„Jak ja, tak samo wszyscy dawni ludzie, którzy niegdyś wdzierali się na te góry i przemierzali wielkie lasy, poili się tym samym jedlanym szumem, ten sam zapach wciągali nozdrzami i tym samym czystym powietrzem napełniali płuca” – pisał Stefan Żeromski w „Puszczy Jodłowej”, oddając hołd majestatowi lasów Gór Świętokrzyskich. To właśnie fragment tej historycznej Puszczy Świętokrzyskiej, opisywanej przez wielkiego pisarza, ma szansę zyskać dziś trwałą ochronę.

 

na zdjęciu: dr.Tomasz Figarski

Z Tomaszem Figarskim, leśnikiem, doktorem nauk biologicznych, wiceprezesem Stowarzyszenia Przyrodników Ostoja, o inicjatywie powstania rezerwatu Bliżyńskie Lasy Naturalne rozmawia Agnieszka Korniluk.

 

 

Agnieszka Korniluk: Niecierpliwie wypatrujemy finalizacji jednego z najważniejszych projektów ochrony przyrody ostatnich lat – utworzenia rezerwatu Bliżyńskie Lasy Naturalne. Ten obszar o powierzchni niemal 3 tysiące hektarów ma szansę stać się jednym z największych rezerwatów w Polsce. Czekamy na decyzję, która zapewni ochronę bezcennego fragmentu Puszczy Świętokrzyskiej – ekosystemu porównywanego przez przyrodników do Puszczy Białowieskiej i Karpackiej. Jak doszło do zrodzenia się tej inicjatywy? 

Tomasz Figarski: Faktycznie, jeżeli rozmawiamy o Bliżyńskich Lasach Naturalnych, to jest to inicjatywa ta i sam wniosek o powołanie tego rezerwatu został złożony przez Pracownię na Rzecz Wszystkich Istot. My jako Stowarzyszenie Przyrodników Ostoja włączyliśmy się aktywnie w ten proces. Siłą rzeczy byliśmy w nim od samego początku, bo siedziba naszego Stowarzyszenia mieści się w gminie Bliżyn, a ochrona tutejszej przyrody leży nam na sercu szczególnie. Od wielu lat prowadzimy badania przyrodnicze, badania naukowe na tym terenie. Dane, które gromadzimy, bez wątpienia są istotne dla samego faktu powzięcia decyzji o złożeniu takiego wniosku.

Projekt rezerwatu ma objąć trzy tysiące hektarów i to czyniłoby ten rezerwat jednym z największych w Polsce, prawda?

 To prawda. Problem z ochroną rezerwatową w Polsce jest taki, że te rezerwaty, które powstają, które powstawały przez dziesięciolecia, to są zwykle rezerwaty małe. Średnia powierzchnia rezerwatu w Polsce to zaledwie sto trzynaście hektarów. To jest naprawdę niewiele. Jeżeli byśmy wzięli pod uwagę same rezerwaty leśne, to powierzchnia średnia wynosi zaledwie dziewięćdziesiąt hektarów. To są mniej więcej cztery oddziały leśne, powierzchnia niewielka z punktu widzenia ochrony procesów przyrodniczych.

Na tym terenie powstały trzy rezerwaty przyrody i to z inicjatywy również leśników. Tu warto wspomnieć o takiej postaci jak dr inż. Stanisław Barański, który jest patronem rezerwatu Świnia Góra. Był to leśnik, przyrodnik i wieloletni Nadleśniczy nieistniejącego dziś Nadleśnictwa Bliżyn. Świnia Góra to jest taka Puszcza Białowieska w miniaturce,tyle że w Puszczy Świętokrzyskiej. Niestety, powierzchnia tego wspaniałego rezerwatu to tylko 50 ha. Także mamy rezerwat Świnia Góra, mamy rezerwat Dalejów i mamy powstały kilka lat temu rezerwat Bliżyn-Kopalnia Ludwik. To są trzy rezerwaty, które powołano w tym kompleksie leśnym. Jednak ich łączna powierzchnia to zaledwie dwieście trzydzieści hektarów.

Projekt rezerwatu Bliżyńskie Lasy Naturalne to prawie trzy tysiące hektarów i ten rezerwat niejako obejmie, będzie okalał te trzy istniejące rezerwaty, jednak formalnie ich nie wchłonie. Na pewno będzie to jeden z większych rezerwatów w Polsce. Jeżeli weźmiemy pod uwagę zwarty kompleks leśny, bo to będzie jeden zwarty płat lasu objęty ochroną, to będzie to prawdopodobnie największy rezerwat w Polsce o takim charakterze.

fot. Tomasz Figarski

Wyjaśnij, dlaczego chcielibyście objąć ochroną tak duży obszar?

To bardzo dobre pytanie. Jeżeli chcemy chronić całe spektrum i naturalność ekosystemów leśnych, potrzebujemy rezerwatów dużych. Potrzebujemy rezerwatów, gdzie możemy obserwować całe spektrum gatunków i stanów, jakie lasy przechodzą w swoim cyklu życiowym. Bo na powierzchni pięćdziesięciu, stu hektarów my tak naprawdę nie zaobserwujemy procesów ekologicznych. Zaobserwujemy pewien wycinek tych procesów.

Natomiast żeby móc obserwować je w pełni, zachować pełną różnorodność związaną z lasami, potrzebujemy obszarów dużych, obszarów dzikości,które faktycznie rządzą się własnymi prawami, prawami natury i gdzie możemy obserwować pełne spektrum stanów, w jakich lasy występują. Ekosystemy leśne przechodzą cykl różnych faz, tak zwanych faz rozwojowych, gdzie jedna przechodzi płynnie w drugą. I w tym cyklu ważne są również fazy terminalne, czyli fazy, gdzie drzewostan się rozpada, powstaje odnowienie naturalnie, a cały cykl się domyka. Cykliczność jest wpisana w dynamikę ekosystemów leśnych, odeszliśmy natomiast od pojęcia klimaksu, uważanego niegdyś za docelowy stan rozwoju zbiorowiska leśnego, a w dodatku stan stabilny. Nie ma stabilnych ekosystemów, może poza jakimiś nielicznymi wyjątkami, ale w lasach mówimy o cykliczności i ciągłych zmianach. Każdy las wykazuje swoistą dynamikę, w którą wpisane są również fazy terminalne i rozpadu drzewostanu. I to jest tutaj kluczowe., Żeby tę cykliczność obserwować, musimy mieć obszary duże. Tylko takie pozwolą na swobodne i spontaniczne współwystępowanie wszystkich faz rozwojowych, których udział i rozmieszczenie kształtują się w sposób niezakłócony. Nie zaobserwujemy tego wszystkiego w rezerwacie o wielkości 100 ha.

Mieszkańcy gminy Bliżyn wyrażają zaniepokojenie możliwością ograniczenia dostępu do lasu – głównie w kontekście zbierania grzybów czy spacerów Powiedz mi, czy to są uzasadnione obawy?

Obawy nie są uzasadnione w kontekście tego rezerwatu przyrody. Bo ogólnie tak, rezerwat przyrody jest objęty zakazem wstępu. Z założenia to jest zakaz ustawowy. Natomiast regionalny dyrektor ochrony środowiska może zezwolić pod określonymi warunkami na odstępstwo od tego zakazu. I tak się stało w tym przypadku. Wychodząc naprzeciw głosom mieszkańców, bo jednak jest to region, gdzie bardzo wielu mieszkańców korzysta z płodów runa leśnego, korzysta z grzybów, z jagód. Jest to ważne źródło dochodu dla lokalnej społeczności. Dlatego wychodząc temu naprzeciw, ten rezerwat ma być rezerwatem otwartym, czyli będzie tam dopuszczony zbiór owoców runa leśnego i grzybów i to będzie tak naprawdę niezakłócone. Czyli mieszkańcy będą mogli chodzić na te grzyby tak, jak chodzili do tej pory.

Warto też o tym wspomnieć, że to są lasy bardzo grzybne. Sam również jeżdżę tam na grzyby. i tak naprawdę projektowany rezerwat nie dociera do samej granicy kompleksu. To nie jest tak, że on się opiera o granice kompleksu leśnego, czyli ktoś, kto wchodzi do lasu, idąc od swojego miejsca zamieszkania, nie trafia od razu na rezerwat. Grzybów jest tam tak dużo, że z powodzeniem można wypełnić koszyki nie dochodząc nawet do rezerwatu. Niemniej gdyby ktoś chciał zapuścić się dalej, jest przygotowane zarządzenie, które udostępnia ten rezerwat dla zbioru grzybów i owoców.

W styczniu 2025 r. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Kielcach przeprowadziła konsultacje społeczne z mieszkańcami gminy Bliżyn. Jak przebiegały te spotkania? Czy mieszkańcy zaangażowali się w dyskusję?

Z tego, co się dowiedziałem z doniesień medialnych i z rozmów, to tych uwag wpłynęło dużo. I w większości były to uwagi aprobujące rezerwat. Dużo było uwag, które wskazywały, że wręcz powinien być większy. Były też takie, które mówiły, że powinien zostać zmniejszony, ale one były w mniejszości.

Natomiast to, co jest tutaj istotne i o czym warto mówić, to to, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, że te lasy wymagają ochrony. Że ta ochrona wymaga wzmocnienia, bo tutaj i leśnicy i samorząd, i mieszkańcy de facto zgadzają się na to, żeby jakaś ochrona była tu wprowadzona. Oczywiście, my jako strona społeczna i przyrodnicy również. Do dyskusji pozostaje kwestia wielkości tego obszaru i o tym dyskutujemy. Natomiast nie ma tutaj w zasadzie głosów przeciwnych. Może poza jakimiś incydentalnymi i pojedynczymi.

Kluczowym argumentem są dodatkowe środki dla gminy – utworzenie rezerwatu oznacza bowiem subwencję ekologiczną w wysokości 919 tys. zł rocznie. Czy ten aspekt ma znaczenie dla mieszkańców?

Uważam, że jest to bardzo ważny argument. Ta subwencja ekologiczna, która została już uchwalona i jest obowiązująca, to nie jest jakiś tam  pomysł czy koncepcja na przyszłość – to jest fakt.,Dla takich gmin jak gmina Bliżyn jest to kwestia bardzo istotna. Nie jest to gmina bogata, więc taki zastrzyk finansowy jest dla niej ważny. Tak naprawdę w interesie gminy jest to, żeby tego rezerwatu było jak najwięcej, bo im większa powierzchnia będzie objęta rezerwatem, tym więcej środków wpłynie do gminnej kasy.

Jeżeli rezerwat będzie mniejszy, czyli np. tysiąc hektarów, a nie trzy tysiące, to tak jakby dwie trzecie pieniędzy, które mogłyby do kasy gminy wpłynąć, zostały stracone. Myślę też, że sam rezerwat jest taką swoistą trampoliną do rozwoju.Jeśli gmina właściwie ją wykorzysta, to może faktycznie rozwijać się jeszcze szybciej. Natomiast w przypadku subwencji  mamy taki konkretny finansowy instrument wsparcia wypłacany z mocy prawa,, które gmina dostaje na konto i może na swoje cele wykorzystać.

fot. Tomasz Figarski

 W ubiegłym roku Ministerstwo Klimatu i Środowiska nałożyło moratorium na wycinkę na obszarze ponad 4,5 tysiąca hektarów lasów suchedniowskich. Czy to moratorium jest skuteczne i jaki ma związek z utworzeniem rezerwatu?

Moratorium wprowadzono jako tymczasową ochronę dziesięciu najcenniejszych kompleksów leśnych w Polsce, w tym Lasów Suchedniowskich, których część stanowi projektowany rezerwat. To rozwiązanie przejściowe, które ma obowiązywać do czasu ustanowienia trwałej ochrony rezerwatowej. Moratorium objęło 4,5 tysiąca hektarów, podczas gdy rezerwat ma mieć 3 tysiące hektarów. Obecnie więc dużo większa powierzchnia wyłączona jest z prowadzenia gospodarki leśnej.

Niestety, ta tymczasowa ochrona nie zawsze jest przestrzegana. Pod koniec ubiegłego roku doszło do cięć na obszarze moratorium, poza projektowanym rezerwatem. Były to cięcia o charakterze trzebieżowym – wycinanie pojedynczych, ale cennych drzew, w tym zamierających, które są niezwykle ważne dla zachowania bioróżnorodności i gatunków reliktowych. Taka sytuacja nie powinna mieć miejsca, ale nie byłoby jej, gdybyśmy rezerwat już mieli ustanowiony. Dlatego wszystkim powinno zależeć, by rezerwat powstał jak najszybciej – wtedy będzie jasna sytuacja, co jest chronione, a co nie. Nie będzie pola do nieporozumień.

Lasy Suchedniowskie pod względem różnorodności biologicznej i zasobności ekosystemu są porównywalne do Puszczy Białowieskiej. Czy mógłbyś rozwinąć temat unikatowości tego obszaru?

My jesteśmy zachwyceni tymi lasami i one zaskakują nas za każdym razem, jak tam jesteśmy. Faktycznie są porównywane z Puszczą Białowieską, która jest bardzo dobrze rozpoznawalnym  obszarem w środowisku przyrodniczym, ale nie tylko Białowieską, bo również Puszczą Karpacką, która z kolei na południu Polski jest kwintesencją dzikości i obszarem dobrze zachowanej przyrody, o wysokim stopniu naturalności Mówimy, że to jest ta trzecia puszcza.

Te trzy puszcze wyróżniają się pod takim względem, że są zwarte i są miejscem występowania wielu organizmów, które są nazywane reliktami lasów naturalnych, lasów pierwotnych. To są takie organizmy, które mają zwykle bardzo wąskie wymagania ekologiczne. Wymagają pewnych struktur, pewnych zasobów, które zwykle w lasach gospodarczych są w niedostatku, na przykład drewna martwych i zamierających drzew oraz dużej naturalności ekosystemu.

Jako przykład wymienić można gatunki chrząszczy. Chrząszcze są dobrze zbadane na tym terenie. Mamy tu kilka gatunków, które tak naprawdę występują tylko w Puszczy Białowieskiej, tutaj i w Puszczy Karpackiej, a poza nimi tylko na nielicznych, rozproszonych stanowiskach, gdzie nie tworzą silnych populacji. To są na przykład takie gatunki związane z drewnem martwych, zamierających drzew jak zagłębek bruzdkowany, ponurek Schneidera, zgniotek szkarłatny i częściej występujący zgniotek cynobrowy. Albo na przykład taki ciekawy gatunek chrząszcza, o łacińskiej nazwie Mycetoma suturale. Ten gatunek z kolei związany jest z grzybami. Jest mycetofagiem i zasiedla owocniki grzybów z rodzaju smolucha.

Jeśli mówimy o takich mocnych populacjach tych gatunków, w których owady te występują licznie, a ich populacje są stabilne, tj. utrzymują przez długi czas, to faktycznie Lasy Suchedniowskie można na jednym oddechu wymieniać z Puszczą Białowieską.

To brzmi zachwycająco! A jeśli chodzi o ptasią faunę – jakie gatunki są szczególnie cenne w tym ekosystemie

Wśród ptaków też mamy tutaj gatunki, które są związane z takimi właśnie lasami naturalnymi. Jak chociażby dzięcioł białogrzbiety. To jest gatunek związanym zamierającymi drzewami, który występuje tylko na wschodzie i południu Polski, w Puszczy Białowieskiej czy w innych puszczach północnego wschodu. A ponadto właśnie tutaj, w Lasach Suchedniowskich oraz w Świętokrzyskim Parku Narodowym.

Mamy też na przykład ciekawe gatunki sów, które są rzadkie i niezwykle pasjonujące. Wśród nich jest kilka gatunków rzadkich sów, związanych, po pierwsze z obecnością drzew dziuplastych, które muszą być odpowiednich rozmiarów, żeby mogły tam występować, a po drugie – z taką naturalnością strukturalną lasu, który jest zróżnicowany wiekowo, zróżnicowany przestrzennie, pod względem grubości i wysokości drzew.

Jedną z nich jest sóweczka -najmniejsza sowa Polski i Europy, mniej więcej wielkości kosa. Oceniamy, że w projektowanym rezerwacie jest kilkanaście stanowisk sóweczki. Jest także włochatka, nieco większa sowa, która jest silnie związana z dziuplami po dzięciole czarnym. No i mamy też puszczyka uralskiego, który jest największą występującą tu sową, związaną z lasami bukowymi, o charakterze naturalnym, puszczańskim. W ostatnich dniach marca zorganizowaliśmy na terenie projektowanego rezerwatu obóz sowiarski, w którym wzięli udział zarówno doświadczeni badacze tej grupy ptaków, jak i amatorzy – miłośnicy sów i puszczańskiej przyrody. Wyniki i dane zgromadzone podczas obozu okazały się imponujące i niedługo, po zakończeniu badań, zostaną one opublikowane z jednym z recenzowanych czasopism. Warto dodać, że przychylnie do prowadzonych przez nas badań odnosi się Nadleśnictwo Suchedniów. To bardzo cenna i wartościowa współpraca, pokazująca, że merytoryczny i oparty na wzajemnym szacunku dialog zawsze jest możliwy. Wystarczy odrobina dobrej woli. 

Jakie są plany Stowarzyszenia Przyrodników Ostoja? Nad czym obecnie pracujecie, poza wspieraniem powstania rezerwatu?

W tym roku rozpoczęliśmy szczegółową inwentaryzację sów na terenie projektowanego rezerwatu. To fascynująca grupa ptaków, której wielu przedstawicieli jest silnie związanych z lasami naturalnymi. Planujemy również wydarzenia otwarte dla mieszkańców i turystów, którzy chcieliby poznać ten teren. Na przykład 16 marca zorganizowaliśmy wycieczkę przyrodniczą we współpracy z Ośrodkiem Kultury w Bliżynie.

Prowadzimy także działania edukacyjne i planujemy przeprowadzić bioblitze, czyli szybkie, otwarte inwentaryzacje przyrodnicze. Będą prowadzone na Mazowszu, w rejonie Grodziska Mazowieckiego, a także w Skarżysku-Kamiennej, dzięki współpracy z powiatem skarżyskim . Działamy interwencyjnie w różnych sprawach przyrodniczych oraz prowadzimy liczne badania naukowe i inwentaryzacje przyrodnicze.

Naszą misją jest nie tylko ochrona przyrody, ale też zmiana jej postrzegania jej przez społeczeństwo – nie jako ograniczenie, ale jako szansę rozwojową. Gmina Bliżyn mogłaby wykorzystać walory rezerwatu dla rozwoju turystyki i rekreacji. Moi znajomi z Pomorza pytali kiedyś, gdzie mogliby przenocować w tych okolicach, a ja nie bardzo umiałem im coś polecić. To pokazuje potencjał rozwoju bazy noclegowej i gastronomicznej w okolicy oraz zainteresowanie potencjalnych odwiedzających.

Czy Bliżyńskie Lasy Naturalne, porównywane do Puszczy Białowieskiej pod względem unikatowej przyrody, staną się równie silnym magnesem turystycznym? Jakie korzyści dla regionu przewidują eksperci?

Myślę, że ten aspekt jest bardzo ważny dla terenu, o którym mówimy. Obserwuję, jak zmienia się otoczenie Puszczy Białowieskiej na przestrzeni co najmniej dwudziestu lat. Widzę, jak zmienia się sama Białowieża, jak ta miejscowość się rozwija, bazując w dużej mierze właśnie na turystyce przyrodniczej, takiej kwalifikowanej turystyce przyrodniczej.

Były nawet takie badania, które pokazywały ile pieniędzy zostawiają turyści przyjeżdżający do Puszczy Białowieskiej. Różne grupy turystów. Okazało się, że najbardziej dochodową dla lokalnych mieszkańców grupą są ornitolodzy – birdwatcherzy, a więc obserwowanie ptaków jest taką gałęzią, w którą warto zainwestować. Birdwatcherzy, czyli obserwatorzy ptaków, wydają w Białowieży i okolicach średnio dziewięćdziesiąt dolarów dziennie – na noclegi, wyżywienie, przejazdy, usługi przewodnickie i tak dalej. Natomiast inni turyści przyrodniczy, czy w ogóle turyści – około pięćdziesięciu dolarów.

Bliżyn nie ma może żubrów, ale ma wiele innych bardzo ciekawych zasobów przyrodniczych, które bez wątpienia mogą przyciągnąć tutaj turystów.Kluczowe jest umiejętne i przemyślane wykorzystanie tego potencjału, bo on w tym momencie nie jest wykorzystywany prawie w ogóle. Powstanie takiego obiektu jak duży, puszczański rezerwat przyrody, który byłby takim głośnym i medialnym magnesem, mogłoby stać się motorem rozwoju gminy i całego regionu, ale również pozytywnie wpłynęłoby na wizerunek Lasów Państwowych.

Jakie są kolejne kroki w procesie tworzenia tego rezerwatu? 

Jesteśmy w stanie zawieszenia, niestety. Trochę liczyliśmy na to, że po konsultacjach społecznych, po tym, kiedy Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Kielcach wysłuchał głosów mieszkańców, ten rezerwat powstanie szybko. Niestety nie.

