Polska a nowe przepisy UE dotyczące NGT

Debata o nowych technikach genomowych (NGT), określanych także jako „nowe GMO”, wywołuje coraz większe emocje w Unii Europejskiej. Polska, sprawująca obecnie prezydencję w Radzie UE, będzie miała w najbliższych miesiącach kluczowy wpływ na kształtowanie przyszłych regulacji NGT. Propozycja naszego ministerstwa rolnictwa pokazuje skłonność Polski do akceptacji NGT w europejskim rolnictwie. Czy takie propozycje legislacyjne rzeczywiście odpowiadają na potrzeby naszych rolników, konsumentów i lokalnych przedsiębiorstw? A może stanowią wyraz presji globalnych korporacji biotechnologicznych?…

Czym różnią się NGT od tradycyjnych GMO?

Warto jeszcze raz przypomnieć, czym różnią się nowe techniki genomowe od tradycyjnych GMO. GMO, czyli organizmy zmodyfikowane genetycznie, to rośliny, zwierzęta lub mikroorganizmy, w których materiał genetyczny został zmieniony poprzez wprowadzenie genów obcych gatunków. W przypadku NGT proces modyfikacji jest bardziej precyzyjny – zmiany genetyczne wprowadzane są w obrębie istniejącego materiału genetycznego danej rośliny, bez dodawania obcych genów. Dlatego zwolennicy NGT twierdzą, w pewnym uproszczeniu, że są one bardziej naturalne i mniej kontrowersyjne niż GMO, ponieważ modyfikacje mogą przypominać te, które występują w naturze, np. w wyniku spontanicznej mutagenezy. Wielu ekspertów podkreśla jednak, że to wciąż ingerencja w genom, która niesie ze sobą nieprzewidziane konsekwencje dla środowiska i zdrowia ludzi, a przez to, że jest bardziej precyzyjna może stanowić jeszcze większe ryzyko, ponieważ w wielu przypadkach nie jesteśmy jeszcze w stanie przewidzieć całego łańcucha zależności w przyrodzie.

Konsument na celowniku, rolnik na marginesie

Nowe GMO w Polsce to wyzwanie dla rolnictwa, rynku nasiennego i praw konsumentów.

Zdjęcie: Canva

Jednym z najważniejszych wątków debaty o NGT jest kwestia transparentności. Konsumenci w Polsce i w Europie oczekują pełnych informacji o pochodzeniu i sposobie produkcji żywności. Potwierdziły to badania zlecone przez Instytut Spraw Obywatelskich w 2013 r., w których ponad 73% Polaków stwierdziło, że domaga się znaku „wolne od GMO”, a 9 na 10 rodziców dzieci do lat 2 chciało mieć informację, czy sięga po produkty modyfikowane genetycznie. Propozycja Komisji Europejskiej z 2023 r. może jednak zniweczyć lata dążeń do transparentności produktów wytworzonych z wykorzystaniem modyfikacji genetycznych, bowiem według nich większość NGT nie będzie znakowane lub śledzone w łańcuchu produkcji i dystrybucji. Wobec tego brak obowiązku znakowania takich produktów może stawiać prawo informacji o żywności pod znakiem zapytania.

Przykłady z innych krajów, jak USA czy Japonia, gdzie produkty NGT już są dostępne, pokazują, że konsumenci mogą nieświadomie kupować żywność zmodyfikowaną genetycznie. Pieczarki, które nie brązowieją, to tylko „wierzchołek góry lodowej” listy produktów wprowadzanych na rynek bez wyraźnych oznaczeń. W Polsce, gdzie rolnictwo ekologiczne i tradycyjne wciąż cieszy się dużym zaufaniem, brak takich regulacji może podważyć zaufanie konsumentów do całego rynku żywności.

Ryzyka dla rolników i konflikt interesów

Z kolei rolnicy mogą być jednymi z największych przegranych wprowadzenia NGT. Po pierwsze, brak regulacji dotyczących koegzystencji upraw NGT z tradycyjnymi i ekologicznymi sprawi, że ryzyko „zanieczyszczenia” pól roślinami zmodyfikowanymi genetycznie jest bardzo realne. Może to prowadzić do konfliktów między sąsiadującymi rolnikami, jeśli jeden z nich prowadzi gospodarstwo ekologiczne, a drugi korzysta z nasion NGT. Dodatkowo rolnicy, którzy przypadkowo wykorzystają materiał siewny NGT, będą zmuszeni do płacenia opłat licencyjnych właścicielom patentów na te technologie. Historia pokazuje, że takie spory prawne są powszechne w Stanach Zjednoczonych.

Patenty a polski rynek nasienny

Polska może pochwalić się silnym sektorem nasiennym, który jest fundamentem krajowego rolnictwa i jednym z kluczowych elementów zapewniających suwerenność żywnościową. Nasze firmy nasienne utrzymują znaczący udział w rynku lokalnym, co pozwala polskim rolnikom korzystać z wysokiej jakości materiału siewnego, dostosowanego do specyficznych warunków klimatycznych i glebowych naszego kraju. Jednak wprowadzenie nowych technik genomowych bez odpowiednich regulacji, może radykalnie zmienić ten krajobraz i zagrozić stabilności sektora. Globalne korporacje, które już teraz kontrolują znaczną część rynku biotechnologicznego, posiadają prawa patentowe do większości technologii genomowych. To nie tylko gwarantuje im monopol na rozwój i sprzedaż nasion, ale również umożliwia narzucanie własnych warunków finansowych i technologicznych.

W takiej sytuacji lokalni producenci nasion, często działający na mniejszą skalę i nieposiadający tak dużych zasobów finansowych, mogą zostać wypchnięci z rynku. Brak mechanizmów ochrony dla małych i średnich firm nasiennych może prowadzić do sytuacji, w której polscy rolnicy będą coraz bardziej uzależnieni od droższych, opatentowanych nasion oferowanych przez międzynarodowe koncerny. To nie tylko podnosi koszty produkcji, ale również ogranicza wybór dostępnych odmian roślin, ponieważ globalni gracze skupią się raczej na własnych interesach i na kilku wysoce komercyjnych liniach produktów, a nie na dobru ogółu.

Tymczasem różnorodność genetyczna, którą polski sektor nasienny od lat stara się utrzymać, jest kluczowa dla odporności na zmiany klimatyczne i choroby roślin. Co więcej, koncentracja rynku w rękach międzynarodowych gigantów niesie za sobą ryzyko zniknięcia tradycyjnych odmian roślin, które są nie tylko elementem polskiego dziedzictwa rolnego i żywnościowego, ale również istotnym czynnikiem zachowania równowagi ekologicznej. Polscy producenci nasion odgrywają istotną rolę w utrzymaniu lokalnych, unikalnych odmian roślin, które od lat dostosowywały się do specyfiki naszego klimatu i krajobrazu. Ich marginalizacja może prowadzić do homogenizacji rynku rolniczego, co uczyni go mniej odpornym na zmiany i paradoksalnie mniej zrównoważonym.

Brak oceny ryzyka – bomba z opóźnionym zapłonem?

Nowe GMO w Polsce to wyzwanie dla rolnictwa, rynku nasiennego i praw konsumentów.

Zdjęcia: Canva

Jednym z najbardziej niepokojących aspektów propozycji dotyczącej wprowadzania NGT jest brak wymogu oceny ryzyka, co stoi w sprzeczności z zasadą przezorności, zapisaną w art. 191 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Ta fundamentalna zasada unijnego prawa wymaga, aby każda nowa technologia była szczegółowo przebadana pod kątem potencjalnych skutków dla zdrowia ludzi, środowiska oraz bezpieczeństwa żywnościowego, zanim zostanie dopuszczona do obrotu. Brak takich badań w przypadku NGT oznacza, że nowe rośliny mogą trafić na pola uprawne i do łańcucha dostaw bez wiedzy o ich wpływie na środowisko i różnorodność biologiczną.

Przykłady z przeszłości pokazują problemy, które mogą wynikać z braku odpowiedniej oceny ryzyka. Wiele kontrowersji wokół tradycyjnych GMO dotyczyło ich wpływu na bioróżnorodność, np. wspomnianego wcześniej niezamierzonego zanieczyszczenia sąsiadujących upraw konwencjonalnych i ekologicznych. Podobne zagrożenia istnieją w przypadku NGT, ale dodatkowym problemem jest trudność w ich wykrywaniu. Nowe techniki genomowe, takie jak edycja genów metodą CRISPR-Cas9, mogą wprowadzać zmiany w genomie, które są niemal niemożliwe do odróżnienia od naturalnych mutacji. Brak możliwości identyfikacji roślin NGT może utrudnić nie tylko ocenę ich wpływu, ale także monitorowanie potencjalnych szkód.

Niezbadane długoterminowe konsekwencje mogą obejmować zarówno nieprzewidziane skutki w ekosystemach i potencjalne zagrożenia dla zdrowia ludzi. Rośliny zmodyfikowane genetycznie mogą wytwarzać nowe białka lub związki chemiczne, które mogą wywoływać reakcje alergiczne lub mieć toksyczny wpływ na organizmy… Równie istotne są skutki społeczne i ekonomiczne – brak oceny ryzyka może prowadzić do utraty zaufania konsumentów i strat ekonomicznych wynikających z obniżenia eksportu, szczególnie do krajów, gdzie podejście do NGT jest wciąż sceptyczne.

Zignorowanie potrzeby rzetelnej oceny ryzyka może być więc zagrożeniem dla reputacji Unii Europejskiej jako lidera w zakresie standardów bezpieczeństwa i ochrony środowiska. UE od lat buduje swój wizerunek jako przestrzeń, gdzie technologie są wprowadzane z myślą o dobrobycie społecznym i środowiskowym, a nie jedynie o interesach komercyjnych. Wyjątek w przypadku NGT mógłby podważyć zaufanie do całego systemu regulacyjnego.

Czy zatem możemy pozwolić sobie na wprowadzenie NGT bez dokładnych badań? Historia GMO pokazała, że brak transparentności i odpowiedzialności w procesie wdrażania nowych technologii może prowadzić do poważnych konfliktów społecznych oraz gospodarczych.

Głos polskich organizacji społecznych – „Chcemy wiedzieć”

Polska ma wyjątkową okazję, by wpłynąć na przyszłość regulacji dotyczących NGT w Europie. Jednak obecne działania rządu wskazują na zmianę kierunku oraz brak odwagi w podejmowaniu zdecydowanych kroków chroniących społeczeństwo. Propozycje przedstawione w styczniu i lutym 2025 r. wydają się bardziej politycznym kompromisem niż realnym rozwiązaniem problemów związanych z NGT.

