Według szacunków Polskiego Związku Przedsiębiorców Pogrzebowych oraz danych branży komunalnej, Polacy kupują rocznie około 300 milionów zniczy, z czego zdecydowana większość trafia na nagrobki w pierwszych dniach listopada. Wartość krajowego rynku zniczy i sztucznych dekoracji w tym okresie przekracza 700 do 1000 milionów złotych.
Przeliczmy tę masę na skalę fizyczną. Jeśli ustawimy 300 milionów standardowych zniczy (o średnicy 10 centymetrów) jeden obok drugiego w linii prostej, utworzą one pas o długości 30 000 kilometrów. Równik Ziemi ma długość 40 075 kilometrów. Oznacza to, że co roku opasujemy trzy czwarte planety szpalerem pojemników z plastiku, szkła i pochodnych ropy naftowej. Po kilku dniach ta masa zamienia się w od 120 000 do 150 000 ton odpadów cmentarnych. Aby wywieźć taką objętość ze wszystkich nekropolii w Polsce, potrzeba około 15 000 kursów ciężkich śmieciarek komunalnych. Zdecydowana większość tego ładunku trafia prosto na składowiska jako frakcja zmieszana, całkowicie wykluczona z recyklingu.
Współczesny polski cmentarz na początku listopada funkcjonuje jak gigantyczna, otwarta instalacja do spalania surowców petrochemicznych oraz punkt dystrybucji tworzyw sztucznych o kilkutygodniowym cyklu życia. Ten model konsumpcyjny nie ma jednak żadnego zakorzenienia w historii naszego regionu. Przedchrześcijańskie obrzędy zaduszne na tych ziemiach opierały się na zamkniętym, w stu procentach biodegradowalnym obiegu materii.
Słowiańskie Dziady jako bezodpadowy ekosystem
Dawne słowiańskie Dziady, obchodzone jesienią w okolicach przełomu października i listopada, wynikały bezpośrednio z obserwacji procesów biologicznych i kalendarza fenologicznego. W naszej strefie klimatycznej to moment wygaszania wegetacji, opadania liści, zamarzania wierzchniej warstwy gleby i przyspieszonego rozkładu materii organicznej. Śmierć traktowano jako naturalny etap krążenia pierwiastków w przyrodzie. Obrzędowość wykorzystywała wyłącznie zasoby lokalnej biomasy, a jej ślad odpadowy wynosił zero.
Obrzędy zaduszne opierały się na dwóch fizycznych filarach: ogniu i pożywieniu.
Pierwszym elementem były ogniska (tzw. ognie zaduszne lub krzesane) rozpalane na rozstajach dróg, wzgórzach oraz bezpośrednio na mogiłach. Surowcem było suche drewno i chrust zbierany w okolicznych lasach. Z punktu widzenia fizykochemii spalanie sezonowanego drewna zamyka krótki obieg węgla: uwalnia do atmosfery dokładnie tę samą pulę dwutlenku węgla, którą drzewo pobrało w procesie fotosyntezy w trakcie swojego wzrostu. Pozostałością po całonocnym obrzędzie był wyłącznie popiół drzewny. Według danych z zakresu chemii rolnej oraz analiz składu biomasy drzewnej publikowanych przez US Forest Service i FAO, czysty popiół z drzew liściastych i iglastych zawiera od 25% do 45% związków wapnia, około 10% potasu, do 3% magnezu oraz fosfor i mikroelementy. Rozsypany i wmyty przez jesienne deszcze w ziemię, popiół działał jak naturalny nawóz mineralny, który odkwaszał glebę i zasilał ją w pierwiastki przed kolejnym sezonem wegetacyjnym.
Drugim filarem Dziadów było dzielenie się plonami. Podczas uczt odbywających się bezpośrednio na cmentarzach (określanych na wschodzie Słowiańszczyzny jako radunica lub tryzna) na mogiłach zostawiano jedzenie oraz ulewano na ziemię miód. Zestaw potraw zadusznych (m.in. kutia i koliwo) składał się z gotowanych ziaren pszenicy lub jęczmienia, kaszy gryczanej, bobu, grochu, soczewicy, maku, orzechów laskowych i włoskich, suszonych owoców leśnych oraz specjalnego pieczywa obrzędowego (kołaczy i powałek).