Kij w szprychy włożyła Regionalna Rada Ochrony Przyrody w Kielcach. To duże zaskoczenie, bo to jest organ opiniodawczo-doradczy Dyrektora Ochrony Środowiska. Rada zażyczyła sobie wizję terenową i do osiemnastego kwietnia mają  wydać opinię o tejże wizji terenowej. Trzeba jednak dodać, że od strony prawnej opinia regionalnej rady ochrony przyrody przy powoływaniu rezerwatu przyrody nie jest wymagana. Wymaga byłaby ona, gdyby istniejący rezerwat miał być np. zlikwidowany lub zmniejszony. W tym przypadku wymogu wydawania opinii nie ma, a sama opinia – jeśli już zostanie wydana – nie ma charakteru wiążącego dla Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska w Kielcach. Organ ten jest gospodarzem postępowania i może się takową opinią posiłkować, ale nie musi. 

Sam akt prawny (zarządzenie), który wydaje RDOŚ, jest relatywnie prosty. Warto dodać, że nie musi go uzgadniać z zarządcą terenu, czyli nie ma tutaj formalnej zgody Lasów Państwowych na taki rezerwat. Składając to wszystko w całość, liczymy, że z opóźnieniem, ale rezerwat jednak powstanie w takim kształcie, jaki był objęty konsultacjami społecznymi.

Czyli możemy się spodziewać powstania rezerwatu w tym roku?

Mam taką nadzieję. Byłbym bardzo niepocieszony, jeżeli ten rezerwat nie powstanie. Rezerwat powinien powstać teraz, po wizji terenowej rady, czyli w kwietniu – maju. Po wizji terenowej, co prawda nie obligatoryjnej, Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Kielcach nie musi już na nic czekać – po prostu podpisuje zarządzenie, którego projekt jest gotowy. Jest to więc tak naprawdę kwestia jednego podpisu. Proste. A tak trudne…

Życzę tego zarówno mieszkańcom gminy Bliżyn, jak i zaangażowanym w projekt aktywistom, społecznikom oraz naukowcom. Mam nadzieję, że decyzja zapadnie niebawem, a urzędowy dokument zostanie podpisany, co pozwoli nam świętować powstanie nowego, jednego z największych rezerwatów w Polsce 

Dziękuję Ci bardzo za zaproszenie na rozmowę. To była wielka przyjemność, że mogliśmy porozmawiać. Bardzo się cieszę, bo to temat mi bliski, a jak mówiliśmy trzeba rozmawiać i rozmawiać również o tematach trudnych. Myślę, że wszyscy tak naprawdę gramy do tej samej bramki, bo i Lasom Państwowym, i gminie, i społecznikom zależy na tym, żeby przyrodę chronić i zachować w jak najlepszym, naturalnym stanie.

Dziękuję za rozmowę.

 

 

Rolnicy mają wiele obaw wobec Zielonego Ładu. Spodziewają się wzrostu kosztów związanego z ograniczeniem stosowania nawozów sztucznych, pestycydów i intensywnej gospodarki rolnej. Do tego dochodzą wymagania ograniczania emisji metanu i amoniaku oraz rozbudowane warunki ochrony przyrody. O tym, czy ich obawy są słuszne i jakie wsparcie w procesie transformacji zaoferuje im Polska oraz Unia Europejska, rozmawiamy z prof. dr hab. Zbigniewem Karaczunem

Jakub Bojanowski: Jest pan profesorem sozologii. Czy mógłby pan wyjaśnić naszym czytelnikom, czym zajmuje się ta dziedzina nauki? 

Prof Zbigniew Karaczun: Sozologia, której nazwę wprowadził wybitny polski geolog i ekolog Walery Goetel, zajmuje się zagadnieniami aktywnej ochrony środowiska przyrodniczego oraz badaniem przyczyn i skutków zmian w naturalnych lub zmodyfikowanych przez człowieka układach przyrodniczych.

Na czym polega zmiana klimatu i jakie są jej skutki? Długotrwałe zmiany w systemach klimatycznych Ziemi są skutkiem zarówno naturalnych procesów, jak i działań człowieka, a właśnie działania ludzi mają kluczowy wpływ na to, co dziś obserwujemy. Obecna zmiana jest w wynikiem emisji gazów cieplarnianych, które trafiają do atmosfery w wyniku spalania paliw kopalnych, sposobu funkcjonowania przemysłu oraz rolnictwa. Te gazy zatrzymują ciepło w atmosferze, powodując wzrost średnich temperatur na Ziemi.

Zmiana klimatu ma ogromny wpływ na gospodarkę. Na całym świecie rosną wydatki na likwidację skutków ekstremalnych zjawisk pogodowych, takich jak huragany, powodzie lub pożary. W tym roku w Polsce najsilniej odczuli to mieszkańcy Dolnego Śląska. Coraz częstsze i bardziej intensywne zdarzenia klimatyczne powodują straty infrastrukturalne, wiążące się z ogromnymi kosztami napraw i odbudowy.

Jedne z najbardziej istotnych skutków zmiany klimatu dotyczą zasobów wodnych. Wzrost temperatury powoduje intensywniejsze parowanie i zwiększa częstotliwość takich zjawisk jak susze i powodzie, które wpływają na zasoby wód powierzchniowych i podziemnych. W wielu regionach zmienia się ilość i rozkład opadów, co powoduje problemy z dostępnością wody w czasie największego zapotrzebowania. Brak opadów w okresach letnich i przesunięcia w ich cyklach skutkują wyczerpywaniem się zbiorników wodnych oraz obniżaniem poziomu wód gruntowych, dlatego coraz więcej regionów cierpi z powodu suszy, co wpływa na rolnictwo, przemysł, a także na dostępność wody pitnej dla ludzi.

Jaki dokładnie wpływ na nasze rolnictwo ma zmiana klimatu i czy polskie państwo lub instytucje unijne robią coś, aby tym skutkom przeciwdziałać?

Zmiana klimatu stanowi ogromne wyzwanie dla rolnictwa, które jest bardzo uzależnione od warunków pogodowych i dostępności wody. Obserwujemy zmiany sezonów wegetacyjnych, co zaburza tradycyjne cykle upraw. Susze, upały, przymrozki i nadmierne opady często prowadzą do zmniejszenia lub nawet do całkowitych strat plonów. W rezultacie rosną cen żywności i niepewność związana z bezpieczeństwem żywnościowym.

Nasz kraj i Unia Europejska podejmują wiele działań, aby przeciwdziałać negatywnym skutkom zmiany klimatu i wspierać rolników w dostosowywaniu się do nowych warunków. Polska rozwija m.in. programy retencyjne, zachęcające do budowy zbiorników, które gromadzą wodę w okresach deszczowych, a następnie są wykorzystywane w czasie suszy. Ponadto instytucje unijne i krajowe promują innowacyjne technologie, takie jak nawadnianie kropelkowe, systemy zarządzania wodą czy technologie nawożenia dostosowane do zmieniających się warunków klimatycznych. Ładu Unia Europejska dąży do transformacji rolnictwa w bardziej zrównoważonym kierunku w ramach Zielonego Ładu, który Ład kładzie nacisk na ograniczenie emisji gazów cieplarnianych z rolnictwa, ochronę bioróżnorodności, zrównoważone gospodarowanie zasobami wodnymi, poprawę jakości gleby i promowanie gospodarki obiegu zamkniętego na obszarach wiejskich. 

Zaproponowany przez UE Zielony Ład spotkał się z ogromnym sprzeciwem przede wszystkim rolników, także w Polsce. Czy te obawy były zdaniem pana profesora słuszne?

Z perspektywy polityki klimatycznej oraz zrównoważonego rozwoju Zielony Ład to krok niezbędny i długo oczekiwany. Unia Europejska, wprowadzając ten program, zareagowała na nasilające się skutki kryzysu klimatycznego, wyznaczając ambitne cele ograniczenia emisji i ochrony bioróżnorodności. Rolnictwo, jako sektor gospodarki w dużej mierze odpowiedzialny za emisję gazów cieplarnianych, musi przejść transformację, jeśli chcemy mówić o rzeczywistej neutralności klimatycznej i ochronie środowiska dla przyszłych pokoleń. Rozumiem jednak, że rolnicy mają uzasadnione obawy, często dotyczące znacznych trudności finansowych oraz operacyjnych. Wielu z nich spodziewa się wzrostu kosztów, związanego z ograniczeniami stosowania nawozów sztucznych, pestycydów i intensywnej gospodarki rolnej, na której opiera się produkcja żywności w Europie. Do tego dochodzą wymagania ograniczania emisji metanu i amoniaku oraz rozbudowane warunki ochrony przyrody, na przykład zwiększenie obszarów poddanych regeneracji ekosystemów. Obawy te mają pewne podstawy, lecz są jedynie częścią całego obrazu. 

Transformacja zawsze wiąże się z kosztami, ale Zielony Ład oferuje także konkretne korzyści i pomoc dla rolników. UE przewidziała liczne instrumenty finansowe, takie jak Fundusz Sprawiedliwej Transformacji czy wsparcie w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, które mają na celu ułatwienie tego procesu. Fundusze te mogą być przeznaczone na modernizację gospodarstw, inwestycje w retencję wodną czy praktyki regeneracyjne, które pozwalają zachować żyzność gleby.

A co by Pan profesor odpowiedział rolnikom, którzy obawiają się ugorowania, ograniczenia użycia pestycydów czy środków ochrony roślin? Jak przy tych wymaganiach skutecznie prowadzić gospodarstwo rolne?

Rozumiem obawy rolników związane z ugorowaniem i ograniczeniem używania pestycydów. Te działania mogą się wydawać ryzykowne, zwłaszcza w kontekście oczekiwanego poziomu produkcji oraz stabilności plonów. Jednak musimy spojrzeć na to z perspektywy długoterminowej – zarówno dla dobra samych gospodarstw, jak i środowiska, które jest fundamentem rolnictwa. Ugory i ograniczenie stosowania pestycydów nie są celem samym w sobie, lecz narzędziem odbudowy zdrowia gleby i ekosystemu. Okresowe wyłączenie gruntów z produkcji pozwala glebie się zregenerować, zmniejsza wyjałowienie oraz wspiera odbudowę materii organicznej. Zdrowa gleba to podstawa produktywności rolnictwa – lepiej magazynuje wodę, jest bardziej odporna na erozję, a uprawiane na niej rośliny lepiej znoszą stresy spowodowane zmianami klimatycznymi.

Warto też pamiętać, że w 2023 r. na gruntach oficjalnie ugorowanych można było uprawiać wszystkie gatunki roślin uprawnych, z wyjątkiem soi i kukurydzy, a w 2024 r. zamiast ugorowania – uprawiać rośliny bobowate i międzyplony bez stosowania środków chemicznej ochrony roślin. Za tę powierzchnię rolnik również otrzymywał płatność obszarową, tak jak za inne grunty uprawne.

Także ograniczenie stosowania chemicznych środków ochrony roślin przynosi korzyści – pozwala odbudować bioróżnorodność na polach i wokół nich. Większa liczba pożytecznych owadów może znacząco ograniczyć liczebność szkodników bez konieczności użycia pestycydów. 

Rolnictwo przystosowane do zmiany klimatu wymaga od nas nowej perspektywy – nie tylko wydajności krótkoterminowej, ale także troski o długoterminową żyzność gleby i zdrowie ekosystemów. Stosując techniki regeneratywne, integrowaną ochronę roślin i rolnictwo precyzyjne, rolnicy mogą osiągnąć stabilne, a przy tym bardziej ekologiczne plony. To wymaga inwestycji i nauki, ale w dłuższej perspektywie przynosi korzyści – zdrową glebę, niższe koszty chemii rolniczej i bardziej stabilne plony mimo zmieniającego się klimatu.

A czy Zielony Ład wiąże się z dodatkowymi kosztami, jak twierdzą sami zainteresowani, i czy może faktycznie doprowadzić do upadku polskiego rolnictwa?

Zielony Ład niewątpliwie wiąże się z dodatkowymi kosztami dla rolników, przynajmniej w krótkiej perspektywie. Zmniejszenie zużycia nawozów chemicznych, pestycydów, wprowadzenie rolnictwa regeneratywnego oraz adaptacja do nowych, bardziej zrównoważonych praktyk to wyzwania wymagające nakładów finansowych i organizacyjnych. Dla wielu osób, zwłaszcza prowadzących małe i średnie gospodarstwa, to m.in. konieczność zakupu nowych maszyn lub zmiana systemów produkcji. W tym kontekście obawy, że poniosą dodatkowe koszty, są uzasadnione, zwłaszcza że obecnie polskie rolnictwo zmaga się z presją konkurencyjną, niskimi cenami skupu i nieprzewidywalnością rynków. Największym problemem i błędem popełnianym podczas wdrażania rozwiązań Zielonego Ładu jest stosowanie ograniczeń, a niedbanie o zakaz importu produktów z państw, które nie mają takich wyśrubowanych wymogów, np. z USA, Kanady, Nowej Zelandii czy krajów Ameryki Południowej. Patrząc z tej perspektywy, można podzielać obawy rolników, jednakże upadek polskiego rolnictwa jest, moim zdaniem, mało prawdopodobny, jeśli wdrożenie Zielonego Ładu będzie odpowiednio wsparte na poziomie krajowym i unijnym. Istotą tych inicjatyw jest nie tylko przekształcenie rolnictwa, ale też zapewnienie środków na wsparcie tej transformacji. W dłuższej perspektywie Zielony Ład daje szanse na stabilizację sektora rolnego, a przejście na bardziej zrównoważone techniki rolnicze może sprawić, że polskie gospodarstwa staną się bardziej konkurencyjne i odporne na skutki zmiany klimatu.

Na koniec chciałbym zapytać, na jakim etapie wdrażania Zielonego Ładu jesteśmy?

W tej chwili na etapie przechodzenia od ogólnych deklaracji do działań. Wspólna Polityka Rolna (WPR) na lata 2023–2027 jest pierwszym narzędziem, które ma bezpośrednio wspierać realizację celów Zielonego Ładu w sektorze rolno-spożywczym. Krajowe plany strategiczne, w tym polski, zostały zaakceptowane przez Komisję Europejską i uwzględniają zasady Zielonego Ładu, takie jak wspieranie rolnictwa ekologicznego, ograniczenie użycia nawozów i pestycydów oraz rozwój praktyk sprzyjających bioróżnorodności. Daje to nadzieję na wdrażanie efektywnych systemów zarządzania wodą, retencją, praktykami regeneratywnymi czy stosowania technologii precyzyjnych. A wnioski z zakończonego we wrześniu 2024 r. Strategicznego Dialogu na temat przyszłości rolnictwa w UE wskazują, że kwestie klimatyczne, środowiskowe, ale też społeczne i zdrowotne będą nadal stanowiły istotną część praktyk rolnych w Unii Europejskiej. 

Dlatego, kontynuując działania w ramach tworzenia Paktu społecznego dla polskiego rolnictwa, zainicjowanego w 2021 r. przez Koalicję Żywa Ziemia i Koalicję Klimatyczną, od 2024 r. rozpoczęliśmy w Polskim Klubie Ekologicznym Okręg Mazowiecki prowadzenie debat, które pozwolą – mam nadzieję – w szerokim gronie interesariuszy wypracować narzędzia wsparcia dla polskich rolników i konsumentów, w zgodzie z potrzebą ochrony środowiska i klimatu.

 

Dziękuję za rozmowę.

Monika Kostera i Julia Witeńska: Dwugłos o wędrowaniu.

M: Gdy rozmawiałyśmy o wędrowaniu po ogrodach, opowiadałaś o ogrodzie mniszki Jeong Kwan. Pomyślałam wtedy o świątyniach. Ostatnimi laty często tak bywa, że często bywamy w różnych miejscach położonych na trasie – czy właściwie na różnych trasach pielgrzymkowych św. Jakuba, czyli Saint-Jacques-de-Compostelle, bo na ogół bywają to różne miejsca we Francji, w samym Santiago jeszcze nie byliśmy. Muszelka św. Jakuba stała się prawie naszą stałą symboliczną towarzyszką. Ale nie tylko o szlakach pielgrzymkowych chciałam rozmawiać z Tobą w tym miesiącu, tylko o świątyniach w ogóle. Bardzo lubię odwiedzać kościoły i inne świątynie podczas wędrówek. Odwiedzam światło i cienie w każdym z nich, troszkę jak u wodopoju. Wdycham ciszę i muzykę. Odwiedzam świętych, palę im świeczkę. Zdarza się, że coś wtedy dostaję do myślenia, do trzymania w myślach. A Ty, lubisz wędrować po świątyniach?

J: Zawsze, ale to zawsze pierwszą rzeczą, którą robię przyjeżdżając do nowego miejsca jest szukanie świątyń na Google Mapsie – to jest mój punkt odniesienia do planowania dnia, pobytu, wszystkiego. To punkty na mapie, do których nigdy nie jest dla mnie za daleko. Byłam w przeróżnych świątyniach i każda wizyta była dla mnie ogromną przyjemnością, tak jak wspomniałaś głównie za sprawą ciszy, ale też czasami bardzo niecodziennych dźwięków, zapachów (!); najczęściej różnych kadzideł, owoców, ryżu, kwiatów, drzew. To tak naprawdę bardzo trudne, żeby dokładnie opisać i przekazać jakie to fantastyczne doświadczenia tym bardziej, że polegają po prostu na byciu… i to właściwie tyle.

Tęsknię!

M: Ja też! Dokładnie tak jak Ciebie, przyciąga mnie zapach świątyń. Kilka lat temu, gdy wędrowaliśmy po Sycylii, trafiliśmy do malutkiego miasteczka na górce, które było jakby całkowicie przesiąknięte zapachem kościoła, takim głębokim, korzennym, jak z opowieści o Trzech Królach. Szłam, wąchając tropy, jak pies, i takie jest tez moje wspomnienie uliczek tego miasteczka, prawie pozbawione wizji, tylko skoncentrowana uwaga i ten zapach. W końcu trafiliśmy do źródła, czy też raczej do jednego z licznych źródeł – malutki prawie całkiem ciemny, barokowy kościółek, który wydał mi się wtedy epicentrum czegoś, co nie tyle spotkałam – ale, wiedziałam wyraźnie – co spotkało właśnie mnie. Gęstwina cieni jak korzenie, łączące to miejsce z czymś bardzo żywym i nieprzeniknionym. To był ten moment, gdy zrozumiałam Barok. Spodobał mi się już wcześniej, w wielkim kościele w Monachium, zresztą ku mojemu zdziwieniu, to nie było wtedy w zgodzie z moim zmysłem estetyki. Raczej coś w rodzaju nagłego porywu serca. A tam, w tym małym kościółku, którego nazwy nie pamiętam, w małym miasteczku, którego nazwę tak samo zapomniałam, zanurzyłam się po uszy w tej substancji, która wypełnia tło obrazów Caravaggia. Czy Ty też miałaś takie swoje świątynne zanurzenia?

J: Hm, myślę, że wtedy, kiedy spędziłam 2 dni w świątyni Golgulsa w Gyeongju w Korei. Pamiętam, że w ogóle nie mogłam tam trafić i to jest niezła historia. W Gyeongju wysiadłam z pociągu na małym dworcu i wsiadłam do autobusu, który miał jechać prosto pod świątynie – szło świetnie, ale przez przypadek wysiadłam przystanek wcześniej i przekonana, że idę w stronę tej świątyni zawędrowałam lasem do gospodarstwa uroczej starszej pary. Oczywiście kompletnie nie mogliśmy się porozumieć ze względu na barierę językową, ale już samo zobaczenie ludzi po godzinie tułaczki postrzegałam jako cud tym bardziej, że się ściemniało. Moja docelowa wizyta w świątyni była oczywiście zapowiedziana, a z uwagi na to, że naprawdę robiło się już późno zadzwoniła do mnie Mniszka spytać czy wszystko jest okej i odpowiedziałam, że w sumie jest super tylko jestem w zupełnie innym miejscu, niż powinnam być. Dałam telefon Gospodyni, która akurat zajmowała się uprawą warzyw, a ona krótko potem mi go oddała i zawołała swojego męża. Mężczyzna skinął głową i parę sekund później wyjechał z garażu czerwonym pickupem i zaczął wołać mnie do samochodu. Jechaliśmy przez góry przy opuszczonych szybach prosto do świątyni – przemiły Pan czasami mnie zagadywał, a ja odpowiadałam “yes, yes!”, bo kompletnie go nie rozumiałam. Podwiózł mnie dosłownie pod drzwi Golgulsy, a tam już powitała mnie Mniszka zmartwiona tym, że spóźniłam się 5 godzin, ale jednak jakby ucieszona, że żyję. Czas w świątyni był wspaniały – qigong, 108 pokłonów, kolacja, wspólny czas z innymi osobami wizytującymi, sen, pobudka o 5, wspinaczka na górę na poranną praktykę, medytacja, śpiewy, medytacja chodzona, śniadanie, drzemka, medytacja, joga, obiad, medytacja i tak cały dzień. Mózg przestawia się na inne tory – po praktyce, w czasie wolnym nie zajmowałam się niczym innym poza odczuwaniem ogromnej radości. Osoby w świątyni z tego, co udało mi się zaobserwować reagują  różnie – niektórzy są radośni, inni raczej trwają w milczeniu, skupieniu. Ciężko jednak powiedzieć, co tak naprawdę dzieje się wewnątrz.