Dlatego Koalicja Żywa Ziemia (do której należy również Instytut Spraw Obywatelskich), skupiająca organizacje działające na rzecz zrównoważonego rolnictwa, skierowała do Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi pismo, w którym podkreśliła konieczność wprowadzenia obowiązkowego znakowania produktów NGT oraz szczegółowej oceny ryzyka przed ich dopuszczeniem do obrotu. Zwróciliśmy też uwagę na potencjalne zagrożenia dla różnorodności biologicznej, rolnictwa ekologicznego oraz praw konsumentów do świadomego wyboru żywności. Ostrzegliśmy polskich decydentów, że ignorowanie tych kwestii może prowadzić do nieodwracalnych strat dla polskiego rolnictwa i rynku spożywczego, a zwłaszcza rynku nasiennego.

Przyszłość NGT w Polsce i Europie

W obliczu tych wyzwań kluczowe staje się więc wypracowanie rozwiązań, które będą chronić interesy konsumentów, rolników i lokalnych producentów. Polska, jako lider w tej debacie, wciąż ma szansę lobbować za regulacjami, które zapewnią transparentność, bezpieczeństwo oraz równowagę między innowacjami, a zrównoważonym rozwojem. Jaki los czeka NGT? Czy polscy decydenci wsłuchają się w głos polskich konsumentów, którzy chcą decydować o tym, co trafia na ich talerze? To pokażą najbliższe miesiące.

Artykuł ukazał się w „Tygodniku spraw obywatelskich” nr. 265/ (4)2025.

Łukasz Janeczko – politolog, specjalista ds. rzecznictwa i kampanier. Od 2016 r. związany z kampanią społeczną „Wolne od GMO? Chcę wiedzieć”, której celem było wprowadzenie w Polsce jednolitych przepisów dotyczących znakowania żywności „wolnej od GMO”. Od 2023 r. członek Komisji do spraw Mikroorganizmów i Organizmów Genetycznie Zmodyfikowanych przy Ministerstwie Klimatu i Środowiska

Analiza przyczyn i społecznych skutków protestów rolniczych w Polsce w 2024 roku

Skąd wzięły się protesty rolników w Polsce?

Rolnicy w zachodniej Europie zaczęli wychodzić na ulice i drogi w 2023 r. w reakcji na ogłoszenie przez Komisję Europejską Europejskiego Zielonego Ładu. Rolnicy protestowali także przeciwko importowi towarów rolnych spoza krajów UE, np. w ramach umowy z Mercosur. W poszczególnych krajach dochodziły do tego także inne postulaty związane z lokalną polityką rolną. Fala protestów wkrótce dotarła także do Europy ŚrodkowoWschodniej. W Polsce protestujący skupili się na dwóch kwestiach: zapisach Europejskiego Zielonego Ładu oraz otwarciu rynku na produkty rolne z Ukrainy i innych krajów spoza UE. Skala protestów była bardzo duża. Pierwszy miał miejsce 9 lutego 2024 r., a ich największe natężenie nastąpiło 24 marca 2024 r., kiedy w całej Polsce jednocześnie zorganizowano około 500 protestów. Miały one różną formę: marszów, demonstracji w stolicy, protestu głodowego w Sejmie, lokalnych blokad dróg oraz przejść granicznych z Ukrainą.

Główne powody i społeczne poparcie dla protestów

Mimo powodowania utrudnień protesty rolników cieszyły się dużym poparciem polskiego społeczeństwa. Według danych CBOS w lutym 2024 r. popierało je 78% Polaków. W czasie największej demonstracji w Warszawie (24 marca 2024 r.) rozmawialiśmy z rolnikami i rolniczkami o powodach, dla których zdecydowali się przyjechać na ten protest. Wymieniali przede wszystkim faworyzowanie na naszym rynku produktów spoza UE, głównie ukraińskich. Na drugim miejscu pojawiały się hasła wyrażające obawy wobec Zielonego Ładu. Najczęściej wspominali, że martwią ich konieczność ugorowania, a także działania związane z dobrostanem zwierząt gospodarskich. W ich opinii oba te elementy wiązały się z dalszym spadkiem opłacalności produkcji oraz dodatkowymi obciążeniami rolników w postaci m.in. większego obciążenia formalnościami. Wdrażanie celów Zielonego Ładu, ich zdaniem, to także jeszcze większa biurokracja i „papierologia” wynikająca z nałożenia na nich nowych formalności.

Zielony Ład, biurokracja i komunikacja z rolnikami

Rolnicy od lat skarżą się na zbyt rozbudowaną biurokrację, zmieniające się często oczekiwania formalne, niekiedy nawet wzajemnie sprzeczne, a urzędnicy nie zawsze sami nadążają za zmieniającymi się przepisami. Obawa przed nieznanym i niejasnym, a przy tym mogącym stanowić, w ich opinii, dalsze ograniczanie dochodów, była dla wielu osób manifestujących w Warszawie motywacją do protestów. W czerwcu 2024 r. 217 rolników z woj. zachodniopomorskiego wzięło udział w naszej ankiecie dotyczącej doświadczeń protestacyjnych. Dla 70% badanych to właśnie obawa przed zmianami, które niesie wdrażanie Zielonego Ładu, była motywacją do udziału w jakiejś formie protestu. Inną wskazywaną przyczyną zaangażowania się w protesty było zagrożenie związane z importem produktów z krajów poza UE. Dla wielu rolników problemem był też stały spadek opłacalności produkcji.

W odpowiedzi na pytanie, co w samym Zielonym Ładzie budzi ich największe obawy, deklarowali, że wdrażanie tych regulacji wiąże się ze spadkiem dochodowości i konkurencyjności. Obawiali się także pojawienia się nowych obowiązków nakładanych na rolników. Warto pamiętać, że Europejski Zielony Ład został przyjęty, by wprowadzić m.in. większą ochronę środowiska i klimatu w rolnictwie. Zadania te są realizowane przez ekoschematy. Ich celem jest wspieranie rolników we wdrażaniu praktyk, które powodują zmniejszenie negatywnego wpływu rolnictwa na klimat i są dodatkowo uzupełnione o działania służące poprawie dobrostanu zwierząt gospodarskich. Za ich wprowadzanie rolnicy otrzymują płatności. Badani przez nas rolnicy, mimo obaw wobec Zielonego Ładu, wskazywali, że ⅔ z nich korzystało już z ekoschematów.

To pobieżne spojrzenie na wyniki badań strajków rolniczych prowadzi do kilku wniosków. Przede wszystkim zarówno władze Polski, jak i całej UE słabo komunikują się z rolnikami. Co drugi badany uważa, że kondycja rolnictwa w największym stopniu zależy od działań Komisji Europejskiej, a 23% że od polskiego rządu. Obie te instytucje nie prowadzą dobrej polityki informacyjnej związanej z wdrażaniem Zielonego Ładu. Brakuje spójnej informacji, jak rolnictwo przemysłowe – dominujące w UE – wpływa na zmiany w środowisku i klimacie oraz, co to oznacza dla samego rolnictwa i małych gospodarstw w najbliższej przyszłości.

Mało mówi się o tym, że negatywne oddziaływanie rolnictwa na klimat ma wymierny koszt. Na przykład, jak szacuje Polski Instytut Ekonomiczny, Polska traci nawet 6,5 miliarda złotych w wyniku suszy rolniczej. Pogarszanie się jakości naszego życia i życia zwierząt gospodarskich jest również spowodowane do pewnego stopnia rozwojem przemysłowego systemu żywnościowego.

Potrzeba lepszej polityki informacyjnej i wsparcia dla rolników

Brakuje pozytywnej kampanii informującej, że wdrażanie Zielonego Ładu może się opłacać, zarówno ze względów finansowych, jak i ze względu na poprawę jakości naszego życia i życia naszych dzieci. Na przykład wdrażanie działań związanych z dobrostanem zwierząt gospodarskich to oszczędność w zakresie kosztów weterynaryjnych (mniejsze zagęszczenie to mniejsza zachorowalność zwierząt) i poprawa jakości mięsa. Grunty rolne ugoruje się nie dla przyjemności brukselskich urzędników, ale dla poprawy jakości gleb, a więc też większej produktywności przy mniejszych nakładach własnych (lepszej jakości gleba rodzi więcej zdrowych roślin). Są w tym zakresie pozytywne doświadczenia, szczególnie wśród rolników regeneratywnych. Poza tym nie było absolutnego obowiązku ugorowania, lecz jako obszary lub elementy nieprodukcyjne były uznawane także rośliny bobowate i międzyplony bez stosowania środków ochrony roślin.

Rolnicy czują się samotni i zagubieni wśród zmieniających się regulacji, otrzymują niewystarczające wsparcie w zakresie biurokracji i formalnych reguł. Jednym z powodów jest słabość działania Ośrodków Doradztwa Rolniczego. Rolnicy w czasie protestu w marcu skarżyli się, że trudno im wdrażać działania w ramach Zielonego Ładu, jeśli szkolący ich doradcy nie zawsze nadążają za poszczególnymi przepisami i ich częstymi zmianami. Wielu badanych boli, że szkolący najczęściej są teoretykami, którzy sami nie prowadzą działalności rolniczej. Tym bardziej budzi to niepokój wśród rolników.

Za pozytywną kampanię informacyjną odpowiedzialny powinien być rząd i inne podmioty publiczne. Nie stać nas na odkładanie wdrażania Zielonego Ładu. Trudno jednak grać w grę, w której tak często zmieniają się zasady i są jasne dla niewielu uczestników.

Dr Ruta Śpiewak – pracowniczka naukowa Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN. Stypendystka Uniwersytetów USA i Finlandii. Od wielu lat członkini najstarszej kooperatywy spożywczej w Polsce – kooperatywy Grochowskiej.

Samotność, strach i system, który wypycha. Opowieść o dzieciach, które przekraczają polską granicę bez opieki – i o dorosłych, którzy nie zawsze potrafią je ochronić.

Głosy, których nie słychać

Wśród gęstwin lasów na pograniczu polsko-białoruskim rozbrzmiewają głosy dzieci, których nikt nie słyszy – zagubione, przestraszone, często milknące z obawy przed wykryciem.

„Bałam się, że już nigdy nie zobaczę mamy. W lesie było ciemno i zimno, a dorośli mówili, że musimy być cicho, żeby nas nie znaleźli” – wyznaje jedno z dzieci, które samotnie przekroczyło granicę.

To nie jest odosobniony przypadek – podobne historie powtarzają się setki razy, choć w oficjalnych statystykach dzieci te pozostają niewidzialne. Ich przeżycia to nie tylko dramat jednostki, lecz także milczący oskarżenie pod adresem systemu, który nie zapewnia im ochrony ani głosu.

Dlaczego powstał raport Save the Children?