Z perspektywy ekologii cmentarz po zakończeniu obrzędu stawał się strategicznym punktem dokarmiania lokalnej fauny u progu zimy. Jedzenie, którego nie spożyli uczestnicy obrzędu ani wędrowni żebracy (dziady proszalne, pełniący w dawnej społeczności rolę pośredników ze światem zmarłych), zostawało na ziemi. Wysokoenergetyczne białko z roślin strączkowych, węglowodany ze zbóż oraz tłuszcze z orzechów i maku trafiały natychmiast do łańcucha troficznego. Zjadały je zimujące ptaki krukowate (gawrony, kawki, wrony siwe, sójki), drobne ssaki i gryzonie (myszy leśne, nornice) oraz bezkręgowce glebowe i grzyby saprotroficzne. Do nadejścia wiosny po obrzędach nie zostawał ani jeden gram nierozłożonej materii.
Benzen nad grobami, czyli co ulatnia się z parafinowego wkładu
Współczesny model świętowania odwrócił ten mechanizm o 180 stopni. Miejsce lokalnej biomasy zajęły polimery syntetyczne i ciężkie frakcje ropy naftowej.
Głównym surowcem wypełniającym wkłady do zniczy jest parafina. Pod względem chemicznym jest to mieszanina stałych alkanów (węglowodorów nasyconych o łańcuchach od C20 do C40), pozyskiwana jako produkt uboczny w procesie destylacji i rafinacji ropy naftowej. Tańsze wkłady zawierają dodatkowo utwardzany olej palmowy, którego przemysłowe plantacje w Indonezji i Malezji, według raportów Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN), są jedną z głównych przyczyn wycinki pierwotnych lasów deszczowych i niszczenia siedlisk zagrożonych wyginięciem orangutanów.
Spalanie parafiny w plastikowej lub szklanej osłonie znicza odbywa się w warunkach ograniczonego dostępu tlenu i w stosunkowo niskiej temperaturze płomienia. Prowadzi to do niepełnego spalania węglowodorów. Badania laboratoryjne przeprowadzone przez zespół chemików z Uniwersytetu Stanowego Karoliny Południowej pod kierunkiem prof. Ruhullaha Massoudiego, zaprezentowane na forum American Chemical Society (ACS, 2009), oraz testy amerykańskiej Agencji Ochrony Środowiska (EPA, raport EPA/600/R-01/001) wykazały, że paląca się parafina uwalnia do powietrza szereg lotnych związków organicznych (LZO), w tym benzen, toluen, naftalen, aldehydy (formaldehyd, acetaldehyd) oraz ketony.
-
Benzen: Związek ten został sklasyfikowany przez Międzynarodową Agencję Badań nad Rakiem (IARC), będącą agendą WHO, w Grupie 1 – jako substancja o udowodnionym działaniu rakotwórczym u ludzi. Benzen wykazuje działanie mielotoksyczne: uszkadza szpik kostny i zwiększa ryzyko wystąpienia ostrej białaczki szpikowej, a według wytycznych WHO dotyczących jakości powietrza nie istnieje bezpieczny próg stężenia tej substancji w powietrzu, którym oddychamy.
-
Toluen: Rozpuszczalnik organiczny o działaniu neurotoksycznym, który przy wdychaniu podrażnia błony śluzowe dróg oddechowych i obciąża ośrodkowy układ nerwowy.
-
Sadza i pyły PM2.5: Niepełne spalanie ciężkich alkanów generuje kłęby czarnego dymu, czyli czystego węgla elementarnego oblepionego wielopierścieniowymi węglowodorami aromatycznymi (WWA). Tworzą one frakcję pyłów zawieszonych PM2.5, które przenikają bezpośrednio z pęcherzyków płucnych do krwiobiegu.
Kiedy pierwszego listopada na ograniczonej przestrzeni cmentarza płoną jednocześnie dziesiątki tysięcy parafinowych wkładów, a w bezwietrzną, mglistą pogodę zachodzi zjawisko inwersji termicznej, nad alejkami tworzy się gęsta zawiesina smogowa. Osoby odwiedzające groby przez kilkadziesiąt minut wdychają skoncentrowane produkty spalania ropy naftowej bezpośrednio w strefie oddechowej.