A Ty – jak i co czujesz w świątyniach?

M: Jaka wspaniała świątynna przygoda! Moja ulubiona chyba pochodzi z innej strefy klimatycznej i innego wyznania, bo z katolickiego przyklasztornego kościoła w północnej Szkocji. Odwiedzałam przyjaciela, który jest benedyktyńskim mnichem mieszkającym w starym klasztorze, wśród potężnej przyrody i z dala od większych ludzkich osad, hałaśliwych dróg, lotnisk. Panuje tam przenikające krajobraz poczucie spokoju i ciszy. Mój przyjaciel opowiada mi czasem o zwierzętach, które się nie boją i podchodzą do niego, gdy wędruje po okolicy: bażanty, borsuki, a nawet jelenie. Raz stanął twarzą w twarz z jaskółką, gdy stał i podziwiał krajobraz na dzwonnicy kościoła. Zatrzepotała w miejscu, spojrzała mu w oczy, wydawała się raczej zaciekawiona, nie przestraszona. Wyjaśnił, że najwyraźniej nie ma żadnego powodu, w gruncie rzeczy, dla którego ludzie, nawet zbiorowiska ludzi, miałyby być antagonistycznie nastawione do środowiska naturalnego. Ludzkość sprowadziła nieszczęście na naszą planetę przez swoje ambicje, a nie z powodu jakiegoś niedającego się uniknąć postępu. Aura tego klasztoru jest czymś w rodzaju synergii między ziemią, budynkami i ludźmi. Zatrzymałam się w domku dla pielgrzymów, nieco oddalonym od klasztoru i kościoła. Rytm nabożeństw nie był tam tak definiujący jak w samym klasztorze, dzwony nie rozbrzmiewały tak mocno. Może to dlatego spóźniłam się na nabożeństwo. Zwykle bardzo dobrze pilnuję czasu, może nawet zbyt dobrze i na ogół przychodzę za wcześnie niż za późno. Tutaj tak nie było. Kiedy weszłam do kościoła, wszyscy już siedzieli w ławkach i śpiewali. I wtedy wydarzyło się coś dla mnie bardzo dziwnego – jeden z braci, ubrany w bardzo prosty szary strój, odwrócił się i uśmiechnął do mnie całą swoją osobą, jakby naprawdę cieszył się, że mnie widzi. Po mszy pogadaliśmy i powiedziałam mu w żartach, że to raczej pierwszy raz w moim życiu, by osoba duchowna cieszyła się, że przychodzę za późno do kościoła. Roześmiał się i powiedział, że rzeczywiście po prostu cieszy się, że mnie widzi i tych wszystkich ludzi, którzy kręcą się po kościele – mnisi, pielgrzymi, mniej lub bardziej dziwni przybysze. Trochę tak jak w sycylijskich kościołach, tam cały czas trwało jakieś życie socjalne. Ludzie podchodzili i zagadywali do siebie, jak w kawiarni – oczywiście między nabożeństwami. Brat wyjaśnił, że jest na wakacjach. Jako Franciszkanin Odnowy zazwyczaj żyje wśród bezdomnych i ubogich, często śpiąc pod gołym niebem, ale nawet jeśli spędza noc pod dachem, to korzysta z łóżka, tylko śpi na karimacie. Stara się być bliżej ludzi. Mówił, że to go uszczęśliwia. Ale teraz odpoczywa i też go to uszczęśliwia. Opowiadał, że wierzy we wspólny wysiłek i że jego zakon jest jednocześnie rodzajem prawdziwej wspólnoty i zorganizowanym wysiłkiem na rzecz zmiany społecznej. Tymczasem mój przyjaciel i jego bracia benedyktyni, zajmują się raczej kontemplacją i pracą w ogródku albo w kuchni klasztornej i to też jest wspólnota, choć całkiem inna. Poczułam wtedy niesamowitą wdzięczność – temu miejscu, za możliwość spotkania. Ci lokalni mnisi, ten franciszkanin, i my wszyscy, czyli goście, pielgrzymi, wędrowcy, po prostu tam byliśmy. Nikt nas nie mierzył, nie oceniał, nikt nie był lepszy niż ktokolwiek inny ani nie zasłużył na nic, ani nie musi się niczym wykazać. Było to tak silne, że nie chciało mi się z nikim gadać przez dłuższy czas, więc poszłam do ogródka. I tam przyszedł do mnie klasztorny kot Baxter.

J: Koty, psy, ptaki, ludzie, i wiele innych, tak, zdecydowanie. Tereny świątynne rzeczywiście – w moim odbiorze – cechują się ponadprzeciętnym poziomem międzygatunkowej symbiozy. Kiedy wspominam widzę w pagodach wędrujące psy, śpiące na murkach koty i ganiające się ptaki. Muszę przyznać, że co do zasady nie ufam za bardzo psom, ale te, które tam poznałam miały swoje, ważniejsze sprawy i to mnie w nich rozczuliło. Zwierzęta zawsze były tam witane ze spokojną radością, którą odwzajemniały. Rzadko kiedy są na pierwszym planie, ale są tam zawsze i ich wkład w te miejsca jest nieoceniony. Najczęściej można je było spotkać oczywiście niedaleko stołówki, ale nie dziwię im się, bo sama bardzo lubię posiłki, które można tam zjeść.

M: O tak! Zjeść i wyspać się. Zwierzęta też wiedzą o tym. Kilka lat temu odwiedzaliśmy suficki klasztor Blagaj nad rzeką Buną koło Mostaru – właściwie w ostatnim momencie, gdy panowała tam cisza pełna światła – spotkaliśmy śpiące w różnych miejscach koty. Wyglądały jakby nie istniało nic lepszego na świecie, niż spanie tam, w tej chwili. Klasztor jest wtulony w skałę, w małe tęcze wznoszące się nad rzeką, w łagodność przyrody. Słowo „blaga” oznacza „łagodny” i wszystko tam z łagodnością spotykało się ze wszystkim innym – także jawa ze snem. Z kolei w Epidauros, w świątyni Asklepiosa, sama na chwilkę zasnęłam. Siedziałam na dużym ciepłym kamieniu i miałam skręconą stopę – tak jak w tej chwili. Oparłam zabandażowaną stopę na przeciwległym kamieniu i nagle przyszedł sen, w którym śniły mi się stopy ludzkie i zwierzęce. Kiedy się obudziłam, stopa mniej mnie bolała i następnego dnia była już zdrowa.

A Ty, jakie masz doświadczenia ze spaniem – i jedzeniem – w świątyniach?

J: Najlepsze drzemki na świecie! A do tego wiem, że osobom zdarza się zasypiać w trakcie medytacji. W świątyniach, w których byłam oprócz siedzenia na poduszce można też było zająć ćwiczeniami fizycznymi. To były bardzo wyciszające, a nawet usypiające praktyki. Samo spanie w nocy też jest jakby bardziej intuicyjne, bo nie ma ani hałasu, ani zanieczyszczenia światłem. Świątynne jedzenie jest co do zasady wegańskie lub wegetariańskie i raczej oparte na tym, co lokalne, nieprzetworzone i łatwo dostępne, chociaż podejrzewam, że składniki które będą raczej zawsze w ‘menu’ to ryż, warzywa, tofu. W Polsce jedliśmy raczej jedno wspólne danie z ogromnego garnka, w Korei można było wybierać – kimchi, ryż, cold noodles, tofu i… tosty z dżemem. Jada się wspólnie i raczej na podłodze, w jasno zhierarchizowanym układzie.

Mnie interesowały zawsze miejsca buddyjskie, jakie są Twoje doświadczenia?

M: Mnie też bardzo interesują, ale nigdy dotąd nie byłam w kraju gdzie buddyzm byłby dominujący ani przynajmniej na tyle znaczący, żeby te miejsca były szczególnie duże. Na ogół były malutkie, bardziej sale w budynkach o innych przeznaczeniu, na przykład w Sztokholmie jest w przeszło stuletniej kamienicy przy dużej ulicy. Atmosfera raczej niż wygląd sprawia, że jest to ciekawe miejsce. No i w pobliże oczywiście wspaniałe jedzenie – nie tylko pyszne i zdrowe, ale w dodatku tanie. Ale generalnie ciągnie mnie chyba po prostu wszędzie, gdzie jest duch: kościoły katolickie, niestety rzadziej protestanckie (z wyjątkiem Szwecji i Anglii), cerkwie – szczególnie na Cyprze w górach zdarzają się prawdziwe supernowe energetyczne, meczety… W sumie – tak, pożywienie, w różnym sensie, nie tylko w takim, że można coś zjeść, choć t też jest ważne. Jak mówi jedna z artystek z mojego aktualnego terenu badawczego, jedzenie jest metaforą, darem, czymś co ma moc regenerowania, dawania życia. Można czasami znaleźć nawet w opuszczonej przez religie świątyni Asklepiosa. Przestrzeń i echo są jednak bardzo ważne. Możliwe, że artyści z epoki Magdaleńskiej szukali takich jaskiń po to, żeby czegoś ważnego doświadczyć i dlatego właśnie w takich malowali swoje niesamowite freski. Choć centrum buddyjskie w Sztokholmie – mimo braku tej przestrzeni – i tak ma potężną atmosferę.

A Ty, jakich świątyń poszukujesz?

J: Świątynie czasami są w centrum miasta, czasami daleko w lesie, na szczycie góry. Osobiście najbardziej lubię te, które są daleko od betonu, bo można się tam wyłączyć stuprocentowo. A przede wszystkim szukam takich, w których ludzie się uśmiechają jakby mimowolnie. Bardzo ciekawym miejscem, które odwiedziliśmy w Mumbaju była Global Vipassana Pagoda – ogromny ośrodek medytacyjny, do którego płynęliśmy łódką. Było w tym miejscu coś niesamowitego, ale było tam pustawo – wtedy uświadomiłam sobie, że najbardziej cieszą mnie miejsca, które emanują życzliwością i łagodnością, a to tworzą właśnie osoby mieszkające w świątyniach i nie ma w tej kwestii drogi na skróty. Samotność niewątpliwie potrafi być wspaniała, ale wierzę, że ludzie poznani w takich miejscach są kluczowi, chociażby dlatego, że zawsze pomogą Ci spokojnie przebrnąć przez najcięższe procesy, a to rzadko kiedy są łatwe i przyjemne wędrówki. Samo siedzenie na poduszce może nie wystarczyć…

M: Tak, najwspanialsze jest wspólne wędrowanie po świątyniach! Tak jak mówisz, ważna jest obecność, może najważniejsza. Chociaż, dla mnie, nie musi ona zawsze być synchroniczna, ani widzialna. Zdarza się też, że jakaś obecność jest, ale lepiej by jej nie było – nawet lepiej, by miejsce zostało ruiną. Miewałam ataki smutku w jednym z takich miejsc – brytyjskim kościele, który został przebudowany na doskonałą szkołę biznesu.


 

Współcześnie epidemie mają swoje źródło przede wszystkim w systemie gospodarczym nastawionym na maksymalną intensyfikację rolnej produkcji zwierzęcej i jednocześnie nieliczącym się z ograniczeniami środowiskowymi. 
System produkcji

Na temat epidemicznego oddziaływania ferm przemysłowych pisałem już na łamach Zielonych Wiadomości. Warto jednak powrócić do tematu. Aby dobrze zarysować problem, wypada przypomnieć kilka kwestii. W ciągu ostatnich dwóch dekad (po wejściu Polski do Unii Europejskiej) produkcja żywności pochodzenia zwierzęcego w Polsce znacząco wzrosła. Wskazują na to podane w tabeli dane z Głównego Urzędu Statystycznego (GUS). W dużej mierze stało się to za sprawą eksportu.

Warto zwrócić uwagę, że liczba zwierząt gospodarskich określana na dany dzień w roku (w tzw. jednostkach przeliczeniowych LSU, gdzie 1 LSU = 500 kg) nie wzrosła, a nawet w analizowanym okresie nieznacznie spadła. Oznacza to, że większą produkcję osiągnięto poprzez podniesienie wydajności osobniczej (mięsnej, mlecznej, nieśnej, rozrodczej itd.). Nastąpiło też skrócenie cyklu produkcyjnego. Zwierzęta szybciej uzyskują masę ubojową, co znaczy, że w ciągu roku przez chlewnie i kurniki przewija się ich więcej. W przypadku mięsa zmieniła się też znacząco struktura gatunkowa produkcji – zaczął dominować dużo wydajniejszy drób. Wreszcie warto zauważyć, że rozwój hodowli spowodował wzrost upraw z przeznaczeniem na paszę, np. kukurydzy. 

Rodzaj produkcji w PolscePrzed wejściem do UE – 2003 r2022 r.Wzrost/spadek
Żywiec rzeźny ogółem 4,8 mln t6,8 mln t + 41,7%
Drób rzeźny1,2 mln t 3,7 mln t + 208,3%
Mleko 11,6 mld l 14,8 mld l + 27,6%
Jajka 9,2 mld szt. 11,9 mld szt.+ 29,4%
Kukurydza (na ziarno i zielonkę łącznie) 144,4 mln dt*388,9 mln dt +169,3%
Liczba zwierząt gospodarskich (w przeliczeniu na LSU)10,3 mln szt.* 9,6 mln szt. -6,8%

Za wzrostem produkcji szła jej koncentracja. Coraz mniej gospodarstw rolnych w Polsce zajmuje się dziś produkcją zwierzęcą, a utrzymywane stada są coraz większe. Zaczęło przybywać ferm przemysłowych, zwłaszcza kurników. Powstają całe zagłębia „kurze” i „świńskie”. Według Powszechnego Spisu Rolnego (2020 r.) 10 powiatów o największej liczbie hodowanych świń zajmuje ledwie 3,4% powierzchni kraju, ale skupia łącznie na swoim terenie 22,5% polskiej trzody chlewnej. Na obszarze 10 powiatów o największej liczbie ptaków hodowlanych, zajmujących łącznie 4,5% terytorium Polski, skupia się aż 27,6% całego drobiu. Niektóre z nich (powiaty rawicki i żuromiński) należą do „pierwszej dziesiątki” powiatów o największym zagęszczeniu zarówno drobiu, jak i świń.

Zagrożenia strukturalne

Koncentrowanie ferm przemysłowych, zagęszczanie obsady zwierząt gospodarskich, presja na ich wydajność znacznie podnoszą ryzyko wystąpienia zagrożeń dla zdrowia ludzi i zwierząt. 

Biolog i epidemiolog Robert G. Wallace, jeden z twórców koncepcji Structural One Health, w swoich pracach dowodzi, że współczesne epidemie mają swoje źródło przede wszystkim w obecnym systemie gospodarczym. Twierdzi, że dzisiejszy chów świń i drobiu – miliony zwierząt stłoczone w małej, zamkniętej przestrzeni – stanowi niemal idealne środowisko dla ewolucji wielu patogenów, w tym zjadliwych szczepów wirusa grypy i innych chorób zakaźnych. Fermy przemysłowe stają się źródłem chorób odzwierzęcych. 

Jeremy Brown, autor wydanej w Polsce książki pt. „Grypa. Sto lat walki”, pisze, że zagrożenie epidemiczne łączy się z dynamicznym wzrostem populacji drobiu hodowlanego na świecie. Do podobnych wniosków doszła profesor Lidia Brydak z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego. Jej zdaniem, „jeżeli przyjmiemy, że ludzie, świnie i ptaki wodne są głównymi zmiennymi związanymi z międzygatunkowym transferem wirusa grypy i mają wpływ na pojawienie się nowych ludzkich szczepów pandemicznych, to jest wysoce prawdopodobne, że wpływa to na występowanie ludzkich pandemii grypy”. Jednocześnie zapadalność ludzi na grypę w analizowanym przez nas okresie (od momentu wejścia Polski do UE do dziś) dramatycznie wzrosła. Dla porównania: w sezonie 2003/2004 odnotowano 341 tys. zachorowań, a w sezonie 2022/2023 – 5,8 mln. Nikt jednak w Polsce – z tego, co mi wiadomo – nie zaryzykował tezy o ścisłym związku przyczynowo-skutkowym między typem przemysłowej produkcji hodowlanej a ryzykiem infekcji grypowych. Brakuje odpowiednich badań.

Jeszcze przed pandemią COVID–19 epidemiolodzy byli przekonani, że największym zagrożeniem jest właśnie grypa. Obawiano się scenariusza podobnego do tego, jaki miał miejsce w przypadku tzw. hiszpanki po I wojnie światowej. Choć problem zachorowań na grypę wydaje się narastać (i kosztuje rocznie na świecie życie kilkuset tysięcy osób), to do tej pory podobny przypadek na skalę hiszpanki nie wystąpił. Jednak część lekarzy twierdzi, że to tylko kwestia czasu. Weźmy dla przykładu zakażenie ludzi wirusem grypy A/H5N1. Pierwsze przypadki wystąpiły w 1997 r. w Hongkongu w trakcie epidemii wśród drobiu. Jak utrzymuje Światowa Organizacja Zdrowia, do 31 maja 2023 r. u ludzi potwierdzono 876 przypadków zakażenia A/H5N1, z czego 458 zakończyło się śmiercią. W Europie odnotowano w tym czasie tylko dwa przypadki zachorowania. Rozwój tego wirusa jest pilnie śledzony, bo jego mutacje mogą grozić wybuchem pandemii o trudno przewidywalnych konsekwencjach.

Pracownicy i mieszkańcy

W pierwszej kolejności na choroby odzwierzęce narażeni są rolnicy i pracownicy rolni na fermach, a także ich rodziny. Według danych GUS-u w Polsce zatrudnionych jest ok. 124 tys. pracowników rolnych (stosunek pracy), z czego, szacunkowo, ok. 50 tys. bezpośrednio w chowie i hodowli zwierząt. Jednocześnie przynajmniej drugie tyle osób jest zatrudnianych sezonowo. W zasadzie od lat sytuacja pracowników ferm pozostaje bez większych zmian: bardzo niskie wynagrodzenia, nadmierne obciążenie pracą z powodu jej długiego czasu (sięgającego nawet 300 godzin w miesiącu; 10–12 godzin na dobę) i znacznego wysiłku energetycznego, stres związany z fatalnym traktowaniem przez przełożonych, wreszcie złe warunki sanitarne w miejscu pracy i zamieszkania w przypadku pracowników sezonowych. Jednym z problemów pracowników wielu ferm są masowe i bolesne pogryzienia przez ektopasożyty, np. pchły. Jak szacują Z. Gliński i A. Żmuda w jednym z ostatnich numerów „Życia Weterynaryjnego”, corocznie na świecie „choroby przenoszone przez stawonogi są przyczyną ponad 700 tys. zgonów ludzi”, choć trudno powiedzieć, w jakim stopniu są za to odpowiedzialne fermy. W takich warunkach mamy do czynienia z ludźmi przeciążonymi pracą, ustawicznie narażonymi na zarażenie patogenami, a także np. na zatrucia w związku ze stosowanymi środkami chemicznymi (m.in. przeciw ektopasożytom). Rodzajów ryzyka zawodowego jest oczywiście więcej.

Fermy przemysłowe silnie oddziałują na społeczności lokalne. Stają się źródłem uciążliwych emisji odorów oraz olbrzymich ilości owadów i gryzoni. Emitują też, w ponadnormatywnej skali, wiele szkodliwych substancji chemicznych do wód powierzchniowych i gruntowych, gleby i powietrza. Badania wody wokół ferm wykazały znaczne przekroczenia dla związków azotu i fosforu, a także pozostałości stosowania leków, antybiotyków, substancji hormonalnych. Nie ma jeszcze w Polsce dostatecznej liczby badań wykazujących wpływ ferm bezpośrednio na zdrowie ludzi, podobnych do tych, które prowadzone były niedawno w Karolinie Północnej w USA. W stanie tym produkcja trzody chlewnej doprowadziła w wielu miejscach do degradacji środowiska. Badania (opublikowane w 2018 r.) dowiodły fatalnego wpływu ferm na zdrowie ludzi. Osoby mieszkające najbliżej chlewni częściej chorują i umierają z powodu anemii, chorób nerek, gruźlicy oraz sepsy, na tych terenach częściej rodzą się niemowlęta o niskiej masie urodzeniowej, więcej jest przyjęć do szpitali oraz na pogotowie. 

Epidemia antybiotykooporności

Obojętnie, jak bardzo urzędnicy z ministerstwa rolnictwa, politycy, hodowcy i lobbyści agrobiznesu nie zaklinaliby rzeczywistości, systemowo zwierzęta są coraz bardziej narażone na naruszenie ich dobrostanu. Jest to wina stworzonego systemu produkcji zwierzęcej, w którym poprzez ekstremalne zagęszczenie, skrócenie cyklów produkcji i zwiększenie eksploatacji biologicznej dochodzi do załamania się wytrzymałości osobniczej i stadnej zwierząt. W takich warunkach humanitarne podejście do zwierząt staje się także problematyczne dla osób prowadzących produkcję zwierzęcą lub w niej zatrudnionych. Dla ochrony życia i zdrowia zwierząt zagrożonych niskim dobrostanem, hodowcy chwytają się różnych sposobów. Jednym z nich jest masowe stosowanie leków, w tym antybiotyków. 