Raport Fundacji Save the Children Polska powstał z potrzeby zadania fundamentalnego pytania: czy Polska realizuje najlepszy interes dzieci cudzoziemskich bez opieki, które przekraczają granicę w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Autorzy raportu, wsłuchując się w historie najmłodszych migrantów, chcieli sprawdzić, czy kraj, który zobowiązał się do ochrony praw dziecka, rzeczywiście wywiązuje się z tej odpowiedzialności. Raport jest próbą przełamania społecznej i instytucjonalnej obojętności – to głos sprzeciwu wobec praktyk, które sprawiają, że dzieci pozostają na marginesie, a ich dramaty rozgrywają się w cieniu politycznych debat i proceduralnych zawiłości.

Dzieci migranci: kim są?

Dzieci bez opieki na polsko-białoruskiej granicy to w większości nastolatkowie w wieku 15–17 lat, choć nie brakuje wśród nich także młodszych i dziewcząt, takich jak Sainab z Somalii, która uciekła przed przemocą i wymuszonym małżeństwem. Pochodzą z krajów, gdzie wojna, prześladowania religijne, bieda i brak perspektyw są codziennością – z Somalii, Syrii, Afganistanu, Iranu czy Egiptu. Ich podróż to desperacka próba ocalenia życia, szukania szansy na przyszłość, czasem połączona z traumą rozłąki z rodziną, przemocy ze strony przemytników i niepewnością każdego kolejnego dnia. Granica, którą przekraczają, nie jest tylko linią na mapie – to granica między strachem a nadzieją na lepsze jutro.

Liczby, które nie oddają dramatu

Według danych Stowarzyszenia We Are Monitoring, w 2024 roku przez zieloną granicę z Białorusią przeszło co najmniej 265 dzieci bez opieki, choć rzeczywista liczba może być znacznie wyższa, bo wiele dzieci znika z systemu i nie jest rejestrowanych. Statystyki są rozbieżne: Urząd do Spraw Cudzoziemców odnotował 297 dzieci cudzoziemskich bez opieki, Komenda Główna Straży Granicznej – jedynie 22, a przygraniczne placówki SG – 58. Ta rozbieżność nie jest tylko biurokratycznym problemem; pokazuje, jak łatwo dzieci mogą „zniknąć” z radarów państwa, stając się ofiarami systemowej bezradności. Za każdą liczbą kryje się dziecko, którego los pozostaje nieznany – czy znalazło bezpieczeństwo, czy padło ofiarą przemocy lub handlu ludźmi.

System, który nie istnieje

Raport Save the Children nie pozostawia złudzeń: Polska nie posiada spójnych, skutecznych procedur identyfikacji i ochrony dzieci bez opieki. Odpowiedzialność za ich los jest rozproszona pomiędzy różne instytucje, a procedury są niejasne i nieskuteczne. Dzieci są często traktowane jak dorośli, umieszczane w zamkniętych ośrodkach, gdzie dostęp do wsparcia psychologicznego i edukacji jest iluzoryczny. Przebywanie w detencji prowadzi do depresji, lęków i prób samookaleczeń – a przecież zgodnie z prawem detencja dzieci powinna być ostatecznością, nie normą. W praktyce jednak system nie chroni, lecz wypycha najmłodszych poza margines, pozostawiając ich samym sobie.

Przemoc, pushbacki i strach

Raport opisuje praktyki pushbacków – nielegalnych wypchnięć dzieci z powrotem na Białoruś, często połączonych z przemocą fizyczną i psychiczną. Dzieci są bite, szczute psami, pozbawiane dokumentów i ciepłej odzieży, a po stronie polskiej arbitralne decyzje funkcjonariuszy mogą sprawić, że dziecko zostanie uznane za dorosłego wyłącznie na podstawie kontrowersyjnych badań RTG kości. Przebywanie w strzeżonych ośrodkach dla cudzoziemców jest dla dzieci traumatyzujące – raporty psychologów i prawników potwierdzają, że najmłodsi cierpią tam na depresję, zaburzenia odżywiania i snu, lęki, regresje rozwojowe, a nawet myśli samobójcze. Brakuje wsparcia psychologicznego, a dostęp do opieki zdrowotnej i edukacji jest iluzoryczny.

Piecza zastępcza – przystanek, nie dom

Nawet jeśli dziecko trafi do polskiej pieczy zastępczej, nie oznacza to końca jego problemów. Brakuje miejsc, wsparcia językowego i psychologicznego, a dzieci często traktują Polskę jako przystanek w drodze na Zachód. Wielu z nich znika z placówek, a system nie jest w stanie ich odnaleźć ani zapewnić im bezpieczeństwa. Pracownicy domów dziecka przyznają, że większość dzieci nie widzi w Polsce miejsca na nowy start – to tylko kolejny etap niepewnej podróży, często kończącej się ponownym zaginięciem. Ich zniknięcia są wygodne dla systemu – pozwalają uniknąć odpowiedzialności i trudnych formalności.

Prawa człowieka i prawa dziecka

Dzieci bez opieki są szczególnie chronione przez prawo międzynarodowe – m.in. Konwencję o prawach dziecka ONZ, która gwarantuje każdemu dziecku prawo do ochrony, edukacji, opieki zdrowotnej i życia bez przemocy. Polska, jako kraj członkowski UE i sygnatariusz konwencji, ma obowiązek respektować te prawa. Detencja dzieci powinna być absolutnym wyjątkiem, a nie regułą – tymczasem raport pokazuje, że rzeczywistość jest daleka od ideału. Każde dziecko, niezależnie od pochodzenia, wyznania czy koloru skóry, zasługuje na bezpieczeństwo i szacunek.

Wspólna odpowiedzialność – pakt migracyjny w świetle raportu Save the Children

W raporcie Save the Children Polska Europejski Pakt o Migracji i Azylu jawi się jako niezbędna odpowiedź na chaos i bezradność, z jakimi mierzą się dzieci bez opieki na granicach Unii. Autorzy podkreślają, że tylko spójne, wspólnotowe zasady mogą zapewnić najmłodszym bezpieczeństwo i szansę na przyszłość – dziś bowiem państwa członkowskie zbyt często przerzucają odpowiedzialność, a systemowe luki pozwalają dzieciom znikać bez śladu.

Pakt ma być gwarancją solidarności i równego traktowania, ale raport nie pozostawia złudzeń: bez realnej woli wdrożenia, nawet najlepsze regulacje pozostaną martwe. Wciąż brakuje jednolitych procedur, skutecznego monitoringu i odwagi, by postawić prawa dziecka ponad politycznymi kalkulacjami. Wspólna odpowiedzialność to dziś nie tyle deklaracja, co pilna potrzeba – jeśli Europa nie chce, by dramat dzieci na granicy trwał dalej.

Odsłonięta ścieżka w lesie wzdłuż przebiegu dawnej linii kolejowej, która łączyła obecny dworzec Włodawa w Polsce ze stacją Vlodava na Białorusi.

fot: Jan Pešula Zdjęcie: Wikimedia Commons

Kluczowe wnioski płynące z raportu

  • Brak systemu ochrony: Polska nie posiada spójnych, skutecznych procedur identyfikacji i ochrony dzieci bez opieki. Odpowiedzialność jest rozproszona, a procedury niejasne, co prowadzi do bezradności instytucji.

  • Dzieci traktowane jak dorośli: Często są umieszczane w zamkniętych ośrodkach dla cudzoziemców, gdzie nie mają dostępu do wsparcia psychologicznego, edukacji ani odpowiedniej opieki. Detencja dzieci powinna być wyjątkiem, a nie normą.

  • Przemoc i pushbacki: Dzieci są narażone na przemoc fizyczną i psychiczną, zarówno po stronie białoruskiej, jak i polskiej. Praktyki pushbacków – nielegalnych wypchnięć na Białoruś – są powszechne i łamią prawa człowieka.

  • Znikające dzieci: Brak monitoringu sprawia, że dzieci znikają z placówek, a system nie jest w stanie ich odnaleźć ani zapewnić im bezpieczeństwa. Często uciekają z pomocą przemytników lub rodziny, czasem bez śladu.

  • Niewystarczająca piecza zastępcza: Nawet jeśli dzieci trafiają do pieczy zastępczej, traktują ją jako przystanek w drodze na Zachód, a wsparcie językowe i psychologiczne jest niewystarczające.

Odpowiedzialność dorosłych

Każde dziecko zasługuje na bezpieczeństwo – niezależnie od pochodzenia, wyznania czy koloru skóry. To podstawowa wartość, którą powinien gwarantować każdy system społeczny i prawny. Tymczasem rzeczywistość na polsko-białoruskiej granicy pokazuje, że dzieci bez opieki są nie tylko pozbawione ochrony, ale wręcz wypychane do dalszej, niebezpiecznej podróży. Brakuje jednej osoby lub instytucji, która wzięłaby pełną odpowiedzialność za ich los – odpowiedzialność jest rozproszona, a dzieci gubią się w gąszczu procedur i biurokracji. W efekcie pozostają same, bez realnego wsparcia i opieki. Dorośli – urzędnicy, politycy, wychowawcy – mają obowiązek zapewnić tym dzieciom bezpieczeństwo. To nie tylko wymóg prawa, ale przede wszystkim kwestia człowieczeństwa i sumienia.

Sprawdzian z empatii

Nie można już dłużej udawać, że dramat dzieci takich jak Sainab to odległy problem, który nas nie dotyczy. Jeśli chcemy, by ich los na polsko-białoruskiej granicy nie powtarzał się w nieskończoność, musimy przejść od pustych deklaracji do konkretnych działań. To nie jest wyłącznie kwestia procedur czy polityki – to sprawa sumienia, człowieczeństwa i odpowiedzialności za tych, którzy nie mają głosu.

Dzieci przekraczające granicę samotnie nie są tylko liczbami w statystykach – to konkretne istnienia, które każdego dnia doświadczają strachu, samotności i przemocy. Każde z nich zasługuje na to, by być zauważone, wysłuchane i otoczone opieką. Potrzebujemy pilnego opracowania jasnych, przejrzystych procedur identyfikacji i ochrony najmłodszych migrantów, by żadne dziecko nie zniknęło w systemie, a każda historia została potraktowana z należytą troską.

Kluczowe jest powołanie niezależnego reprezentanta dziecka cudzoziemskiego – osoby, która będzie czuwać nad jego interesami od pierwszego dnia pobytu w Polsce, reprezentować je przed urzędami i instytucjami, a przede wszystkim – być dla niego wsparciem w świecie pełnym niepewności. Niezwykle ważne jest także natychmiastowe zapewnienie wsparcia psychologicznego i dostępu do edukacji, co pozwoli dzieciom odzyskać poczucie bezpieczeństwa i nadzieję na przyszłość.

Równocześnie należy stanowczo zakończyć praktyki pushbacków i detencji dzieci, które są sprzeczne z prawem międzynarodowym i prowadzą do nieodwracalnych szkód psychicznych i fizycznych. To nie są postulaty ponad miarę – to absolutne minimum, które powinniśmy zapewnić każdemu dziecku szukającemu w Polsce ochrony.

