24 lutego świat obiegła wiadomość o pełnowymiarowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę. W szeregu miejsc na granicy z Rosją i Białorusią – jak również z okupowanych przez Rosję terytoriów – doszło do wtargnięcia sił lądowych. Trwają bombardowania celów wojskowych oraz centrów miast.
To najbardziej rażący akt agresji w Europie od czasów II wojny światowej – a także jawne pogwałcenie prawa międzynarodowego. Stanowi on potwierdzenie doniesień, które od końca zeszłego roku prezentowały zachodnie agencje wywiadowcze.
W obliczu obecnego kryzysu solidarność z Ukrainkami i Ukraińcami, stojącymi naprzeciw obcej inwazji, stanowić musi fundament naszej odpowiedzi.
Jedne z najmocniejszych słów, które padły na drodze do wybuchu tego konfliktu, wypowiedziane zostały po uznaniu przez Rosję separatystycznych regionów – Doniecka i Ługańska – które miało miejsce 20 lutego. Ambasador Kenii przy ONZ, Martin Kimani, w trakcie posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ostrzegł przed próbami kreślenia na nowo granic państwowych, opierających się na wstecznej, zasilanej „niebezpieczną nostalgią” wizji historii.
Jasno sprzeciwiając się „irredencie i ekspansji” wezwał on Rosję to poszanowania spójności terytorialnej Ukrainy. Ostrzegł też, że konsekwencjami prób opierania państwowości na „jednolitości etnicznej, rasowej czy religijnej” są jedynie dominacja i krwawe wojny.
Oświadczenie to stanowiło przekonujące przypomnienie o podstawowych wartościach, stojących za opartym na regułach ładzie międzynarodowym. Niezależnie od tego, jak dane państwo odczytuje swoją historię wojna nie może być tu odpowiedzią. Daje ono niepodważalne podstawy do stania po stronie Ukrainy oraz pokojowego, multilateralnego porządku.
W wypadku Europy odwołanie się do wspomnianych argumentów nie jest jednak wystarczające. Stanęła ona w obliczu konfliktu i pokazu twardej siły. Europejskie państwa zbyt długo usiłowały odstawić geopolitykę na boczny tor. Bieżące wydarzenia po raz kolejny pokazują, że świat wszedł w nową epokę geopolityczną. Nie wystarczy, by kontynent nauczył się mówić językiem mocy – musi nauczyć się działać. Jego odpowiedź na działania imperialistycznej, gotowej do wojny potęgi wytyczy jego przeszłe losy.
Bieżące wydarzenia po raz kolejny pokazują, że świat wszedł w nową epokę geopolityczną.
Punktem wyjścia musi być solidarność z Ukrainą – zdecydowane, wspólne działania, które przejawiać się będą w materialnym wsparciu. Ogłoszone jeszcze przed inwazją europejskie sankcje muszą być wzmacniane, uwzględniając tak system finansowy, jak i powiązania energetyczne. Efektem musi być jak największa presja na rosyjskie państwo i jego elity.
Solidarność musi oznaczać coś więcej niż tylko słowa. Unia Europejska musi być gotowa do wsparcia stojących dziś w obliczu inwazji mieszkanek i mieszkańców Ukrainy. Oznaczać to musi wszelkie możliwe wsparcie dla ukraińskiej obrony, szeroko zakrojone wsparcie humanitarne oraz gotowość do ugoszczenia uciekających przed wojną ludzi.
Europa musi odrobić tę lekcję. Europa musi się obudzić.
Już w przemówieniu Władimira Putina, które wygłosił w roku 2007 w trakcie Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, usłyszeliśmy o jego aspiracjach co do przywrócenia rosyjskiej potęgi do poziomów znanych z apogeum zimnej wojny. Od tego momentu Rosja stawała się coraz bardziej asertywna na arenie międzynarodowej.
Wkrótce po rozpoczęciu inwazji odważni demonstrujący w Rosji ryzykowali aresztem i prześladowaniami za protestowanie przeciwko działaniom niedemokratycznego, putinowskiego reżimu. Przypomina to nam o tym, że to nie zwykli ludzie rozpoczęli tę wojnę – zrobił to rządzący nimi kleptokrata.
Za słowami Putina poszły czyny. Europie trudno to zrozumieć. Kraje na wschodzie kontynentu nie miały tego typu wątpliwości. Sęk w tym, że priorytety elit i biznesu – od londyńskiego City po fabrykantów we Włoszech i Niemczech – często górowały nad obawami geopolitycznymi. Tak dalej być nie może. Zerwanie z takim podejściem wiązać się będzie z kosztami gospodarczymi i społecznymi. Europejscy liderzy muszą być gotowi do wytłumaczenia tego, dlaczego warto zapłacić tę cenę.
Priorytety elit i biznesu – od londyńskiego City po fabrykantów we Włoszech i Niemczech – często górowały nad obawami geopolitycznymi. Tak dalej być nie może.
Refleksji wymagają również inne kwestie. Skoro wróciliśmy do zimnej wojny, to jaka logika ma nią kierować? Rosja pozostaje potęgą jądrową – czy zatem wracamy do doktryny MAD, wzajemnie zagwarantowanego zniszczenia? Jeśli tak, to co oznaczać to ma dla szeregu krajów w przestrzeni postsowieckiej, których nie obejmuje ochronny parasol NATO? Europa nie ma dziś odpowiedzi na te trudne pytania z zakresu obronności. Nie oznacza to jednak, że może je zignorować.
Na inwazję na Ukrainę nie powinniśmy się patrzeć w oderwaniu od szerszego kontekstu. Europa otoczona jest dziś przez strefy konfliktu. Na nowo próbuje się kreślić granice na Kaukazie, Bliskim Wschodzie czy w Afryce Północnej. Rosną napięcia na Bałkanach, czego przykładem jest dziś potencjalna secesja Republiki Serbskiej z Bośni i Hercegowiny. Ciągnący się przez Sahel łuk niestabilności przecina kontynent afrykański. Rosja, Turcja i inni mniejsi gracze pokazują, że gotowi są działać metodą faktów dokonanych. W wielu tych miejscach Europa pozostaje jedynie biernym obserwatorem.
