Przyszłość. Ludzkość poradziła sobie z problemami, które zagrażały jej przetrwaniu na początku XXI wieku. Historia ma dalszy ciąg. I jak to bywa w przypadku dalszych ciągów, ich mieszkańcy interesują się wszystkim, także przeszłością. Wynaleziono chronoport do podróżowania w przeszłość, ale ze względu na zagrożenia jakie niesie to urządzenie, jest do użytku wyłącznie naukowego. Badaczki i badacze przeszłości – z przyszłości – po przejściu długotrwałych szkoleń z etyki i technologii chronoportacji – studiują wybrane historyczne obszary czasu i przestrzeni, żeby zrozumieć lepiej kim jesteśmy, skąd przybywamy i dokąd zmierzamy.

Słynne badania w pracowni Mikołaja Kopernika wykonane przez dr Glocka i drę Barettę dotyczące pozornie błahego problemu smarowania chleba masłem (tak, to Kopernik wymyślił chlebek z masłem) oraz tego, jak to wpłynęło na jego pozycję wśród personelu zamku w Olsztynie (słynny wykres wpływu mikro-innowacji Glocka i Baretty, za który nominowali byli do Nagrody Nobla, Bratumiła i Dobrawy), zaowocowały prawdziwą klęską urodzaju analogicznych badań. Zespołu badawcze prześcigały się w pomysłach.

Gdy na radzie wydziału etnografii nauki profesor Eudaimonia zgłosiła projekt dotyczący zbadania wpływu sznurówek na poezję na podstawie poetów romantycznych, poparcie było niemal jednomyślne. Owszem, jakąś rolę odegrała tu zapewne popularność piątkowych pijanych wieczorków koleżanki profesor, ale – rzecz jasna – tak banalne wydarzenie nie może być przyczyną poważnych dla nauki skutków. To oczywiste, że zwyciężyła naukowa pasja poznawcza i obiecujący wkład proponowanego projektu w wiedzę. Nic też dziwnego, że to właśnie doktoranci koleżanki profesor: Persefona i Tor, zostali nominowani do przeprowadzenia badań w terenie przy wykorzystaniu technologii chronoportacji. Przypomnijmy, że technologia ta umożliwia przemieszczanie się w czasie celem prowadzenia badań etnograficznych w innych czasoprzestrzeniach.

Badacze są obecnie wyposażeni w najnowocześniejszą technologię sztucznego geniuszu pozwalającą tłumaczyć wszystkie znane języki na język lokalny i vice versa, bezpośrednio między świadomościami. Zgodnie z Zasadą Lawendowskiej, wszystko czego dana kultura nie rozumie jest po prostu niewidzialne dla jej członków. Osoby zachowujące się i rozmawiające w sposób zgodny z zasadami przyszłości, są albo całkiem niewidzialne albo widoczne w jakiś absurdalny sposób dla społeczności z badanej przeszłości. Ktoś, kto mówi naszym solidarystycznym językiem postrzegany jest więc, zazwyczaj, w starym lokalnym kontekście jako społecznik, może prorok, może artysta. I tylko to, co w jakiś sposób da się przetłumaczyć na aktualny w przeszłości kontekst, jest w ogóle odbierane, w zniekształconej postaci.

Dodajmy, że warunkiem podjęcia badań są szkolenia etyczne naukowców-chrononautów. Pomagają one, między innymi, wykształcić wrażliwość na kultury przeszłości, ich wierzenia, zasady, języki. Na ogół jest to całkiem spójne i sensowne – z wyjątkiem początku XXI wieku, który jak wiadomo był anomalią wymykającą się poznaniu i wobec tego został wyjątkowo słabo zbadany. Ta szara plama na mapach poznania czeka na swoich odkrywców.

Tymczasem kierujemy nasze wysiłki poznawcze w bardziej obiecujące kierunki. XIX wiek jest zdecydowanie bardziej oświecony i otwarty, więc propozycja, by poddać go kolejnemu badaniu, spotkała się z pozytywnym odbiorem. Mikroinnowacje sznurówkowe rozpaliły umysły akademii i już niedługo po pozytywnym przyjęciu wniosku Persefona i Tor znaleźli się w Paryżu po burzliwym czasie Komuny, w poszukiwaniu romantycznych poetów. Zostali poinstruowani co robić, gdyby spotkali Rimbauda lub Verlaine’a, co można w celach poetyckich sprowadzić do krótkiego imperatywu: „sprawcie, by wirujący świat stanął w miejscu”.

„O jeju”, powiedziała Persefona, „jaki nowy ten Paryż!”

„Nowy?”, zdziwił się Tor, „raczej poważnie poturbowany. A do tego śmierdzi”.

To zapoczątkowało gwałtowną wymianę zdań młodych doktorantów.

„No bo niedawno w sumie była tu niezła rewolucja. Ale popatrz na te fasady, na kolor kamienia… Baron Haussmann dopiero co powymieniał stare zaułki na nowe, jasne bulwary… Wiesz, w tym prastarym mieście to niesamowite móc chodzić w wersji tak świeżo malowanej.”

„Kostki brukowe też świeżo używane”, trzeźwo zauważył Tor. „A biedny Courbet nieźle bierze w kość za dostarczenie gruzu z kolumny Vendôme.”

„Wielki Karol przewidział że ta paskudna konstrukcja walnie w bruk 20 lat wcześniej. Wszystko przewidział aż do początku naszych lepszych czasów.”

„Za to potem już nic nie przewidział. Na przykład, szkoleń z etyki. Ani nawet chronoportu.”

Chodzili tak nowymi bulwarami, ale wciąż noszącymi znamiona niedawnych bojów, jakie się tu toczyły. Nie tylko Komuny – przede wszystkim pruskich zniszczeń z czasów wojny 1870-1871. Większość sklepików i barów mijanych po drodze było pozamykanych – te drugie pewnie otwierają się w tej epoce później. Zakład introligatorski po prawej stronie wydawał się otwarty, więc Tor zaproponował, by weszli. Właściciela ani w ogóle nikogo nie było w zasięgu wzroku, za to były dwie duże, wygodne kanapy. Tor i Persefona najpierw usiedli, a potem położyli się każde na swojej kanapie i prawie natychmiast zasnęli.

„A co tu się wyrabia, kim panowie jesteście i jakim prawem śpicie na moich kanapach?”

Doktoranci poderwali się na dźwięk mało entuzjastycznego powitania.

„Przepraszam, pan i panna. Komunardzi, jak rozumiem?” spytał wąsaty i brodaty jegomość, świdrując ich wzrokiem.

„Nie, poeci”, wypalił Tor.

„A to na jedno wychodzi”, zmarszczył brwi jegomość, ale w jego oczach zabłysło coś w rodzaju sympatii, może nawet miłości. Persefona odetchnęła. Jeszcze tego brakowało, żeby ktoś wziął ich za dawnych komunardów. Jednych z nich zwycięzcy – zwani potocznie Wersalczykami – rozstrzelali, innych nowe władze deportowały do Nowej Kaledonii, reszta wyemigrowała lub ukrywała się aż do amnestii, którą przyniesie dopiero rok 1880. Persefona i Tor mieli tu zajmować się sznurowadłami i poezją, a nie uciekać przed żandarmami!

„Poeci!”, westchnął kolejny, skrzekliwy głos. To mówił jakiś mały człowieczek na drabinie, krzątający się za kotarą przy jednej z szaf. „Mieliśmy ich na półkach na pęczki. Czasem myślę, że lepiej znaleźliby sobie lepszy fach niż zbawianie ludzi i świata. Och, czyżby miny wam zmarkotniały? Nie tego się spodziewaliście?”.

Brodacz skrzywił się, jakby nie zgadzał się z człowieczkiem z drabiny, ale mu nie przerywał.

„Opowiem wam zabawny przykład”, kontynuował gaduła z drabiny, „Jest sobie człowiek w waszym wieku, monsieur F. Z pochodzenia Polak, jak wielu komunardów, aczkolwiek liceum kończył już w Paryżu, a potem poszedł do pracy w ministerstwie oświaty, gdzie zajmował się sztukami pięknymi. Niewiele wiadomo na pewno, co robił podczas Komuny, ale można usłyszeć, że strzegł Luwru. Kiedy wojska Wersalczyków wdzierały się do centrum miasta, komunardzi w ramach naprawiania świata postanowili podpalić urzędy i pałace, robiąc z nich ognistą zaporę… Ale zaraz zaraz, może wtedy tu byliście i sami widzieliście?”

„Nie, nie”, zaprzeczyli doktoranci, „My nietutejsi”.

„Aha… No więc częścią tej ognistej zapory miał być także Luwr. Oczywiście większość skarbów z niego wcześniej wywieziono, są granice wojennego szaleństwa. Tak czy owak, Luwr jednak w ogniu nie stanął. Powiadają, że to za sprawą monsieura F. Wbrew rozkazom komunardzkim, ponoć pozamieniał beczki z naftą na beczki z wodą. I co dalej? Ano nic. Chłopina nadal pracuje w ministerstwie i jest tłumaczem w prefekturze policji. Ale plotki mówią, że niedługo dostanie kopa w górę”.

Doktoranci patrzyli to na człowieczka na drabinie, to na brodacza, czekając na morał.

„Ech, poeci, nic nie rozumiecie! To nie sztuka przelewać swoje przeżycia na papier pod wpływem chwili. Sztuką jest zachować je dla siebie, aż do odpowiedniego momentu, by je wykorzystać. Milczenie jest złotem! Niech mówią inni, niech nawet zmyślają. Jeśli zmyślą coś niebezpiecznego, wszystkiemu zaprzeczycie, przecież nie ma śladu na papierze. Jeśli zmyślą coś dla was budującego, możecie w rozmowach jeszcze te budowlę powiększyć, a przy tym wciąż uchodzić za skromnisiów, bo przecież swoich zasług nigdy nie opisaliście”, gulgotał człowieczek, który właśnie zszedł z drabiny i szurając przestawiał ją w inne miejsce.

„Cynik!”, burknął brodacz. To jedno słowo rozpętało kłótnię między nim a człowieczkiem z drabiną. Po co pisać i wydawać książki, kto naprawdę na tym zarabia, jak kończą pisarze i poeci, a jak wydawcy. No i gdzie w tym wszyscy są introligatorzy?

Nieco zażenowani, Persefona i Tor wyjrzeli przez zakurzoną witrynę na ulicę. Naprzeciw zakładu introligatorskiego zobaczyli zakład z szyldem z wielkimi, ozdobnymi literami. „Sznurowadła”. Co za zbieg okoliczności! „Najlepsze sznurowadła tylko od Chamboveta”, „Tradycja od pokoleń”, „Francuska specjalność”, krzyczały mniejsze napisy. A pod nimi umieszczono na witrynie wielki rysunek z kobietami pracującymi przy krosnach napędzanych silnikiem parowym.