Z danych Europejskiej Agencji Leków (European Medicines Agency – EMA) wynika, że w Polsce sprzedano w 2022 r. rekordową ilość antybiotyków weterynaryjnych (licząc od 2011 r., kiedy EMA zaczęła zbierać tego typu dane). Niektórzy specjaliści twierdzą, że statystyki za 2023 r. mogą być jeszcze bardziej zatrważające. Choć w Europie Zachodniej wykorzystanie tego typu medykamentów relatywnie (w przeliczeniu na liczbę zwierząt) spadło w tym okresie o połowę, to w przypadku Polski radykalnie wzrosło (o blisko 55%). Jednocześnie raport NIK z 2019 r. szacował liczbę wieloopornych zakażeń w naszym kraju na około 300 – 500 tys. Roczne koszty bezpośrednie ponoszone tylko w związku z przedłużeniem hospitalizacji z powodu tego typu infekcji szacuje się na ok. 800 mln zł, ale w całości mogą być nawet dwukrotnie większe. 

Wiele osób związanych zrolnictwem i rządem przekonuje, że stosowanie antybiotyków weterynaryjnych jest pod kontrolą. Nie można ich już wykorzystywać jako stymulatorów wzrostu, za każdym razem podawane są pod nadzorem lekarza weterynarii i nie powinno się ich też stosować prewencyjnie. Nie powinno, ale tak się dzieje. Aplikowanie antybiotyków weterynaryjnych w celach metafilaktycznych jest masowe. Oznacza to, że leki te – jak czytamy na stronach farmer. pl – podaje się w celu przeciwdziałania skutkom zakażenia już w momencie, „kiedy nie ma jeszcze objawów klinicznych choroby i jednocześnie nie ma spadków wyników produkcji”. Stosuje się je, biorąc pod uwagę „powtarzalną dynamikę infekcji”, a zatem po prostu na pewnym etapie produkcji. Wiele badań i analiz dowodzi nadmiernego stosowania antybiotyków w chowie zwierząt. Zgodnie ze Strategią „Od pola do stołu”, Unia Europejska chce zmniejszyć ich stosowanie do 2030 r. o połowę. Powód to epidemia antybiotykooporności, która jest dziś przyczyną śmierci ok. 35 tys. osób na terenie UE rocznie (na całym świecie jest to 700 tys.). Skutki tej epidemii szacuje się w Europie na 1,5 mld euro rocznie.

Co dalej?

Chów zwierząt i przetwórstwo produktów pochodzenia zwierzęcego to ogromny dział polskiej gospodarki. Większy pod wieloma względami od produkcji samochodów, komputerów czy wydobycia węgla kamiennego i brunatnego łącznie wziętych. Jego skala i charakter skutkują dużym oddziaływaniem na otoczenie społeczne i środowisko. Jednocześnie produkcja zwierzęca wprzężona w obecny model gospodarki generuje duże koszty zewnętrzne. Wszyscy dziś dotujemy w Polsce poprzez wsparcie finansowe WPR i środków krajowych, poprawę zyskowności produkcji zwierzęcej. Między innymi w związku z walką z epizootiami wysoce zjadliwej grypy ptaków (HPAI) czy afrykańskiego pomoru świń (ASF), a także koszty funkcjonowania publicznej służby zdrowia (np. w związku z występowaniem antybiotykooporności). 

Jakie są prognozy dotyczące dalszego rozwoju sytuacji? Pisze się, że koncentracja produkcji rolnej w Polsce nie dobiegła końca. Jednocześnie niemała część hodowców sprzeciwia się podniesieniu norm środowiskowych i dobrostanowych motywując to względami ekonomicznymi, w tym rosnącą na globalnym rynku rolnym rywalizacją ze strony innych państw, np. zAmeryki Łacińskiej czy Ukrainy. Wyższe standardy w UE mają obniżać konkurencyjność.

Z drugiej strony widzimy, że w Polsce w trzecim roku obowiązywania ekoschematów – pomimo krytyki ze strony rolników – według oficjalnych danych skorzystało z nich ok. 470 tys. gospodarstw (tyle złożyło wnioski) z ogólnej liczby blisko 1,3 mln gospodarstw (PSR 2020). Oznaczałoby to, że ekoschematy (rolnictwo węglowe, retencjonowanie wód, dobrostan zwierząt gospodarskich itd.) wprowadziło w 2023 r. ok. 36% gospodarstw. W przypadku ekoschematów dobrostanowych wnioski złożyło 94 tys. gospodarstw, z ogólnej liczby 580 tys. gospodarstw, które chowają zwierzęta gospodarskie, co z kolei daje ok. 16% gospodarstw. Miejmy nadzieję, że w przyszłości przełoży się to też na lepszą ochronę środowiska oraz poprawę zdrowia ludzi i zwierząt. 

Jarosław Urbański – socjolog, publicysta, działacz społeczny, związany ze środowiskiem poznańskiego Rozbratu i Federacją Anarchistyczną. Działacz Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza.

Z powodu cięcia etatów w NOAA mieszkańcy USA mogą nie otrzymać na czas ostrzeżenia o zagrożeniach pogodowych. Ucierpią nie tylko prognozy pogody dla samego kraju, lecz także globalne badania nad stanem klimatu i oceanów.

Po ponownej wygranej w wyborach prezydenckich Donald Trump wprowadza politykę ostrych cięć etatów. Wśród wielu organów w USA, które zaczęły tracić pracowników, jest też Narodowa Agencja ds. Oceanów i Atmosfery, czyli NOAA (National Oceanic and Atmospheric Administration).

Co piąty pracownik NOAA

NOAA jest amerykańską agencją rządową, która, prócz wielu zadań o charakterze operacyjnym (służby meteorologiczne, hydrologiczne i związane z ochroną wybrzeży), prowadzi badania w zakresie meteorologii, klimatologii oraz oceanografii. Wśród jej zadań znajdują się m.in. obserwacje atmosfery i oceanów (także satelitarne), prace geodezyjne i prognozowanie pogody, nie tylko na terenie Stanów Zjednoczonych, ale i na całym świecie. Prognozy te mają znaczenie m.in. dla międzynarodowego lotnictwa, żeglugi, są także ważne dla bezpieczeństwa wewnętrznego. Z badań i prognoz NOAA, których wyniki są udostępniane publicznie, korzysta też wiele firm prywatnych, uniwersytetów, służb. Każdy z nas na co dzień ma do czynienia z produktami NOAA, np. standardowe aplikacje pogodowe w telefonach komórkowych korzystają najczęściej z prognoz globalnych tej agencji.

– Można powiedzieć w uproszczeniu, że jest to odpowiednik naszego Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, ale w dużo większej skali – wyjaśnia w rozmowie z portalem „Nauka o Klimacie” dr Mateusz Taszarek z Zakładu Meteorologii i Klimatologii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Jak informują amerykańskie media, zatrudniająca do niedawna ok. 13 tys. osób NOAA ma docelowo stracić ok. 20% miejsc pracy, a może nawet 30% i połowę budżetu. W zdecydowanej większości za redukcję będą odpowiadać zwolnienia, choć część osób odchodzi sama.

Wśród już zwolnionych pracowników są osoby zatrudnione na stanowiskach związanych z bezpieczeństwem publicznym. To m.in. naukowcy wydający ostrzeżenia przed tsunami, meteorolodzy w lokalnych biurach prognoz i „łowcy huraganów”, którzy wlatują w nie w celu zbierania jak najdokładniejszych danych.

– Wiemy że pracę straciły osoby przeprowadzające pomiary, przygotowujące prognozy, rozwijające modele numeryczne pogody, badające huragany. Niektóre z nich zostały potem, po wyroku sądowym który uznał zwolnienia za nielegalne, zatrudnione ponownie, choć nie wiadomo na jak długo – zauważa Piotr Florek, ekspert „Nauki o Klimacie” i specjalista od modelowania klimatu.

Zagrożone informacje o zagrożeniu

Do NOAA trafiają wszystkie dane zbierane m.in. przez satelity (w tym kilkanaście własnych), samoloty, balony meteorologiczne, radary i boje morskie. Prognostycy wykorzystują te informacje w modelach komputerowych. Po połączeniu ich z własnym doświadczeniem i lokalnym kontekstem przewidują, jakie warunki przyniesie najbliższych kilka godzin lub dni lub następna pora roku. Jeżeli jest taka potrzeba – wysyłane są oficjalne ostrzeżenia o niebezpiecznej pogodzie.

Tymczasem jak informuje amerykańska stacja NBC, z powodu problemów kadrowych NOAA wstrzymała już kilka usług. To m.in. starty balonów meteorologicznych, które mają kluczowe znaczenie dla dokładnego prognozowania. Agencja zamknęła również kilka biur meteorologicznych.

Ilustracja: Wypuszczanie balonu meterorologicznego. Zdjęcie z archiwum NOAA

– Działania administracji Trumpa już teraz przerwały niektóre programy obserwacyjne w Stanach Zjednoczonych, więc w konsekwencji Amerykanie będą mieli dostęp do gorszych prognoz i ostrzeżeń pogodowych – uważa Florek.

Według Taszarka to właśnie na prognozowaniu pogody redukcja zatrudnienia odbije się w największym stopniu.

– Prognozy i ostrzeżenia przed niszczycielskimi zjawiskami jak huragany oraz tornada są wydawane przez jednostki NOAA. Ostrzeżenia przed tornadami są bardzo lokalne, często pokrywają obszary o zaledwie  200-300 km2 i wydawane są na bardzo krótki okres kilkudziesięciu minut. W dniu z dużą liczbą burz wymaga to od synoptyków ciągłego monitoringu danych radarowych, a przy mniejszej liczbie pracowników takie ostrzeżenia stają się mniej skuteczne – tłumaczy naukowiec.

Wpływ na 1/3 budżetu

Magazyn „Time” wyliczył, że wynoszący 6,6 miliarda dolarów roczny budżet NOAA stanowi zaledwie 0,097% wydatków USA w poprzednim roku podatkowym. Tymczasem tylko w 2024 r. Stany Zjednoczone doświadczyły 27 katastrof pogodowych lub klimatycznych, z których każda przyniosła straty przekraczające 1 miliard dolarów.

„Przewidywanie ekstremalnych zjawisk pogodowych, zapobieganie katastrofalnym stratom życia i mienia oraz lepsze zrozumienie trendów klimatycznych, które stanowią takie zagrożenie dla ludzkości, jest o wiele tańsze niż sprzątanie bałaganu – i opieka nad zmarłymi – po wystąpieniu katastrofy” – komentuje „Time”.

Ale wpływ NOAA jest znacznie szerszy. Na przykład jej dane wspierają handel morski poprzez dostarczanie aktualnych prognoz pogody dla statków towarowych i innych jednostek pływających. Podobnie wygląda to w powietrzu, gdzie linie lotnicze i federalni urzędnicy lotnictwa polegają na prognozach Agencji, aby bezpiecznie prowadzić samoloty po niebie.

Jednostki podporządkowane NOAA zajmują się też rybołówstwem, pomagają chronić zagrożone życie morskie, monitorują zdrowie oceanów i badają długoterminowe skutki zmiany klimatu. Dostarczane przez Agencję dane są niezbędne do zarządzania zbiornikami wodnymi w celu zapewnienia wystarczającej ilości wody pitnej i uniknięcia powodzi. Korzystają z nich także rolnicy, którzy wykorzystują pozyskiwane informacje w nowoczesnych ciągnikach i sprzęcie do tzw. rolnictwa precyzyjnego.  Amerykańskie Towarzystwo Meteorologiczne w swoim oświadczeniu ocenia, że wartość dodana działań NOAA przekracza dziesięciokrotnie nakłady na tę agencję z budżetu państwa. 

Konsekwencje dla świata

Cięcia w NOAA nie odbiją się jednak tylko na sytuacji w USA.

– W dłuższej perspektywie ucierpią, czasami nieodwracalnie, badania z zakresu nauk o Ziemi – uważa Florek. – I to badania nie tylko w USA, ale i globalnie, bo naukowcy i służby meteorologiczne z innych krajów też korzystają z danych oraz narzędzi opracowanych i udostępnianych przez NOAA – zaznacza ekspert „Nauki o Klimacie”.

Jedną z osób współpracujących w przeszłości z NOAA był dr Taszarek. Naukowiec przez ponad cztery lata mógł prowadzić badania we współpracy z National Severe Storms Laboratory (NSSL). To jednostka Agencji specjalizująca się w konwekcyjnych zjawiskach ekstremalnych, czyli burzach oraz związanych z nimi tornadami, gradem czy też silnymi porywami wiatru.

– NSSL jest bez dwóch zdań najlepszą tego typu jednostką na świecie, która wprowadziła szereg innowacji do prognozowania oraz monitoringu niebezpiecznych burz – twierdzi Taszarek, dla którego doświadczenia wywiezione z USA były niezwykle cenne.

– Poznałem jak funkcjonuje ta jednostka, jej pracowników oraz dlaczego to, czym się zajmują, jest tak niesłychanie istotne. Widziałem na własne oczy zniszczenia związane z tornadami i to, jak technologia prognozowania i ostrzegania, którą rozwinęli w NSSL, ratuje każdego roku ludzkie życia – wspomina naukowiec.

Źródło: Szymon Bujalski 

naukaoklimacie.pl

Pełna wersja artykułu dostępna jest na portalu Nauka o klimacie: https://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/donald-trump-rozmontowuje-kluczowa-agencje-w-usa-konsekwencje-odczuje-caly-swiat

Choć wciąż muszą przebijać się przez mur stereotypów i uprzedzeń, kobiety na każdym kroku udowadniają, że są siłą napędową zmiany. Ambitne, zaangażowane i pełne determinacji – obalają mity, które od lat hamują ich rozwój. Czas spojrzeć poza utarte schematy i docenić prawdziwy potencjał kobiet, który może zrewolucjonizować społeczeństwo. Jaki byłby świat, w którym kobiety mają większy wpływ na to, jak wygląda produkcja i dystrybucja żywności? Jak możemy wspierać kobiety w walce o należne im miejsce?
Stereotypy

Stereotypy to uproszczenia, które ułatwiają nam codzienne funkcjonowanie, dotyczą przedstawicieli i przedstawicielek całych grup społecznych, którym przypisujemy pozytywne lub negatywne cechy. Jedną z grup, które dotykają szczególnie negatywne stereotypy, są kobiety. Wrzucone do jednego worka i oceniane jako jednorodna masa osób pochłoniętych nieistotnymi sprawami, często bywają niesprawiedliwie oceniane. „Gdzie kucharek sześć, tam nie ma, co jeść” – kobiety nie potrafią ze sobą współpracować, a ich spotkania najpewniej skończą się plotkami i kłótnią. Mówi się też, że kobiety nie potrafią się ze sobą przyjaźnić, bo zawsze ze sobą konkurują. Tyle o stereotypach, ale jaka jest rzeczywistość?

Kobiece Mosty

Fundacja Agro-Perma-Lab w 2022 r. rozpoczęła projekt „Kobiece Mosty: jak budować współpracę między miastem a wsią w kontekście żywności”. Jednym z celów projektu – poza tematyką żywności – było rozprawienie się ze stereotypowym postrzeganiem kobiet. Zespół Fundacji zaprosił 24 kobiety, mieszkanki miast i wsi z trzech województw, które razem uczyły się o agroekologii, suwerenności żywnościowej i wpływie produkcji rolnej na klimat, a także współpracowały na rzecz zmiany systemu żywnościowego. „Chciałyśmy przełamać stereotypy mówiące, że kobiety nie potrafią ze sobą współpracować, a mieszkanki miast i wsi dzieli niewidzialna bariera, której nie da się przekroczyć.” – tak opisały cel projektu jego pomysłodawczynie z Fundacji Agro-Perma-Lab.

Według raportu „Kobiety. Wieś. Klimat i środowisko. W mozaice postaw, poglądów i działań”, wydanego przez Fundację im. Heinricha Bölla w Warszawie, kobiety są bardziej świadome kryzysu klimatycznego i wrażliwsze na wyzwania związane z ochroną środowiska. Z tego powodu włączenie ich do debaty publicznej może przynieść odważne rozwiązania palących problemów. Niestety, głos kobiet rzadko jest słyszany, a gdy już się pojawia, mężczyźni często dominują dyskusję. W związku z tym wzmacnianie roli kobiet w decydowaniu o ochronie klimatu i środowiska jest kluczowe.

Uczestniczki projektu podważyły wszystkie możliwe stereotypy: od rzekomego braku ambicji i skupienia wyłącznie na tradycyjnych rolach, po te dotyczące negatywnych cech kobiecych relacji i współpracy. Pomimo pracy zawodowej, obowiązków domowych[1] i zaangażowania w życie lokalnych społeczności uczestniczki projektu sumiennie brały udział w zajęciach na żywo i online, a także intensywnie pracowały nad rozwojem miniprojektów na rzecz zmiany systemu żywnościowego polegających na zorganizowaniu szeregu wydarzeń promujących agroekologiczną żywność. Były to: cykl wydarzeń w Jadalnym Ogrodzie KOI w Toruniu m.in. Kuchnia Społeczna i spacer szlakiem dzikich roślin jadalnych, a także Latający Ryneczek w Łodzi łączący targowisko z interesującymi wykładami i warsztatami, oraz impreza Smakuj Lokalne w Białymstoku, gdzie odbyła się degustacja, koncert i gra terenowa. Powstała także seria wywiadów „Pole troski – opowieści przy stole z tymi, które nas karmią” z kobietami produkującymi żywność, dostępna na agropermalab.org/ kobiecemosty.

Dzięki projektowi zawiązały się nowe przyjaźnie i współprace, a także pojawiły się pomysły na dalsze działania. Kobiece Mosty stworzyły uczestniczkom przestrzeń, w której, mimo różnic zdań i poglądów, potrafiły znaleźć satysfakcjonujące rozwiązania i zrealizować zaplanowane cele. Wiara we wspólne dobro, w tym przypadku żywność, stan środowiska i bezpieczną przyszłość, połączyła je niezależnie od ich miejsca zamieszkania, wieku czy doświadczeń. 

Rzeczywistość

Obserwując niesamowitą aktywność i zaangażowanie kobiet biorących udział w projekcie Kobiece Mosty, trudno uwierzyć, że tak niewiele kobiet możemy zobaczyć w polityce, w roli ekspertek w mediach czy na innych eksponowanych stanowiskach. Na początek trochę statystyki. Kobiety stanowią:

  • 29,4% obecnego składu Sejmu oraz 19% obecnego składu Senatu[2], 
  • od 25,2% do 33,4% składu rad gmin, miast, powiatów i sejmików,
  • 46,1% osób zatrudnionych na stanowiskach wyższego szczebla (jednak już tylko około 32% w kategoriach: przedstawiciele władz publicznych, wyżsi urzędnicy i dyrektorzy generalni lub zarządzający)[3], 
  • 34,5% kierujących gospodarstwami rolnymi[4]. 
  • a 12,4% pełni stanowiska wójtów, burmistrzów i prezydentów.
Szklane sufity

Weronika Jóźwiak, ekspertka kampanii „Dziewczyny do polityki”, w wypowiedzi dla TVN24 zwróciła uwagę, że kobiety stanowiły połowę osób kandydujących na listach wyborczych w wyborach samorządowych, jednak ich nazwiska nie pojawiały się na „jedynkach” – miejscach, z których kandydaci mają największe szanse na wejście do składu rady. Problemem nie jest więc brak zainteresowania ze strony kobiet, lecz trudności, które doprowadzają do ograniczania ich pozycji w życiu publicznym. Opierając się na powyższych statystykach, trudno nie zauważyć, że kobiety nadal – pomimo dużego zaangażowania w pracę zawodową, życie rodzinne i sprawy lokalne – mają mniej władzy i pieniędzy oraz stanowią mniejszość m.in. w parlamencie. Z czego to wynika?

Temu problemowi postanowił przyjrzeć się zespół fundacji Laboratorium Zmiany, która na co dzień zajmuje się problematyką wzmacniania kobiet w budowaniu własnej ścieżki zawodowej. Z raportu „Obraz aktywistek lokalnych” wynika, że kobiety mierzą się z dwoma rodzajami dyskryminacji: widoczną, czyli zauważalnymi formami nierównego traktowania wynikającymi ze stereotypów płciowych oraz niewidoczną – subtelnymi zachowaniami, które czasem trudno zauważyć, a negatywnie wpływają na samopoczucie i samoocenę. Dyskryminacja widoczna najczęściej przejawia się w nierówności płac (w tym dodatków i benefitów), szklanym suficie, hejcie, różnych przejawach seksizmu, ageizmu (nierówne traktowanie ze względu na wiek), umniejszaniu kompetencji czy tzw. twarzyzmie (czyli prezentowaniu kobiet poprzez pryzmat ciała, a mężczyzn – wyłącznie twarzy). Natomiast subtelne formy dyskryminacji, z którymi borykają się kobiety, to komentowanie w trzeciej osobie, nieużywanie form żeńskich, pomijanie głosów kobiet w dyskusji, pomijanie przy witaniu się, niezauważanie i ignorowanie, lekceważenie, nieudzielanie głosu i przerywanie wypowiedzi.

