Od 2015 roku wychodzimy na ulice i dajemy wyraz swojej wściekłości i zdziwieniu, zachodząc w głowę jak to jest możliwe, że na naszych oczach rozpada się „demokratyczny” porządek pieczołowicie budowany w Polsce przez ostatnich 30 lat a my nie możemy tego procesu powstrzymać.

Mamy poczucie a nawet pewność, którą potwierdzają liczne sondaże, że niezadowolonych jest z roku na rok więcej a mimo to PiS coraz odważniej sięga po instytucje, która są podstawą demokratycznych procesów. Po przejęciu sądów i edukacji, która upolityczniona i ukształtowana przez grupę zajadłych fundamentalistów, stała się kuźnią przyszłych pisowskich kadr, przyszła pora na TVN, jeden z głównych bastionów wolnego słowa, którego likwidacja odbierze Polsce ważną platformę komunikacji o tym, co się naprawdę z naszym państwem dzieje.

Warto zadać sobie pytanie, czy systemy polityczne, które zostały stworzone w ostatnich dwóch stuleciach na pewno są demokratyczne i czy spełniają jeszcze funkcję wymyśloną przez twórców demokracji, starożytnych Greków. Grecy, którzy stali na stanowisku, że nieodzowną cechą ładu demokratycznego jest fakt równych szans sprawowania władzy przez każdego obywatela, uznali że jedyną i najsprawiedliwszą formą wyborów było losowanie. Rada Pięciuset w Atenach to ciało, które składało się z osób wylosowanych. Grecy wychodzili z założenia, że agitacja wyborcza, która preferuje w sposób oczywisty osoby o szczególnych zdolnościach oratorskich nie jest sprawiedliwa. Podobny stosunek mieli do ludzi zamożnych, którzy dzięki posiadanemu bogactwu, mogli agitować i lobbować na rzecz swojej osoby. Według starożytnych Greków takie wybory osób obdarzonych przez los pieniędzmi i elokwencją były nieracjonalne i wykluczające a system miał być sprawiedliwy i dający wszystkim równe szanse na bycie wybranym.

Na przestrzeni wieków pierwotny system demokratyczny został zastąpiony rządami przedstawicielskimi, które niesłusznie noszą nazwę demokratycznych. Wg Jamesa Madisona „wielka różnica pomiędzy demokracją a republiką np. parlamentarną polega na oddaniu tej drugiej władzy w ręce małej grupy obywateli wybranych przez resztę” co w konsekwencji oznacza „całkowite wyłączenie ludu w jego kolektywnej formie z jakiegokolwiek udziału w rządach”. Mamy tu bowiem do czynienia z wewnętrznie sprzeczną naturą parlamentaryzmu; z jednej strony suwerenny lud powołuje władzę ale ta władza robi wszystko aby osłabić jego zapędy do bezpośredniego rządzenia.

Nowoczesny parlamentaryzm nie spełnił w praktyce swojej zasadniczej roli jaką była chęć zniesienia różnic pomiędzy rządzącymi a rządzonymi i wzmocnienia suwerenności wyborców.

Dzisiejszy parlamentaryzm, to gra znanych elit, które obchodzą procedury demokratyczne przekształcając się w oligarchę. Dodatkową komplikacją jest powstanie odrębnej klasy politycznej, czyli polityków, którzy rządzenie uczynili swoim zawodem i nigdy nie zajmowali się niczym innym poza byciem w instytucjach władzy. W przypadku wyborów nikomu z obywateli nie przychodzi do głowy konkurować z tą grupą zawodową, która jest bardzo hermetyczna i nie dopuszczająca „przypadkowych ludzi z ulicy”. Przed nadmierną fluktuacją w gronie polityków chroni powszechny brak zaufania obywateli do polityki i spowodowana tym niechęć do bycia politykiem. Politycy stali się nowym establishmentem, który nie tylko nie pozwala zmniejszać różnicy pomiędzy rządzonych i rządzących ale ją systematycznie pogłębia. To jeden z głównych powodów dlaczego populiści tak kwestionują reprezentatywność systemu parlamentarnego, w którym przez lata zasiadają te same osoby, których doświadczenie sprowadza się do bycia w instytucjach władzy a mają zarządzać wszystkim funkcjami kraju.

Głównym zarzutem pod adresem polityków w wielu krajach i również w Polsce jest ich nieudolność i niekompetencja. Parlamentarzyści/Politycy nie mają żadnego pomysłu na rozwiązanie najistotniejszych problemów ludzkości. Są totalnie oderwani od spraw życia codziennego. Większość czasu spędzają w parlamencie, na promowaniu się, prowadzeniu personalnych rozgrywek i wytykaniu błędów opozycji. Katastrofa klimatyczne puka do drzwi. Smog zabija rocznie w Polsce 50 tysięcy ludzi. Pandemia zbiera żniwo w postaci rosnącej lawinowo liczbie zgonów. A politycy nie są w stanie podjąć decyzji, które radykalnie rozwiązywałaby zagrożenia. Wygląda na to, że polska opinia publiczna jest bardziej progresywna od polskich polityków, którzy w państwie zarządzanym w sposób demokratyczny nie byliby tolerowani.

Czy politycy rzeczywiście reprezentują wolę suwerena ? Odpowiedź brzmi zdecydowanie nie; skoro badania pokazują, że większość polskiego społeczeństwa jest przeciwna niszczeniu systemu sądownictwa, przeciwna wycinaniu drzew w rezerwatach i religii w szkołach a 67% społeczeństwa chce aby w Polsce zalegalizować aborcję, to dlaczego nie ma politycznych inicjatyw wspierających wolę ludu? Totalnie lekceważone są nie tylko badania opinii ale też masowe protesty obywateli trwające miesiącami. Polityczne elity wszystkie sygnały suwerena lekceważą zasłaniając się zdobytą w „demokratycznym procesie wyborczym” władzą.

Jakie jest wyjście z tej jakże patowej i chorej sytuacji? Jakie mamy demokratyczne alternatywy dla parlamentaryzmu, który zamienił się w dyktaturę mniejszości? Na pewno nie jest rozwiązaniem powrót do losowania ale na pewno należy zdefiniować inne formy przedstawicielstwa, które lepiej i rzetelniej będą reprezentowały opinie społeczne.

Propozycji rozwiązania tego problemu jest wiele. Ciekawe, że ten dyskurs jak zastąpić dzisiejszą dyktaturę parlamentarną prowadzą głownie thinktanki i demokratyczne fundacje. Klasa polityczna z uwagi na swoje partykularne interesy unika tematu jak ognia.

Namiastką pewnej demokratyzacji procesów są panele obywatelskie, które na przykład w Irlandii zaproponowały referendum na temat aborcji. W Polsce paneli obywatelskich jest mało ale tam gdzie są, wywierają pozytywny wpływ na lokalną politykę.

Rozwiązaniem mogły by się stać „random sample voting”, takie „ mniejsze referenda”, które przy podejmowaniu ważnych politycznie decyzji takich jak aborcja, wycinka lasów, smog, korzystałyby z losowo wybranej reprezentatywnej dla społeczeństwa grupy obywateli, w Polsce około 1000 osób.

Warto aby społeczeństwo wiedziało, że jest w pułapce pseudo demokratycznego klinczu a jedynym wyjściem jest jego zmiana. Na pewno rozwiązaniem byłaby kadencyjność przedstawicielska oraz rozliczanie posłów z realizacji obietnic wyborczych każdorazowo po roku sprawowania władzy. Celem powinno być upodmiotowienie suwerena, rozbicie układów, większa wyborcza frekwencja, wynikająca z politycznego zaangażowanie i świadomości. Z procesu powinny być wyeliminowane takie zjawiska jak kosztowne kampanie marketingowe i celebryckość.

Dzisiejsze sondaże pokazują, że społeczeństwo źle ocenia przygotowanie opozycji do zmiany warty. Ponad 60% nie wierzy w jej zwycięstwo.

Czy nie jest nas wszystkich w stanie zmobilizować do działania perspektywa rządów PIS z Konfederacją, dalsza dewastacja wszystkich instytucji państwowych i totalna międzynarodowa izolacja?

Pomyślmy o przyszłych pokoleniach, którym zostawimy Polskę zasilaną węglem kamiennym i rządzoną przez fundamentalistów.


 

Filozofowie często podkreślają, że ludzkość nie przetrawiła jeszcze w pełni porażających danych dotyczących opłakanego stanu systemów planetarnych. O katastrofie klimatycznej i koniecznych działaniach, które powinna w tej chwili podjąć ludzkość, mówi Ewa Bińczyk w rozmowie z Marcinem Wrzosem.

Marcin Wrzos: Rośnie stężenie gazów cieplarnianych w atmosferze, ale świat nie podejmuje zdecydowanych działań, by nie dopuścić do katastrofy klimatycznej. Czy da się z nią walczyć bez zaakceptowania negatywnej cywilizacyjnej roli krajów rozwiniętych i zanegowania dotychczasowych struktur władzy?

Ewa Bińczyk: W ostatnich latach wiele się zmienia, jeśli chodzi o powszechne rozumienie wagi tego problemu. Moim zdaniem, samo słowo „kryzys” nie oddaje istoty zachodzących procesów, ponieważ oznacza ono przesilenie wiodące do czegoś pozytywnego. Tutaj nie ma tej obietnicy. Naukowcy coraz częściej posługują się bardzo niepokojącymi metaforami. Mówią o „anihilacji biosfery” czy „postrzępionej sieci życia”. Jeśli nie nastąpią zmiany i nie wyjdziemy poza logikę „business as usual”, czeka nas katastrofa. Dostrzegam również coś, co nazwałabym fetyszem zmiany klimatycznej. Koncentracja na samej destabilizacji klimatu prowadzi do bagatelizowania reszty sprzęgniętych ze sobą zjawisk, które badacze nauki o systemie Ziemi nazywają „planetarnym kryzysem środowiskowym”. Chodzi o wielkie szóste wymieranie, destrukcję ekosystemów, zakwaszenie oceanów, degradację gleb.

W XXI wieku planetarny kryzys środowiskowy można określić mianem wszechogarniającej sceny naszych działań. Jeśli to dostrzeżemy, to powinno za tym pójść prośrodowiskowe skorygowanie naszego myślenia i działania w każdym aspekcie. W szczególności musi to dotyczyć gospodarki.

MW: O tym, że istnieją granice wzrostu, uprzedzał już raport Klubu Rzymskiego z 1972 roku.

EB: Tak, koncepcja ta leży u podstaw wykształcenia się konceptu tzw. granic planetarnych. Choć użyteczny, niesie on też za sobą pewne ryzyko: jeśli wskażemy granice, to możemy niczym się nie przejmować, dopóki ich nie osiągniemy. I tak się dzieje również przy definiowaniu tzw. budżetu węglowego czy maksymalnego dopuszczalnego wzrostu temperatury w kontekście zmian klimatu. Tymczasem ograniczenia powinny być wbudowane we wszystkie nasze działania, a nie być abstrakcyjnymi granicami zewnętrznymi. Musimy zrozumieć, że nasze gospodarowanie zasobami jest częścią metabolizmu planety. To, co pozyskujemy z przyrody, i to, co wydalamy, to elementy łańcucha ścisłych powiązań, który dziś stoi na krawędzi wytrącenia z równowagi. Naukowcy nie mają wątpliwości – w epoce antropocenu narażamy na szwank przyszłość. Przekroczenie choćby jednego punktu krytycznego w ziemskim systemie klimatycznym grozi nam utratą znanego nam życia, i to nie w perspektywie setek lat, ale jeszcze w tym stuleciu.

MW: Pani książka „Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu” ukazała się w 2018 roku. Czy coś się od tego czasu zmieniło?

EB: Wedle raportu IPCC z 2018 roku maksymalną granicą wzrostu temperatury, na jaką możemy sobie pozwolić, miało być 1,5 stopnia C. Z wycieku z lipca tego roku z nowego raportu IPCC, który w całości ukaże się w roku 2022, wynika, że już przy wzroście o 1,1 stopnia C „ekosystemy mogą runąć jak domino” – dojdzie do takich sprzężeń zwrotnych, które będą determinowały procesy nieodwracalnych zmian, jeśli chodzi o atmosferę, litosferę, biosferę i hydrosferę. W tej chwili mamy właśnie ocieplenie rzędu 1,1 stopnia C.

Kiedy pisałam książkę, sytuacja geopolityczna była jeszcze trudniejsza niż dziś. W Stanach Zjednoczonych u władzy był Donald Trump, a w Europie nie było jeszcze Europejskiego Zielonego Ładu. Wyglądało na to, że Porozumienie Paryskie z 2015 roku nie ma szans na realizację. Oczywiście, sytuacja nadal wygląda dramatycznie, ale pojawiają się jaskółki nadziei.

MW: Czy Europejski Zielony Ład jest taką jaskółką?

EB: Jeśli się bliżej przyjrzymy szczegółom Europejskiego Zielonego Ładu czy Green New Deal w Stanach Zjednoczonych – choć programy te zawierają mnóstwo wartościowych postulatów – to zauważymy też w nich dalsze nastawienie na wzrost (określany dość zwodniczo zielonym czy zrównoważonym) i brak refleksji na temat konieczności redystrybucji bogactwa. Nie wygląda na to, żeby na poważnie rozważano wystudzenie hiperkonsumpcjonizmu w krajach OECD, które są najbardziej odpowiedzialne za destrukcję Ziemi. Zmiany mają uratować dotychczasowy „dostatek” uprzywilejowanych, a ten wiąże się niestety z zasobożernością charakterystyczną dla rozwiniętych gospodarek późnego kapitalizmu. I niestety dalszym konsekrowaniem?? nierówności poprzez eksploatację taniej pracy i środowiska w krajach ubogich (polecam na ten temat książkę Stephana Lessenicha „Living Well at Others Expense”). Transformacja energetyczna i rewolucja cyfrowa na przykład nie dokonają się bez minerałów ziem rzadkich, przy wydobyciu których eksploatuje się potwornie ludzi i środowisko, np. w Chinach. Procesy te dojmująco opisał Guillaume Pitron w książce „Wojna o metale rzadkie. Ukryte oblicze transformacji energetycznej i cyfrowej”.

Choć pewnie rację mają eksperci Greenpeace, że Europejski Zielony Ład to wciąż „za mało i za późno”, to jest to jednak kompleksowa reforma, która pozwoli odmienić logikę funkcjonowania rynków oraz polityki. Już teraz toczy się rywalizacja o zyski na rynku dekarbonizacji, a biznes się intensywnie „wyzielenia”.

MW: Często jest to tylko greenwashing.

EB: Biznes, a nawet sektor finansowy realnie będzie musiał stać się coraz bardziej proklimatyczny, co nie znaczy, że greenwashing to zjawisko marginalne. Musimy się nauczyć odróżniać ziarno od plew. Problem ten opisuje Peter Dauvergne w książce „Will Big Business Destroy Our Planet?”. Jego zdaniem konieczne jest stworzenie systemu zewnętrznych, niezależnych audytów zrównoważonego rozwoju dla biznesu. W tej chwili każda firma sama ocenia wedle własnego uznania, jak bardzo jest zielona, co rzecz jasna prowadzi do nadużyć. Jak się jednak dowiedziałam, Europejski Zielony Ład ma m.in. na celu wprowadzenie skutecznych audytów tego, czy zalewające nas “ekoreklamy” firm mają w ogóle jakieś uzasadnienie.

MW: Chciałbym zapytać o ekomodernizm. Czy sensowne jest założenie, że tylko „jeszcze więcej kapitalizmu i jeszcze więcej techniki” może zapobiec katastrofie klimatycznej?

EB: Jesteśmy głęboko przywiązani do optymizmu myślenia Oświeceniowego. Wierzymy instynktownie, że postęp naukowo-technologiczny i brawura inżynierów oraz przedsiębiorców wybawią nas z każdego kłopotliwego położenia. Kiedy byłam w 2016 roku w Stanach Zjednoczonych, ekomodermizm był tam jedną z wiodących narracji w debacie o antropocenie. W Stanach Zjednoczonych oświeceniowy optymizm rezonuje z mitem wielkości Ameryki.

Moim zdaniem potrzebujemy dziś sprawnych państw z ambitną misją dekarbonizacji, z pakietami przejrzystych regulacji wspierających rewolucję w obszarze innowacji niskoemisyjnych. Prosi o takie regulacje Bill Gates w książce z tego roku „Jak ocalić świat od katastrofy klimatycznej”! Najbardziej potrzeba nam jednak wielkiej, proklimatycznej i dewzrostowej mobilizacji społecznej. Postulaty wystudzania hiperkonsumpcji i zasobożerności muszą jednak iść ręka w rękę z postulatami redystrybucji bogactwa, klimatycznej sprawiedliwości, odporności, silnych sektorów zabezpieczeń społecznych i zwiększania ilości czasu wolnego. Paraliż wcale nie jest wskazany, chociaż może się tak zdarzyć, że XXI wiek okaże się epoką dekadenckiego nihilizmu.

Motywy dumy ze sprawczości homo sapiens analizowałam u ekomodernistów na przykładzie retoryki wokół inżynierii klimatu, która stanowi kwintesencję technooptymistycznego myślenia o antropocenie. Statystyczne badania treści mediów pokazują nam też, jak dużo uwagi poświęca się w nich ekomodernizmowi i inżynierii klimatu. Dziennikarze uwielbiają materiały odwracające uwagę od smutnych spraw. Powiedziałabym, że służy to utrzymywaniu nas w przyjemnej śpiączce. Chodzi o to, żeby do szoku i wybudzenia doszło jak najpóźniej, aby go nie trzeba było przeżyć w pełni.