Więcej Persefona i Tor nie zobaczyli, ponieważ widok zasłoniło im dwóch włóczęgów, którzy przystanęli między zakładem introligatorskim a sklepem ze sznurowadłami. Jeden z nich, starszy, pokazywał drugiemu na swoje rozklapciałe sznurowane buty. Ów drugi, młodszy, ubrany w długie kamasze, nic sobie z tego nie robił i ciągnął w stronę zakładu introligatorskiego.

Ku swojemu zdumieniu, Persefona i Tor rozpoznali w tych włóczęgach Paula Verlaine’a i Arthura Rimbauda, poetów wyklętych… Doktorantów zatkało. Zaniemówili jeszcze bardziej, gdy drzwi zakładu otworzyły się i do środka, wraz z powiewem wiatru, wkroczyli dwaj poeci. Wiatr był mocno nasiąknięty alkoholem.

„O, kolejni poeci”, mruknął gaduła z drabiny, „wchodźcie, wchodźcie, wcale nie jest was tu za dużo.”

„Dzień dobry panom. Nie oprawiamy na kredyt”, wyrecytował brodacz. Sprawiał wrażenie, jakby nie pierwszy raz stosował tę formę powitania wobec przybyszy.

„Dzień dobry temu domowi,” skłonił się wyższy. Paul. Persefona zaróżowiła się z wrażenia – ten gość miał głos. Nawet gdyby prowadził zajęcia z historii myśli, słuchałoby się. Miał miękki, melodyjny głos, który jednak totalnie przyciągał uwagę, nawet gdyby w tle coś łomotało.

Coś faktycznie załomotało. Nie, nic takiego – tylko wiatr szarpnął niedomkniętymi drzwiami.

„Mocniejsze nad alkohol, olbrzymsze nad liry,

Fermentują miłości żółciowe czerwienie”,

wyrecytował młodszy monotonnie, patrząc się w dół. Persefona skierowała instynktownie wzrok w tym kierunku. No tak, wielki Arthur wyraźnie gapił się w dół na buty swego towarzysza. A może na sznurowadła.

„Znam nieba pękające w gromy i wichrzyce,”, podchwycił z rozanieloną miną Tor.

„Dobrze mówi. Niech da na wino,” Arthur przeniósł wzrok z butów Paula na buty Tora.

„Wino należy pić tylko w towarzystwie, jak się nie pije wina w towarzystwie, to szkodzi na tkankę społeczną”, odezwała się Persefona nagle tonem swojego nauczyciela etyki, nie wiedzieć zresztą za bardzo czemu. Taki impuls. Podobno kiedyś ludzie na podobnej zasadzie nagle wtrącali w rozmowę „wszelki duch pana Boga chwali” albo „kto Polak na bagnety”.

„Na co szkodzi?”, zdziwił się brodacz, „na wątrobę społeczną? To znów coś co wymyślili nasi dobrzy komunardzi?”

„Dobrze mówi. Niech idzie z nami na wino. I postawi”, zawyrokował Arthur.

„To jak postawi, to może i ja przyłączę do tej komunardzkiej wątroby”, gaduła wciągnął na siebie nieco wyświechtane palto.

„Ruszaj się, Bruno, idziemy na piwo;

Niechybnie brakuje tam nas!”, Tor był ewidentnie w swoim żywiole, chociaż może zdesynchronizowały mu się trochę epoki.

„No dobra”, brodacz również narzucił palto i wcisnął na głowę czapkę, „nie pamiętam wprawdzie byśmy przeszli na »ty«, ale skoro tak mówisz, młody człowieku, to fakt, że wolę piwo niż to co panowie nazywacie tutaj winem.”

Towarzystwo wypłynęło z lokalu, brodacz ­ najwyraźniej imieniem Bruno ­ zamknął za nimi zakład i wszyscy razem zaczęli iść w kierunku jaki wskazywał im alkoholowy kompas Paula i Arthura.

„Te, weź nie myl gatunków i epok,” szturchnęła Tora Persefona.

„A ty nie recytuj zasad współżycia społecznego,” odburknął Tor. „A poza tym ktoś nas śledzi. Nie odwracaj się i w ogóle udawaj że nic nie wiesz.”

Myśleli, że to hulał wiatr. Tylko dlaczego liście szeleściły i gałęzie rozchylały się zawsze tuż obok nich, a na ulicach wokół nie drgnął nawet kwiat w kapelusiku miejscowej gryzetki? Wyczulonym na patologie podróży w czasie doktorantom zdało się to dziwne. Przypomnieli sobie słowa jednego z wykładowców – uznawanego za nieszkodliwego wariata profesora Banialuka – że w jeszcze dalszej przeszłości opanuje się technikę przenoszenia się w czasie w spektrum niewidzialnym dla oka, a doktoranci z tamtych czasów obserwować będą niezauważeni nie tylko historyczne postacie, lecz także badania swoich kolegów po fachu z wcześniejszych pokoleń, jak Persefona i Tor.

Banialuki! Kto zajmowałby się podobnymi bzdurami siedząc koło bogów poezji, wśród szczeku kolejnych opróżnianych buteleczek? Persefona i Tor wciągali słowa Paula i Arthura jak narkotyk. A na koniec, upojeni, wymienili się z nimi butami. Rozpierała ich duma, że wrócą do przyszłości w rozklapciałych trzewikach Verlaine’a i znoszonych kamaszach Rimbauda. Szczęśliwi, przysnęli wraz ze swoimi towarzyszami poetami i introligatorami w zacisznym parku.

Kiedy się obudzili, poetów już nie było.

Znikły też ich buty, trofea doktorantów!

Persefona i Tor ze zdziwieniem patrzyli to na swoje gołe stopy, to na milczących panów z zakładu introligatorskiego. Gaduła od drabiny jąkał się, nie mogąc wydusić ni słowa. Oniemiały brodacz miał tylko tyle siły, by wskazać palcem jakiś ruchliwy punkt w parkowej alejce.

Buty poetów oddalały się, wisząc w powietrzu, niesione tajemniczym wiatrem.


 

Tam, gdzie czas miał inny wymiar

W sercu australijskiego Pilbara, pośród czerwonych skał i żelaznych wzgórz, istniała jaskinia, która była czymś więcej niż tylko schronieniem. Wąwóz Juukan – miejsce, gdzie życie tętniło nieprzerwanie przez ponad 46 tysięcy lat. W jaskiniach  znajdujących się w  korycie wyschniętej rzeki, odnaleziono niezwykły artefakt – warkocz z ludzkich włosów, który liczył około 3000–4000 lat. Analiza DNA wykazała, że włosy należały do bezpośrednich przodków dzisiejszych członków społeczności Puutu Kunti Kurrama i Pinikura (PKKP), co stanowi jeden z najbardziej namacalnych dowodów nieprzerwanej obecności i ciągłości kulturowej Aborygenów na tym terenie

Dla PKKP miejsce to, było sercem duchowości i tożsamości. W kulturze Aborygenów ziemia nie jest własnością, lecz dziedzictwem – łączy ludzi, przodków i duchy, a opieka nad nią to święty obowiązek. Każdy kamień, każda jaskinia, każda rzeka ma swoje miejsce w opowieści o powstaniu świata i jest nierozerwalnie związana z przeszłością i teraźniejszością.

Gdy logika zysku zderza się z dziedzictwem

W maju 2020 roku, mimo apeli PKKP i nowych odkryć archeologicznych, a także pełnej świadomości, że ta ziemia stanowi integralną część kultury i duchowości rdzennych mieszkańców, Rio Tinto zdecydowało się na wysadzenie schroniska skalnego Juukan, realizując rozbudowę kopalni rudy żelaza. Zniknęło miejsce starsze niż piramidy i Stonehenge, a wraz z nim tysiące artefaktów i ślady codzienności, duchowości oraz historii ludzi, którzy byli tam od zawsze.

Eksplozja wywołała szok w Australii i na świecie. Parlamentarne śledztwo wykazało, że Rio Tinto wiedziało o wyjątkowej wartości miejsca, a mimo to zdecydowało się na jego zniszczenie. Firma poniosła poważne konsekwencje – ze stanowisk odeszli trzej kluczowi członkowie zarządu: dyrektor generalny Jean-Sébastien Jacques, szef działu wydobycia rudy żelaza Chris Salisbury oraz szefowa ds. relacji korporacyjnych Simone Niven. Rio Tinto publicznie przeprosiło PKKP, zobowiązało się do wypłaty odszkodowań, wsparcia projektów kulturalnych i powołania fundacji na rzecz ochrony dziedzictwa. Wprowadzono obowiązkowe szkolenia z zakresu ochrony dziedzictwa dla tysięcy pracowników i zmieniono procedury konsultacji z rdzennymi społecznościami.

Zdjęcie: Canva

Konsekwencje: gniew, śledztwo i zmiana

Eksplozja wywołała szok w Australii i na świecie. Parlamentarne śledztwo wykazało, że Rio Tinto wiedziało o wyjątkowej wartości miejsca, a mimo to zdecydowało się na jego zniszczenie. Firma Rio Tinto poniosła poważne konsekwencje po zniszczeniu świętych jaskiń w wąwozie Juukan – ze stanowisk odeszli trzej kluczowi członkowie zarządu: dyrektor generalny Jean-Sébastien Jacques, szef działu wydobycia rudy żelaza Chris Salisbury oraz szefowa ds. relacji korporacyjnych Simone Niven. Rio Tinto publicznie przeprosiło PKKP, zobowiązało się do wypłaty odszkodowań, wsparcia projektów kulturalnych i powołania fundacji na rzecz ochrony dziedzictwa. Wprowadzono obowiązkowe szkolenia z zakresu ochrony dziedzictwa dla tysięcy pracowników i zmieniono procedury konsultacji z rdzennymi społecznościami.

Krzywda, która trwała pokolenia

Aby zrozumieć, jak głęboka była strata, trzeba spojrzeć na szerszy kontekst krzywd, jakie spotkały Aborygenów ze strony białych osadników. Od chwili przybycia Europejczyków, rdzenni mieszkańcy byli traktowani z pogardą i brutalnością. Przemoc, masakry, wysiedlenia i przymusowe prace stały się codziennością.  Aborygeni byli zmuszani do pracy przy uprawie roli, wypasie bydła,  gospodarstwach domowych oraz przy ciężkich pracach fizycznych na farmach i ranczach, często w bardzo trudnych warunkach i z dala od rodzin i w warunkach urągających ludzkiej godności.

Ich życie było ściśle kontrolowane przez kolonialne i stanowe władze: decydowano, gdzie mogą mieszkać, pracować, ile zarabiają i czy mogą zachować własne dzieci. Między 1910 a 1970 rokiem tysiące dzieci zostało siłą odebranych rodzinom – to tzw. „skradzione pokolenia”, którym odebrano język, tożsamość i więzi rodzinne. Ich prawa obywatelskie i ludzkie były systematycznie odbierane, a głos – ignorowany.