Problemy, z którymi mierzą się kobiety, znacząco wpływają na ich motywację do działania i rozwoju. Jak zauważyły badaczki z Laboratorium Zmiany, problemem nie jest brak miejsca dla kobiet przy przysłowiowym stole, ale źle zaprojektowany system, który dyskryminuje żeńską połowę społeczeństwa. Trudno wymagać od kobiet, by pojedynczo zmieniały zastaną rzeczywistość, choć tego typu podejście wpisuje się w neoliberalną linię indywidualnego rozwiązywania problemów społecznych.

Jak wspierać kobiety?

Wspieranie kobiet jest kluczowe, aby stworzyć świat równych szans, w którym każdy ma możliwość realizacji swoich celów na takich samych zasadach, co pozwala na pełne wykorzystanie potencjału całego społeczeństwa. Aby to osiągnąć, konieczne jest kompleksowe podejście, które obejmuje edukację, zmiany polityczne, walkę z dyskryminacją oraz tworzenie środowiska sprzyjającego równości i wzajemnemu wsparciu.

Wspieranie kobiet nie musi być skomplikowane ani wymagać wielkich zasobów. Nawet najmniejsze działania mogą przyczynić się do stworzenia bardziej sprawiedliwego i równego świata. Można zacząć od małych kroków, które każdy z nas może podjąć, aby w swoim otoczeniu budować wspierające środowisko dla kobiet:

Aktywne słuchanie: zachęcaj kobiety do dzielenia się pomysłami i problemami;

Włączanie do rozmów: angażuj kobiety w rozmowy i podejmowanie decyzji podczas spotkań, które prowadzisz; 

Podważanie stereotypów: aktywnie kwestionuj panujące stereotypy dotyczące kobiet i reaguj na niesprawiedliwość; 

Dzielenie się wiedzą: dziel się doświadczeniem i pomocnymi wskazówkami z kobietami w swoim otoczeniu;

Moralne wsparcie: wyrażaj uznanie i wspieraj kobiety emocjonalnie; 

Promowanie sukcesów: publicznie doceniaj osiągnięcia kobiet; 

Równość obowiązków: angażuj się w nieodpłatne obowiązki domowe i opiekuńcze; Wsparcie lokalnych inicjatyw: wspieraj kobiece inicjatywy w Twojej społeczności. 

Na zakończenie

Kobiety stanowią prawie połowę siły roboczej w rolnictwie, szczególnie w krajach rozwijających się, gdzie odpowiadają za większość produkcji żywności na potrzeby rodzin i społeczności. Mają one również głęboko zakorzenioną wiedzę na temat lokalnych zasobów, tradycji i metod rolniczych, co sprawia, że ich zaangażowanie ma bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo żywnościowe oraz zrównoważone praktyki rolnicze. Odpowiadają także za różnorodność diety oraz zdrowie swoich bliskich. Dlatego zaangażowanie kobiet jest kluczowe, aby zapewnić długoterminowe rozwiązania lokalnych problemów związanych z produkcją i dystrybucją żywności. Przykładem nietuzinkowego podejścia do produkcji i sprzedaży żywności są trzy organizacje prowadzone przez kobiety w Azji Centralnej, każda z nich w inny sposób pokonała wyzwania i przeszkody, jakie napotykają na co dzień.

 

 

Organizacja Mohira Bonu z Uzbekistanu, która pierwotnie zrzeszała kobiety zajmujące się tradycyjnym rękodziełem, w obliczu problemów z dostępem do KOBIETY, STEREOTYPY I SZKLANE SUFITY Barbara Kurek Fot. Artur Szymański Agroekologia proponuje szersze spojrzenie na ziemię i naturę, wychodząc poza ich funkcję produkcyjną. Przywraca ziemi wymiar społeczny, a naturze podmiotowy charakter. 9 żywności wywołanych pandemią koronawirusa, a później wzrostem cen i inflacją spowodowaną inwazją Rosji na Ukrainę, elastycznie dostosowała swoją działalność do zmieniających się warunków. Rozpoczęła promowanie idei jadalnych ogrodów – miejskich i wertykalnych. Mohira Bonu pracuje nad projektem edukacyjnym, który uczy ogrodnictwa wertykalnego, pokazując, co i jak można uprawiać w lokalnych warunkach na małych powierzchniach. W odpowiedzi na trudności z dostępem do wody pitnej, kobiety z Mohira Bonu opanowały technikę nawadniania metodą kropelkową. Gdy zauważyły jej skuteczność, zaczęły dzielić się tą wiedzą wśród znajomych i lokalnej społeczności. Przywracają także zapomniane odmiany warzyw oraz tradycje kulinarne, co ma na celu przeciwdziałanie niedożywieniu spowodowanemu ubogą dietą. 

Innym interesującym przykładem jest projekt Dyikan Muras, realizowany przez kirgiską organizację ADI. Jest to lokalna sieć zachowywania nasion, w której aż 98% członkiń stanowią kobiety. W ramach sieci bardziej doświadczone rolniczki dzielą się swoją wiedzą z innymi uczestniczkami. Dodatkowo pracowniczki ADI zwróciły uwagę, że z warzyw, z których zbierane są nasiona, można robić przetwory na sprzedaż. W ten sposób zrodził się pomysł sklepiku Sebet Market prowadzonego w Biszkeku, w którym okoliczni mieszkańcy mogą kupować żywność pochodzącą bezpośrednio od lokalnych rolników. 

Kolejnym przykładem łączenia rolniczek i konsumentek jest program „Krowa na balkonie”, prowadzony przez kazachską organizację Zher-Ana. W tym programie konsumentka z miasta kupuje krowę, którą przekazuje pod opiekę rolniczce, która nie miała możliwości samodzielnie sfinansować zakupu zwierzęcia. W ramach spłaty, rolniczka dostarcza „sponsorce” trzy litry mleka dziennie, a resztę mleka lub jego przetworów sprzedaje innym klientom. Po sześciu latach krowa staje się własnością rolniczki. Dzięki temu konsumentka zyskuje dostęp do wysokiej jakości mleka, a rolniczka ma szansę na rozpoczęcie własnej działalności.

 [1] Wg danych Głównego Urzędu Statystycznego ilość czasu poświęconego na nieodpłatną pracę w gospodarstwie domowym i pracę opiekuńczą na dobę wynosi 4,3 godzin dla kobiet i 2,6 godzin dla mężczyzn [https://sdg.gov.pl/statistics_glob/5- 4-1/; dostęp 20.08.2024]. 

[2] https://sdg.gov.pl/statistics_glob/5-5-1/, dostęp 20.08.2024 

[3] https://sdg.gov.pl/statistics_glob/5-5-2/, dostęp 20.08.2024 

[4] Główny Urząd Statystyczny, Warszawa 2022, Powszechny Spis Rolny 2020. Charakterystyka gospodarstw rolnych w 2020 r. 

 

Barbara Kurek, członkini Fundacji Agro-Perma-Lab, koordynatorka projektów popularyzujących agroekologię.

Z Elżbietą Sokołowską z Komitetu Protestacyjnego Żeszczynka rozmawia Aldona Zyśk.

Aldona Zyśk: Północna Lubelszczyzna, Podlasie, Warmia to tereny o dużej różnorodności biologicznej, atrakcyjne przyrodniczo. Niestety w ostatnich latach tu właśnie inwestorzy chcą budować fermy przemysłowe, co spotyka się z oporem lokalnych społeczności. Kiedy pierwszy raz wzięła Pani udział w proteście przeciwko budowie fermy? 

Elżbieta Sokołowska: Kiedy dowiedziałam się, że niedaleko mojego domu ma być budowana ferma kurza, wraz z grupą przeciwników tej inwestycji stworzyliśmy Komitet Protestacyjny Żeszczynka. Nasze pierwsze protesty odbyły się w 2022 r. w Żeszczynce w gminie Sosnówka, gdzie miała powstać ferma. Okazało się, że w okolicznych gminach w naszym powiecie też są planowane podobne inwestycje. Zaczęliśmy ze sobą współpracować, zawiązaliśmy dużo większy komitet. Nasz pierwszy wspólny protest był pod siedzibą Wipaszu (producent pasz i drobiu, inwestor – przyp. red.), następny pod Ministerstwem Rolnictwa. 

W Żeszczynce ferma na razie nie powstała i mamy nadzieję, że nie powstanie. Udało się uchwalić Miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, który nie przewiduje tej inwestycji, ale inwestor odwołał się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które uwzględniło odwołanie. Postępowanie ruszyło więc od początku. Obecnie wokół wszystkich lokalizacji w naszym powiecie toczą się sprawy. Są na różnych etapach. W Kodniu już działają trzy fermy, a składane są wnioski o następne pozwolenia. Wnioski o pozwolenia na budowę ferm zostały złożone także w gminie Biała Podlaska – niestety w naszej okolicy następuje rozwój przemysłowych ferm drobiu. Na szczęście wójt gminy Sosnówka nie jest po stronie inwestora, natomiast są gminy, w których samorządy sprzyjają tym inwestycjom. 

Może taka inwestycja opłaca się gminie?

Nie, nie opłaca się. Opłaca się tylko inwestorom. Przemysłowe fermy rejestrowane są jako specjalny dział produkcji rolnej i jedyny podatek, jaki odprowadzają do gminy, to podatek rolny. Ponieważ są to grunty klasy piątej i szóstej, to jest on bardzo niski. Podatki dochodowe są odprowadzane w miejscu, gdzie firma jest zarejestrowana. Czyli z jednej strony bardzo mały dochód dla gminy, a z drugiej zatrucie środowiska, zaburzone stosunki wodne, zniszczone drogi. Ze względu na zanieczyszczenie powietrza częściej chorują mieszkańcy, w szczególności dzieci. Koszty ponoszą mieszkańcy, a zysk trafia do inwestorów.

Jak wyglądają konsultacje społeczne związane z lokalizacją ferm?

Informacje o konsultacjach społecznych są np. wywieszane na małej kartce gdzieś na słupie. Jeżeli nikt nie zgłosi protestu, uważa się, że zostały one przeprowadzone. Teoretycznie konsultacje powinny być przeprowadzane, ale niestety w praktyce prawnej nie są one wiążące. Samorząd wydaje decyzję odmowną, inwestor się odwołuje, a sąd – jeżeli jedynym argumentem jest fakt, że lokalna ludność się nie godzi – uchyla tę decyzję. Konsultacje społeczne są pozorne i iluzoryczne. Na to, jak będzie wyglądało otoczenie, lokalna społeczności ma naprawdę niewielki wpływ. Mamy tak skonstruowane prawo, żeby wielcy inwestorzy mieli łatwiej. 

Czyli prawo w Polsce nie chroni lokalnej ludności przed takimi inwestycjami. 

Niestety nie. Gmina np. uchwala Miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, a sąd na wniosek inwestora go unieważnia. Jesteśmy w momencie zamiany planów miejscowych na ogólne. Inwestorzy korzystają więc z okazji i starają się bardzo szybko otrzymać pozwolenie na budowę, bo po zmianie może być trudniej.

„Ogromne kurniki spowodują upadek rolnictwa, także ekologicznego”.

Postulujemy ogłoszenie moratorium na wydawanie takich zgód. W prawie powinny być zapisy o konieczności uwzględniania oczekiwań lokalnej społeczności. Powinno się także uwzględniać istniejące i planowane inwestycje w gminach ościennych. Uregulowania wymaga również sprawa raportów oddziaływania na środowisko – nie ma w tej chwili żadnych konsekwencji dla ich autorów, nawet gdy raport jest niezgodny ze stanem faktycznym i zawiera nieprawdziwe informacje. Zdarza się, że raport jest przygotowywany na zasadzie kopiuj-wklej. Niestety jest on oceniany tylko pod względem formalnym i to się musi zmienić. Protestujący podkreślają destrukcyjny wpływ intensywnej produkcji zwierzęcej na lokalny teren, na jakość wód, rolnictwo – zarówno konwencjonalne, jak i ekologiczne – i na turystykę. Mówią też o nieludzkim traktowaniu zwierząt. Zazwyczaj mówi się, że lokalnej społeczności najbardziej przeszkadza odór. Ale to jest wierzchołek góry lodowej, tych uciążliwości jest dużo więcej. Z badań ekspertów wynika, że następuje zanieczyszczenie środowiska. Powstająca na fermie emisja związków azotu i fosforu, amoniaku, metanu, a także pozostałości antybiotyków i hormonów zanieczyszczają glebę, wodę i powietrze. To wszystko ma ogromne konsekwencje zdrowotne dla mieszkańców, chorują dorośli i przede wszystkim dzieci. Zagrożeniem są też choroby drobiu np. ptasia grypa, która przenosi się na drób lokalnych rolników. Spada też wartość naszych nieruchomości. 

Na terenie północnej Lubelszczyzny ze względu na jej walory krajobrazowe i środowiskowe zachęcano ludzi, również za pomocą środków unijnych, do rozwijania turystyki i agroturystyki. Ludzie zainwestowali własne pieniądze, wzięli dotacje, rozwijają swoje biznesy. Gdy powstaną kurniki, turyści nie będą chcieli przyjeżdżać. Lokalne biznesy padną, a na odszkodowania, jak przy budowie autostrady, nie mają co liczyć. Ogromne kurniki spowodują upadek rolnictwa, także ekologicznego. Jak wiadomo, wymaga ono certyfikowania produktów. Jeżeli uchwalić Miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, który nie przewiduje tej inwestycji, ale inwestor odwołał się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które uwzględniło odwołanie. Postępowanie ruszyło więc od początku. Obecnie wokół wszystkich lokalizacji w naszym powiecie toczą się sprawy. Są na różnych etapach. W Kodniu już działają trzy fermy, a składane są wnioski o następne pozwolenia. Wnioski o pozwolenia na budowę ferm zostały złożone także w gminie Biała Podlaska – niestety w naszej okolicy następuje rozwój przemysłowych ferm drobiu. Na szczęście wójt gminy Sosnówka nie jest po stronie inwestora, natomiast są gminy, w których samorządy sprzyjają tym inwestycjom. Może taka inwestycja opłaca się gminie? Nie, nie opłaca się. Opłaca się tylko inwestorom. Przemysłowe fermy rejestrowane są jako specjalny dział produkcji rolnej i jedyny podatek, jaki odprowadzają do gminy, to podatek rolny. Ponieważ są to grunty klasy piątej i szóstej, to jest on bardzo niski. Podatki dochodowe są odprowadzane w miejscu, gdzie firma jest zarejestrowana. Czyli z jednej strony bardzo mały dochód dla gminy, a z drugiej zatrucie środowiska, zaburzone stosunki wodne, zniszczone drogi. Ze względu na zanieczyszczenie powietrza częściej chorują mieszkańcy, w szczególności dzieci. Koszty ponoszą mieszkańcy, a zysk trafia do inwestorów. Jak wyglądają konsultacje społeczne związane z lokalizacją ferm? Informacje o konsultacjach społecznych są np. wywieszane na małej kartce gdzieś na słupie. Jeżeli nikt nie zgłosi protestu, uważa się, że zostały one przeprowadzone. Teoretycznie konsultacje powinny być przeprowadzane, ale niestety w praktyce prawnej nie są one wiążące. Samorząd wydaje decyzję odmowną, inwestor się odwołuje, a sąd – jeżeli jedynym argumentem jest fakt, że lokalna ludność się nie godzi – uchyla tę decyzję. Konsultacje społeczne są pozorne i iluzoryczne. Na to, jak będzie wyglądało otoczenie, lokalna społeczności ma naprawdę niewielki wpływ. Mamy tak skonstruowane prawo, żeby wielcy inwestorzy mieli łatwiej. Czyli prawo w Polsce nie chroni lokalnej ludności przed takimi inwestycjami. Niestety nie. Gmina np. uchwala Miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, a sąd na wniosek inwestora go unieważnia. Jesteśmy w momencie zamiany planów miejscowych na ogólne. Inwestorzy korzystają więc z okazji i starają się bardzo szybko otrzymać pozwolenie na budowę, bo po zmianie może być trudniej. Postulujemy ogłoszenie moratorium na wydawanie takich zgód. W prawie powinny być zapisy o konieczności uwzględniania oczekiwań lokalnej społeczności. Powinno się także uwzględniać istniejące i planowane inwestycje w gminach ościennych. Uregulowania wymaga również sprawa raportów oddziaływania na środowisko – nie ma w tej chwili żadnych konsekwencji dla ich autorów, nawet gdy raport jest niezgodny ze stanem faktycznym i zawiera nieprawdziwe informacje. Zdarza się, że raport jest przygotowywany na zasadzie kopiuj-wklej. Niestety jest on oceniany tylko pod względem formalnym i to się musi zmienić. 

Protestujący podkreślają destrukcyjny wpływ intensywnej produkcji zwierzęcej na lokalny teren, na jakość wód, rolnictwo – zarówno konwencjonalne, jak i ekologiczne – i na turystykę. Mówią też o nieludzkim traktowaniu zwierząt

Zazwyczaj mówi się, że lokalnej społeczności najbardziej przeszkadza odór. Ale to jest wierzchołek góry lodowej, tych uciążliwości jest dużo więcej. Z badań ekspertów wynika, że następuje zanieczyszczenie środowiska. Powstająca na fermie emisja związków azotu i fosforu, amoniaku, metanu, a także pozostałości antybiotyków i hormonów zanieczyszczają glebę, wodę i powietrze. To wszystko ma ogromne konsekwencje zdrowotne dla mieszkańców, chorują dorośli i przede wszystkim dzieci. Zagrożeniem są też choroby drobiu np. ptasia grypa, która przenosi się na drób lokalnych rolników. Spada też wartość naszych nieruchomości. Na terenie północnej Lubelszczyzny ze względu na jej walory krajobrazowe i środowiskowe zachęcano ludzi, również za pomocą środków unijnych, do rozwijania turystyki i agroturystyki. Ludzie zainwestowali własne pieniądze, wzięli dotacje, rozwijają swoje biznesy. Gdy powstaną kurniki, turyści nie będą chcieli przyjeżdżać. Lokalne biznesy padną, a na odszkodowania, jak przy budowie autostrady, nie mają co liczyć. Ogromne kurniki spowodują upadek rolnictwa, także ekologicznego. Jak wiadomo, wymaga ono certyfikowania produktów. Jeżeli przemysłowe fermy zatrują glebę i wodę, rolnicy mogą mieć problem z otrzymaniem certyfikatu. 

Zwolennicy ferm mówią, że coś musimy jeść, a dzięki fermom mamy dostęp do taniego mięsa. 

Rzeczywiście to mięso jest tanie, ale 60% produkcji trafia na eksport. Drób z ferm przemysłowych nie stanowi więc zabezpieczenia dla naszego bezpieczeństwa żywnościowego. Jesteśmy jako kraj poważnym eksporterem mięsa, niestety dzieje się to kosztem naszego środowiska i zdrowia, a także kosztem dobrostanu zwierząt hodowanych w bardzo trudnych warunkach.

Dziękuję za rozmowę.

Z Agnieszką Melkowską, kobietą zaangażowaną, mieszkanką Podlasia, rozmawia Paulina Jeziorek z Fundacji Agro-Perma-Lab
„Istnieje pogląd, że rolnicy nic nie robią, tylko narzekają, ale to nie jest prawda. Oni narzekają wtedy, kiedy czują, że ich praca nie jest doceniana. A że ta praca jest ciężka, nikt wątpić nie powinien”. 

Paulina Jeziorek, AgroPermaLab

Paulina Jeziorek: Agnieszko, połączyła nas troska o jakość żywności oraz projekt Kobiece Mosty. Według mnie jesteś właśnie taką Kobietą-Mostem, która rozumie i miasto i wieś, widzi problemy wytwórców czyli rolników, jednocześnie rozumie też potrzeby konsumentów. Wiem, że w pracy zawodowej miałaś wiele kontaktów z rolnikami. Angażujesz się też w działania oddolne na rzecz zmiany systemu żywnościowego. Uważam, że twoje spojrzenie zawiera ciepło wobec ludzi i dawkę realizmu. A czy z perspektywy swojego doświadczenia wierzysz w oddolną siłę zmiany, w kobiecą sprawczość? 

Agnieszka Melkowska: Myślę, że patrząc z perspektywy dużego miasta, ludzie rzeczywiście potrafią się zjednoczyć. Mam na myśli działania i protesty, aktywność w organizacjach. Natomiast, jeżeli chodzi o środowisko mniejszych miejscowości, w którym w tej chwili mieszkam, czyli Podlasie, to mam pewne wątpliwości. Może po prostu wiele rzeczy dociera tu później? Zauważam, że nawet mieszkańcy wsi, którzy mają ziemię i możliwości, zakupy robią w Biedronce, a Koła Gospodyń Wiejskich gotują bazując na produktach z marketów. Może to brak czasu ludzi mieszkających na wsi? My czasami idealizujemy wiejskie życie. Wiem, że na wsi jest grono ludzi, którzy żyją w sposób zgodny z agroekologią, szukając harmonii między przyrodą a człowiekiem, z przekonaniem, że nie trzeba przyrody tak eksploatować i wykorzystywać. Ale to nadal jest kropla w morzu.

