O imperatywie moralnym, który jest nieistotny, wciąż jednak pozostaje imperatywem.
Gubię się już, mówiąc szczerze, w tych wszystkich postanowieniach COP-ów klimatycznych. Niby powinienem wiedzieć, co i jak i ile czego mamy ograniczyć oraz do jakiego czasu, żeby wyjść na swoje i przetrwać, jednak wszystko jakoś ulatuje z pamięci.
Nie wiem, może to przez zanieczyszczenie powietrza, ilość chemii w jedzeniu, natarczywą technologię, świąteczne reklamy telewizyjne, celebrytów, polityków – tryb życia jednym słowem? Kiedyś – pocieszam się – umiałem zapamiętywać skomplikowane figury retoryczne, ciągi liczb, całe wiersze, co mam zrobić na jutro, żeby to, co mam zrobić za miesiąc, mogło się udać. Teraz, żeby napisać kolejne zdanie, muszę posiłkować się literaturą przedmiotu, a i tak sprawdzam po kilka razy, czy aby nie przemieszałem lat z procentami i czy na pewno do tego roku, a może jednak jakiegoś innego, równie abstrakcyjnego, i czy serio chodzi o ekwiwalent, bo może jednak sam dwutlenek, a to ogromna różnica; w ogóle czuję się jak w podstawówce, kiedy klęcząc na korytarzu przepisywałem matmę od Agatki – nic nie kumam, ale przecież odrobiłem. Ale ok, jakoś tak to szło: żeby więc zbliżyć się do postanowień paryskich, to jest zatrzymać w drugiej połowie wieku (bo przecież nie teraz) wzrost średniej globalnej temperatury na poziomie 2°C względem ery przedprzemysłowej, musimy co roku – rzecz jasna globalnie – redukować emisje ze spalania paliw kopalnych o 6,2%. Z kolei – ale to już zadanie na szóstkę – jeśli zachciałoby nam się ograniczyć wzrost temperatury do 1,5°C, taka redukcja musi wzbić się na poziom 10% w tym roku i każdym kolejnym. Mamy to, jakoś poszło. Ewentualnie można dodać, że obecnie stoimy na poziomie 1,2°C ocieplenia względem ery sprzed wynalezienia maszyny parowej, przy czym wzrost ocieplenia utrzymuje się na poziomie 0,2°C co dekadę, czyli – to już naprawdę proste – o ile nic się nie zmieni, za 40 lat mamy nasze dwa stopnie jak w banku. Można jeszcze, choć nie trzeba, ale jednak napomknąć – bardziej dla humanistów – że liczby liczbami, ale to już jest, to już się zaczęło. To znaczy to 1,2°C to już jest bardzo słabo, efekty widać na codzień, jak będzie kiedy będzie 1,5°C czy 2°C trudno do końca powiedzieć i chyba nie ma co marnować czasu, bo to są scenariusze ubrane w strój galowy, podkolorowane, wstęgi przecięte, tymczasem w szarej rzeczywistości naszej szarej rzeczywistości idziemy raczej na 4°C jak nie 6°C. A co wtedy się stanie, to już niech każdy sam sobie. Sky is the limit. Impossible is nothing. RRSO 0% i przez pół roku nie płacisz.
Człowiek w ogniu
Ale tam zaraz przetrwać. Wielkie słowa. Przetrwać, przetrwamy – ktoś w każdym razie przetrwa. Nie bardzo rozumiem, czemu literatura przedmiotu z uporem wariata próbuje zapewniać mnie, że zmiany klimatu są demokratyczne i dotkną wszystkich. Wygląda mi to na jakąś ponowoczesną wersję średniowiecznego tańca śmierci, tego amortyzatora wstrząsów społecznych i osobistych frustracji: w obliczu śmierci jesteśmy równi, kto by tam patrzył na akcydensy. W danse macabre katastrofy klimatycznej umrę ja i ty, umrze ksiądz, pleban i rycerz, biskup owszem też, i cała masa dziewic. Ale co do jeźdźców apokalipsy to już wcale nie jestem pewien. Oni chyba mają inne plany. Wydaje mi się, że w zasadzie jako jedyni coś jeszcze robią w obliczu katastrofy – mianowicie jako jedyni przygotowują się na The Event i Life After, jak to w rozbrajający sposób opowiedział Douglas Rushkoff, relacjonując w Guardianie swoje spotkanie z pięcioma miliarderami, z których jeden właśnie kończył budować bunkier, pozostali z kolei dopytywali, w której części świata mają umieścić swoje i jak zabezpieczyć się przed atakami motłochu czy buntem załogi. To jest jednak aż nazbyt boleśnie oczywiste – sam bym tak zrobił, gdybym miał pieniądze: nawet przy tych cenach materiałów stawiałbym właśnie gdzieś na dnie jakiegoś mazurskiego jeziora przestronny designerski schronik z wszelkimi udogodnieniami – na wzór Fundacji zrobiłbym sobie bibliotekę literatury światowej, pokój muzyczny, saunę, ogród i miejsce na grilla, gdyby chciał mnie odwiedzić któryś kolega miliarder z rodziną. Jednak Rushkoff powiedział coś jeszcze:
miliarderzy miliarderami, niech będzie, że patologia kapitalizmu, chodzi raczej o fakt, że krótki moment poczucia sprawczości w obrabianiu postępu minął, kontrkultura po krótkim flircie oddała – musiała oddać – pole przyszłości relacjom biznesowym i obecnie wszystko dzieje się poza naszą sprawczością – świadomie i za naszym przyzwoleniem -, co oczywiście wrzuca nas w marazm nihilizmu i zwalnia, rozgrzeszając, z jakiejkolwiek odpowiedzialności.
Danse macabre miesza się tutaj z non omnis moriar – oba pojęcia o semantyce odmiennej od pierwowzoru. Wszyscy umrzemy trzeba opatrzyć klauzulą, że jednak nie wszyscy, z kolei nadzieja na pozostawianie po sobie jakiegoś śladu oprócz węglowego blednie, ponieważ jeśli ktoś tu coś po sobie zostawi, to ci, którzy już teraz wychodzą obronną ręką z tańca śmierci, a mam jakieś wewnętrzne przeczucie, że ich obecne działania a także scheda po nich będzie jednak trochę inna od naszej. I nie chodzi tu o testament naszej cywilizacji, kogo to interesuje? Spór jest tu i teraz i dotyczy zarówno codzienności, jak i przyszłości. W legendarnym już podziale na 1% vs 99%, opartym na różnicach w kapitale, trzeba uwzględnić coś więcej niż kasę. To przede wszystkim wpływanie na kształt świata, nasze codzienne wybory tak podstawowe jak zakupy na kolację, ale też, niestety, nasze marzenia, wyobraźnię i wizje.
A zatem sprawczość, odpowiedzialność – to już tylko piękne słowa. Nie ma już chciałbym poza kontekstem konsumpcyjnym, nie dla nas. Więc wciąż można chcieć zmienić Oppo na Iphone, ale to już na nic się nie przyda w świecie, który płonie. Prawdziwe chciałbym, które miałoby siłę zmiany paradygmatu, przypomina scenę z filmu Człowiek w ogniu, w którym niepokonany Denzel wybija kolejnych bandziorów, nad jednym zatrzymuje się jednak nieco dłużej, trochę się z nim droczy, przekomarza, pyta go zatem po tym jak wkłada mu ładunek wybuchowy w dupę (chyba tak właśnie było, tak to w każdym razie zapamiętałem) czy może ma jakieś ostatnie życzenie? I wish… I wish, cedzi bandzior ku uciesze Denzela, który dopowiada jak nauczyciel uczniowi, nieznającemu kondyszynali: I wish, I had more time.
Przypomniała mi się ta scena, kiedy jechałem niedawno na Mazury i zamiast słuchać radia wrzuciłem sobie Nadzieję w mroku Rebeki Solnit na słuchawki, coś ku pokrzepieniu serca. Miałem nadzieję w mroku, że zmiana klimatyczna też doczeka się swojego przełomu, na tej samej zasadzie co ruchy wyzwoleńcze, antyrasistowskie, feministyczne, gejowskie itd. Chciałem dowiedzieć się, jak należy działać w obliczu sił, które wyznaczają kierunek świata i nie są zainteresowane oddaniem choćby poletka podmiotowości. Jednym słowem: co mam robić ja, ów słynny pan nikt, every-man po czterdziestce z klasyczną rodziną 2+2 i kot, któremu w kulturalno-cyniczny sposób wmawia się, że może wszystko, byle chodził na wybory, oglądał reklamy, kupował produkty i koniecznie obliczał swój ślad węglowy, jakby to miało jakikolwiek sens. W swojej bezbrzeżnej naiwności chciałem zrozumieć, jak zmierzyć się z Goliatem status quo, który – nie potrzeba tu wielkiej przenikliwości – pędzi na spotkanie z katastrofą. Jak oscylować pomiędzy kompletnymi wariatami a niby porządnymi facetami uwikłanymi w relacje lobbystyczno-finansowe i brak wizji nowego, którzy na przemian organizują nasze życie. Wreszcie jak uporać się z wpływem dających się policzyć na palcach jednej ręki korporacji na jakość mojego życia, co począć z nieustającymi wątpliwościami wobec każdej prawdy, w tym wszystkim jeszcze jak wywinąć się anomii społecznej, nie wpaść w liczne pułapki aktywizmu, przygotować się na czasy – za Harrarim – miliardów niepotrzebnych ludzi i to w świecie – za Pobłockim – uszczelnionym, dającym z grubsza rzecz biorąc jeden scenariusz życia i wreszcie żyć choćby odrobinę zgodnie z sumieniem własnym i dobrem planety. Tylko, że no właśnie. Chciałbym nie mieć trotylu w dupie. I odrobinę więcej czasu.
Krótka historia czasu
Gdyby człowiek był uszczypliwy, mógłby tu się czepnąć. Pamiętam, że mama stosowała takie argumenty. Gdybyś wtedy, tobyś teraz – taka konstrukcja. No bo weźmy choćby taki protokół z Kioto, który już przeszło 20 lat temu zaklinał państwa sygnatariusze, żeby łaskawie obniżyły swoje emisje o 20%. Albo jeszcze wcześniej, Szczyt Ziemi w Rio de Janeiro, gdzie również spokojnie się prosiło, żeby może jednak z tymi emisjami wrócić do roku 1990 a nie przyspieszać tak swawolnie. Długo by wymieniać, uzbierało się sporo grzechów zaniedbania od lat 70-tych ubiegłego wieku, kiedy to zyskaliśmy wiedzę i jak to często z wiedzą bywa, nie zrobiliśmy z nią nic. Jak donoszą źródła, emisje w latach 1990-2009 wzrastają – globalnie rzecz jasna – o 40%. W ostatnich może i trochę opadły, ale do redukcji na poziomie 10% brakuje, no tak, jakieś 10%, bo stoimy na poziomie – znów literatura przedmiotu – 0,9% redukcji rocznie, co uporczywie wygląda na granice błędu statystycznego. Redukować, nie redukujemy, wymyślamy za to zgrabne racjonalizacje. Słuchamy grzecznie o planach redukcji rozciągniętych na kilka dekad, których nie mamy. Przyklaskujemy Indiom i Chinom, kiedy podają terminy tak odległe, że do tego czasu z pewnością odkryjemy już obce cywilizacje, które będziemy mogli prosić o pomoc. W ogóle nie martwi nas fakt, że w politycznej agendzie Polski nie ma punktu dotyczącego klimatu. Nie bardzo denerwujemy się na Stany Zjednoczone, największego truciciela na świecie, kiedy dochodzą do wniosku, że już nie chcą się w to bawić. Gdzieś na przecięciu flat white, selfie i netflixa snujemy fantazje o nowych technologiach, które już niedługo nas uratują. Bo przecież poradziliśmy sobie z freonem. Bo mamy prawo Moora, mówiące o podwajaniu się mocy obliczeniowej komputerów co dwa lata. Zaraz zresztą będą przecież komputery kwantowe. Co ważne, naukowcy pracują nad chemicznym modelowaniem składu atmosfery, więc jakby ten. Każde miasto, każda wioska, każda duża firma będą zaraz miały mikro reaktory jądrowe – Chiny właśnie zaczęły program pilotażowy. Wygląda to tak, jakbyśmy wkładali więcej wysiłku w próbę utrzymania status quo – z różnych powodów: bo nam się podoba, bo choć skrajnie niebezpieczne, to jednak bezpieczne, bo znane – że nie wystarczy nam już siły na snucie wyobrażeń o innych scenariuszach. Nawet nauka spieszy tu z pomocą – znajdujemy się teraz na terenie psychologii społecznej – twierdząc, że jako gatunek nie potrafimy myśleć w perspektywie długofalowej i że najdłuższa dostępna nam perspektywa długofalowa – skręcamy w stronę bankowości – to tak zwana perspektywa inwestycyjna, czyli 30-letnia. A więc nie nasza wina. Po prostu nie umiemy inaczej. Mamy w końcu swoje przyzwyczajenia i tradycje. Chcesz wziąć kredyt, nie ma sprawy, zaraz wszystko ładnie wyliczymy na trzydzieści lat do przodu, ale to tyle, jeśli idzie o nasze kompetencje.
No ale dorzućmy jeszcze garść informacji. Przecież nie o samo ocieplenie klimatu tu chodzi. Byłoby naprawdę fajnie, gdyby tylko o to chodziło. Kupiłbym sobie krem z filtrem i czapkę z daszkiem, stając w jednym szeregu z tymi, którzy twierdzą, że do wszystkiego można się przystosować. Tymczasem naukowcy drą sobie jeszcze włosy z głowy z powodu takich spraw, jak bioróżnorodność, zmieniona gospodarka chemiczna gleb, zakwaszone oceany, zmieniona nie do poznania gospodarka powierzchnią ziemi, aerozole atmosferyczne i zanieczyszczenie chemiczne. Przekroczyliśmy trzy z dziewięciu granic planetarnych (jeśli nie sześć – w tych spornych trzech brakuje po prostu danych). W przypadku bioróżnorodności przekroczyliśmy tak, że w zasadzie moglibyśmy to piękne słowo zamienić na jednoróżnorodność, bo jak inaczej nazwać fakt, że ludzie (jeden gatunek) i zwierzęta hodowlane (głównie 3 gatunki z dodatkami) to już w zasadzie tyle, jeśli idzie o zwierzęta na świecie. Te 4% masy dla innych zwierząt, które jeszcze jakimś cudem się ostały, uporczywie wygląda jak granica błędu statystycznego. To, że zaraz nie będzie owadów, dla niektórych możne brzmieć wcale nieźle – nie trzeba będzie opędzać się od komarów przy grillu, co będzie stanowić duże udogodnienie. Orki, delfiny, rekiny, walenie, lwy, żyrafy, słonie, niedźwiedzie i co tam jeszcze też mogą wydawać się mało istotne i tak rzadko widujemy je w realu, a nakręciliśmy już tyle filmów z ich udziałem, że powinno wystarczyć do końca. Ryby? Jakie ryby?
Z glebą jest ten problem – donoszą specjaliści -, że gdybyśmy chcieli mieć jeszcze jakąś fajną glebę w Europie, należałoby najpierw dać jej kilkanaście lat na regenerację, wyciągnąć z niej cały fosfor, który ładujemy w nią od czasów zielonej rewolucji i modlić się, żeby wróciły te wszystkie piękne naturalne procesy, które przecież nie wrócą skoro zdecydowaliśmy się na rolnictwo przemysłowe. Oddzielając uprawę roślin od hodowli zwierząt, zamykając zwierzęta w klatkach, z pól robiąc ciągnące się po horyzont monokulturowe wygaszacze ekranu, przerwaliśmy proces, który trwał od zawsze. Nawozy sztuczne okazały się mieczem obosiecznym i kiedy wcześniej udało nam się zwiększyć plon z hektara z całkiem spektakularnym wynikiem, tak teraz sięga nas ostrze zemsty. Nasza gleba dała nam się uzależnić od chemicznych substancji i leży teraz przed nami rozwalona jak ziomuś na opiatach, prosząc o więcej. To z tej gleby na naszych stołach lądują wszystkie te zdrowe produkty i co tam, że w mleku karmiących matek znajdujemy glifosat. Brzdące wypiją.
Ale to też naprawdę nie są jakieś wielkie problemy. Mark Zuckerberg ze swoim Metaversum pokazał nam, gdzie leży rozwiązanie. I w porównaniu do chęci naprawienia takiej bioróżnorodności, rozwiązanie to wcale nie leży tak daleko – w końcu od lat wszystko idzie w tym kierunku. Spójrzmy z jakiego rodzaju sprawczością mamy tutaj do czynienia: Zuckerberg opublikował swoją dystopijną prezentację jakiś miesiąc temu, a Nike i H&M już teraz otworzyły swoje sklepy w Metaversum. Nie mamy wyboru. Naszym życiem rządzi już tylko technokratyczna wizja kilku ludzi z ogromnymi budżetami. Teleologia Doliny Krzemowej ustawiona jest na sukces.
Nie musi być duży, byle był długi i gruby
Może nie całkiem w kontekście, ale następujące zdanie robi wrażenie: 90% całej skonsumowanej przez homo sapiens ropy nastąpiło po 1958 roku, natomiast 50% po roku 1984. Agatka zaraz podniesie rękę i zgłosi pani, że na pewno wynika to ze zwiększenia się populacji, nie dzieje się tu nic strasznego, ot czysta matematyka. W końcu u progu lat 60-tych było nas jakieś 3 miliardy, nie więcej. Jeśli jednak przyjrzymy się innym wzrostom w tym czasie, obraz przestaje być taki klarowny. Bo kiedy my się jedynie trochę więcej niż podwoiliśmy obrót gospodarczy wzrósł 40-krotnie, zużycie paliw kopalnych 16-krotnie, połów ryb 35-krotnie, zużycie wody 9-krotnie. Tak spektakularny wzrost trzeba było jakoś nazwać – literatura przedmiotu zdecydowała się na pojęcie Wielkiego Przyspieszenia. Miało być tak: wszystkim nam zaczęło się żyć dostatniej – wszystkie łodzie poszły do góry -, zrobiliśmy wielkie postępy we wszystkich dziedzinach, każdy dostał samochód – byle, rzecz jasna, czarny – i zmywarkę, dobrze płatną pracę, nieograniczony dostęp do wszystkiego oraz możliwość kształtowania rzeczywistości swoją ciężką, uczciwą pracą. Stało się inaczej: kiedy jeszcze komunizm trzymał nas w ryzach jako alternatywa dla porządku kapitalistycznego, wolny rynek przystroił się w całkiem zgrabne fatałaszki państwa opiekuńczego i społecznej gospodarki rynkowej, która stanowiła swoistą poduszkę bezpieczeństwa dla tych, którzy nie potrafią albo nie chcą brać udziału w wyścigu. Jednak w chwili gdy zimna wojna skończyła się upadkiem bloku komunistycznego, kapitalizm odpłynął. Zniknęło państwo opiekuńcze, zniknęło państwo w ogóle, a pojawiły się rynki, które przyniosły kilka nowych przykazań: drugie liberalizuj, trzecie prywatyzuj, czwarte dereguluj, piąte parametryzuj, pierwsze zostało: nie będziesz miał innych Bogów przede mną. W 1994 roku powstaje Światowa Organizacja Handlu – moloch stworzony przez wielkich dla wielkich, w sposób arbitralny piszący swoją wizję świata, z której wypadły wszystkie punkty dotyczące ludzi i przyrody, ponieważ stanowiły przeszkody w kumulacji. To co nam, pożytecznym idiotom codzienności, zostało sprzedane jako nowa jakość, otwarcie na świat i nieograniczone możliwości – osławiona globalizacja – służyło tylko wielkiemu kapitałowi, który mógł przerzucać koszty tam gdzie taniej, płacić podatki tam gdzie taniej, po angielsku wychodzić z imprezy, kiedy ktoś cichutko upominał się o swoje. Kiedy do tego kolażu dołączył sektor finansowy dopiero zrobiło się ciekawie: rok skrócił się do kwartału, który za każdym razem miał przynosić zysk akcjonariuszom. Chyba wszyscy wiedzieli, że tak się nie da zbyt długo, jednak nie widziałem, żeby ktokolwiek poszedł na odwyk. My z kolei dopiero się dowiadujemy, zachłyśnięci resztkami ze stołu, które sprzedano nam jako coś, o czym zawsze marzyliśmy: weekendowe wypady do najdalszych zakątków świata, jedzenie potraw z najdalszych zakątków świata, rozmowa o pogodzie z osobą znajdującą się w najdalszym zakątku świata. W gratisie dostaliśmy jeszcze upadek demokracji (komuś chce się jeszcze głosować, serio?) i katastrofę klimatyczną.