Wracając do dziejącego się na naszych oczach kryzysu w Ukrainie widać wyraźnie, że zagrożone są dziś zasady prawa międzynarodowego, suwerenności i wolności. Europa musi na to zagrożenie odpowiedzieć solidarnie i z pełną determinacją. Pilnie.
Artykuł „The Invasion of Ukraine is a Wake-up Call” ukazał się na łamach magazynu Green European Journal. Dziękujemy za zgodę na przedruk materiału.
Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek
Romantyczny poeta John Keats mówi o negatywnej zdolności, czyli zdolności do „bycia w niepewności”. „Negatywna” nie oznacza tutaj czegoś złego lub brakującego – to raczej sposób na ogarnięcie tajemnicy.
Oznacza to umiejętność powstrzymania się od definiowania i kategoryzowania, uczestnictwa w świecie przez zaniechanie nazywania wszystkiego, z czym się spotykamy. Jest to sposób na powstrzymanie się od chęci wyjaśnienia tego, czego nie rozumiemy. Dzięki takiej powściągliwości możemy pozostawać uważnymi, zamiast natychmiast racjonalizować lub wyciągać wnioski na temat rzeczy, których nie rozumiemy. Takie podejście łączy w sobie zarówno skromność, jak i odwagę. Skromność, bo w ten sposób przyznajemy, że czegoś nie rozumiemy. Odwagę, ponieważ nazywanie i oswajanie jest rzeczą ludzką, zanim jeszcze się czemuś dobrze przyjrzymy i powstrzymanie tego odruchu oznacza stanięcie twarzą w twarz z Nieoswojonym, strasznym, chaotycznym. Ale jest w tym coś jeszcze więcej. Keats uważa negatywną zdolność za sposób na zdobycie nowego wglądu – poprzez odmowę natychmiastowego rozpoznania wyłania się nowe znaczenie, nowy sens. Wiedza ludzka jest fragmentaryczna, lokalna, zasadniczo arbitralna – co nie znaczy, że jest nieistotna, nieważna. Przeciwnie, każde ziarno prawdy jest odbiciem czegoś ogromnego, jak pisze amerykańska pisarka Ursula Le Guin. Jeśli odważymy się kwestionować własne założenia, to chwila skupienia nad tym, czego nie rozumiemy może nas nauczyć czegoś prawdziwego lecz nowego.
Negatywna zdolność jest ważna nie tylko dla poetów i pisarzy, ale dla nas wszystkich, zjadaczy chleba – w tym dla pracowników i szefów. W miejscu pracy zmiana jest bardzo często groźna; nauczyliśmy się tego w ciągu ostatnich dziesięcioleci, gdy niemal wszelkie „programy reform” i „zarządzanie zmianą” oznaczały utratę poczucia sensu o narzucanie reguł, które pozostawiają niewiele miejsca na radość życia. (Radość życia w miejscu pracy? Dla zbyt wielu współczesnych ludzi to brzmi jak okrutny paradoks.) Nic dziwnego, że pracownicy obawiają się, że każda zmiana będzie na gorsze. Nic też dziwnego, że ludzie opierają się takiej zmianie, jeśli mogą, lub bezmyślnie zgadzają się na nią, widząc „brak alternatywy” i tracąc chęć do pracy, a bywa, że i do życia. Mówi się o pladze depresji, ale to nie jest tak, że człowiek jako gatunek nagle zrobił się bardziej depresyjny. Dziennikarz Johann Hari, który przeprowadził wywiady z duża ilością naukowców i ekspertów, wskazuje na wspólną przyczynę leżącą u podstaw intensyfikacji tego trendu – bezsensowna, wyalienowana praca, wyniszczająca morale i wyjaławiająca duszę.
Negatywna zdolność implikuje inne podejście do zmiany – żyć z nią i tolerować dwuznaczność i paradoks. Oczywiście nie sposób sobie na to pozwolić w wyalienowanym miejscy pracy, gdy ma się szefa socjopatę. Francuski filozof Ghislain Deslandes proponuje szefom alternatywę – styl zarządzania przesycony negatywną zdolnością i nazywa ją „słabym zarządzaniem”. Jest to podejście do zarządzania oparte na wrażliwości, szacunku dla ludzkiej kruchości i omylności, zwracaniu uwagi na słabe sygnały. Dla niego zarządzanie w ogóle polega na subtelności, szef powinien mieć „dobrą rękę”, być może wręcz „rękę delikatną”. W świecie zdominowanym przez wykluczającą humanizm strukturę własności jest to doprawdy rzadko spotykany styl. Jeden z ojców założycieli nowoczesnego zarządzania Henry Mintzberg nie widzi innego wyjścia niż rozbijanie wielkiej skonsolidowanej własności – powrót do firm rodzinnych, przejęcia pracownicze. Ta wizja obecnie stanowi radykalną alternatywę, ale jest zakorzeniona w starej mądrości, więc wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, jeśli stosowana na skalę masową, może otworzyć przed nami przyszłość, w której będzie się chciało żyć. Czekając na okazję by wspólnie to zrobić, ćwiczmy tymczasem negatywną zdolność. Wyrzekając się aspiracji do wszechmocy, szef staje się naprawdę zdolny do podejmowania odpowiedzialności. Z negatywnymi zdolnościami pracownicy mogą doświadczyć wątpliwości i trzymać się ich, bez konieczności natychmiastowego uciekania się do jednej z istniejących kategorii: konserwatysta, liberał, swój, imigrant. Pomoże to nam dogadać się, poczuć prawdziwą solidarność zamiast toczyć spory o tożsamość i brnąć we wrogie polaryzacje. To się przyda, gdy przyjdzie czas zaszywania – czy, by połączyć siły.