Od tragedii do partnerstwa – nowy rozdział

W pięć lat po katastrofie, po długich negocjacjach i odbudowie wzajemnego zaufania, 2 czerwca 2025 roku PKKP i Rio Tinto zawarły przełomową umowę o wspólnym zarządzaniu wszystkimi działaniami wydobywczymi na terenach PKKP. „Traditional Owners” (czyli tradycyjni właściciele ziemi, rdzenni opiekunowie i strażnicy dziedzictwa kulturowego danego terenu) zyskali realny wpływ na decyzje dotyczące kopalń, ochrony środowiska i dziedzictwa – od planowania po zamknięcie kopalni. Wspólne zarządzanie obejmuje m.in. wczesne konsultacje, tworzenie stref buforowych, zarządzanie wybuchami i aktywną ochronę miejsc o szczególnym znaczeniu.

Jak podkreśla Grant Wilson, dyrektor PKKP Aboriginal Corporation:

„To przełomowa i nowatorska umowa. Wierzę, że zmieni ona sposób prowadzenia wydobycia – z pewnością w Pilbarze, a mam nadzieję, że także w całej Australii. Społeczność PKKP jasno dała mi do zrozumienia, że nie sprzeciwia się wydobyciu, pod warunkiem że odbywa się ono w sposób wrażliwy kulturowo, z Rdzennymi Właścicielami na pierwszym planie. W tej umowie zawarliśmy zasadę wczesnej i otwartej komunikacji dotyczącej dziedzictwa oraz planów kopalni, a także zasadę wolnej, uprzedniej i świadomej zgody”.

To partnerstwo nie wymaże bólu po stracie, ale daje nadzieję na nowy model relacji – oparty na szacunku, współpracy i wspólnej odpowiedzialności za przyszłość. Dla PKKP to także szansa na odzyskanie wpływu na losy własnej ziemi i dziedzictwa, które przetrwało tysiące lat.

Lekcja dla świata

Historia zniszczenia wąwozu Juukan to nie tylko tragiczne wydarzenie, ale przede wszystkim ważna lekcja dla całego świata. Pokazuje, jak łatwo można zniszczyć bezcenne dziedzictwo, które przetrwało dziesiątki tysięcy lat, jeśli priorytetem staje się wyłącznie krótkoterminowy zysk ekonomiczny. To ostrzeżenie, że bez głębokiego szacunku dla historii, kultury i duchowości rdzennych ludów, a także bez realnej współpracy z nimi, ryzykujemy utratę nieodwracalnych wartości.

Prawdziwa ochrona dziedzictwa wymaga uznania, że rdzenni mieszkańcy są nie tylko strażnikami swojej ziemi, ale także kluczowymi partnerami w procesach decyzyjnych dotyczących ich terytoriów. Ich głos musi być słyszalny i respektowany, a ich prawa – chronione. To wymaga zmiany paradygmatu, w którym ekonomia i rozwój nie stoją ponad ochroną środowiska i kultury, lecz są z nimi zrównoważone.

Dziś, bardziej niż kiedykolwiek, świat stoi przed wyzwaniem pogodzenia rozwoju gospodarczego z ochroną naszej wspólnej planety i jej dziedzictwa. Każda decyzja inwestycyjna – od wydobycia surowców po budowę infrastruktury – powinna być podejmowana z myślą o długofalowych skutkach dla ludzi, środowiska i przyszłych pokoleń.

Źródło: PKKP Aboriginal Corporation, raporty parlamentarne Australii, komunikaty Rio Tinto, The Guardian, ABC News Australia

Udzielne księstwa burmistrzów i prezydentów, ubezwłasnowolnione rady i mieszkańcy w roli petentów. Czy tak wygląda samorządność polskich miast?

27 maja br. minęło 35 lat od pierwszych, w pełni wolnych wyborów samorządowych do rad gmin w Polsce, możliwych dzięki ustawie o samorządzie gminnym z marca 1990 r. Na tę okrągłą i doniosłą rocznicę, udało się sfinalizować publikację książkową o obecnym stanie samorządności i o tym, co z nim zrobić pt. „O pustyni samorządności i jej rewitalizacji”. Wydawcą jest Kongres Ruchów Miejskich, autorami Witold Gawda i Lech Mergler.

Jako załącznik do zapowiedzi jest dostępna jako e-book na stronie KRM: POBIERZ

O pustyni samorządności i jej rewitalizacji

O pustyni samorządności i jej rewitalizacji. Kongres Ruchów Miejskich 2025

W książce w centrum uwagi nie jest samorząd jako instytucja nad którą wszyscy się teraz rozczulają, tylko SAMORZĄDNOŚĆ (głównie miejska), jako wartość nadrzędną w narracji o samorządzie. Związek między pierwszym a drugim jest taki, że instytucje samorządowe w założeniu miały/ mają być służebne wobec samo-rządzącej się wspólnoty mieszkańców. Wyszło mocno odwrotnie, stąd „pustynia samorządności” jako wątek przewodni publikacji. Instytucje samorządowe uniezależniły się od samorządu, który stanowi wspólnota mieszkańców, i realizują one własne priorytety swoich szefów. Wyraża to powszechnie stosowane nazewnictwo – „samorząd” to urząd miasta/ gminy, czy rada miejska/ gminy, a „samorządowcy” to etatowi rządzący tymi instytucjami, tzw. „włodarze”.

Nie o to chodziło w reformie samorządowej, która wzięła się z ducha uchwały I Krajowego Zjazdu NSZZ „Solidarność” we wrześniu 1981 r. pt. „Samorządna Rzeczpospolita”. Poprawianie instytucji samorządowych jest dziś godne uwagi o tyle, o ile służy rozwijaniu samorządności. Z oczywistym stwierdzeniem, że liczne w ostatnich latach działania władzy centralnej uderzające w same podstawy samorządu (i samorządności), należy kategorycznie potępić. Takie jak centralizacja państwa, „upaństwowienie” samorządu, obcinanie finansowania, ograniczanie kompetencji, upartyjnienie itd.

Krytyczna ocena stanu samorządności lokalnej jest coraz bardziej powszechna. Ten krytycyzm rośnie obok mainstreamowego przekazu, że reforma samorządowa to najdoskonalsze dokonanie III RP. Być może instytucje samorządowe działają często sprawniej niż rządowe, co ludność docenia, a politycy mogą się pochwalić. Aktywiści ruchów miejskich mają konkretną wiedzą, zwykle krytyczną, o codziennym funkcjonowania (braku) samorządności. Opartą na wieloletnich doświadczeniach i obserwacji władzy z bliska, ale „z boku”, czyli niezależnych. Niemniej istotne są inne liczne źródła ocen krytycznych – publikacje książkowe, obszerna publicystyka w czasopismach oraz w mediach elektronicznych (np. reportaże, podcasty), opracowania ekspertów i wyniki badań naukowych (patrz bibliografia na końcu książki).

W tych negatywnych ocenach zawarte są często emocje wynikające z subiektywnych doświadczeń. Potrzebne było zobiektywizowanie diagnozy stanu samorządności. Przyjęliśmy, że wiarygodnie o nim świadczy wdrożenie przez władzę, albo nie, standardowych praktyk samorządnościowych. Chodzi o różne sposoby włączania mieszkańców w zarządzanie miastem i decydowanie o nim, jak konsultacje społeczne, inicjatywy uchwałodawcze, referenda, panele obywatelskie, jednostki pomocnicze (rady osiedli/ dzielnic) i inne (szczegółowych tematów pytań było 29). Całkowity ich brak to wykluczenie mieszkańców ze współdecydowania/ współzarządzania miastem wskazujące na pustynię samorządności w zakresie, którego dotyczyło pytanie. Czyli rządy ponad głowami mieszkańców, bez liczenia się z ich opiniami, problemami i potrzebami. Wybraliście nas, więc teraz u-rządzimy was! TKM[1].

W książce przedstawione zostały wyniki prostego badania skierowanego do prawie wszystkich miast w Polsce, z których wyłania się obraz naszego kraju jako w dużej części pustyni samorządności. INDEKS SAMORZĄDNOŚCI MIASTA (ISM), oparty na informacji o funkcjonowaniu/ wdrożeniu w danym mieście, albo jego braku praktyk samorządnościowych włączających mieszkańców w decyzje i zarządzanie, pokazuje skalę tego spustynnienia.

Oto ponad połowa badanych miast nie może wykazać się wdrożeniem lub przeprowadzeniem ŻADNEJ z 21 praktyk/ procedur samorządnościowych spośród 29, o jakie pytaliśmy. Czyli niemal w 2/3 obszarów możliwego praktykowania samorządności o które pytaliśmy jest ZERO w ponad połowie miast.

Uszeregowaliśmy te miasta wg ISM w kolejności od takich, w których ŻADNA z nich nie miała miejsca w diagnozowanym okresie (2023) – jest kilka takich miast – do takich, gdzie wdrożonych było najwięcej, ale nigdzie wszystkie…. Trzeba dodać, że ta diagnoza odkrywa brak elementarnej samorządności na jej minimalnym, „urzędowym” poziomie. Nie chodzi tu o żadne zaawansowane czy wyrafinowane programy upodmiatawiania mieszkańców.

Niejako równolegle przedstawiamy w publikacji zbiór 43 postulatów opracowanych w zespole roboczym Kongresu Ruchów Miejskich, pod nazwą SAMORZĄDNOŚĆ 2.0. Są to propozycje zmian w rozmaitych regulacjach mających sprzyjać rozwojowi podstawowego poziomu samorządności lokalnej, zwłaszcza miejskiej. O stosunek do najważniejszych z tych postulatów zostało zapytanych kilkuset miejskich radnych z całego kraju. Ich afirmatywny stosunek do naszych propozycji, z jednym-dwoma wyjątkami, wskazuje na krytyczny stosunek do obecnego samorządowego status quo samych jego uczestników. Testowaliśmy też partie polityczne – Zieloni najbardziej podzielili punkt widzenia KRM.