Tak przynajmniej twierdzi literatura przedmiotu. Nie jest tak?
Nie wiem, czy Wielkie Przyspieszenie powinno się nazywać Wielkie Przyspieszenie. Coraz więcej faktów dociera do nas o Wielkim Przyspieszeniu. Weźmy takiego Pikettiego, który pokazał w Kapitale XX wieku kto tak naprawdę wzbogacił się w tym czasie, i że był to 1% i tak już obrzydliwie bogatych. Albo weźmy Michaela E. Manna, który w książce Woja Klimatyczna odsyła do utajonej korespondencji naukowców i menedżerów ExxonMobile z lat 70-tych ubiegłego wieku, gdzie panowie w rozbrajający sposób informują się o katastrofalnych skutkach wydobywania i spalania paliw kopalnych, konkludując że jednak jedziemy dalej z tematem. Nie mówmy jednak nikomu.
Dodajmy dwa do dwóch. W czasach Wielkiego Przyspieszenia nigdy nie chodziło o nic innego jak o gromadzenie kasy przez ludzi, dla których nie ma innego celu w życiu – gromadzenie kosztem innych, natury i przede wszystkim kosztem innych modeli, alternatywnych rozwiązań, rozwijania innych naszych cech poza chciwością. Nie istnieje pozytywistyczna narracja o wielkim przyspieszeniu. To tylko kolejny rozdział w kolonizatorskiej naturze pewnego typu homo sapiens z wielką erekcją na więcej.
Dawaj, szybko to. I jeszcze. Problem może jednak polegać na tym, że – jak mówią źródła -, nie ma już tanich natur, które możemy eksploatować. Ale czy naprawdę? Niewolnictwo zastąpiliśmy uwikłaniem człowieka w pracę bez sensu i setki zależności, które każą mu w niej tkwić po uszy, praca dla dzieci się znajdzie, z kobietami też jeszcze jako tako sobie radzimy, zasobów naturalnych mamy wciąż na lata i możemy z nich śmiało korzystać, skoro Bill Gates zainwestował w sekwestrację węgla. A do tego mamy cały dojrzały już system kapitalizmu nadzoru, w którym dostajemy światopogląd skrojony dla każdego na miarę, byle był czarny.
Premiujemy, kochamy i aspirujemy do ludzi chciwych. Chwyciliśmy się – i to jest najbardziej obsceniczne – mitu, który podali nam na talerzu. Pij mleko, będziesz wielki. Pracuj dzielnie, osiągniesz sukces. Nikt z nich oczywiście nie chce zmiany paradygmatu, wymyślenia mitu na nowo. Nie ma alternatywy. Będzie w końcu Metaversum, które już całkowicie odklei nas od świata realnego, natury i ciała. Wygląda mi to na kolejną podróż na Marsa – to jest pomysł z tej samej bajki. Skoro zniszczyliśmy Ziemię, szukamy kolejnych rynków, które mają potencjał zarobkowy. To jest wielka strata zarówno dla nas, jak i dla samej technologii, że jest ona w rękach ludzi pozbawionych wyobraźni. Jeśli jutro Jeff Bezos z kolegami wymyślą sobie, że będą sprzedawać nam sztuczne mięso, my je kupimy, zafascynowani jakie to innowacyjne i tanie.
Nie umiem, fuck
Gubię się w tym, jednak mimo to wciąż wydaje mi się, że muszę być ze wszystkimi tymi danymi na bieżąco. Nawet nie wiem, skąd to przyszło. Czytam więc kolejne raporty, przerzucam strony kolejnych książek, słucham mądrych ludzi w ich podcastach i debatach. Staram się to zapamiętać i jakoś nie mogę, nie umiem. Z jednej strony, owszem, mam już nieco zużyty umysł, proza życia nie pomaga. Jasne, powinienem medytować, ale przecież nie mam czasu i nie mówcie proszę, że skoro nie mam czasu na medytację, to pierwsza rzecz, jaką powinienem zrobić, to znaleźć czas na medytację. Z drugiej strony próbuję pojąć coś, co jest po prostu niepojmowalne – coś zaczyna do mnie w końcu docierać. Żadna kolejna książka, żadna następna dyskusja, kolejny legendarny wykres nie przybliżają mnie nawet o krok do prawdziwego zrozumienia problemu. Chwała specjalistom od PR-u i mistrzom od storytellingu danych, dziękuję że jesteście, ale z drugiej strony czuję się czasem, jakbym oglądał kolejny odcinek Mam Talent, kiedy czytam te wszystkie błyskotliwe porównania, które chyba mają nam coś unaocznić. Jak to było? Że produkcja jednego kilograma mięsa wołowego zużywa taką ilość wody, która wystarczyłaby do napełnienia basenu w ogródku, gdzie zaprosimy znajomych i będziemy wreszcie dobrze się bawić przez całe wakacje w gronie klasy średniej? Że żeby zneutralizować weekendowy wypad do Wenecji na carpaccio trzeba by zasadzić tysiąc drzew zaraz po powrocie a potem ładnie je pielęgnować i podlewać przez kolejne dekady? Że hodowla przemysłowa zwierząt to taki holokaust, tylko że dla zwierząt? Co tam jeszcze? Dawajcie. To wszystko jest bardzo kreatywne i w ogóle super content na instagrama. Ile można gratulować na linkedin, że ktoś zrobił kolejny szczebel w karierze, albo zgubił portfel, ale kurier znalazł i oddał – ile można się wzruszać? Dużo ciekawiej zalajkować kolejną infografikę, z której spoziera na nas prosty ciąg przyczynowo-skutkowy pomiędzy naszym obiadem a zwłokami dziecka na plaży. Owszem, wszystkie te treści – super ważne – uległy rynkowemu mechanizmowi mediów społecznościowych i przekazu w ogóle. Dajcie łapkę w górę, nic poza tym.
Więc owszem, to jest niepojmowalne. Bo jak zrozumieć i przyswoić sobie wyważone opinie ekspertów mówiące o tym, że już dosłownie za kilkanaście lat nie będzie na ziemi miejsca, które byłoby wolne od skutków załamania się klimatu? W sensie, że na naszej planecie już nigdy nie będzie fajnie. Że wszystkie przewodniki, choćby te po najpiękniejszych plażach, właśnie otrzymały datę ważności. Można to usłyszeć, można nawet na ten temat dyskutować, ale nie da się tego pojąć. Planeta właśnie została zniszczona. Proste zdanie, którego jednak nie sposób pojąć. Oczywiście dobrze to o mnie świadczy, ta aporia poznania, trochę się pocieszam. Raczej nie zachwycałbym się swoją przenikliwością, gdybym to tak po prostu pojął, wolę jednak nie umieć. Bo tu trzeba pojąć coś prostego i w zasadzie tak głupiego, że aż wręcz nie wypada, trzeba przyznać, że jesteśmy ograniczonym gatunkiem.
Tam, gdzie trzeba wyciągnąć, spalić, wywlec, wystrzelić, wyżreć, przyspieszyć, wykarczować, zgwałcić, sprzedać, nasrać, zabić, wyrwać, podwoić, potroić, podporządkować, zabrać, dać w pysk – tam jest ok.
Tam, gdzie trzeba współczuć, kochać, dawać, powściągnąć się, pomyśleć, zatrzymać się, czegoś nie zrobić, czegoś zrobić mniej, nadstawić pyska – tam nie radzimy sobie zupełnie.
Nie wiem, jak przyswoić sobie zdanie o tym, że już zaraz będziemy walczyć o wodę, jedzenie, to wszystko oczywiście w emploi susz, huraganów, fal upałów nie do wytrzymania, deszczy tak ulewnych, że zmiatających wszystko, co stanie na drodze formującym się z nich rzekom, nie zapominając o setkach milionów emigrantów, którzy dotrą do nas z miejsc, z których można już tylko uciekać, i będą nas prosić o pomoc i my ich będziemy prosić o pomoc, to wszystko rzecz jasna przy stałym braku prądu, z czarnym ekranem smartfona, który będzie się nadawał już tylko do samoobrony, najpewniej przy całkowitym barku kontaktu z bliskim, z godnością – no przecież to jeszcze – wciąż w pamięci, ale już zaprzepaszczoną, z lufami karabinów maszynowych ustawionych na flankach murów obronnych naszych kochanych miliarderów wymierzonymi w naszą stronę. Jak zrozumieć fakt, że już dziś codziennie słyszymy o skutkach ocieplenia, ale wciąż nazywamy je, jakby nigdy nic, burzą, huraganem, suszą, gradem, powodzią, pożarem lasu, wymarciem gatunku? Naprawdę pogodziłem się z faktem, że od kilku lat na Mazurach, gdzie staram się spędzać wakacje, nie ma wody. Pogodziłem się z tym i stoję jak uśmiechnięty przygłup, bo przecież rozumiem, ale wciąż nie pojmuję. Jak mam się zachować po obejrzeniu wykresu, ukazującego „dzień przekroczenia”, który mówi mi, że dziś nasze roczne zasoby kończą się już w sierpniu a całą resztę roku żyjemy na koszt następnego, i że zmieniło się to w ciągu ostatnich 50 lat, ponieważ jeszcze w 1970 tylko ostatnich kilka dni grudnia jechaliśmy na gapę?
Katastrofa jest niepojmowalna, ponieważ my dzisiejsi nie mamy już pojęcia, czym jest natura, która właśnie umiera. Człowiek zrobił naprawdę wszystko, żeby odepchnąć ją od siebie, upatrując w tym wyzwolenia. Dziś natura jest co najwyżej tłem dla naszych działań, weekendowym wyjazdem na grila, wyskokiem na rybki, grzybki, kojącymi przebitkami pomiędzy kolejnymi scenami serialowej fabuły, czymś z boku w każdym razie. Więc i ta śmierć jest z boku. Nie dotyczy.
To nie ma sensu
Ech, nastrzępiłem jęzora, krwi napsułem. Mądrzę się. Dużo się o niej mówi, w ogóle jest bardzo wdzięcznym tematem ta katastrofa klimatyczna. Wiemy już wszystko i w zasadzie każdy z nas może wejść w przyjemną skórę moralizatora, jak ja teraz. Z drugiej strony jest w niej coś irytującego i wcale nie chodzi o to, że za chwilę wszyscy spektakularnie zdechniemy. Uwiera coś innego, ciężko to nawet sformułować. Literatura przedmiotu mówi o zmęczeniu wobec ogromu problemu, którego nie da się rozwiązać. Dużo się pisze o naszych gadzich mózgach w tym kontekście. Znamy choćby przypadek Bydgaby, prawdziwego miasteczka o fikcyjnej nazwie, którego mieszkańcy – choć odczuwający na co dzień skutki ocieplającego się klimatu – doszli do perfekcji w niewspominaniu o temacie. Jeszcze jedno creme brule, poproszę. Lampeczkę primitivo di manduria. Ach, zostawcie już tego Titanica. Zdaje się, że naprawdę umrzemy oglądając netfliksa. Często jest tak, że wspominając o niej puszczamy bąka w towarzystwie. Albo odwrotnie, ale wychodzi na to samo: wszyscy nagle rzucają się na temat i oto dowiadujemy się o tysiącu nowych faktów, przez co jednak nie jesteśmy w żaden sposób mądrzejsi; pogadaliśmy sobie. Coś jest nie tak z katastrofą klimatyczną. Nawet ja, który interesuje się nią nieco może ponadprzeciętnie, trochę jednak kompulsywnie, nie wiem, może przez tę cholerną depresję, może dlatego, że mam dzieci, możliwe że w młodości słuchałem za dużo The Sisters of Mercy, więc ja również muszę przełykać jakieś dziwne uczucie zniechęcenia i odrazy, zanim wysłucham kolejnej debaty. To znaczy widzę na ekranie kogoś, kogo jestem fanem – weźmy takiego Dipesha Chakrabartyego – i przez pierwszych kilka chwil, zanim dojdę do siebie, zanim wniknę w jego kolejny wykład – ten miły skądinąd i mądry człowiek po prostu mnie wkurwia.
Myślę, że to dlatego, że to wszystko nie ma już sensu. Ten tekst nie ma sensu, zmiana klimatyczna nie ma sensu, nasze działania nie mają sensu. Mógłbym w tym momencie wsiąść w samolot, polecieć gdzieś na jakąś plażę, wejść do morza, złapać delfina i udusić go reklamówką z Biedronki. Nic by to nie zmieniło. Mógłbym codziennie jeść steki – od rana do wieczora obżerać się krowami. Mógłbym wyrzucić starą lodówkę w lesie, tuż obok zmywarki i kupić sobie nowe – są przecież w permanentnej promocji. Mógłbym teraz zaraz skoczyć do puszczy i ustrzelić łosia, a co, co to zmieni? W ogóle frajda ponoć. Mógłbym, kurczę, upijać się Coca Colą. Mógłbym zajadać smutki jakimś słodkim gównem w ładnym opakowaniu za 1,99 zł i klikać w clickbajty cały boży dzień. Nic to nie zmieni. Pogorszenie jakości życia w granicach błędu statystycznego i cały czas zero wpływu na cokolwiek.
Gdzie podział się ten mindset?
W naprawdę czarnych chwilach wracam do Mistrza Eckharta. W którymś miejscu mówi, że nawet gdyby nie było wokół niego żywiej duszy, swoje kazania wygłaszałby drzewu, które tu stoi. Gdzie to się podziało? Gdzie podział się mindset tego typu?
Kiedy kilka tygodni temu jechałem na Mazury, goniąc za zawodowymi sprawami, moją uwagę przykuła ściana lasu wyrastająca daleko na horyzoncie jako zwieńczenie falującej łąki. Mijam ją często, dużo jeżdżę w tamte rejony, ale tamtego dnia zagadnęła mnie w jakiś dziwny sposób. Zawsze to była tylko ściana lasu, jedna trzecia drogi za mną, jestem za Mławą. Tamtego dnia jednak najpierw zwolniłem, potem zatrzymałem się, następnie zostawiłem samochód na poboczu. Zacząłem iść. Mimo deszczu i w ogóle psiej pogody. Chyba po prostu chciałem się oderwać, zanurzyć w przyklepane wiatrem trawy, dojść do tego lasu. Nie wiem w zasadzie, po co. Teren stawał się podmokły, trawa robiła się coraz grubsza, przechodziła w szuwary, z których jak piegi wyglądały omszałe kamienie. Łąka zmieniała się we wrzosowisko. Nie widziałem tego z samochodu, nie mogłem. Teraz czułem silne zapachy – inne, pierwotne, miło niepokojące. Na myśl przyszedł mi zapach przełamanej trzciny z dzieciństwa, szczegół, który nie wiedzieć czemu moja pamięć wydobyła z mroków niepamięci. Dziwne to było, ale ciekawe. W tym samym momencie spod moich stóp wypłyną strumień, wcześniej ukryty w trawach, coś jak mała nieustępliwa rzeczka. A więc i ty tu jesteś. Nie namyślałem się długo. Zdjąłem buty, podwinąłem nogawki. Wszedłem. Dziwny widok moich stóp w lodowatej wodzie, wśród długich traw czesanych nurtem. Dziwnie obco. Przez chwilę ślizgałem się na kamieniach, zapadałem w muł. Po kilkunastu krokach znalazłem głębsze miejsce. Rozebrałem się do rosołu, to był impuls. Czułem się trochę jak stary dureń, ale powoli przestaję się przejmować takimi odczuciami. Położyłem się, zanurzyłem. Zniknęło uczcie zimna. Unosząc się na wodzie patrzyłem w szare niebo, nasłuchiwałem podwodnych westchnień i gwaru, chaosu zamkniętego w toni, którego nie potrafiłem ogarnąć, z którym jednak dobrze się czułem. Moje ciało uderzało delikatnie o kamienie i wpadało w śliskie zarośla. Woda była krystaliczna i twarda. Nagle ujrzałem siebie, z bardzo wysoka. Białe cielsko homo sapiens w wijącym się strumieniu, przecinającym wrzosowisko, na łące, w cieniu ściany lasu, niedaleko drogi, po której śmigały samochody. Nie widzieli mnie, nie mogli. Wygramoliłem się i ledwo wróciłem do samochodu. Przemarzłem. Zanim ruszyłem dalej musiałem nagrzać w aucie i odpocząć, chyba zasnąłem na chwilę. Byłem wykończony, ale uczucie ekscytacji unosiło się we mnie jeszcze przez wiele dni. Cała ta sprawa była głupia, histeryczna, naiwna, jednak zarazem była to najbardziej sensowna czynność, jaką zrobiłem od dłuższego czasu.
Chcesz mieć biceps, rób nogi
W latach 90-tych jeszcze nic tego wszystkiego nie zapowiadało. Spokojnie robiłem biceps na warszawskim Gocławiu. Mój przyjaciel obok – na modlitewniku – również robił biceps. U naszych stóp zaschnięta plama krwi po bandziorze, którego dopadli tu tydzień wcześniej koledzy z karabinem maszynowym. Na szczęście szybko ponownie otwarto siłownię. Bandzior – jak wynika z plamy krwi pod modlitewnikiem – także robił biceps w godzinie śmierci.
Kiedy tak wszyscy gremialnie robiliśmy bicepsy, spostrzegam przypadkowanego kolesia, patrzącego co rusz na mnie. Nie pamiętam, co sobie pomyślałem wtedy. Miałem kilkanaście lat i wychowywałem się na Gocławiu, więc pomyślałem pewnie, że gej, albo że zaraz dostanę w papę za wygląd lub coś podobnego – coś w tym stylu w każdym razie. Tymczasem on podchodzi do mnie i okazuje się, że jest trenerem. Że podoba mu się, jak robię biceps, jednak chciałby mi doradzić, żebym jednak podszedł holistycznie do sprawy. Chcesz mnieś dobry biceps, powiedział, rób nogi.