Próbujmy przez jakiś czas pozostać otwarci na świat, nawet w stanie obecnego horrendalnego nieładu, gdy jesteśmy świadkami brutalnej agresji na pokojowy kraj pełen ludzi takich samych, jak my. W czasach, gdy życiodajne środowisku naturalne naszej wspólnej planety z dnia na dzień ginie i nie wiadomo, jak to zastopować. Gdy cały świat ogarnięty jest pandemią zabierającą codziennie dziesiątki tysięcy ludzkich istnień. Od początku wybuchu – miliony zmarłych przedwcześnie osób.
Stan umysłu zwany negatywną zdolnością nawet w takich czasach może pomóc nam wątpić i poszukiwać, zamiast zadowalać się czymkolwiek – bo „może być gorzej”. Jak powiedzieli niedawno moi studenci – przyszłość to podstawowe prawo człowieka. Człowiek jako jedyna chyba istota posiada taką kategorię i jest ona dlań niezwykle ważna. Trzeba więc o nią dbać, dla naszych studentów, dla nas samych, dla przyszłych pokoleń (właśnie, tak). Musimy wymyślić ją na nowo pośród tego chaosu, co nie jest łatwe i wymaga nie byle jakiej odwagi myślenia i wyobraźni. Zamiast otępiać wrażliwość treściami, które są pozornie oczywiste i nieuniknione, musimy popatrzeć tam, gdzie da się znaleźć coś, co nas wszystkich uratuje. Pozostawanie w tym stanie umysłu jest działalnością zarówno prawdziwie wywrotową – bo umożliwia radykalne kwestionowanie powszechnie uznawanych prawd i założeń, na których są one budowane, jaki i pokojową – bo prowadzi do odpuszczenia bez stawiania siebie w pozycji moralnej wyższości. Nie czyni nas bezbronnymi, bo gdy pojawia się prawdziwe zagrożenie, bez fałszowania wrażeń racjonalizującymi tłumaczeniami, pojawia się impuls zdecydowanej i mocnej obrony. Zamiast gotowych etykiet, które ograniczają, otwórzmy się miłość, która jest bez granic.
Żona Lota
Czy z żalu, czy że zmęczenia –
to niegościnne miejsce,
przez tyle lat ogrzewała
swoją troskliwością –
więc nie z niedosytu.
Zatrzymała się.
Wiatr wiał prosto w oczy
więc nie widziała konturów,
tylko ogień i drganie powietrza.
Kiedy prawie pojęła
że może już przestać się starać,
lecz nie znalazła jeszcze
innego powodu. Ci ludzie, którzy
szli obok – i tamci, tam.
Wszyscy mieli swoje wytyczone drogi,
tylko ona ześlizgnęła się
pomiędzy.
Błogosławieni, którzy się wahają.
Jesteście solą Ziemi.
(Troyes, 2021)
Chcesz, aby dana firma przestała niszczyć środowisko? Wykup jej akcję i żądaj zmian jako akcjonariusz.
Aktywizm klimatyczny może przybierać wiele form: od artystycznych performance’ów po blokady ulic czy instytucji. W ostatnich latach coraz popularniejszy staje się także aktywizm akcjonariuszy (ang. shareholder activism).
Co może aktywista-akcjonariusz
Każdy, kto posiada przynajmniej jedną akcję danej spółki, może brać udział w walnych zgromadzeniach akcjonariuszy (WZA). Każdego roku odbywają się Zwyczajne Walne Zgromadzenia, podczas których zatwierdzane są dokumenty finansowe i sprawozdania zarządu za poprzedni rok. Są to najważniejsze z punktu widzenia organów spółki spotkania, cieszące się zainteresowaniem mediów i inwestorów.
Spółka może zwołać także Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie w celu głosowania nad pojedynczą lub całą serią uchwał, których przyjęcie wymaga zgody akcjonariuszy. Uchwały te mogą dotyczyć np. zmiany w statucie spółki, zmian we władzach spółki (np. w radzie nadzorczej), zmiany wynagrodzeń członków zarządu, emisji obligacji.
WZA dają szansę spotkania się z członkami zarządu i zadania im pytań związanych z polityką firmy. Umożliwiają też zapoznanie się z innymi akcjonariuszami i uświadomienie im, na co przeznaczane są ich fundusze.
Zadając precyzyjnie sformułowane pytania, aktywiści-akcjonariusze mogą skutecznie obnażyć niedociągnięcia firmy w zakresie ochrony środowiska i przeciwdziałania zmianom klimatu, stawiając ją w niekorzystnym świetle w oczach inwestorów i akcjonariuszy.
Presja ma sens – przykłady Generali i elektrowni Ostrołęka C
Aktywizm akcjonariuszy niejednokrotnie potwierdził swoją skuteczność. Wskutek nacisków aktywistów w 2018 r. Generali podjęło decyzję o zaprzestaniu ubezpieczania nowych kopalni i elektrowni węglowych, a także spółek, w których udział węgla w produkcji energii lub generowanych przychodach przekracza 30%.
Działania akcjonariuszy mniejszościowych były ważnym elementem kampanii organizacji prośrodowiskowych, która przyczyniła się do wstrzymania projektu budowy elektrowni węglowej Ostrołęka C. Aktywiści brali udział w WZA spółek Enea i Energa (odpowiedzialnych za projekt), a także potencjalnych kredytodawców czy ubezpieczycieli inwestycji. Na zgromadzeniach przedstawiali argumenty przeciwko budowie elektrowni, zwracając uwagę na zagrożenia finansowe i wizerunkowe.
Poza uczestnictwem w WZA, członkowie stowarzyszenia Pracowni na rzecz Wszystkich Istot oraz Fundacji Instrat opracowali raporty finansowe, które wykazały nieopłacalność projektu. Raporty te rozesłano spółkom i instytucjom, które planowały wesprzeć inwestycję. Część banków i reasekuratorów bezpośrednio odpowiedziała na apele aktywistów i poinformowała o zamiarze rezygnacji z projektu.