Słowo „rewitalizacja” w tytule publikacji nie jest do końca jest trafne, ale inne wydają się gorsze na określenie zadania polegającego na wykreowaniu samorządności od podstaw („wynalezieniu?”). Nie „poprawieniu”, „ożywieniu”, „odbudowaniu” – bo to zakładałoby, że istnieje już „jakaś” samorządność, którą należy tylko „udoskonalić”. Tak nie jest. Po przełomie 1989 r. żadnej samorządności nie było. W kolejnych latach, a zwłaszcza po 2002 r. kiedy zapanowało miejskie/ gminne jedynowładztwo prowadzące do oligarchizacji, społeczności lokalne były raczej zniechęcane niż wdrażane do zaangażowania w sprawy publiczne. Ożywienie miało miejsce, m.in. za sprawą ruchów miejskich, na zasadzie sprzeciwu, protestu, krytyki władzy, buntu, które zwykle odbijały się od ściany niechęci czy obojętności władzy. Odgórna tzw. „partycypacja” utrwalająca status quo, była/ jest wprowadzana zamiast demokracji miejskiej, w której podmiotowi mieszkańcy mieliby głos stanowiący. Nie ma go w zmanipulowanych budżetach obywatelskich, fasadowych konsultacjach, zablokowanych inicjatywach uchwałodawczych czy ignorowanych wnioskach/ uwagach do planów miejscowych itd. Mamy świadomość, że w rzeczywistości jest gorzej niż pokazują uzyskane wyniki, uchyliliśmy tylko rąbka publicznej tajemnicy…

Samorządność, tak jak demokracja w ogóle, wymaga oparcia w standardach aksjologicznych i moralnych. To nie jest neutralny wobec wartości dyktat większości, żywiołowy anarchizm czy partykularny, agresywny egoizm lokalny. Prawo do miasta, które samorządność ma gwarantować, nie stoi ponad innymi prawami, prawami człowieka, mniejszości, prawem krajowym i uznanym międzynarodowym. Nie może też uderzać w progresywne wymogi zrównoważonego rozwoju.

Obecnie, w 35 lecie samorządu, nasila się ofensywa środowisk i organizacji skupiających „włodarzy”, którzy domagają się jeszcze więcej władzy, więcej pieniędzy i przywilejów (np. emerytalnych). Przede wszystkim chcą trwać na stolcach dożywotnio, stąd początek ostrej walki ws. dwukadencyjności.. O tym też piszemy w książce.

I rzecz ostatnia lecz nie mniej ważna: stan samorządności, czyli de facto miejskiej demokracji, rzutuje na funkcjonowanie demokracji politycznej w szerszej, krajowej skali. Ludzie wdrożeni od wczesnych lat do wolności polegającej na braniu odpowiedzialności za stan swojego najbliższego otoczenia, osiedla, dzielnicy, miasta, w razie potrzeby gotowi do jego obrony, dysponujący odpowiednimi kompetencjami nabywanymi stopniowo, skomunikowani ze sobą i zorganizowani – nie tak łatwo pozwolą na narzucenie porządków autorytarnych uchylających prawa i wolności oraz demokratyczne standardy. Czy nie jest tak, że teraz w jakiś stopniu płacimy politycznymi perturbacjami za wieloletnią pustynię samorządności?

[1] Teraz kurwa my! Nieoficjalny slogan powyborczy prawicy. https://pl.wikipedia.org/wiki/TKM

Debata w Sejmie o przyszłości Wspólnej Polityki Rolnej i przyszłości polskiego rolnictwa.

W codziennym pośpiechu rzadko zastanawiamy się, jak decyzje polityczne wpływają na to, co trafia na nasz stół. Tymczasem już 5. czerwca, w godzinach 14:00–16:30, odbyła się debata o przyszłości Wspólnej Polityki Rolnej online – wydarzenie transmitowane z Sejmu RP, które może przesądzić o kształcie polskiej wsi, bezpieczeństwie żywnościowym i jakości produktów, po które sięgamy każdego dnia1.

Wspólna Polityka Rolna nie jest odległym projektem z Brukseli, lecz systemem, który dotyka każdego – od rolnika po konsumenta, od mieszkańca wsi po mieszkańca miasta. To właśnie dzięki niej polscy rolnicy mogą liczyć na wsparcie, a konsumenci – na dostęp do żywności wysokiej jakości. Jednak dziś ten system wymaga głębokiej reformy. Zmiany klimatu, degradacja gleb, zanieczyszczenie wód i wyzwania związane z przyszłością małych gospodarstw sprawiają, że debata o przyszłości WPR jest debatą o naszej wspólnej przyszłości1.

Dlaczego warto śledzić debatę o przyszłości Wspólnej Polityki Rolnej online? Bo właśnie teraz, w trakcie polskiej prezydencji w Radzie UE, ważą się decyzje, które wpłyną na kształt WPR po 2027 roku. Wśród panelistów znajdą się nie tylko politycy, ale także praktycy, naukowcy i przedstawiciele organizacji społecznych – osoby, które rozumieją wyzwania stojące przed rolnictwem i potrafią o nich mówić bez zbędnego patosu. To okazja, by zobaczyć, jak rodzi się kompromis i jak wygląda prawdziwy, europejski dialog1.

W czasach, gdy polityka często wydaje się odległa, transmisja online z Sejmu pozwala każdemu z nas być bliżej kluczowych rozmów. Nie trzeba być ekspertem, by zrozumieć, że od jakości tej debaty zależy nie tylko los rolników, ale i nasze codzienne bezpieczeństwo żywnościowe. To moment, w którym warto być świadkiem, a może nawet uczestnikiem zmiany.

Program wydarzenia:

  • Powitanie: Małgorzata Tracz (Partia Zieloni)

  • Przedstawienie wniosków raportu: dr Justyna Zwolińska (Koalicja Żywa Ziemia), Dorota Metera (Koalicja Żywa Ziemia), Aleksandra Pępkowska-Król (Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków)

  • Wystąpienia wprowadzające: Tomasz Obszański (NSZZ RI „Solidarność”), Tomasz Jakiel (Lubuskie Angusowo)

  • Dyskusja z udziałem osób uczestniczących w spotkaniu

Organizatorami debaty są posłanka Małgorzata Tracz, Klub Parlamentarny Koalicji Obywatelskiej, Fundacja im. Heinricha Bölla w Warszawie oraz Koalicja Żywa Ziemia.

Wspólna Polityka Rolna to system, który dotyka każdego – od rolnika po konsumenta. Decyzje podejmowane podczas debaty o przyszłości Wspólnej Polityki Rolnej online wpłyną na kształt polskiej wsi, ceny żywności i ochronę środowiska. W trakcie debaty, transmitowanej online, głos zabiorą politycy, naukowcy i praktycy rolnictwa.

Transmisję śledzić można na oficjalnej stronie Sejmu RP w zakładce „Transmisje”.

74% Polek i Polaków chce by Prezydent podjął działania na rzecz ochrony dzikiej przyrody i aż 75% uważa, że powinien także zająć się ochroną kraju przed skutkami zmiany klimatu – wynika z badań Norstat dla Pracowni na rzecz Wszystkich Istot. Dla 67% Polaków ochrona przyrody to wyraz patriotyzmu. Przyrodnicy zastanawiają się, dlaczego w kampanii wyborczej kandydaci wolą milczeć o wycinkach, parkach narodowych, suszy czy powodziach.

Z badań przeprowadzonych po I turze wyborów prezydenckich wynika, że ochrona przyrody jest ważna zwłaszcza dla wyborców partii tworzących Koalicję 15 października. Aż 85% wyborców Nowej Lewicy, 81% wyborców Koalicji Obywatelskiej i 77% wyborców Trzeciej Drogi zgadza się ze stwierdzeniem, że Prezydent powinien zająć się ochroną dzikiej przyrody, np. działaniami na rzecz nowych parków narodowych czy ochrony lasów przed wycinkami. Ochrona przyrody jest także ważna dla niewielu mniej, bo aż 70% wyborców Prawa i Sprawiedliwości oraz 69% wyborców Konfederacji.

– Wyraźnie widać, że przyroda jest tym, co łączy Polki i Polaków, mimo to w kampanii wyborczej był to temat zupełnie nieobecny. Karol Nawrocki chce bronić Lasy Państwowe przed wyimaginowanym zagrożeniem ze strony UE czy prywatyzacji, co jest bardzo dalekie od oczekiwań wyborców. Polacy chcą bowiem ochrony lasów, nie leśnych związków zawodowych. Rafał Trzaskowski, choć jest związany z Platformą Obywatelską, która w rządzie 15 października realizuje działania na rzecz ochrony przyrody – milczy w tym temacie. To niezrozumiałe. Wyborcy chcą więcej, a nie mniej parków narodowych, więcej a nie mniej czystych rzek, więcej zieleni i mniej wycinek czy betonu – komentuje Radosław Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot.

Z badań wynika, że podobnie do ochrony przyrody, również ochrona klimatu jest ważna dla wyborców KO, Trzeciej Drogi i Nowej Lewicy. 88% wyborców Trzeciej Drogi, 85% wyborców Nowej Lewicy i 82% wyborców Koalicji Obywatelskiej zgadza się ze stwierdzeniem, że Prezydent powinien zająć się ochroną kraju przed skutkami zmiany klimatu (takimi jak susza czy powodzie). W przypadku wyborców prawicowych, to ważne dla 71% wyborców PiSu i 57% wyborców Konfederacji.

– Susza i powodzie to tematy ważne dla Polaków a mimo to nieobecne w kampanii i programach wyborczych kandydatów, którzy zmierzą się w drugiej turze. Karol Nawrocki mówi o węglu, jak o czarnym złocie, co najmniej jakbyśmy mieli rok 2005. Rafał Trzaskowski obiecuje, że węgiel będziemy wydobywać w Polsce do 2049 r. Politycy są całkowicie oderwani od potrzeb Polaków, którzy nie chcą zaklinania rzeczywistości, tylko realnych działań. Kandydaci na Prezydenta RP zapomnieli o przyrodzie i klimacie, ale wyborcy nie. Niezależnie od tego kto wygra, za brak działań na rzecz ekologicznego bezpieczeństwa zapłacą obecne i przyszłe pokolenia Polaków – mówi Katarzyna Wiekiera, kampanierka klimatyczna Pracowni na rzecz Wszystkich Istot.

Ankietowani zostali także zapytani, o to czy zgadzają się ze stwierdzeniem, że ochrona przyrody to wyraz patriotyzmu. Uważa tak 67% Polek i Polaków, 23% nie ma zdania i tylko 10% nie zgadza się z tym stwierdzeniem.

Badanie Norstat dla Pracowni na rzecz Wszystkich Istot zostało przeprowadzone w dniach 23-26 maja 2025 r na grupie Polek i Polaków w wieku 18-65+ N=1000 metodą CAWI.

Zajrzyj do statystyk: Ochrona przyrody a preferencje polityczne, badanie Norstat dla Pracowni na rzecz Wszystkich Istot [PDF]

Prawie 3 tysiące hektarów dzikiego lasu pod Bliżynem to nie tylko sukces przyrodników, ale także dowód, że nauka, współpraca społeczna i zmiana myślenia mogą realnie wpłynąć na nasze podejście do dziedzictwa naturalnego.

Jak powstał rezerwat?

Na początku 2024 roku Stowarzyszenie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, przy wsparciu Stowarzyszenia Przyrodników Ostoja, zainicjowało formalny wniosek o utworzenie rezerwatu „Bliżyńskie Lasy Naturalne”. Inicjatywa spotkała się z szerokim poparciem naukowców, organizacji przyrodniczych i lokalnych społeczności – wniosek poparła Państwowa Rada Ochrony Przyrody, 150 naukowców oraz 92 organizacje. Pozytywną opinię wydała też Regionalna Rada Ochrony Przyrody przy RDOŚ w Kielcach.