Bo każda historia, taka jak Sainab, to nie statystyka – to życie, które można ocalić. Odpowiedzialność za te dzieci spoczywa na nas wszystkich – jako społeczeństwie, instytucjach i ludziach. To nasz etyczny obowiązek, by nie odwracać wzroku i nie pozwolić, by dramat dzieci na granicy trwał dalej.

Źródło: Raport Save the Children „Dzieci bez opieki na granicy z Białorusią i w polskiej pieczy zastępczej w 2024 roku.”

Europejskie cele redukcji pestycydów – ambitne, ale niewystarczające

Europejskie cele redukcji zużycia pestycydów mogły wydawać się ambitne, ale ich realizacja stoi pod znakiem zapytania. Nawet gdyby udałoby się je osiągnąć, to i tak za mało, by zagwarantować w Europie żywność wolną od najgroźniejszych pestycydów, a także chronić różnorodność biologiczną i ekosystemy na świecie.

Strategia „Od pola do stołu” – gdzie jesteśmy?

Gdzie jesteśmy? Cel przedstawionej przez Komisję Unii Europejskiej w maju 2020 r. strategii „Od pola do stołu” jest jasny – to zmniejszenie wpływu stosowania pestycydów na środowisko i zdrowie ludzi do 2030 r. Cele dotyczą dwóch różnych aspektów: po pierwsze jest to zmniejszenie ryzyka związanego ze stosowaniem pestycydów o 50%, po drugie zmniejszenie o 50% ilości stosowanych środków, przy czym większy nacisk kładzie się na pierwszą z kwestii. Zmniejszenie ryzyka oznacza ograniczanie szkodliwego wpływu pestycydów na zdrowie i środowisko. Może być osiągnięte poprzez wprowadzanie bezpieczniejszych alternatyw dla najbardziej szkodliwych środków oraz lepszych metod aplikacji, a także tzw. zintegrowanego zarządzania szkodnikami. Polega ono na stosowaniu zestawu metod ograniczających populacje szkodników, a więc konieczność zwalczania ich przy pomocy stosowanych na dużą skalę środków ochrony roślin. W 2022 r. roku Komisja przedstawiała projekt rozporządzenia w sprawie zrównoważonego stosowania środków ochrony roślin (ang. Sustainable Use Regulation, SUR), które miało nadać kształt celom ze strategii „Od pola do stołu”. Podczas prac legislacyjnych ambicje projektu były stopniowo osłabiane, a Parlament Europejski i tak odrzucił go podczas głosowania w listopadzie 2023 r. Na początku 2024 r. roku Komisja pod wpływem silnego lobbingu ostatecznie wycofała się z prac nad rozporządzeniem.

Glifosat – kontrowersje wokół najpopularniejszego herbicydu

To nie jedyne niechlubne dokonanie Komisji. Tym razem sprawa dotyczyła najczęściej stosowanego na świecie herbicydu – glifosatu. To substancja aktywna m.in. środków o nazwie Roundup, który jest szeroko wykorzystywany np. przy produkcji genetycznie modyfikowanej soi, kukurydzy i bawełny – odmian Roundup Ready, które mają gen odporności na herbicyd, a zatem uprawy mogą być nim wielokrotnie opryskiwane. Szacuje się, że w skali świata tak uprawiane jest już 80-90% wymienionych roślin. Ale glifosat stosowany jest też w polskich miastach do „pielęgnacji” zieleni, „utrzymania” np. nasypów kolejowych, a także polach – do zwalczania uciążliwych chwastów, a do niedawna nawet do dosuszania plonów bezpośrednio przed zbiorem. Firma Bayer, farmaceutyczny i biotechnologiczny koncern będący właścicielem glifosatu, tylko do października 2023 r. wypłaciła ponad 16 miliardów dolarów odszkodowań za choroby nowotworowe spowodowane długotrwałym stosowaniem glifosatu. Władze UE wciąż nie rozwiązały dotyczącego prawdopodobnej rakotwórczości herbicydu sporu z będącą częścią WHO Międzynarodową Agencją Badań nad Rakiem (IARC). Jednak decyzja zapadła. 28 listopada 2023 r. mimo braku kwalifikowanej większości głosów państw członkowskich i przy proteście organizacji społecznych, Komisja dopuściła glifosat do stosowania na terenie UE na kolejne 10 lat.

Pułapki, w które wciąż wpadamy

Koncerny wydają dużo, żeby przekonać nas – konsumentów, organizacje społeczne, polityków – że pestycydy są całkiem niewinne. Dopiero parę lat temu zniknęła z opakowań Roundupu informacja, że jest on biodegradowalny, o czym latami zapewniano użytkowników. Nie jest. Gromadzi się w glebie, wodzie i ludzkich organizmach. W większości krajów na świecie istnieją normy regulujące najwyższe dopuszczalne poziomy pozostałości pestycydów (NDP) w żywności. Jednak znacznie różnią się one między sobą w zależności od kraju, a praktyka nazywana „tolerancją importową” sprawia, że na rynki europejskie trafiają produkty, które nie spełniają europejskich standardów. Na tym jednak nie koniec. NDP określone są dla pojedynczych substancji, nikt więc nie bada, jakie interakcje zachodzą w produktach, w których poszczególne substancje są w normie, jednak znajduje się ich tam pięć, siedem albo kilkanaście. Nikt też nie bada, jak działa to na glebę i wodę. Entuzjaści stosowania pestycydów zdają się ponadto nie pamiętać, że człowiek codziennie zjada kilkadziesiąt różnych produktów, a pestycydy czy ich pozostałości – a produkty rozpadu są czasem jeszcze bardziej toksyczne niż oryginalne substancje – kumulują się i mieszają w naszych tkankach. Hipokryzja europejskich decydentów ma też inne oblicze: regulacje w Europie dotyczące najbardziej toksycznych pestycydów są może bardziej restrykcyjne niż na innych kontynentach, ale to nie chroni nas przed importem produktów z krajów, gdzie regulacje są znacznie mniej restrykcyjne i słabiej egzekwowane. Dotyczy to np. egzotycznych owoców chętnie kupowanych w Polsce zimą, ale także pasz, szczególnie dla drobiu i trzody chlewnej opartych na poekstrakcyjnej (po wytłoczeniu oleju) śrucie sojowej czy kukurydzy z Ameryki Południowej. Pestycydy kumulują się w tkankach zwierząt karmionych paszą z pestycydami, a ich pozostałości są obecne w mleku, jajach czy mięsie, które produkowane są lokalnie.

Trupy w szafach – pestycydy w ekosystemie i zdrowiu publicznym

A jaki pestycyd jest najczęściej wykrywany w próbkach gleb z gospodarstw ekologicznych w Polsce? Tu uważny czytelnik Zielonych Wiadomości powinien obruszyć się słusznie. Tak, w produkcji ekologicznej nie mogą być wykorzystywane syntetyczne pestycydy. Natomiast zakazane w 1976 r. (sic!) ze względu na wysoką toksyczność DDT do dziś jest z nami. DDT, jak wiele innych wciąż i powszechnie stosowanych pestycydów, ma zdolność bioakumulacji – zamiast rozkładać się w ekosystemie, kumuluje się w tkankach roślin i zwierząt, krąży w obiegu materii i energii. W Unii Europejskiej ponad połowa warzyw, owoców i zbóż jest zanieczyszczona produktami rozkładu pestycydów. Jest jasne, że pestycydy są substancjami toksycznymi, niebezpiecznymi dla organizmów, które nie są celem ich działania. Czyli, między innymi, dla nas. Może zaskakiwać, że badania w tak istotnej sprawie nie są prowadzone na szerszą skalę i nie budzą powszechnego zainteresowania. Jednak danych jest dość, by nie mieć wątpliwości, że pestycydy są przyczyną nowotworów (mózgu, jajników, szyjki macicy, wątroby, płuc, prostaty, białaczki), chorób wynikających z nasilenia stresu oksydacyjnego (m.in. choroby neurodegeneracyjne, cukrzyca), zaburzeń hormonalnych czy problemów z płodnością, donoszeniem ciąży i urodzeniem zdrowych dzieci i ich prawidłowym rozwojem. Pestycydy przekazywane są już przez łożysko, z krwią pępowinową i mlekiem matki. Na naszych oczach koncepty są rozmywane, cele osłabiane, a ich realizacja – ofiara doraźnych interesów politycznych i ekonomicznych – odkładana w czasie. Ale badania są bezlitosne i mówią jednoznacznie: im mniejsze stężenia substancji pestycydów, tym większa ich toksyczność.

*Tekst powstał w oparciu o informacje zawarte w Atlasie Pestycydów wydanym w 2024 r. przez Fundację Heinricha Boella, Koalicję Żywa Ziemia i Polski Klub Ekologiczny Koło Miejskie w Gliwicach. www.pl.boell.org/pl/2024/01/08/ atlas-pestycydow

Rząd ugiął się pod presją społeczną

W czerwcu 2025 roku rząd oficjalnie wycofał się z projektu ustawy UDER32, który miał znacząco ograniczyć prawo obywateli do ochrony środowiska oraz dostęp do sądu. Przeciwko nowelizacji zaprotestowało aż 122 organizacji społecznych, podkreślając, że projekt jest rażąco sprzeczny z Konstytucją RP, prawem Unii Europejskiej i Konwencją z Aarhus.

Stanowisko to poparli także eksperci prawa międzynarodowego oraz Minister ds. Unii Europejskiej, wskazując na niezgodność projektu z podstawowymi standardami praworządności i demokracji.

O co chodziło w UDER32?

Projekt UDER32 będący częścią pakietu deregulacyjnego (tzw. „lex Brzoska”), przygotowany przez Ministerstwo Sprawiedliwości, zakładał odebranie organizacjom społecznym prawa do skargi kasacyjnej w postępowaniach administracyjnych. W praktyce oznaczałoby to, że społeczeństwo – reprezentowane przez NGO – straciłoby realne narzędzia do kontroli decyzji władz i ochrony interesu publicznego. Protestujący podkreślali, że dostęp do wymiaru sprawiedliwości nie podlega negocjacjom, a proponowanie takich zmian jest niedopuszczalne w demokratycznym państwie prawa.

Presja społeczna ma sens

Jak podaje serwis rządowy, decyzja o wycofaniu projektu zapadła właśnie dzięki silnej presji społecznej i merytorycznym argumentom przedstawionym podczas konsultacji. „Stanowczy głos strony społecznej w obronie prawa do sądu został usłyszany i odegrał kluczową rolę w zatrzymaniu tych zmian” – czytamy w oficjalnym komunikacie. Ministra ds. społeczeństwa obywatelskiego Adriana Porowska podkreśliła, że dialog i współpraca z organizacjami pozarządowymi przyniosły wymierny efekt, a rząd przychylił się do opinii, że prawo do skargi kasacyjnej musi pozostać bez zmian.