 Jednak kropla drąży skałę i ekologiczna świadomość buduje się powoli. Myślisz, że w mniejszych miastach to kobiety pełnią wiodącą rolę w przekazywaniu nowych idei?

Może trzeba zaakceptować, że chodzi o bardzo powolne i stopniowe działanie. Tak, to kobiety mają potrzebę jednoczenia się i wspólnego działania.

Choć nie pochodzisz ze wsi, to napatrzyłaś się na życie rolników. Pracowałaś w dziale sprzedaży produktów dla krów mlecznych i dzięki temu odwiedziłaś wiele gospodarstw na Podlasiu. Czym konkretnie się zajmowałaś? 

Agnieszka Melkowska

Agnieszka Melkowska

Sprzedawałam suplementy dla krów, maści, produkty pielęgnacyjne. Mój region handlowy to była połowa Podlasia. Tutaj rolnictwo jest mocno zróżnicowane. W zachodniej i północnej części są wielkie gospodarstwa, nawet takie do trzystu albo pięciuset krów. A we wschodniej części te gospodarstwa są mniejsze. Obsługiwałam małe i duże gospodarstwa. W bazie naszej firmy miałam ich kilkaset i dodatkowo obsługiwałam takie, do których sama dotarłam.

Co takiego zobaczyłaś, gdy tak jeździłaś od gospodarstwa do gospodarstwa i rozmawiałaś z rolnikami? Jakie były twoje obserwacje i spostrzeżenia? 

Oczywiście trafiałam na gospodarstwa, gdzie dbano o dobrostan zwierząt. Gdzie działano z poszanowaniem dla naturalnego cyklu życia i potrzeb zwierząt. Krowy były na pastwiskach i miały dostęp do rzeki, w której mogły się chłodzić latem. Ale paradoksalnie to ekologiczne gospodarstwa miały małe obórki dla krów na zimę. Bo tam, gdzie bardziej dba się o dobrostan zwierząt, tam jest mniej pieniędzy na rozwój gospodarstwa. Rolnicy zorientowani ekologicznie to zazwyczaj nie są rolnicy w wielkich ciągnikach, z ogromnymi oborami. Te gospodarstwa kojarzą mi się właśnie z rodzinnym biznesem, gdzie chodzi o przetrwanie, godne przetrwanie, normalne życie. Natomiast o wiele więcej jest gospodarstw, gdzie krów jest dużo i są tam mocno eksploatowane. Całe życie stoją w oborze na łańcuchu albo chodzą po niej luzem, ale świeżego powietrza raczej nie zaznają, a nieba nie zobaczą. Rozmawiałam z tymi ludźmi, mówili, że krowy się lepiej hodowały, gdy wychodziły na zewnątrz. Słońce i świeża trawa lepiej na nie działają, ale nie ma pracowników, którzy by przeprowadzili stado np. stu krów przez wieś. W takim wypadku nie wystarczy już kawałek pola za stodołą, to musi być ogromne pastwisko, a tacy hodowcy mają porozrzucaną ziemię po całej gminie. I któż by miał tam te krowy przeprowadzić, a potem je z powrotem odprowadzić na udój dwa razy w ciągu dnia? To nie jest kwestia braku chęci, lecz braku możliwości. Obecnie brakuje rąk do pracy na wsi, a rolnicy często bazują na swoich zasobach rodzinnych. Gospodarstwo prowadzi zazwyczaj mąż z żoną, jak są starsze dzieci, to pomagają – zdarza się, że z przymusu. Często rolnicy mówili mi, że nie chcieliby takiego losu dla swoich dzieci. Chcieliby, żeby ich dzieci się kształciły i szły do miasta, bo praca na roli to ciężkie życie. Synowie, którzy się rolą interesują, chcą raczej uprawiać ziemię, a nie krowy doić. Istnieje pogląd, że rolnicy nic nie robią, tylko narzekają, ale to nie jest prawda. Oni narzekają wtedy, kiedy czują, że ta ciężka praca nie jest doceniana. A że ta praca jest ciężka, nikt nie powinien wątpić. Świątek, piątek czy niedziela krowy trzeba doić. Niektórzy nie mogą być nawet na weselu własnych dzieci, bo krowa zaczyna się cielić i trzeba biec do obory. Jak idzie dobrze, to zarabiają sporo pieniędzy i dlatego mają wielkie domy, dobre samochody. Ale oni na nic innego nie mają gdzie wydawać. Kupowanie ubrań jest dla nich raczej średnio atrakcyjne, bo przeważnie i tak nie mają gdzie wyjść. Wycieczki zagraniczne też nie bardzo, bo nie ma ich kto zastąpić w gospodarstwie. Ich gospodarstwo to jest dla nich cały świat. 

Jeśli chodzi o dobrostan zwierząt, w tym krów, Zielony Ład zakłada że zwierzę powinno mieć godne biologiczne warunki dla swojego funkcjonowania i realizowania potrzeb gatunkowych. Na ile to wszystko jest realne w systemie, który obserwowałaś?

Bardzo bym sobie tego życzyła, bo chciałabym podkreślić, że jestem przeciwna hodowli przemysłowej. Jednak nie można zrzucać całej odpowiedzialności na rolników. Jeżdżąc od gospodarstwa do gospodarstwa widziałam, że cały ten system produkcji – mówię tutaj o produkcji mleka – jest z gruntu chory. Dlaczego? Dlatego, że rolnika nie nagradza się za jakość mleka, ale za ilość. Promowani są ci rolnicy, którzy oddają więcej mleka. Jeżeli rolnik dbając o dobrostan zwierząt decyduje się na mniejszą ilość krów w oborze, bardziej naturalne sposoby ich żywienia, nienapędzanie produkcji mlecznej w wymieniu i nieeksploatowanie krowy przez cały rok, to automatycznie zarabia mniej pieniędzy. Jest karany przez mleczarnię za swoje podejście. Każda mleczarnia to państwo w państwie, ma swoje ustalenia, swoje parametry. Także to chyba powinno być elementem zainteresowania, bo działalność mleczarni bezpośrednio wpływa na podejście rolników i hodowców.

Przekleństwo produktywności. Twoim zdaniem wprowadzając regulacje powinno się zacząć np. od regulacji względem mleczarni, a nie rolników? 

Tak wynika z mojej dedukcji. Bardzo pomogłoby, gdyby ten rolnik i to zwierzę były traktowane podmiotowo, a nie przedmiotowo. O tym, jak źle traktowani są rolnicy przez mleczarnie słyszałam mnóstwo historii. Kolejna sprawa jest taka, że to przecież nie rolnicy spowodowali, że najpopularniejszą rasą krów w Polsce jest rasa holsztyńsko-fryzyjska, tak zwane HF-ki. Ta rasa jest wydajna, gdy chodzi o mleko, ale jest bardzo chorowita. Drobne zaniedbanie powoduje lawinową ilość schorzeń u takiej krowy. Te krowy mają chore racice, wymiona, wątroby. Ich genetyka sprawia, że dbanie o nie to przede wszystkim niedopuszczanie do chorób, a zajmuje to bardzo dużo czasu. Na przykład połowa stada ma zapalenie wymienia i trzeba im podać antybiotyk, bo nic innego nie działa. Jak taki rolnik ma być zrelaksowany i dbać o dobrostan zwierząt? Przez chore krowy narażone są cielaki. A mówi się, że cielęta powinny stać przy matkach swobodnie, ale w tym środowisku, gdy powietrze jest ciężkie od mocznika, cielęta chorują na płuca, mają rozwolnienie. Trzymanie cieląt osobno, w specjalnych budkach, jest w mniemaniu rolników działaniem dla dobra tych cielaków. Nie wiem co gorsze, ale te cielaki, które są separowane w budkach, mniej chorują. A cielęta są bardzo chorowite.

I stąd też konieczność sprzedawania preparatów i odżywek, które oferowałaś rolnikom? 

Tak. Akurat firma, w której pracowałam, promowała naturalne metody zapobiegania pewnym chorobom i leczenia, ale nawet nasza zootechniczka mówiła, że krowy rasy HF, są tak podatne na niektóre schorzenia, że w pewnych przypadkach nie ma rady, potrzebny jest antybiotyk. Mówiła, że nie ma co rolnikom przedstawiać wizji, że pomogą naturalne preparaty, bo nie pomogą. Dlatego pytam, jak można oczekiwać od rolników, że zaprzestaną pewnych działań, gdy system jest tak skonstruowany, że ich za te działania wynagradza? Gdyby rolników nagradzano za stosowanie mniejszej ilości nawozów, pestycydów, czy dbanie o dobrostan zwierząt, można by osiągnąć lepsze efekty. Tyle się mówi o tym, że krowa mleczna przez cały rok jest w laktacji, że to jest sztucznie napędzane. No cóż, krowa w gospodarstwie nie jest hodowana po to, żeby jej było dobrze, tylko żeby rolnik na niej zarabiał. Ale jeżeli edukować by rolników i pokazywać, że dłuższe przerwy w laktacji wpływają potem na produktywność krowy, bo jej wymię może się zregenerować, że gdy krowa nie daje mleka, to składniki odżywcze krążą w jej organizmie i jest przez to zdrowsza i silniejsza, i w długofalowym działaniu to przynosi efekty ekonomiczne, bo mleko ma lepsze parametry, nie wydaje się tyle na weterynarzy, antybiotyki, itd? A gdyby wynagradzano rolników za to, że dłużej pozwalają tej krowie odpocząć? To są elementy, na które należy kłaść nacisk. A nie żądanie typu: wybudujcie cielętnik, bo krowy, które się ocieliły, powinny stać z cielakami. To dla niektórych rolników jest po prostu nie do spełnienia. I to nie kwestia złej woli, ale braku pieniędzy czy możliwości. 

Czyli twoim zdaniem stawia się przed rolnikami bardzo dużo wymagań, a jednocześnie jest za mało edukacji, podmiotowego traktowania tych rolników, przyglądania się ich realnym problemom, z którymi się zmagają?

Tak, dokładnie. Podam kolejny przykład, który dotyczy już regulacji krajowych. Oczekuje się, że po nawiezieniu obornika na pole, będzie on w odpowiednio szybkim czasie przysypany ziemią, tak żeby nie emitował dwutlenku węgla do atmosfery. Trzeba rozwieźć obornik, zrobić zdjęcia i potem przysypać obornik i znowu zrobić zdjęcia. Bardzo chwalebne, tak? Ale wielu rolników z różnych stron Podlasia mówiło mi, że to jest wymyślone przez kogoś zza biurka, kto chyba nigdy na gospodarstwie nie był. To, czego się oczekuje jest logistycznie niemożliwe do wykonania. Rolnicy mówili: a gdybym ja chciał ten obornik przysypać w tym czasie, co oni oczekują, to kto mi krowy wydoi? A krowy nie zaczekają. I mam taki wybór – przysypywać obornik czy doić krowy? A tych obowiązków w gospodarstwie każdego dnia jest tyle, że dokładanie tym ludziom jeszcze czegoś, i jeszcze czegoś, powoduje, że im się w końcu ulewa. Podam inny przykład, o którym rolnicy mi mówili, i wydaje mi się, że jest w tym dużo logiki. Rolnicy oddają próbki gleby do laboratorium, dostają wytyczne czego glebie brakuje, czym nawozić. I uwierz mi, te wszystkie nawozy i środki ochrony roślin są w tej chwili tak drogie, że jeżeli ktoś dostanie wytyczne, jak nawozić glebę, to grama więcej nie posypie, bo to strata ekonomiczna. Oddają więc próbkę gleby do badania, tam im mówią ile nawieźć, żeby nie było problemu z plonem, a potem słyszą, że mają zmniejszyć nawożenie? Chyba nie tędy droga. Może nie tak powinno się wprowadzać te zmiany, zaczynając od rolników? Trudno oczekiwać, że ktoś nawiezie glebę, wiedząc, że to za mało dla roślin, które planuje wysiać. Przecież to wszystko kosztuje, tak? I ziarno, które siejesz, i paliwo do ciągnika, i rolnik ma sobie spokojnie patrzeć, wiedząc, że to za mało nawozu dla obfitych plonów, ale jest dobrze dla ekologii? Jeżeli rolnicy będą mieli na przykład za mało kukurydzy, to nie będą mieli czym nakarmić krów, bo robią kiszonki z kukurydzy dla swoich krów na cały rok. 

Z tego co mówisz regulacje powinny być wprowadzane najlepiej na wszystkich odcinkach na raz. I potrzeba więcej dialogu i troski o rolników. 

Tak, jest za mało troski, za mało dialogu z nimi. Niektórzy to naprawdę bardzo elokwentni, wykształceni ludzie, którzy doskonale sobie radzą i z komputerami, szukaniem informacji, prowadzeniem hodowli w bardziej zrównoważony sposób, jednak część z nich, szczególnie starszych rolników, to ludzie, którzy albo nie mają już sił albo czasu na samodzielne dokształcanie się. I jest takie przekonanie społeczne, że z rolnikami się trudno rozmawia. No czasem pewnie tak. Sama też miałam takie sytuacje. Ale kiedy widać, że człowiek naprawdę rozumie ich problemy, oni chcą się otworzyć. To są naprawdę fajni ludzie. Myślę, że cały czas jest za mało dialogu z nimi, że są traktowani jak taki „chłopek roztropek”, co to nawet się wysłowić poprawnie po polsku nie potrafi. To podejście powinno się zmienić. Pochodzisz z Kujaw i mieszkając w Bydgoszczy nie miałaś związku z rolnictwem. Skąd w tobie to zrozumienie dla wsi i troska, która pozwala ci być KobietąMostem, łączącą wieś z miastem? Na Kujawach nie miałam kontaktu z wsią. Co prawda moja mama pochodzi ze wsi i w dzieciństwie dużo czasu spędzałam u babci na wsi. Ale to były naprawdę dawne czasy i takie rolnictwo, które pamiętam z mojego dzieciństwa – gdzie babcia hodowała pięć krów, dwa prosiaki, kury, kaczki – już nie istnieje. Mój związek z wsią był wyidealizowany na pewno, bo idealizujemy to, co się działo w naszym dzieciństwie. Mieszkałam całe życie w dużym mieście, w Bydgoszczy, aż niedawno przeprowadziłam się na Podlasie. Plan jest taki, że będę kiedyś mieszkała na wsi, ale na razie mieszkam w Hajnówce, mieście powiatowym. Kontakt z tutejszą współczesną wsią był dla mnie szokiem, gdy zobaczyłam, jak to w tej chwili wygląda – czego nie wolno rolnikom, co muszą.

Czy lokalność jest na Podlasiu silnie odczuwalna?

Tak, tak, to prawda. Miasto jest niemalże otoczone puszczą białowieską, więc kontakt z przyrodą jest na wyciągnięcie ręki. Dużo jest lokalnych inicjatyw, jarmarków z lokalną żywnością i rękodziełem, ale też ryneczek w każdym miasteczku w okolicy. Wybranego dnia tygodnia zjeżdżają handlarze i rolnicy z własnymi płodami rolnymi. To trwa od rana do południa mniej więcej. Są stragany albo nawet na ziemi ludzie wystawiają swoje produkty. Wystarczy wyjechać za miasto i prawie w każdej wsi można kupić jajka. Dużo jest też miejsc, gdzie można kupić sery własnej produkcji. Zresztą w Hajnówce też jest lokalna wytwórnia serów na mleku od gospodarzy spod Hajnówki. 

Ale myślisz, że ta lokalność się rozwija czy też istnieje, bo jeszcze nie została zniszczona przez dominujące przemysłowe podejście?

Czy lokalność jest na Podlasiu zagrożona? Akurat jeżeli chodzi o Hajnówkę, ale i o inne miasta powiatowe, gdzie odbywają się tak zwane ryneczki, to tradycja tak mocno zakorzeniona, że nie jest zagrożona, moim zdaniem. Taki ryneczek to jest wydarzenie i każdy próbuje na nie znaleźć choć godzinę. Natomiast jarmarki, święta miodu i podobne wydarzenia cykliczne to są chyba rzeczy nowe. I one z kolei mają szansę na rozwój, bo widać po zainteresowaniu, po tym jak dużo ludzi zjeżdża, że jest potrzeba w narodzie. 

Agroekologia to podejście, które promuje ekologiczną i etyczną żywność, próbuje połączyć producentów i konsumentów i tworzyć rynek w opozycji do korporacyjnego systemu dystrybucji żywności. Czy coś takiego się właśnie dzieje na Podlasiu? Czy dzięki ryneczkom i jarmarkom istnieje więcej połączeń między rolnikami a konsumentami i tworzy się alternatywny rynek? 

Wydaje mi się, że tak. Może akurat powiem nie o samym rolnictwie, ale na przykład o producentach miodu. Jest ich tutaj coraz więcej i widzę więcej miejsc, gdzie są ule, również w Puszczy Białowieskiej można się na nie natknąć. Jarmarki i inne wydarzenia spowodowały, że ludzie na nowo docenili właściwości miodu i mają świadomość, że aby miód miał skuteczne działanie, powinien być wytwarzany w odpowiedni sposób. W związku z tym jest coraz więcej ekologicznych wytwórców miodu. I tak sobie myślę, że może to jest taki zaczątek? Jeśli tutaj tak to podziałało, może w innych gałęziach rolnictwa też podziała? Że coś takiego się tworzy, że można wykreować u ludzi potrzebę, żeby szukali warzyw i owoców – ogólnie żywności – ze sprawdzonych źródeł? Czyli jednak jest nadzieja… 

Agnieszka Melkowska – uczestniczka projektu Kobiece Mosty poświęconego współpracy miasta i wsi w kontekście żywności, realizowanego przez fundację Agro-Perma-Lab. Absolwentka studiów marketingowych, a także rolniczych podyplomowych.

 Paulina Jeziorek – członkini działającej w obszarze agroekologii fundacji Agro-Perma-Lab; ogrodniczka miejska, współzałożycielka ogrodu społecznościowego Wspólny Ogród SDK w Warszawie; założycielka Jadalnego Ogrodu KOI na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, gdzie obecnie pracuje

 

Straty w plonach, nowe choroby roślin, zwierząt i ludzi, zanieczyszczenie środowiska, nieznośne upały – to nowa rzeczywistość, w której musimy żyć. W wielu przypadkach szukanie winnych tej sytuacji przypomina bardziej polowanie na czarownice niż próbę dotarcia do prawdziwych przyczyn naszych problemów. Politycy, wielkie korporacje i miliarderzy, odpowiedzialni w największym stopniu za degradację środowiska i kryzys klimatyczny, umykają z celownika opinii publicznej. Zamiast nich pod pręgierz dostają się różne grupy społeczne, często same w największym stopniu odczuwające skutki zmiany klimatu, w tym rolnicy. 
Rolnictwo straci na kryzysie klimatycznym jeszcze więcej 

Dobitnie pokazał to chociażby obecny rok. Bardzo ciepły koniec zimy spowodował, że rośliny zaczęły się rozwijać wyjątkowo wcześnie, niektóre już w lutym. W tej sytuacji wiosenne przymrozki – które będą się pojawiać w Polsce jeszcze przez wiele dekad, jeśli nie stuleci, ze względu na nasze położenie geograficzne – zniszczyły dużo upraw. Plony winogron i innych owoców, a nawet rzepaku, zostały w części gospodarstw utracone całkowicie. 50 i więcej lat temu tak wczesne ruszenie wegetacji byłoby praktycznie niemożliwe – dzięki temu rośliny miały większe szanse przetrwać przymrozki, gdyż pączki są bardziej odporne na spadki temperatur niż rozwinięte kwiaty czy liście. Jednak wraz ze wzrostem globalnej temperatury, rośnie prawdopodobieństwo takich zdarzeń jak tegoroczne. Wzrasta też zagrożenie suszami. W 2024 r. pojawiły się na dużych obszarach już w maju, a lokalnie w kwietniu, co spowodowało, że szybko zapomnieliśmy o mokrej zimie. Ekstremalne upały i nawalne deszcze latem również nie sprzyjały wysokim plonom. 

Oczy zamknięte na zmianę (klimatu) 

Te problemy są dobrze znane rolnikom już od dłuższego czasu. Choć od co najmniej 30 lat (pierwszy raport IPCC* ukazał się w 1991 r.) wiadomo, że rolnictwo bardzo silnie odczuje skutki kryzysu klimatycznego, rządy w Polsce nie za bardzo się tym przejmowały. Zamiast szykować plan adaptacji i wsparcia rolników, wielu polityków wręcz negowało, że zmiana klimatu ma miejsce i torpedowało wszelkie pomysły mające na celu zahamowanie wzrostu globalnej temperatury. Ci sami politycy nie mają teraz nic sensownego do powiedzenia rolnikom, może poza tym, że będą wypłacane rekompensaty za straty spowodowane przymrozkami, suszami lub innymi niekorzystnymi zjawiskami pogodowymi. Tyle, że rekompensaty nie są w stanie dostarczyć żywności. Nie są też czymś, w oparciu o co rolnik może rozwijać swój biznes. 