Jak zostać aktywistą-akcjonariuszem
- załóż rachunek inwestycyjny / konto maklerskie (możesz zrobić to online w swoim banku)
- przelej środki w wysokości ceny minimum jednej akcji plus prowizja (warto założyć nieco wyższą cenę akcji niż obecna)
- zleć kupno akcji (pamiętaj, że akcja może zostać nabyta tylko w godzinach otwarcia giełdy)
- zarejestruj się na WZA (w tym celu wystarczy zgłosić się do obsługi banku) – aby móc uczestniczyć w zgromadzeniu, akcja musi zostać zakupiona min. 16 dni wcześniej
- warto na bieżąco śledzić ogłoszenia spółek o planowanych WZA (w Polsce odbywają się zazwyczaj od marca do czerwca*)
Przed zgromadzeniem:
- ułóż bardzo precyzyjne pytania (możesz wysłać je do spółki przed WZA)
- poproś organizatorów o listę zarejestrowanych akcjonariuszy – dzięki temu możesz lepiej przygotować się do dyskusji
Cierpliwość popłaca
Klimatyczny aktywizm akcjonariuszy daje możliwość uczestniczenia w wydarzeniach, podczas których podejmowane są kluczowe decyzje dotyczące strategii spółek. Podczas zgromadzeń każdy akcjonariusz może zabrać głos. Nawet jeśli nie przekonamy zarządu spółki, nasze argumenty mogą dotrzeć do innych akcjonariuszy czy inwestorów. Trzeba uzbroić się w cierpliwość, jednak efekty mogą nas pozytywnie zaskoczyć.
*Najbliższe WZA będzie organizowane przez mBank i odbędzie się 31 marca o godz. 14:00 w siedzibie banku w Warszawie przy ul. Prostej 18.
Feminizm to przede wszystkim idea emancypacji, jednak często jest używany do promowania idei, które zamiast służyć wyzwoleniu, prowadzą do skostnienia struktur władzy i przemocy. Oto co trzeba zrozumieć, by feminizm mógł służyć emancypacji.
Feminizm nie jest kobietą. Przynależność do dyskryminowanej grupy sama w sobie nie jest ani cnotą, ani zaletą. Walka o prawa grupy dyskryminowanej, gdy jest się jej częścią, też nie jest sama w sobie społeczną cnotą, choć jest aktem odwagi cywilnej i niezbędnej do funkcjonowania w społeczeństwie godności. Z kolei walka o prawa takiej grupy, gdy nie jest się jej częścią, bywa chwalebne, ale bywa też przejawem besserwisserstwa, narcyzmu, a nawet patronizującego stosunku do tej grupy i zawłaszczenia jej doświadczeń i cierpień. Feminizm nie jest o kobietach. Jest o emancypacji, świadomości, wolności – rozumianej nie jako prawie do czy od, lecz jako ontologicznej niezależności od ustalonych z góry form. Patriarchat jest systemem władzy, ustalającym bardzo wiele ludzkich form z góry i w sposób przez stulecia przyjmowany jako oczywisty i „naturalny”.
Feminizm jest społecznym działaniem przeciwko patriarchatowi.
Feminizm nie jest mężczyzną. Rodzaj męski rzeczownika „feminizm” zaprasza do emancypacyjnego myślenia o języku, który wykracza poza formy dominacji i nieposłuszeństwa. Przypomina, że współistnieją w naszej mowie i myśli różne formy i niektóre z nich bywają bardziej otwarte na odczytania i użycia, niż wiele spośród naszych dominujących wyobrażeń. Język polski jest plastyczny i bogaty, rzeczywiście jest „giętki” i nie wtłacza wyobraźni w jednoznaczne tryby. Końcówka –izm sugeruje przynależność do kategorii mowy ideologicznej, czyli mającej związek z władzą – legitymizowania istniejącej lub walki o nową. Retoryka –izmów to sztuka przekonywania o tym, że przyszłość nieuchronnie wynika z pewnych form teraźniejszości. Ale istnieje też poetyka –izmów, mówiąca coś dokładnie odwrotnego – wspólna mowa jest poezją, ma rytm i moc wywoływania różnych obrazów, różnych przyszłości, otwierania nowych przestrzeni.
Feminizm jest o otwieraniu przestrzeni kobietom i temu, co w nas wszystkich kobiece. Dwie uczone, naukowczynie zajmujące się zarządzaniem, Maria Daskalaki i Marianna Fotaki, podkreślają, że feminizm polega na przeciwstawianiu się uciskowi kobiet z powodu tego, że są kobietami. Nie chodzi o celebrowanie kobiet uciskających innych ludzi równie skutecznie jak czynią to hegemoniczni mężczyźni. Feminizm inspiruje i daje energię do tego, by walczyć o równość wszystkich kobiet i ludzi. Nie chodzi o to, by pojedyncze kobiety odtwarzały męskie wzorce przywilejów i sprawowały władzę nad wszystkimi innymi. Feminizm nie cieszy się z tego, że Margaret Thatcher była premierem (czy też premierką) wielkiej Brytanii, że Ayn Rand była główną filozoficzną ideolożką dominującego od dziesięcioleci systemu neoliberalnego, że Alice Elisabeth Weidel była liderką AfD (Alternative für Deutschland), a Marine Le Pen jest przewodniczącą le Rassemblement National (dawniej Front National). Nie jest feminizmem bycie miliarderką, Françoise Bettencourt Meyers, MacKenzie Bezos ani Alice Walton to nie feministyczne ikony. Tak pojęty „feminizm” to zwykły kapitalizm tożsamościowy – zarządzanie zasobem, jakim jest marka „kobiecości”. W feminizmie nie chodzi o odwrócenie hierarchii, lecz o zakwestionowanie reguł strukturalnego braku dostępu i braku głosu w przestrzeni społecznej dla kobiet i wszystkiego, co kobiece w człowieku. W ostateczności ideałem przyświecającym nam, feministkom, jest zrobienie miejsca do tworzenia wspólnot demokratycznych, równych, prawdziwych.