MW: Jeśli nie ekomodernizm, to co?

EB: Choć rację mają ekomoderniści, że potrzebujemy nowych technologii, to nie potrafimy jeszcze niskoemisyjnie produkować cementu, stali czy zamiennika plastiku. Żeby pozyskać gram jakiegoś minerału ziem rzadkich, który jest w naszym smartfonie, musimy często wydobyć kilkadziesiąt ton skał, przepłukując je szkodliwymi dla środowiska kwasami. Wspomniany wyżej Pitron porównuje to do pozyskania szczypty soli z bochenka chleba. Musimy zatem brać pod uwagę, że ambitna rewolucja dekarbonizacji i dalsze bezrefleksyjne ucyfrowienie wszystkich aspektów naszego życia, postulowane przez zielone łady, nie obędą się bez dramatycznych szkód środowiskowych. Naszą jedyną szansą jest w tym kontekście ekologiczna ekonomia dewzrostu i redystrybucji. Należy zwrócić się ku postulatom wystudzania konsumpcji i sektora reklamy oraz odejścia od pogoni za dalszym wzrostem PKB.

Marazm antropocenu, o którym pisałam, to także uwiąd wyobraźni, nieumiejętność wyobrażenia sobie alternatyw. Pomimo rozpaczliwych ostrzeżeń i alarmów naukowców, w naszym zwykłym świecie dominuje „business as usual”. Mam na myśli potęgę monopolistycznych korporacji, także paliwowych i motoryzacyjnych, narastające nierówności ekonomiczne, nieprzejrzysty i niedemokratyczny system podejmowania decyzji politycznych, skażony lobbingiem. Dlatego socjologowie sygnalizują, że XXI wiek to epoka bezradności wielu i hipersprawczości nielicznych.

MW: Ekomodernizm daje optymizm i nie wymusza przewartościowania życia na nowo. Europejski Zielony Ład zakłada, że do 2050 r. w Europie uda się stworzyć właściwie bezemisyjną gospodarkę. Praktyka jest jednak taka, że np. po reformie Wspólnej Polityki Rolnej reklamowanie spożycia mięsa będzie nadal dofinansowane z pieniędzy unijnych. Można powiedzieć, że EZŁ uspokaja, daje złudzenie, że wszystko jest pod kontrolą, i uniemożliwia konieczne w tej sytuacji przemodelowanie gospodarki.

EB: W ekonomii ekologicznej występuje postulat całkowitej likwidacji sektora reklamy i odejścia od konsumpcji czerwonego mięsa. W książce „Mniej znaczy lepiej” Jason Hickel przytacza dane, według których czerwone mięso to tylko 2% naszych kalorii, ale do jego wytworzenia potrzebne jest 60% powierzchni ziem rolnych świata. Konsumpcji czerwonego mięsa przypisuje się 20% światowych emisji gazów cieplarnianych. Bardzo się cieszę, że ta książka wyszła właśnie po polsku. Jednak ku mojemu zdziwieniu nie jest ona reklamowana w Internecie jako praca z zakresu ekonomii, tylko nauk społecznych i psychologii! Planetarny kryzys środowiskowy jest problemem psychologicznym, który powinno się leczyć?

MW: Według danych Eurostatu w Polsce 9 na 10 ludzi popiera dążenie do neutralności klimatycznej w 2050 roku. Czy naprawdę jest aż tak dobrze?

EB: Odpowiedzią może być raport „Nie nasza wina, nie nasz problem” przygotowany przez Przemysława Sadurę, Zofię Bieńkowską i Piotra Drygasa. Jak się wydaje, popieramy walkę z katastrofą klimatyczną, o ile nic na tym nie tracimy. Jeśli mielibyśmy poświęcić naszą wolność, odejść od śmieciowej turystyki lub ograniczyć konsumpcję, to odpowiedzi są już wstrzemięźliwe, szczególnie ze strony dojrzałego i młodszego pokolenia Polaków, bo najbardziej zaniepokojeni i skorzy do poświęceń byli obywatele po sześćdziesiątce. Straumatyzowani okresem komunizmu Polacy, a także ci najmłodsi dotknięci obostrzeniami pandemii, chyba ciągle utożsamiają wolność z kupowaniem i swobodnym podróżowaniem.

W debacie publicznej w Polsce dominuje taka oto sugestia, że polityka proklimatyczna i zielony ład muszą się wiązać z bolesnymi wyrzeczeniami. Tymczasem w ekonomii dewzrostu czy koncepcji kapitalizmu postpracy rezygnacja dotyczy tylko tego, co mało wartościowe: mamy odejść od wyścigu szczurów i pogoni za bezmyślnym konsumowaniem śmieciowych gadżetów. Mamy już nie dopuszczać do tego, by sektor finansowy wobec realnego gospodarowania był „ogonem, który macha psem” (jak z kolei pisze Kate Raworth w książce „Ekonomia obwarzanka”). Chodzi o odebranie władzy najbogatszym, monopolistom i lobbystom. Dzisiejszy rzekomy postęp to przepracowanie obywateli na umowach śmieciowych, horrendalne kredyty, frustracja nieprzyzwoitym bogactwem nielicznych i neurotyczne, kompensacyjne kupowanie byle czego. „Dobrobyt bez wzrostu”, o którym piszą ekonomiści ekologiczni tacy jak Tim Jackson, to zwiększanie ilości czasu wolnego, równość ekonomiczna dzięki podatkom progresywnym, silne relacje społeczne i opieka społeczna, a także rozrywki niskoemisyjne: spacer z psem, joga, pielęgnowanie ogródka, spotkania z przyjaciółmi i rodziną.

MW: Cała nadzieja w młodych?

EB: Młodzi ludzie są ciągle wychowywani w kulcie przedsiębiorczości i brawury, które rozwiązują wszystkie problemy. Podpięci do Instagrama, chcą być jak Elon Musk lub Kim Kardashian. Planują w dwa lata zarobić w Internecie na tyle duże pieniądze, by żyć wygodnie do końca życia. Mamy do czynienia z tzw. kultem CEO, czyli mitologią, która głosi, że każdy może stać się tak bogaty jak Bill Gates. Musi się tylko postarać. Problem leży w tym, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Dociera to do młodych ludzi dopiero po trzydziestce, kiedy wyssani już z energii życiowej przez korporacje, zaczynają marzyć o wolnym czasie czy domku z ogródkiem. Wiara w bycie prezesem samego siebie nie prowadzi do sławy i bogactwa, ale do całkowitego wypalenia. Wbija się nam do głowy, że sami jesteśmy odpowiedzialni za swój sukces. W głowie się nam nie mieści, że alternatywnym celem dzisiejszego kapitalizmu mogłoby być wyhamowanie tej pogoni za ułudami i praca dwa, trzy dni w tygodniu.

MW: Czy zatem marazm antropocenu jest możliwy do przezwyciężenia?

EB: Tak, ale decydenci muszą zacząć słuchać naukowców – badaczy z obszarów nauki o systemie Ziemi czy ekonomistów ekologicznych. Poważnym problemem jest dziś upadek ekspertyzy naukowej. Potrzebujemy rewolucji w tym zakresie, głosy naukowców muszą znów być poważnie traktowane. Nie mamy lepszych narzędzi rozeznania się w sytuacji niż badania empiryczne, które są następnie anonimowo recenzowane. Potrzebujemy też rzetelnego śledzenia konfliktów interesów, nie tylko w świecie nauki. Dziennikarstwo śledcze nie jest wystarczająco wspierane. Choć, jak dowiedziałam się dzisiaj, UE zamierza chronić tzw. sygnalistów nagłaśniających szkodliwe działania korporacji, takie jak kampanie dezinformacyjne. W Polsce ludzie chętnie wierzą, że wszyscy są podkupieni i wszystko jest na zlecenie, a więc także i naukowcy nie są niezależni. Bardzo potrzebujemy wzmocnienia autorytetu niezależnej nauki. Media społecznościowe i Internet w tym nie pomagają, co pokazuje choćby rozwój ruchów antyszczepionkowych.

Jedną z najbardziej spektakularnych kampanii dezinformacyjnych przeprowadziły koncerny paliwowe. W ich ramach m.in. dziennikarz telewizyjny Steve Milloy (sponsorowany przez Exxon Mobil, jak się potem okazało) publicznie nazywał badania klimatologów „śmieciową nauką” i negował zmiany klimatu. Dziś ich działalności przyglądają się sądy i miejmy nadzieję, że wkrótce zapadną pierwsze wyroki. Dużo się zmieniło od czasu, kiedy Naomi Oreskes i Erik Conway pisali o istnieniu przemysłu produkcji wątpliwości na zlecenie. Pierwszych usprawiedliwiających się i wybielających się winnych dezinformacji klimatycznej możemy już obejrzeć w dokumentalnym filmie „Kłamcy klimatyczni”, który serdecznie polecam.


 

Wysokość kar za nieprzestrzeganie postanowienia TSUE dotyczącego czasowego wstrzymania wydobycia w kopalni Turów przekroczyła już 200 mln zł. Tymczasem rząd raz po raz zapewnia, że Polska płacić nie będzie. Czy faktycznie możemy uniknąć odpowiedzialności? Odpowiedzi Komisji Europejskiej nie pozostawiają wątpliwości. Należne kwoty dodatkowo powiększone o odsetki za zwłokę zostaną potrącone z płatności na rzecz państw członkowskich, które Polska otrzymuje codziennie. Za nieudolność rządu w sprawie Turowa zapłacą więc wszyscy podatnicy.

Informację, w jaki sposób Komisja Europejska potrąci płatności, podała Dyrekcja Generalna ds. Budżetu Komisji Europejskiej w odpowiedzi[1] na pytanie zadane przez Huberta Smolińskiego, prawnika z Fundacji Frank Bold.

— Komisja Europejska potrąci należne Polsce środki wraz z odsetkami, gdy tylko upłynie termin wskazany w ponownym wezwaniu do zapłaty. Wiemy również, że środków do potrącania nie zabraknie. Tylko w listopadzie Polska skorzystała z blisko 40 unijnych płatności w wysokości około 2 miliardów złotych (400 mln EUR). Według naszych obliczeń pierwszej poważnej „dziury” w polskim budżecie spodziewać możemy się już pod koniec stycznia. W jaki sposób polski rząd planuje ją załatać? To pytanie pozostaje bez odpowiedzi — mówi Hubert Smoliński.

W odpowiedzi na pytania parlamentarne Komisarz Unii Europejskiej ds. środowiska Virginijus Sinkevičius w imieniu Komisji Europejskiej wyjaśnia także, że „Komisja zwróciła się do władz polskich z pytaniem, w jaki sposób zamierzają zastosować się do nakazów Trybunału. Ponieważ Polska nie przedstawiła dowodów na zaprzestanie wydobycia węgla brunatnego w kopalni Turów, Komisja wysłała pierwsze wezwanie do zapłaty zgodnie z przepisami rozporządzenia finansowego”[2][3].

Jeśli Polska nie zapłaci w wyznaczonym terminie, który przypada na koniec br. nałożone zostaną odsetki za zwłokę[4] w wysokości 3,5% za każdy dzień zwłoki. Ponieważ Komisja ma możliwość wyegzekwowania płatności „nie widzi potrzeby rozważania innych środków na tym etapie”.

— Rząd wciąż bagatelizuje kary, które zostały nałożone na Polskę. Mydli przy tym podatnikom oczy, twierdząc, że możemy ich nie płacić. Tymczasem konsekwencje finansowe dotkną nas wszystkich — komentuje Maria Wittels z Fundacji „Rozwój TAK — Odkrywki NIE”. — Niedawno Gazeta Wyborcza przedstawiła wizualizację[5] miasta zmodernizowanego dzięki funduszom, które pójdą na kary nałożone przez TSUE. Za to co do tej pory straciliśmy przez Turów, moglibyśmy mieć nowe przedszkola, obwodnice, wodociągi, mosty, aquaparki, teatry, czy szpitale. Warto spojrzeć na tę grafikę, żeby uświadomić sobie, ile na co dzień tracimy przez uparte trwanie rządu przy węglu!

— Kompleks Turów to prawdziwa katastrofa dla rządu PiS. Planowane i poniesione już kary i obciążenia za produkcję energii z węgla z Turowa czynią ją najdroższą w Polsce — podkreśla Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia EKO-UNIA. — Oprócz powyższych ponad 200 mln zł kar TSUE, to 50 mln Euro na umowę z Czechami i dziesiątki milionów złotych na barierę wodochronną, ekran akustyczny i inne działania redukujące wpływ na sąsiadów. Kończący się 2021 r. to również niewytłumaczalny brak transformacji energetycznej kompleksu Turów i szans na wykorzystanie 1 mld zł z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji UE dla powiatu zgorzeleckiego.

— Turów to nie jedyna studnia bez dna, w którą lekką ręką rząd pakuje pieniądze podatników. W sejmie procedowana jest obecnie ustawa umożliwiającą kolejne dotowanie nierentownego sektora górniczego tylko do roku 2031 w kwocie ponad 28 mld złotych. Ministra klimatu, Anna Moskwa, powinna przestać chować głowę w piasek i rozpocząć realną transformację. Dalsze utrzymywanie węglowego statusu quo jest irracjonalnie i jest działaniem na szkodę interesu publicznego — komentuje Anna Meres, koordynatorka kampanii klimatycznych z Greenpeace Polska.

Odwołania:
  1. https://www.asktheeu.org/en/request/recovery_of_penalties_imposed_on#incoming-34640
  2. https://eur-lex.europa.eu/legal-content/PL/ALL/?uri=CELEX%3A32018R1046
  3. https://www.europarl.europa.eu/doceo/document/P-9-2021-004644-ASW_EN.html
  4. „Na podstawie art. 99 ust. 4 lit. b) rozporządzenia finansowego”. Kwoty zostaną potrącone „na podstawie art. 101 ust. 1 i art. 102 rozporządzenia finansowego”
  5. https://static.im-g.pl/im/0/27882/m27882280,KARYDLAPOLSKI.pdf

Jeśli Komisja Europejska uruchomi mechanizm „pieniądze za praworządność”, nasz kraj może stracić nawet 170 mld euro, z czego 42 mld euro na działania służące ochronie klimatu, walce ze smogiem i ochronie przyrody.

To wnioski z najnowszej analizy prawnej Fundacji ClientEarth „Kryzys praworządności oddala nas od zielonego dobrobytu”, która jest do pobrania tutaj.

Zapraszamy do lektury!


 

Zgodnie z podejściem systemowym systemy otwarte wchodzą w interakcje z otoczeniem, dzięki czemu zapewniają sobie niezbędne do funkcjonowania zasoby. Jednak w tym procesie tracą stopniowo energię. Ten proces utraty energii, stopniowego rozpadu, erozji, nosi nazwę entropii. System to coś więcej niż suma części, wiemy to już od czasów Arystotelesa. Organizmy żywe są systemami złożonymi. Ekosystem sam jest niezwykle złożonym systemem i składa się z wielu mniejszych, połączonych ze sobą systemów.

Niezwykle złożone są także systemy społeczne. Takim ogromnym systemem jest kapitalizm, od kilkuset lat stanowiący odpowiednik społecznego ekosystemu. On także podlega procesom entropii. Francuski filozof Bernard Stiegler twierdził, że od kilku dziesięcioleci procesy entropii tego wielkiego systemu nasilają się. Następuje proces zmierzający do śmierci systemu. Niestety, system ten jest na tyle potężny i wyposażony w niezwykle efektywne technologie, że może nie tylko sam zginąć, ale zabrać ze sobą do grobu inne wielkie systemy żywe – może spowodować śmierć całej planety. Czy można temu zaradzić, czy te potężne technologie, mechanizmy rynkowe i polityczne mogą to odwrócić, cofnąć? Niestety nie. Entropia jest procesem nieodwracalnym.

Stiegler zauważa, że towarzyszy temu swego rodzaju rozpowszechnienie się nihilizmu, który przestał być jedynie filozofią, ale stał się strukturalną przypadłością naszej cywilizacji ekonomicznej i technologicznej. Nasz świat choruje na nihilizm. Wiele decyzji podejmowanych jest bez brania po uwagę konsekwencji, ani długo- ani nawet krótkookresowych. To nie jest to samo co krótkowzroczność. To jest świadome działanie na szkodę innych, na szkodę dobra wspólnego. Tak, pragnienie korzyści, cynizm, żądza sukcesu za wszelką cenę, chciwość odgrywają tu ważną rolę, ale nie jedyną. W ostateczności zdaje się działać zasada „bo tak”. Czemu ścinają te drzewa? Bo tak. Po co zwalniają tych ludzi? Bo tak. Po co zamykają ten miły warsztat rzemieślniczy? Bo tak. Wyobraźmy sobie najgorszy i najplugawszy scenariusz i chwyćmy się go, on na pewno się sprawdzi. Jest to jakieś poczucie mocy, jazda z prądem historii. Nazywam to przywództwem chaosu, te postaci to surferzy entropii. Te osoby czasami promowane są przez różne ośrodki władzy, ale są też nieraz wybierane w demokratyczny sposób. Charakteryzują się tym, że czynnie uczestniczą w procesie rozpadu. Wszyscy to obserwujemy od bardzo wielu lat. Jest coraz bardziej tak samo. Jak kiedyś wyraził się mój student, gdy przyzwyczailiśmy się do czegoś naprawdę słabego, to za chwilę przestaje to obowiązywać i robi się jeszcze gorzej – i zaczynamy z nostalgią oglądać się na to „słabo”, które już było.

A teraz wyobraźmy sobie, że zaczyna się dziać dokładnie odwrotnie. Zatrzymajmy się przy tym uczuciu na chwilę. Wejdźmy w ten obraz. Jak to jest, jakie to przywodzi uczucia?