Obywatelski głos nie do zignorowania

Wycofanie UDER32 to nie tylko sukces organizacji społecznych, ale także dowód na to, że presja społeczna i obywatelski dialog mają realny wpływ na kształt prawa. To przypomnienie, że ochrona środowiska i prawo do sądu są fundamentami demokracji, a ich ograniczanie spotyka się ze skuteczną reakcją społeczeństwa obywatelskiego.

Źródło: gov.pl

Jak lokalne inicjatywy mogą przyspieszyć dekarbonizację i demokratyzację energetyki w Polsce?

27 czerwca 2025 roku w Gdańsku odbędzie się kolejny z cyklu okrągły stół energetyczno-klimatyczny organizowany przez Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA oraz Zielony Instytut.

Wydarzenie, objęte patronatem Odpowiedzialnego Inwestora i Zielonych Wiadomości, skoncentruje się na roli obywatelskich i odnawialnych społeczności energetycznych w procesie zielonej transformacji energetycznej Polski. Spotkanie odbędzie się w Instytucie Kultury Miejskiej przy ul. Targ Rakowy 11, w godzinach 11:00–14:00.

Program i cele spotkania

W okrągłym stole wezmą udział przedstawiciele samorządów, organizacji pozarządowych, środowiska akademickiego oraz parlamentarzyści. Formuła wydarzenia zapewnia równość głosów i aktywne zaangażowanie wszystkich interesariuszy w dyskusję na temat przyszłości energetyki obywatelskiej w Polsce.

Wśród kluczowych tematów znajdą się:

  • Aktualny stan energetyki obywatelskiej w Polsce.

  • Unijne cele na 2030 rok związane z efektywnością energetyczną, wzrostem udziału OZE i redukcją emisji gazów cieplarnianych, a także demokratyzacją energetyki w UE, ze szczególnym uwzględnieniem społeczności energetycznych.

  • Realizacja zasady „po pierwsze efektywność energetyczna”.

  • Łączenie efektywności energetycznej z rozwojem własnych źródeł OZE, magazynowaniem energii, komunalnymi sieciami elektroenergetycznymi oraz innymi usługami energetycznymi – zgodnie z dyrektywą 2019/944 o rynku wewnętrznym energii elektrycznej w UE.

  • Tworzenie i realizacja praktycznych działań we współpracy z mieszkańcami w ramach obywatelskich społeczności energetycznych (CEC) i odnawialnych społeczności energetycznych (REC).

Znaczenie obywatelskich społeczności energetycznych

Obywatelskie społeczności energetyczne (OSE) i odnawialne społeczności energetyczne (REC) to kluczowe narzędzia demokratyzacji rynku energii, umożliwiające mieszkańcom i lokalnym organizacjom realny wpływ na produkcję, dystrybucję i zarządzanie energią. Przykłady z Dolnego Śląska pokazują, że dzięki takim inicjatywom możliwe jest zmniejszenie zużycia energii nawet o 90%, a także wzrost samowystarczalności energetycznej regionów.

Mimo potencjału, rozwój OSE w Polsce wciąż napotyka na bariery prawne i brak systemowego wsparcia. Organizatorzy wydarzenia apelują o większe zaangażowanie rządu w promowanie rozproszonej, społecznej energetyki, opartej na efektywności energetycznej i lokalnych źródłach OZE

Projekt realizowany w ramach Inwestycji G1.1.4 Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności: Wsparcie dla instytucji wdrażających reformy i inwestycje w ramach REPowerEU.

Mamy ambitny plan, żeby na budynku wielorodzinnym były panele fotowoltaiczne. Zacząłem rozmowy z Tauronem, ale odbiłem się od ściany, dlatego że tak sobie naiwnie zamarzyłem, że stworzę OSE [obywatelską społeczność energetyczną – przyp. red.] – mówi przedstawiciel spółdzielni.

Samorządowcy, przedstawiciele organizacji pozarządowych, środowiska akademickiego oraz parlamentarzyści debatowali nad przebiegiem transformacji energetycznej i klimatycznej w Unii Europejskiej. Omówiono bieżący stan energetyki obywatelskiej w Polsce, unijne cele związane m.in. z podnoszeniem efektywności energetycznej, zwiększeniem udziału odnawialnych źródeł energii (OZE), a także demokratyzacją unijnej energetyki.

Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA oraz Zielony Instytut  zorganizowały kolejny okrągły stół energetyczno-klimatyczny pt. “Rola obywatelskich i odnawialnych społeczności energetycznych w obszarze zielonej transformacji energetycznej Polski”. Wydarzenie pod patronatem Odpowiedzialnego Inwestora odbyło się 26 maja w Katowicach.

„Stało się najgorsze”

Marek Kossowski, były wiceminister gospodarki oraz prezes PGNiG, dziś emerytowany ekspert oraz prosument, podzielił się swoim doświadczeniem. – W 2006 r. stało się to, co mogło być najgorsze, bo doszło do przyłączenia operatorów systemów dystrybucyjnych do wytwórców. Zdaniem Kossowskiego, „doprowadziło to niemal do wszechsiły czterech firm”.

– W ten sposób wszystko co dzieję się w odnawialnych źródłach energii jest konkurencją dla tego, co wytwarza energię elektryczną w tych korporacjach. Przez przeoczenie doszło do eksplozji fotowoltaicznej w Polsce. Nikt z energetyków nie zakładał, że przeciętny polski obywatel jest w stanie wyjąć pieniądze na tak naprawdę nieopłacalne inwestycje. Jak z tym walczyć?

– Ja z gronem przyjaciół rozważałem taki pomysł, żeby utworzyć stowarzyszenie prosumentów – dodał były wiceminister gospodarki.

Teren Śląska uznał za miejsce o ogromnym potencjalne, także do magazynowania energii. Napisanie obywatelskiej ustawy o prosumentach to kolejny pomysł na poprawę sytuacji.

Dariusz Szwed z Zielonego Instytutu tłumaczył, co jest szczególnie istotne.

– Prosument słoneczny nie może bezpośrednio sprzedać energii swojemu sąsiadowi, z którym jest w jednej obywatelskiej społeczności energetycznej. Pośrednikiem – monopolistą jest zawsze jedna z czterech spółek skarbu państwa, zarabiająca na tym miliardy złotych co roku. To jest nieetyczne i jest to działanie na szkodę obywateli. I to musi się zmienić – dodał.

Przedstawił swoje pomysły i spostrzeżenia:

  • Zasada niedyskryminacji na rynku energii elektrycznej – każda obywatelska społeczność energetyczna musi być traktowana na równi na przykład z Tauron Dystrybucja S.A.
  • Możliwość podziału własnej energii pomiędzy członkami OSE. Obecnie monopolista skupuje energię po 10-20 groszy/kWh, a sprzedaje nawet za 10 zł/kWh.

Co jeszcze warto robić?

– Budujemy domy pasywne – powiedział Grzegorz Pawełczyk, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej Enerbud w Jaworznie, certyfikator i audytor energetyczny.

Spółdzielnia wybudowała już dwa osiedla pasywnych domów jednorodzinnych.

– W tej chwili kończymy pierwszy pasywny budynek wielorodzinny. Dotychczas, jeśli była budowana sieć zasilająca na osiedlu domów jednorodzinnych, to od początku do końca była ona projektowana i budowana przez Tauron, a ja musiałem za to zapłacić. Czyli to jest ich. A w budynku już od przyłącza, gdzie jest licznik, to jest własność właściciela budynku. Mamy ambitny plan, żeby na budynku wielorodzinnym były panele fotowoltaiczne. Zacząłem rozmowy z Tauronem, ale odbiłem się od ściany, dlatego że tak sobie naiwnie zamarzyłem, że stworzę OSE.

Tauron odpowiedział, że jedyne, co wchodzi w rachubę, to prosument zbiorowy. – A ta koncepcja kompletnie mi nie odpowiada. Dlaczego? Z prostej przyczyny – oni cały czas trzymają łapę na tym, żeby być monopolistą. A ja sobie naiwnie wyobrażałem, że będę produkował energię w ramach OSE – dodał Pawełczyk.

Kilka spółdzielni mieszkaniowych z całej Polski ma podobny problem. Są wśród nich takie, które już mają panele fotowoltaiczne na dachach, ale nie mogą sprzedać mieszkańcom własnej energii elektrycznej, tylko czuwa nad tym Tauron.

– Ja muszę sprzedać im, a oni chcą mieć zagwarantowane, żeby każdy pojedynczy właściciel mieszkania był ich odbiorca, a nie odbiorcą OSE.

Jeżeli uda się zarejestrować więcej takich OSE, aby można było domagać się sprzedaży bezpośredniej, a nie dyskryminacji energetycznej. – Właśnie z tego powodu jeszcze nie zabudowaliśmy dachu panelami fotowoltaicznymi na budynku wielorodzinnym. Nie mamy podłączenia do miejskiej sieci ciepłowniczej. Mamy zrobione ogrzewanie podłogowe i dzięki temu, że jest to budynek pasywny, nie przeraża mnie i innych nie powinno przerażać. Będzie ogrzewanie elektryczne. W takim jednym mieszkaniu roczne koszty ogrzewania będą na poziomie około tysiąca złotych – mówił Pawełczyk.

– Efektywność energetyczna to jest niezwykle ważna sprawa, bo najtańsza jest ta energia, której nie zużyjemy. Jednak z domami jednorodzinnymi sprawa jest dużo prostsza. Tutaj, w wielorodzinnych, odbijamy się od ściany, od Taurona. Jeżeli chodzi o efektywność, jest niezwykle niska świadomość społeczeństwa.

Brak świadomości widzi nie tylko u potencjalnych przyszłych mieszkańców, ale również wśród deweloperów. – Oni nie mają zielonego pojęcia, co to jest budownictwo pasywne – przyznał.

– Po prostu nikt nie wierzy, że dom pasywny zużywa tak mało energii.

Wytłumaczył też, jakie warunki musi spełniać dom pasywny. Są to:

  • bardzo dobra izolacja zewnętrzna,
  • stolarka również w stanie pasywnym,
  • montaż stolarki ma być ciepły, szczelny,
  • eliminacja wszystkich mostków termicznych (miejsc ubytku ciepła),
  • wentylacja nie grawitacyjna, a rekuperacja pozwalająca odzyskać nawet 90 proc. ciepła.

Walka z mitami. „Dom pasywny nie jest droższy”

Jak tłumaczył Pawełczyk, ¾ strat energii wynika właśnie z wentylacji grawitacyjnej. Jest na to sposób – rekuperacja. – Dzięki niej możemy można obniżyć zużycie energii użytkowej do mniej niż 15 kWh/m2/rok. I to jest standard budynku pasywnego.