Teraz nie robię bicepsa od lat. Chodzę na siłownię codziennie, ale tylko po to, żeby wykrzesać z siebie nieco endorfin – nie ważne, co robię, ważne, żebym ledwo schodził do szatni. Każdy trening jest dobry, jeśli w jego wyniku poczuję łączność z własnym ciałem i – tak, owszem – duszą.
Jednak to zdanie pamiętam. Wówczas nic sobie z niego nie zrobiłem – dalej machałem biceps, klatka, plecy triceps, brzuch – czasami. A potem znowu biceps. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że nie ma bicepsa bez nóg, że ciało jest całością, że codzienność jest całością, każda nasza decyzja – choć nie mamy sprawczości – składa się na całość naszego życia.
Dziś to zdanie tamtego napakowanego kolesia często mi towarzyszy. Jest moim mottem w codziennych działaniach. Robię nogi, bo chcę mieć biceps. Jestem uważny. Dokładnie wybieram każdy element mojego życia, sprawdzam, kto i jak wyprodukował dla mnie jedzenie i ubrania, jestem adeptem nieposłuszeństwa konsumpcyjnego, omijam wielkie firmy, które bogacą się na niszczeniu ludzi w Kongo czy Brazylii, nie korzystam z usług firm, których szefostwo stosuje cwaniactwo podatkowe, dokładnie przyglądam się programom polityków, chodzę na manifestacje, nie oglądam reklam, staram się kupować u rolników, gotuję, sprzątam, zamiatam, pomagam młodym jeżom przechodzić przez jezdnię. I czekam. Może coś się wreszcie zmieni.
Może jeszcze rzucę palenie. Pomyśli się.
David Cormand, francuski Zielony Europoseł, komentuje w każdy piątek na swoim blogu wydarzenia polityczne, głównie dotyczące Francji i Europy. Tym razem tematem jego refleksji jest nasza polska rzeczywistość, która dotyczy Unii Europejskiej, jak również ma uniwersalny, etyczny wymiar. Chodzi o mur na polsko-białoruskiej granicy i Puszczę Białowieską.
Nie chcę, aby moje piątkowe wpisy były kroniką globalnego bałaganu. Tyle, że nawet jak nasze oczy odwrócą się od prawd, które nas niepokoją, w inne miejsca, gwar świata zawsze nas dogoni. Narzuca się nam jak przywołanie do porządku. W tym tygodniu biorę więc do ręki moje pióro, aby opowiedzieć wam o Białowieży, wiosce liczącej 3 tysiące mieszkańców, położonej na granicy Polski i Białorusi. To miejsce nic wam nie mówi? Jest to jednak scena dramatu, który wiele mówi o europejskich impasach. Błyski stroboskopu wiadomości migają na naszych ekranach w takim tempie, że jedno nieszczęście goni drugie, ale przypomnijmy: jesienią ubiegłego roku, w odpowiedzi na kryzys migracyjny zaaranżowany przez białoruskiego prezydenta Aleksandra Łukaszenkę, Polska postanowiła zbudować antyimigrancki mur.
A więc do rzeczy. Budowa obiektu, którego koszt szacowany jest na prawie 353 mln euro, ma się rozpocząć w tym tygodniu w Białowieży i mamy wszelkie powody, by nie zgadzać się na tę konstrukcję. Mówi nam ona, że Europa nie jest w stanie sprostać swojej misji, że nie jesteśmy w stanie godnie przyjąć tych, którzy narażają swoje życie, w poniżających warunkach, z nadzieją na prawo do godniejszej egzystencji.
Ten mur to również znak ideologicznej i politycznej tektoniki, która rozwija się z zawrotną prędkością… Przypomnijmy sobie. Trump. Mur między USA a Meksykiem. I korowód słusznego oburzenia na ten projekt. „On jest szalony”, „u nas nie byłoby to możliwe”, jakby chorobliwe impulsy znały granice. A jednak, zaledwie cztery lata później, co się dzieje u nas w Europie? Całkowita akceptacja tego co niedopuszczalne i rezygnacja w obliczu najgorszego. Odwrót od wartości i klęska myślenia.
Ta sytuacja nie jest wynikiem niemocy tylko woli. Unia Europejska zamierza zabudować się jak forteca. Na całym naszym kontynencie podnoszą się ponure głosy wychwalające druty kolczaste. Jeszcze w październiku ubiegłego roku dwanaście krajów domagało się od UE ich finansowania. Ursula Von der Leyen odpowiedziała wtedy, że to nie wchodzi w rachubę. Warte odnotowania. Ale zgniłe owoce katastrofalnej polityki migracyjnej Unii Europejskiej nas wciąż trują. Każdy przemijający dzień przynosi swoją liczbę martwych migrantów. I każdego dnia, jak echo, umiera nasz humanizm.
Prawda jest taka, że słowa nie opisują to, co się dzieje. Zaniechanie? Zdrada? Brak pomocy dla ludzkości w niebezpieczeństwie? Przestępstwo? Pozostawiam wam osąd. Ale semantyka jest ważna. Ja sam, mówiąc o migrantach tak, aby mnie zrozumiało ja najwięcej ludzi, podejmuję ryzyko, że esencjalizuję kobiety i mężczyzn za pomocą terminu, który nie wyraża ich złożonego człowieczeństwa, tylko zamyka ich w klatkach, ogranicza i redukuje postrzeganie ich, jak by byli belami słomy rzuconymi wiatrom chaosu globalizacji. Niech mi to będzie wybaczone. Chciałabym móc wymienić ich nazwiska, opowiedzieć ich życie, którego nie znam, oddać im sprawiedliwość.
No więc Białowieża. Od miesięcy lokalna solidarność organizuje się, aby zapobiec śmierci ludzi błąkających się po lesie. Naród nigdy nie składa się z jednego bloku. Tam, gdzie rośnie niebezpieczeństwo, rośnie też ratunek. Nieszczęsnej polityce nękania prowadzonej przez polski rząd przeciwstawia się przykładna mobilizacja kobiet i mężczyzn, którzy bronią godnego przyjmowania osób w sytuacji migracyjnej. Powstał też front oporu przeciwko budowie muru. Tak się składa, że wokół Białowieży rośnie las pierwotny liczący ponad 10 000 lat, będący ostoją bioróżnorodności, której zagraża budowa muru wstydu. Ręka, która odpędza migrantów jest tą samą, która uderza w naturę.
W tym momencie przypominają mi się wszystkie głupie wezwania, które regularnie każą nam wybierać między człowiekiem a naturą, tak jakby obrona wszystkich żywych istot była niemożliwa. „Ale kogo wolisz: ludzi czy drzewa?” Taka degrengolada myślenia zawsze prowadzi koniec końców do zniszczenia obu. Bo stawianie pytania w taki sposób oznacza amputowanie z góry naszego człowieczeństwa i okaleczanie naszej świadomości. Dlatego broniąc jednych, nie porzucamy bynajmniej innych. I na odwrót.
Nasza ekologia jest humanizmem: z pewnością zrywa z antropocentryzmem, nie przestając jednak ani na chwilę bronić równej godności wszystkich. W tym sensie nigdy nie będzie to krok wstecz, zawsze krok naprzód w poszanowaniu praw podstawowych.
Nie zaprzeczam, że czasami pojawiają są trudności, że delikatne arbitraże, których trzeba dokonać, wywierają presję na nasze polityczne zaprogramowanie. Ale Europa, którą budujemy, ma właśnie na celu umożliwienie powstania modelu łączącego ochronę ekosystemów, promowanie praw społecznych i obronę integralności demokratycznej.
Niektórzy powiedzą, że budowany mur to sprawa Polaków. Mylą się. Wyzwania ekologiczne wymykają się granicom uznawanym przez państwa. W Polsce, jak wszędzie indziej, bronimy zachowania lasu pierwotnego, cennego dla naszej przyszłości. Lasy naszej planety nie są przeznaczone do zniszczenia i eksploatacji. Ich życie liczy się, samo w sobie, a także poprzez więź jaka nas łączy w biosferze. To samo dotyczy migrantów, którzy są ścigani, piętnowani i porzucani: ich życie liczy się podwójnie. Po pierwsze jako takie, po drugie dlatego, że jest częścią naszego wspólnego człowieczeństwa. Oto podstawa naszej odmowy wobec tego, co się dzieje, nie tak daleko od naszych oczu, w lesie, gdzie stawką jest coś, co wykracza daleko poza samą kwestię polską.
Tekst opublikowany na blogu autora,
tłumaczenie Ewa Sufin-Jacquemart
David Cormand to francuski polityk i samorządowiec, od 2019 roku poseł do Parlamentu Europejskiego w grupie Zieloni/WSE. W latach 2016–2019 był przewodniczącym partii Europa Ekologia Zieloni (EELV).
Podczas najbliższego posiedzenia Sejmu Posłanki i Posłowie będą głosować nad projektem nowelizacji ustawy regulującej zasady pomocy publicznej dla kopalń węgla kamiennego. Celem ustawy i wsparcia w kwocie ponad 31,2 mld złotych, ma być redukcja wydobycia. Jednak Greenpeace dotarł do dokumentów Ministerstwa Aktywów Państwowych z których wynika, że planowana redukcja w poszczególnych kopalniach w latach 2022-31 jest porównywalna z tą, która miała miejsce w latach 2018-20 ale osiągnięto ją bez tak ogromnego wsparcia.
W założeniu, nowelizacja ustawy ma uregulować zasady działania systemu wsparcia dla górnictwa w procesie jego likwidacji. Zakłada to wstępna umowa podpisana w ubiegłym roku między rządem a górnikami. Umowa ta, wbrew unijnej polityce klimatycznej, zakłada kontynuację wydobycia węgla kamiennego aż do 2049 roku. Jej założenia wymagają notyfikacji i zgody Komisji Europejskiej. Tymczasem w związku ze złą sytuacją finansową sektora górnictwa, został złożony poselski projekt nowelizacji ustawy, który w latach 2022-2031 przewiduje wsparcie w wysokości 28,821 mld złotych dla bankrutujących spółek węglowych. Obejmie ona Polską Grupę Górniczą (PGG), Tauron Wydobycie i Węglokoks Kraj, których kopalnie mają otrzymywać tzw. dopłaty do redukcji zdolności wydobywczych i na pokrycie nadzwyczajnych kosztów likwidacji. Dodatkowo, ustawa zakłada umorzenie zobowiązań spółek węglowych wobec PFR i ZUS. Jak wynika z dokumentów do których dotarł Greenpeace łączna kwota tych zobowiązań to prawie 2 miliardy złotych.
– Obóz rządzący liczy, że Komisja Europejska przymknie oko na górę pieniędzy dla górnictwa, ponieważ argumentowana jest ona celem redukcji wydobycia w kopalniach. Tymczasem z dokumentów rządowych wynika, że do 2031 roku redukcja nie odbiega od dotychczasowego trendu spadku wydobycia węgla w minionych latach – powiedziała Anna Meres koordynatorka kampanii klimatycznych w Greenpeace.
W przedstawionym przez Ministerstwo Aktywów Państwowych harmonogramie spółka PGG zamierza do 2026 roku zredukować wydobycie zaledwie o 13 procent. Ma to kosztować podatników 13 miliardów złotych. Tymczasem latach 2018-2021 wydobycie w PGG spadło o ponad 19%. W ostatecznym rozrachunku, wszystkie spółki węglowe w ciągu dekady zmniejszą wydobycie o niecałe 30 procent otrzymując wsparcie z budżetu państwa w wysokości ponad 31,2 miliardów złotych.
– Ustawa wsparcia górnictwa to kolejny pomysł rządu na utrzymanie bankrutujących spółek węglowych na koszt podatników. Ustawa nie rozwiązuje problemu jakim jest trwale nierentowne górnictwo i konieczność szybkiego odejścia od węgla. Jednocześnie trudno jest sobie wyobrazić, aby Komisja Europejska przymknęła oko na tak ogromną pomoc publiczną która nie przyspiesza procesu odchodzenia od węgla w Polsce. To nieodpowiedzialne działanie ze strony obozu rządzącego może skończyć się koniecznością zwrotu wraz z odsetkami otrzymanych pieniędzy i gwałtownej restrukturyzacji w kolejnych latach. Zamiast rzetelnie zaplanowanej sprawiedliwej transformacji mamy kolejną rundę dolewania wody do dziurawego wiadra – komentuje Anna Meres.
Źródło: Greenpeace Polska
Wyniki najnowszych badań konsumenckich wykonanych przez renomowaną firmę SWReseach w grudniu 2021 r. potwierdzają, że polscy konsumenci widzą potrzebę włączenia puszek po napojach do przyszłego systemu depozytowo-kaucyjnego.
– 60% konsumentów jest za objęciem puszek systemem depozytowo-kaucyjnym (włączenie do systemu oznaczałoby pobieranie za to opakowanie kwoty depozytu i jej oddawanie przy zwrocie pustego opakowania).
– 94% respondentów badania deklaruje gotowość do zwrotu puszek po napojach do sklepów i odbioru pobranego przy zakupie napoju depozytu.
– 77% konsumentów uważa, że objęcie puszki systemem depozytowo-kaucyjnym przyczyni się do zmniejszenia zanieczyszczenia środowiska.
Zarówno Polska Federacja Producentów Żywności Związek Pracodawców i Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie reprezentujące firmy wprowadzające napoje na rynek, jak i Polskie Stowarzyszenie Zero Waste działające na rzecz zmiany wzorców produkcji i konsumpcji w kierunku gospodarki o obiegu zamkniętym, w pełni popierają oczekiwania polskich konsumentów odnośnie objęcia przez system depozytowo-kaucyjnym puszek po napojach. Jest to najefektywniejszy i najpewniejszy sposób na zapewnienie obiegu zamkniętego tego materiału opakowaniowego i jednocześnie odpowiada na potrzeby polskich konsumentów.
Puszka po napojach (w tym po piwie) stanowi ok. 1/3 opakowań napojowych na rynku i brak tego typu opakowania znacząco osłabiłoby polski system depozytowo-kaucyjny.
– Znacznie lepiej jest korzystać z doświadczeń europejskich. Dotychczas 24 kraje wprowadziły lub planują wdrożyć system kaucyjny. Wszystkie 11 działających systemów kaucyjnych obejmuje metalowe puszki. 7 pozostałych państw, które już mają szczegółowe dane na temat kształtu systemu także zdecydowały o zbieraniu puszki w ramach kaucji. Tylko takie podejście gwarantuje redukcję zaśmiecania, maksymalizację poziomów zbiorki i czystość surowca. Wzrost Ilości zebranych puszek spowoduje wykładniczy wzrost produkcji tego typu opakowań na bazie recyklatu, co ma kapitalne znaczenie dla rozwoju GOZ oraz redukcji emisji CO2. Nie ma najmniejszego powodu, by nie stało się tak w Polsce – twierdzi Filip Piotrowski z Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste.
Zarówno obecne, jak i przyszłe obowiązkowe poziomy zbiórki i recyklingu wymagają efektywnego ekonomicznie i środowiskowo systemu. Nie może on, tak jak ma to miejsce dzisiaj opierać się wyłącznie na przypadkowych osobach, dorywczo zbierających tego typu odpady, do czego motywuje je wysoka obecnie cena zebranego surowca. Należy zbudować system, który będzie odporny na wahania cen lub działanie innych czynników społeczno-gospodarczych, które mogą wpłynąć na osiągane poziomy zbiórki tych opakowań, a co za tym idzie na poziom ich recyklingu. Jeśli np. cena aluminium spadnie, nie będzie zachęty do zbierania surowca. Obecnie stosowany sposób zbiórki nie ma również żadnego potencjału do zwiększenia jego efektywności, co w perspektywie zwiększających się systematycznie wymagań dotyczących poziomów recyklingu metali, negatywnie wpłynie na możliwość realizacji tych zobowiązań przez firmy wprowadzające tego typu produkty na rynek. W konsekwencji będą ponosić wysokie kary.
Uwzględnienie w systemie depozytowo-kaucyjnym tego typu opakowań systemowo rozwiązuje wymienione powyżej negatywne środowiskowo i gospodarczo problemy, z następujących powodów:
– uniezależnienie poziomu zbiórki, a co za tym idzie recyklingu, od ceny surowca na wolnym rynku,
– system depozytowy-kaucyjny jest najszybszym sposobem podniesienia poziomów zbiórki i recyklingu,
– odpowiedzialność za zebranie i recykling puszek zostanie wyraźnie przypisana do producentów napojów i stworzonego przez nich kompleksowego systemu depozytowo-kaucyjnego, który będzie działał pod ścisłą kontrolą organów państwowych,
– puszki jako odpad opakowaniowy nabędą wartość nie tylko dla niezależnych zbieraczy i punktów skupu surowców wtórnych, których funkcjonowanie zależy wyłącznie od ceny surowca, ale dla wszystkich konsumentów. Za każdym razem, gdy konsument zakupi napój w puszce będzie miał zachętę w postaci depozytu do zwrócenia puszki do jednego skoordynowanego i w pełni rozliczalnego systemu zbierającego opakowania. W ten sposób recyklerzy otrzymają dostęp do wysokiej jakości surowca
– włączenie puszki do systemu depozytowo-kaucyjnego oznacza niewspółmierne do obecnego zwiększenie dostępności punktów zwrotu tego rodzaju opakowania – będzie można je oddać praktycznie w każdej placówce handlowej, a nie tylko w funkcjonujących często na uboczu punktach skupu surowców wtórnych,
– włączenie puszek po napojach do systemu depozytowo-kaucyjnego zapewni również realizację zapisanej w dyrektywie unijnej oraz w obowiązującej od stycznia br. nowelizacji ustawy o odpadach, zasady kosztu netto poprzez rozliczenie co do sztuki zebranych opakowań i przypisanie ich do konkretnej firmy wprowadzającej. Obecnie funkcjonujące rozwiązanie nie daje takiej możliwości.
– System depozytowo-kaucyjny zapewni stałą i pewną zbiórkę puszek po napojach i piwie na bardzo wysokim, około 90% poziomie, czyli wyższym o ok. 10 punktów procentowych od obecnie osiąganych rezultatów. Przekłada się to na ok. 400 milionów puszek rocznie więcej zebranych i poddanych recyklingowi niż ma to miejsce dziś. Jednocześnie puszka z opłatą depozytową będzie instrumentem, który pomoże małym sklepom w utrzymaniu lojalności konsumentów – uważa Andrzej Gantner, wiceprezes Polskiej Federacji Producentów Żywności Związku Pracodawców.
– Objęcie systemem depozytowo-kaucyjnym puszek po napojach zapewni stały, zrównoważony strumień tego surowca dla hut metali, co stanowi podstawę do podejmowania przez nie decyzji inwestycyjnych dotyczących zwiększenia potencjału produkcyjnego. Dodatkowo będą one miały zapewniony popyt na zrecyklowany surowiec, choćby ze względu na wewnętrzne cele producentów napojów i piwa w zakresie zrównoważonego rozwoju – stwierdza Bartłomiej Morzycki dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.
Uwzględnienie puszek po napojach w systemie kaucyjno-depozytowym będzie więc istotnym impulsem dla rozwoju polskiej gospodarki, a jednocześnie pozwoli zmniejszyć ślad węglowy w całym łańcuchu wartości kategorii napojowej. Pozwoli na wypełnienie przez firmy wprowadzające napoje w puszkach obowiązków wynikających z dyrektywy unijnej oraz przyczyni się do wzmocnienia gospodarki obiegu zamkniętego.