Strategicznego, długofalowego, konkretnego (!) planu adaptacji polskiego rolnictwa do zmiany klimatu nie ma. Wielu rolników próbuje radzić sobie na własną rękę budując oczka wodne, zakładając nawodnienia, wprowadzając nowe odmiany roślin lub zmieniając metody upraw. Sporo napotyka jednak różne bariery – począwszy od finansowych. Ale nie chodzi tylko i wyłącznie o brak pieniędzy. 

Dużo i tanio, ale jakim kosztem? 

Przez dekady za główny cel rolnictwa uznawano jak największą produkcję żywności. Za najskuteczniejszy sposób przyjęto stosowanie nawozów sztucznych, chemicznych środków ochrony roślin oraz rozwój technologiczny i biotechnologiczny (np. GMO), bez większej refleksji nad ich wpływem na przyrodę i klimat. Jak najwięcej oznaczało także wielohektarowe monokultury i koncentrację produkcji zwierzęcej. Wszystko pod sztandarem walki z głodem na świecie. Zjawisko głodu jednak nie znikło, a zaczęły pojawiać się nowe problemy, w tym spadek liczby małych gospodarstw rolnych, pogłębienie ubóstwa i migracja z obszarów wiejskich do miast. Utrata małych gospodarstw dotknęła także Unię Europejską, a w szczególności Polskę, w której od 2004 r. zniknął ich ponad milion. Ponadto podporządkowanie rolnictwa bezwzględnej grze rynkowej spowodowało konieczność intensyfikacji i specjalizacji produkcji rolnej, a zatem coraz większe korzystanie z metod o wysokim koszcie środowiskowym. 

Teraz „nagle” okazuje się, że ten koszt jest zbyt wysoki i musimy go gwałtownie zmniejszyć. Intensyfikacja nie jest już pożądana. Do tego gospodarstwa, które nastawiły się na jeden typ produkcji, często wręcz na jedną główną uprawę, ponoszą duże straty w obliczu kryzysu klimatycznego. Rolnicy znaleźli się w trudnej sytuacji. Podczas gdy ich inwestycje być może jeszcze się nie zwróciły, oczekuje się od nich kolejnych, wiążących się nierzadko z wysokimi kosztami, przekształceń w gospodarstwach. To oni okazują się nagle winni różnych problemów ze środowiskiem i są traktowani jak hamulcowi postępu. Mało kto jednak wskazuje na realia rynkowe (import żywności, złożoność łańcuchów dostaw, zmieniające się prawo itp.), które wymusiły na rolnikach pewne modele gospodarowania. Jeśli nic się nie zmieni w tych realiach, czy rolnicy nie znajdą się w sytuacji bez wyjścia? Mają produkować żywność w sposób jak najmniej szkodliwy dla środowiska, jednocześnie konkurując ceną z wielkimi konsorcjami rolniczymi, które mogą robić praktycznie co chcą. Nic dziwnego, że mogą mieć poczucie, że to niesprawiedliwe. 

Szukanie kozłów ofiarnych 

Dla wielu osób myślenie, że winni problemów środowiskowych są przede wszystkim rolnicy, może być wygodne. Jednak nie zamaskuje to faktu, że prawdziwym problemem jest jak zwykle polityka, brak długofalowych, opartych na wiedzy naukowej strategii rozwoju, brak prób szerszych zmian w gospodarce. Zamiast tego, gdy grunt zaczyna nam się palić pod nogami – gdy zaczynamy w Europie coraz częściej tracić plony, chorować i ponosić coraz większe straty ekonomiczne – po prostu próbujemy różnych rzeczy. Taką próbą poprawy sytuacji jest Zielony Ład. Nawet jeśli ten projekt nie jest doskonały – czy jest dla niego jakaś alternatywa? Udawanie, że nic się nie dzieje ze środowiskiem i pozostawienie status quo doprowadziłoby nas tylko do jeszcze większej katastrofy. Potrzebujemy zmian, dzięki którym chociaż trochę łatwiej poradzimy sobie ze skutkami wzrostu globalnej temperatury – adaptacja jest po prostu konieczna. Dotyczy to też rolnictwa, które jak mało która dziedzina gospodarki jest w tak dużym stopniu uzależnione od warunków pogodowych. Musimy zacząć działać już, żebyśmy w przyszłości nadal mogli cieszyć się polską żywnością, zamiast coraz bardziej polegać na imporcie. 

Adaptacja – sprawiedliwa i systemowa 

Adaptacja do zmiany klimatu nie może jednak zostać zrzucona na barki pojedynczych rolników. Musi być systemowa. Inaczej ci, którzy mają możliwości i pieniądze będą w dużo lepszej pozycji niż ci, którzy próbują prowadzić gospodarstwa mimo piętrzących się przeciwności. Potrzebna jest solidarność wśród rolników – nie może być tak, że jedno gospodarstwo ze studnią głębinową będzie pobierać tak dużo wody do nawodnień, że dla innych już nie starczy. Potrzebne są rozwiązania prawne, które systemowo wesprą adaptację do zmiany klimatu – tak, aby nie stracili na niej najsłabsi. W jakimś stopniu taki jest też cel rozwiązań w ramach Zielonego Ładu. Pewne wymogi dotyczące zarządzania gruntami rolnymi zgodnie z ochroną środowiska (GAEC) są też de facto próbą stworzenia adaptacji systemowej. Pojawiające się tu rozwiązania, podobnie jak wiele propozycji z ekoschematów, zostały opisane chociażby w raportach IPCC. Chodzi m.in. o lepsze zarządzanie glebą (np. stosowanie międzyplonów, zmianowania) czy retencjonowanie wody, gdzie się tylko da – do tego świetnie nadają się torfowiska a także wiele łąk, warto więc je zachowywać w nienaruszonym stanie. 

Bez dialogu się nie uda 

Ekoschematy można uznać za rodzaj płatności za usługi ekosystemowe. Takimi usługami są np. naturalne oczyszczanie wody, zachowanie i zwiększanie różnorodności biologicznej. Gospodarstwa rolne, które stosują rozwiązania korzystne dla środowiska mogą – oprócz produkowania dobrej jakości żywności – dostarczać takie usługi. Przykładem jest siew roślin miododajnych (płatny w ramach ekoschematów) zapewniających pokarm dzikim owadom zapylającym. W ten sposób rolnicy mogą zostać włączeni do systemu ochrony przyrody nie rezygnując z prowadzenia gospodarstw. Można powiedzieć, że podwójne zwycięstwo. Jednak nie zawsze w rzeczywistości jest to takie proste. Ekoschematy to działania, których celem jest ochrona środowiska i klimatu. Rolnicy otrzymują płatności za stosowanie praktyk przewidzianych w ekoschematach, np. zmianowanie upraw, zwiększenie retencji wody, utrzymywanie pokrywy roślinnej na glebie albo siew roślin miododajnych. Tym samym dostarczają także usług ekosystemowych poprawiając jakość gleby, ograniczając z niej ucieczkę węgla organicznego i innych składników odżywczych, zwiększając różnorodność biologiczną i zapewniając pokarm owadom zapylajacym. Jest to korzystne połączenie produkcji rolnej z ochroną środowiska i klimatu. Obecna polityka jest dość ułomna i wprowadzana w sposób, który może budzić sprzeciw. Być może podczas jej tworzenia zabrakło rozmów z rolnikami, dokładnego wysłuchania ich obaw, skorzystania z ich wiedzy na temat funkcjonowania agrosystemów. Być może pewne rzeczy powinny były zostać zrobione 30 lat temu i być może inaczej. Jednak teraz pozostaje nam tylko próbować tak wykorzystać prawo, które mamy, aby wszyscy na tym zyskali – zarówno rolnicy jak i pozostali obywatele Polski. * IPCC Międzyrządowy Panel ds Zmiany Klimatu, specjalne ciało doradcze składające się z naukowców przy ONZ. 

Anna Sierpińska – popularyzatorka nauki, od 8 lat związana z portalem „Nauka o klimacie”. Ekspertka w temacie wpływu kryzysu klimatycznego na środowisko przyrodnicze (kwestie dotyczące m.in. różnorodności biologicznej, rolnictwa, zdrowia ludzi i zwierząt). Absolwentka warszawskiej SGGW, dyplomowana rolniczka. Laureatka (wraz z zespołem) konkursu Popularyzator Nauki w 2017 r. i POP Science w 2022 r.

Bez zmian w rolnictwie nie da się osiągnąć neutralności klimatycznej. Z drugiej strony ten sektor jest wśród najbardziej narażonych na skutki katastrofy klimatycznej. Dlatego klimat pozostanie ważnym elementem polityki rolnej Unii Europejskiej. W tej kadencji Komisja przyjmie jednak nieco inne podejście. 
Punkt pierwszy. Dialog 

W ubiegłym roku w większości państw UE miały miejsce rolnicze protesty, skierowane między innymi przeciwko Europejskiemu Zielonemu Ładowi. Część protestujących domagała się jego odrzucenia, chociaż nie zawsze było jasne, co dokładnie mają na myśli, mówiąc o Zielonym Ładzie. Niemniej, był to głos obywateli, do którego unijne instytucje musiały się odnieść. 

Zielony Ład jest wyrazem strategicznych ambicji UE dotyczących osiągnięcia neutralności klimatycznej najpóźniej do 2050 r. Porzucenie ich nie wchodzi w grę z wielu powodów. Państwa UE widzą w zielonej transformacji drogę do zwiększania swojej konkurencyjności na arenie globalnej, szanse dla rozwoju gospodarczego, impuls dla inwestycji i innowacji. Zielona transformacja jest dla UE również sposobem na zagwarantowanie sobie bezpieczeństwa w wielu wymiarach, poczynając od energetycznego, przez geopolityczne, po żywnościowe. Przede wszystkim jednak jej celem jest zahamowanie zmian klimatu i zapobieżenie kataklizmom, takim jak tegoroczne tragiczne pożary w Kalifornii. Rolnictwo jest jednym z sektorów najbardziej narażonych na skutki susz, powodzi, anomalnych temperatur, huraganów, gradobić i pożarów. Jednocześnie jest sektorem mającym istotny udział w łącznych emisjach gazów cieplarnianych i negatywnie wpływającym na ekosystemy i usługi ekosystemowe, bez których nie mogłoby istnieć. Innymi słowy, o bezpieczny klimat i zdrowe środowisko trzeba walczyć dla rolników (i oczywiście dla nas, konsumentów wytwarzanej przez nich żywności), ale da się to robić tylko z rolnikami. Trzeba się zatem w tej sprawie dogadać. 

Dlatego też wiosną 2024 r. przewodnicząca KE zwołała tzw. dialog strategiczny nt. przyszłości rolnictwa, czyli kilkumiesięczną naradę z udziałem rolników, sektora rolno-spożywczego, konsumentów, organizacji ekologicznych, przedstawicieli społeczności wiejskich, instytucji finansowych i naukowców. W opublikowanym we wrześniu 2024 r. raporcie przedstawiono wspólne wnioski i rekomendacje dotyczące kierunków i priorytetów unijnej polityki rolnej. Dotyczą one nie tylko meritum (o tym za chwilę), ale też sposobu wypracowywania nowych rozwiązań i inicjatyw w przyszłości. Dialog strategiczny okazał się użytecznym forum dyskusji pomiędzy różnymi grupami interesariuszy. Aby przyszła polityka rolna była tworzona w podobnym duchu współpracy, zaufania i partycypacji, ma powstać Europejska Rada ds. Rolnictwa i Żywności. Jej powołanie będzie jednym z pierwszych zadań nowego komisarza ds. rolnictwa, luksemburczyka Christophe’a Hansena. Komisarz Hansen został również zobowiązany do zwalczania dezinformacji dotyczącej rolnictwa, po to, by dalszy dialog odbywał się w warunkach racjonalnej debaty wolnej od manipulacji i opartej na faktach. 

Punkt drugi. Odporność 

Skutki zmian klimatu, w połączeniu z degradacją ekosystemów i zanieczyszczeniem środowiska, coraz mocniej dotykają rolnictwa i zaczynają zagrażać bezpieczeństwu żywnościowemu Europy. Pierwszy unijny raport nt. skali zagrożeń klimatycznych, opublikowany w styczniu 2024 r. przez Europejską Agencję ds. Środowiska, wśród zagrożeń wymagających najpilniejszych działań wymienia ryzyka dla uprawy roślin, zwłaszcza na południu Europy, gdzie wpływ zmian klimatu objawia się najdotkliwiej, a także dla rybołówstwa. Na bezpieczeństwo żywnościowe w Europie będą również negatywnie wpływać wysokie ceny żywności i braki niektórych jej rodzajów, spowodowane katastrofami klimatycznymi w innych częściach świata. Ten ponury scenariusz nie przedstawia potencjalnej przyszłości, ale zjawiska, które już widać – przykładem może być chociażby rosnąca wartość strat ponoszonych przez polskich rolników (i rekompensowanych przez budżet państwa) z powodu występujących rok po roku susz. 

Dlatego Komisja w nowej kadencji stawia sobie za cel zwiększenie odporności rolnictwa na występujące już teraz skutki zmian klimatu. Konkretne działania, które posłużą temu celowi, zostaną przedstawione w dwóch dokumentach, które KE zamierza przygotować: planie adaptacji do zmian klimatu oraz wodnej strategii odporności. Prace nad tymi dokumentami dopiero trwają, ale wiemy już, że zdaniem uczestników dialogu strategicznego UE powinna zająć się m.in. problemami dotyczącymi dostępności ziemi rolnej: jej degradacją, utratą z powodu przeznaczania pól uprawnych na inne cele i zabudowywania ich, ale też trudnościami z dostępem do ziemi, z jakimi mierzą się młode osoby, które chciałyby założyć lub powiększyć gospodarstwo. Kluczowa, także dla Polski, będzie również kwestia dostępności wody dla rolnictwa, retencjonowania jej i zapobiegania suszom. 

Rolnicy sami mają w rękach klucz do rozwiązania wielu problemów dotyczących dostępności wody, ochrony gleb, zapobiegania zanieczyszczeniu środowiska i utracie usług ekosystemowych, takich jak praca owadów zapylających. Często wręcz zmiana dotychczasowych szkodliwych praktyk rolniczych jest jedynym sposobem na zwiększenie przyszłej odporności rolnictwa. Tak jest np. w przypadku łąk na glebach torfowych, których główną funkcją powinno być zatrzymywanie wody, a często są one przekształcane w grunty orne i tracą swoje retencyjne właściwości. Podobnie jest z zapylaczami, których populacje kurczą się z powodu obecności w środowisku syntetycznych pestycydów. Jednak zmiany w tych obszarach wywołały największy opór rolników, którzy poczuli się do nich przymuszani. W nowym podejściu zostanie przesunięty z wymogów i na zachęty i inwestycje.

Punkt trzeci. Szanse dla młodych rolniczek i rolników 

Rolnictwo stoi też przed wyzwaniami społecznymi i demograficznymi. W całej UE w sektorze pracuje ok. 17 mln osób, a ich średni wiek to 57 lat. Jeśli rolnictwo w UE ma przetrwać, potrzebuje wymiany pokoleniowej i napływu młodych osób do tego zawodu. Aby tak się stało, praca w rolnictwie musi być atrakcyjna i opłacalna. Kwestia dochodowości gospodarstw, ograniczanej przez rozmaite nakładające się na siebie czynniki, była najpoważniejszym wśród problemów podnoszonych przez protestujących rolników. Dlatego jednym z priorytetowych zadań nowego komisarza ds. rolnictwa i żywności będzie zapewnienie rolnikom uczciwej zapłaty za pracę. W tym celu rolnicy mają być lepiej chronieni przed nieuczciwymi praktykami handlowymi. Ich pozycja w łańcuchu wartości ma zostać wzmocniona, a sprzedawanie żywności po cenach niepokrywających kosztów ma odejść do przeszłości. 

Punkt czwarty. Ekologiczne wybory konsumenckie muszą być łatwiejsze 

Wpływ rolnictwa na stan planety zależy nie tylko od tego, jak rolnicy produkują żywność, lecz również od tego, co konsumenci chcą jeść. Raport z dialogu strategicznego zauważa, że mieszkańcy UE są coraz bardziej zainteresowani zwiększaniem udziału produktów roślinnych w swojej diecie i ograniczają spożycie mięsa i nabiału. Ten trend jest korzystny i dla planety, i dla zdrowia, dlatego powinien być wspierany. Wybór zdrowej diety z większym udziałem produktów roślinnych powinien być łatwy, atrakcyjny i cenowo przystępny. Komisarz Hansen wykluczył narzucane odgórnie ograniczenia spożycia mięsa, zgadza się jednak, że udział produktów zwierzęcych musi się zmniejszać. Uczestnicy dialogu strategicznego zarekomendowali przyjęcie przez Komisję specjalnego planu działań na rzecz żywności roślinnej, który wzmocniłby pozycję wszystkich uczestników łańcucha wartości w tym segmencie rynku, poczynając od rolników po konsumentów. 

Punkt piąty. Pieniądze 

Wprowadzenie w życie tych wszystkich zamierzeń będzie wymagało odpowiednich środków. Na decyzje o kształcie przyszłego budżetu dla rolnictwa trzeba będzie jeszcze poczekać. Już teraz wiemy jednak, że nowy komisarz opowiada się za utrzymaniem dużego budżetu wspólnej polityki rolnej. Dopłaty powinny jego zdaniem trafiać w większym stopniu do małych gospodarstw, powinien również zostać wprowadzony górny pułap wypłat. Dzięki temu środki trafiałyby przede wszystkim do czynnych rolników, którzy najbardziej ich potrzebują. Komisarz zamierza również istotnie ograniczyć ilość biurokratycznych formalności, jakie trzeba spełnić, by otrzymać pieniądze.

 Zarówno w raporcie z dialogu strategicznego, jak i w zapowiedziach komisarza Hansena, jest mowa o tym, że obszary wiejskie potrzebują także innych niż rolnictwo możliwości zarobkowania, zwłaszcza jeśli mają ponownie stać się atrakcyjnym miejscem do życia dla młodych ludzi. Stworzenie tych możliwości będzie wymagało inwestycji w inne sektory, np. wytwarzanie energii, które mogą być finansowane z unijnych środków na rozwój obszarów wiejskich. To może jednak nie wystarczyć. Dlatego Komisja zamierza stworzyć dogodne warunki do inwestowania dla kapitału prywatnego, wykorzystując środki publiczne do ułatwiania prywatnych inwestycji i zmniejszania ich ryzyka. Tak wygląda kierunek marszu na najbliższe pięć lat. Nowa Komisja rozpoczęła prace zaledwie na początku grudnia 2024 r., dlatego na szczegóły i konkretne pomysły trzeba będzie jeszcze poczekać – będziemy je poznawać w nadchodzących miesiącach i latach. Pewne jest jednak to, że w rolnictwie będą dalej zachodzić zmiany zmniejszające jego wpływ na klimat i ekosystemy oraz zwiększające odporność na skutki zmian klimatu. Z każdym kolejnym kataklizmem, który oglądamy na ekranach, niezbędność tych zmian staje się bardziej oczywista.

KALENDARIUM

1896 – Szwedzki uczony Svante Arrhenius dokonuje pierwszych w historii obliczeń pokazujących, jak podniosłaby się średnia temperatura Ziemi wraz ze wzrostem stężenia dwutlenku węgla w atmosferze. Efekt cieplarniany, czyli zdolność dwutlenku węgla i innych gazów do zatrzymywania ciepła w atmosferze, jest znany naukowcom od lat 20-tych XIX w.

1977 – Badania zlecone przez firmę naftową Exxon potwierdzają wpływ spalania paliw kopalnych na klimat. Exxon nie publikuje tych danych, a w kolejnych latach zaangażuje się w kampanię negowania ustaleń nauki o klimacie.

1992 – Szczyt Ziemi w Rio de Janeiro. Zostaje uchwalona Ramowa Konwencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (UNFCCC).

1995–  W Berlinie odbywa się COP1, czyli pierwsza doroczna konferencja stron UNFCCC.

1997 – Podpisanie Protokołu z Kioto. Na mocy tego dokumentu jego sygnatariusze zobowiązali się do ograniczenia i redukcji emisji gazów cieplarnianych w okresie do 2012 r.

2003 – Unia Europejska przyjmuje dyrektywę ustanawiającą system handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych (EU ETS) – swoje podstawowe narzędzie polityki klimatycznej.

2005 – Dyrektywa EU ETS wchodzi w życie. Od tej pory emisje dwutlenku węgla z dużych instalacji energetycznych i przemysłowych są obłożone opłatami.

2008 – Polska zostaje po raz pierwszy gospodarzem konferencji stron UNFCCC. COP14 odbywa się w Poznaniu.

2009 – Kluczowy COP15 w Kopenhadze: strony mają wynegocjować porozumienie klimatyczne, które zastąpiłoby wygasający w 2012 r. Protokół z Kioto.