Persefona wychodzi na górę

Gdy wyszła,
oślepiło ją słońce,
nie wie, w którą stronę
iść. Przez wszystkie te lata,
gdy droga wiodła w dół,
widziała, jak dobrzy ludzie
podleją, potwornieją,
zdarzało się, że przychodziła jej myśl –
jak to będzie, gdy zaczną się zmieniać, tylko
w tę drugą stronę, czy tamto drugie zdziwienie
naprawdę ma smak ambrozji
i czy tej, która jadła granaty
ambrozję się podaje.
Zanim wyruszy dalej
przez chwilę w świecie naprawdę
zapanuje cisza.
(Warszawa, 2021)

Czy umielibyśmy się cieszyć, gdyby zaczął się odwrotny proces, gdybyśmy, tak jak bogini podziemi Persefona, mogli wyjść na powierzchnię i zobaczyć świat, który powoli zaczyna rozkwitać?
Ten rozkwit wokół wychodzącej z Hadesu Persefony, to właściwość organizmów żywych polegająca na odrywaniu się od dynamiki rozpadu i dezorganizacji. Fizyk Erwin Schrödinger twierdzi, że gdy żywe organizmy się formują, budują potencjał energetyczny – porządek, który obala i opiera się entropicznemu dryfowi w kierunku chaosu. Holenderski teoretyk organizacji i filozof Hugo Letiche zauważa, że życie rozwija sposoby, aby powstrzymać śmierć i dezintegrację – to pomysły i idee, które dają nam energię i nadzieję, coś rzadkiego, innego, coś co – aż dziw, że istnieje. To bioróżnorodność, potrzebna do regeneracji i rozkwitu środowiska naturalnego, a także różnorodność potrzebna systemom społecznym do regeneracji.

Negentropia w systemach społecznych to na ogół nie programy wdrażane przez główne instytucje polityczne i gospodarcze, ale odmienne, nowe, różne rzeczy dziejące się na marginesach, na obrzeżach. Negentropia nie jest programem politycznym ani strategią gospodarczą. Jest czymś co wybija i przerzuca system na inne tory, powoduje bifurkację. Problem w tym, że w naszych czasach marginesy te są odcinane i niszczone, system wpadł w śmiertelny korkociąg błędnych kół. Rozwiązuje swoje problemy na zasadzie „więcej tego samego”, nie szuka nowych treści, nie uczy się na błędach. Konsoliduje się, powiększa swoją władzę i swoją jednolitość. Jak powiada niemiecki filozof Byung Chul Han obezwładnia nas tyrania tego samego, powoduje wypalenie, powszechną demotywację. Działamy bo musimy, ale nie sprawia nam to radości ani przyjemności.

A jednak istnieją fenomeny, które aż zadziwiają swoją żywotnością. Działają one w trybie niemal niewidocznym, większość może nie zdawać sobie sprawy z ich istnienia. W świecie organizacji i zarządzania są to tak zwane organizacje alternatywne, które bada obecnie bardzo wiele osób, z wyżej podpisaną włącznie – badamy je empirycznie, a więc one istnieją naprawdę. Bernard Stiegler wyraża nadzieję, że w ten sposób – przy pomocy ludzkiej twórczości, pomysłowości i negentropijnej pracy – wyrwanie się z nihilizmu jest nieprawdopodobne, nieracjonalne, nieprzewidywalne, możliwe.

Organizacje – przedsiębiorstwa, organizacje pozarządowe, kościoły – mogą zarówno przyczyniać się do entropii, jak i mogą być nadzieją na ratunek. Francuski ekonomista Benjamin Coriat proponuje rozwiązywanie problemów „po ludzku”, troskliwe zarządzanie dla dobra wspólnego. Nie możemy odwrócić antropocenu, ale możemy go przesycić, rozsadzić życiem, twórczością, zgodnością z otaczającym nas życiem – możemy przeobrazić antropocen śmierci w negentropocen życia, poezji, jaskółek.

Źródło

Pod samym niebem jest źródło
Z którego tryskają jaskółki.
Tam zaczynają się wszystkie wędrówki
I spora część wierszy.
Tylko trafić tam nie jest łatwo
Mnóstwo astronomicznych wydarzeń
Jak wielki parasol nad nami. Dlatego
Nie spadają
Nam gwiazdy na głowę, ale
I sami nie wiemy
Dokąd idziemy. To prawda, że
Człowiek człowiekowi Kainem
Ale czasami człek człekowi
Jaskółką, i stąd nasza pewność, że
Latanie jest koniecznie możliwe.
(Viry-Châtillon, 2020)


 

Od lat 50. XX wieku intensywne rolnictwo powoduje utratę różnorodności biologicznej i odciska swoje piętno na znacznej części terenów Europy. Jednak wiele instytucji publicznych i organizacji obywatelskich w całej Europie przy wsparciu europejskich środków na ochronę klimatu i środowiska – programów LIFE – zaangażowanych jest w inicjatywy mające na celu przywrócenie różnorodności biologicznej na intensywnie uprawianych gruntach. Clare Taylor i Rudy van Diggelen przyglądają się, w jaki sposób przełomowe projekty w Holandii pokazują możliwość stosowania długoterminowych i wielkoskalowych technik oraz dają wskazówki dotyczące tego, jak polityka publiczna – szczególnie Wspólna Polityka Rolna po 2020 – może poprawić równowagę między rolnictwem i różnorodnością biologiczną.

Aż do drugiej połowy XX wieku rolnictwo w całej Europie charakteryzowało się małą intensywnością i niewielką skalą upraw. Gospodarstwa różniły się intensywnością użytkowania gruntów, modelem siewu i zbioru, dostępną technologią, i tak dalej. To z kolei prowadziło na przykład do dużego zróżnicowania w żyzności i kwasowości gleb, przekładając się na powstawanie optymalnych warunków dla wielu różnych gatunków. Ponadto „pozostałości tradycyjnego krajobrazu” (żywopłoty, obrzeża rowów, etc.) pomiędzy niewielkimi polami były dobrze ze sobą połączone i odgrywały ważną rolę w cyklu życiowym wielu różnych organizmów. W takim krajobrazie rolniczym występowało (i występuje) bogactwo gatunków.

W 1957 roku poprzedniczka dzisiejszej Unii Europejskiej, Europejska Wspólnota Gospodarcza, przyjęła Wspólną Politykę Rolną, aby zwiększyć i zabezpieczyć produkcję żywności, ustabilizować rynki żywnościowe, a także dla ochrony dochodów i dobrobytu rolników. Rozpoczęło to falę systematycznej intensyfikacji praktyk rolnych: mniej rolników i większe gospodarstwa, prostowanie cieków, specjalizacja w rolnictwie, a także eliminacja „pozostałości naturalnego krajobrazu” (lub „liniowych elementów krajobrazu”, w żargonie ochrony przyrody). Takie uproszczenie krajobrazu oznaczało, że w całej Europie grunty rolne zaczęły wyglądać podobnie, z czym wiązała się utrata różnorodności biologicznej. Intensywne rolnictwo jest nie tylko głównym motorem utraty różnorodności biologicznej, ale także (wraz z leśnictwem i innymi formami użytkowania terenu) odpowiada za niemal czwartą część globalnych emisji gazów cieplarnianych¹.

W dzisiejszych wielkoskalowych, intensywnych systemach rolnych zachodniej i środkowej Europy, Stanów Zjednoczonych i wielu innych części świata skutecznie stymulowany jest rozwój gatunków wszędobylskich o szerokiej tolerancji środowiskowej, takich jak szybko rosnące trawy albo owady dostosowane do warunków pokarmowych. Dlatego wciąż widzimy ptaki, wciąż widzimy zieloną trawę, ale wiele gatunków rodzimych ptaków, motyli, roślin i pszczół nie jest w stanie przeżyć na intensywnie użytkowanej ziemi rolnej. Mówiąc najprościej, utrata wielkich obszarów półnaturalnych siedlisk spowodowała załamanie się populacji licznych gatunków roślin i zwierząt.

Tu, w Europie, najłatwiejsze w uprawie tereny nizinne są tak silnie nawożone, że nawet na trwałych użytkach zielonych może przetrwać tylko kilka wyspecjalizowanych gatunków. Na ogół są to szybko rosnące i bardzo powszechne gatunki traw, które wykorzystują dodatkowe składniki odżywcze w bardzo efektywny sposób, aby zdominować wszystkie inne gatunki. Ten zestaw map (z Joint Research Centre, wewnętrznej jednostki badawczej Komisji Europejskiej) pokazuje nadwyżkę składników odżywczych w uprawnej warstwie gleby w wielu europejskich krajach.

Szczególnie warte uwagi są przekroczenia poziomów zawartości fosforu w glebie, co jest konsekwencją nadużywania nawozów w intensywnej produkcji rolnej. Poziomy są ekstremalne w krajach Beneluksu, południowej Anglii, północnej Francji i północnych Niemczech. A, obok Węgier i Czech, to właśnie są obszary, gdzie realizowanych jest także wiele prac w zakresie przywracania różnorodności biologicznej.

Kroki w stronę rekultywacji przyrodniczej

Zgodnie z wynikami badań przeprowadzonych w 2016 roku dla Komisji Europejskiej², władze publiczne i organizacje społeczeństwa obywatelskiego razem stanowią ponad dwie trzecie wszystkich podmiotów zaangażowanych w prace na rzecz przywracania różnorodności biologicznej. I choć większość prac w tym zakresie ma miejsce poza obszarami Natura 2000, powiększanie przy tej okazji sieci obszarów chronionych w UE (które często obejmują zarówno ziemię rolną, jak i naturalne obszary chronione) jest konieczne dla zapewnienia przetrwania rodzimych gatunków i siedlisk. Przywracanie różnorodności biologicznej i naturalnego krajobrazu na terenach poprzednio użytkowanych rolniczo może znacząco zwiększać akumulację dwutlenku węgla w glebie (na przykład na terenach podmokłych i porośniętych trawą) oraz inne usługi ekosystemowe, łagodząc w ten sposób zmianę klimatu.

Rekultywacja terenów użytkowanych rolniczo oznacza uwzględnienie szeregu uwarunkowań abiotycznych (takich jak hydrologia, jakość wody, właściwy poziom składników odżywczych), których przyroda potrzebuje, by być w dobrym stanie. Przy rekultywacji gleb to fosfor jest dziś składnikiem odżywczym, z którym najtrudniej sobie poradzić. W glebie może występować znaczny naddatek azotanów, ale ostatecznie zostanie on przekształcony w azot w postaci gazowej i trafi do atmosfery. Natomiast fosfor, który dostanie się do gleby z nawozami, wiąże się z nią na bardzo długi czas – w wielu przypadkach na setki lat. Niestety rośliny tak naprawdę nie pobierają wiele fosforanów (około 10-20 razy mniej niż azotu) i tylko niewielka jego część jest usuwana z plonem. Jeśli pole było przenawożone fosforanami, ich nadmiar pozostanie tam na długo.

W latach 70. i 80. XX wieku, kiedy na poważnie rozpoczęto prace nad przywracaniem różnorodności biologicznej, do odtworzenia pierwotnych, ubogich w składniki odżywcze warunków na wrzosowiskach i użytkach zielonych zastosowano tradycyjne metody, od wieków stosowane przez rolników. Jedną z tych metod jest wycinanie darni – metoda ta zakłada zdejmowanie próchniczej warstwy gleby z większością korzeni i składników odżywczych, bez głębszego naruszania profilu glebowego.

Jednak kiedy analizy profilu glebowego wykazują nadmiar składników odżywczych na głębszym poziomie, potrzebne są bardziej radykalne rozwiązania. Obejmują one usunięcie warstwy okrywowej, co zazwyczaj oznacza zdjęcie wierzchnich 15-20 cm gleby. Na małej powierzchni może to być nawet 50 cm gleby. W Holandii jest zaledwie kilkaset takich projektów i zwykle realizowane są na obszarach o powierzchni od kilku do kilkudziesięciu hektarów. Udowodniono, że takie podejście jest bardzo skuteczne – pozwala na odtwarzanie w pełni funkcjonalnych wrzosowisk w ciągu dekady.

Po zdjęciu górnej warstwy gleby cały profil glebowy zostaje zniszczony, a gleba staje się niemal jałowa. Zostaje około jednego procenta życia glebowego. Reszta po prostu przestaje istnieć. Na dużą skalę taka praktyka jest więc również bardzo destrukcyjna.

Usuwanie górnej warstwy gleby było główną techniką stosowaną w ramach projektu LIFE Dwingelderveld realizowanego na najrozleglejszych europejskich terenach podmokłych, które znajdują się w Holandii. Górna warstwa gleby została usunięta na 166 hektarach ziemi rolnej – to jeden z największych do tej pory zrealizowanych projektów mających na celu przywrócenie różnorodności biologicznej. Ponad 600 000 m3 wierzchniej warstwy gleby zostało wykopane podczas realizacji projektu, co kosztowało około 9 tys. euro za hektar. Działania trwały ponad 4 lata i spowodowały w okolicy znaczne utrudnienia związane z transportem i hałasem (choć wykopana ziemia została wykorzystana do stworzenia barier dźwiękowych dla pobliskiej autostrady, dzięki czemu obecnie okolica jest bardzo cicha).

Inną ważną konsekwencją zabiegów rekultywacyjnych było to, że po usunięciu górnej warstwy gleby rolnicy i właściciele gruntów nie mogli już czerpać korzyści ze swojej ziemi.

Inna droga

Około 2005 roku badacze z Louis Bolk Institute (zlokalizowanego w pobliżu Utrechtu w Holandii) odkryli nową, mniej inwazyjną technikę pozbywania się fosforanów z gleby. Będąca rodzajem fitoremediacji technika p-mining została opracowana w celu uzyskania wśród rolników i lokalnych społeczności większej akceptacji dla etycznie wątpliwych metod rekultywacji terenów przyrodniczo cennych. Naukowcom udało się wpisać ten temat do politycznej agendy, a także do strategii i planów ochrony, proponując lepiej akceptowane społecznie, ale znacznie wolniejsze (dekady zamiast lat), podejście do usuwania fosforanów.

P-mining zakłada nawożenie traw potasem i azotem, a następnie koszenie ich kilka razy w roku. Siano jest potem wykorzystywane przez rolników do karmienia bydła zimą. Podstawowym pomysłem jest stymulowanie wzrostu roślin (w konsekwencji zwiększają pobieranie fosforanów, a zatem także ich usuwanie). Obecnie jest to testowane po raz pierwszy w skali pola, na 200 hektarach w obrębie obszaru Natura 2000 Drents-Freise Wold, jako część projektu LIFE Going up a level.

Na terenie lokalnie znanym jako „Oude Willem” dzierżawione pola to przede wszystkim mieszanki traw z koniczyną (one były najpopularniejsze, szczególnie wśród rolników ekologicznych) oraz trwałe użytki zielone. Porozumienia z właścicielami gospodarstw określają, w jaki sposób realizowana jest fitoekstrakcja fosforu. W oparciu o wyniki analiz gleby zespół projektowy udziela rolnikom wskazówek dotyczących zalecanych dawek nawożenia na każdym z pól. Początkowe dane wskazują, że obniżenie poziomu fosforanów do rozsądnych wartości może zająć od pięciu do dziesięciu lat. Po dziesięciu latach fitoekstrakcji fosforu poziom fosforanów wciąż będzie znacznie wyższy niż w przypadku usunięcia górnej warstwy gleby, więc wrzosowiska nie mogą być odtwarzane w ten sposób. Ale bogatsze w kwiaty obszary trawiaste mogą – i to przy jednoczesnym zaangażowaniu rolników, i właścicieli gruntów.

Jednym ze szczególnych aspektów tych działań jest współpraca pomiędzy wieloma różnymi interesariuszami: rolnikami, lokalnymi władzami samorządowymi i zarządem wód. Partnerami projektu są organizacja zajmująca się ochroną przyrody Natuurmonumenten oraz zarządca lasów państwowych, Staatsbosbeheer (obie instytucje rozpoczęły skupowanie działek w regionie już w latach 60. XX wieku).

Rola Wspólnej Polityki Rolnej

Odbudowa różnorodności biologicznej oznacza dla lokalnych mieszkańców więcej niż zwykły biznes. Turystyka ma naprawdę pozytywny wpływ ekonomiczny: na przykład park narodowy w Dwingerveld odwiedza 2,5 miliona osób rocznie, co w latach 2000-2009 przyniosło dochód szacowany na ponad 25 milionów euro rocznie. Korzyści ekonomiczne są również widoczne na innych obszarach wrzosowisk w obrębie obszarów Natura 2000, takich jak Park Narodowy Hoge Kempen w Belgii (odwiedzany przez około 700 000 osób rocznie, które zostawiają w nim co roku 191 milionów euro). Jednak oprócz korzyści ekonomicznych, jest też poczucie lokalnej dumy z ponownego pojawiania się rodzimych gatunków, takich jak lobelia jeziorna (lobelia dortmanna), co nastąpiło właśnie w wyniku usunięcia górnej warstwy gleby w Dwingelderveld.

Każda sytuacja wymaga innych, specyficznych dla danego terenu metod rekultywacji, ale generalną zasadą jest, że takie prace muszą być wspierane przez szeroko zakrojoną politykę publiczną i publiczne finansowanie. Żaden rolnik nie może się dziś utrzymać z wrzosowisk.