Źródło: Polskie Stowarzyszenie Zero Waste
Zwolennicy energii jądrowej oskarżają sceptyków wobec tej energii o dogmatyczne, ideologiczne podejście (o to oskarżane są partie Zielonych oraz Greenpeace i inne organizacje ekologiczne) lub o ignorancję i brak wiedzy (tak tłumaczy się antyatomowe opinie w sondażach). Pojawiają się m.in. ataki na belgijskich Zielonych za to, że wchodząc do koalicji rządowej jakoby wymusili, ze szkodą dla klimatu, zamknięcie wszystkich reaktorów jądrowych w 2025 roku, zastępując zlikwidowane moce elektrowniami gazowymi. Poprosiliśmy walońską partię Zielonych Ecolo, stanowiącą wraz z flamandzką partią Groen Zieloną siłę w nowym rządzie, o ustosunkowanie się do tych zarzutów. Publikujemy tłumaczenie broszury, którą w imieniu Ecolo napisał na naszą prośbę Samuel Cogolati, deputowany w federalnym parlamencie Belgii.
Debata na temat wycofania się z energii jądrowej jest obecnie bardzo gorąca. Wydaje się zatem celowe ustalenie pewnych faktów i wyjaśnienie projektu transformacji energetycznej Zielonych, aby energia w Belgii stała się w 100% zielona i odnawialna do 2050 roku.
Przedstawię to w 10 pytaniach-odpowiedziach:
1. Na czym polega debata?
2. Tak, no to w takim razie o czym mówimy?
3. Tak, ale to bardzo zwiększy nasze emisje CO2?
4. Tak, ale jedno nie wyklucza drugiego?
5. Tak, ale uzależnimy się od importu z zagranicy?
6. Tak, ale to rozsadzi nasze rachunki za elektryczność?
7. Tak, ale koszt gazu szybuje w górę na poziomie europejskim?
8. Tak, ale wraz z rozwojem elektro-mobilności będziemy potrzebować energii jądrowej?
9. Tak, ale to będzie katastrofa społeczna w elektrowniach Tihange i Doel?
10. Tak, ale to naprawdę zadziała?
1. Na czym polega debata?
Jesteśmy świadkami w Belgii gorących debat „za czy przeciw energii jądrowej?” podczas gdy co najmniej 5 z 7 reaktorów jądrowych i tak zostanie zamkniętych do 2025 roku… ponieważ po prostu po 50 latach pracy osiągnęły kres swojego życia. Wszystkie francuskojęzyczne partie polityczne (także partia MR Charlesa Michela) potwierdziły całkowite odejście od atomu do 2025 roku, gdy były u władzy (nawet w ich 17-letnim okresie władzy bez Zielonych) i ponownie w obecnym porozumieniu koalicyjnym.
Przypomnę co Marie-Christine Marghem z MR powiedziała 2 lata temu, kiedy była ministrą energii¹:
„Czas mija, a obecne elektrownie nie są wieczne. Powrócić do debaty na temat przedłużenia wykorzystania energii jądrowej oznacza również rozpoczęcie debaty na temat budowy
nowej elektrowni jądrowej w naszym kraju. A doświadczenia z Finlandii i Francji pokazują, że koszty tych nowych elektrowni jądrowych są znacznie wyższe niż w przypadku elektrowni opalanych gazem”,
Nawet operator, Engie Electrabel, całkowicie odwrócił się od energetyki jądrowej, przygotowuje się do demontażu reaktorów i chce dziś inwestować w transformację i energię odnawialną. Nikt poważny w Belgii nie proponuje budowy nowych elektrowni jądrowych w Belgii.
2. Tak, no to w takim razie o czym mówimy?
Jedyną kwestią, która teoretycznie pozostaje otwarta, jest przedłużenie życia (o 10 do 20 lat) dwóm najmniej starym reaktorom, Tihange 3 i Doel 4, jeżeli okazałoby się, że rozwiązania alternatywne są niewystarczające do ich zastąpienia. Te dwa reaktory reprezentują, według operatora sieci Elia (który przewiduje przestoje), pojemność tylko 1GW. Stanowi to od 2 do 4% całkowitego zużycia energii w Belgii (15 TWh z 462 TWh) w perspektywie krótkoterminowej. Krótko mówiąc, najwyraźniej nie jest to magiczna różdżka, która, jak chcielibyśmy wierzyć, rozwiąże kryzys klimatyczny (ponieważ nadal musimy zdekarbonizować pozostałe 96-98% przemysłu petrochemicznego, rolnictwa z intensywną hodowlą zwierząt, transportu, budynków itp.).
We wszystkich scenariuszach, niezależnie od tego, czy te dwa reaktory pozostaną, czy nie,
opóźnienie w rozwoju energii odnawialnej nagromadzone w ciągu ostatnich 20 lat jest tak duże,
że potrzebne będą nowe elektrownie gazowe, aby zagwarantować nam bezpieczeństwo dostaw w nadchodzących kilku latach.
3. Tak, ale to bardzo zwiększy nasze emisje CO2?
Walka ze zmianami klimatu jest wpisana w polityczne DNA Zielonych. We wszystkich porozumieniach rządowych uwzględnialiśmy cel neutralności węglowej do 2050 roku. Plany klimatyczne Belgii już od 20 lat biorą pod uwagę wycofanie się z energii jądrowej w 2025 roku. Dlatego postanowiliśmy ograniczyć elektrownie gazowe do ścisłego minimum niezbędnego w 2025 r. (z uwzględnieniem zwiększonego udziału baterii, magazynów i zarządzania popytem), tj. 2 do 3 elektrowni gazowych najnowszej generacji (łącznie 2,3 GW), a nie 9 jak przewidziano w ostatnim programie partii MR, na str. 112 :
Wspieranie budowy 9 elektrowni gazowych w celu przygotowania się do odejścia od energii jądrowej w 2025 r.: w celu rozwiązania problemu nieciągłości energii odnawialnych, MR zamierza zapewnić wdrożenie elastycznego mechanizmu zarządzania i magazynowania na żądanie. Mechanizm ten będzie neutralny pod względem technologicznym i jest niezbędny do budowy nowych elastycznych elektrowni gazowych. Ze względu na priorytetowe traktowanie energii odnawialnej i jej nieciągłość, produkcja energii elektrycznej w elektrowniach cieplnych nie zawsze jest zapewniona, co obniża ich rentowność;
Jednym słowem, ograniczamy zapowiedziane szkody…
Prawdą jest, że te 2 do 3 elektrowni gazowych będzie emitować gazy cieplarniane, ale emisje te są kompensowane, ponieważ są rozliczane we wspólnej ograniczonej puli na poziomie europejskim (ETS). Ich wpływ na klimat na poziomie europejskim będzie zatem ograniczony, ponieważ najnowocześniejsze elektrownie w Belgii wypchną ze wspólnego rynku starsze elektrownie węglowe (mniej opłacalne, bo bardziej zanieczyszczające środowisko) w innych częściach Europy.
Wreszcie, minister Tinne Van der Straeten zażądała, aby przyszłe elektrownie gazowe uległy dekarbonizacji w 2027 r. Jak można to zrobić? Przestawiając je na zasilanie zielonym wodorem
(w Manage do 2035 roku), biometanem, a nawet systemem pirolizy (w firmie Luminus w Seraing).
Przejdźmy teraz do danych dotyczących emisji CO2. Engie Electrabel, operator elektrowni Doel i
Tihange, zlecili w zeszłym roku badanie centrum międzyuniwersyteckiemu EnergyVille w celu obliczenia emisji CO2 w różnych scenariuszach przedłużenia lub nie okresu funkcjonowania energii jądrowej. Co wykazały badania?
– Jeśli 2 reaktory jądrowe zostaną przedłużone o 10 lat, emisja CO2 w sektorze energetycznym spadnie w Belgii o 3,2 mln ton w 2030 r.
– Jeśli wszystkie reaktory jądrowe zostaną wyłączone (bez przedłużenia), ale będziemy masowo inwestować w energię odnawialną (66% lub 48,7 TWh całkowitej produkcji energii elektrycznej), co jest naszym planem, emisja CO2 w sektorze energetycznym spadnie nie o 3,2, ale o 6,3 mln ton w 2030 roku.
Dobrze Państwo przeczytali: w scenariuszu całkowitego wycofania się z energetyki jądrowej, nasze emisje mogą zostać zredukowane w większym stopniu do 2030 r. niż w scenariuszu przedłużenia funkcjonowania energetyki jądrowej, w którym przedłużone jest życie dwóch reaktorów! Badanie zlecone przez Engie Electrabel mówi o tym czarno na białym.
Wniosek jest taki, że jeśli naprawdę poważnie podchodzimy do walki ze zmianami klimatu, w naszym interesie jest wycofanie się z energii jądrowej i masowe inwestowanie w energię odnawialną.
4. Tak, ale jedno nie wyklucza drugiego?
W przeciwieństwie do reaktorów jądrowych, elektrownie gazowe są skalowalne i elastyczne. Innymi słowy, można włączać i wyłączać turbinę gazową, aby dać maksymalny priorytet wiatrowi i fotowoltaice, gdy jest wiatr i słońce. Dlatego właśnie mówimy o „buforowej” roli gazu w transformacji: gdy energii odnawialnych jest pod dostatkiem, wyłącza się gaz. Podczas gdy dziś, jak pokazują ostatnie wydarzenia, wyłącza się turbiny wiatrowe off-shore, aby umożliwić działanie energii jądrowej: to jest świat postawiony na głowie i tego chcemy uniknąć.
Nie jest zatem zaskakujące, że dane liczbowe pokazują, iż przedłużenie życia 2 reaktorom jądrowym po 2025 r. spowolniłoby inwestycje w energię odnawialną w Belgii. Jest to wielka wada rozbudowy energetyki jądrowej. Biuro Planowania oszacowało straty sektora energii wiatrowej i fotowoltaicznej na 100 mln euro w przypadku przedłużenia EJ. Nie chcemy już dłużej hamować rozwoju energetyki odnawialnej w naszym kraju. Ponieważ najbardziej ekologiczną, najobfitszą i najtańszą energią (poza tą, której nie zużywamy) jest słońce i wiatr. Dla porównania, podczas gdy lądowa energetyka wiatrowa kosztuje 50 €/MWh, ta z jądrowego reaktora EPR kosztuje dziś 120 €/MWh. Odpowiedź jest jasna.
Celem, który mobilizuje wszystkie nasze siły, jest zatem zbudowanie w 100% odnawialnej i zeroemisyjnej Belgii do 2050 roku. Jos Delbeke, były dyrektor generalny ds. klimatu w Komisji Europejskiej, tak się wypowiedział w tej sprawie dla VRT²:
„Polityka energetyczna naszego kraju nigdy nie była tak spójna jak obecnie, musimy przyspieszyć transformację energetyczną”.
A więc tak, musimy znacznie przyspieszyć zwrot w energetyce, przestawić się na inną energię, zastąpić
energię jądrową i gazową w 100% ekologiczną i przystępną cenowo energią odnawialną.
5. Tak, ale uzależnimy się od importu z zagranicy?
Nie, przedłużenie dwóch reaktorów nie będzie miało prawie żadnego wpływu na import energii elektrycznej. Ponownie, zgodnie z EnergyVille :
– z dwoma reaktorami wciąż importowali byśmy 7 do 9% elektryczności;
– bez atomu, 10%.
Jak na ironię, największa zależność od zagranicy, jakiej doświadczyliśmy w Belgii wystąpiła w 2018 r. z powodu reaktorów jądrowych, które tak często i nagle były niedostępne… W 2018 roku musieliśmy importować z zagranicy aż 33% (we wrześniu) naszej energii elektrycznej! To właśnie inwestowanie w alternatywne źródła energii w Belgii, oznacza inwestowanie w nasze bezpieczeństwo dostaw.
6. Tak, ale to rozsadzi nasze rachunki za elektryczność?
To prawda, że nic nie jest za darmo. Z jednej strony, tak, elektrownie gazowe będą kosztować państwo belgijskie ok. 250 mln euro rocznie, ponieważ będziemy musieli płacić prywatnym operatorom za (właśnie) zbudowanie ich… ale używanie ich w jak najmniejszym stopniu (gdyby mogły pracować na pełnych obrotach, nie potrzebowałyby wsparcia publicznego). Ponieważ jak inwestuje w drogi czy kanalizację, państwo inwestuje w nasze bezpieczeństwo dostaw energii. Jest to taka polisa ubezpieczeniowa od blackoutu.
Jest to jednak zdecydowane zobowiązanie obecnego rządu: rodziny nie zauważą żadnej różnicy w ich rachunkach za energię elektryczną. Koszt ten nie będzie zatem wliczony do rachunków za energię elektryczną, lecz kompensowany w budżecie rządu federalnego (co jest sprawiedliwsze dla mniej zamożnych rodzin). Co 6 miesięcy rząd będzie monitorował koszty energii elektrycznej.
Z drugiej strony, nie jest prawdą, że przedłużenie funkcjonowania dwóch reaktorów byłoby całkowicie bezkosztowe i spadłoby z nieba, „bo reaktory już tam są”. Nie, dostosowanie dwóch reaktorów Tihange 3 i Doel 4 (zbudowanych pod koniec lat 60.) do norm kosztowałoby operatora elektrowni jądrowej (co najmniej) 1,6 mld EUR, które zostałoby przerzucone na konsumentów. Engie Electrabel zażądałaby również ceny gwarantowanej wyprodukowanej energii elektrycznej, również na koszt konsumentów. Co dorzuciło by się do astronomicznego kosztu 40 mld euro (w perspektywie długoterminowej) na likwidację elektrowni jądrowych i gospodarki odpadami radioaktywnymi przez 300 000 lat… Pamiętając o tym, że nawet w scenariuszu, w którym przedłużone zostałoby funkcjonowanie 2 reaktorów, nadal potrzebne by były dodatkowe moce wytwórcze oparte na gazie…
Krótko mówiąc, w ostatecznym rozrachunku koszt zachowania EJ może być (znacznie) wyższy niż
odejście od niej!
Dla nas, Zielonych, odpowiedź na pytanie „gdzie zainwestować miliard” nie budzi wątpliwości: nie w infrastrukturę przeszłości, lecz na rzecz energii przyszłości – chroniąc jednocześnie konsumentów i przedsiębiorstwa przed dodatkowymi kosztami.
7. Tak, ale koszt gazu szybuje w górę na poziomie europejskim?
Rzeczywiście, w całej Europie, czy to we Francji, w Polsce czy we Włoszech, ceny energii elektrycznej i gazu rosną wraz z ożywieniem gospodarki światowej (ponieważ wzrasta popyt, szczególnie w Azji, podczas gdy podaż pozostaje stabilna). Ale uwaga: nie ma to nic wspólnego z wycofywaniem się Belgii z energetyki jądrowej.
Po pierwsze, wszystkie 7 reaktorów obecnie pracuje. Po drugie, 2 reaktory Tihange 3 i Doel 4 stanowią jedynie 0,2 % europejskiego rynku energii elektrycznej. To nie te dwa reaktory będą stanowić zabezpieczenie przed rosnącymi kosztami w nadchodzących latach.
Wręcz przeciwnie, jedynymi źródłami energii, których cena w ostatnich latach spada, są energia wiatrowa i słoneczna! Ponadto, energia odnawialna stała się na skalę świata 3 razy ważniejsza niż energia jądrowa. Im bardziej będzie rósł udział energii odnawialnej w naszym miksie energetycznym, tym lepiej będziemy zabezpieczeni w Belgii przed wzrostem cen gazu i uranu.
8. Tak, ale wraz z rozwojem elektro-mobilności będziemy potrzebować energii jądrowej?
We wszystkich scenariuszach na przyszłość, operator sieci Elia oblicza, że belgijska produkcja będzie w stanie wyprodukować dodatkową ilość energii elektrycznej zużywanej przez pojazdy elektryczne (lub pompy ciepła), bez udziału energii jądrowej.
Jest to jeden z czynników zewnętrznych przewidywanych na okres po 2025 roku. Ponadto przejście z energii cieplnej na elektryczną nie nastąpi z dnia na dzień. Celem nie jest zastąpienie każdego samochodu spalinowego samochodem elektrycznym. Elia przewiduje 1,5 mln pojazdów elektrycznych do 2030 r. (w porównaniu do 6 mln pojazdów spalinowych dziś).
W rzeczywistości problemem jest nie tyle dodatkowa możliwość produkcji, co raczej wymagana moc szczytowa, jeśli wszyscy zdecydują się na ładowanie w tym samym czasie. I tu właśnie elektryfikacja floty samochodowej stanowi szansę dla transformacji energetycznej! W istocie, samochody elektryczne mogą dostosować się do możliwości sieci, godzin szczytu i poza szczytem, a zwłaszcza warunków pogodowych sprzyjających produkcji energii ze źródeł odnawialnych. Na przykład, jeśli wracam do domu o 18:00 i wiem, że nie będę potrzebował mojego auta aż do 7:00 rano następnego dnia, dlaczego miałbym ładować baterię auta tuż po przyjeździe do domu, w czasie największego zużycia (telewizja, światła elektryczne, lampy, ogrzewanie, itp.). Mogę podłączyć i zaprogramować ładowanie między 2 a 5 rano („inteligentne ładowanie”). Innymi słowy, samochody elektryczne zwiększą elastyczność sieci elektrycznej, co jest korzystne dla odnawialnych źródeł energii.
9. Tak, ale to będzie katastrofa społeczna w elektrowniach Tihange i Doel?
Po pierwsze, belgijskie porozumienie stabilizacyjne z 1962 r. zabrania jakichkolwiek masowych zwolnień w Tihange i Doel. Po drugie, Engie Electrabel szacuje, że będzie potrzebować od 1200 do 1400 pracowników do pracy nad demontażem tych dwóch elektrowni jądrowych, co zajmie co najmniej 20 lat. Likwidacja (natychmiastowa, a więc nie odroczona w czasie) nie stanowi obciążenia, lecz stanowi okazję do stworzenia w Belgii centrum wiedzy specjalistycznej, która będzie eksportowana za granicę (w najbliższych latach w Europie trzeba będzie zdemontować dziesiątki starych reaktorów jądrowych). Setki miejsc pracy będą również potrzebne do zarządzania odpadami radioaktywnymi.
Budowa elektrowni gazowej nowej generacji wymaga, według oszacowań Biura Planowania, 1 900 bezpośrednich i pośrednich miejsc pracy (a potrzebne będą 2 do 3). Wreszcie, energia odnawialna wymaga do 6 razy więcej miejsc pracy niż energetyka jądrowa.
Według Biura Planowania, podczas gdy energia jądrowa wymaga 0,14 miejsc pracy do wyprodukowania jednej GWh energii elektrycznej, energia wiatrowa wymaga 0,17, a fotowoltaika 0,87 na każdą wyprodukowaną GWh.
10. Tak, ale to naprawdę zadziała?
Wszystkie raporty Biura Planowania , Elii (operatora sieci) i EnergyVille (największego międzyuniwersyteckiego centrum badań nad energią w Belgii) dowodzą A+B, że wycofanie się z energetyki jądrowej jest możliwe bez większego wpływu na rachunki lub klimat. Jak powiedział Chris Peeters, dyrektor generalny firmy Elia, dziennikowi De Tijd, „nie, światła nie zgasną w 2025 roku”. W Niemczech, wiodącej europejskiej potędze gospodarczej, terminem „Energiewende” (dosłownie „zwrot energetyczny”) określa się „przejście z energii jądrowej i paliw kopalnych na dostawy energii, które są niskoemisyjne, przyjazne dla środowiska, niezawodne i przystępne cenowo”. Proces ten trwa już od ponad 10 lat. I dziś żadna partia demokratyczna nie kwestionuje wycofania się z energii jądrowej.