Po wypaleniu wkładu znicz staje się odpadem nienadającym się do przetworzenia. Zgodnie z wytycznymi instalacji komunalnych i danymi Ministerstwa Klimatu i Środowiska dotyczącymi zasad segregacji, szklany klosz zabrudzony woskiem lub parafiną nie może trafić do zielonego pojemnika na szkło opakowaniowe, ponieważ parafina zanieczyszcza stłuczkę szklaną w piecach hutniczych. Z kolei plastikowe podstawki, kapturki i tuby wkładów, często wykonywane z mieszanek polipropylenu (PP), polistyrenu (PS) oraz polichlorku winylu (PVC) pokrywanych metalizowanymi lakierami, są odrzucane na liniach sortowniczych i kończą na składowiskach odpadów zmieszanych.
Kwiaty na trzy tygodnie, mikroplastik na pięć stuleci
Drugim strumieniem cmentarnych odpadów są dekoracje. Sztuczne chryzantemy, róże i liście w wiązankach produkowane są niemal w całości w fabrykach w Azji Wschodniej z tkanin poliestrowych (PET), polietylenu (PE) oraz polichlorku winylu (PVC), barwionych syntetycznymi pigmentami azowymi i osadzanych na drutach ze stali powlekanej tworzywem.
Cykl użytkowania takiej wiązanki na nagrobku wynosi średnio od 3 do 6 tygodni – do pierwszych opadów śniegu lub porządków przed świętami Bożego Narodzenia. Po wyrzuceniu do kontenera kompozycja z trzech różnych polimerów zespolonych ze stalowym drutem i cementowym obciążnikiem w doniczce jest całkowicie nieprzydatna w procesie recyklingu mechanicznego.
Na składowisku odpadów czas degradacji tworzyw takich jak PET czy PVC szacowany jest przez badaczy polimerów (m.in. w głośnej analizie globalnej produkcji plastiku opublikowanej przez zespół Rolanda Geyera w czasopiśmie Science Advances, 2017) na 400 do ponad 500 lat. Tworzywa te nie ulegają jednak biologicznej mineralizacji, jak dawne słowiańskie dary z kaszy i chleba, lecz fizycznej defragmentacji. Pod wpływem promieniowania ultrafioletowego, mrozu i tarcia kruszeją na miliardy drobin mikroplastiku i nanoplastiku, które wraz z wodami opadowymi i odciekami składowiskowymi przenikają do gleby, wód gruntowych i rzek.
Jeśli natomiast sztuczne wieńce trafią do spalarni odpadów lub – co wciąż zdarza się w mniejszych gminach – zostaną spalone w przydomowych piecach czy na dzikich wysypiskach, obecność chloru w polichlorku winylu (PVC) prowadzi do syntezy polichlorowanych dibenzo-p-dioksyn i dibenzofuranów (PCDD/F). Są to jedne z najsilniejszych znanych nauce trucizn środowiskowych, które kumulują się w tkance tłuszczowej ludzi i zwierząt.
Alternatywa w postaci żywych chryzantem sprzedawanych w plastikowych doniczkach również daleka jest od neutralności biologicznej. Aby roślina zakwitła idealnie na koniec października i miała niski, kulisty pokrój, produkuje się ją w przemysłowych szklarniach ogrzewanych węglem lub gazem ziemnym, przy intensywnym stosowaniu syntetycznych retardantów wzrostu (np. daminozydu lub paklobutrazolu) oraz fungicydów. Po pierwszym listopadowym przymrozku zażółcona roślina razem z doniczką z polipropylenu i podłożem torfowym (pozyskiwanym przez drenowanie i niszczenie naturalnych torfowisk, będących kluczowymi magazynami węgla) ląduje w tym samym kontenerze na śmieci zmieszane.
Cmentarne elektrośmieci: lit i kadm w kontenerze
W ostatnich latach przemysł wprowadził na cmentarze kolejną kategorię produktów jednorazowych: znicze elektryczne zasilane diodami LED. Urządzenie to składa się z plastikowej obudowy, diody elektroluminescencyjnej zawierającej gal i arsen, płytki drukowanej z metalami ciężkimi oraz dwóch lub trzech baterii alkalicznych lub litowych (zawierających lit, mangan, cynk, nikiel, a w najtańszych, niecertyfikowanych partiach z importu również śladowe ilości kadmu, ołowiu i rtęci).