Projekt w Oude Willem stanowi przykład realizacji przynajmniej dwóch z dziewięciu celów nowej Wspólnej Polityki Rolnej (WPR): przede wszystkim troski o środowisko oraz ochrony krajobrazu i różnorodności biologicznej. Jest oczywiste, że wcześniejsze próby „zazielenienia” WPR nie powiodły się. Ten rezultat (czy raczej jego brak) uwypukla fakt , że dobrze brzmiąca zielona retoryka musi być poparta techniczną wiedzą w rodzaju tej zebranej przez praktyków rekultywacji przyrodniczej w ostatnich trzech dekadach. Rolnicy to rozumieją, ponieważ w swojej pracy stale mierzą się z fizycznymi ograniczeniami.
Współcześni rolnicy nigdy nie będą tworzyć łąk o dużej różnorodności biologicznej, po prostu dlatego, że wartość produkcyjna takich użytków zielonych jest o wiele za niska. Tereny z dużą różnorodnością biologiczną muszą być zarządzane przez wyspecjalizowane organizacje (z zakresu ochrony przyrody).

Ale rolnicy mogą mieć duży wpływ na ochronę i odtwarzanie (wciąż) dość powszechnych gatunków na terenach rolniczych, poprzez stosowanie takich technik jak nienawożone pasy kwietne, niezbyt wczesne koszenie (żeby dać szanse ptakom łąkowym), rezygnacja z nadmiernego osuszania łąk, między innymi. Stworzyłoby to sieć terenów przyjaznych naturze, która byłaby w większości przypadków wystarczająca dla ocalenia naszych rodzimych gatunków³, nawet w gęsto zaludnionej Europie Zachodniej.

Wspólna Polityka Rolna po 2020 roku powinna nagradzać rolników za dbanie o podstawową różnorodność biologiczną. Z drugiej strony wyspecjalizowane organizacje zajmujące się ochroną przyrody są lepiej przygotowane do zarządzania (relatywnie małymi) obszarami charakteryzującymi się wysokim poziomem różnorodności biologicznej. Uznając i nagradzając różne poziomy zarządzania, nowa WPR może wspierać prace związane z odbudową różnorodności biologicznej, i generować wiele powiązanych z nią korzyści (produkcja żywności i drewna, lepsza jakość wody, pochłanianie dwutlenku węgla i ochrona przeciwpowodziowa, a także inne metody łagodzenia zmiany klimatu). Największą ze wszystkich korzyścią może być po prostu odrodzenie się naszych rodzimych gatunków.

Przypisy:

    1. Międzyrządowy Panel ds Zmian Klimatu (IPCC) w swoim piątym raporcie udowadnia, że sektor Rolny, Leśny i Inne Sposoby Użytkowania Gruntów są odpowiedzialne za niemal jedną czwartą wszystkich antropogenicznych emisji gazów cieplarnianych, przede wszystkim z powodu deforestacji oraz rolniczych emisji z produkcji zwierzęcej, gleb i zarządzania składnikami odżywczymi.
    2. Eftec, ECNC, UAntwerp & CEEWEB (2017). “Promotion of ecosystem restoration in the context of the EU biodiversity strategy to 2020”.
    3. Populacja ptaków zmniejszyła się w sumie o około 6% od 1990 roku, ale populacja ptaków krajobrazu rolniczego spadła o 32%, zgodnie z danymi z raportu Środowisko Europy 2020 Europejskiej Agencji Środowiska

Przedruk z Green European Journal, tłumaczenie Joanna Perzyna i Ewa Sufin-Jacquemart, opracowanie merytoryczne Robert Borek.


 

Będące inspiracją dla zielonego myślenia prace zajmującej się ekonomią polityczną Elinor Ostrom koncentrują się wokół tego, jak w demokratyczny sposób zarządzać zasobami i instytucjami. Autorka, badając realne alternatywy dla państwowej kontroli oraz organizacji w oparciu o rynek, wzywa nas do rozszerzenia pojęcia demokracji.

Kto powinien działać pierwszy, jeśli chcemy zapobiec katastrofalnej zmianie klimatu – rządy, korporacje czy indywidualni konsumenci? Czy ma sens iść naprzód w kwestii redukcji emisji, jeśli jednocześnie inni nie będą się z tym spieszyć? Jak najlepiej wesprzeć zdrowy obieg informacji przy takich zagrożeniach jak fake news, upadek zawodowego dziennikarstwa, państwowa i korporacyjna cenzura czy zagrożenia dla prywatności tworzone przez kapitalizm inwigilacyjny? Jak najlepiej zjednoczyć Europę? Czy powinniśmy przekazać więcej władzy na szczebel federalny, czy być elastyczni i zaakceptować rozwój rozwiązań typu opt-out, niezależnie czy uznamy je za zło konieczne czy niechciane błogosławieństwo? To wyzwania będące osią starć politycznych naszych czasów, a mierząc się z nimi wiele możemy nauczyć się od Elinor Ostrom (1933-2012).

W 2009 roku amerykańska akademiczka zyskała sławę pierwszej kobiety uhonorowanej Nagrodą Nobla w dziedzinie ekonomii – nagrodę przyznano jej za „analizę ekonomicznych aspektów rządzenia, szczególnie w zakresie dóbr wspólnych”. Elinor, która sama określała siebie jako „ekonomistkę polityczną”, jest wraz ze swoim mężem – Vincentem Ostromem – jedną z centralnych figur nowego instytucjonalizmu. Jak zauważa Derek Wall – autor który pomógł wyrobić Ostrom renomę zielonej myślicielki – w Elinor Ostrom’s Rules for Radicals: ekonomia polityczna w wykonaniu Ostrom różni się od przyjętego rozumienia terminu. Bardziej niż badanie wzrostu ekonomicznego, polityki monetarnej czy budżetów państwowych, koncentruje się ona na tym, jak pasterze w szwajcarskiej wiosce chronią swoje pastwiska, albo jak mieszkańcy wsi na tureckich wybrzeżach rozstrzygają spory w zakresie połowów. (I nie chodzi tu o skalę – Ostrom interesowała się także globalnymi dobrami wspólnymi, takimi jak klimat czy internet.)

Cechą wyróżniającą pracę naukową Ostrom był bezkompromisowy empiryzm. Twierdziła, że to, co sprawdza się w praktyce, nie może być uznawane za niemożliwe w teorii. Kiedy rozpoczęła badania nad dobrami wspólnymi, dominowała teoria, że są one skazane są na porażkę. Zgodnie z tą teorią ludzie są z natury egoistyczni i kierują się własnym interesem, nawet kosztem innych. Jeśli oszukiwanie nie będzie karane, z całą pewnością będą oszukiwać.

By jednostka się podporządkowała musi albo czuć obawę przed karą (kontrola państwa), albo obietnicę zysku (zachęty rynkowe). A jednak, jak zauważa Ostrom, są liczne przykłady, kiedy dobra wspólne przetrwały przez długie okresy czasu. Jak było to możliwe?

Dzięki zbadaniu dziesiątek wspólnot zbudowanych wokół różnych zasobów, Ostrom ujawniła osiem (tymczasowych) zasad, które były stosowane w większości miejsc, gdzie odnotowano sukces w zakresie zarządzania dobrami wspólnymi, i nieobecne tam, gdzie nastąpiła porażka. Ludzie w istocie bywają egoistami, jednak mogą także komunikować się, negocjować, budować zaufanie, a co najważniejsze – uczyć się na własnych błędach. Wspólne zasoby mogą być przedmiotem „dylematów społecznych”, ale nie oznacza to wyroku na nie. Ignorowanie ryzyka „jazdy na gapę” podczas projektowania polityki czy instytucji byłoby krótkowzroczne, ale zaniedbanie potencjału współpracy może być – na dłuższą metę – jeszcze bardziej katastrofalne. Wiele dekad reform opartych o uproszczonych założeniach każących widzieć ludzi jako „racjonalnych aktorów”, którzy troszczą się jedynie o siebie, pozostawiło nam instytucje, które wcale nie są racjonalne.

Klimat, przyszłość Europy i świat cyfrowy to dziś niektóre z centralnych tematów zielonej polityki. Zarówno w swoich konsekwencjach, jak i dynamikach, są to różne dylematy dla i wokół demokracji. Podejście Ostrom może być najbardziej przydatne dzięki temu, że proponuje sposoby myślenia, które pozwalają je rozwiązać w oparciu o wspólnotę.

W sferze polityki klimatycznej Ostrom zaproponowała podejście policentryczne. Policentryzm jest formą życia społecznego, w której spójność nie zależy od jedności władzy. Jest wiele autonomicznych „jednostek”, które połączone są relacjami współpracy, rywalizacji, konfliktu i sposobów rozwiązywania konfliktu. Jeśli porównać je do ich przeciwieństwa – monocentrycznych hierarchii – systemy policentryczne mogą wydawać się nieco „pogmatwane”. Jednak, zgodnie z wizją Ostrom, takie pogmatwane struktury są lepiej dopasowane do dostarczania usług publicznych, demokratycznego porządku prawnego i produkcji wiedzy naukowej.

Co to oznacza dla tworzenia polityki klimatycznej? Mierzenie się z kryzysem klimatycznym nie jest sytuacją albo-albo: albo rządy albo jednostki, albo korporacje albo konsumenci, albo globalne porozumienie albo rozrastające się eksperymenty miejskie. Każde globalne rozwiązanie musi być poparte zmianami w lokalnej polityce i indywidualnych zachowaniach; każda zmiana na poziomie lokalnym czy państwowym musi być osadzona w porozumieniach międzynarodowych, tak aby móc zapobiegać „wyciekom”.

Badania nad zasobami wspólnymi zaprowadziły Ostrom do ciekawego spostrzeżenia: uwaga powinna być skierowana nie na koszty, ale na podzielane korzyści transformacji na każdym poziomie. Dla gospodarstwa domowego ekologiczne rozwiązania mogą oznaczać niższe rachunki za ogrzewanie, dla miasta czystsze powietrze i zdrowszych ludzi, dla państw narodowych mniejszą zależność od importu energii, a także impuls do rozwoju innowacji, dla Unii Europejskiej okazję do przedefiniowania regionalnej polityki spójności i dalszej integracji jej członków. Takie dodatkowe korzyści nie są drugorzędnymi detalami, lecz podstawą uczynienia polityki klimatycznej możliwą i bardziej demokratyczną. W przeciwnym wypadku polityka klimatyczna będzie rozumiana wyłącznie w kategoriach kosztów, a widoczna bezczynność „pasażerów na gapę” może udaremnić wszelkie zachęty do zmian.

Systemy policentryczne są także bardziej elastyczne, a przez to bardziej zdolne do tego, żeby dostosować się do zmiennych okoliczności. To one były u podstaw amerykańskiego federalizmu. I chociaż, jak sama Ostrom wielokrotnie ostrzegała, projektowanie zrównoważonych instytucji polega bardziej na dostrajaniu się do aktualnego kontekstu niż naśladowaniu czegoś, co sprawdziło się gdzie indziej, idea policentryzmu może także pomóc nam naświetlić – i bardziej docenić – europejskie doświadczenie integracji.

Podejście Ostrom może także zostać zastosowane do wiedzy i informacji – dziś centralnych wyzwań dla demokracji. Konkluzje nie są tak jasne, jak dla polityki klimatycznej, ale ramy analityczne stworzone dla zrozumienia naturalnych zasobów wspólnych i systemów policentrycznych dostarczają świeżej perspektywy. Wiedza jako dobro wspólne – pisze Ostrom we wspólnym tekście z Charlottą Hess – jest podatna na bardzo podobne zagrożenia, jak naturalne zasoby wspólne: utowarowienie i grodzenia, zanieczyszczenie i degradacja, a także niezrównoważony rozwój.

Jest ponadto narażona na to, co autorki nazywają „tragedią anty-wspólnych zasobów” – jarzmo nadmiarowej własności intelektualnej. Od lat 90. XX wieku dyskurs internetowy znacznie się zmienił. Internet, niegdyś postrzegany jako kamień węgielny demokracji w świecie sieci, dziś coraz częściej rozumiany jest jako zagrożenie dla procesów demokratycznych. Jednak dla Ostrom cyfrowe dobrawspólne mogłyby być demokratyczną alternatywą dla hierarchii monocentrycznych (tego, co teraz nazywamy kapitalizmem inwigilacyjnym). Cyfrowe dobra wspólne muszą być dobrze – z dbałością o szczegóły – zaprojektowane oraz chronione. Nie ma gotowych rozwiązań. Jedna wskazówka jednak wydaje się oczywista: lepiej wprowadzić działający system rozwiązywania konfliktów, niż starać się rozwiązać wszystkie konflikty za pomocą jednego zestawu reguł.

Dla Ostrom dobra wspólne nie są czarodziejskim zaklęciem. W niektórych przypadkach państwo czy rynek mogą faktycznie lepiej odpowiadać zamierzonym celom. W dodatku, wynik działania w oparciu o zasoby wspólne może być dobry albo zły, zrównoważony albo niezrównoważony. Ale jeśli wierzymy, że odnowa demokracji zaczyna się od sposobu, w jaki organizujemy pracę i działalność gospodarczą, odnajdziemy w badaniach Ostrom coś cenniejszego niż podnoszące na duchu historie. Znajdziemy zestaw narzędzi do zrozumienia, jak działanie w oparciu o wspólne zasoby może być skuteczne, i dlaczego czasem zawodzi.

Artykuł pierwotnie ukazał się w Green European Journal. Angielska wersja dostępna jest tutaj: Elinor Ostrom: The Case for a Messy Federalism

Tłumaczenie: Joanna Perzyna


 

Pandemia ujawniła konsekwencje utraty różnorodności biologicznej dla zdrowia i dobrego samopoczucia ludzi. Jednak w przeciwieństwie do zmiany klimatu, która już kształtuje sposób, w jaki myślimy o przyszłości naszych społeczeństw, gospodarek i geopolityki, różnorodność biologiczna nie wkroczyła jeszcze w pełni do programu politycznego. Pomimo wyznaczonych w Unii Europejskiej i Organizacji Narodów Zjednoczonych ram prawnych dla ochrony różnorodności biologicznej, zrozumienie, że zapobieganie utracie gatunków ma kluczowe znaczenie dla zdrowia i dobrobytu jest podkopywane przez niezdolność do liczenia się z przyrodą w obszarze systemów żywnościowych i w wielu innych aspektach.

Konsekwencje, jakie dla ludzkiego zdrowia przynosi degradacja środowiska, są znane od dawna. Od wzrostu zachorowań na astmę spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza, poprzez substancje toksyczne w rybach i fragmentaryzację siedlisk prowadzącą do odrodzenia się boreliozy – relacja pomiędzy ludzką cywilizacją i światem natury jest genezą dla wielu współczesnych zagrożeń dla zdrowia. Od dekad naukowcy są świadomi związku między chorobami odzwierzęcymi i złymi decyzjami w kwestii natury i dzikiej przyrody.

„Kryzysy tworzą szanse” – powiedziała dyrektor generalna UNESCO, Audrey Azoulay, na poświęconym różnorodności biologicznej szczycie ONZ we wrześniu 2020 roku. „To okazja, aby zmienić sposób, w jaki postrzegamy nasze relacje z naturą, z innymi, oraz z Ziemią (…) nie ma przyszłości dla ‘biznesu jak zwykle’. Potrzebujemy ‘nowej normalności’ dla różnorodności biologicznej”. Ponad 150 światowych przywódców zebrało się na internetowym szczycie, aby przed 15. Konferencją Stron Konwencji o Różnorodności Biologicznej (COP15), która ma się odbyć w Kunming w Chinach w 2021 roku, omówić „pilne działania”. Chociaż różnorodność biologiczna nie osiągnęła jeszcze celów przewidzianych w porozumieniu paryskim, utrata gatunków jest coraz częściej uznawana za globalne wyzwanie, równie istotne, co załamanie się klimatu, a także silnie z nim związane.

Obecnie uznaje się, że mokry targ w Wuhan był raczej miejscem ekspresowego rozprzestrzeniania się wirusa na wczesnym etapie, niż jego źródłem. Niemniej jednak ta narracja trafiła w przekonania ekologów i skierowała uwagę i nacisk mediów na handel dziką fauną i florą – hotspot dla przenoszenia się patogenów. Jednak według zoologa Petera Daszaka, prezesa nowojorskiej organizacji pozarządowej EcoHealth Alliance, handel dziką fauną i florą to tylko jeden z elementów większej układanki, która obejmuje polowania, chów zwierząt, sposób użytkowania gruntów i ekologię.

Najnowsze badania opublikowane w czasopiśmie naukowym Nature pokazują, że utrata różnorodności biologicznej zwykle powoduje zastąpienie mnogości gatunków przez jedynie kilka. Te, które posiadają predyspozycje do przetrwania i rozwoju – na przykład szczury i nietoperze – mają większe szanse na bycie gospodarzem potencjalnie niebezpiecznych patogenów, które mogą przenieść się na ludzi.

Wylesianie jest głównym czynnikiem napędzającym przenoszenie się chorób odzwierzęcych na ludzi. Według artykułu opublikowanego w Science, obrzeża lasów tropikalnych są najistotniejszymi pasami transmisyjnymi dla nowych ludzkich wirusów. W miarę jak budowa dróg i wycinanie lasów pod produkcję drewna i rolnictwo poszerzają graniczne pasy roślinności, rośnie ilość interakcji między dzikimi zwierzętami, żywym inwentarzem i ludźmi, co zwiększa ryzyko rozprzestrzeniania się chorób. Punkty krytyczne można zidentyfikować tak: kontakt między ludźmi lub zwierzętami gospodarskimi, a dziką przyrodą jest bardziej prawdopodobny, gdy utracone zostanie ponad 25% pierwotnej pokrywy leśnej.