Mieszkając obok Tihange, rozumiem 100 razy obawy związane z taką rewolucją przemysłową. Ale w Belgii straciliśmy już zbyt wiele czasu na bezużyteczne gadki (polityczne) o przedłużeniu funkcjonowania reaktora jądrowego (który ma już ponad 40 lat i i tak będzie musiał zostać zamknięty za 10-20 lat…). Inwestorzy są gotowi! Ale, jak powiedział Seneka :
„Nie ma korzystnego wiatru dla tych, którzy nie wiedzą gdzie jest ich port”.
Pragmatyzm zmienił stronę. Ponowne wywrócenie harmonogramu spowodowałoby jedynie większą niepewność i stanowiłoby przeszkodę dla rozwoju energii odnawialnej. Tak więc, im szybciej
będziemy mieli długoterminowe ramy prawne, tym szybciej będziemy mogli przejść na 100% zielonej i przystępnej cenowo energii dla naszego kraju.
Przypisy:
1. Źródło : L’Echo, www.lecho.be/entreprises/energie/marghem-prolonger-le-nucleaire-c-est-parler-de-nouveaux-reacteurs-dans-ce-pays/10100331.html
2. Vlaamse Radio- en Televisieomroeporganisatie – belgijski publiczny nadawca radiowo-telewizyjny, produkujący programy w języku niderlandzkim – przypis tłumaczki na j. polski.
3. We Francji Izba Obrachunkowa wskazuje, że modernizacja po Fukushimie wynosi 1,7 mld euro na reaktor:
www.lemonde.fr/economie/article/2016/02/10/centrales-nucleaires-des-couts-de-maintenance-estimes-a-100-milliards-d-euros_4862575_3234.html
Tłumaczyła Ewa Sufin-Jacquemart
Fot. GuenterHH
Przez ponad trzy dekady „świat słuchał, ale nie słyszał. Świat słuchał, ale nie działał wystarczająco mocno” – powiedziała Inger Andersen, szefowa Programu Narodów Zjednoczonych ds. Ochrony Środowiska, podczas konferencji prasowej w związku z ukazaniem się pierwszej części 6. Raportu IPCC (Międzyrządowego Zespołu ds. Zmiany Klimatu).
Wyniki sondaży wskazują, że większość ludzi jest świadoma tego, że klimat się zmienia i postrzega to jako poważny problem. Trudność tkwi w tym, że społeczeństwo ma świadomość problemu, ale niekoniecznie wiedzę na temat rzeczywistych rozmiarów zagrożenia oraz koniecznych działań. Świat nie dosłyszał w pełni ostrzeżeń naukowców częściowo dlatego, że nie chciał (z powodu różnych uwarunkowań poznawczych, psychologicznych, światopoglądowych i społeczno-ekonomicznych), ale również dlatego, że głos naukowców był umiejętnie i skutecznie zagłuszany przez wszechobecną dezinformację.
Machina denialistyczna
Prawdopodobnie świat byłby dzisiaj w bardziej korzystnym punkcie na drodze do uniknięcia katastrofy klimatycznej, gdyby nie potężny wpływ machiny denialistycznej (denial machine). Tak określany jest zorganizowany system działań (np. lobbing, rozprzestrzenianie dezinformacji), mających na celu blokowanie lub choćby spowolnienie wprowadzania polityk związanych z redukcją emisji gazów cieplarnianych, zwłaszcza tych, które wiążą się z odchodzeniem od paliw kopalnych.
W niedawnym wywiadzie dla Gazety Wyborczej Linda Mearns, klimatolożka i współautorka nowego raportu IPCC, wspomniała, że już raport IPCC z 1995 r. (w którym wskazywano już na możliwy wpływ działalności człowieka na zmianę klimatu) spotkał się „z mocnym oporem środowisk związanych z eksploatacją paliw kopalnych (…), a klimatolodzy zaczęli dostawać nieprzyjemne listy”. W marcu 2019 brytyjski think tank InfluenceMap opublikował wyniki analiz wskazujące, że w ciągu trzech lat od przyjęcia Porozumienia Paryskiego w 2015 r., pięć największych na świecie notowanych na giełdzie spółek naftowych i gazowych zainwestowało ponad 1 miliard dolarów w różnego rodzaju działania mające na celu utrzymanie społecznego i prawnego poparcia dla produkcji i wykorzystania paliw kopalnych. Około 200 mln dolarów rocznie przeznaczano na lobbing na rzecz blokowania, a przynajmniej odroczenia polityk ograniczających emisję gazów cieplarnianych ze spalania paliw kopalnych. Duża część środków była też przeznaczana na szerzenie dezinformacji w mediach społecznościowych.
Różne odsłony denializmu klimatycznego
Riley E. Dunlap twierdzi, że machina denalistyczna odegrała kluczową rolę w generowaniu sceptycyzmu wobec zmiany klimatu wśród laików i decydentów. Odzwierciedleniem tego wpływu jest denializm klimatyczny. Denializm klimatyczny rozumiany jest zwykle jako zaprzeczanie zmianie klimatu, ewentualnie zaprzeczanie antropogenicznej zmianie klimatu (zaprzeczanie lub wątpienie, że przyczyną zmiany klimatu jest działalność człowieka). W rzeczywistości jednak istotą denializmu klimatycznego jest nie tyle zaprzeczanie zmianie klimatu, co zaprzeczanie konieczności działania na rzecz klimatu. Za wszystkimi przejawami denializmu klimatycznego kryje się negowanie konieczności podejmowania działań na rzecz przeciwdziałania zmianie klimatu (lub przynajmniej chęć ich spowolnienia), zwłaszcza tych działań i polityk klimatycznych, które są związane z redukcją emisji gazów cieplarnianych i transformacjami w kierunku zrównoważonego rozwoju.
Język denializmu klimatycznego zmienia się stosownie do poziomu debaty publicznej i gromadzenia coraz silniejszych dowodów naukowych na rzecz zmiany klimatu, jej antropogenicznych przyczyn i nieuniknioności tragicznych skutków w przypadku braku działania. To dostosowywanie jest konieczne, aby utrzymywać wiarygodność argumentacji, która jest jednym z podstawowych warunków jej skuteczności w blokowaniu działań na rzecz klimatu. Na przestrzeni lat denializm klimatyczny przyjmował więc różne formy, zaczynając od bezpośredniego zaprzeczania zmianie klimatu (dziś już niewielki odsetek respondentów zaprzecza zmianie klimatu), poprzez zaprzeczanie antropogenicznym przyczynom zmiany klimatu (coraz mniej powszechne, ale nadal obecne), a następnie zaprzeczanie negatywnym skutkom zmiany klimatu i ich nieuchronności, do coraz bardziej wyrafinowanych form obserwowanych obecnie. Wsparciem dla argumentów denialistycznych jest podważanie konsensusu naukowego, poddawanie w wątpliwość dowodów naukowych lub podważanie wiarygodności ekologów i aktywistów.
Odraczanie polityk klimatycznych
Obecnie, gdy już trudno – bez utraty wiarygodności – zaprzeczyć zarówno antropogenicznej zmianie klimatu, jak i konieczności działania na rzecz powstrzymania katastrofy klimatycznej, argumentacja denialistyczna jest ukierunkowana bardziej na opóźnianie wprowadzenia polityk klimatycznych niż ich otwarte blokowanie.
Raport Climate Change and Digital Advertising, opublikowany w sierpniu bieżącego roku przez InfluenceMap, wskazuje, że przemysł paliw kopalnych odchodzi od zaprzeczania kryzysowi klimatycznemu. Obecnie celem jest odraczanie polityk ograniczających popyt na energię z paliw kopalnych lub zmniejszających ich podaż. W centrum taktyk dezinformacji (do których wykorzystywane są media społecznościowe) jest między innymi promocja ropy i gazu jako części rozwiązania (np. poprzez wiązanie wykorzystania paliw kopalnych z utrzymaniem wysokiej jakości życia), promowanie paliw kopalnych jako „zielonych” i tworzenie „zielonego” wizerunku spółek z branży paliw kopalnych, np. poprzez nagłaśniane różnych dobrowolnych działań na rzecz klimatu, inicjowanych przez przemysł paliw kopalnych. Charakterystyczne dla tego rodzaju kampanii jest podkreślanie ważności działań indywidualnych i spychanie odpowiedzialności na jednostki.
Denializm w nowej odsłonie jest coraz trudniejszy do rozpoznania. Podstawowym kryterium rozpoznania argumentacji denialistycznej jest nadal dążenie do wstrzymania natychmiastowego wprowadzania polityk klimatycznych. Inne są jednak argumenty. Ich podstawą są współczesne dyskusje na temat tego, jakie działania i jak szybko należy podjąć, kto ponosi odpowiedzialność oraz gdzie należy alokować koszty i korzyści. Znaczna część twierdzeń charakterystycznych dla obecnego dyskursu denialistycznego może brzmieć przekonująco, dzięki pozorom ich racjonalności i pragmatyczności. Również dlatego, że twierdzenia te często opierają się na uzasadnionych obawach i wątpliwościach, które są obecne w dyskusjach dotyczących strategii wprowadzania polityk klimatycznych.
Denialistyczne tło tych argumentów można jednak dostrzec, gdy pod pozorem racjonalnych argumentów raczej wprowadzają w błąd, niż wyjaśniają, gdy mnożą trudności i wprowadzają chaos zamiast porządkować i prowadzić do konsensusu, gdy sugerują, że podjęcie działania jest niemożliwym wyzwaniem. Ostatecznie, prowadzą albo do życzeniowego myślenia i nadmiernego optymizmu bez empirycznego uzasadnienia, albo odwrotnie – do poczucia sytuacji bez wyjścia z niezliczoną liczbą trudności niemożliwych do pokonania, co tworzy poczucie bezsensowności działań („nie jesteśmy już w stanie tego zatrzymać”, „i tak jest już za późno”). W jednym i drugim przypadku argumenty te uzasadniają odroczenie działania.
William F. Lamb wraz z współpracownikami dokonali niedawno systematyzacji nowych taktyk denialistycznych w artykule Discourses of climate delay. Jako przykładowe przejawy denialistycznych taktyk odraczających działania na rzecz klimatu wymieniają między innymi optymizm technologiczny promujący różne mity technologiczne bez empirycznego uzasadniania (które mają uzasadniać, że drastyczne polityki klimatyczne nie są konieczne, ponieważ wkrótce będą dostępne inne możliwości), albo odwoływanie się do sprawiedliwości społecznej (wyolbrzymianie i straszenie kosztami bieżącymi, przy przemilczaniu ogromnych kosztów odroczonych w przypadku braku działania). Innym przejawem argumentacji prowadzącej do odraczania działań jest przesuwanie odpowiedzialności (np. „niech najpierw zrobią co trzeba ci, którzy najwięcej emitują”, „nasze emisje są małe i nie mają żadnego znaczenia”, „wprowadzenie polityk nas osłabi, a UE na tym skorzysta”).
Jedną ze szczególnie nieracjonalnych taktyk, która opiera się na pozorach pragmatyczności, jest argumentowanie, że przeciwdziałanie nie ma już sensu (bo „katastrofy klimatycznej nie da się już zatrzymać”), i w związku z tym jedyną racjonalną taktyką jest teraz skupienie się wyłącznie na adaptacji do zmiany klimatu („zamiast tracić czas na to, co niemożliwe, skupmy się na adaptacji do zmian”). Oczywiście, adaptacja do zmian jest niezbędna, bo świat już się zmienił i z każdym rokiem zmiany te będą coraz bardziej drastyczne. Rzecz jednak w tym, że adaptacja do zmiany klimatu w najgorszym scenariuszu, czyli takim, w którym ludzkość zaniecha działań (i w konsekwencji zostanie przekroczony zakładany próg względnego bezpieczeństwa), będzie oznaczała konieczność przyzwyczajenia się do życia w cierpieniu, do globalnych konfliktów i przemocy, do koszmarnego świata, którego nawet nie potrafimy sobie teraz wyobrazić (co skądinąd ułatwia tego rodzaju przejawy denializmu). Taktyka ta pokazuje wyraziście nieracjonalność a zarazem szkodliwość taktyk denialistycznych.
Dlaczego demaskowanie denializmu klimatycznego jest ważne?
Zgodnie z najnowszym 6. Raportem IPCC nasze przetrwanie na Ziemi i jakość życia zależą od tego, czy zostaną podjęte natychmiast konieczne działania na rzecz zatrzymania katastrofy klimatycznej. Denializm klimatyczny uderza w tę najbardziej naglącą potrzebę współczesnego świata – konieczność podjęcia natychmiastowych działań, aby powstrzymać katastrofę ekologiczną. Przyczynia się do tego, że z każdym rokiem i z każdym zaniechanym działaniem zmniejsza się szansa, aby zrealizować możliwy jeszcze optymistyczny scenariusz uniknięcia katastrofy i zminimalizowania cierpienia. Jeśli chcemy wreszcie skutecznie działać, musimy zacząć od demaskowania tego, co zagłusza syreny alarmowe i blokuje konieczne działania.
Gwałtowny rozwój miast w XXI wieku ma swoje źródła w rozwoju gospodarczym i społecznym. Niestety prowadzi to do dewastacji środowiska naturalnego, pogorszenia zdrowia i jakości życia ich mieszkańców oraz generuje olbrzymie emisje gazów cieplarnianych. Rozwiązaniem są zrównoważone miasta, które należy projektować w taki sposób, aby potrzeby mieszkańców były zaspokajane bez umniejszania szans przyszłych mieszkańców na ich zaspokojenie.
1. Efektywność Energetyczna – Zeroemisyjne budynki
Redukcja zapotrzebowania budynków na energię nawet do 1/5 jest możliwa poprzez poprawę izolacyjności ścian, dachów oraz stropów nad nieogrzewanymi piwnicami, wprowadzenie wentylacji z wysokosprawnym odzyskiem ciepła oraz wodooszczędnej armatury. Działania te, w połączeniu z rozbudową OZE zintegrowanych z budynkami (pompy ciepła, fotowoltaika, magazyny ciepła, chłodu i akumulatory pełniące role UPS-u) mogą prawie do zera ograniczyć emisję CO2 związaną z utrzymaniem komfortu cieplnego w pomieszczeniach. Wszystkie nowo powstające budynki mogą być plusenergetyczne i efektywne ekonomicznie przy dostępnych obecnie technologiach.
Zeroemisyjność budynków obejmuje cały cykl ich życia. Dotyczy zatem faz:
– budowy, w tym wytworzenia materiałów budowlanych i instalacyjnych,
– eksploatacji, w tym wszystkich materiałów eksploatacyjnych i energii oraz
– dekompozycji budynku, w tym zagospodarowania wszystkich materiałów z jakich składa się budynek.
Kluczem do zeroemisyjności budynków są:
– wykorzystanie w maksymalnym stopniu materiałów z recyklingu w fazie budowy,
– trwałość budynku i +energetyczność w fazie eksploatacji,
– modułowość umożliwiająca ponowne wykorzystanie fragmentów budynku po fazie eksploatacji.
2. Gospodarka Obiegu Zamkniętego (GOZ)- obieg pierwiastków biogennych między rolnictwem a miastem
Żywność dostarczana do miasta i materia organiczna produkowana przez zieleń miejską zawierają pierwiastki biogenne (N, P, K, Ca, Mg i mikroelementy), w które musi być zasilana gleba. W konwencjonalnym rolnictwie przemysłowym ich źródłem są nawozy sztuczne. Odzyskanie tych pierwiastków i zawrócenie ich do gleby jest możliwe dzięki fermentacji beztlenowej osadów ściekowych i miejskich odpadów organicznych oraz separacji związków biogennych z pofermentu. Związki te mogą służyć do produkcji nawozów organicznych dla rolnictwa, a wytworzony w tym procesie biometan może stanowić dyspozycyjne źródło energii w systemach Elektrociepłowni Nowej Generacji (ENG) lub np. zasilać miejską komunikację zbiorową. ENG to kogeneracyjna instalacja energetyczna wytwarzająca energię elektryczną w momentach jej deficytu i magazynująca wytworzone ciepło. Magazyn ciepła jest rozładowywany proporcjonalnie do zapotrzebowania sieci ciepłowniczej. Technologie oczyszczania ścieków i fermentacji odpadów organicznych, które pozwolą na realizację zamknięcia obiegu biogenów są już dostępne na rynku. Są bardziej ekonomiczne niż obecny sposób oczyszczania ścieków i zagospodarowania miejskich odpadów organicznych. Elementem zamkniętego obiegu pierwiastków biogennych powinien być rozwój biotechnologii fabrycznego wytwarzania całej gamy składników pokarmowych tak by maksymalnie ograniczyć areał upraw rolnych.
GOZ obejmuje nie tylko obieg biogenów, ale także własności przedmiotów codziennego użytku, które muszą cechować się wysoką trwałością i łatwością naprawy, a po najdłuższej eksploatacji łatwością dekompozycji do poziomu surowców wtórnych. Czas życia przedmiotów codziennego użytku powinien być maksymalnie wydłużany poprzez rozwój kultury współużytkowania i wymiany, wsparte rozwojem usług serwisowych.
3. Życie w Zieleni – zielona infrastruktura budynkowa i komunikacyjna
Na dobrostan ludzi istotnie pozytywny wpływ ma kontakt z zielenią, a w szczególności możliwość osobistej uprawy kwiatów, ziół i warzyw, czyli miejskie ogrodnictwo. Podobne oddziaływanie ma naturalne otoczenie, które mogą nam zapewnić technologie domowych, wertykalnych miniogrodów, zielonych fasad i dachów w istniejących i nowobudowanych budynkach. Szczególnie ważny jest, w kontekście budowy prozdrowotnego środowiska, ruch na świeżym powietrzu w otoczeniu zieleni. Temu celowi służy budowa parków liniowych, czyli wielokilometrowych ciągów zieleni po dwóch stronach arterii pieszo-rowerowej, przy której zlokalizowane są różne usługi, np. gastronomiczne, galerie czy księgarnie. Parki łączone są wiaduktami nad arteriami komunikacyjnymi (jak przejścia dla zwierząt nad autostradami) łączącymi system parków liniowych w zieloną sieć alternatywnej komunikacji. Obecne arterie komunikacyjne powinny być przeobrażone w sieć metrobusów i ścieżek rowerowych kosztem części jezdni i zazielenione poprzez tworzenie alei drzew i pasów zieleni. Źródłem energii dla transportu miejskiego powinna być energia elektryczna z OZE pochodząca między innymi z nadwyżek OZE zintegrowanych z budynkami, a przede wszystkim z biometanu produkowanego w miejskich biogazowniach odpadów organicznych. Warunkiem koniecznym dla zielonej przebudowy miast jest zapewnienie podaży wody. Temu celowi powinny służyć systemy retencji wody z oczyszczonych ścieków i wody deszczowej.