W świetle Ustawy z dnia 11 września 2015 r. o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym (Dz.U. 2015 poz. 1688) każdy taki znicz po wyczerpaniu baterii staje się niebezpiecznym elektroodpadem, którego wyrzucenie do zwykłego kosza jest wykroczeniem zagrożonym grzywną do 5000 złotych. W praktyce, po kilkunastu lub kilkudziesięciu dniach świecenia, miliony tych urządzeń trafiają bezpośrednio do cmentarnych kontenerów na odpady zmieszane. Zgniecione przez prasę w bębnie śmieciarki, baterie ulegają rozszczelnieniu. Żrący elektrolit oraz metale ciężkie wyciekają bezpośrednio do masy odpadowej, zatruwając glebę na składowiskach i stwarzając realne ryzyko samozapłonu gazów składowiskowych w przypadku baterii litowych.
Powrót do biologicznego rytmu i racjonalizacja pamięci
Odejście od petrochemicznego modelu Wszystkich Świętych nie wymaga rezygnacji z upamiętniania bliskich. Wymaga jedynie powrotu do racjonalnego zarządzania surowcami, które znacznie bliższe jest logice dawnych Słowian niż współczesnym sieciom handlowym.
-
Redukcja objętości i zmiana paliwa: Zamiast dziesięciu jednorazowych zniczy z cienkiego szkła i plastiku, funkcję symboliczną na grobie spełnia jeden ciężki, wielorazowy lampion ceramiczny, kamionkowy lub szklany, który służy przez wiele lat. Wkłady z ropy naftowej i oleju palmowego można zastąpić wkładami z wosku rzepakowego, sojowego (z certyfikowanych upraw europejskich) lub pszczelego, wyposażonymi w niebielony knot bawełniany lub drewniany. Woski roślinne pochodzą z bieżącego cyklu fotosyntezy, spalają się nawet dwukrotnie dłużej niż parafina, nie kopcą i nie emitują benzenu ani toluenu, a po wypaleniu resztki wosku łatwo zmyć ciepłą wodą. Na części cmentarzy komunalnych w Polsce funkcjonują już ponadto regały na tzw. znicze do ponownego wykorzystania, skąd można wziąć wyczyszczony klosz i dokupić do niego sam wkład.
-
Dekoracje z lokalnej biomasy: Zamiast sztucznych kwiatów z PVC lub szklarniowych chryzantem w plastiku, wiązanki można wykonać z surowców dostępnych jesienią w lokalnym krajobrazie, dokładnie na wzór dawnych darów przyrody. Gałęzie drzew iglastych (świerku, sosny, jodły) pochodzące z jesiennych cięć pielęgnacyjnych lub wiatrołomów, szyszki, kora, mech z legalnych źródeł, zasuszone trawy, pędy wrzosu oraz gałązki z owocami jarzębiny, głogu, kaliny czy dzikiej róży tworzą trwałe, estetyczne kompozycje odporne na mróz. Zamiast stalowego drutu i gąbki florystycznej (która jest nienadającą się do recyklingu pianką fenolowo-formaldehydową rozpadającą się na toksyczny pył), do wiązania wystarczy użyć niebarwionego sznurka jutowego lub konopnego oraz podkładu z gałęzi wierzbowych lub słomy. Po zimie cała taka wiązanka może trafić bezpośrednio na kompost, a owoce jarzębiny, głogu i dzikiej róży przed wiosną zostaną zjedzone przez zimujące na cmentarzach ptaki, takie jak kwiczoły, kosy i jemiołuszki.
-
Przekierowanie środków na żywych: W słowiańskiej tradycji Dziadów kluczowym elementem obrzędu była redystrybucja dóbr – nakarmienie głodnych i wsparcie potrzebujących członków społeczności w imię pamięci o przodkach. Zamiast wydawać kilkaset złotych na importowany z Azji poliester i pochodne ropy naftowej, które po tygodniu staną się toksycznym odpadem komunalnym, tę samą kwotę można przekazać na organizacje chroniące dzikie siedliska przyrodnicze, wykupujące lasy i torfowiska pod rezerwaty, prowadzące ośrodki rehabilitacji dzikich zwierząt lub wspierające osoby wykluczone społecznie.
Zmarli nie odnoszą żadnych korzyści z milionów ton nierozkładalnego poliestru, metali ciężkich z baterii LED i spalonych w powietrzu alkanów. Konsekwencje tych wyborów ponoszą wyłącznie żyjące organizmy oraz kolejne pokolenia, którym zamiast żywej tradycji zostawiamy składowiska odpadów po naszych obrzędach.