Filozof i poeta Franco „Bifo” Berardi pisze, że różnicująca tożsamość to rezultat zamrożenia procesu identyfikacji, które to zamrożenie polega na redukowaniu złożoności do dających się przewidzieć wzorców, zdefiniowanych potrzebami psychologicznymi lub poglądami politycznymi. Ta moc definiowania człowieka poprzez z góry przyjęte wzory – to właśnie to, z czym feminizm walczy. Podporządkowanie tożsamościowym wzorom daje iluzoryczne poczucie przynależności do jakiejś wspólnej przeszłości, np. wyznaczonej przez genetykę albo wspólne historyczne doświadczenia. Ta wspólnota jest iluzoryczna, ponieważ nie daje energii do działania na rzecz wspólnych celów i musi być utrwalana przez wytyczanie i głośne definiowanie granic (np. ciągłe określanie, kto do niej nie należy).
Feminizm to wspólne patrzenie w możliwą przyszłość i znajdowanie tam tego, co nas łączy. Daje energię do działania na rzecz tego, co jeszcze nie jest spełnione, a więc – co społecznie (jeszcze) nie istnieje. Tworzy się w działaniu, więc deklaratywne ustalanie granic i definiowanie jej przy pomocy negacji, odrzucania tych, którzy do niej nie należą, nie jest koniecznie. Tak pojęty feminizm to nic innego jak solidarność. Solidarność łączy wspólną wizją przyszłości – łączy także osoby bardzo różne, bardzo odmienne. Na tym polega jego szczególna moc. Feminizm jest dynamiczny, żywy, falujący, jest jak poetyka, nie jak retoryka. Jest zmienny w czasie, jest ludzki – należy do nas, jest rodzaju ludzkiego i dotyczy tego, co w nas wszystkich kobiece. Zwraca uwagę na połączenia, z duszą – Animą, ze światem i z naturą – Gają.
Feminizm jest androgynką. Androgyniczność to część kondycji ludzkiej, nasza szczególna złożoność. To prawda o nas, ludziach, która jest w naszych czasach niemal wymazana z publicznej przestrzeni. Przez tysiące lat była jej częścią; jeszcze w latach 90. było na nią miejsce. Nie mieści się w dychotomii ani nie jest niebinarna. To po prostu nasza ludzka dynamika i specyfika: większość z nas, może wszyscy, jesteśmy i-i, nie albo-albo, nie dajemy się zredukować do chromosomów, mamy oprócz nich całą grę hormonów, które się zmieniają w trakcie życia człowieka.
Z socjologicznego punktu widzenia płeć jest konstruktem społecznym – role społeczne związane z płcią są w danym miejscu i czasie bardzo silnie zdefiniowane, ale nie są takie same pomiędzy kontekstami, nawet jeśli ich uczestnicy bardzo często tak uważają. Jeszcze silniej niż inne role społeczne, role płci są naturalizowane – ich definicja opiera się na założeniu, że są określone przez prawa boskie, naturalne, biologiczne. Prócz tego dochodzi jeszcze wiele innych dynamik, energii, pożądań, estetyk. Gdzieś po tej wielowymiarowej skali poruszamy się, my, ludzie, chyba większość z nas. Oczywiście, są osoby bardziej jednoznacznie binarne. Ale to żadna reguła. Nie chodzi tu o stan przejściowy, który należy skorygować. Nie potrzebuje operacji ani terapii farmakologicznej w większości przypadków. Potrzebuje dostrzeżenia, uznania, poszanowania. To, co patriarchat przemocą wyrzuca z nas po to, by „osiągnąć sukces”, to głównie – w gigantycznej i przeważającej mierze – nasze aspekty i energie kobiece. To prowadzi nie tylko do zubożenia i sztucznego ujednolicenia kondycji ludzkiej. To także logika wzmożenia energii i dynamik vtypu patriarchalnych nostalgii, retrotopijnych męskich frustracji przejawiających się przez mizoginię i przemocowe estetyki gwałtu i triumfu, pogardy dla nieliniowości, witalności postrzeganej jako chaotyczność, marginalizacji czułości, wrażliwości, niekonkurencyjnego stosunku do udziału w życiu społecznym.
Świat bez kobiet jest śmiertelną fantazją. Świat bez androgyniczności jest pozbawiony fantazji, sztuki, erotyki i poezji. Jest retorycznym więzieniem z góry narzuconych form.
Andrygyniczność to nie tylko współwystępowanie pierwiastka męskiego i żeńskiego, ale także efekt synergetyczny między nimi, atrakcyjność, erotyzm rozumiany nie tylko jako seksualność czy zdolność do genetycznej reprodukcji, ale jako siła tworzenia. Greckie bóstwo atrakcji i tworzenia, Eros, było androgynem, jednym z czterech przedwiecznych bóstw istniejących na początku dziejów, było też odpowiedzialne za połączenie niepołączalnych żywiołów ziemi i nieba. Nie tylko w starożytności androgyniczność odpowiada za energie łączące i twórcze. Również całkiem współcześnie badaczki zwracają uwagę na znaczenie androgynicznej energii, także w tak mało w oczach wielu osób poetycznej dziedziny życia, jaką jest zarządzanie. By wymienić tylko kilka przykładów: badania Alice Sargent, Carolyn Lynn Martin, Gary’ego Powella, Anthony’ego Butterfielda i innych pokazują, że androgyniczność w zarządzaniu pozwala na łączenie efektywności z rozwojem jednostkowym, otwiera nowe, interesujące drogi dla dojrzewania tak organizacji, jak człowieka. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety powinni uczyć się rozwijać w sobie pewne cechy, które dotąd mogą być tłumione, a które przypisywane są drugiej płci, by być bardziej wszechstronnymi, nowoczesnymi menedżerami. Androgyniczność w organizacjach pozwala na wytworzenie zgodności i budowania sojuszy niepolegających na kompromisach, ale na głębokich i niebanalnych synergiach. Odpowiedzialne i skuteczne przywództwo umie korzystać z władzy tak w „męski”, jak w „kobiecy” sposób, to jest zarówno poprzez stanowczość, jak przez budowanie przynależności i więzi.