Francuskie słowo bifurquer oznacza zmienić drogę lub tor, drogi, które się rozwidlają, rozstaje. Gdy byłam mała babcia opowiadała mi bajki, gdzie na rozstajach dróg krył się diabeł i dokuczał ludziom, którzy wybierali się dokądś, albo próbowali wrócić do domu. Ale czasami te diabelskie dowcipy nie były złe – w łowickich bajkach diabeł, a właściwie diaboł, jest raczej tricksterem niż złoczyńcą. Bywało, że dzięki zawirowaniom, które sprawiał, człowiek znajdował przygodę, która bywała interesująca, pouczająca, budująca. Często w bajce chodziło o to, by wybrać właściwą drogę – tę mniej uczęszczaną.
Podobnie bywa w życiu bardzo złożonych systemów. Punkt przełomowy może oznaczać ich koniec, ale może też sprawić, że nastąpi przemiana, pojawi się całkiem nowa jakość. W języku podejścia systemowego, bifurkacja systemu dynamicznego to jakościowa zmiana jego dynamiki wywołana różnymi parametrami. System przestaje rozwijać się zgodnie z dotychczasową logiką. Zasadnicze zmiany w złożonych systemach następują skokowo, jakby nagle – lecz po tym, jak miały już miejsce wydają się nieuchronne lub przynajmniej dobrze zapowiadane przez wcześniejsze ciągi zdarzeń.
Jednak systemy społeczne nie są automatycznie sterowane, istnieje też element wyboru, sprawczość. Gdy pojawia się rozwidlenie, trzeba wybrać właściwą drogę. Pisze o tym francuski socjolog Edgar Morin, w swojej książce Changeons de voie: Les leçons du coronavirus, czyli Zmieńmy ścieżkę: Lekcje koronawirusa. Ludzkość została dotknięta pandemią jako całość gatunku i cywilizacji, od jednostki do państwa. Ten wszechogarniający kryzys jest momentem, gdy możemy spróbować zobaczyć alternatywę wobec naszego stylu życia i całości polityczno-ekonomiczno-społecznego systemu, w którym żyjemy i który na ogół przyjmujemy jako oczywistość. Ten kryzys może zapoczątkować głęboką jakościową zmianę w społeczeństwie, ponieważ umożliwia zobaczenie, co nie działa i refleksję nad tym, co chcielibyśmy zmienić. Morin proponuje zmianę drogi, a nie rewolucję – jego zdaniem rewolucje często powodowały ucisk sprzeczny z ich misją emancypacji. Nowa droga może emancypację umożliwić przy jednoczesnym poszanowaniu naszej wspólnej planety. Powinna być drogą syntezy dotychczasowych doświadczeń, łączyć globalizację i de-globalizację, silne struktury i instytucje społeczne z demokracją uczestniczącą, wzrost i post-wzrost. Nowa ścieżka pokazuje możliwość komplementarności, tak jak w przyrodzie, gdzie symbioza i różnorodność umożliwia rozwój biotopów, powstanie ekologicznej równowagi. By wybrać tę nową drogę, musimy wykazać się rozważnością i odwagą jednocześnie.
Ostatnia książka francuskiego filozofa Bernarda Stieglera (pisana wraz z kolektywem Internation), Bifurquer: Il n’y a pas d’alternative, czyli Bifurkacja: Nie ma alternatywy. Książka przedstawia radykalną zmianę dla świata – taką, która umożliwi nam zbiorowo odpowiedzieć na główne kryzysy ekologiczne, zdrowotne, społeczne i psychologiczne. Podobnie jak Morin, autorzy proponują połączenie pozornie rozbieżnych kierunków działania w postaci syntezy, jednak z wyraźnie odmienną własną dynamiką. Musimy zmienić model gospodarczy na sprzyjający życiu na Ziemi i zapobiegać procesom intensywnej entropii, zarządzać z uwzględnieniem lokalności i geograficznego kontekstu, który Francuzi nazywają terroir. Musimy przewartościować nasze podejście do pracy, umożliwić pracownikom większą autonomię i doskonalenie swoich umiejętności. Należy oddzielić obszary takie jak badania naukowe od interesów prywatnych, tak by służyły zbiorowościom i środowisku. Właśnie teraz jest ten jedyny, wyjątkowy moment do zmiany – rozwidlenie dróg pojawia się realnie jako efekt uboczny lockdownów, naszych przemyśleń i dyskusji w tym czasie, licznych naukowych i popularyzatorskich wizji i opracowań z jednej strony, a z drugiej – uporczywość i głębokość kryzysów sprawia, że ma miejsce zasadnicza nieciągłość. „Normalność” jako powrót do tego co było nie jest możliwa.
Złożone systemy do pewnego momentu rozwijają się liniowo. Można mniej więcej przewidzieć, w jakim kierunku będą podążać ich główne dynamiki. Natomiast w pewnej chwili pojawia się nowa jakość – rozwidlenie dróg. Możemy tego w ogóle nie widzieć, bo nie jesteśmy na to przygotowani. Nasz aparat poznawczy nie pozwala na dostrzeżenie takiej potencjalności, która jest odmienna od wszystkiego, co dotąd było i czego oczekiwaliśmy.
Bifurquer
Warszawa odzyskała
dostęp do morza.
W świąteczny poranek
stado mew
na tle lazurowego nieba.
Tymczasem na barykadach okien i balkonów
zatknięto chorągwie.
Nie wiem, która
strona zwycięża.
Oni sami nie wiedzą.
Podążam za miastem, które się wyłania.
Zapowiedź światła, może
latarni morskiej, która tutaj stanie.
Mój kompas który nigdy zbyt dobrze nie działał
teraz bezbłędnie wskazuje magnetyczną północ.
Od dawna wiem, że lepiej
z mądrym zgubić,
ale nigdy nie zdarzyła się dotąd
tak świetna okazja.
Znakomity tytuł książki1 Alexeia Yurchaka o upadku Związku Radzieckiego Everything was forever, until it was no more opisuje doświadczenie upadku systemu państwowego socjalizmu. Ja również doskonale pamiętam to paradoksalne doświadczenie z Polski, słowami Autora: Dla ludzi, którzy żyli w tym systemie, upadek wydawał się zarówno całkowicie niespodziewany, jak i zupełnie niezaskakujący. Teraz często pojawia się narracja jakoby wszyscy ten upadek przewidywali (co nie jest zgodne z moim doświadczeniem) i jakoby to, co przyszło potem – neoliberalna transformacja zwana terapią szokową – było nieuchronną koniecznością, opcją alternatywną dla której była katastrofa dziejowa i spadek do rangi krajów zwanych kiedyś nieładnie „trzecim światem”. A ja pamiętam wyraźnie, że alternatywa istniała i nie polegała ona na stoczeniu się przepaść. Pamiętam, bo miałam być częścią tej alternatywy, miałam poświęcić moje aktywne zawodowo życie jej budowaniu. To miał być model społecznej gospodarki rynkowej, typu skandynawskiego, z lokalnymi wariacjami, takimi jak społeczna nauka Kościoła Katolickiego. Istniały bardzo poważne postaci naukowe takie jak ekonomista Tadeusz Kowalik, historyk Karol Modzelewski, uczony zajmujący się naukami o zarządzaniu Witold Kieżun – którzy mieli dojrzałe pomysły i programy zmian systemowych biegnące w stronę społecznej gospodarki rynkowej. Były też bardzo sensowne oczekiwania, że tą drogą właśnie podążymy – bo wszak w Polsce zmianę wypracował i wywalczył ruch związków zawodowych i po prostu dla wielu z nas nie było do wyobrażenia, by perspektywa pracownicza miała został zignorowana. Wydawała się też technicznie możliwa do przeprowadzenia – jedyne sprawnie działające struktury i wartości sprzyjające procesom przemian miały swoje korzenie w ruchu związkowym. Druga strona – prywatyzatorzy – obiecała gigantyczne bogactwo po krótkim okresie kryzysu, tak zwany efekt J-curve. Obecnie nawet główny propagator tej idei, Jeffrey Sachs, nie tylko przyznaje, że ten model dramatycznie się nie sprawdził, ale wręcz wspomina, że oczekiwał, że Polacy nie zgodzą się na transformację typu neoliberalnego i będą się upierać przy jakiejś formie społecznej. Polscy architekci tego katastrofalnego eksperymentu społecznego twierdzą, że wszystko jest w porządku. Opinia publiczna koncentruje się na całkiem innych konfliktach i wygląda jakby przespała moment, gdy inna możliwość faktycznie istniała.
Uważajmy, żebyśmy teraz nie przegapili tego momentu.
Zielone Wiadomości i Odpowiedzialny Inwestor serdecznie zapraszają na webinarium o zielonych finansach z udziałem Stanisława Stefaniaka, analityka z Fundacji Instrat. Wydarzenie będzie można śledzić na Facebooku 11 stycznia 2022 r. o godzinie 15.00
Chcesz inwestować odpowiedzialnie, ale jest Ci trudno odnaleźć się w gąszczu informacji medialnych i materiałów publikowanych przez instytucje finansowe? Chcesz wiedzieć, jaki wpływ Twoje inwestycje mają na środowisko naturalne? Czy instytucje finansowe, którym powierzasz środki, poważnie podchodzą do ryzyka związanego ze zmianą klimatu? Interesuje Cię, w jaki sposób obowiązujące i planowane regulacje, mogą pomóc Ci podjąć decyzje dotyczące przeznaczenia twoich pieniędzy z uwzględnieniem czynników niefinansowych?
Podczas organizowanego przez „Odpowiedzialnego inwestora” webinarium z udziałem Stanisława Stefaniaka, analityka z Fundacji Instart, odpowiemy na te oraz inne pytania, jakie mogą zadawać sobie zarówno indywidualni inwestorzy na giełdzie papierów wartościowych, osoby oszczędzające na lokatach bankowych, jak i te inwestujące w ramach funduszy inwestycyjnych i emerytalnych.
Tematy, które poruszymy podczas webinaru:
- Wiele twarzy odpowiedzialnego inwestowania
- Co odpowiedzialne inwestowanie znaczy w kontekście zmiany klimatu?
- Materialność środowiskowa a materialność finansowa.
- Jakie są najważniejsze obowiązujące i planowane regulacje w obszarze zielonych finansów? (Dyrektywa o raportowaniu niefinansowym (CSRD), Taksonomia, Rozporządzenie SFDR, Benchmarki)
- Jakiego rodzaju informacje o ich podejściu do kwestii klimatu oraz ESG muszą publikować emitenci instrumentów finansowych i instytucje finansowe, oraz gdzie ich szukać?
- Jak ocenić czy dana spółka giełdowa lub produkt inwestycyjny oferowany przez fundusz inwestycyjny jest odpowiedzialny?
- Jaki wpływ mają przedsiębiorstwa i produkty finansowe na klimat i środowisko?
- Odpowiedzialne inwestowanie na giełdzie papierów wartościowych indywidualnie, a inwestowanie za pośrednictwem funduszy emerytalnych.
- Ryzyko greenwashingu — czy obecne przepisy skutecznie mu przeciwdziałają?
Prelegent: Stanisław Stefaniak — doktorant w dziedzinie nauk prawnych na UAM w Poznaniu, gdzie ukończył studia prawnicze i studiował filozofię. Aplikant adwokacki przy Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie. Zdobywał doświadczenie z zakresu doradztwa prawnego i regulacyjnego dla instytucji finansowych pracując dla wiodących kancelarii. Obecnie pracuje jako analityk w Fundacji Instrat.
Spotkanie poprowadzi Jan Chudzyński, ekonomista rozwoju, autor raportów i analiz, artykułów i wywiadów na temat zrównoważonej gospodarki.
Organizator: Odpowiedzialny Inwestor
Patronat medialny: Zielone Wiadomości
Dołącz: https://www.facebook.com/events/1567378366947884
Polska żywność od dawna uchodzi za zdrową i naturalną… ale od 2002 r. to oficjalne. Rośnie liczba producentów, którzy mogą pochwalić się certyfikatem BIO. Od 1 stycznia 2022 roku zmieniają się unijne przepisy, więc łatwiej będzie uzyskać dane o producentach.
Kolejne firmy dołączają do listy
Zamówienia na kaszę jaglaną czy gryczaną BIO napływają nie tylko z Polski. Rozpoznawalne na świecie certyfikaty ułatwiają producentowi ekspansję na rynki zagraniczne. – czytamy w raporcie o produktach ekologicznych, który towarzyszył jednemu z listopadowych wydań tygodnika „Wprost”. Partnerem wydania był Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa i Soligrano. To właśnie jedna z firm, które w ostatnich latach znacznie poszerzyły swoje portfolio BIO. Teraz to już kilkadziesiąt produktów, łącznie z daniami do samodzielnego przygotowania (Red Lunch, Yellow Lunch, Green Lunch), mieszankami do wypieku chleba czy produktami sypkimi. – Dawniej klienci zainteresowani tematem BIO musieli iść na liczne kompromisy. Teraz mogą kupić zarówno produkty podstawowe BIO, kasze czy mąkę, jak i mieszanki obiadowe albo śniadaniowe musli – wyjaśnia Kamil Rabenda, CEO Soligrano.
Rynek rośnie o 20 proc. rocznie
Według szacunków agencji Nielsen wartość kategorii produktów ekologicznych, do których należy segment BIO, pomiędzy rokiem 2019 a 2020 wzrosła aż o 20 proc. Zresztą tendencja dwucyfrowego wzrostu rok do roku utrzymuje się już od kilku lat. Ostatni rok, trudny dla wielu branż, tylko wzmocnił ten sektor. Wielu Polaków zwróciło się w tym czasie w stronę natury, a zdrowie znalazło się na szczycie listy priorytetów. W tej rzeczywistości szczególne zainteresowanie konsumentów wzbudzają certyfikowane produkty BIO. Co je wyróżnia? Na stronie Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi można przeczytać, że „wyprodukowane zostały zgodnie z obowiązującymi przepisami dotyczącymi rolnictwa ekologicznego i są wolne od zanieczyszczeń, takich jak: pozostałości środków ochrony roślin i hormonów, a podczas ich produkcji nie stosowano nawozów sztucznych i organizmów zmodyfikowanych genetycznie”.
Nowe przepisy w 2022 roku
Warto zauważyć, że Unia Europejska ma ambitny plan produkcji aż 25 proc. powierzchni gruntów rolnych ma być uprawiane ekologicznie. Dzisiaj w Unii to już 7,4 proc. wszystkich gospodarstw. To pokazuje, że Polska ma jeszcze wiele do nadrobienia, bo zaledwie ok. 0,5 proc. gruntów rolnych należy do eko-producentów. Ta liczba jednak stale się zwiększa, a przetwórcy jak Soligrano mają często własne uprawy, co daje im jeszcze większą kontrolę nad jakością surowca.
W 2020 roku łącznie liczba producentów ekologicznych wynosiła 20 274. W Polsce certyfikaty PL-EKO (tzw. „unijny zielony liść”) może wydawać 13 jednostek certyfikujących. W bazie tylko jednej z nich (Bioekspert) w 2021 roku było kilkaset aktualnych certyfikatów z branży przetwórstwa, zbioru i produkcji ekologicznej. Od przyszłego roku zmienia się unijne prawo i wówczas pojawi się jeden, jednolity wykaz wszystkich producentów – zamiast osobnych baz każdej certyfikującej jednostki, jak to ma miejsce dotychczas.
Poszczególne kraje ogłaszają sankcje i kontr-sankcje ekonomiczne. Pojawiają się nowe bloki gospodarcze. Zakłóceniu ulegają dotychczasowe łańcuchy dostaw. Międzynarodowe instytucje, takie jak Światowa Organizacja Handlu, znajdują się pod presją. Globalna gospodarka nie wygląda już tak jak dawniej. Dni otwartego, globalnego systemu handlowego odeszły w przeszłość, a sam ład ekonomiczny przechodzi przez okres istotnych zmian. Za zmianami tymi stoi szereg zjawisk: wzrost Chin, sekurytyzacja gospodarki, pandemia, potrzeba walki z kryzysem klimatycznym czy długo odkładane zmiany w stronę odzyskania równowagi społecznej.
Na pierwszy ogień wziąć należy historię sukcesu Chin oraz wpływ, jaki sukces ten ma na globalny układ sił. Nie da się zaprzeczyć, że gospodarka stanowi podstawowy obok siły militarnej czy geopolitycznej czynnik potęgi danego państwa. Kraje o sprawnie funkcjonujących gospodarkach dysponują większymi środkami na inwestycje technologiczne i infrastrukturalne, jak również większą paletą możliwości czy zasobów. To ekonomiczna i technologiczna przewaga USA dała im przewagę z trakcie zimnej wojny. Gdy Chiny stały się ekonomicznym gigantem w niejako naturalny sposób kwestionować zaczęły hegemonię Stanów Zjednoczonych.
Przez wiele dekad mieliśmy do czynienia z czytelnym, globalnym podziałem pracy. USA były bezsprzecznym gospodarczym liderem, podczas gdy Chiny odgrywały rolę fabryki świata, produkującej tanie przedmioty na rynki zachodnie. Naiwnie było jednak oczekiwać, że temu państwu wystarczyć będzie taka właśnie rola. Chińska Republika Ludowa stała się ekonomicznym magnesem, który powoli zmniejsza rolę Stanów Zjednoczonych. Podczas gdy w latach 80. XX wieku udział Chin w globalnym handlu wynosił raptem 1%, to obecnie urósł on do poziomu 15%¹. Państwo Środka jest największym producentem setek dóbr przemysłowych, jak również kluczowym eksporterem niezwykle istotnych surowców naturalnych. Spodziewa się, że będzie ono odpowiadać za 1/3 globalnego wzrostu gospodarczego. Udział Chin w globalnym PKB wzrósł do poziomu 18%, co oznacza powrót tego kraju do roli ekonomicznego magnesu².
Wzrost gospodarczy wiąże się również z postępem technologicznym. Pekin inwestuje w kluczowe technologie – od sztucznej inteligencji po komputery kwantowe. Celem ma być zdominowanie przemysłów przyszłości – tych samych, z których swą przewagę konkurencyjną czerpią dziś Stany i Europa. Szereg chińskich strategii, od Made in China 2025 do planu pięcioletniego na lata 2021-2025, podkreślają rolę osiągnięcia przywództwa technologicznego. Cel globalnej przewagi technologicznej ma zostać osiągnięty do roku 2035, a przywództwa w zakresie nauki i innowacji – do roku 2050³. Przewaga technologiczna ma nieść za sobą również korzyści militarne.
Geopolityczny wzrost Chin
Pekin potrzebuje silnej, opierającej się na zaawansowanych technologiach gospodarki do zapewnienia dobrobytu swoim obywatelom oraz stabilności rządów Chińskiej Partii Komunistycznej – ale również do osiągnięcia mocarstwowego statusu, zdobycia większych wpływów w świecie oraz zakwestionowania roli USA. ChPK wierzy, że Państwo Środka dysponuje jedyną w swoim rodzaju szansą na przeskoczenie Stanów i zostanie globalnym hegemonem. Partia ta uważa, iż Chiny znajdują się w „okresie strategicznej szansy” – doskonałym do tego, by zająć centralne miejsce na arenie międzynarodowej>4<.