– W naszych budynkach my ten parametr osiągamy bez problemów. W budynku, w którym ja mieszkam, ten parametr jest na poziomie 9. Natomiast w budynkach wielorodzinnych, które wybudowałem, w mieszkaniach środkowych – jak to się mówi – najcieplejszych, parametr jest na poziomie 6.

Mieszkańcy takich lokalów płacą za energię 600 złotych rocznie. – Mogę płacić za prąd na ogrzewanie, jeśli to będzie na tym poziomie. Jeżeli pójdziemy w tym kierunku, zyskamy bardzo dużo.

– Jest to mit, że domy pasywne są drogie. To jest nieprawda. Szef TBS w Jaworznie na jednym ze spotkań (jakieś 10 lat temu) mówił: „tylko nie proponujcie ludziom domów pasywnych, bo one są brzydkie i drogie”. Powiedziałem mu wtedy, że udowodnię, że się myli. I udowodniłem. Domy, które my budujemy, nie są droższe od domów standardowych.

Siła grupy. Prosumenci muszą się zrzeszyć

Gdyby 1,7 mln prosumentów, których mamy w Polsce, mogło wraz z rodzinami w jakiś sposób się zrzeszyć, mogłoby to dużo zmienić. – Zrzeszyć na przykład w formie spółdzielni nawet wirtualnych- i na ograniczonym terenie, a niekoniecznie z całej Polski, to miałoby to wielki sens. Blokowanie założenia panelu fotowoltaicznego, który zasilałby dom pasywny, jest jawną dyskryminacją – mówił Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia EKO-UNIA. To pozwoliłoby pójść w kierunku autonomii energetycznej, momentami odłączenia się od sieci. Wytycznymi jest, jak mówił prof. Popczyk, pasywizacja budynków, no i elektryfikacja ciepłownictwa.

W spotkaniu wziął też udział prosument, który pochwalił się swoją mocą zainstalowaną na budynku szeregowym w Katowicach. Za ubiegły rok, czyli pierwszy rok użytkowania OZE, koszt mojej energii zużytej wynosił 3000 złotych. Mam klimatyzatory, pompy ciepła. Apeluję, żeby spółdzielnie, które oczywiście popieram, zajęły się w pierwszej kolejności wyłożeniem mieszkańcom kawy na ławę. Żeby każdy mieszkaniec miał jakąś wiedzę, co jest tutaj ważne. Polecam też, żeby brano w tych spółdzielniach pod uwagę prosumentów takich, jak ja.

Grzegorz Gieszczyk, reprezentujący jeden z klastrów energii: – To, co chcemy osiągnąć jest fantastyczne, tylko jest w oparciu o sześć różnych ustaw. Do tego Ustawa o Infrastrukturze Krytycznej, która może postawić wszystko do góry nogami.

– Co do ograniczenia z otwieraniem zakładania spółdzielni w miastach. W tej chwili są prowadzone prace i poważne rozmowy o nowelizacji ustawy o OZE, w związku z czym do końca tego roku również w miastach takie spółdzielnie energetyczne mogłyby powstawać – powiedział Aleksander Gołębiowski z Instytutu Rozwoju Miast i Regionów.

Źródło: EKO-UNIA. Artykuł ukazał się pierwotnie na stronie Odpowiedzialny Inwestor.
Projekt realizowany w ramach Inwestycji G1.1.4 Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności: Wsparcie dla instytucji wdrażających reformy i inwestycje w ramach REPowerEU

Projekt realizowany w ramach Inwestycji G1.1.4 Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności Wsparcie dla instytucji wdrażających reformy i inwestycje w ramach REPowerEU (2)

 

Obywatelskie społeczności energetyczne przedstawia się jako jeden z elementów współrządzenia miastem. – Wszystkie obywatelki i obywatele mogą stać się aktywnymi uczestniczkami oraz uczestnikami polityki energetycznej oraz klimatycznej miasta – powiedział Dariusz Szwed z Zielonego Instytutu.

Czym są same społeczności energetyczne? To po prostu osoby prawne opierające się na dobrowolnym oraz otwartym uczestnictwie, które mają prawo zajmować się wytwarzaniem, dystrybucją, dostawami i zużywaniem energii. Mogą też świadczyć usługi w obszarze efektywności energetycznej lub np. ładowania pojazdów elektrycznych. Co ważne, społeczności te mają prawo do podziału własnej energii elektrycznej między swoich członków.

W Polsce działa 1,7 mln dachowych instalacji fotowoltaicznych

Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA oraz Zielony Instytut w marcu zorganizowały warsztaty dotyczące działalności obywatelskich społeczności energetycznych (OSE) w Małopolsce i na Dolnym Śląsku. W warsztatach wzięli udział przedstawiciele różnych grup interesów.

Uspołecznienie miejskiej polityki energetycznej może mieć wpływ na bezpieczeństwo energetyczne kraju. Społeczności energetyczne są w Unii Europejskiej regulowane przez dwa dokumenty: dyrektywę dotyczącą energii odnawialnej RED II oraz dyrektywę dotyczącą rynku wewnętrznego energii elektrycznej IEMD.

W Polsce działa 1,7 mln instalacji fotowoltaicznych. "Ale nie mamy ruchu społecznego"

Pierwsza ma służyć promowaniu odnawialnych źródeł energii (OZE), zachęcaniu do lokalnych inicjatyw oraz – przynajmniej na papierze – zapewnieniu równych szans. Druga ma na celu regulację wewnętrznego rynku energii elektrycznej, eliminowanie przeszkód w jego budowie. Ma też sprzyjać wzrostowi konkurencyjności i efektywności energetycznej oraz wspierać OZE. Polska do dziś nie wdrożyła w pełni dyrektywy IEMD, choć miała na to czas do 2020 r. To grozi Polsce postawieniu przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości.

Jak ma się polski prosumeryzm, czyli wytwarzanie prądu na własną rękę? W Polsce działa w tej chwili około 1,7 mln dachowych instalacji fotowoltaicznych. – Ale nie mamy ruchu społecznego. Ci ludzie są kompletnie niezorganizowani – zauważył Szwed. – W przeciwieństwie do nich, górnicy przychodzą pod sejm, robią zadymę i często osiągają swoje.

W Polsce działa 1,7 mln instalacji fotowoltaicznych. "Ale nie mamy ruchu społecznego"

Za górnictwo płacimy 10 mld zł rocznie

Szacuje się, jak dodał, że w tym roku Polska przeznaczy na górnictwo 10 mld zł z budżetu państwa.

– Pytanie, dlaczego prosumenci, których jest w Polsce 4-5 mln, nie mają takiej siły oddziaływania? Nie ma lobby prosumenckiego.

Szwed zaznaczył, że gdybyśmy mieli odpowiedni system elektroenergetyczny, moglibyśmy zwiększyć udział zielonej energii z 50 proc. do 80 proc. a nawet 100 proc. Mogłoby to nastąpić np. dzięki magazynowaniu energii.

– Na rynku coraz częściej pojawia się ujemna cena energii elektrycznej. Wtedy ktoś, kto ma magazyn w domu, może zarabiać na ściąganiu jej z sieci i magazynować – nie tyle za darmo, co wręcz ma do tego dopłacane. Następnie, w odpowiednim momencie może ją sprzedawać.

W Polsce działa 1,7 mln instalacji fotowoltaicznych. "Ale nie mamy ruchu społecznego"

Dariusz Szwed tłumaczył, że w transformacji energetycznej nie chodzi tylko o dekarbonizację energetyki, czyli odejście od paliw kopalnych. Transformacja ma na celu przede wszystkim demokratyzację i decentralizację energetyki, czyli zwiększenie udziału obywatelskiego w polityce energetycznej oraz klimatycznej. Prosumenci i społeczności energetyczne współtworzą ją i wspólnie nią zarządzają. Są więc koniecznym centrum tej zmiany.

Projekt realizowany w ramach Inwestycji G1.1.4 Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności Wsparcie dla instytucji wdrażających reformy i inwestycje w ramach REPowerEU (2)

Źródło: EKO-UNIA. Artykuł ukazał się pierwotnie na stronie Odpowiedzialny Inwestor. Projekt realizowany w ramach Inwestycji G1.1.4 Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności: Wsparcie dla instytucji wdrażających reformy i inwestycje w ramach REPowerEU

Jak projekt PaluWise pokazuje, że mokradła mogą być nie tylko ratunkiem dla klimatu, ale i źródłem innowacyjnych upraw oraz dochodu dla rolników.

W sercu Europy, na pograniczu nauki, rolnictwa i troski o środowisko, właśnie wystartował projekt PaluWise. To inicjatywa, która może odmienić sposób, w jaki myślimy o zdegradowanych torfowiskach. Tam, gdzie dotąd widzieliśmy straty – osuszone, zubożone gleby, emisje gazów cieplarnianych i zanik bioróżnorodności – PaluWise widzi potencjał: pełne wody, tętniące życiem krajobrazy, które mogą stać się nową gałęzią zrównoważonego rolnictwa.

Paludikultura – rolnictwo na nowo nawodnionych torfowiskach

Paludikultura, czyli rolnictwo bagienne, polega na użytkowaniu zdegradowanych gruntów na ponownie nawodnionych torfowiskach. Jej największą zaletą jest ochrona gleby torfowej – naturalnego magazynu węgla – oraz minimalizacja emisji dwutlenku węgla i zapobieganie osiadaniu gruntu. W praktyce oznacza to uprawę takich roślin jak trzcina, pałka, turzyce, brzoza omszona czy mchy torfowce, które nie tylko dobrze czują się w wilgotnych warunkach, ale też mają szerokie zastosowanie w przemyśle, budownictwie czy energetyce.

Projekt PaluWise – europejska współpraca na rzecz mokradeł

PaluWise to czteroipółletni, finansowany z programu Horizon Europe projekt, który zrzesza 18 partnerów z ośmiu krajów, w tym z Polski, Finlandii, Holandii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Litwy i Łotwy. Koordynatorem jest fiński instytut Luke, a polskimi partnerami m.in. SGGW, Uniwersytet Warszawski, Instytut Technologiczno-Przyrodniczy, Centrum Ochrony Mokradeł oraz VestaEco.

W ramach projektu powstaną cztery duże demonstracyjne gospodarstwa paludikulturowe – w Polsce, Finlandii, Holandii i Wielkiej Brytanii. Każde z nich będzie testować i promować najlepsze praktyki w zakresie uprawy roślin bagiennych, rozwijając jednocześnie lokalne łańcuchy wartości. Polska część projektu obejmuje m.in. 40-hektarową uprawę turzyc i pałki wodnej oraz badania nad wykorzystaniem biomasy bagiennej.