Androgyniczność oznacza nie tylko stosowanie jednego i drugiego rodzaju władzy, lecz umie je łączyć i mieszać ze sobą, co potęguje potencjał przywódczy i otwiera drogę do rozwijania całego zakresu pożytecznych postaw i zachowań organizacyjnych. Co więcej, eliminuje to negatywne skutki dominacji tradycyjnego męskiego stylu zarządzania, czyli przede wszystkim niweluje poziom agresji. Wreszcie, androgyniczność wspierana w miejscu pracy zmniejsza poziom stresu, co ułatwia procesy uczenia się. Androgyniczność to nie jest miejsce na spektrum pomiędzy tym, co męskie, i tym, co kobiece. Androgyniczność jest syntezą, jest możliwością wystąpienia takich syntez w życiu społecznym i w życiu każdej jednostki ludzkiej.
Feminizm otwiera drzwi, za którymi istnieje przyszłość, w której jest miejsce na coś innego niż to, co dyktuje nam hegemoniczny patriarchat przy pomocy swoich coraz bardziej liniowych i zero-jedynkowych struktur i technologii. Przyszłość, w której jest miejsce na androgyniczność, poezję, twórczość, wrażliwość, współczucie, spontaniczność, współpracę, tożsamość rozumianą jako poszukiwanie, a nie jako definicja i marka, na fantazję, erotykę, odpowiedzialność, bezcelową zabawę, muzykę, rytm, popełnianie błędów, znajdowanie drogi, pożądanie, tęsknotę, czułość, marzenie, lenistwo, dobrą, sensowną pracę, przyjaźń, wierność, człowieczeństwo.
Jestem feministką, bo jestem człowiekiem. Po polsku człowiek to rodzaj męski. Po szwedzku człowiek, människa, to rodzaj żeński. Feminizm to przyszłość, w której możliwy jest rodzaj ludzki.
Premier i Minister Aktywów Państwowych dostali list¹ od organizacji ekologicznych, w którym czytamy, że premier Morawiecki i minister Sasin ponoszą odpowiedzialność za kryzys klimatyczny. W jaki sposób można to udowodnić? I czy odpowiedzialność prawna jest jedyną, która ciąży na mężach stanu?
“Odpowiedzialność” to ostatnio często używane słowo. Katastrofa klimatyczna czy pandemia Covid-19 sprawiły, że do odpowiedzialności chętnie się odwołujemy, przypisujemy ją komuś czy kogoś nią obciążamy. Sytuacja skłania do przeprowadzenia pogłębionej analizy tego pojęcia i kontekstów, w jakich jest używane, ponieważ jest to termin wieloznaczny, co szczególnie w dobie katastrofy klimatycznej może generować szereg nieporozumień. Zmiana klimatu pokazuje bowiem, że takie tradycyjne dla odpowiedzialności zagadnienia jak przyczynowość, sprawczość, granice administracyjne, państwowe itp. tracą na swej wyrazistości.
Czy można dzisiaj uznać, że np. odpowiedzialną za powodzie w Niemczech jest XIX wieczna Anglia? A jeżeli tak, to kogo możemy obwinić i jak uzyskać zadośćuczynienie? Okazuje się, że odpowiedzialność prawna to tylko część całego spektrum znaczeniowego słowa “odpowiedzialność”. Już po II wojnie światowej filozof i psychiatra Karl Jaspers, przysłuchując się procesom zbrodniarzy wojennych, dostrzegł, że odpowiedzialność jest fenomenem wielowymiarowym. Ma ona owszem wymiar formalny, polityczny i moralny, oprócz tego jest też jednak coś takiego jak odpowiedzialność metafizyczna. Nie trzeba być od razu filozofem, aby to zrozumieć. Odpowiedzialność tego rodzaju przejawia się w specyficznym uczuciu, które dociera do nas automatycznie, niezależnie czy tego chcemy czy nie. I nawet jeżeli tego rodzaju odpowiedzialność może sprawiać wrażenie nieskutecznej czy nawet ezoterycznej w naszym świecie ekspertyz czy raportów, wydaje się, że to właśnie ona leży u podstaw każdej innej odpowiedzialności. Co więcej, sądy zaczynają ją bardziej dopuszczać do głosu, o czym może świadczyć ostatni wyrok Trybunału Konstytucyjnego w Niemczech odnośnie praw przyszłych pokoleń.
Także w Polsce organizacje ekologiczne pozwały PGE GiEK i na sali sądowej będą domagać się odejścia koncernu od węgla najpóźniej do 2030 roku. Co jednak, kiedy sąd nie uzna PGE GiEK winnym? Czy będzie to oznaczać, że np. prezes koncernu nie jest odpowiedzialny? Na jakie zasady prawne czy konstytucyjne można się w takiej sytuacji powołać?
Odpowiedzieć swoim działaniem
„My tylko wykonywaliśmy rozkazy” – znamy te słowa zbrodniarzy wojennych, którzy chcąc uniknąć odpowiedzialności, twierdzili uparcie, że działali w granicach prawa. Dzisiaj politycy także mogą się tłumaczyć, że plany nowych elektrowni węglowych były zgodne na przykład z polityką energetyczną kraju, chociaż ta nie miała nic wspólnego z zaleceniami IPCC. Nie można co prawda porównywać zbrodni wojennych do budowy elektrowni węglowych, tym bardziej, że zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku część „sprawców” działała zza biurka. Kryzys klimatyczny wymyka się klasycznej odpowiedzialności. Nikt przecież nie spala węgla wyłącznie w celu podniesienia poziomu morza, nikt też osobiście nie emituje milionów ton CO2, to powodują skomplikowane instalacje, polityki itp.
