestycydami między wschodem a zachodem słońca, kiedy aktywne są właśnie pszczoły miodne. Tak, jakby nie było innych gatunków zapylających, często bardziej efektywnych niż pszczoła miodna, ale aktywnych od zmierzchu do świtu, na przykład motyli nocnych czy ciem. Tolerowane są oczywiście inne gatunki zapylające, często tylko dlatego, że są ładne, jak na przykład motyle. Czasem zauważa się też inne gatunki pszczół – trzmiele i murarki, tyle że znów wynika to głównie z ich funkcji użytkowej z punktu widzenia człowieka – zapylania. Inne gatunki owadów głównie przeszkadzają – stąd coroczne akcje odkomarzania, bo „na co komu komary? Tylko gryzą”.
W opisywanym podejściu do owadów widać, jak bardzo zanikła wiedza na temat biologii i ekologii, na temat wzajemnych powiązań między organizmami. Wiedza, która nie jest też powszechnie uczona ani w szkołach ani na studiach, również rolniczych. Uczy się głównie podporządkowywania przyrody interesom naszego gatunku. Bardzo powoli do opinii publicznej przebijają się informacje, że bez dzikich gatunków owadów zapylających stracimy 75% upraw, a jednocześnie będą wymierać dzikie gatunki roślin, które nie zostaną zapylone. Stracimy również sojuszników, takich jak owady drapieżne i pasożytnicze, które żywią się gatunkami roślinożernymi. Zagrożone będą również gatunki ryb, płazów, gadów, ptaków i ssaków żywiące się owadami, również komarami. Zaburzony zostanie rozkład materii organicznej prowadzony między innymi przez larwy muchówek.
Pyrrusowe zwycięstwo.
Jednym z najważniejszych organizmów – właściwie super organizmem – który tracimy, jest gleba. Broń chemiczna stosowana przeciwko dzikim gatunkom zwierząt i roślin okazuje się być również toksyczna dla wszystkich tych istot, które ją tworzą – większych, jak na przykład dżdżownice, wije i mniejszych – grzybów i bakterii. Zanika tak zwana warstwa organiczna gleby – zamiast niej mamy praktycznie wyłącznie substancje mineralne, często po prostu piasek. Podłoże, które teraz już trudno nazwać glebą, nie jest w stanie zapewnić substancji odżywczych roślinom uprawnym. Oprócz broni chemicznej – pestycydów – coraz bardziej jałową glebę traktuje się solami silnych kwasów, jakimi są nawozy sztuczne, również dla niej toksyczne. Próbuje się je wciąż stosować na podłoże pozostające po wyjałowionej glebie. Mogłyby one teoretycznie zadziałać, tylko dochodzimy do kolejnej składowej, która znika z ekosystemów rolnych – jest nią woda. W Polsce rowy melioracyjne nadal służą głównie do odwadniania terenów rolnych, a rzeki i potoki nadal są zamieniane w betonowe kanały. Oznacza to, że w przypadku coraz częściej obserwowanego wzorca opadów: rzadko występujące, ale intensywne opady – tak zwane deszcze nawalne – woda zamiast zatrzymać się np. na polach uprawnych szybko spływa do rowów melioracyjnych, cieków wodnych i błyskawicznie odpływa do morza. Spływa tym szybciej, bo powierzchnia pozbawiona warstwy próchnicznej jej nie zatrzymuje.
Zdjęcie: Canva
Tak niefrasobliwe traktowanie zasobów wodnych w naszym kraju, przy znacznym wzroście temperatur (Europa jest kontynentem który ociepla się najszybciej), jest jedną z przyczyn powracających susz – w samym tylko 2024 r. były przynajmniej trzy takie okresy. Również w 2024 r. taki sposób „gospodarowania” wodą doprowadził do pogorszenia skutków powodzi spowodowanej deszczami nawalnymi. Wyschnięta po długim okresie suszy i pozbawiona warstwy próchnicznej gleba zdecydowanie wolniej wchłania wodę deszczową, w porównaniu z dobrze funkcjonującą glebą. Wyschnięta gleba działa jak beton i woda zamiast pozostać na danym terenie, natychmiast spływa do rowów melioracyjnych bardzo szybko zasilając rzeki. Skutkuje to brakiem dobrego nawodnienia terenu, łącznie z brakiem uzupełnienia zapasów wód podziemnych, spłukaniem powierzchniowej warstwy gleby do rzek oraz jest kolejną składową zwiększającą gwałtowność powodzi.
Warto tutaj wspomnieć, że za postępujące globalne ocieplenie klimatu odpowiedzialne jest również rolnictwo – emisje ze spalanych w maszynach rolniczych paliw kopalnych, emisje z nawozów sztucznych, emisje zanieczyszczeń powodowanych przez fermy przemysłowe, emisje powstające przy produkcji nawozów sztucznych i pestycydów, emisje związane z transportem na duże odległości, jak również emisje spowodowane orką, która odsłaniając głębsze warstwy gleby prowadzi do utleniania związków organicznych i uwalniania dwutlenku węgla. Wszystko to powoduje, że 34% całkowitych emisji gazów cieplarnianych pochodzi z rolnictwa. A wzrost temperatur to kolejna składowa przyczyniająca się do spadku bioróżnorodności, zaś spadek ten, choćby poprzez wylesianie, osuszanie terenów podmokłych i mokradeł, dodatkowo przyspiesza globalne ocieplenie. Chwilowo wygrana przez Homo sapiens bitwa z Przyrodą wcześniej czy później okaże się zwycięstwem pyrrusowym, za które zapłacimy ostateczną przegraną.