Przemysłowa produkcja mięsa jest najpewniej najistotniejszym elementem układanki. IDDRI, wiodący francuski think tank zajmujący się zrównoważonym rozwojem, wskazał przemysł rolno-spożywczy jako szczególnie istotny czynnik napędzania utraty różnorodności biologicznej i pojawiania się chorób odzwierzęcych. W wywiadzie ekspert ds. ekologii i spraw międzynarodowych, Aleksandar Rankovic, wyjaśnia: „Wiele pojawiających się, szczególnie w ciągu ostatnich 50 lat, chorób zakaźnych i pandemii (zwłaszcza niedawne pandemie grypy) pochodziło od zwierząt domowych – z ferm drobiu i trzody chlewnej. W innych zwierzęta udomowione były przynajmniej jednym z elementów łańcucha transmisji nowych wirusów z dzikich gatunków na ludzi”.

Intensyfikacja produkcji mięsa i wynikający z niej wzrost koncentracji zwierząt sprawiają, że zwierzęta gospodarskie, jak podkreśla Science, są „kluczowymi rezerwuarami i ogniwami dla pojawiania się chorób”. Ptasia grypa została przeniesiona z dzikiego ptactwa na drób, a potem ludzi, podczas gdy świńska grypa przeniosła się z dzikiego ptactwa na ludzi za pośrednictwem trzody chlewnej. Wiele ognisk chorób związanych z żywym inwentarzem, takich jak wirus Nipah w Azji Południowej, osiągnęło szczytowy zasięg pandemii w XXI wieku.

Związek między zdrowiem ludzkim, a bioróżnorodnością jest dwojaki: po pierwsze, wylesianie i degradacja gatunków zwiększają ryzyko pandemii chorób odzwierzęcych; po drugie, zagrożenia dla zdrowia ludzkiego, takie jak pandemie i antybiotykooporność, wynikają z czynników, które przecinają się z czynnikami powodującymi utratę różnorodności biologicznej.
Na całym świecie związek między zdrowiem a bioróżnorodnością, a także szerzej rozumianym środowiskiem, jest coraz bardziej upolityczniony. Humberto Delgado Rosa jest dyrektorem w departamencie środowiska Komisji Europejskiej. Podkreśla on, jak nacisk na społeczne i gospodarcze skutki pandemii przekłada się na ochronę środowiska. „To oznacza, że nie można odkładać na bok różnorodności biologicznej czy kwestii środowiskowych” – wyjaśnia. „Ludzie zaczynają zauważać rachunek, który wystawia natura: pożary lasów, płonące koale, utrata zapylaczy, plastik w oceanach – rośnie społeczne poparcie dla ochrony przyrody”.

W końcu priorytet?

Kwestia restytucji przyrody jest Europie podnoszona od 30 lat. Ben Delbaere, ekolog, rozpoczął swoją karierę w latach 90., „erze, w której różnorodność biologiczna po raz pierwszy znalazła się na celowniku i w polityce publicznej”. Dyrektywa siedliskowa – jedno z kluczowych europejskich przepisów dotyczących ochrony przyrody – została przyjęta w 1992, a następnie w 1993 roku podpisano Konwencję o różnorodności biologicznej. Na przełomie wieków Milenijna Ocena Ekosystemów i inne badania prowadzone przy pomocy koncepcji „usług ekosystemowych” mocno powiązały ochronę różnorodności biologicznej i przyrody z takimi sektorami gospodarki jak rolnictwo, leśnictwo i rozwój infrastruktury. Koncepcja ta dostrzega korzyści, które zdrowe ekosystemy przynoszą innym obszarom naszego życia. Niemniej jednak Delbaere zwraca uwagę, że kiedy kryzys gospodarczy uderzył w 2008, „problem różnorodności biologicznej zszedł na dalszy plan”, a na pierwsze pozycje wysunęły się kwestie związane z miejscami pracy i ożywieniem gospodarczym. Ostatnio, wraz ze wsparciem ze strony agendy klimatycznej i Europejskiego Zielonego Ładu, uwaga polityczna ponownie zwróciła się w stronę przyrody i różnorodności biologicznej.

„2020 jest kluczowym rokiem dla unijnej polityki w kwestii różnorodności biologicznej”, wyjaśnia Delbaere. Opublikowany w październiku, opracowywany co sześć lat raport Europejskiej Agencji ds. Środowiska dotyczący stanu przyrody w UE wykazał, że różnorodność biologiczna stoi w obliczu „pogarszających się tendencji wynikających ze zmian w sposobach użytkowania lądu i morza, a także nadmiernej eksploatacji i niezrównoważonych praktyk w zarządzaniu” oraz, że cele UE na 2020 r. nie zostały osiągnięte. W maju ogłoszono nową strategię, która obowiązywać będzie do 2030 roku.

Delbaere kieruje zespołem badającym stopień, w jakim europejskie fundusze na ochronę przyrody (za pomocą programu LIFE, kluczowego europejskiego instrumentu finansowania działań na rzecz środowiska) przyczyniły się do poprawy ochrony gatunków i siedlisk chronionych przez prawo europejskie. Zespół Delbaere odkrył, że prace na rzecz ochrony środowiska odniosły skutek we wszystkich grupach siedlisk i wobec wszystkich typów gatunków, ale przede wszystkim na poziomie lokalnym i regionalnym. „Inwestycja się opłaca”, mówi Delbaere, „ale projekty są nadal zbyt lokalne, by osiągnąć efekt skali”. Działania prowadzone w ramach programu LIFE zdołały jedynie spowolnić utratę różnorodności biologicznej, a nie ją zatrzymać lub odwrócić negatywny trend.

Delgado Rosa jest w tej kwestii zgodny: „Działania UE nie były wystarczająco szeroko zakrojone ani wystarczająco powiązane z sektorami, które leżą u podstaw utraty różnorodności biologicznej, aby jej przeciwdziałać”. Wskazuje jednak, że te niedociągnięcia są stopniowo przezwyciężane. W ramach Europejskiego Zielonego Ładu nowa strategia na rzecz różnorodności biologicznej (do 2030 roku) ma na celu poszerzenie obszarów prawnie chronionych w Europie do co najmniej 30% lądu i 30% morza (przy czym co najmniej 10% tych obszarów podlegać ma ochronie ścisłej) oraz tworzenie korytarzy ekologicznych w ramach transeuropejskiej sieci przyrodniczej. Przewiduje się, że prawnie wiążące cele w zakresie odtworzenia obszarów naturalnych zostaną określone w 2021 r., a 20 miliardów euro rocznie na ochronę różnorodność biologicznej będzie pozyskiwane z funduszy UE, a także ze źródeł krajowych i prywatnych. Delgado Rosa jest optymistycznie nastawiony do perspektywy przyjęcia przez Europę wiodącej roli w globalnych rozmowach na temat różnorodności biologicznej podczas COP15 w 2021 r. „Realizuje się europejskie przywództwo. Europejska strategia na rzecz różnorodności biologicznej na rok 2030 jest najbardziej ambitną, jaką kiedykolwiek widział świat”.

Jednak chociaż polityka w zakresie różnorodności biologicznej może zyskać na znaczeniu, prawdziwe zintegrowanie kwestii dotyczących przyrody, zdrowia ludzkiego i gospodarki pozostaje wyzwaniem.

W zgodzie z naturą

Jak twierdzi Sekretariat Konwencji o różnorodności biologicznej – globalnego porozumienia podpisanego w 1993 roku – aby zatrzymać spadek różnorodności biologicznej niezbędna jest radykalna transformacja wielu aspektów działalności człowieka. Jej osiem obszarów przejściowych obejmuje systemy żywnościowe, działania na rzecz klimatu, rybołówstwo i lasy, a także „Wspólne zdrowie” (ang. „One health”) – zintegrowane podejście do ludzkiego zdrowia i zarządzania środowiskiem.

Systemy polityczno-gospodarcze i instytucje międzynarodowe na całym świecie jak dotąd nie potrafiły odpowiednio zintegrować dbałości o zdrowie – ludzi, zwierząt i środowiska – aby powstrzymać skutki uboczne i rozprzestrzenianie się chorób zakaźnych. Badania przeprowadzone przez IDDRI podkreślają, w jaki sposób pandemia ujawniła „obecne trudności instytucji, systemów opieki zdrowotnej i systemów ekonomicznych w wyciąganiu wniosków – jeśli chodzi o działania zapobiegawcze, globalny nadzór i wzmacnianie odporności – z powtarzających się sytuacji zakaźnych”. Według ich raportu, jedyne podejście, które „łączy międzynarodowe agencje z pewną gotowością do interwencji” to „Wspólne zdrowie”. Oficjalnie przyjęte przez organizacje międzynarodowe i instytucje naukowe w 1984 roku działanie „Wspólne zdrowie” ma na celu sprostanie globalnym wyzwaniom zdrowotnym poprzez skoordynowanie wysiłków na rzecz zdrowia ludzi, zwierząt i środowiska.

W 2018 r. Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) i Światowa Organizacja Zdrowia Zwierząt (OIE) porozumiały się w zakresie stosowania programu „Wspólne zdrowie” dla zwalczania oporności na środki przeciwdrobnoustrojowe. Jednak ta współpraca pozostała „zasadą współpracy między wyspecjalizowanymi agencjami” – pozbawioną działań, finansowania czy określonych standardów. Tak więc, chociaż sam program może być najbardziej rozwiniętym schematem tego rodzaju działań, jego zasady nie przełożyły się jeszcze na praktykę.

Rankovic uważa, że ​​związek między środowiskiem, a zdrowiem stanowi „głęboki problem” dla instytucji międzynarodowych. Patrząc na podejście „One Health” zwraca uwagę, że Program Narodów Zjednoczonych ds. Ochrony Środowiska (UNEP) nie został w nie zaangażowany, przez co pozostawia kwestie środowiska na marginesie. W WHO trwa postępowanie w zakresie pojawienia się Covid-19 i zarządzania kryzysem z nim związanym, ale ponownie „UNEP jest marginalizowany w tym postępowaniu”, dodaje Rankovic. Konkluduje, że tylko wtedy, gdy aspekt środowiskowy jest tak samo istotny, co żywność i zdrowie, jeśli chodzi o określanie zagrożeń zdrowotnych, podejście takie jak „Wspólne zdrowie” będzie adekwatne do stawki, o jaką chodzi.

Nowe podejście do produkcji żywności

Intensywne rolnictwo jest powszechnie uznawane za największy pojedynczy czynnik utraty różnorodności biologicznej. Transformacja systemu rolno-żywnościowego jest zatem kluczowa, a być może również wystarczająca, by odwrócić krzywą utraty gatunków i zapewnić zdrowsze środowisko. Jednak, jak widać na przykładzie „Wspólnego zdrowia”, przejście od rozpoznania tej zależności do wprowadzenia realnych zmian w sposobie, w jaki ludzie wytwarzają żywność, nie jest proste.

Europa pozostaje pod wpływem w dużej mierze niezreformowanej Wspólnej Polityki Rolnej (WPR), która pochłania około jednej trzeciej budżetu UE. Przez dziesięciolecia WPR była krytykowana tworzenie perwersyjnych zachęt i kiepski wpływ na środowisko. Kluczowy element Zielonego Ładu – unijna strategia „Od pola do stołu” – wyznacza cele w zakresie przekształcenia europejskiego systemu żywnościowego, w tym: redukcję o 50% stosowania i ryzyka związanego ze stosowaniem pestycydów, redukcję o co najmniej 20% stosowania nawozów, spadek o 50% sprzedaży środków przeciwdrobnoustrojowych stosowanych w hodowli zwierząt gospodarskich i akwakulturze oraz osiągnięcie 25% gruntów rolnych w ekologicznym modelu produkcji. Ale wiele zależy od tego, jak państwa członkowskie zdecydują się wdrażać Wspólną Politykę Rolną na szczeblu krajowym. Wydaje się mało prawdopodobne, by Europa w najbliższej przyszłości odwróciła niekorzystną zależność między produkcją żywności, a utratą gatunków.

Rankovic twierdzi, że konieczne jest radykalne przemyślenie polityki rolnej: „Przesłanie jest jasne. Najlepszą rzeczą, jaką moglibyśmy zrobić dla różnorodności biologicznej, jest dążenie do głębokiej transformacji naszych systemów żywnościowych”. Wyzwania są liczne. „Gdyby chodziło tylko o zmianę kultury, zadanie byłoby znacznie łatwiejsze” – mówi Rankovic. „Ale wielu ludzi utrzymuje się z pracy w przemyśle rolno-spożywczym”.

Czas na globalne zarządzanie bioróżnorodnością

Unia Europejska chciałaby objąć pozycję światowego lidera w zakresie ochrony różnorodności biologicznej. Chiny, gospodarz COP15 w 2021 roku, również przedstawiają ambitne plany. „Nasze rozwiązania są w naturze” – powiedział prezydent Xi Jinping w swoim przemówieniu otwierającym szczyt ONZ. Chiny, jako gospodarz szczytu, podkreślają swoją rolę w zarządzaniu środowiskiem.

Niewątpliwie potrzebne są nowe strategie zarządzania różnorodnością biologiczną: w ciągu ostatniej dekady żaden z globalnych, ani ustalonych na szczeblu europejskim celów w zakresie różnorodności biologicznej nie został osiągnięty. W październiku 2020 r. Hans Bruyninckx, dyrektor Europejskiej Agencji ds. Środowiska, określił zmiany klimatyczne i utratę różnorodności biologicznej jako kwestie nierozłączne: „Naukowe wyjaśnienie jest proste: jeśli chcemy silnych, opartych na naturze rozwiązań klimatycznych, musimy mieć silne środowisko naturalne.” Podczas gdy wiadomo, że osiągnięcie zerowych emisji netto będzie wymagało jak najlepszego wykorzystania naturalnego obiegu węgla, polityka klimatyczna i polityka w zakresie różnorodności biologicznej od dawna są odrębnymi programami. Jak zauważa Bruyninckx, „są to często dwa odrębne światy”.

W przeciwieństwie do zarządzania klimatem, ponadnarodowe zarządzanie różnorodnością biologiczną jak dotąd nie zdołało wygenerować wystarczającej woli politycznej i społecznego zaangażowania, by odpowiedzieć na poważne zagrożenia związane z globalną utratą różnorodności biologicznej. Teraz, gdy pandemia przyniosła nam konsekwencje tych zagrożeń, może globalne zarządzanie różnorodnością biologiczną dostrzeże „paryski moment” konsensusu międzynarodowego i zaangażowania w odbudowę przyrody, odnajdując jednocześnie w przyrodzie nie wartości estetyczne, ale podstawę dla ludzkiego zdrowia i efektywnego działania w zakresie klimatu?

Podczas szczytu ONZ, prezydent Xi stwierdzając, że „współpraca jest właściwą drogą naprzód” wezwał światowych przywódców do „podtrzymywania multilateralizmu i budowania synergii dla globalnego zarządzania środowiskiem.” Jednak w odpowiedzi na Covid-19 interesy narodowe wysunęły się na pierwszy plan i brakuje aktów międzynarodowej solidarności. Otwartym pytaniem pozostaje, czy narastające dowody – i konsekwencje dla zdrowia ludzkiego – spadku różnorodności biologicznej będą dla międzynarodowej społeczności wystarczającą motywacją do współpracy, a nie konkurencji.

Artykuł pierwotnie ukazał się w Green European Journal. Angielska wersja dostępna jest tutaj: Roots in Nature: The Pathogen and the Politics of Biodiversity

Tłumaczenie: Joanna Perzyna


 

87 proc. przedstawicieli komitetów audytu uważa edukację za niezbędną dla osiągnięcia postępów w dziedzinie klimatu

Brak jasnej strategii uniemożliwia komitetom audytu właściwy i skuteczny nadzór nad procesami dotyczącymi ograniczania zmian klimatu, prowadzonymi w ich instytucjach – wynika z raportu The Audit Committee Frontier – addressing climate change, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. W globalnym badaniu prawie połowa przedstawicieli komitetów audytu ocenia, że nie ma zasobów i zaplecza potrzebnego do skutecznego zajęcia się tą tematyką i zrozumienia wpływu zmian klimatu na biznes. Zdolność wypełniania obowiązków regulacyjnych w zakresie ograniczania ryzyk klimatycznych i planów dekarbonizacji najczęściej deklarują przedstawiciele Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki.

Komitety audytu, jako zespoły złożone z członków rady nadzorczej, odpowiedzialne za nadzór nad sprawozdawczością finansową w spółkach, są ważnym elementu ładu korporacyjnego. Ich rola, wraz ze wzrostem znaczenia czynników ESG (Environment, Social, Governance) w codziennej działalności biznesowej, zaczyna ewoluować, aby adekwatnie odzwierciedlać potrzeby firm także w tym zakresie. Muszą one dokładnie rozumieć, w jaki sposób zagrożenia ESG w tym przede wszystkim środowiskowe i klimatyczne wpływają lub mogą wpływać na firmę i jak ma to związek z wartością przedsiębiorstwa. Mają do odegrania kluczową rolę zapewniając, że jakość informacji na temat czynników zrównoważonego rozwoju, w tym zmian klimatu, jest porównywalna i spełnia równie wysokie standardy jak raportowane informacje finansowe.

Dla wielu komitetów audytu włączanie założeń i wpływu zmian klimatu na biznes i biznesu na klimat (tzw. podwójna materialność) zarówno do sprawozdawczości finansowej, jak niefinansowej jest trudnym zadaniem.