2015 – COP21 w Paryżu dokonuje tego, co nie powiodło się w Kopenhadze. W wynegocjowanym tam Porozumieniu Paryskim strony zobowiązują się nie dopuścić do wzrostu globalnych temperatur o więcej niż 2⁰C.

2018 – Konferencja stron UNFCCC po raz trzeci odbywa się Polsce. Podczas COP24 w Katowicach udaje się wynegocjować większość postanowień regulaminu wdrażania Porozumienia Paryskiego.

2018/2019 – Unia Europejska przyjmuje pakiet reform energetycznych „Czysta energia dla wszystkich Europejczyków„.

2019 – Komisja Europejska ogłasza „Europejski Zielony Ład„, czyli nową długoterminową strategię rozwoju gospodarczego.

2020 – Komisja ogłasza strategię „Od pola do stołu„.

2021 – Wchodzi w życie Europejskie prawo o klimacie.

2023/2024 – Wchodzą w życie przepisy pakietu „Gotowi na 55%„.

2024 – Instytucje UE uchwalają Prawo o odbudowie zasobów przyrodniczych.

 

Izabela Zygmunt – doradczyni ds. ekonomicznych w Przedstawicielstwie Komisji Europejskiej w Polsce. Zajmuje się przede wszystkim tematyką Semestru Europejskiego i Europejskiego Zielonego Ładu. Wcześniej pracowała w organizacjach pozarządowych: Polskiej Zielonej Sieci, CEE Bankwatch Network, oraz w thinktanku Wise-Europa.

Światowa Organizacja ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) od wielu lat podkreśla, że największą odpornością na wahanie rynkowe i zagrożenia naturalne ma lokalna i ekologiczna produkcja żywności. Małe gospodarstwa rolne żywią 2/3 świata. Nie przetrwają jednak, jeżeli nadal bezkrytycznie będziemy hołdować przekonaniom o konieczności intensyfikacji i konkurencyjności rolnictwa. Już dzisiaj ukryte koszty dzisiejszego systemu rolno-żywnościowego – jak informuje FAO w raporcie z 2024 r. – w ujęciu globalnym wynoszą 12,7 bilionów dolarów, tj. 10% światowego PKB. Dziennie to 35 mld dolarów. 

W tym, szacunkowo: 

  • 73% przypisuje się kosztom zdrowotnym wynikającym ze strat produktywności wywołanych nieprawidłowymi wzorcami żywieniowymi – od 8 do 10 bln dolarów w 2020 r.
  • 20% jest spowodowane kosztami środowiskowymi, zwłaszcza emisjami gazów cieplarnianych – od 2 do 6 bln dolarów w 2020 r. 
  • pozostałe (społeczno-ekonomiczne) wyniosły 566 mld dolarów w 2020 r. 

A my nadal, dzięki ściemom rolniczym, podtrzymujemy mit, że obecny model produkcji rolnej jest opłacalny, humanitarny i dbający o bezpieczeństwo żywnościowe nasze i naszych dzieci. Może najwyższy czas już przestać? Najwyższy czas rozprawić się z mitami o rolnictwie, których powtarzanie ma służyć umocnieniu obecnego, destrukcyjnego systemu rolno-żywnościowego oraz zahamowaniu w nim zielonych reform. Zwłaszcza, że ostatni rok dobitnie pokazał nam, do czego może to prowadzić. W 2024 r. na liście przebojów, zarówno granych do kotleta, jak i podczas oficjalnych spotkań państwowych znalazło się kilka fantastycznych rolniczych ściem. 

MIT ROLNICZY NR1 

Musimy produkować więcej żywności Nie, nie musimy. Już w tej chwili produkujemy tyle, że wystarczyłoby do wyżywienia 12 mld ludzi. Czyli o 1/3 więcej niż wynosi globalna populacja. Dokładnie tyle żywności na świecie jest wyrzucane – 30%

trafia do kosza. Jak zatem można twierdzić, że powinniśmy jeszcze bardziej intensyfikować produkcję rolną? Może raczej przestać marnować? No cóż, do jej intensyfikacji potrzebne są syntetyczne nawozy i pestycydy, maszyny, technologie i biotechnologie, antybiotyki. Można by bez większości z nich prowadzić stabilną i wystarczającą produkcję rolną, ale wówczas żadne „agro-korpo” nie zarobiłoby pieniędzy. To bajoński interes uzależnić produkcję żywności od swoich środków, uzależnić od nich rolników i rolnictwo. Czyż nie? No, ale przecież… 

MIT ROLNICZY NR 2

Musimy wyżywić świat To oczywiste. Wypadałoby, aby w XXI wieku, liczba głodujący na świecie nie wynosiła 850 mln, a niedożywionych prawie 2 mld. W cudowny sposób miała na w tym pomóc tzw. „zielona rewolucja”, wprowadzana do rolnictwa ponad pół wieku temu. Polegała ona na coraz większym chemizowaniu produkcji rolnej, głównie w krajach Afryki i Azji. Czy pomogła? Jak widać, nie. Nierozerwalnie wiąże się ona bowiem z grabieżą ziemi i innych zasobów naturalnych na Globalnym Południu, przeznaczanych w ponad 70% pod produkcję pasz i biopaliw. Zamienianie naturalnych ekosystemów, będących podstawą lokalnej produkcji żywności, na ciągnące się po horyzont monokultury roślin GMO albo inne intensywne uprawy, mając skarmiać ekonomiczne interesy lub gust kulinarny Globalnej Północy to główny powód, dla którego w wielu miejscach na świecie jest głód i niedożywienie. A także wiele innych patologii społecznych wynikających z porzucania produkcji przez lokalnych rolników, pustoszenie obszarów wiejskich, migracji do dzielnic ubóstwa na peryferiach wielkich miast albo za granicę. Z pewnością niektóre miejsca na świecie, np. Sahel, wymagają pomocy żywnościowej. Jednakże w wielu innych, które zostały podporządkowane schemizowanej i uprzemysłowionej produkcji rolnej, ten rodzaj pomocy nie jest potrzebny. Wystarczy, że przestaniemy przeszkadzać złą polityką w ich wyżywieniu. Po prostu – nie twórzmy milionów głodnych na Globalnym Południu, zabierając im ziemię rolną i dostęp do zasobów przyrodniczych w miejscach życia, wykańczając lokalną produkcję zalewem tańszej żywności z importu – a nie będziemy musieli maksymalizować produkcji rolnej na Globalnej Północy degradując jej ekosystemy. Nie odkrywam żadnej wielkiej prawdy. Jest ona tylko wygodnie pomijana w neokolonialnej misji użycia biednych i ubogich jako pretekstu do niby-chrześcijańskiego zbawiania świata, przy okazji nabijając sakiewki globalnej „agro-korpo-sieci”. Najwyższy czas odrzucić te pseudoprawdy i zastanowić się, że tylko głupcy stosują tę samą metodę, spodziewając się innych rezultatów. Zobacz – mit rolniczy nr 3. 

MIT ROLNICZY NR 3 

Tylko intensyfikacja produkcji rolnej zapewni nam bezpieczeństwo żywnościowe Podobno tylko zwiększanie, napędzanie, rozwijanie, wzmacnianie – byle tzw. innowacyjne – produkcji żywności to jedyne antidotum przeciw nadchodzącym ciężkim czasom głodu. Jedynie zintensyfikowanie rolnictwa zapewni nam bezpieczną pajdę chleba, naszego powszedniego. Mamy zatem dogmat służący partykularnym interesom, który wciskany jest nam od co najmniej półwiecza pod hasłem „bezpieczeństwa żywnościowego”. Nie było w ostatnim roku bardziej egoistyczną motywacją wypolerowanych słów niż „bezpieczeństwo żywnościowe”. Odmieniane na wszystkie sposoby, używane jako pretekst do stałego hamowania każdej reformy, która mogłaby sprawić, że produkcja rolna będzie w większej zgodzie z ochroną środowiska i klimatu. Produkować, produkować i jeszcze raz produkować. Więc warto zapytać? Da się bez gleby, wody, różnorodności biologicznej i stabilnej pogody? Nie da się. Po co zatem protestować przeciwko zmianom, które mają na celu zachowanie tych zasobów naturalnych? A to właśnie one stanowią podstawę bezpieczeństwa żywnościowego. Dlaczego sprzeciw wobec zmian, które pomogą zatrzymać zmianę klimatu? Nie można produkować żywności podczas powodzi, suszy, huraganów, nawalnych deszczów, w coraz wyższej temperaturze przyciągającej nowe choroby i szkodniki. Nie można w jałowej glebie, w zanieczyszczonym powietrzu i bez owadów zapylających. Jedyną drogą do prawdziwego bezpieczeństwa żywnościowego jest rozwijanie i wspieranie rolnictwa, w którym stosuje się ekologiczne metody, środki i praktyki. Wszystko, co regeneratywne, zrównoważone, węglowe, rozsądne, zdrowe, wysokiej jakości – przytaczając inne, modne dziś słowa, mające definiować marsz produkcji rolnej ku zielonej przyszłości – zawiera się w rolnictwie ekologicznym, czyli takim, które korzysta z nauki o strukturze i funkcjonowaniu przyrody. I potrafi ją zastosować w uprawie, chowie i hodowli ze zrozumieniem dla wzajemnych powiązań pomiędzy żywymi organizmami oraz ich środowiskiem. Jest to trudniejsze, bardziej pracochłonne, a przede wszystkim wymagające zrozumienia swojej roli jako rolnika – żywiciela innych. Ale jednocześnie niezależne od syntetycznych nawozów i pestycydów, odrzucające wprowadzenie GMO do rolnictwa (a tym samym do środowiska), a przy tym chroniące bogactwo różnorodności biologicznej. Rolnictwo ekologiczne spełnia wszelkie kryteria, które dają szansę, że nie ugotujemy planety żywcem i nie zamienimy jej w wielki, toksyczny śmietnik. Można zatem spokojnie założyć, że im bardziej ekologiczna jest produkcja rolna, tym większe bezpieczeństwo żywnościowe. Jest to pogląd niewygodny, gdyż jak powszechnie wiadomo i o czym ćwierkają wszystkie wiejskie wróble…zobacz mit rolniczy nr 

 

MIT ROLNICZY NR 4 

Rolnictwo ekologiczne nie wyżywi świata To dopiero mit nad mitami. To, które rolnictwo wyżywi świat? To obecne, dominujące, przemysłowe, globalne? To dlaczego nie nakarmiło wszystkich do tej pory? Po tych pięćdziesięciu latach „sukcesu”? Nie rozwiązało problemu głodu, natomiast prowadzi do coraz większych kryzysów środowiskowych i klimatycznych. Sama produkcja zwierzęca emituje globalnie więcej gazów cieplarnianych niż wszystkie środki transportu na świecie. O stopniu zużycia i zanieczyszczenia gleb i wody przez rolnictwo można przeczytać w setkach raportów i artykułów naukowych. Słuchając nauki, a nie propagandy, prostą drogą – nie zahaczając o bankomat – dochodzi się do wniosku, że ekologizacja produkcji rolnej jest koniecznością. Czy rzeczywiście będzie ona wówczas mniejsza? Zależy, kto liczy. Badania prof. Józefa Tyburskiego wskazują, że nie musi dojść do znacznej różnicy pomiędzy wydajnością produkcji roślinnej. Natomiast, badania prof. Tadeusza Pomianka wykazują większą opłacalność przyjęcia ekologicznego podejścia w produkcji zwierzęcej. Z drugiej strony pojawiają się argumenty przeciwne. Pokazywane są różne kalkulacje, niektóre nawet straszące spadkiem wolumenu produkcji żywności o połowę. Można też spotkać opinię, że rolnictwo ekologiczne jest gorsze dla planety, bo wymaga zajęcia większego obszaru ziemi, by mieć podobny wynik ilościowy, co rolnictwo, w którym masowo stosuje się syntetyczne nawozy i pestycydy, a także antybiotyki. Zadziwiająca logika krótkoterminowych zysków. Ale jakże przydatna tym, dla których rozwój rolnictwa ma jedynie ekonomiczny wymiar w postaci rosnącego eksportu i konkurencyjności na rynku. To jest sytuacji, której boją się wszyscy rolnicy w każdym miejscu na świecie. Czyż nie z tego powodu protestują przeciwko międzynarodowym umowom handlowym, takim jak CETA lub Mercosur? Ach ta konkurencyjność… zobacz mit rolniczy nr 

 

MIT ROLNICZY NR 5 

Rolnictwo musi być konkurencyjne Dlaczego??? Podstawową funkcją rolnictwa jest zapewnienie żywności. Właśnie jego podporządkowanie krwawym regułom wolnego handlu, presji, by skalą i globalizacją produkcji wykańczać konkurencję, przynosi cały zestaw tragicznych konsekwencji. Dla rolników, konsumentów, przyrody… dla nas wszystkich. I z kim tak konkurujemy? Rolnicy z rolnikami? Jest oczywiste, że jeśli na rynku pojawi się żywność z innego kraju, zwłaszcza z niższą ceną, to sytuacja producentów krajowych staje się trudniejsza. Polscy rolnicy nie chcą u nas żywności z innych krajów. Ale to zupełnie nie przeszkadza w powtarzaniu, że najważniejsza jest przewaga eksportowa i konkurencyjna Polski na rynku rolno-żywnościowym. To w końcu jak? Dopóki żywność będzie traktowana wyłącznie jak towar, nic się nie zmieni. Dopóki ten towar będzie rozgrywany na rynku charakteryzującym się monopolizacją, spekulacją i globalnymi łańcuchami dostaw, nic się zmieni. Żywność powinna być postrzegana jako prawo, nasze prawo do dostępu do takiego jedzenia, które chcemy spożywać i które zapewnia nam zdrowie. Jeżeli nadal bardziej konkurencyjna jest żywność z pozostałościami chemii rolniczej, to znaczy, że zasadom wolnego rynku podporządkowaliśmy także zdrowie ludzi i zwierząt. Konkurencyjność to puste hasło, jeżeli ma powodować przerzucanie kosztów zdrowotnych, środowiskowych, klimatycznych na społeczeństwo i instytucje publiczne. A dokładnie tak się dzieje. Ponadto stale z kieszeni podatników finansujemy rolnictwo. Po co? By było konkurencyjne? Czy raczej po to, by zapewnić sobie bezpieczeństwo żywnościowe? I przyszłym pokoleniom? Nie możemy finansować rolnictwa, którego metody produkcji niszczą wodę, glebę, przyrodę i pogłębiają kryzys klimatyczny. Gdybyśmy jednak mieli za bardzo się tym zmartwić, zawsze można uwierzyć w jeszcze jedną chętnie powtarzaną ściemę, a mianowicie…zobacz mit rolniczy nr 6.

MIT ROLNICZY NR 6 

Nie ma kryzysu klimatycznego No nie ma i już. Nieważne raporty naukowe, opinie specjalistów od wielu lat badających to zagadnienie. Alarmujących, że temperatura na świecie wzrasta w szybkim tempie, a w konsekwencji następuje wzrost wielu anomalii pogodowych i katastrof naturalnych. Ściemniają. W imię jakiejś bliżej nierozpoznanej lewackiej ideologii. Gdyż jak wiadomo, tylko lewackie powietrze musi być czyste. Czy zatem prawa strona sceny polityczne albo liberalne centrum oddycha jakimś innym gazem? Wydaje się też, że niezależnie od partyjnego skrzydła, wszystkich nas łączy potrzeba bezpiecznego, godnego życia i ochrony najbliższych. Nie mieści się w głowie, że można dziś nie czuć politycznego obowiązku jak najpilniejszej ochrony środowiska i klimatu. No, ale skoro nie ma kryzysu klimatycznego, to poczekamy, zobaczymy… nie będziemy na siebie brać winy, może więcej zarobimy… No bo może ten kryzys jednak jest, ale na pewno nie wywoływany przez człowieka. Na pewno nie jest odpowiedzialne rolnictwo. W ogóle nic się nie dzieje, wszystko jest w porządku. Problemem tylko w tym, że nie jest. Także w Polsce, gdzie susze, powodzie, późne wiosenne przymrozki, upały i choroby zwierząt coraz bardziej zagrażają wydajnej i stabilnej produkcji rolnej. Okazuje się jednak, że można nie wierzyć w kryzys klimatyczny nawet doświadczając jego skutków. Jest to szczególna konstrukcja myślowa i byłaby nawet zabawna, gdyby nie fakt, że stawką jest bezpieczeństwo żywnościowe naszego kraju. W nim jednak nawet wyłączenie 4% gruntów ornych z uwagi na ochronę przyrody okazało się wyzwaniem, któremu polskie rolnictwo nie mogło sprostać. Błędnie nazywane „ugorowaniem” stanowi perełkę w koronie rolniczych ściem, z którymi mierzyliśmy się w 2024 roku. Zobacz mit rolniczy nr 7. 

MIT ROLNICZY NR 7 

Ugorowanie Chodzi o normę dobrej kultury rolnej, GAEC numer 8, której celem jest ochrona różnorodności biologicznej w rolnictwie i ochrona krajobrazu wsi. Kilka prawd na jej temat. Ta norma zakładała wyłączenie 3-4% gruntów ornych z produkcji rolnej. Czy to oznaczało, ze stają się one całkowicie nieprodukcyjne? Nie. Rolnik mógł podjąć decyzję, że nie będzie prowadził upraw, ale także została w 2023 r. dopuszczona możliwość uprawy. Pod warunkiem, że nie była to soja, kukurydza i zagajniki o krótkiej rotacji, a także bez stosowania syntetycznych środków ochrony roślin. Nie wygląda to jak jakieś wielkie ograniczenie. Ponadto, ta norma dotyczyła tylko 26% gospodarstw, gdyż te o powierzchni do 10 ha zostały z niej wyłączone – czyli około ¾ gospodarstw rolnych w Polsce. Nigdy też nie została w pełni wdrożona, gdyż w 2023 roku Komisja Europejska pozwoliła państwom członkowskim na odstąpienie od jej stosowania. Dlaczego? Z uwagi na konieczność zapewnienia bezpieczeństwa żywnościowego zagrożonego wojną w Ukrainie. Znów ekologia okazała się najniebezpieczniejszym rozwiązaniem w polityce rolno-żywnościowej. A hasło o ugorowaniu poniósł protestujący tłum. 

Dr Justyna Zwolińska – prawniczka, wykładowczyni i publicystka specjalizująca się w zagadnieniach dotyczących polityki jakości i ochrony środowiska w rolnictwie, polityki żywnościowej, Wspólnej Polityki Rolnej oraz dobrostanu zwierząt gospodarskich.

Rewilding, czyli renaturyzacja lub ponowne zadziczenie, to innowacyjna koncepcja ochrony przyrody, która w ostatnich latach zyskuje na znaczeniu w odpowiedzi na globalne wyzwania klimatyczne. Jej istotą jest pozostawienie rozległych obszarów bez ingerencji człowieka, aby naturalne procesy mogły odbudować zniszczone ekosystemy. W przeciwieństwie do tradycyjnej ochrony przyrody, rewilding zakłada aktywne przywracanie ekosystemów do stanu naturalnego, często poprzez reintrodukcję gatunków na zmienionych przez człowieka obszarach.

Co ciekawe, obserwujemy narodziny nowego zawodu – „rewildera”, czyli specjalisty ds. odbudowy naturalnych ekosystemów. Ten ekspert zajmuje się odtwarzaniem siedlisk na terenach zniszczonych przez działalność człowieka, monitorowaniem stanu dzikich terenów oraz mapowaniem i inwentaryzacją lokalnych gatunków. W Szkocji zapotrzebowanie na takich specjalistów wzrosło o ponad 400 procent, co świadczy o rosnącej randze tego zawodu.

Dołącz do ruchu rewildingu w Goleniowie

Światowy Dzień Rewildingu w Goleniowie to doskonała okazja, aby poznać bliżej ideę rewildingu i zobaczyć, jak wygląda ona w praktyce na przykładzie Delty Odry. To unikalne wydarzenie łączące naukę, film i muzykę odbędzie się już 22 marca 2025 roku (sobota) w Rampie Kultura w Goleniowie, a wstęp jest wolny.

Program rozpocznie się o godzinie 16:00 i potrwa do 20:30, oferując uczestnikom spacer nad Inę z hydrobiologiem Arturem Furdyną i burmistrzem Goleniowa Krzysztofem Sypieniem, premierowy pokaz filmu „Odra: dwa kraje, jedna delta”, panel dyskusyjny z ekspertami Rewilding Oder Delta oraz koncert „Dzikie Rzeki” Michała Zygmunta inspirowany dźwiękami natury.

To wydarzenie jest wspólnie organizowane przez organizację Rewilding Oder Delta, Gminę Goleniów oraz Goleniowski Ośrodek Kultury, a jego data – 22 marca – zbiega się z trzema ważnymi dla przyrody okazjami: Światowym Dniem Rewildingu (20.03), Międzynarodowym Dniem Lasów (21.03) oraz Światowym Dniem Wody (22.03).

Nie przegap tej wyjątkowej okazji, aby dowiedzieć się więcej o rewildingu i jego znaczeniu dla przyszłości naszej planety.

Żródło: Rewilding Oder Delta