Czy potrzebny nam jest Zielony Ład?
Coraz częściej decydenci zauważają ponure konsekwencje takiego podejścia. Stąd też próby prawnego uregulowania wpływu rolnictwa na bioróżnorodność, jak choćby ostatnio wprowadzany w Europie Zielony Ład. Jak zapewne większość osób czytających wie, wzbudził on głęboki sprzeciw środowisk rolniczych. Można oczywiście długo dyskutować, z czego to wynika – na przykład z braku konsultacji z rolnikami, ale… W świetle zjawisk, które opisywałam powyżej, jest dla mnie coraz bardziej niezrozumiałe, że kogokolwiek trzeba prawnie przekonywać o konieczności zachowania różnorodności biologicznej. Czy naprawdę osobom na co dzień będącym blisko z przyrodą, jakimi są rolnicy i rolniczki, trzeba prawnie nakazywać, by dbali o różnorodność biologiczną?
Coraz bardziej niezrozumiałe jest dla mnie również to, że także ze strony środowisk rolniczych słychać głosy zaprzeczające zmianom klimatu. Czy tak trudno dostrzec, że nie ma już okresu kiedyś nazywanego zimą, kiedy to właśnie pokrywa śnieżna była jednym ze źródeł wilgotności gleb? Że wiosna coraz bardziej przypomina lato, które trwa coraz dłużej? Że nie ma już deszczowych tygodni, ale długotrwałe okresy bez opadów przedzielane krótkimi okresami deszczy nawalnych, często również gradobić. Czy naprawdę trudno dostrzec, że stosowanie substancji toksycznych do wytwarzania tego, co tworzy nasze ciała – żywności – musi wcześniej czy później źle się skończyć i dla nas?
Z jednej strony rozumiem frustrację i rozgoryczenie rolników i rolniczek, ale tak naprawdę jej źródłem są niskie ceny skupu, które sprawiają, że wytwarzanie żywności jest coraz mniej opłacalne i przekształcają rolnictwo w przemysł. Nadmierny chów zwierząt na fermach przemysłowych, wielkoobszarowe monokultury, na których bardzo często uprawiane są rośliny pastewne, prowadzą do zaniku małych hodowli, a także małych i średnich gospodarstw. Duże gospodarstwa prowadzone są w systemie monokultur zamiast polikultur. Z drugiej zaś strony mamy doświadczenia takich gospodarstw, jak Ekologiczny Uniwersytet Ludowy w Grzybowie, gospodarstwo w Juchowie, czy też gospodarstwo Życie na Pola w Snowidowie, w których bioróżnorodność jest podstawą dobrze funkcjonującego gospodarstwa. Są również badania, które pokazują, że właściwie prowadzony płodozmian poprawia odporność upraw na zmiany klimatu, a także prowadzi do wyższego plonowania. Inne wskazują jasno, że pasy dzikiej zieleni pomiędzy polami zapewniają wyższe plonowanie i pozwalają stosować mniejsze ilości pestycydów, a co za tym idzie, pomagają obniżyć koszty wytwarzania żywności.
Wiedza i doświadczenia rolników ekologicznych, czy też konwencjonalnych, którzy zdecydowali się na współpracę z Przyrodą, pokazują, jak bardzo ta współpraca jest opłacalna. I że niepotrzebne są tutaj regulacje ani na poziomie krajowym czy unijnym. Ta współpraca z Przyrodą to po prostu czysty zysk – zdrowsi rolnicy i rolniczki, którzy nie są narażeni na kontakt z chemią rolną, niższe koszty prowadzenia gospodarstw poprzez zmniejszenie ilości stosowanych pestycydów, nawozów sztucznych, olejów napędowych, brak konieczności posiadania wielu maszyn rolniczych. To również same korzyści dla całego społeczeństwa, które otrzymuje dobrej jakości żywność, lepiej funkcjonują też wiejskie społeczności. Bo ważna jest nie tylko różnorodność biologiczna, lecz i ta społeczna. Co równie ważne, współpraca z Przyrodą w wytwarzaniu żywności, która przekłada się na wzrost plonowania, pozwala oddać dzikiej przyrodzie ogromne tereny. Zaś same tereny rolne stają się bioróżnorodne i tak po prostu piękniejsze.
Dr hab. Paulina Kramarz, profesora nadzwyczajna Uniwersytetu Jagiellońskiego w Instytucie Nauk o Środowisku. Współtworzy portal popularnonaukowy Nauka dla Przyrody oraz reprezentuje NdP w inicjatywie „Nasz Rzecznik” przy RPO oraz w Koalicji Żywa Ziemia. Jest członkinią Rady Klimatycznej Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Państwowej Rady Ochrony Przyrody.