Niemniej już po II wojnie światowej analiza pokazała, że odpowiedzialność ma także wymiar moralny, a nawet metafizyczny. Chodzi tu o sytuację, w której jako ludzie jesteśmy czasami konfrontowani z okolicznościami, które poprzez swą strukturę same niejako wzywają nas do określonego działania. To może być płacz (nawet obcego) dziecka, nędza człowieka proszącego o pomoc czy o udzielenie pierwszej pomocy – ale nie tylko. Okazuje się, że są ludzie, którzy w podobny sposób reagują też na terminy abstrakcyjne jak “dzieje” czy “ludzkość” albo “przyszłe pokolenia”. Znamy z historii osoby, swego rodzaju jednostki wybitne, które zadecydowały o przebiegu dziejów ponieważ wykonały pewne gesty czy podjęły określone decyzje, do których nikt ich nie zmuszał. Po prostu sami uznali, że inaczej nie można, a ponadto byli też w stanie przekonać innych, że jest to niezbędne. Rozważania te sprawiają wrażenie ciekawych szczególnie w czasie kryzysu pandemii czy katastrofy klimatycznej, ponieważ także i tu na arenie świata można mówić o jednostkach, które wykazały się swego rodzaju odwagą, poczuciem troski, nie tylko w stosunku do konkretnych ludzi, lecz także wobec świata w którym żyjemy.
Odpowiedzialność i przezorność
Odpowiedzialność metafizyczna jest swego rodzaju uczuciem, a gdyby można było je do czegoś porównać – jest to coś, co przypomina troskę i lęk. Moralnie odpowiadamy przed sobą, w ciszy swojego sumienia, natomiast w przypadku odpowiedzialności metafizycznej motywować mogą nas niejako od zewnątrz takie wartości jak życie na naszej planecie, dobro państwa czy ojczyzny, przetrwanie ludzkości, troska o przyszłe pokolenia. I nawet jeżeli na pierwszy rzut oka wydaje się, że tak subiektywne, czy nawet mistyczne uczucie, jak właśnie owo poczucie odpowiedzialności nie ma zastosowania w polityce, jest pewna zasada etyczna, a nawet prawna, która zdradza mocne pokrewieństwo właśnie z odpowiedzialnością metafizyczną. To zasada przezorności, obecna w naszej Konstytucji i w prawie unijnym, którą można powiązać nie tylko z moralnością jako taką, lecz także racjonalnością. Jak się okazuje, zasada ta opiera się na subiektywnym odczuciu, zarazem jednak jest powszechnie akceptowana – dotyczy bowiem interesów niezależnych od przynależności kulturowej czy czasu, w którym żyjemy. A do nich należy bezpieczeństwo fizyczne i epidemiczne – oba zagrożone obecnie w wyniku zmian klimatu i w wyniku wybuchu pandemii.
Prewencja jako zasada moralna doby kryzysu
Zasada przezorności² obecna jest w systemach moralnych czy prawnych, a także, jak wspomniałam, w polskiej Konstytucji. Zaryzykuję postawienie tezy, że przysięga Hipokratesa, która nakazuje „nie szkodzić”, jest siostrą tej zasady. Zasada przezorności jest czymś na pograniczu racjonalności i emocjonalności, zakłada umiejętność wybiegania myślą do przodu, a także kierowanie się czymś dostępnym tak bezpośrednio jak uczucie strachu czy lęku. Podam przykład. Za nieracjonalne, nie zaś tylko za niemoralne, uważaliśmy nieprzemyślane luzowanie obostrzeń przed drugą falą zakażeń w Polsce latem 2020 r., w momencie, w którym należało jednak zachować czujność (którą w tym kontekście rozumiem jako prewencję). Po raporcie IPCC możemy zapytać, jak można pogodzić spalanie węgla w Polsce po 2030 r. właśnie z racjonalnością. Koszty, jakie np. Republika Federalna będzie musiała ponieść w wyniku strat, jakie wywołała powódź w 2021 r., idą w dziesiątki miliardów euro, a najnowszy raport pokazuje wprost, że dalsze spalanie węgla będzie te koszty i straty – w tym straty w ludziach – tylko zwiększać..
Odpowiedzialność metafizyczna, nawet jeżeli uznamy ją za ezoteryczną, właśnie dzięki lękowi czy poczuciu obciążenia, jakie wywołuje, może się okazać najlepszym kierunkowskazem dla polityków. Odpowiedzialność będzie się zatem wiązać z prewencją. Jak wskazuje etymologia tego ostatniego słowa, po łacinie oznacza ono wyprzedzanie działań (łac. praeventio − zapobieganie), a znaczenie to może się też pokrywać z terminem “profilaktyka” (grec. profhylaktikos − zapobiegawczy). “Prewencja” to rzeczownik, ale utworzony od czasownika – praevenio, -ire, veni, ventum (prae – venio) – uprzedzać, iść przed. Innymi słowy, prewencja, profilaktyka czy przezorność to umiejętność przybywania na miejsce przed faktem, co wiąże się nie z szybkością czy mobilnością, lecz raczej z uprzedzeniem wypadków i zrobieniem wszystkiego, aby zapobiec negatywnym następstwom.