Nowe prawo, nowe możliwości

W 2024 roku Unia Europejska przyjęła przełomowe prawo o odbudowie zasobów przyrodniczych (Nature Restoration Law), które nakłada obowiązek odtworzenia 30% osuszonych torfowisk do 2030 roku, z czego co najmniej jedna czwarta ma być ponownie nawodniona. Do 2050 roku odsetek ten ma wzrosnąć do 50%, a przynajmniej jedna trzecia tych terenów powinna być ponownie uwodniona. Paludikultura została wskazana jako kluczowe narzędzie do realizacji tych celów – nie tylko chroni klimat i różnorodność biologiczną, ale też daje rolnikom i właścicielom gruntów nowe źródło dochodu.

Korzyści dla ludzi i przyrody

Rolnictwo bagienne to nie tylko ochrona gleby i klimatu. To także:

  • zwiększenie retencji wody w krajobrazie, co pomaga łagodzić skutki suszy i powodzi,

  • poprawa mikroklimatu – wilgotniejsze, chłodniejsze powietrze, więcej rosy i mgieł,

  • nowe możliwości gospodarcze: biomasa z paludikultury może być wykorzystywana jako biopaliwo, surowiec do produkcji papieru, materiałów budowlanych czy tekstyliów,

  • ochrona i odbudowa siedlisk dla rzadkich i zagrożonych gatunków roślin i zwierząt.

Współpraca i innowacje na rzecz przyszłości

PaluWise stawia na ścisłą współpracę z lokalnymi społecznościami, rolnikami i przedsiębiorcami. Demonstracyjne gospodarstwa mają być nie tylko poligonem doświadczalnym, ale też miejscem wymiany wiedzy i inspiracji dla wszystkich zainteresowanych nowoczesnym, zrównoważonym rolnictwem. Efektem projektu będą praktyczne rekomendacje i narzędzia, które pomogą wdrażać paludikulturę na szeroką skalę w całej Europie.

Jak podkreśla Päivi Merilä, koordynatorka projektu:

„Celem tego projektu jest sprawienie, by paludikultura stała się znaczącą i powszechnie stosowaną gałęzią rolnictwa w Europie”.

Źródło: inf.pras Centrum Ochrony Mokradeł

Polskie samorządy w ciągu ostatnich lat wydały ponad 1,5 miliarda złotych na inwestycje w panele fotowoltaiczne, instalując łącznie ponad 350 MWp mocy.

Wyniki ogólnopolskiego badania, przeprowadzonego przez Łukasza Pałuckiego w ramach projektu realizowanego przez Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA, Fundację Zielone Światło i Zielony Instytut pokazują, że transformacja energetyczna na poziomie lokalnym nabiera tempa, ale stoi też przed nowymi wyzwaniami.

Nowe realia rozliczeń – wyzwanie dla JST

Od lipca 2024 roku wszystkie nowe instalacje fotowoltaiczne w samorządach rozliczane są w systemie net-billingu, który zastąpił dotychczasowy, korzystniejszy net-metering. Oznacza to, że energia oddana do sieci jest wyceniana według zmiennych stawek rynkowych, a nie jak wcześniej – na zasadzie rozliczenia ilościowego. Dla wielu Jednostek Samorządu Terytorialnego (JTS) to poważny problem: rzeczywiste skutki tej zmiany będą widoczne pod koniec 2025 roku, gdy pojawią się pierwsze pełne rozliczenia. W praktyce, bez dodatkowych rozwiązań, opłacalność inwestycji w panele PV może znacznie spaść.

Spółdzielnie energetyczne – lokalna odpowiedź na systemowe bariery

Badanie jednoznacznie wskazuje, że kluczowym rozwiązaniem dla samorządów są spółdzielnie energetyczne. To właśnie one pozwalają na powrót do bardziej przewidywalnych i korzystnych rozliczeń energii, zbliżonych do dawnych zasad net-meteringu. W modelu spółdzielni JST oraz lokalne instytucje i mieszkańcy wspólnie produkują i konsumują energię, optymalizując jej wykorzystanie i minimalizując straty związane z oddawaniem nadwyżek do sieci.

Spółdzielnie energetyczne to nie tylko niższe rachunki za prąd. To także większa niezależność energetyczna, stabilność finansowa i realne wsparcie dla lokalnej gospodarki.Dzięki wspólnemu zarządzaniu produkcją i konsumpcją energii, JST mogą lepiej dostosować moc instalacji do rzeczywistych potrzeb, zwiększając autokonsumpcję i ograniczając koszty przesyłu oraz podatki.

Skala inwestycji i potencjał transformacji

Z badania wynika, że aż 1,1 miliarda złotych z dotychczasowych inwestycji gmin wiejskich i miejsko-wiejskich można przenieść do spółdzielni energetycznych, co pozwoliłoby utrzymać korzyści z wcześniejszych inwestycji i zabezpieczyć się przed niekorzystnymi zmianami rozliczeń. Warto podkreślić, że w tradycyjnym modelu JST zużywają mniej niż 30% wyprodukowanej energii w godzinach jej produkcji – większość trafia do sieci, a jej wartość zostaje zredukowana przez obecny system rozliczeń. Model spółdzielni pozwala na lepsze zarządzanie tą energią i zwiększenie jej lokalnego wykorzystania.

Ekonomiczne i społeczne korzyści

Przejście na model spółdzielni energetycznych przynosi wymierne oszczędności. Po spłaceniu kredytu inwestycyjnego koszt energii dla członków spółdzielni może spaść nawet do kilku groszy za kilowatogodzinę, podczas gdy w tradycyjnym modelu JST płacą ponad 1 zł za kWh. To także szansa na walkę z ubóstwem energetycznym i budowanie odporności lokalnych społeczności na wahania cen energii.

Wnioski i rekomendacje

Ogólnopolskie badanie inwestycji fotowoltaicznych w JST pokazuje, że samorządy są gotowe do dalszych inwestycji w OZE, ale potrzebują narzędzi, które pozwolą im w pełni wykorzystać potencjał wyprodukowanej energii. Spółdzielnie energetyczne jawią się jako najbardziej efektywna i elastyczna forma organizacji lokalnej energetyki, umożliwiająca nie tylko oszczędności, ale też rozwój społeczności i lokalnej przedsiębiorczości,

W obliczu nowych regulacji i wyzwań rynkowych, to właśnie spółdzielnie energetyczne mogą stać się fundamentem nowoczesnej, obywatelskiej energetyki w Polsce – odpornej na kryzysy, przyjaznej środowisku i budującej siłę lokalnych społeczności

Pobierz prezentację: OGÓLNOPOLSKIE BADANIE INWESTYCJI FOTOWOLTANICZNYCH W JEDNOSTKACH SAMORZĄDU TERYTORIALNEGOProjekt realizowany w ramach Inwestycji G1.1.4 Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności: Wsparcie dla instytucji wdrażających reformy i inwestycje w ramach REPowerEU


Monika Kostera i Julia Witeńska: Dwugłos o wędrowaniu.

M: Jestem na bardzo kolejowym wyjeździe, jest wspaniale, uwielbiam prawie każdy metr tej podróży: nowoczesne kolejki dojazdowe, stare lokomotywy, tradycyjna kolej z miasta A do miasta B. Nie podobał mi się tylko pierwszy odcinek – intercity między wielkimi miastami. Nie znoszę przedziałów gdzie siedzi się stłoczoną z innymi ludźmi, bo jestem introwertyczką. Często jest mimo to ok, ale tym razem występował duży koleś, który rozpychał się łokciem i napierał udem na moje miejsce. Przytulałam się przez kilka godzin intensywnie do ściany z drugiej strony, aż dziw, że nie wywołałam w niej wklęsłości kształtu mojego ramienia. Istniała też osoba pasażerska, czująca się w wagonie tak totalnie u siebie, że bezstresowo stawiała swoje kubki z sieciówek pełne sieciowej kawy w mojej przestrzeni, dzięki czemu uzyskałam całą tę zawartość na moich spodniach. Ale poza tym odcinkiem – koleje właśnie idealnie pasują i dla ekstrawertyków, opowiadających w ciągu 30 minut całe swoje życie intymne przypadkowym osobom, jak i dla intrawertyczek, które wreszcie czują się w swoim żywiole – tak myślę. A Ty, co o tym myślisz? Lubisz jeździć kolejami?

J: Jak najbardziej! Właśnie wróciłam z wycieczki, gdzie kolej była źródłem wielu skrajnych emocji. Pojechałyśmy z Londynu do Moreton-in-Marsh pociągiem i było doprawdy wspaniale, ale momentami niestety też supergłośno. Siedząc w pociągu raczej zamykam się w swoim świecie – nie usypiam, ale po prostu odcinam się na życzenie, niezależnie do tego czy sama czy z kimś, a już na pewno, kiedy jadę z gwarancją miejsca (siedząc na podłodze na korytarzu też mi się udawało). Jeśli ktoś mnie zagaduje to co do zasady z chęcią odpowiadam i wchodzę w dialog; kiedyś miałam przyjemność rozmawiać z profesorką nauk przyrodniczych, więc była to bardzo pobudzająca rozmowa między Łowiczem, a Warszawą Zachodnią. Koleje lubię też dlatego, że bardzo sprawnie idzie mi tam pisanie, czytanie, spisywanie, odpisywanie, wymyślanie, analizowanie i wszystkie tego typu sprawki – można umościć się w bańce i odlecieć. Czasami kiedy nie mogę się do czegoś zebrać myślę o tym, żeby po prostu gdzieś pojechać pociągiem i wszystko elegancko wyklikać siedząc w bezruchu na fotelu pod oknem.

A Ty czym się zajmujesz jadąc pociągiem?