Kulminacją tych działań była uroczystość 27 maja 2025 roku w Geonaturze Kielce, gdzie Regionalna Dyrektor Ochrony Środowiska, Iwona Kędzierska-Gębska, podpisała akt powołania rezerwatu. W wydarzeniu uczestniczyli przedstawiciele ministerstw, Lasów Państwowych, organizacji przyrodniczych i samorządów.

Ochrona dziedzictwa – od Żeromskiego do współczesności

W 1925 roku Stefan Żeromski pisał o Puszczy Jodłowej jako o „bezcennej, jedynej, tajemniczej”. Dziś, po niemal stu latach, fragment tej puszczy został objęty trwałą ochroną jako rezerwat „Bliżyńskie Lasy Naturalne” – największy zwarty rezerwat leśny w Polsce, liczący aż 2964,91 ha.

To efekt długofalowej pracy naukowców, leśników i społeczników, a także wyraz nowego rozumienia odpowiedzialności człowieka wobec przyrody.

Skala, która robi różnicę

Przez dziesięciolecia w Polsce powstawały głównie niewielkie rezerwaty – średnio 90-113 hektarów. Bliżyńskie Lasy Naturalne przełamują ten schemat: to niemal 3 tysiące hektarów zwartego lasu, który integruje wcześniejsze, mniejsze formy ochrony. Tylko taka skala pozwala na zachowanie pełnego spektrum naturalnych procesów – od narodzin, przez rozkwit, po rozpad i odnowienie drzewostanów.

Powstanie tak dużego rezerwatu to konkretna odpowiedź na wyzwania współczesnej ochrony przyrody. To uznanie, że procesy, które przez tysiąclecia kształtowały świętokrzyskie lasy, mają nie tylko znaczenie użytkowe czy naukowe, ale przede wszystkim immanentną wartość – samą w sobie, niezależną od korzyści dla człowieka.

Laboratorium natury

Rezerwat chroni jedne z najcenniejszych w Polsce zbiorowisk leśnych: bukowo-jodłowe lasy o wysokim stopniu naturalności oraz wyżynne bory jodłowe, które stanowią zaledwie ułamek krajowych zasobów. Tu przetrwały reliktowe populacje rzadkich chrząszczy, takich jak ponurek Schneidera czy zagłębek bruzdkowany, oraz unikatowe ptaki: dzięcioł białogrzbiety, sóweczka, włochatka, puszczyk uralski. Na terenie rezerwatu żyją również wilki. Tak bogatej fauny i flory nie sposób chronić w małych enklawach – potrzebne są duże, zwarte obszary, gdzie procesy ekologiczne mogą przebiegać swobodnie.

Bilżyńskie Lasy Naturalne

Wspólna siła – od wizji do rzeczywistości

Powstanie rezerwatu to efekt bezprecedensowej współpracy: wniosek o jego utworzenie złożyło Stowarzyszenie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, a wsparło go ponad 150 naukowców, 92 organizacje, leśnicy, samorządowcy i mieszkańcy. Państwowa i Regionalna Rada Ochrony Przyrody wydały pozytywne opinie, a konsultacje społeczne pokazały, że mieszkańcy chcą chronić swoje lasy i rozumieją ich wartość. To właśnie dzięki tej szerokiej koalicji udało się doprowadzić do powstania rezerwatu o takiej skali.

Zmiana myślenia o przyrodzie

Jak podkreśla Tomasz Figarski:

„Problem z ochroną rezerwatową w Polsce jest taki, że te rezerwaty, które powstają, które powstawały przez dziesięciolecia, to są zwykle rezerwaty małe. Średnia powierzchnia rezerwatu w Polsce to zaledwie sto trzynaście hektarów. To jest naprawdę niewiele. Jeżeli byśmy wzięli pod uwagę same rezerwaty leśne, to powierzchnia średnia wynosi zaledwie dziewięćdziesiąt hektarów…”

I dodaje:

„W mojej ocenie powołanie tego rezerwatu to najważniejsze wydarzenie w krajowej ochronie przyrody w XXI wieku. Jest to wydarzenie, które może być przyczynkiem do zmiany paradygmatów obszarowej ochrony przyrody w Polsce. Oto bowiem mamy duży obszar, sięgający 3000 ha, który ma być pozostawiany procesom naturalnym. To ewenement. Zwykle nawet małe rezerwaty nie są pozostawiane ochronie biernej… Tu mamy zupełnie inny schemat myślenia o przyrodzie”.

Unikatowa bioróżnorodność – relikty i rzadkie gatunki

Bliżyńskie Lasy Naturalne to ostoja setek gatunków chronionych i rzadkich: czosnek niedźwiedzi, buławnik czerwony, parzydło leśne, wroniec widlasty, bagno zwyczajne, bezlist okrywowy, widłoząb zielony, reliktowe owady, rzadkie ptaki, płazy i ssaki. To miejsce, gdzie zachowały się procesy i gatunki charakterystyczne dla pierwotnych lasów Europy.

Rezerwat otwarty dla ludzi i regionu

Powstanie rezerwatu to nie tylko sukces naukowy i przyrodniczy, ale także realna korzyść dla lokalnych społeczności. Dzięki subwencji ekologicznej gminy Bliżyn, Suchedniów i Łączna otrzymają niemal milion złotych rocznie na rozwój infrastruktury, edukację i promocję regionu. Rezerwat pozostaje otwarty dla ludzi – można tu zbierać grzyby, korzystać ze szlaków i podziwiać dziką przyrodę, co stwarza potencjał dla rozwoju turystyki przyrodniczej i edukacyjnej.

Nowy standard ochrony przyrody w Polsce

Bliżyńskie Lasy Naturalne wyznaczają nowe standardy – zarówno w zakresie ochrony procesów naturalnych, jak i społecznego podejścia do dziedzictwa przyrodniczego. To miejsce, gdzie odpowiedzialność, nauka i praktyka spotykają się, by chronić to, co samo nie jest w stanie się obronić przed działalnością człowieka – dziką, niepowtarzalną przyrodę, która bez naszej troski i świadomej ochrony może bezpowrotnie zniknąć.

Konferencja o przyszłości energetyki obywatelskiej już 12 czerwca w Warszawie

Bezpieczeństwo energetyczne to dziś nie tylko hasło, ale realna potrzeba, która dotyka każdego z nas. W świecie pełnym niepewności, lokalne wspólnoty i fundusze europejskie stają się kluczowymi narzędziami budowania niezależności energetycznej.

Już 12 czerwca 2025 roku w warszawskim Varso Place II odbędzie się konferencja „Gdy stawką jest bezpieczeństwo! – czas na Wspólnoty Energetyczne i Fundusze Europejskie”. Wydarzenie zgromadzi przedstawicieli spółdzielni energetycznych, samorządów, administracji publicznej, organizacji społecznych oraz ekspertów. Celem spotkania jest wspólne poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: jak fundusze europejskie mogą wspierać rozwój energetyki obywatelskiej w Polsce?

Wspólnoty energetyczne – lokalna odpowiedź na globalne wyzwania

W obliczu rosnących napięć międzynarodowych i zaburzeń dostaw energii, pytanie o źródła i zarządzanie energią staje się pytaniem o naszą niezależność i bezpieczeństwo. Monika Jaszcza z Polskiej Zielonej Sieci podkreśla, że bezpieczeństwo energetyczne przestało być wyłącznie technicznym pojęciem – dziś dotyczy każdego z nas. Wojna w Ukrainie, kryzysy cenowe i niepewność dostaw energii pokazały, że niezależność energetyczna to nie tylko kwestia strategiczna, ale także element naszej codzienności.

Ruch, który przewidział przyszłość

Dziesięć lat temu, z potrzeby działania i przekonania, że energetyka może być bardziej lokalna, sprawiedliwa i obywatelska, narodził się ruch Więcej Niż Energia. Dziś zrzesza ponad 160 organizacji z całej Polski, które łączy wiara w to, że prawdziwe bezpieczeństwo to nie tylko megawaty, ale także dostępność, wspólnotowość i realny wpływ ludzi na transformację energetyczną.

Organizacje pozarządowe od lat tworzą przyjazne warunki dla rozwoju spółdzielni energetycznych, angażując się w edukację, rzecznictwo i budowanie sieci współpracy. To one jako pierwsze w Polsce zaczęły mówić o energetyce obywatelskiej i roli wspólnot lokalnych w procesie transformacji energetycznej.

O czym porozmawiamy podczas konferencji?

  • Jak model rozproszony może budować odporność energetyczną Polski?

  • Jak Fundusze Europejskie mogą wspierać rozwój wspólnot energetycznych?

  • Czego nas uczą historie polskich spółdzielni?

Konferencja jest realizowana w ramach projektu „Działania informujące i promujące Fundusze Europejskie wśród organizacji pozarządowych”, finansowanego ze środków Pomocy Technicznej Funduszy Europejskich 2021–2027.

Zapraszamy do rejestracji i wspólnego świętowania 10-lecia ruchu Więcej Niż Energia! Zarejestruj się !

Program konferencji

Nowatorski projekt ustawy daje rzece prawa podmiotu. Jakie zmiany przyniesie dla środowiska i społeczeństwa?

Nowy rozdział: Od obywatelskiej inicjatywy do projektu poselskiego

Osobowość prawna Odry to temat, który w ostatnich miesiącach zdominował debatę ekologiczną w Polsce. Ponad 92 tysiące osób podpisało się pod obywatelskim projektem ustawy o nadaniu Odrze osobowości prawnej. Choć to ogromny społeczny wysiłek i wyraz troski o przyszłość rzeki, liczba ta okazała się niewystarczająca, by projekt mógł zostać formalnie wniesiony do Sejmu jako inicjatywa obywatelska – zabrakło nieco ponad 7 tysięcy podpisów. Jednak głos ludzi nie został zignorowany.

W odpowiedzi na masowe poruszenie społeczne i skalę zaangażowania, posłanki i posłowie z czterech klubów parlamentarnych – Koalicji Obywatelskiej, Lewicy, Polski 2050 oraz Razem – zdecydowali się przejąć inicjatywę. W maju 2025 roku, podczas wspólnej konferencji prasowej, ogłosili złożenie projektu ustawy w Sejmie jako projektu poselskiego. Dokument w niezmienionej formie trafił do prac parlamentarnych, a jego autorzy podkreślają, że to wyraz szacunku dla pracy tysięcy osób i wolontariuszy, którzy zaangażowali się w akcję.

„To nie jest koniec walki o Odrę, lecz początek nowego etapu. Dzięki presji społecznej i poparciu parlamentarzystów, ustawa ma szansę stać się rzeczywistością” – komentują inicjatorzy.