Na początek firmy powinny ocenić własne profile ryzyka klimatycznego, ustalić plany zmniejszania śladu węglowego w działalności własnej i łańcucha dostaw oraz dokładnie informować otoczenie o swoich działaniach i postępach. Mając to na uwadze, w drugim etapie muszą określić, w jaki sposób te założenia powinny być odzwierciedlone w sprawozdaniach i prognozach wyników finansowych na podstawie oceny wpływu tych ryzyk na przedsiębiorstwo i jego model biznesowy w perspektywie strategicznej

Irena Pichola, partnerka, liderka zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte

W badaniu, przeprowadzonym przez Deloitte w 40 państwach i obejmującym ponad 350 komitetów audytu, przedstawiciele regionu EMEA najczęściej deklarowali, że regularnie prowadzą dyskusje związane ze zmianami klimatu. 55 proc. uwzględnia ten temat w swoich programach przynajmniej raz w roku, w porównaniu z zaledwie 34 proc. komitetów audytu w obu Amerykach i 31 proc. w regionie Azji i Pacyfiku. Jednocześnie, nadal ogólnie na całym świecie prawie 60 proc. członków komitetów ds. audytu twierdzi, że nie omawia regularnie zmian klimatu.

Poważnym problemem dla członków komitetów audytu jest już sama niewystarczająca znajomość zagadnień zmian klimatu. Tu ponownie przy ogólnych wskazaniach znajomości tej tematyki na poziomie zaledwie 47 proc., najlepiej wypada region EMEA, w którym 62 proc. respondentów stwierdziło, że niektórzy lub wszyscy członkowie komitetu ds. audytu znają i rozumieją kwestie związane z klimatem. W Amerykach tak deklarowało 51 proc. badanych, a w regionie Azji i Pacyfiku tylko 41 proc.

Również rozmowy z członkami rad nadzorczych wyraźnie pokazują kluczową rolę edukacji oraz wymiany doświadczeń między członkami rad nadzorczych różnych firm i branż w strategicznym podejściu firm do kwestii wyzwań klimatycznych. Deloitte na świecie i w Polsce, aktywnie włącza się w wysiłek różnych środowisk podnoszących wiedzę członków rad nadzorczych, oraz w budowanie kanałów komunikacji między nimi a zarządami firm. Jedną z kluczowych platform podnoszenia wiedzy rad nadzorczych w kwestiach ich obowiązków klimatycznych jest Chapter Zero Poland – polska platforma programu Światowego Forum Ekonomicznego Corporate Governance Initiative, która została utworzona przy Forum Odpowiedzialnego Biznesu ze wsparciem Deloitte.

Wyzwaniem brak strategii i niedoskonała sprawozdawczość

Ankietowani określili zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne wyzwania, przed którymi stoją komitety audytu, jeśli chodzi o przeciwdziałanie zmianom klimatu.

Główną przeszkodą wewnętrzną, na którą najczęściej (65 proc.) wskazywali ankietowani, był brak jasnej strategii działań w zakresie redukcji emisji dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych, a także planu działania z uzgodnionymi momentami kluczowymi („Mapą drogową działań”) oraz braku sposobu na pociągnięcie kierownictwa do odpowiedzialności za te aktywności lub ich brak. Na kolejnym miejscu (46 proc.) znalazła się niska jakość dostępnych danych, co może prowadzić do braku praktycznych założeń i informacji potrzebnych do podejmowania decyzji dotyczących zmian klimatu i odpowiedzi firmy na te zmiany (czy to działań motywacyjnych, czy adaptacyjnych).

Wśród wyzwań zewnętrznych kluczowe obawy członków komitetów audytu dotyczą braku wspólnych standardów sprawozdawczości (60 proc) oraz zmieniającego się otoczenia regulacyjnego (46 proc.). Tyle samo uważa też, że niezbędna jest współpraca z podmiotami zewnętrznymi (tj. partnerstwa technologicznego lub rynkowego), aby osiągnąć rzeczywisty postęp. Jedna trzecia wskazała również, że wyzwaniem jest adekwatne dostosowanie do zachodzących zmian oferowanych produktów i usług.
Zdaniem ekspertów Deloitte organizacje muszą podjąć działania wewnętrze, aby przygotować się na ewentualne skutki regulacyjne, ponieważ 42 proc. respondentów twierdzi, że jest obecnie rozczarowanych siłą i szybkością reakcji organizacji na zmiany klimatu. Co więcej, aż 70 proc badanych wskazuje, że ich instytucje nie ukończyły kompleksowej oceny ryzyka wpływu zmian klimatu na biznes, w związku z czym sprawozdania finansowe w wielu przypadkach nie odzwierciedlają ich konsekwencji dla obecnych i przyszłych wyników (co sugerują wytyczne TCFD w zakresie ujawnień dotyczących wpływu klimatu).

Wyniki badania wydają się wskazywać na niepokój dużej części komitetów audytu dotyczący tempa zmian w ich organizacjach. Niezbędne są zmiany regulacyjne, które mogą pomóc, zwiększając pilność wprowadzenia wymaganych rozwiązań. Skuteczność i pewność sprawozdawczości przedsiębiorstw w zakresie informacji dotyczących zrównoważonego rozwoju może poprawić też ustanowienie Rady ds. Standardów Zrównoważonego Rozwoju w ramach Fundacji MSSF

Dorota Snarska-Kuman, partnerka w Dziale Audit & Assurance, liderka Programu Rady Nadzorcze, Deloitte

Już teraz komitety potrzebują lepszej edukacji w zakresie klimatu

Według ekspertów Deloitte, podczas gdy komitety audytu zaczynają zastanawiać się, w jaki sposób założenia dotyczące przyszłości powinny być odzwierciedlone w sprawozdaniach finansowych i ocenach ryzyka, już teraz można podjąć szereg niezbędnych aktywności. Aby usprawnić proces podejmowania decyzji i skierować rady i ich organizacje na skuteczną ścieżkę reagowania na wyzwania kryzysu klimatycznego, respondenci zalecają trzy główne obszary działania: poprawa edukacji klimatycznej dla komitetów audytu (87 proc.); zapewnienie dobrej informacji w ramach regularnego raportowania do zarządu (79 proc.); oraz zadbanie o wewnętrzną zgodność między strategią korporacyjną a strategią klimatyczną (78 proc.).

Środowisko biznesowe musi zająć się pilnymi wyzwaniami związanymi ze zmianami klimatu. Dzięki lepszej edukacji i zaangażowaniu komitety audytu mogą pomóc swoim organizacjom w podejmowaniu bardziej zdecydowanych działań w tym zakresie. W tym celu można oceniać własne profile ryzyka, ustanawiać plany zmniejszenia śladu węglowego, wprowadzać globalne standardy ESG i dokładnie informować o postępach

Dorota Snarska-Kuman

O raporcie

The Audit Committee Frontier – addressing climate change to pierwszy z serii raportów Deloitte opierających się na globalnym badaniu przeprowadzonym we wrześniu 2021 r. wśród ponad 350 członków komitetów audytu, w większości przypadków – ich przewodniczących. Odpowiedzi były zbierane w 40 krajach w obu Amerykach, regionie Azji i Pacyfiku (APAC) oraz Europie, Bliskim Wschodzie i Afryce (EMEA).

Pełny raport do pobrania znajduje się tutaj.


 

O reformie Wspólnej Polityki Rolnej, strategii unijnej Od Pola do Stołu i najważniejszych wyzwaniach stojących przed rolnictwem rozmawiamy z Januszem Wojciechowskim, komisarzem ds. rolnictwa w UE.

Zielone Wiadomości: Spoczywa na Panu obowiązek wdrożenia pierwszej, a zarazem największej zielonej reformy Wspólnej Polityki Rolnej (WPR). Czy sądzi Pan, że ma ona szanse powodzenia? Jakie są główne bariery stojące na przeszkodzie temu, by WPR stała się zgodna ze Strategią „Od pola do stołu”?

Janusz Wojciechowski: Jest to poważna reforma. Niektórzy mówią, że to najważniejsza reforma Wspólnej Polityki Rolnej od co najmniej 30 lat. Strategia „Od pola do stołu” i Strategia na rzecz bioróżnorodności są istotną częścią tej reformy. One są wprowadzone w ten uzgodniony już kształt reformy, bo porozumienie polityczne ws. WPR zostało osiągnięte w czerwcu 2021 r. Teraz państwa członkowskie będą musiały przygotować krajowe plany strategiczne dla WPR na podstawie tych trzech aktów prawnych, które stanowią treść reformy. Pełną ocenę sytuacji będziemy mieć po poznaniu planów poszczególnych państw UE, a przede wszystkim po zatwierdzeniu ich przez Komisję Europejską. Wówczas będziemy widzieć, na ile poważnie państwa członkowskie podeszły do reformy WPR.

Myślę, że szansa na wdrożenie reformy WPR jest ogromna. Umożliwiają to m.in. takie instrumenty jak ekoprogramy, które warunkują 25% dopłat bezpośrednich czy też płatności na dobrostan zwierząt finansowane zarówno ze środków I, jak i II filaru WPR. Rolnictwo ekologiczne zostało bardzo wzmocnione w tej polityce rolnej, ma też zapewnioną możliwość otrzymywania wsparcia z obu filarów, czyli w ramach ekoprogramów przy dopłatach bezpośrednich oraz – tak jak do tej pory – jako jeden z programów wspieranych z drugiego filaru – Funduszu Rozwoju Obszarów Wiejskich.

Ogromną szansą są także – i dla mnie jest to szczególnie ważne – krótkie łańcuchy dostaw. Tu są ogromne rezerwy. Redukcja gazów cieplarnianych w samym rolnictwie nie jest prosta, bo rolnictwo musi wyprodukować określoną ilość żywności. Natomiast musimy spojrzeć na cały system produkcji żywności, na który składają się, oprócz produkcji rolnej, także transport i przetwórstwo. Transport jest obszarem, w którym naprawdę można w znacznym stopniu zmniejszyć emisje. Wozimy nieprawdopodobne ilości towarów rolnych i spożywczych przez Europę. 3 miliardy ton i 540 mld tonokilometrów. To są dane z 2017 roku, które wskazują, że przeciętna porcja żywności, zanim z gospodarstwa trafi na stół, przebywa w Europie trasę około 180 km. A tak wcale nie musi być. Niektóre towary trzeba przewozić, np. pomarańcze z południa Europy, ale wiele towarów jest produkowanych wszędzie i nie trzeba ich wozić z jednego miejsca w drugie, tylko skrócić mocno łańcuchy dostaw. Dlatego bardzo będę popierał wszelkie pomysły w państwach członkowskich nastawione na bliską współpracę pomiędzy rolnikami, przetwórcami i rynkiem, żeby trasa, którą transportowana jest żywność, była możliwie najkrótsza. Tu jest duże pole do poprawy.

ZW: Organizacje społeczne obserwują walkę państw członkowskich przeciw rzeczywistemu wzmocnieniu ochrony środowiska i klimatu w rolnictwie, przeciw zwiększeniu środków WPR na te cele, przeciw płatności redystrybucyjnej dla małych gospodarstw. A zatem przykład, który idzie z góry, budzi wątpliwości, czy reforma WPR ma szansę. Budzi też obawy, czy rządy państw członkowskich podejmą odpowiednie kroki tworząc plany strategiczne dla WPR. Co musiałoby się zdarzyć w czasie tej reformy, co musiałoby zostać powiedziane i rządom, i dużemu lobby rolnictwa przemysłowego, aby już zmiękczona w samej Brukseli reforma WPR jednak urzeczywistniła się w unijnym rolnictwie każdego kraju UE?

JW: Te wątpliwości są uzasadnione. Polityka jest sztuką szukania kompromisu i nikt sobie nie wyobrażał, że najdalej idące, radykalne postulaty zostaną uwzględnione. Chodzi tu zarówno o postulaty strony, która słusznie domaga się WPR maksymalnie przyjaznej dla środowiska, klimatu, dla dobrostanu zwierząt, a przez to i dla ludzi, oczywiście. A z drugiej strony postulaty – nie chcę powiedzieć lobby – ale środowisk, które widzą rolnictwo jako nieustanny wyścig, by produkować coraz więcej, coraz mniejszym kosztem. Ja mam na to odpowiedź wziętą z pięknej wypowiedzi św. Jana Pawła II, który powiedział, że człowiek nie może ulegać pokusie zysku za wszelką cenę kosztem natury, bo prędzej czy później natura zbuntuje się przeciwko człowiekowi. I te oznaki buntu natury już są widoczne w zmianie klimatycznej. Innym przykładem może być bardzo intensywna hodowla, która sprzyja występowaniu chorób zwierząt na ogromną skalę. Mamy przykłady takie jak ASF (afrykański pomór świń) czy ptasia grypa w hodowli drobiu. Wielkie, skoncentrowane hodowle – wielkie straty.

W UE poszliśmy chyba maksymalnie daleko, na ile było to politycznie możliwe, w stronę polityki rolnej czy samego rolnictwa bardziej przyjaznych środowisku, klimatowi i ochronie zwierząt. Nie mogliśmy jednak ignorować głosów – one cały czas wybrzmiewają – że zbyt mocny skręt w ekologię pozbawi Europę bezpieczeństwa żywnościowego.

Ja takich obaw nie podzielam, aczkolwiek nie można ich też lekceważyć. Są analizy, które wskazują, że mogą być dość znaczne ubytki produkcji żywności w Europie. I co gorsza, że te ubytki zostaną zastąpione importem, który będzie pochodził z krajów zachowujących daleko niższe standardy. Unia Europejska ma najwyższe na świecie standardy środowiskowe, sanitarne i dobrostanu zwierząt w produkcji rolnej.

25% na ekoprogramy jest naprawdę dużym sukcesem, biorąc pod uwagę atmosferę, w której toczyły się rokowania dotyczące WPR. Zagwarantowanie minimum 35% na środowisko i klimat w drugim filarze także jest sukcesem. Mocne postanowienie o wsparciu dla małych gospodarstw – minimum 10% płatności redystrybucyjnej, a państwa członkowskie mogą też przeznaczyć więcej to też jest sukces tych negocjacji. Natomiast rozmowa o GAECach* jest zawsze trudna, bo dotyczy wymogów nakładanych bezpośrednio na każdego rolnika. Ale sądzę, że tutaj też osiągnęliśmy dużo, choćby obowiązkowy płodozmian. Jest to duża zmiana jakościowa.

[od redakcji: GAEC to normy (praktyki) dobrej kultury rolnej zgodnej z ochroną środowiska, tzw. normy DKR. Odnoszą się do obszarów (a) klimat i środowisko, (b) zdrowie publiczne, zdrowie zwierząt i zdrowie roślin, (c) dobrostan zwierząt. Są to wymogi obowiązkowe. Warunkują one otrzymanie przez rolnika płatności. Stąd funkcjonują w ramach pojęcia „warunkowość”]

ZW: Oczywiście wzrosły w stosunku do rolników wymogi ochrony środowiska, czyli tzw. „warunkowość” została zwiększona, ale nadal zbyt mało środków jest kierowanych na rozwój systemów gwarantujących szybsze i większym zakresie zmiany rolnictwa, np. rolnictwo ekologiczne, praktyki agroekologiczne, połączenie produkcji zwierzęcej z rolnictwem regeneratywnym. Zamiast tego dużą część środków kieruje się do rolnictwa precyzyjnego, w którym nadal (precyzyjniej) są stosowane chemiczne pestycydy i nawozy sztuczne, mimo że mają one konsekwencje środowiskowe. Wchodzimy w duże technologie, z których najwięcej będą korzystać duże gospodarstwa rolne. Czy nie jest to półśrodek? Może zamiast wydawać pieniądze z budżetu WPR na precyzyjne aplikowanie chemii, powinnyśmy naprawdę znaczącą ich część przeznaczyć na rozwój ekologicznych systemów produkcji rolnej? Szybciej przybliżający nas do celu poprawy środowiska i osiągnięcia neutralności klimatycznej w UE?

JW: Oddzielam od siebie małe i średnie gospodarstwa, biorąc pod uwagę zróżnicowanie ich struktury w całej UE. W warunkach polskich mniejszym i średnim gospodarstwem będzie takie do 20 ha. W Polsce jest ich milion 700 tysięcy. Tych powyżej 20 ha jest niewiele ponad 100 tys. Mniejsze gospodarstwa powinny mieć dosyć proste programy, np. ekoprogramy związane z dobrostanem zwierząt. Można wyznaczyć limity, zgodnie z którymi obsada na danej powierzchni nie powinna przekroczyć danej wielkości, hodowla powinna być oparta na własnych paszach – są to rozwiązania, które stosunkowo łatwo będzie wprowadzić. Ale musi być także oferta dla dużych gospodarstw. Rolnictwo precyzyjne jest dobrą ofertą. Dzięki temu można zredukować bardzo istotnie i środki ochrony roślin, i nawożenie. To państwa członkowskie uwzględniając swoją sytuację będą musiały dokonać pewnego wyboru. Ale my będziemy bardzo wymagający, bo dialog państw z Komisją Europejską rozpocznie się na początku przyszłego roku, gdy kraje UE przedłożą swoje plany strategiczne dla WPR. Kraje członkowskie będą musiały udowodnić, że rzeczywiście przez zaplanowane działania osiągną efekty w zakresie redukcji nawozów, środków ochrony roślin oraz zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych. Z gazami cieplarnianymi jest tylko ten problem, że pomiędzy państwami jest ogromna różnica. Średnia emisji GHG dla całej UE to 2,5 tony z hektara. Są kraje, w których jest to daleko poniżej 2 ton. Polska mieści się w granicach 2 ton. A są kraje, gdzie jest to powyżej 7 ton, a nawet powyżej 10 ton.

ZW: Chodzi na przykład o Holandię?