Ekonomiczna pozycja Pekinu przekłada się na dysponowanie skutecznymi narzędziami do uprawiania geopolityki. Chiny są głównym partnerem handlowym dla 130 krajów świata. Sztuka przeskoczenia Stanów Zjednoczonych w tej sferze udała się nawet w wypadku Unii Europejskiej. Rozliczne porozumienia handlowe, realizowane w ramach inicjatywy „Jeden pas i jedna droga”, cementują ten zwrot, przyczyniając się do powstania chińskiej strefy wpływów ekonomicznych. Strategia ta ma na celu zmarginalizowane USA oraz na wejściu tam, gdzie Waszyngton pozostawił geopolityczną próżnię, tak jak w wypadku Afganistanu czy całej Azji Środkowej. Ameryka Północna jest jedynym kontynentem, którego nie objęły plany Nowego Jedwabnego Szlaku. Chiny realizują tu zasadę, wyłożone w „Sztuce Wojny” Sun Tzu – unikać głównego przeciwnika i wykorzystywać nadarzające się okazje. Grają one w Wei Qi – grę planszową, która w szerszych kręgach znana jest jako Go, w której najważniejsza strategia polega na otaczaniu terytorium i kontrolowaniu pustych przestrzeni, a nie – jak w szachach – na otwartym atakowaniu oponenta.
Pekin używa dostępnych mu narzędzi przewagi ekonomicznej do wpływania na poszczególne kraje oraz do ich karania, gdy zachowują się w sposób uważany za szkodliwy dla jego interesów. W roku 2010 Norwegii wymierzona została kara za wręczenie nagrody Nobla chińskiemu dysydentowi, Liu Xiabao. Mongolia doświadczyła tego po wizycie Dalajlamy w roku 2014. Ten sam rok przyniósł niedogodności Filipinom w związku z konfliktem na Morzu Południowochińskim. Podobny los – za nawoływanie do niezależnego śledztwa w sprawie źródeł pandemii COVID-19 – spotkał Australię.
Chinom zależy na kontrolowaniu strategicznych aspektów globalnej gospodarki. Stanowi to wyzwanie dla zachodniej – w szczególności zaś amerykańskiej – dominacji nad istniejącym ładem ekonomicznym. Na przestrzeni ideologicznej oznacza to również spór między dwiema różnymi wizjami ekonomii politycznej – chińskim systemem autorytarnego kapitalizmu państwowego oraz zachodnią liberalną, demokratyczną gospodarką wolnorynkową.
Światowa gospodarka stała się bardziej sinocentryczna. Jej punkt ciężkości przeniósł się z przestrzeni transatlantyckiej z powrotem do Azji. Chińsko-amerykańska wojna handlowa jest zatem czymś więcej niż tylko obsesją Donalda Trumpa. Joe Biden nie zdecydował się na cofnięcie wprowadzonych przez poprzednika ceł. Zamiast tego należy się na nią patrzeć jako na jeden z frontów szerszej walki o hegemonię. Amerykańskie sankcje mają powstrzymać chińską ekspansję gospodarczą. Ograniczenia eksportowe, którymi objęte zostały kluczowe dla USA technologie, mają z kolei ograniczyć rozwój Chin i odciąć je od zaawansowanych technologicznie łańcuchów dostaw.
Podobne cele przyświecają innym inicjatywom, takim jak ogłoszona przez Bidena Build Back Better World czy unijna „Brama na Świat”. Wspomniane propozycje, mające budować międzynarodowe powiązania, przyczynić się mają do zaciśnięcia więzi między USA, Unią Europejską oraz krajami w regionach, takich jak Azja Południowo-Wschodnia czy Afryka oraz redukować wpływy chińskiego „Jednego pasa i jednej drogi”.
Wzrost znaczenia Chin prowadzi zatem do walki o kształt przyszłego globalnego ładu gospodarczego. Jednocześnie obserwujemy szerszy trend wpisywania kwestii ekonomicznych w politykę bezpieczeństwa.
Współzależność ekonomiczna – od faktu do broni
Relacje gospodarcze i związana z nimi współzależność stają się dziś bronią. Rosja używała gaz ziemny jako narzędzie nacisku na Ukrainę oraz Europę, lobbując za uzyskaniem zgody na działanie dla Nord Stream 2. Chiny wykorzystały swój monopol na kluczowe surowce, takie jak minerały ziem rzadkich, w bardzo podobny sposób. W obliczu konfliktu dyplomatycznego z Tokio Pekin po prostu zabronił ich eksportu do Japonii.
Stany Zjednoczone odwoływały się do narzędzi finansowych – a konkretnie dolara – jako do broni przeciwko Iranowi, zamykając przed Teheranem drzwi do najważniejszej sieci finansowej świata. Zabroniły również amerykańskim podmiotom inwestować w firmy powiązane z chińskimi siłami zbrojnymi. Szereg spółek, notowanych na nowojorskiej giełdzie papierów wartościowych, musiało liczyć się z reperkusjami. USA wymusiły nawet sprzedaż udziałów w gejowskiej aplikacji randkowej Grindr na chińskiej spółce – argumentując, że dostęp rządu w Pekinie do wrażliwych danych użytkowników stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego.
Tak właśnie wygląda zrywanie więzi między Stanami a Chinami. Żadne z tych mocarstw nie chce, by to drugie miało kontrolę nad newralgicznym elementami systemu gospodarczego. Chiny, realizujące strategię „podwójnego obiegu”, pragną zmniejszyć swoją zależność od zewnętrznych rynków i surowców, takich jak Wall Street czy półprzewodniki, zwiększając równocześnie zależność innych krajów od Pekinu. Państwo Środka nie chce na przykład, by chińskie firmy notowane były na amerykańskich giełdach, obawiając się nowych reguł dotyczących ujawnień. Zniechęca je zatem do debiutów w Nowym Jorku, pozostawiając im z kolei otwarte drzwi dla inwestycji zagranicznych.
Tak Stany Zjednoczone, jak Chiny przyznają, że gospodarka stanowi kluczowy element ich bezpieczeństwa. Waszyngton podkreśla, że „bezpieczeństwo gospodarcze to bezpieczńestwo narodowe”, podczas gdy Pekin przedstawił swoją wizję „wszechstronnego bezpieczństwa narodowego”, wpisującego tematykę gospodarczą w wątki bezpieczeństwa.
Wojny handlowe, sankcje i embarga technologiczne – tak kształtuje się nowy ład gospodarczy.
Parafrazując Clausewitza możemy powiedzieć, że gospodarka stała się kontynuacją wojny za pomocą innych narzędzi. Edward Luttwak, ojciec geopolityki, wpisałby te trendy w ramy „logiki konfliktu, przetłumaczonej na gramatykę handlu5”. W wypadku Europy tę nową rzeczywistość zrozumiał francuski prezydent Emmanuel Macron, podkreślając w swym wystąpieniu na temat polityki obronnej, że musimy „zmierzyć się z bezpośrednimi i pośrednimi skutkami, jakie globalizacja ma na naszą suwerenność i bezpieczeństwo”. Zaznaczył również, że „kontrola na materialnymi oraz niematerialnymi przepływami i surowcami stanowi klucz dla nowych układów sił”, a granice między konkurencją a konfrontacją uległy „całkowitemu rozmyciu”.
Koronawirus, kryzys klimatyczny, zmiany społeczne
Trzy kolejne, zmieniające oblicze globalnej gospodarki elementy pojawiły się na naszym horyzoncie.
Pierwszym z nich jest koronawirus. Pandemia obnażyła słabe strony modelu globalizacji, opartego wyłącznie na maksymalizacji efektywności oraz „produkcji na czas”. Wstrzymanie linii produkcyjnych w Chinach odbiło się czkawką na całym świecie. „Globalizacja, skupiająca się na przenoszeniu wszystkiego, co się da tam, gdzie produkcja jest najbardziej efektywna, właśnie się skończyła”, zauważył prezydent Europejskiej izby Handlowej w Chinach, Jörg Wuttke.
Odporność na wyzwania stała się zatem kluczową koncepcją. Firmy poszukują wzorców produkcji, które będą lepiej radziły sobie z zakłóceniami i napięciami w systemie. Obecna sytuacja, w której wiele krajów mierzy się z problemami w łańcuchach dostaw (wynikłymi z wzrostu popytu wraz z restartem gospodarki po lockdownach) pokazuje, że obecny system nie dysponuje elastycznością, umożliwiającą mu zniesienie nagłych wstrząsów czy wahań. Biorąc pod uwagę napięcia geopolityczne czy traktowanie współzależności jako nowej broni w sporach, wzrost skali niebezpiecznych zjawisk pogodowych, a także wypadki losowe w rodzaju tankowca Ever Given, blokującego niedawno ruch w Kanale Sueskim, prawdopodobieństwo większej regularności zakłóceń rośnie.
Pandemia unaoczniła również olbrzymią skalę zależności krajów Europy od dostaw wielu kluczowych dóbr, takich jak środki medyczne. Okazało się na przykład, że Francja czerpała 80% potrzebnych jej prekursorów środków farmaceutycznych z Chin i innych krajów azjatyckich6. Rządy zaczynają zatem zadawać sobie pytania o to, w jaki sposób mogą różnicować swe łańcuchy dostaw – i tym samym zapewnić bezpieczeństwo otrzymania ważnych dla swoich obywateli produktów. Japonia zdecydowała się ruszyć z programami wspierającymi powrót produkcji w swoje granice, mając nadzieję na przekonanie przekonanie tamtejszych firm do przeniesienia swej bazy przemysłowej do Japonii – albo chociaż z Chin do innych krajów.
Globalny ład gospodarczy mierzy się również z wyzwaniem klimatycznym. Zakres niezbędnych zmian obejmuje m. in. stworzenie przyjaznych dla klimatu wzorców produkcji przemysłowej, dekarbonizację globalnego systemu transportowego (np. poprzez używanie zielonego wodoru w lotnictwie), wsparcie bardziej zlokalizowanej produkcji oraz powrotu niektórych sektorów, dzięki czemu możliwe będzie zredukowanie kosztów transportu. Postępy w robotyce, automatyzacji czy nowych technologiach, takich jak druk trójwymiarowy, zwiększają realność takiego scenariusza.
Zabezpieczenie międzynarodowego systemu handlowego przed wyzwaniami klimatycznymi samo w sobie stanowi niemałe wyzwanie. Unijny plan stworzenia mechanizmu dostosowania cen na granicach UE do poziomów emisyjności (ang. carbon border adjustment mechanism) oznaczałby de facto wprowadzenie klimatycznego cła na produkty z krajów, które nie realizują adekwatnych polityk, takich jak opłaty za emisje. Wiele krajów – szczególnie zaś Chiny – skrytykowało ten pomysł, określając go mianem zielonego protekcjonizmu. Nie do końca wiadomo, czy będzie on zgodny z regułami Światowej Organizacji Handlu. Plany Unii Europejskiej, wprowadzające do dyskusji o handlu kwestie klimatyczne, w efekcie generują napięcia, wprowadzające dodatkowe wyzwania dla całego systemu.
Mamy do czynienia z jeszcze jednym trendem – powrotu kwestii społecznej w kontekście funkcjonowania globalnej gospodarki. W wielu krajach byliśmy w ostatnich latach świadkami rosnących nierówności. Cyfrowi giganci pokroju Amazona wykroili dla siebie na poły monopolistyczny status, ograniczając lub wykupując konkurencję. Coraz większa część globalnych przywódców zauważa, że sprawy zaszły za daleko oraz że muszą odejść od neoliberalnych założeń ekonomicznych i skupić się na walce z nierównościami czy okiełznaniu dużego biznesu. Japoński premier Fumio Kishida, który objął urząd w październiku roku 2021, obiecał „nowy japoński kapitalizm”, mający opierać się na „sprzężeniu zwrotnym między wzrostem i podziałem bogactwa7. W Stanach Zjednoczonych prezydent Joe Biden przedłożył plan wydatków wart 1,75 biliona dolarów amerykańskich, wezwał do „polityki handlowej skupiającej się na potrzebach osób pracujących” oraz podpisał rozporządzenie wykonawcze, pozwalające na wykorzystanie legislacji antymonopolowej w wypadku zakłócających konkurencję praktyk sektora Big Tech. W Chinach z kolei nowa narracja Xi Jinpinga skupia się na „wspólnym dobrobycie”, a praktyka oznacza zaciśnięcie kontroli nad biznesem (oraz wewnątrzpartyjną opozycją) czy działania na rzecz zmniejszenia nierówności. Nawet konserwatywny premier Wielkiej Brytanii, Boris Johnson, myśli o podwyżce podatków w celu sfinansowania opieki społecznej.
Rola Europy w nowym porządku rzeczy
Światowy ład ekonomiczny znajduje się w fazie wielkiej transformacji. Z jednej strony coraz bardziej zmienia swój charakter, stając się geopolitycznym polem bitwy o hegemonię między USA a Chinami. Z drugiej strony musi stawać się bardziej odporny na szoki podażowe, sprawiedliwy i przyjazny dla klimatu. Te dwa trendy zmieniają dynamikę relacji między siłami państwa i rynku. Ostatnie pięć lat było czasem przesuwania się wahadła w stronę większej roli państwa. Pandemia stanowiła punkt kulminacyjny dla tego trendu – państwa wkroczyły na scenę, by ratować systemy ochrony zdrowia, zabezpieczeń społecznych, a nawet samą gospodarkę. Na okres pandemii kluczowe staje się pytanie o to, jak w przyszłości ukształtuje się rola państwa w gospodarce. Lęk przed pokonaniem Zachodu przez Chiny na polu ekonomicznym staje się tak mocny, że pojawiają się głosy o potrzebie skopiowania chińskich rozwiązań i zwiększenie roli sektora publicznego. Warto jednak pamiętać, że sukces gospodarczy Zachodu zbudowany został na równowadze między otwartą gospodarką, w której firmy swobodnie ze sobą konkurują, a państwem promującym innowacje i rozwój technologiczny, zapewniającym sieci zabezpieczeń społecznych oraz ustanawiającym reguły, mające na celu ewolucję gospodarki w określonym kierunku.
Choć wspominana równowaga uległa w ostatnich dziesięcioleciach zakłóceniu, to Zieloni mają szansę na przywrócenie tego podejścia do głównego nurtu poprzez promowanie strategii gospodarczych, które uwzględniają rolę dziejących się na naszych oczach transformacji systemu. Każde postulowane posunięcie powinno być analizowane z perspektywy geopolityki, ekonomicznej odporności na wyzwania, równowagi społecznej oraz klimatu. Dla formacji ekopolitycznych, które nawykły do przekrojowego myślenia o wyzwaniach, obecna sytuacja stanowi idealną szansę. Wnoszą one obszerne doświadczenie w myśleniu w kategoriach Zielonego Ładu, promowania innowacji oraz nowych technologii. Od dawna poruszały również tematykę społeczną, nawoływały do powrotu produkcji do Europy i zwiększenia odporności gospodarki kontynentu na wyzwania przyszłości.
Szczególną rolę do odegrania mają tu Zieloni w Niemczech. Jako uczestnicy trójpartyjnej koalicji rządzącej największą europejską gospodarką – wspólnie z liberałami i socjaldemokratami – będą musieli opracować strategię transformacji ekonomicznej, która będzie zielona, zorientowana rynkowo i uwzględniająca kwestie społeczne (jak również odporności na wyzwania oraz uwzględniającej kwestie geopolityczne).
Jej przygotowanie nie będzie prostą sprawą. Dyskusje między ugrupowaniami będą trudne – szczególnie, gdy chodzić będzie o inwestycje. Zieloni wspierają pomysł poluzowania niemieckiego hamulca zadłużenia w celu wsparcia finansowania rozwoju zielonej infrastruktury, podczas gdy FDP domagają się jego zachowania. Z tego napięcia mogą jednak narodzić się innowacyjne pomysły na radzenie sobie z wyzwaniami, które stoją przed naszymi gospodarkami. Właśnie tego dziś potrzebujemy. Zarządzanie zmieniającym się otoczeniem ekonomicznym wymagać będzie od nas świeżego podejścia.
Przypisy:
- Alessandro Nicita i Carlos Razo (2020). “China: The rise of a trade titan”. UNCTAD, 27 kwietnia 2021.
- Wang Tianyu (2020). “OECD: Global GDP projected to rise by 4.2% in 2021, China to account for over a third of that growth”. CGTN. 2 grudnia 2020.
- Robert Lawrence Kuhn (2021). “Technology and innovation in China’s path to 2035.” CGNT. 27 września 2021.
- Helena Legarda (2021). “China’s new international paradigm: security first”. Mercator Institute for China Studies. 15 czerwca 2021.
- Edward Luttwak (1990). “From Geopolitics to Geoeconomics: Logic of Conflict, Grammar of Commerce”. The National Interest. 20. s. 17-23.
- Catherine Abou El Khair (2020). “Coronavirus : Bruno Le Maire veut réduire la dépendance de la France aux approvisionnements chinois, mais le peut-il ?”. 20 Minutes. 21 lutego 2020.
- Daisuke Akimoto i Larissa Stünkel (2021). “What is Kishidanomics”. The Diplomat. 14 października 2021.
Artykuł „The New World Economic Order” ukazał się na łamach magazynu Green European Journal. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk materiału.
Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek
Od Szwecji po Meksyk, awangarda państw toruje drogę feministycznej polityce zagranicznej. Unia Europejska poczyniła postępy w promowaniu równości płci w swoich działaniach zewnętrznych, ale pozostaje dużo do zrobienia, zanim doprowadzi to do zmiany strukturalnej. Juliane Schmidt apeluje o zakorzenioną w intersekcjonalności¹ zieloną politykę feministyczną, która umożliwiłaby Unii Europejskiej realizację w praktyce jej ideałów wolności i równości.
Kwestia równości płci znalazła się w centrum uwagi w kwietniu 2021 r., po tym, gdy podczas szczytu w Turcji nie przewidziano krzesła dla Przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen. Niezależnie od tego, czy „safogate” została nieproporcjonalnie wyolbrzymiona, czy też nie, incydent ten pokazał, jak dużo pozostaje do zrobienia w całej Unii Europejskiej, jej instytucjach i państwach członkowskich, aby zwiększyć świadomość kwestii związanych z równouprawnieniem płci. Dla wielu osób to zdarzenie było tylko kroplą w morzu zdominowanego przez mężczyzn świata polityki zagranicznej.
Świat polityki staje się dzisiaj coraz bardziej złożony i zantagonizowany. Unia Europejska próbuje znaleźć w nim swoje miejsce, nie zdradzając jednocześnie swoich fundamentalnych wartości wolności i równości, jak również zobowiązania do przestrzegania praw człowieka i różnego rodzaju mniejszości. Przyjęcie zielonej polityki feministycznej umożliwiłoby UE rzeczywistą realizację tych wartości.
Kwestionowanie struktur i dynamiki władzy UE
Feministyczna polityka zagraniczna dąży do umieszczenia kwestii równości płci w głównym nurcie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Dotyczy ona przede wszystkim ochrony praw człowieka kobiet i dziewcząt oraz uznania, że jest to warunek wstępny osiągnięcia szerszych celów politycznych, takich jak pokój, bezpieczeństwo i zrównoważony rozwój. Najczęściej skupia się na zwalczaniu przemocy seksualnej i promowaniu edukacji kobiet, wzmocnienia pozycji kobiet w życiu gospodarczym oraz ich reprezentacji w polityce i podejmowaniu decyzji (w tym w negocjacjach pokojowych).