Rzeka jako podmiot prawa

Projekt ustawy, przygotowany przez Fundację Osoba Odra i wspierany przez szeroką koalicję polityczną, zakłada fundamentalną zmianę: Odra przestaje być jedynie „rzeczą” w rozumieniu prawa, a zyskuje status podmiotu – podobnie jak fundacje czy spółki. Oznacza to, że rzeka będzie miała prawo do istnienia, swobodnego przepływu, naturalnej ewolucji, zachowania różnorodności biologicznej, regeneracji swoich zasobów oraz bycia zasilaną przez dopływy i warstwy wodonośne.

Nie jest to wyłącznie symboliczny gest. Zgodnie z projektem, Odrę przed sądem i w relacjach z administracją państwową reprezentować będzie Komitet Reprezentantów – piętnastoosobowy organ złożony z przedstawicieli państwa, samorządów, organizacji społecznych oraz lokalnych użytkowników rzeki. Komitet będzie miał prawo opracowywać strategie ochrony, występować o odszkodowania za szkody wyrządzone przez zanieczyszczenia, a także zawierać porozumienia dotyczące korzystania z rzeki w celach gospodarczych czy rekreacyjnych.

Odpowiedź na katastrofę i wyzwania przyszłości

Punktem zwrotnym dla tej inicjatywy była katastrofa ekologiczna z 2022 roku, która na zawsze zmieniła postrzeganie Odry. Masowe śnięcie ryb, degradacja ekosystemu i bezradność instytucji pokazały, że dotychczasowe mechanizmy ochrony są niewystarczające. Nadanie osobowości prawnej Odrze ma uprościć system zarządzania rzeką, zwiększyć przejrzystość decyzji oraz umożliwić szybszą i skuteczniejszą reakcję na zagrożenia.

Projekt przewiduje, że rzeka będzie mogła nabywać mienie, a wszelkie darowizny czy spadki na jej rzecz będą zwolnione z opodatkowania. Odra nie będzie jednak prowadzić działalności gospodarczej. Wykorzystanie jej zasobów do celów komercyjnych – jak spływy kajakowe czy zawody sportowe – będzie wymagało porozumienia z Komitetem Reprezentantów, a warunki takich porozumień będą konsultowane z Komitetem Naukowym Odry.

Inspiracje, wyzwania i znaczenie społeczne

Podobne rozwiązania funkcjonują już w Nowej Zelandii, Kanadzie czy Hiszpanii. W Europie precedensem jest laguna Mar Menor, której przyznano osobowość prawną w 2022 roku. W Polsce Odra byłaby pierwszą rzeką z takim statusem.

Wprowadzenie ustawy wymaga szerokiej debaty publicznej i konsultacji – zarówno ze środowiskami naukowymi, jak i mieszkańcami regionów nadodrzańskich. Pojawiają się pytania o praktyczne aspekty: czy rzeka mogłaby być pozywana, kto ponosiłby odpowiedzialność w przypadku przegranej, jak pogodzić prawa rzeki z interesami gospodarki i rekreacji.

Kluczowe będzie również wdrożenie skutecznych mechanizmów egzekwowania nowych praw – od monitoringu jakości wód po realne sankcje finansowe za naruszenia. Eksperci podkreślają, że sama ustawa to początek – równie ważna będzie zmiana świadomości społecznej i politycznej.

Nowy paradygmat ochrony przyrody

Jeśli ustawa przejdzie przez parlament, Polska dołączy do grona pionierów w dziedzinie prawnej ochrony przyrody. Odra zyska nie tylko głos w debacie publicznej, ale i realne narzędzia do obrony . To nie tylko szansa, ale i precedens: wprowadzenie do polskiego prawa koncepcji praw natury może wyznaczyć nowy kierunek i stać się wzorem dla ochrony innych rzek i ekosystemów.

Czy jesteśmy gotowi na taką zmianę? Odpowiedź zależy już nie tylko od polityków, ale i od nas wszystkich – obywateli, którzy mogą wziąć udział w konsultacjach społecznych i poprzeć tę wyjątkową inicjatywę.

Osobowość prawna Odry – przełom czy wyzwanie? Debata trwa, a stawka jest wysoka: przyszłość jednej z najważniejszych polskich rzek

 

Jak wziąć udział w konsultacjach społecznych?
Wejdź na stronę www.sejm.gov.pl (jeśli pojawią się trudności, wpisz adres ręcznie lub skorzystaj z wyszukiwarki). Następnie wybierz kolejno:

  • „Prace Sejmu”

  • „Konsultacje społeczne”

  • „Konsultowane projekty uchwał”

Znajdź „Poselski projekt ustawy o uznaniu osobowości prawnej rzeki Odry” i kliknij przycisk „Ankieta”. Po zalogowaniu się profilem zaufanym wypełnij ankietę – możesz wybrać odpowiedzi na pytania lub dodać własny komentarz do wybranych artykułów ustawy.

Zachęcamy, by nie tylko oddać swój głos, ale także zaprosić do tego znajomych i bliskich. Razem możemy wpłynąć na losy Odry i napisać nowy rozdział w ochronie polskich rzek.

 

 Rolnictwo ekologiczne stało się ważnym tematem w Polsce dopiero po wejściu do Unii Europejskiej, kiedy wdrożono przepisy unijne i system dotacji dla rolników ekologicznych. Tymczasem jest to metoda produkcji rolniczej, której idea zrodziła się w 1924 r. w Kobierzycach pod Wrocławiem i stąd rozprzestrzeniła się na całym świecie.

Trochę historii

Za początek historii rolnictwa ekologicznego uważa się cykl wykładów na temat odnowy rolnictwa, wygłoszony przez filozofa – Rudolfa Steinera – w pałacu w Kobierzycach (wówczas Koberwitz) pod Wrocławiem w 1924 r., upowszechniony w formie książki „Kurs rolniczy”. Rudolf Steiner studiował biologię, chemię i fizykę w Wyższej Szkole Technicznej w Wiedniu, a potem przeniósł swoje zainteresowania na filozofię i otrzymał doktorat z tej dziedziny na uniwersytecie w Rostoku. Był twórcą antropozofii, którą we współczesnej myśli humanistycznej odnosi się do doktryny i praktyki ezoterycznej. Steiner był wizjonerem, który zainspirował szereg ruchów i inicjatyw w architekturze, sztuce, medycynie, pedagogice i rolnictwie.

Chemizacja rolnictwa i odpowiedź Steinera

Po I wojnie światowej coraz powszechniej stosowano nawozy sztuczne i chemiczne środki ochrony roślin chętnie produkowane przez przemysł chemiczny, który w czasie pokoju nie notował zapotrzebowania na chemiczne środki bojowe. Zaniepokojeni skutkami chemizacji rolnictwa światli właściciele ziemscy i zarządcy wielkoobszarowych gospodarstw zwrócili się z prośbą o radę do Rudolfa Steinera, który zgodnie z ich życzeniem wygłosił cykl ośmiu wykładów. Szczególną uwagę poświęcił przekazaniu wiedzy duchowej oraz wiedzy o siłach przyrody i rytmach kosmicznych.

Jak idee z Dolnego Śląska rozprzestrzeniły się na cały świat i zmieniły nasze myślenie o żywności?

Zdjęcie: Canva

Gospodarstwo jako organizm

Gospodarstwo traktował jako organizm, którego poszczególne części służą sobie wzajemnie: zwierzęta są żywione paszą pochodzącą z gospodarstwa i dostarczają nawozu służącego do wzbogacenia w składniki pokarmowe gleby, w której rosną rośliny. W takim gospodarstwie jest też miejsce dla roślin dziko rosnących, traktowanych zwykle jako chwasty oraz dla zwierząt wolno żyjących, z których część uznawana jest za szkodniki, jednak w organizmie jakim jest gospodarstwo biodynamiczne wszystkie rośliny i zwierzęta harmonijnie współistnieją.

Początki ruchu biodynamicznego

Uczestnicy wykładów – właściciele ziemscy i naukowcy – podjęli idee Steinera i zaczęli wcielać je w życie. Powstało koło doświadczalne rolników biodynamicznych, wydawano miesięcznik „Demeter” publikujący wyniki ich eksperymentów. W 1932 r. zarejestrowano w urzędzie patentowym znak „Demeter” jako znak towarowy produktów rolnictwa biodynamicznego.

Szelejewo – polskie centrum rolnictwa biodynamicznego

W latach dwudziestych w Polsce istniało największe w Europie gospodarstwo biodynamiczne w Szelejewie (Wielkopolska) prowadzone przez Stanisława Karłowskiego – ekonomistę, bankowca, działacza gospodarczego i senatora RP. Był on właścicielem gospodarstwa o powierzchni ponad 1700 ha, które w1929 r. zdecydował się przestawić na metodę biodynamiczną. Karłowski uważał, że należy szczególnie dbać o żyzność gleby, doceniał rolę naukowców w rozwoju rolnictwa biodynamicznego oraz zwracał uwagę na aspekty ekonomiczne.

Nauka i rozwój przed II wojną światową

Dzięki jego staraniom gospodarstwo w Szelejewie stało się przed wojną terenem zaawansowanych badań naukowych, które wraz z zespołem prowadził profesor Bronisław Niklewski, wybitny specjalista w zakresie nawożenia z Uniwersytetu w Poznaniu. Pod jego kierunkiem powstało Towarzystwo Krzewienia Zasad Życia i Gospodarowania zgodnie z Naturą, które zapoczątkowało rozwój polskiego rolnictwa ekologicznego. Niestety II wojna światowa przerwała na kilka dziesięcioleci rozwój rolnictwa biodynamicznego w Polsce.

Rozprzestrzenianie się idei rolnictwa biodynamicznego

Z Kobierzyc idea rolnictwa biodynamicznego rozpowszechniła się na inne kraje i kontynenty. W latach trzydziestych ubiegłego wieku szwajcarski parlamentarzysta Hans Müller dbając o ochronę zdrowia obywateli swojego kraju i troszcząc się o utrzymanie żyzności gleb oraz zdrowotności roślin i zwierząt założył organizację rolników organiczno-biologicznych. Najważniejsze dla nich były cele społeczne i ekonomiczne, a także ochrona dziedzictwa kultury wsi. Metoda rolnictwa organiczno-biologicznego rozpowszechniła się w -Szwajcarii, Niemczech i Austrii. 

Rolnictwo organiczne w Wielkiej Brytanii, USA i Francji

W Wielkiej Brytanii, podobnie jak w USA, w latach czterdziestych ubiegłego wieku rozwijało się rolnictwo organiczne. W 1972 r. w USA opublikowano definicję żywności organicznej określając ją jako „…ziemiopłody uzyskane bez użycia pestycydów i nawozów sztucznych, pochodzące z gleby o podwyższonej zawartości próchnicy, dzięki wprowadzeniu zarówno materii organicznej, jak i substancji mineralnych (przez dodatek minerałów pochodzenia naturalnego). Są to surowce spożywcze nieskażone hormonami, antybiotykami, środkami konserwującymi itd.”