JW: Tak. Holandia emituje powyżej 10 ton GHG z jednego hektara. Ale z drugiej strony słyszymy argument, że na jednostkę produkcji emituje najmniej, gdyż biorąc pod uwagę, że zwierzę w intensywnej produkcji żyje krótko, to siłą rzeczy na jednostkę produkcyjną emisja jest mniejsza. Niewielka jest to różnica, ale jednak. Dla mnie nie jest to argument. Ja przyglądam się emisjom z hektara oraz intensywności rolnictwa. Oczekiwania będą największe wobec tych krajów, które są dużymi emitentami, mają intensywne rolnictwo, mają dużą obsadę zwierząt. Tu są też ogromne różnice. Mówiąc z pamięci, np. Polska ma średnio 43 sztuki bydła na 100 hektarów, a na przykład Holandia ma ich ponad 200. Polska ma obsadę świń 73-75 sztuki na 100 hektarów, ale są kraje które mają 600-700 świń na 100 ha. Są to zasadnicze różnice, które trzeba będzie wziąć pod uwagę. Krótko mówiąc, w Unii Europejskiej obowiązuje zasada „zanieczyszczający płaci”. W rolnictwie nie chodzi o płacenie wprost, ale od tych, którzy więcej emitują, będziemy więcej wymagać.

ZW: Ostatnio Europejski Trybunał Obrachunkowy dość krytycznie ocenił zasadę „zanieczyszczający płaci”, mówiąc, że jest ona niewystarczająca, by zapewnić ochronę środowiska w Unii Europejskiej.

JW: Przed chwilą rozmawiałem z członkiem Trybunału, który tę kontrolę przeprowadzał. Podziękowałem mu za wskazanie tej zasady, gdyż powinna ona również mocniej wejść w sektor rolnictwa. Będziemy tego używać jako argumentu dla sprawiedliwego rozłożenia odpowiedzialność za oddziaływanie na środowisko i klimat. Na razie zasada „zanieczyszczający płaci” nie ma w rolnictwie zastosowania wprost. Paradoksalnie, to UE – za pomocą WPR – płaci zanieczyszczającemu.

ZW: Brak zasady „zanieczyszczający płaci” uderza najmocniej w rolnictwo ekologiczne narażone na ryzyko zniesienia przez wiatr zanieczyszczeń (np. oprysków pestycydami) z rolnictwa konwencjonalnego. Uderza w interes ekonomiczny gospodarstw ekologicznych oraz wpływa negatywnie na poziom zaufania konsumentów do żywności ekologicznej. Kosztów zanieczyszczenia nie ponosi tylko UE, ale także rolnicy ekologiczni. Co z tym zrobić? Czy uważa Pan, że powinny zostać w UE przyjęte zasady chroniące rolnictwo ekologiczne w przypadku kolizji z rolnictwem konwencjonalnym?

JW: Pierwszego stycznia przyszłego roku wchodzi w życia nowe rozporządzenie o rolnictwie ekologicznym. Drobiazgowo reguluje wszystkie techniczne kwestie związane z prowadzeniem gospodarstw ekologicznych. Dotyczą one także aspektu wiarygodności produkcji ekologicznej. Pewnie kolizje z rolnictwem konwencjonalnym nie są do uniknięcia, ale rzeczywiście należy zdecydowanie mocniej chronić rolnictwo ekologiczne i powinno ono otrzymywać więcej wsparcia. Wczoraj mieliśmy po raz pierwszy Dzień Rolnictwa Ekologicznego. Miałem przyjemność podpisywać porozumienie w tej sprawie i ogłaszać to święto, które corocznie będzie obchodzone 23 września. To jest ważny sygnał promujący rolnictwo ekologiczne. Myślę, że przychodzi dobry czas dla rolnictwa ekologicznego. Ono bardzo dobrze funkcjonuje w wielu krajach. Austria, Dania, Włochy – to są liderzy. Ale w Polsce jest niestety bardzo słabo. Niewiele ponad 3% ziemi rolnej pod produkcją ekologiczną. Jakaś zupełnie ułamkowa produkcja ekologiczna na rynku. Ale to znaczy, że jest ogromna przestrzeń do wypełnienia. To jest znakomita perspektywa. To znaczy, że tu jest miejsce na produkty ekologiczne. Nie przyjmuję argumentu, który czasem słyszę, że żywność ekologiczna jest droższa więc nie stać na nią polskich konsumentów. Do jakiegoś stopnia to może być przyczyną braku rozwoju rynku żywności ekologicznej w Polsce, ale z pewnością nie jedyną. W naszym kraju jest ogromne miejsce na produkcję ekologiczną. Ogromne.

ZW: To jak Pan się odniesie do przyjętego w drugiej wersji polskiego planu strategicznego wskaźnika rezultatu dla rozwoju rolnictwa ekologicznego w Polsce na poziomie 3,52%? Co my tak naprawdę rozwijamy przy takim wskaźniku?

JW: Tak, znam ten wskaźnik. Natomiast wypowiedź na temat tej wersji polskiego planu strategicznego zachowuję do momentu, kiedy będę się mógł oficjalnie wypowiedzieć po dialogu z rządem polskim. Ale mogę powiedzieć, że będę bardzo mocno zachęcał, by Polska przedstawiła ambitny plan rozwoju rolnictwa ekologicznego. Polska ma małe gospodarstwa i jest to system, który doskonale pasuje do rolnictwa ekologicznego. Taką samą strukturę rolniczą mają Włochy posiadające obecnie 16-18% ziemi pod uprawami ekologicznymi. A jednocześnie mają najwydajniejsze rolnictwo, ponieważ wartość dodana w produkcji rolniczej jest największa we Włoszech. Wyższa niż we Francji. Włosi mając 8% ziemi rolnej dostarczają 18% unijnej rolniczej wartości dodanej. Jest to znakomity wynik, osiągnięty w systemie małych gospodarstw rolnych przy dużym udziale rolnictwa ekologicznego. To jest dobry wzór do naśladowania, oparty na krótkich łańcuchach dostaw, rolnictwie ekologicznym i całym systemie ochrony małych gospodarstw. Warto to promować.

ZW: I warto wdrażać w Polsce?

JW: Warto wdrażać w Polsce. Tym bardziej, że Polska ma bardzo podobną strukturę gospodarstw rolnych. W obu krajach średnia powierzchnia gospodarstwa wynosi 11 ha.

ZW: Obawy o wydajność unijnego rolnictwa oraz brak bezpieczeństwa żywnościowego w Europie są często powtarzanym argumentem podczas trwającej reformy WPR. Ale przecież UE jest potężnym eksporterem żywności, więc mamy nadwyżkę produkcji. Z drugiej strony w UE marnujemy 1/3 żywności, średnio 180 kg na głowę. Dlaczego w takim razie mielibyśmy stracić bezpieczeństwo żywnościowe przez ekologię? Czy została sporządzona analiza na ten temat? Kalkulacja, która by potwierdzała aż tak duży brak wydajności produkcji ekologicznej?

JW: Ja nie podzielam argumentacji, że stracimy bezpieczeństwo żywnościowe przez ekologię. Natomiast, jeżeli błędnie, bez racjonalnej refleksji byśmy wprowadzili idee ekologiczne, to mogłoby to zaburzyć do pewnego stopnia bezpieczeństwo żywnościowe. A my chcemy to dobrze wprowadzić. Właśnie poprzez wsparcie małych i średnich gospodarstw, na nowo uruchamiając ich potencjał produkcyjny. Wiele małych gospodarstw nie jest w stanie konkurować na rynku. Dzieje się tak zwłaszcza w Polsce. A dzieje się dlatego, że duża część przetwórstwa została skoncentrowana w wielkich zakładach przetwórczych, niezainteresowanych współpracą z małymi dostawcami. Dopiero rozwija się system sprzedaży bezpośrednio z gospodarstw, np. rolniczy handel detaliczny (RHD). Jednocześnie w miastach znikają bazarki, czyli ostatnie miejsce, gdzie jeszcze rolnicy mogli przyjechać ze swoimi produktami. W Warszawie są słuszne protesty mieszkańców przeciw zamykaniu takich miejsc i oddawaniu ich deweloperom. Lokalna, bezpośrednia sprzedaż jest obszarem, w którym ekologia może dać pozytywne, produkcyjne efekty. Rolnictwo ekologiczne jest ofertą dla wielu gospodarstw, które mają wybór: produkować ekologicznie albo wcale, gdyż nie mają szans konkurować z produkcją konwencjonalną. Ja tak to postrzegam i nie widzę zagrożenia dla bezpieczeństwa żywnościowego, ale w debacie trzeba wysłuchać wszystkich głosów. Jeśli wprowadzimy założenia Strategii „Od pola do stołu” dobierając odpowiednie narzędzia, np. ekoprogramy odpowiednie do sytuacji w rolnictwie poszczególnych krajów UE, to nie mam obaw, że produkcja nam się załamie.

ZW: Czy nie sądzi Pan, że sedno problemu leży w dualizmie samej WPR, w sprzeczności jej celów. Czy cel bycia konkurencyjnym nie zakłóca realizacji innych celów WPR nakierowanych na ochronę środowiska i klimatu, zmuszając do myślenia o rolnictwie jedynie w aspekcie ekonomicznym?

JW: Myślenie ekonomiczne musi być obecne. Natomiast ja odrzucam zasadę, że musimy produkować coraz więcej, coraz mniejszym kosztem. Ten wyścig musi się skończyć w Unii Europejskiej. Tym bardziej, że w tym wyścigu rolnicy giną. W ciągu dekady straciliśmy 4 mln gospodarstw. Może nie w ostatnich latach, bo ten proces uległ pewnemu zahamowaniu. Natomiast w okresie po wejściu Polski do Unii, lata 2005-2014 były dramatyczne. W tym czasie zniknęło 4 mln gospodarstw w UE. Dziennie 1000 gospodarstw. Polska straciła ponad 700 tys. gospodarstw rolnych. W systemie ścigania się na ilość i intensywność produkcji każde gospodarstwo po jakimś czasie jest za małe. Rolnik, który wczoraj był duży, dziś jest średni, jutro będzie mały, a pojutrze nie będzie go wcale. Tak to działa. Obserwujemy to w niektórych krajach. Na przykład średnie gospodarstwo hodujące świnie ma w tej chwili prawie 4 tys. sztuk i staje się coraz większe. Prowadzi to do koncentracji hodowli. To jest droga donikąd. Tak rozumiana konkurencyjność nie ma przyszłości w UE. Unia Europejska i rolnicy europejscy nie są w stanie wygrać konkurencji na intensywność i ilość produkcji. Ale jest też inny aspekt konkurencyjności coraz bardziej rozwijający się – jakość produkcji: aby produkować dobrą żywność, zdrową, zgodną z wymogami środowiska, ze wszystkim o czym mówi Strategia „Od pola do stołu”. Tu powinna być konkurencyjność. Zwłaszcza, że świat już tę konkurencję podjął. Byłem na spotkaniu Grupy G-20 we Florencji w ostatnim tygodniu. Ministrowie rolnictwa głównych gospodarek światowych jeden po drugim deklarowali przejście na zrównoważoną produkcję rolniczą. Ten, kto nadal będzie brał udział w wyścigu na ilość, na masowość produkcji, może się znaleźć na ślepym torze. Zdecydowanie będzie to wyścig na jakość, wartość produkcji i jakość żywności.

ZW: Ekologia ma być naszą nową ekonomią?

JW: Może to zbyt daleko idąca teza. Ja bym powiedział, że jest nią (nową ekonomią) szeroko rozumiana jakość związana ze zrównoważoną produkcją żywności i też myśleniem o rolnictwie w perspektywie tego, że Ziemię mamy jedną. Jak ktoś powiedział, „to jest towar, którego już nie produkują”. Więc musimy oszczędzać Ziemię dla przyszłych pokoleń. Praktyki rolnicze nie mogą być zbyt intensywne. Pamiętajmy przestrogę Jana Pawła II – nie można kosztem natury stawiać na krótkotrwałe zyski. To się źle skończy.

ZW: Nie wiem, czy jest to w Polsce popularne stwierdzenie patrząc na sposób informowania o reformie WPR, zwłaszcza Strategii „Od pola do stołu” przez media, także rolnicze, oraz główne związki branżowe. Podejście jest zupełnie inne niż proponowane przez Pana.

JW: Jestem w dużym sporze w tej chwili z takim rozumieniem rolnictwa, które się sprowadza do słowa „agrobiznes”. Jest to prawdziwy, głęboki spór. Ja ciągle mówię „rolnictwo”. Nie lubię tego produkcyjnego języka, gdy się mówi o produkcji mięsa czy o innych rodzajach produkcji. Rolnictwo jest działalnością opierającą się na naturze, a nie na sztuczności. Bardziej biologia niż chemia powinna decydować w rolnictwie. Tak to widzę. I jestem krytykowany przez zwolenników przemysłowego rolnictwa. Powiedziałem i powtórzę to w tym wywiadzie: rolnictwo to nie przemysł, ziemia to nie fabryka, a zwierzęta to nie maszyny.

ZW: Dobrostan zwierząt od dłuższego czasu cieszy się Pana szczególnym zainteresowaniem. Czy uważa Pan, że jest możliwe, by w UE przyjąć ograniczenie, a nawet zupełne wycofanie środków publicznych WPR na finansowanie producentów z obsadą zwierząt powyżej 210 DJP, gdyż jest to bardzo intensywna produkcja zwierzęca?

[od redakcji: DJP – duża jednostka przeliczeniowa, ang. LU, LSU – Livestock Unit; 1 DJP = 1 krowa o masie 500 kg. 210 DJP to w produkcji trzody chlewnej: 600 macior, 1500 tuczników, 3000 warchlaków albo 10500 prosiąt. W przypadku drobiu: 52500 kur lub kaczek lub 8750 indyków. DJP używana jest m.in. do oszacowania zapotrzebowania na paszę.]

JW: Tak. Zdecydowanie będę się sprzeciwiał hodowli przemysłowej, bo jest to hodowla oderwana od ziemi. Hodowla w rolnictwie powinna pozostawać w jakimś związku z ziemią. Jeśli ktoś ma 5 ha ziemi, to powinien mieć np. 500 świń, a nie 5 tysięcy. Da się tu stworzyć pewne granice. Na pewno będę się sprzeciwiał, jeżeli w planach strategicznych zobaczę jakieś próby dalszego finansowania bardzo intensywnej hodowli przemysłowej. Wsparcie dla hodowli – tak. Przede wszystkim przez dobrostan zwierząt. I dla hodowli zrównoważonej, mówiąc najogólniej – hodowli o wysokich standardach traktowania zwierząt. Nie stoją za tym tylko względy etyczne, choć one są tutaj szczególnie ważne, ale ewidentnie względy gospodarcze. Patrząc na przykład na problem ASF. Słyszę taki rozpowszechniony pogląd, że małe gospodarstwa nie są w stanie się zabezpieczyć i to one roznoszą ASF. Jest dokładnie odwrotnie. Dane statystyczne dla 14 krajów UE jednoznacznie wskazują, że w najmniejszych gospodarstwach, w stadach do 10 sztuk świń – procent występowania ASF wynosi 0,3%. W Polsce nawet mniej – 0,2%.

ZW: Im większe pogłowie, tym częstsze występowanie ASF?

JW: W gospodarstwach ze stadem powyżej 1000 sztuk, to już było 3,8%. Krótko mówiąc, w najmniejszych gospodarstwach ASF był w jednym na trzysta. A w największych gospodarstwach – ASF w jednym na trzydzieści. A starty już w ogóle nieporównywalne, bo liczba ubitych z konieczności zwierząt w tych najmniejszych gospodarstwach to było powiedzmy kilka tysięcy sztuk. A miliony sztuk w tych największych. Są to ogromne koszty utylizacji. A także straty żywności.

ZW: Ale nadal płacimy z kieszeni podatnika odszkodowanie za takie działania i płacimy też za odtworzenie stada – ponownie do bardzo intensywnej produkcji. Tak chyba nie powinno być?

JW: Na razie mówimy o Europejskim Funduszu Rozwoju Obszarów Wiejskich (II filar WPR) w jego obecnym kształcie, zgodnym z poprzednim okresem programowania WPR. Nowa polityka rolna wejdzie w życie 1 stycznia 2023 roku. Plany strategiczne będą ją wyznaczać. Ja mogę zadeklarować, że zrobię wszystko, żeby fundusze rolne nie służyły finansowaniu tego, co tak naprawdę rolnictwem nie jest. Jest przemysłem, który czasem udaje rolnictwo. Nie mogą na to iść fundusze. Bardzo mocno będę się sprzeciwiał próbom wykorzystywania środków WPR na finansowanie tego rodzaju działalności.

ZW: Czy Pana zdaniem międzynarodowe umowy liberalizujące handel żywnością są hamulcem dla reformy WPR zgodnej z ochroną środowiska, klimatu, dobrostanu zwierząt oraz zdrowia publicznego?