Zielona feministyczna polityka zagraniczna posuwa się o krok dalej. Jest głęboko zakorzeniona, uznając, że płeć jest konstruktem społecznym, i że globalne wyzwania, takie jak konflikty, zmiana klimatu i klęski żywiołowe, mają konsekwencje związane z aspektem płci, które powodują nasilenie różnych, wzajemnie powiązanych form dyskryminacji. Kwestionuje status quo, apelując o przemyślenie na nowo niesprawiedliwych norm płciowych i patriarchalnej dynamiki władzy. Co ważne, zielona feministyczna polityka zagraniczna przyjmuje podejście intersekcjonalne – jej celem jest osiągnięcie równości dla wszystkich ludzi i płci (nie tylko białych, heteroseksualnych, pełnosprawnych i cispłciowych kobiet). Promuje ona zmianę opartą na prawach i włączających, niedyskryminacyjnych interakcjach poprzez wielowymiarowe podejście we wszystkich dziedzinach polityki, w tym w wymiarze zewnętrznym. Bezpieczeństwo, prawa człowieka, migracja, handel, pomoc rozwojowa i humanitarna oraz zmiana klimatu – wszystkie one muszą być traktowane z uwzględnieniem ich wzajemnego powiązania.
Co to oznacza w praktyce? Po pierwsze, zajęcie się brakiem równości w strukturach i relacjach władzy wewnątrz instytucji Unii Europejskiej, aby zwiększyć obecność kobiet i grup marginalizowanych w procesach kształtowania polityki i podnieść świadomość kwestii związanych z płcią. Zaczynając od góry, należy zastosować szereg środków we wszystkich instytucjach i służbach. Oprócz wielu innych, powinny one zawierać obowiązkowe szkolenia dla wszystkich pracowników UE; politykę zerowej tolerancji dla molestowania seksualnego i przemocy o podłożu seksualnym; wytyczne dotyczące różnorodności, równości i integracji społecznej; oraz procedury rekrutacyjne uwzględniające problematykę płci. Muszą im towarzyszyć szczegółowe, możliwe do zmierzenia cele (w tym cele dotyczące różnorodności w unijnych instytucjach, delegacjach i misjach), jak również monitoring i kontynuacja.
Jeśli chodzi o treść polityki, zielona feministyczna polityka zagraniczna implikuje przemyślenie na nowo wielu obszarów. W zakresie polityki bezpieczeństwa, oznacza to odejście od androcentrycznego rozumienia bezpieczeństwa z wiążącymi się z nim figurami silnych mężczyzn i obrazami męskiej siły. Powinno być ono zastąpione długoterminowym rozumieniem bezpieczeństwa i stabilności, które jest feministyczne i włączające. Badania pokazują, że strategie, które nie dążą do zakończenia nierówności i niesprawiedliwości, nie doprowadzą do trwałego pokoju. Podobnie, unijna polityka rozwojowa powinna odejść od podejścia neokolonialnego, które opiera się na uzależnieniu od pomocy i wydobywaniu surowców, do podejścia zorientowanego na upodmiotowienie i poszanowanie praw człowieka. Po części, wymaga to działań humanitarnych uwzględniających problematykę płci oraz zmianę narracji wokół kobiet i grup zmarginalizowanych na taką, która uzna je przede wszystkim za podmioty pozytywnych zmian, a nie tylko beneficjentów pomocy.
Strategie, które nie dążą do zakończenia nierówności i niesprawiedliwości, nie doprowadzą do trwałego pokoju.
Oznacza to również wykorzystanie pozycji UE jako podmiotu globalnego handlu, poprzez zawarcie szczegółowych i wiążących rozdziałów dotyczących problematyki płci lub wymogów zachowania należytej staranności we wszystkich umowach handlowych UE. Unia Europejska powinna podjąć wyraźne zobowiązanie do promowania praw osób LGBTQI+ w swojej polityce zagranicznej oraz dążyć do tego, by kobiety i grupy zmarginalizowane brały udział w międzynarodowym procesie podejmowania decyzji dotyczących działań na rzecz klimatu.
Polityka zagraniczna musi się opierać na ścisłej współpracy ze społeczeństwem obywatelskim, w szczególności z obrońcami praw kobiet i grup zmarginalizowanych. Powinni oni/one być naturalnymi sojusznikami, jeśli chodzi o rozwijanie inkluzywnych strategii badawczych z międzysektorową perspektywą, których wciąż relatywnie brakuje w procesach kształtowania polityki UE. Drobiazgowe międzysektorowe analizy i systematyczne oceny wpływu powinny stanowić podstawę wszystkich polityk UE, wraz z wyspecjalizowanymi doradcami monitorującymi postęp i specjalnymi zasobami oraz projektami budżetowymi służącymi finansowaniu tych zmian.
Wiosną 2021 roku grupa Zieloni/Wolny Sojusz Europejski w Parlamencie Europejskim uczyniła krok w tym kierunku, publikując strategię, która postuluje feministyczną politykę zagraniczną i opisuje szczegółowo, jak ją wprowadzić. Strategia ta przedstawia czterostronne podejście: reprezentacja wszystkich płci i udział w procesach podejmowania decyzji; podejście oparte na prawach, które zapewnia ochronę podstawowych wolności wszystkich ludzi, a nie tylko garstki uprzywilejowanych; specjalne fundusze i zasoby; oraz użycie danych, badania i szerokie konsultacje, które posłużą za podstawę opracowania rozwiązań uwzględniających różnorakie i częściowo pokrywające się formy dyskryminacji.
Wolny postęp na drodze do zgodnej z zasadą równości płci polityki zagranicznej UE
Globalny trend w kierunku nowego podejścia do polityki zagranicznej daje się zauważyć od mniej więcej dwóch dekad. W roku 2000 Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła przełomową rezolucję w sprawie kobiet, pokoju i bezpieczeństwa. W 2018 roku UE ustanowiła swój program na rzecz kobiet, pokoju i bezpieczeństwa, w tym podejście strategiczne i plan działania na lata 2019-2024. W 2020 roku uchwaliła trzecią część planu działania (Gender Action Plan III – GAP III) w sprawie równości płci, która określa założenia programu na rzecz równości płci i równouprawnienia kobiet w zewnętrznych działaniach UE. Wszystko to przyczyniło się do wejścia kwestii równości płci do głównego nurtu polityki zagranicznej UE i mogłoby posłużyć za podstawę europejskiej feministycznej polityki zagranicznej. Ale kilka państw wyprzedza pozostałe kraje UE, jeśli chodzi o wprowadzanie w życie założeń feministycznej polityki zagranicznej.
Pionierką w tej dziedzinie jest Szwecja, która jako pierwsze państwo na świecie w 2014 roku ogłosiła przyjęcie feministycznej polityki zagranicznej. W 2018 roku szwedzkie Ministerstwo Spraw Zagranicznych opublikowało oparty na tym podejściu informator, aby udostępnić zbiór praktycznych informacji i zainspirować dalszą pracę w obszarze feministycznej polityki zagranicznej. W jej ramach Szwecja ma koordynatorkę feministycznej polityki zagranicznej, sieć punktów kontaktowych w instytucjach i służbach państwowych, jak również corocznie uaktualniany plan działania. Ponadto Szwecja przeznacza 90 procent swojej pomocy rozwojowej na cele związane z równouprawnieniem płci. Szwedzka feministyczna polityka zagraniczna jest nieodłączną częścią szerszego programu na rzecz równości płci w tym kraju, a jego rząd określa się nawet jako feministyczny.
Podążając śladami Szwecji kilka innych krajów UE, w tym Luksemburg, Hiszpania i Cypr, ogłosiło przyjęcie feministycznej polityki zagranicznej, podczas gdy Francja wdrożyła feministyczne podejście do dyplomacji. Od 2014 roku 79 państw opracowało krajowe plany działania na rzecz poprawy udziału kobiet w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa. Poza UE, w 2017 roku Kanada wprowadziła feministyczną politykę rozwojową. W 2020 roku Meksyk stał się pierwszym krajem Ameryce Łacińskiej, który przyjął feministyczną politykę zagraniczną, a Malezja zasygnalizowała, że również nosi się z takim zamiarem.
Niemniej jednak, kobiety i przedstawiciele oraz przedstawicielki grup zmarginalizowanych są dzisiaj nadal mniejszością wśród osób zajmujących wysokie stanowiska w systemach politycznych lub służbach dyplomatycznych i militarnych krajów członkowskich UE. Przy obecnym tempie postępu pozostaną nią jeszcze przez długi czas. GAP III jest dużym osiągnięciem, lecz nie idzie wystarczająco daleko, by skutecznie promować zmianę strukturalną. Podobnie jak inne dokumenty UE jest napisany niewystarczająco integracyjnym językiem, opartym na binarnej koncepcji płci. Brakuje w nim zasad budżetowania uwzględniających problematykę płci i, pomimo uznania włączenia tematyki płci do głównego nurtu polityki za „odpowiedzialność dla wszystkich”, istniejące plany działania i strategie – w tym te, które są częścią programu na rzecz kobiet, pokoju i bezpieczeństwa – nie są w wystarczającym stopniu wprowadzane w życie. Ponadto wiele strategii UE nadal nie uwzględnia problematyki płci i ich równouprawnienia lub są one niespójne w znaczeniu intersekcjonalności. Na przykład, krótko po publikacji GAP III Komisja Europejska ogłosiła swoją strategię na rzecz odnowy multilateralizmu, w której całkowicie zabrakło wymiaru płci i intersekcjonalności.
GAP III nie odnosi się również w wystarczającym stopniu do rosnących wyzwań w kontekście międzynarodowym, w którym mamy do czynienia ze sprzeciwem wobec praw kobiet i grup zmarginalizowanych oraz kurczeniem się przestrzeni dla społeczeństwa obywatelskiego. Widzimy to w poważnych problemach finansowych organizacji społecznych, przywróceniu „zasady globalnego knebla”² podczas prezydentury Donalda Trumpa, zwiększającym się sprzeciwie wobec Konwencji Stambulskiej o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet (w tym wśród państw członkowskich UE), a także we wzrastającym dyskursie antygenderowym na całym świecie. Przejawem tego ostatniego zjawiska są między innymi trudności z uchwaleniem ostatniej rezolucji ONZ w sprawie kobiet, pokoju i bezpieczeństwa. Jego skutkiem w UE jest brak jakichkolwiek konkretnych wniosków dotyczących GAP III, jak również kwestionowanie przez niektóre państwa członkowskie prawie wszystkich tekstów odnoszących się równości płci lub praw osób LGBTQI+.
Służba dyplomatyczna UE nie wywiązuje się z deklaracji
W odniesieniu do struktur UE największe wyzwania dla zielonej feministycznej polityki zagranicznej dotyczą zarządzania Europejską Służbą Działań Zewnętrznych (ang.European External Action Service – EEAS), której przewodniczy Wysoki Przedstawiciel Josep Borrell. Mężczyźni zajmują w tej instytucji prawie 80 procent wyższych stanowisk i około 70 procent stanowisk średniego szczebla (jedynie w przypadku tych drugich zwiększyła się reprezentacja kobiet, odkąd Borrell objął swoje stanowisko w grudniu 2019 roku). Program działania na rzecz zmniejszenia nierównowagi płci w zarządzaniu EEAS stanowi dobry początek, ale jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia, jeśli chodzi o jego wdrożenie, zapewnienie partycypacji i równowagi pomiędzy pracą a życiem prywatnym, zajęcie się problemem braku podań o pracę ze strony kobiet i osób z grup zmarginalizowanych, a także włączenie perspektywy intersekcjonalnej do opisu stanowisk pracy i procesu oceny pracowników. Poza poprawną politycznie retoryką, Borrell nie wyróżnia się jako orędownik równości płci i intersekcjonalności. Politico cytowała ostatnio pracowników EEAS, opisujących zdominowaną przez mężczyzn kulturę pracy, w której kwestia równości płci nie jest traktowana przez kierownictwo poważnie i pozostawiona głównie kobietom.
Mężczyźni zajmują prawie 80 procent wyższych stanowisk i około 70 procent stanowisk średniego szczebla w EEAS.
Niedawna procedura ponownego mianowania na stanowisko głównego doradcy EEAS ds. równouprawnienia płci, kobiet, pokoju i bezpieczeństwa również była niepokojącym wyrazem postrzegania integracji przez kierownictwo EEAS, jako kwestii o o niewielkim znaczeniu Po zakończeniu kadencji pod koniec 2020 roku procedura mianowania następczyni rozpoczęła się dopiero po wielu skargach eurodeputowanych i społeczeństwa obywatelskiego. Dopiero w kwietniu 2021 roku holenderska dyplomatka Stella Ronner-Grubacic została mianowana doradczynią sekretarza generalnego ds. równouprawnienia płci i różnorodności, ale zmieniona nazwa tego stanowiska sugeruje, że urząd ten będzie miał nowe zadania, mniejsze znaczenie i ograniczone zasoby. Łączenie odpowiedzialności za ogólną różnorodność i równość płci nie wskazuje na skierowanie należytej uwagi i koniecznych środków na obie z tych kwestii.
Kolejnym problemem jest brak współpracy EEAS ze społeczeństwem obywatelskim. Wymownym tego przykładem może być wizyta Specjalnego Przedstawiciela UE ds. dialogu pomiędzy Belgradem a Pristiną, Miroslava Lajčáka w Kosowie w listopadzie 2020 roku, podczas której nie spotkał się on z przedstawicielkami żadnej z organizacji zajmujących się prawami kobiet. W odpowiedzi na krytykę stwierdził, że w rzeczywistości spotkał się z „kobietami z Kosowa”, co oznacza całkowity brak zrozumienia zagadnienia, o którym tu mowa. Są również doniesienia, że delegacje UE zlecają pracę związaną z GAP III, w tym konsultacje z przedstawicielkami społeczeństwa obywatelskiego, podmiotom zewnętrznym, co skutkuje ogromnym ograniczeniem zaangażowania w te procesy i kontaktu z niezależnymi ekspertami. Ponadto obnaża to brak kompetencji i zasobów, które umożliwiłyby prowadzenie tej pracy przez instytucje unijne.
Zielona feministyczna polityka zagraniczna: od koncepcji do praktyki
Zielona feministyczna polityka zagraniczna nie jest czymś, co wystarczy „odfajkować”. Aby była skuteczna, wymaga rzeczywistej zmiany systemowej wewnątrz Unii Europejskiej. Europejska polityka zagraniczna jest obecnie głównie kształtowana przez starszych, białych mężczyzn, którzy zazwyczaj tworzą polityki służące interesom innych starszych, białych mężczyzn. Jeżeli nie zmienimy oblicza polityki zagranicznej UE, pozostanie ono męskie, blade i znużone. Ale sama reprezentacja – podejście „dodaj kobiety/mniejszości i zamieszaj” (ang. “add-women/minorities-and-stir” approach) – nie przekłada się automatycznie na bardziej integracyjną i transformatywną politykę. Wdrożenie zielonej feministycznej polityki zagranicznej wymaga kompleksowego podejścia i progresywnego przywództwa, które bierze odpowiedzialność za wszystkie konieczne procesy. Ważne będą zmiany w kulturze instytucjonalnej UE – kampanie informacyjne, wytyczne i szkolenia mogą przyczynić się do zmiany nastawienia i sposobu myślenia.
Intersekcjonalność musi być naczelną zasadą feministycznej polityki zagranicznej UE.
Feministyczna polityka zagraniczna nie jest nową koncepcją i wielu ekspertów/ekspertek podkreślało konieczność podejścia międzysektorowego. Jednak przykłady feministycznej polityki zagranicznej, w tym w Szwecji, są często krytykowane ze względu na nie uwzględnianie w wystarczającym stopniu innych grup zmarginalizowanych, takich jak LGBTQI+ i ludzie dyskryminowani ze względu na rasę. Intersekcjonalność musi więc być naczelną zasadą feministycznej polityki zagranicznej UE. Musi to być poparte odpowiednimi środkami (dokumentami politycznymi, strategiami, planami działania, publicznymi oświadczeniami, przypisanymi zasobami), jak również wsparciem wszystkich krajów członkowskich UE.
Wziąwszy pod uwagę nasilający się w niektórych państwach członkowskich sprzeciw wobec równości płci i praw osób LGBTQI+, droga do takiej zmiany paradygmatu wydaje się być jeszcze daleka. Chociaż istnieje awangarda państw, które rozwijają feministyczną politykę zagraniczną, są również takie, dla których jest ona wciąż nie do pomyślenia. Podobny podział można zaobserwować pomiędzy konserwatywnymi/prawicowymi a liberalnymi/lewicowymi partiami w Parlamencie Europejskim, gdzie wprowadzenie progresywnego języka w odniesieniu do płci do jakiegokolwiek tekstu pozostaje wyzwaniem. Ale ponieważ UE opiera się na kompromisie i konsensusie, w wciąż ma szansę na pozycję lidera w tej kwestii.
Aby to osiągnąć, potrzebni są ludzie, którzy są wystarczająco odważni, by dążyć do zmian transformacyjnych, zamiast niewielkich reform tu i tam. Kiedy w 2014 roku szwedzka minister spraw zagranicznych, Margot Wallström po raz pierwszy ogłosiła feministyczną politykę zagraniczną jej państwa, została wyśmiana. Kilka lat później idea ta znalazła się w głównym nurcie, wzrasta świadomość jej znaczenia i podejmowane są coraz liczniejsze działania. Jeśli spojrzymy na Niemcy przed zbliżającymi się wyborami federalnymi we wrześniu 2021 roku, zobaczymy znaki dające nadzieję, ponieważ Zieloni popierają feministyczny rząd i feministyczna politykę zagraniczną (przeczytaj więcej na stronie: German Greens).
Zielona feministyczna polityka zagraniczna jest częścią szerszej debaty na temat godzenia fundamentalnych wartości UE z jej polityką zagraniczną. Równość jest zapisana traktatach unijnych. Wdrożenie zielonej feministycznej polityki zagranicznej mogłoby skutecznie wprowadzić tę wartość do praktyki polityki zagranicznej. UE musi zaprzestać traktowania praw i wartości, jako kwestii mało istotnych w polityce zagranicznej. Wyznaczyła sobie standard, w którym równość oraz uniwersalne prawa i możliwości znajdują się na przedzie i w centrum. Teraz powinna o to walczyć wszelkimi dostępnymi środkami.
Przypisy:
1. Intersekcjonalność – zjawisko krzyżowania się ze sobą, nakładania i zazębiania różnych kategorii społecznych, wzmacniających dyskryminację grup i jednostek, np. płci konstruowanej społecznie, etniczności, rasy, klasy, orientacji seksualnej, narodowości, wieku, religii, czy niepełnosprawności[1]. Analiza intersekcjonalna (teoria przecięć) została rozwinięta przede wszystkim w ramach feminizmu. (Wikipedia).
2. Stosowany przez USA zakaz dotowania z funduszy federalnych organizacji rozwojowych, które w jakikolwiek sposób działają na rzecz prawa kobiet do aborcji (z ang. „global gag rule”).
Artykuł pierwotnie ukazał się w Green European Journal. Angielska wersja dostępna jest tutaj: https://www.greeneuropeanjournal.eu/a-green-feminist-foreign-policy-for-the-eu/
Tłumaczenie: Jan Skoczylas
Fot. European Parliament