M: Totalnie tym samym! Czytam, piszę, myślę. Czasami gapię się przez okno i nic nie robię i to chyba jest w kolejach najpiękniejsze. Bo przyroda nie boi się kolei. Pola otwierają się przed nami takimi, jakie są gdy nikt na nie nie patrzy. Gdy przez kilkanaście lat dojeżdżałam regularnie koleją do pracy spotykałam rano sarny. Patrzyły prosto na mnie, wiedziały, że jesteśmy tam gdzieś, my ludzie, ale jakby w innym wymiarze – patrzyły tak, jak się patrzy, kiedyś się rozmawia z aniołami. Po polach tuż obok chodzą bociany, biegają koty, żurawie. Pociąg jest jakby z innego świata, bezpiecznie poza ich światem i nie do końca realny, ale bezpiecznie oddalony i zdefiniowany, z własnymi granicami, których nigdy nie przekracza. Dlatego przyroda nie udaje przy pociągach, że brak jej świadomości. Może dlatego, że jej się nie chce, a może przez roztargnienie, niedopatrzenie. Zwierzęta – ale też drzewa, rzeki, chmury – zachowują się tak, jak wtedy, gdy nie ma w pobliżu człowieka. Niby jesteśmy częścią ekosystemu, ale tak jak policjanci – gdy się pojawiamy, wszystko zmienia swoje zachowanie, wygląd, trajektorie. Ale nie, nie, to nie jest do końca tak – nie policja, ale turyści, z jakimś swoim celem i habitusem. Podróżnik to co innego. W pociągu jestem naprawdę podróżnikiem. Ty też gapisz się bezmyślnie przez okno w pociągu

J: Hm, chyba raczej zajmowałam się patrzeniem przez okno i klejeniem czoła do szyby, kiedy byłam młodsza. Szkoda, że teraz już tego praktycznie nie robię, bo to były naprawdę dobre transy. Pamiętam, że kiedy byłam w podstawówce jechaliśmy z rodzicami na wakacje w góry, a podróż pociągiem trwała z pół doby – nie mam pojęcia, czym dokładnie się wtedy zajmowałam, ale zapewne właśnie tym i jedzeniem chrupków kukurydzianych. Teraz raczej jednak załatwiam sprawki albo dysocjuje. Czasami, kiedy podróżuję ze znajomymi i mamy ten luksus współdzielenia przedziału zdarza nam się w coś grać, albo po prostu wspólnie zastanawiać się nad tematami. W przypadku bardziej spektakularnych wypadów siedzenie w pociągu jest najczęściej czasem intensywnego przeczesywania internetu i wspólnego planowania pt. “co my tam w ogóle będziemy robić jak dojedziemy?”, bo wcześniej jakoś nikt o tym nie myślał. I to piękne.

Wolisz podróż solo czy w towarzystwie?

M: Solo, zdecydowanie, albo z jednym współpodróżnikiem, w którym też szczególnie bardzo lubię wędrować pieszo i w każdy inny sposób. Choć zdarza się, że podróżowanie z grupą znajomych jest wspaniałe, tak jak mówisz – zastanawianie się co będziemy robić, granie w karty. A czasami, bardzo rzadko, z nieznajomymi też. Kiedyś (bardzo dawno temu) wracałam sama ze wspólnej wyprawy i trafiło nam się coś niesamowitego – i trafiłam do jednego przedziału z Wolną Grupą Bukowina. Przez całą długą drogę grali i śpiewali piosenki o górach, niebie i rzekach. Wracali z koncertu w jakiejś wsi, dostali w prezencie od publiczności mnóstwo jabłek, które po prostu wrzucili do walizek. Podzielili się ze mną tymi jabłkami – cała drogę słuchałam piosenek na żywo, jadłam jabłka, świat śmigał za oknami, a ja w ogóle nie myślałam o tym, że czas mija, bo w tym momencie nie mijał, to przestrzeń mijała. W jakimś innym wymiarze nadal jestem w tym pociągu.

Może to była moja najbardziej niesamowita podróż pociągiem. A jaka była Twoja?

J: Podróż z Agry do New Delhi. Wracaliśmy ekipą z Taj Mahal wieczorem do Delhi po intensywnym zwiedzaniu, a do tego długim czasie czekania na pociąg na dworcu. Mieliśmy bilety, ale kiedy na peron podjechał w końcu największy pociąg jaki widziałam w życiu okazało się, że naszego wagonu chyba tam nie ma? Przebiegliśmy wzdłuż wszystkich wagonów i koniec końców wsiedliśmy do jakiegokolwiek, bo pociąg zaczął ruszać. Szliśmy przez skład już w środku; było bardzo ciemno, dużo zatłoczonych piętrowych leżanek, dużo zamkniętych na kłódkę drzwi. Weszliśmy do czteroosobowego przedziału, w którym podróżowała już matka z dzieckiem. Dosiedziliśmy się i na początku wskoczyliśmy na wolne leżanki – próbowaliśmy chyba wszyscy zrozumieć gdzie jesteśmy. Po jakimś czasie zaczęliśmy z nią rozmawiać i bawić się z jej synkiem. Przegadaliśmy różne tematy; kim jesteśmy, czym się zajmujemy, co tu robimy, dlaczego to miejsce na podróż i tak dalej. Rozmawialiśmy też o jej marzeniach, związku, życiu w Indiach na co dzień. To dało nam ogromny wgląd.

Ten dzień był super napakowany, ale z doświadczenia wiem, że są takie dni w podróży, które zlewają się w jakąś mglistą i nijaką całość, ale! to przejazdy pociągiem są zawsze dla mnie czasem na samoaktualizację w podróży. I o ile pociągi są wspaniałe, to dla kontrastu czekanie na dworcu jest dla mnie czasem mało owocnym. Same dworce to w ogóle jest temat!

M: Fakt, czekanie na dworcu zawsze jest doświadczeniem rozwlekłej nudy, jakiegoś takiego czyśćca z głębi smutnego lądu. Nie pomaga czytanie książki ani gapienie się na współpodróżnych. W ogóle nic nie pomaga i na ogół jest zimno albo pada deszcz, a w każdym razie to jest koloryt w jakim zebrały mi się razem dworcowe migawki. Z jednym wyjątkiem. Na dworcu w Wolsztynie było ciekawie. W Wolsztynie na zwykłych liniach kursują parowozy. Stałam i patrzyłam jak przejeżdżają. Wiesz, że parowóz jest jak żywy zwierz – oddycha i sapie? Wydaje dźwięki jak przejeżdża, często wesołe poświstywania i łypie. Chciałabym być maszynistą. Nowoczesne lokomotywy też bywają piękne i lubię je podziwiać, ale nie zajmują mnie aż tak jak wtedy te parowozy. Na przykład bardzo lubię pyski szybkich francusko-belgijsko-holenderskich ultraszybkich pociągów Thalys. Inne TGV też bywają piękne, najbardziej podobają mi się takie mniejsze, kompaktowe, kojarzą mi się z żmiją miedzianką i zdarzają się nawet w stosownym do skojarzenia kolorze. Trzeba przyznać, że, tak czy owak, lokomotywy są szykowne.

A Ty, masz swój ulubiony model lokomotywy?

J: Zupełnie nie ogarniam modeli lokomotyw, ale mam ulubione trasy. Uwielbiam jeździć trójmiejską SKM-ką; wsiadasz sobie w środku miasta do pociągu (byle jakiego, hehe) wysiadasz na stacji Chałupy i wiesz, że wszystko jest tak jak ma być. No kocham! Przejazdy kolejkami bywają totalnie dzikie i rozumiem, że bywa to niemiłe, ale dla mnie ma swój urok – można się nawdychać miejskiej atmosfery. Z drugiej jednak strony jestem fanką numer jeden wagonów ciszy na dłuższych trasach, no nic tylko usiąść i odpłynąć d-a-l-e-k-o. A propos ultraszybkich pociągów, o których wspominasz jest w nich coś, co mnie cieszy, ale jednak wożą oprócz pasażerów jakiś dystopijny bagaż.

M: Zgadzam się co do magiczności trójmiejskiej SKM-ki! Ale nasza, mazowiecka też niczego sobie. Co powiesz, na przykład, na stację Salomea! No i strefa ciszy – tak samo jak Ty, to moja ulubiona strefa odpływania. Jestem fanką samorealizacji w podróży koleją, szybką, czy wolną, podmiejską, czy międzynarodową. Kolej nie tylko skutecznie wiezie nas w przestrzeniach zewnętrznych, ale też całkiem dobrze przewozi nas w podróżach w głąb – jak mówisz, w wymiarze samorealizacji. Ale i we śnie – bardzo często różne kolejki wożą mnie w snach w różne mniej lub bardziej odległe miejsca…


W imieniu organizatorów zapraszamy na szóste seminarium w ramach projektu Obserwatorium Transformacji Energetycznej (OTE), które odbędzie się 10 czerwca 2025 roku w formule online na platformie MS Teams. Tematem spotkania będą „Inwestycje samorządów w fotowoltaikę – najnowsze wyniki badań”. Wydarzenie rozpocznie się o godzinie 10:00 i stanowi część przygotowań do III Kongresu Energetyki Rozproszonej.

Podczas seminarium Łukasz Pałucki – autor badania – zaprezentuje najważniejsze wnioski z ogólnopolskiego badania dotyczącego inwestycji jednostek samorządu terytorialnego w instalacje fotowoltaiczne po marcu 2022 roku. W badaniu udział wzięło aż 85% JST, co pozwoliło uzyskać bardzo reprezentatywne wyniki. Okazuje się, że samorządy przeznaczyły już ponad miliard złotych na instalacje PV, osiągając łączną moc przekraczającą 270 MWp, a kolejne projekty są w planach.

Eksperci – Krzysztof Heller oraz Robert Szlęzak – przeanalizują, jakie konsekwencje niosą te dane dla przyszłości energetyki samorządowej. Poruszą m.in. temat nowego systemu rozliczeń (net-billing, obowiązujący od 1 lipca 2024 roku), który jest mniej korzystny dla inwestorów, a także potencjału JST do zakładania spółdzielni energetycznych, co może umożliwić powrót do bardziej opłacalnego net-meteringu.

Na zakończenie przewidziano otwartą dyskusję oraz czas na pytania uczestników.

To doskonała okazja, by dowiedzieć się, jak samorządy kształtują nową energetyczną rzeczywistość w Polsce!

Badania prezentowane podczas seminarium zostały zrealizowane w ramach Inwestycji G1.1.4 Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności – Wsparcie dla instytucji wdrażających reformy i inwestycje w ramach REPowerEU 2.1.1.

Program seminarium:

  • 10:00–10:05 – Powitanie i wprowadzenie do projektu OTE (dr Sławomir Kopeć, AGH)

  • 10:05–10:10 – Wprowadzenie do tematyki seminarium (dr Krzysztof Heller, AGH)

  • 10:10–10:50 – Prezentacja wyników badań (Łukasz Pałucki, Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA, Fundacja Zielone Światło)

  • 10:50–11:05 – Komentarze ekspertów (Krzysztof Heller, AGH; Robert Szlęzak, Mazowiecki Klaster ICT)

  • 11:05–11:30 – Pytania i dyskusja oraz zaproszenie na III Kongres Energetyki Rozproszonej (17–19 września 2025 r.)

Udział w wydarzeniu jest bezpłatny, ale wymagana jest wcześniejsza rejestracja. Zarejestrowani uczestnicy otrzymają link do spotkania. W trakcie seminarium będzie możliwość aktywnego udziału w dyskusji na czacie. Całość zostanie nagrana i udostępniona na kanale YouTube energetyka-rozproszona.pl.

Wydarzenie realizowane jest w ramach projektu „Obserwatorium Transformacji Energetycznej jako instrument wspierania społeczno-gospodarczego rozwoju Polski (OTE)”, współfinansowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu GOSPOSTRATEG.