JW: Niedawno robiliśmy analizę porozumień handlowych już zawartych i obecnie negocjowanych, i one generalnie są wszystkie korzystne dla rolnictwa europejskiego. Więcej UE zyskuje na otwarciu rynków niż traci na tym, że musi się otworzyć w jakimś zakresie na import. Osobną sprawą jest Mercosur, który budzi wiele kontrowersji. Jest to umowa nadal nieratyfikowana, więc nie jest jeszcze przedmiotem publicznej debaty. Negocjowana przed moim podjęciem pracy w Komisji Europejskiej. Myślę, że na te obawy dotyczące handlu odpowiedzią jest stworzenie alternatywy, która ograniczy potrzebę importu towarów do Europy. Na przykład wsparcie dla produkcji roślin wysokobiałkowych, dzięki któremu możemy zmniejszyć import śruty z genetycznie modyfikowanej soi. Wsparcie dla krótkich łańcuchów dostaw powoduje, że nie musimy importować wołowiny z Ameryki Południowej. Tłumaczyłem na jakimś spotkaniu z rolnikami, którzy właśnie zgłaszali tego typu obawy, że wołowina z Ameryki Południowej oznacza, że tam odbywał się chów, ubój i w końcu załadunek oraz transport tego mięsa przez tysiące kilometrów drogą morską. Następnie trzeba wyładować i przewieźć do sprzedaży w Europie. A czy nie można zorganizować łańcucha dostaw, żeby to było nie 10 tys. mil morskich tylko 10 km? Jeżeli zorganizujmy system dostaw, który będzie działał w promieniu powiedzmy 10-50 km i zaopatrywał lokalny rynek, to import nie może być konkurencyjny. Musi przegrać. Alternatywą jest rozwój lokalnych rynków żywności i krótkich łańcuchów. Na to są fundusze w WPR.

ZW: Na koniec gorący temat w UE. Nowe techniki hodowlane, czyli tak naprawdę nowe GMO mocno forsowane do zaakceptowania przez Unię. Jaka jest Pana opinia w tej sprawie?

JW: Przede wszystkim musi być zachowane naukowe podejście i ostrożność. Dopóki nie ma pewności, że jakaś technika jest bezpieczna zarówno dla ludzi, jak i dla środowiska, to nie należy jej wprowadzać. Nie ma takiej konieczności, żebyśmy w Unii Europejskiej przeprowadzali jakieś wielkie rewolucje technologiczne w rolnictwie. Mamy warunki do naturalnej produkcji żywności i to przede wszystkim trzeba rozwijać.

ZW: Dziękuję bardzo.

Feminizacja biedy? Feminizacja ubóstwa? Jakkolwiek sformułować, nie brzmi to zachęcająco; bieda czy ubóstwo to tematy, od których chcemy trzymać się z daleka. A słowo “feminizacja” brzmi uczenie, nie pozostawiając miejsca na ludzki wymiar tego, do czego ten termin się odnosi.

Zacznijmy od samej biedy. Nie chcemy o niej myśleć i mówić, bo przystoi tylko biedakom, a nikt przecież nie chce biedakiem być. W badaniach naukowych bieda pojawia się późno, i w naszym regionie zaraz znika: w krajach realnego socjalizmu nie wolno było o biedzie pisać, publikować tekstów na jej temat – nie było więc sensu jej badać. Socjolożka Irena Reszke, która pod koniec lat 80.badała różnice zarobków kobiet i mężczyzn, dowiedziała się, że nie wolno jej uzyskanych wyników opublikować – niezależnie bowiem od owych różnic płace zarówno kobiet, jak i mężczyzn były tak żałośnie niskie, że ich ujawnienie godziłoby w interes państwa. Opublikowała więc jedynie poszerzoną i pogłębioną część teoretyczną książki – dzięki czemu otrzymaliśmy na samym początku transformacji jej „Nierówności płci w teoriach” – a sama zajęła się feminizacją biedy nieco później.

Choć istniała cenzura, równolegle istniała także wiedza dotycząca biedy i jej feminizacji. Gdy w 1971 roku do protestujących w Łodzi włókniarek przyjechała delegacja rządowa, jej uczestników zszokowało to, co zastali na miejscu: kanapki przełożone cebulą zamiast sera lub wędliny czy warunki mieszkaniowe robotniczych rodzin. Strajk włókniarek doprowadził nie tylko do cofnięcia decyzji o podwyższeniu cen, lecz także do przyznania funduszu na program budownictwa mieszkaniowego, program, dzięki któremu powstały osiedla mieszkaniowe.

Jednym z powodów stworzenia w połowie lat 70. funduszu alimentacyjnego była potrzeba zmniejszenia biedy kobiet samodzielnie wychowujących dzieci, których ojcowie nie płacili alimentów. Zaplanowany jako instytucja kredytująca alimenty, które następnie miały do niego wrócić, fundusz stał się filarem systemu alimentacyjnego na następnych kilkadziesiąt lat. Jego likwidacja w 2004 roku wyprowadziła matki na ulice. Okazało się, że bez tego mizernego państwowego wsparcia byt wielu rodzin z jednym rodzicem (czyli praktycznie rodzin matek wychowujących samodzielnie dzieci), balansujących dotąd na granicy ubóstwa, został zagrożony. Na skutek protestów powołano nowy fundusz alimentacyjny, który, choć nadal zmniejsza skalę ubóstwa w najbiedniejszych rodzinach monoparentalnych,  nie rozwiązuje systemowo społecznego problemu niepłacenia alimentów. Przykład funduszu alimentacyjnego pokazuje, że bieda – w tym bieda kobiet – to zjawisko trwające latami, którego nie zmienia nawet transformacja systemu. Potrzebne są konkretne, wycelowane w mechanizmy odpowiedzialne za feminizację biedy, programy polityczne i wola ich wdrożenia.

Po zmianie systemu biedą już można się było zajmować; okazało się wówczas, iż  nierówności będące efektem transformacji mają płeć. I że grupą, w którą transformacja uderzyła mocniej, są właśnie kobiety. Jednak badaczki (bo zajmowały się tym tematem głównie kobiety) napotykały na mur niezrozumienia i braku zainteresowania wynikami ich badań. Tak było w przypadku łódzkiego Instytutu Socjologii, który stał się swoistym ośrodkiem badań nad biedą, rozpoznawalnym na całym świecie, i dostarczającym nie tylko danych, lecz także rekomendacji dla bieżących polityk – żadnej z rekomendacji nie wprowadzono nigdy w życie, bo walka z biedą i ubóstwem nie była nigdy priorytetem dla żadnego rządu. Być może są szanse na zmienienie tego na poziomie samorządu: łódzki Wieloletni Program Działań Antydyskryminacyjnych, którego rozwój przerwała pandemia, uwzględniać ma – jako pierwszy w Polsce – biedę jako jeden z czynników wykluczenia.

Wyniki pierwszych badań dotyczących biedy w transformującej się Polsce nie pozostawiały wątpliwości. Na pierwszym miejscu wskazywano na zjawisko juwenilizacji biedy, czyli biedę dzieci, i towarzyszące mu zjawisko dziedziczenia biedy. Na drugim – feminizację biedy, czyli biedę kobiet i dziewcząt. Badania dowodzą, że sam fakt urodzenia się dziewczynką zwiększa ryzyko popadnięcia w biedę i że wynika to z wielu czynników.

Jednym z nich jest wspomniana już niealimentacja. Jeśli na początku XXI wieku mieliśmy 20% rodzin monoparentalnych, czyli z jednym rodzicem, i wychowywało się w nich około 25 %dzieci, a skala ściągalności alimentów wynosiła od dziesięciu do kilkunastu procent, to ryzyko, że matki samotnie wychowujące dzieci popadną wraz z dziećmi w biedę,  okazuje się poważne, i dotyczyć może przynajmniej miliona takich rodzin.  To tylko jeden przykład pokazujący, jak płeć determinuje biedę. Pozostałe czynniki to między innymi: nierówność kobiet i mężczyzn na rynku pracy, stereotypowe definiowanie ról płciowych, bezpłatna praca w domu i praca opiekuńcza przypadająca w większości kobietom, ekonomiczne bariery dostępu do zdrowia reprodukcyjnego, krzyżowanie się kryterium płci z innymi kryteriami wykluczenia – takimi jak wiek (bieda dziewczynek i starszych kobiet), zdrowie, orientacja psychoseksualna, czy przynależenie do innych niż seksualne mniejszości.

W środowiskach kobiecych problem feminizacji biedy/ubóstwa zaistniał na dobre w 2008 roku, gdy ukazał się raport Polityka równości płci. Polska 2007, wydany przez UNDP i zgodnie z metodologią tej organizacji zawierający opracowanie na ten temat. Oprócz diagnozy przyczyn, opisu zjawiska i jego skali zawierał również rekomendacje odnośnie do przyszłej polityki równości płci, które są wciąż aktualne (tekst raportu dostępny pod adresem http://phavi.portal.umcs.pl/at/attachments/2014/0718/120514-raport-polityka-rownosci-szans-sz.pdf). Rok później rozdział poświęcony feminizacji biedy przedrukowano (ze zmianami) w raporcie Kobiety dla Polski. Polska dla kobiet. 20 lat transformacji 1989-2009, który został przygotowany z okazji pierwszego Kongresu Kobiet. W ten sposób przekaz dotyczący biedy kobiet dotarł do szerszej publiczności, został też uwzględniony w wydanej w 2014 roku  Encyklopedii gender.

Rekomendacje dotyczące zwalczania feminizacji biedy  są wciąż aktualne. Dodać można do nich temat ubóstwa menstruacyjnego, o którym zaczęto mówić dopiero niedawno. Rozłożywszy zjawisko feminizacji biedy na składniki, bez trudu można wskazać, jak każdy z tych składników rozbroić. Pozostając przy pierwszym przykładzie: aby zmniejszyć biedę matek samodzielnie wychowujących dzieci, należy zadbać o egzekwowanie alimentów, i o to, by zasądzano je w wysokości odzwierciedlającej realne koszty związane z utrzymaniem dziecka i jego edukacją. Aby zmniejszyć i finalnie zlikwidować lukę płacową, skutkującą różnicami w dochodach z pracy kobiet i mężczyzn, należy wprowadzić przepis o równej płacy za tę samą pracę. Aby zmniejszyć ubóstwo starszych kobiet – zreformować system emerytalny. I tak dalej… choć jednak  w innych krajach takie rozwiązania są już od dawna wprowadzane i funkcjonują, w Polsce nikt – poza ekspertkami od feminizacji biedy – ich nie proponuje. Najbardziej systemowym rozwiązaniem, które mogłoby wpłynąć realnie na sytuację kobiet, byłaby ustawa o równym statusie kobiet i mężczyzn. Ustawa taka musiałaby za sobą pociągnąć przepisy dotyczące równej płacy, świadczeń emerytalnych  czy wspólnego ponoszenia kosztów opieki nad dziećmi. Bez wątpienia nie ma szans na wprowadzenie takiego rozwiązania przed uzyskaniem większości sejmowej w kwestii przywrócenia Polkom praw reprodukcyjnych. 

Tymczasem możemy obserwować wpływ prowadzonych polityk na sytuację kobiet. Niedocenionym rozwiązaniem mającym łagodzić skutki rosnącej prekaryzacji pracy stało się „Kosiniakowe” – świadczenie dla matek (i w pewnych przypadkach dla ojców), którym nie przysługuje płatny urlop macierzyński czy rodzicielski, w wysokości 1000 złotych. dużo więcej emocji wzbudził jednak wprowadzony przez PiS program 500+, przewidujący dodatek rodzinny; pomoc, w wysokości 500 złotych, początkowo przysługiwała na drugie i kolejne dzieci bez względu na dochód rodziców, a na pierwsze zaś tylko wtedy, gdy rodzice spełniali wymóg nieprzekroczenia radykalnie niskiego progu dochodowego. Program ten miał w założeniu podwyższyć poziom dzietności Polaków Okazało się jednak, iż jest to raczej pobożne życzenie za to niespodziewanie program wywołał inny skutek: zmniejszenie biedy dzieci! Żywo dyskutowano także jego wpływ na sytuację kobiet. Zmniejszenie biedy dzieci musiało oznaczać zmniejszenie biedy ich rodziców, w przypadku rodzin monoparentalnych – przede wszystkim matek. Szacuje się, że stopień ryzyka popadnięcia w biedę matki samodzielnie wychowującej dziecko jest zbliżony do stopnia tegoż ryzyka w przypadku obojga rodziców wychowujących trójkę dzieci. program 500+, jak się z wydawało, chronił przed głęboką biedą jednych i drugich

Ożywioną dyskusję i spory w środowiskach kobiecych wywołało inne zjawisko związane z tym programem: z pracy zawodowej zrezygnowały kobiety, którym dodatek na jedno dziecko lub na więcej dzieci pozwalał  zoptymalizować domowy budżet bez ich własnego dochodu z pracy. Zwracano uwagę, że w ten sposób kobiety te skazują się na biedę na starość,bo  zmniejszają wysokość swojej przyszłej emerytury; krytykowano je za krótkowzroczność i brak wiedzy ekonomicznej. Krytykującym nie mieściło się w głowie, że w ekonomii wiązania przez “menedżerki biedy” końca z końcem od pierwszego do pierwszego wizja emerytury jest dość odległa, a płace kobiet decydujących się na ich zamianę na dodatek musiały być głodowe. Hejt skierowany w stronę beneficjentów programu 500+, oskarżanych o wszelkie możliwe grzechy – od załatwiania się na wydmach po odpowiedzialność za wyborcze zwycięstwo PiS – tak naprawdę wymierzony był głównie w kobiety, matki, które 500 złotych dostawały. Początkowo godzący w rodziny najbiedniejsze i wielodzietne, trwał w najlepsze, choć  w połowie 2019 roku zniesiono kryterium dochodowego i objęto programem wszystkich rodziców bez względu na dochód. Hejt ten połączył pogardę dla biednych z niechęcią do matek, i pokazuje, jak silny jest wpływ uprzedzeń i stereotypów. 

Aby zmienić politykę państwa wobec kobiet, nie wystarczy jedynie pokonać PiS. Trzeba też zlikwidować społeczne mechanizmy usprawiedliwiania istniejących nierówności czy oskarżania biednych o to, że sami są sobie winni. Albo winne.

*************

Wymienione w tekście prace:

Irena Reszke, Nierówności płci w teoriach: teoretyczne wyjaśnienia nierówności płci w sferze pracy zawodowej, IFiS PAN, Warszawa 1991.

Polityka równości płci. Polska 2007. Raport, red. Naukowa Bożena Chołuj, UNDP, Warszawa 2008.

Kobiety dla Polski. Polska dla kobiet. 20 lat transformacji 1989-2009, raport: Kongres Kobiet Polskich, red. Agnieszka Grzybek, Joanna Piotrowska, Fundacja Feminoteka, Warszawa 2009.

Hasło „Feminizacja biedy (ubóstwa)”, Izabela Desperak, Magdalena Rek-Woźniak, w: Encyklopedia gender. Płeć w kulturze, red. Monika Rudaś-Grodzka, Katarzyna Nadana-Sokołowska, Agnieszka Mrozik, Kazimiera Szczuka, Katarzyna Czeczot, Barbara Smoleń, Anna Nasiłowska, Ewa Serafin, Agnieszka Wróbel, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2014.

Fot. Piotr Drabik


 

Polskie gminy Gubin i Brody zmagają się z problemami wywołanymi sąsiedztwem odkrywki Jänschwalde. Mieszkańcy i samorządowcy po obu stronach granicy od lat walczyli o przeprowadzenie ekspertyz dotyczących wpływu elektrowni i kopalni  węgla brunatnego na wody i jakość powietrza. W końcu, w październiku b.r. Ministerstwo Klimatu zapowiedziało kontrolę, którą ma przeprowadzić Główny Inspektorat Ochrony Środowiska.

— Jako Koalicja „Rozwój TAK – Odkrywki NIE” od  ponad 10 lat zawsze stoimy po stronie poszkodowanych przez odkrywki węgla brunatnego. Nie ważne gdzie one są: w Polsce czy w Europie. Żadna kopalnia i elektrownia węglowa nigdy sama nie przyzna się, że szkodzi środowisku, truje ludzi, niszczy zasoby bezcennej wody. Dlatego mieszkańcy gmin przygranicznych słusznie domagają się naprawienia szkód i rekompensaty finansowej od właścicieli kompleksu energetycznego Jänschwalde.  —  komentuje Tomasz Waśniewski prezes Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE” — Obowiązkiem polskich władz każdego szczebla jest pełne wsparcie dla tych żądań. Na początek choćby poprzez wykonanie kompleksowej i rzetelnej analizy wpływu kopalni na tereny gmin Gubin i Brody. Nie zaś, jak do tej pory, pozostawienie lokalnych samorządów samych sobie w starciu z potężnym koncernem, który od dziesięcioleci naraża na straty mieszkańców po obu stronach granicy.

— Temat wpływu górnictwa odkrywkowego na środowisko, na jakość życia ludzi nie kończy się ani na państwowych granicach, ani w momencie zamknięcia kopalni. Odkrywka Jänschwalde zostanie zamknięta za dwa lata, ale nadal aż do 2034 roku planowane jest odpompowywanie wody i obniżanie poziomu wód gruntowych w przygranicznym rejonie. Czy jesteśmy przygotowani na ten scenariusz? I kto poniesie wyższe koszty zaopatrywania lubuskich gmin w wodę? — pyta Anna Dziadek, mieszkanka lubuskiego, prezeska Stowarzyszenia NIE kopalni odkrywkowej.

— Zarówno w przypadku odkrywek w Turowie, Bełchatowie, Koninie, jak i Jänschwalde, leżącej blisko polskiej granicy, obowiązuje koncerny energetyczne konstytucyjna zasada „zanieczyszczający płaci”. Polski rząd jest zdecydowany zapłacić za ekologiczne skutki Turowa setki milionów złotych (to, choć społecznie i ekologicznie słuszne, stawia pod znakiem zapytania ekonomiczną opłacalność odkrywek). Można oczekiwać także determinacji rządu RP w przestrzeganiu powyższej zasady wobec polskich gmin jak Gubin i Brody, które roztropnie sprzeciwiły się odkrywce po polskiej stronie granicy, ale odczuwają negatywny wpływ na środowisko ze strony niemieckiej kopalni — mówi Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia EKO-UNIA, współzałożyciel Koalicji  „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”.

foto: Chris Grodotzki, Greenpeace Polska