We Francji dopiero w 1958 r. pojawiła się nazwa rolnictwa biologicznego, w którym podstawą było podnoszenie żyzności gleby przez stosowanie kompostu z dodatkiem wapna z glonów morskich (Lithotamium calcareum).

Powstanie IFOAM i rozwój standardów

W 1972 r. pięć największych organizacji zrzeszających rolników ekologicznych z Francji, Szwecji, USA, Wielkiej Brytanii i Republiki Południowej Afryki założyło Międzynarodową Federację Rolnictwa Ekologicznego (ang. International Federation of Organic Agriculture Movements, IFOAM).

Federacja IFOAM stworzyła pierwsze kryteria rolnictwa ekologicznego, które stały się podstawą wielu ustanowionych przez prywatne organizacje standardów rolnictwa ekologicznego oraz pierwszych aktów prawnych, na przykład we Francji w 1981 r., w Danii w 1987 r. oraz w Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej (EWG) w 1991 r.

„Rolnictwo ekologiczne historia w Polsce pokazuje, jak zmieniała się świadomość społeczna.

Zdjęcie: Canva

Odrodzenie rolnictwa biodynamicznego w Polsce po wojnie

W Polsce w latach pięćdziesiątych rolnictwo biodynamiczne zostało ponownie odkryte przez Juliana Osetka, który prowadził małe gospodarstwo biodynamiczne w Nakle nad Notecią. Dzięki Lucynie Winnickiej, aktorce znanej z filmu „Matka Joanna od Aniołów” i dziennikarce, Julian Osetek był zapraszany na wykłady, które z kolei zainteresowały wielu naukowców i rolników.

Powstanie EKOLANDU i Stowarzyszenia Demeter-Polska

Wielką rolę odegrał Mieczysław Górny z SGGW, który zainspirował rolników i aktywistów do założenia w 1989 r. Stowarzyszenia Producentów Żywności Metodami Ekologicznymi EKOLAND, jednego z pierwszych stowarzyszeń, które zostały zarejestrowane po zmianie systemu politycznego w naszym kraju. W 2005 r. zostało założone stowarzyszenie rolników biodynamicznych – Stowarzyszenie Demeter-Polska.

Producenci i konsumenci współcześnie

Rolnictwo ekologiczne, pierwotnie wywodzące się z pobudek ideowych, filozoficznych i przyrodniczych, obecnie przekształciło się w kierunek produkcji wspierany politycznie i ważne źródło dochodów dla coraz większej grupy rolników. Jest również doceniane przez świadomych konsumentów. Dzisiaj rolnictwo biodynamiczne jest nadal uważane za niszową, elitarną metodę produkcji. W 2023 r. na świecie (w 60 krajach) liczba certyfikowanych gospodarstw biodynamicznych przekraczała 7 000, a ich łączna powierzchnia wynosiła 265 tysięcy ha. W tym samym czasie w Niemczech było 1 727 gospodarstw o sumarycznej powierzchni niemal 110 tys. ha, w Polsce – 15 gospodarstw, których powierzchnia wynosiła niespełna 3,5 tysiąca ha.

Statystyki i trendy światowe

W 2023 r. na świecie funkcjonowało około 4,5 mln gospodarstw ekologicznych, które zajmowały 96 mln ha gruntów rolnych, czyli około 2% użytków rolnych. W UE istnieje około 419 tys. gospodarstw, a ich powierzchnia wynosi 18,5 mln ha. Kraje o największej powierzchni gruntów uprawianych ekologicznie to Francja (2,9 mln ha), Hiszpania (2,7 mln ha) i Włochy (2,3 mln ha). Największy udział użytków rolnych uprawianych metodą ekologiczną jest w Liechtensteinie (43%), Austrii (27,5%) i Estonii (23,4%). W Polsce w 2023 r. mieliśmy 22 354 rolników ekologicznych i 1 641 innych producentów, czyli przetwórców i firm handlowych, w tym zajmujących się pakowaniem, znakowaniem, przechowywaniem lub importem spoza UE.

Wsparcie dla rolników ekologicznych

Rolnicy ekologiczni w UE korzystają z płatności obszarowych oraz dodatkowych płatności do upraw ekologicznych. Ponadto w Polsce rolnicy ekologiczni ubiegający się o inne rodzaje wsparcie finansowego ze środków Wspólnej Polityki Rolnej, np. „Modernizacja gospodarstw rolnych” lub „Restrukturyzacja małych gospodarstw” otrzymują dodatkowe punkty, co daje im przewagę nad rolnikami konwencjonalnymi.

Wartość rynku produktów ekologicznych

Wartość rynku produktów ekologicznych w UE w ostatnich latach rośnie i w 2022 r. osiągnęła 53,1 mld euro. Wzrost wartości rynku produktów ekologicznych w latach 2020-2021 szacuje się na 3,6%, a udział ogólnej wartości rynku żywności na 4,7%

W USA wartość rynku produktów ekologicznych stale rośnie i osiągnęła w 2021 r. 63 mld dolarów. Roczna stopa wzrostu wynosi ok. 2%, do czego przyczynia się przede wszystkim wzrost wiedzy konsumentów o wartościach zdrowotnych żywności ekologicznej oraz inicjatywy rządu wspierające produkcję ekologiczną.

Motywacje konsumentów

Głównym motywem zakupu produktów ekologicznych na całym świecie jest troska o zdrowie własne i członków rodziny. Konsumenci doceniają nieużywanie przez rolników ekologicznych GMO i syntetycznych pestycydów, co przekłada się na wysoką jakość żywności oraz korzyści dla środowiska. Żywność ekologiczna jest wybierana również ze względu na jej naturalność. Doceniana jest także i regionalność produkcji i znaczne ograniczenie stosowania dodatków i substancji pomocniczych w przetwórstwie żywności. Wielu konsumentów wysoko sobie ceni to, że rolnicy ekologiczni dbają o dobrostan zwierząt i przywiązują dużą wagę do różnorodności biologicznej. Warto wspierać rolnictwo ekologiczne, ponieważ to system produkcji przyjazny dla ludzi i środowiska.

Strategia Unii Europejskiej i przyszłość rolnictwa ekologicznego

Doceniła to Komisja Europejska ogłaszając w 2020 r. dwa komunikaty: ws. „Strategii od pola do stołu na rzecz sprawiedliwego, zdrowego i przyjaznego dla środowiska systemu żywnościowego” oraz „Strategii na rzecz różnorodności biologicznej 2030”, która jest planem ochrony przyrody i odwrócenia procesu degradacji ekosystemów. W obydwu strategiach KE wskazała cel rozwoju rolnictwa ekologicznego – zwiększenie udziału rolnictwa ekologicznego do 25 % powierzchni w UE do 2030 r. Ponieważ niektóre kraje, np. Austria, ten cel osiągnęły już kilka lat temu dzięki własnym działaniom, inne państwa członkowskie, w tym Polska, mają dużo do zrobienia. W naszym kraju udział rolnictwa ekologicznego w ogólnej powierzchni gruntów rolnych wynosi około 3,5%. Ogłoszenie tego celu przez KE otwiera nowy rozdział w historii rolnictwa ekologicznego na nowe stulecie.

W dniach 25-27 czerwca 2025 r. będziemy gościć w Warszawie Europejski Kongres Rolnictwa Ekologicznego, w którym wezmą udział politycy, eksperci i producenci ekologiczni z UE. Motywem przewodnim kongresu jest przyszłość rolnictwa ekologicznego, nowa Wspólna Polityka Rolna, rozwój rynku i nowe pokolenie, które przejmuje produkcję i rynek. Organizatorem kongresu są IFOAM – Międzynarodowa Federacja Rolnictwa Ekologicznego IFOAM oraz Polska Izba Żywności Ekologicznej. 

European Organic Congress and General Assembly 2025

Dorota Metera – ekspertka w dziedzinie rolnictwa ekologicznego; zajmuje się certyfikacją ekologicznych produktów i gospodarstw rolnych, jest autorką licznych publikacji o rolnictwie ekologicznym i ogrodnictwie.

Ruchy miejskie – siła zmiany czy margines samorządu? IX Kongres Ruchów Miejskich w Bydgoszczy

Ruchy miejskie: nowa siła polskich miast

7 czerwca 2025 roku w Młynach Rothera w Bydgoszczy odbędzie się IX Kongres Ruchów Miejskich – wydarzenie, które od ponad dekady gromadzi aktywistów, ekspertów, samorządowców i mieszkańców zaangażowanych w rozwój polskich miast. Tegoroczna edycja stawia kluczowe pytanie: „Ruchy miejskie – siła zmiany czy margines samorządu?” i zaprasza do debaty o roli, jaką ruchy miejskie odgrywają w kształtowaniu samorządności i demokracji lokalnej w Polsce.


Dlaczego ruchy miejskie są ważne?

Ruchy miejskie to oddolne inicjatywy mieszkańców, organizacji społecznych i ekspertów, które od lat wpływają na politykę miejską, przestrzeń publiczną i procesy decyzyjne. Ich celem jest budowa miast zielonych, sprawiedliwych, zarządzanych demokratycznie i z udziałem mieszkańców. W obliczu wyzwań – kryzysu klimatycznego, marginalizacji rad miast, rosnącej władzy prezydentów i burmistrzów – pytanie o ich realny wpływ staje się coraz bardziej aktualne.

Ruchy miejskie w Polsce wyrosły z potrzeby większej partycypacji społecznej i kontroli nad lokalną polityką. To one inicjowały konsultacje społeczne, budżety obywatelskie, a także protesty przeciwko kontrowersyjnym inwestycjom i decyzjom władz. Ich obecność na scenie samorządowej – zwłaszcza od 2011 roku, gdy powstał Kongres Ruchów Miejskich – przyniosła zmiany w podejściu do zarządzania miastami i wzmocniła głos mieszkańców.


Program kongresu: debaty, panele, networking

IX Kongres Ruchów Miejskich to przestrzeń wymiany doświadczeń, wiedzy i pomysłów na rzecz zrównoważonego rozwoju miast. W programie znalazły się:

  • Debata otwierająca: „Po co nam ruchy miejskie w Polsce?” – refleksja nad 14 latami działalności ruchów miejskich i ich znaczeniem w dobie kryzysu demokracji i wyzwań środowiskowych.

  • Panele tematyczne:

    • Krytyczny stan samorządności miejskiej – prezentacja raportu „Pustynie samorządności” i dyskusja o przywróceniu realnego wpływu mieszkańców na decyzje w miastach.

    • Jak planowanie przestrzenne zniszczy cywilizację? – analiza skutków nowych przepisów, partycypacji, polityki transportowej i zieleni miejskiej.

  • Sesje popołudniowe o budowaniu „korpusu strażników samorządności” i roli ruchów miejskich w egzekwowaniu odpowiedzialności władz lokalnych.

  • Debata końcowa: wyzwania klimatyczne i środowiskowe – czy ruchy miejskie mogą wywrzeć realną presję na realizację „zielonych” zobowiązań władz?

Kongres to także okazja do networkingu i budowania nowych relacji między uczestnikami z całej Polski.


Dla kogo jest Kongres?

Wydarzenie skierowane jest do wszystkich zainteresowanych tematyką miejską: aktywistów, przedstawicieli organizacji społecznych, samorządowców, ekspertów oraz mieszkańców, którym zależy na jakości życia w mieście. Udział w kongresie jest bezpłatny, wymaga rejestracji online.


Ruchy miejskie: siła zmiany czy margines samorządu?

Ruchy miejskie w Polsce przeszły drogę od lokalnych inicjatyw po realnych graczy na scenie samorządowej. Ich sukcesy – wprowadzanie budżetów obywatelskich, udział w konsultacjach społecznych, czy wpływ na politykę przestrzenną – pokazują, że mogą być siłą zmiany, jeśli mają wsparcie i narzędzia do działania. Jednak wciąż zmagają się z marginalizacją przez władze, brakiem dostępu do informacji czy ograniczonym wpływem na kluczowe decyzje.

Przyszłość ruchów miejskich zależy od ich zdolności do budowania zaplecza eksperckiego, współpracy z władzami i mobilizacji mieszkańców. To właśnie na takich kongresach jak ten w Bydgoszczy rodzą się nowe strategie i sojusze, które mogą przesądzić o tym, czy ruchy miejskie pozostaną na marginesie, czy staną się trwałą siłą zmiany w polskich miastach.


Szczegóły wydarzenia

  • Data: 7 czerwca 2025

  • Miejsce: Młyny Rothera, ul. Mennica 10, Bydgoszcz

  • Rejestracja: od 10:00

  • Udział: bezpłatny, wymagana rejestracja online

    IX Kongres Ruchów Miejskich - Bydgoszcz 7 czerwca 2025 r.

Wzrost zapotrzebowania na energię bez odpowiedniego rozwoju infrastruktury to przepis na katastrofę. Operatorzy telekomunikacyjni doskonale zdają sobie sprawę z konsekwencji braku inwestycji w sieci – przeciążenia, awarie, utrata klientów. Tymczasem w polskiej energetyce przez lata ignorowano ostrzeżenia ekspertów, którzy już dekadę temu alarmowali, że bez rozbudowy sieci przesyłowych Polska stanie w obliczu kryzysu energetycznego. I rzeczywiście, zużycie energii rosło szybciej niż możliwości przesyłowe i wytwórcze, a przewidywania o możliwym blackoucie były jedynie kwestią czasu.

Pandemia COVID-19 i wynikający z niej spadek zapotrzebowania na energię jedynie odroczyły kryzys, który prędzej czy później musiał nadejść. Wojna w Ukrainie i wykorzystanie surowców energetycznych jako broni przez Rosję tylko uwypukliły słabości polskiego systemu.

Sieci energetyczne – starzejąca się infrastruktura i blokada dla OZE

Ponad połowa polskich linii elektroenergetycznych ma już ponad 30 lat, a znaczna część przekroczyła pół wieku. To nie tylko ogranicza możliwość podłączania nowych źródeł energii, zwłaszcza odnawialnych, ale także pogarsza parametry sieci i zwiększa ryzyko awarii. Bez zdecydowanych inwestycji w modernizację infrastruktury nie ma mowy o transformacji energetycznej i odejściu od węgla.

Smart Grid i spółdzielnie energetyczne – nowa nadzieja dla polskiej wsi

Inspiracją dla nowej polityki energetycznej Unii Europejskiej stały się działania duńskich i niemieckich rolników, którzy postawili na niezależność energetyczną i stworzyli własne, lokalne ekosystemy energetyczne. Tak narodziła się idea Smart Grid – sieci, w której producenci i konsumenci energii są blisko siebie i współpracują, a system jest bardziej odporny na kryzysy i oparty na odnawialnych źródłach energii.

W Polsce prawo umożliwia tworzenie spółdzielni energetycznych, które mogą działać na terenie maksymalnie trzech gmin i łączyć lokalnych producentów OZE z konsumentami. Spółdzielnie te mogą korzystać z istniejącej infrastruktury przesyłowej, a w określonych sytuacjach nawet bezpłatnie. Kluczowe jest jednak, by produkcja i konsumpcja energii były jak najlepiej zsynchronizowane, co wymaga zaawansowanej telemetrii i kompetencji informatycznych.

Telekomunikacja – nieoczekiwany sojusznik energetyki

Branża telekomunikacyjna w Polsce to prawdziwy fenomen – działa tu około 4 tysiące lokalnych operatorów, którzy mają doświadczenie w walce z monopolami i skutecznie lobbują o środki na modernizację sieci. Co więcej, są obecni w każdej gminie, dysponują wysokimi kompetencjami teleinformatycznymi i znają lokalne realia. To właśnie oni mogą stać się kluczowym elementem nowoczesnych spółdzielni energetycznych, zapewniając infrastrukturę, obsługę systemów IT, a także wsparcie w kontaktach z samorządami i mieszkańcami.

Przykłady pokazują, że przewidujący operatorzy telekomunikacyjni już kilka lat temu inwestowali w infrastrukturę, która dziś pozwala im nie tylko świadczyć usługi internetowe, ale także wspierać lokalne inicjatywy energetyczne – od montażu paneli fotowoltaicznych po współpracę z rolnikami przy zasilaniu biogazowni. Dzięki temu stają się nie tylko dostawcami internetu, ale także kluczowymi partnerami dla lokalnych społeczności w transformacji energetycznej.

Przyszłość – lokalna, inteligentna i zintegrowana

Kryzys energetyczny w Polsce nie zniknie z dnia na dzień. Jednak to właśnie lokalne inicjatywy, wsparte kompetencjami branży telekomunikacyjnej, mogą stać się motorem zmian. Smart Grid, spółdzielnie energetyczne i cyfrowe rozwiązania na wsi to nie tylko sposób na tańszą i bezpieczniejszą energię, ale także na większą niezależność i odporność na globalne kryzysy.

„Branża telekomunikacyjna jest wszędzie. W każdej gminie w tym kraju działa co najmniej jeden operator telekomunikacyjny, który dysponuje lokalnie wysokimi kompetencjami teleinformatycznymi i zna telefon do wójta swojej gminy. To są ważni sojusznicy w grze o transformację polskiej energetyki.”

Podsumowanie

Polska energetyka stoi dziś przed wyborem: kontynuować politykę zaniedbań i ryzykować kolejne kryzysy, czy wykorzystać potencjał lokalnych społeczności i operatorów telekomunikacyjnych do budowy nowoczesnych, odpornych na kryzysy systemów energetycznych. Przyszłość należy do tych, którzy postawią na współpracę, innowacje i lokalną niezależność.

Projekt realizowany w ramach Inwestycji G1.1.4 Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności Wsparcie dla instytucji wdrażających reformy i inwestycje w ramach REPowerEU (2)

Wspólnota i inspiracja w sercu Adamowizny

W dniach 17–18 maja 2025 roku Dworek Adama Chełmońskiego w Adamowiźnie stał się miejscem wyjątkowego spotkania. II Grodziski Festiwal Permakultury, zorganizowany przez Stowarzyszenie Moc Korzeni, przyciągnął mieszkańców Grodziska Mazowieckiego i okolic. Uroczystego otwarcia dokonał burmistrz Grodziska Mazowieckiego, Tomasz Krupski, podkreślając wagę lokalnych działań na rzecz ochrony środowiska i budowania wspólnoty.

Permakultura w praktyce i teorii

Program festiwalu zachwycał różnorodnością i był skierowany do wszystkich grup wiekowych. Uczestnicy mogli wysłuchać wykładów wybitnych ekspertów: Łukasza Nowackiego („Permakulturowa mantra czystej wody”), dr. Kaspra Jakubowskiego („Mikrolasy Miyawaki”), dr Joanny Albin („Ogród leśny w czasach chronicznej suszy”), Wojciecha Januszczyka („Tworząc – niszczymy. Ogród to nie raj”), Małgorzaty Lorenz („Koniec z nudnymi grządkami”), prof. dr hab. Eweliny Hallmann („Dlaczego warto wybierać i spożywać żywność ekologiczną?”), dr. Adama Barcikowskiego („Płynne podstawy istnienia: czy woda jest surowcem?”) oraz Agnieszki Korniluk („O zwierzęciu, które zapomniało, że jest częścią natury”).

Ekologiczni rolnicy, rzemieślnicy i lokalni twórcy

Festiwal był okazją do spotkania z rolnikami ekologicznymi, którzy prezentowali swoje produkty na kiermaszu lokalnych i naturalnych wyrobów. Wśród wystawców nie zabrakło rzemieślników z unikatowym rękodziełem oraz artystów, którzy pokazali swoje prace na specjalnej wystawie.

Dla dzieci i dorosłych przygotowano liczne warsztaty – od wypalania w drewnie, przez tworzenie kwiatów z krepiny, po zgłębianie bioróżnorodności z Katarzyną Banul-Wójcikowską z Instytutu Strategii Żywnościowych Grunt.

Zielone Wiadomości

Żródło: Zielone Wiadomości

Wspólnota, edukacja i dobra atmosfera

Festiwal to nie tylko wykłady i kiermasz. Uczestnicy mogli wziąć udział w:

  • kręgach rozmów,

  • pokazach pierwszej pomocy prowadzonych przez harcerzy,

  • grze terenowej zorganizowanej przez ZHP Hufiec Grodzisk Mazowiecki,

  • spacerach botanicznych z Katarzyną Pruzińską,

  • praktycznych warsztatach, takich jak „Mozaika bioróżnorodności” czy zajęcia z bezpieczeństwa żywnościowego.

Przelotny deszcz nie zniechęcił nikogo – wręcz przeciwnie, stał się pretekstem do rozmów o roli wody w ekosystemie i potrzebie dbania o naturę.

Artystyczne zwieńczenie – koncert Karoliny Skrzyńskiej

Finałem festiwalu był koncert Karoliny Skrzyńskiej z zespołem. Artystka, znana z głębokiego związku z polską kulturą i naturą, zabrała publiczność w muzyczną podróż pełną emocji i poetyckich tekstów. Wcześniej  uczestników festiwalu porwał energetyczny występ grupy Sieniesie.

Podsumowanie – siła wspólnoty i natury

II Grodziski Festiwal Permakultury pokazał, jak wielką moc ma lokalna wspólnota i wymiana doświadczeń. Mimo niepewnej pogody atmosfera była pełna inspiracji, otwartości i pozytywnej energii. To wydarzenie nie tylko edukuje, ale przede wszystkim łączy ludzi wokół troski o przyszłość naszej planety.