Przezorność w polskiej konstytucji
Zasada przezorności jest szeroko akceptowana i znalazła już miejsce w naszym prawodawstwie. W artykule 74 Konstytucji Rzeczpospolitej Polski czytamy: „Władze publiczne prowadzą politykę zapewniającą bezpieczeństwo ekologiczne współczesnemu i przyszłym pokoleniom”. Znajduje to wyraz w zapisanym również w Konstytucji prawie ochrony środowiska (art. 6 ust. 2), które stwierdza: „Kto podejmuje działalność, której negatywne oddziaływanie na środowisko nie jest jeszcze w pełni rozpoznane, jest obowiązany, kierując się przezornością, podjąć wszelkie możliwe środki zapobiegawcze.” Takie zasady często krytykują zwolennicy wolności gospodarczej czy wzrostu opartego na PKB. Problem polega na tym, i jest to oparte na danych empirycznych, że niestosowanie się do zasady przezorności skutkuje często spektakularnym upadkiem. Stosowanie jej natomiast nie stoi w sprzeczności z rozwojem gospodarczym, lecz pozwala na rozwój trwały i zrównoważony.
Okazuje się, że przezorność i odpowiedzialność pojęte jako troska są szeroko akceptowanymi nie tylko normami czy wartościami, lecz także kompetencjami. Teraz, w trakcie pandemii poznaliśmy wiele mądrych i odważnych osób; często byli to zwykli ludzie, którzy potrafili zarówno kierować się zasadą prewencji, jak również reagować na potrzeby innych bez względu na to, czy im ktoś kazał, czy nie. W wielu językach słowo “odpowiedzialność” wiąże się z określeniami “ciężar”, “brzemię”, “zadanie”, “przejmowanie odpowiedzialności”, co wskazuje, że nie jest to ani uczucie przyjemne, ani zawsze chciane, a zarazem, że jest na tyle silne, że wyzwala pewne odpowiedzi czy reakcje. Odpowiedzialność w obliczu niepewności jest rozumiana nie jako troska o polepszenie obecnego status quo, lecz w pierwszej kolejności jako zapobieganie możliwym niebezpieczeństwom. Jak się okazuje, może nas nie interesować system etyczny, którym to zagadnieniem zajmują się filozofowie, ale i tak jesteśmy w stanie zrozumieć uczucie odpowiedzialności, które towarzyszy dziś z uwagi na wciąż trwającą pandemię wielu osobom, nawet jeżeli się nad nim nie zastanawiały. Było to być może poczucie istnienia czegoś takiego jak nasz ludzki świat, jak pewna solidarność międzyludzka, która właśnie za pośrednictwem tego uczucia domagała się od nas konkretnego działania. I nawet jeżeli sądy czy administracja nie potrafiły w wielu sytuacjach przypisać konkretnym ludziom czy też instytucjom odpowiedzialności prawnej, wiele osób wcale jej nie potrzebowało, aby postępować w określony sposób. Kierowali się ci ludzie także pewnym poczuciem, że inaczej postąpić nie mogą. Słabość tego uczucia w skali populacji pokazała jednak, że należy je wzmacniać, konkretnie – wzmacniać prawnie.
Moralność często sama nie potrafi się obronić i wtedy potrzebuje prawa. Poczucie odpowiedzialności pokazuje jednak, że jest w nas coś, co sprawia, że jako ludzie jesteśmy zdolni nie tylko do rzeczy strasznych, lecz także do najlepszych na świecie – i że nikt nie musi nas do tego zmuszać.
Przypisy:
1. https://publicystyka.ngo.pl/organizacje-pozarzadowe-pisza-list-w-spraie-turowa-raport-ipcc-nie-pozostawia-watpliwosci
2. Zasada przezorności (precautionary principle) stanowi normę działania w sferze publicznej. Sugeruje ona, że jeżeli pewne działanie, np. wprowadzenie nowych technologii, może przyczynić się do negatywnych następstw dla szerokiej grupy osób bądź dla środowiska, powinno się zaniechać tego działania. W prawie unijnym (UE) zasadę tę uznano za obowiązującą.
Światowa produkcja mięsa cały czas rośnie. Szacuje się, że do 2029 roku zwiększy się o kolejne 40 milionów ton, osiągając poziom 366 milionów ton rocznie.
Ten trend zauważalny jest także w Polsce, która w ostatnich 20 latach stała się jednym z największych producentów mięsa w Europie. Dziś w UE zajmuje pierwsze miejsce w produkcji mięsa drobiowego oraz odpowiednio czwarte i siódme miejsce pod względem produkcji wieprzowiny i wołowiny. W ostatnich dwóch dekadach produkcja tych trzech podstawowych rodzajów żywca w Polsce wzrosła o 75%. To niektóre z danych przedstawianych w „Atlasie Mięsa 2022” wydanym przez Fundację im. Heinricha Bölla w Warszawie we współpracy z Instytutem na rzecz Ekorozwoju.
Jednym z głównych problemów produkcji zwierzęcej w Europie i w Polsce jest jej postępująca koncentracja, która prowadzi do problemów ekologicznych, takich jak zanieczyszczenie wód azotem i fosforem, emisji gazów cieplarnianych i problemów z dobrostanem zwierząt. Wiążę się ona także z większym ryzykiem występowania epidemii chorób zwierzęcych. Na postępującej koncentracji rolnictwa tracą również mniejsze gospodarstwa rolne stanowiące w Polsce większość, które nie są w stanie dotrzymać kroku gospodarstwom z intensywną produkcją. Prowadzi to do zmniejszania się liczby gospodarstw i wyludniania obszarów wiejskich.
Emisje z chowu zwierząt stanowią globalnie około 57% emisji gazów cieplarnianych w sektorze spożywczym, mimo że zwierzęta hodowlane dostarczają zaledwie 18% kalorii i 37% białka dla światowej populacji ludzi. Autorzy i autorki Atlasu uważają, że uprawa roślin paszowych oraz produkcja zwierzęca powinny podlegać zmianom przyczyniającym się do redukcji emisji gazów cieplarnianych. Wymaga to jednak odejścia od przemysłowych technik uprawy, chowu i hodowli, a także postawienia na lokalność produkcji oraz skrócenia łańcuchów dostaw. Bardzo ważna w tym aspekcie będzie także zmiana zwyczajów konsumenckich, polegająca m.in. na zmniejszaniu spożycia żywności pochodzenia zwierzęcego.
Globalne firmy mięsne odgrywają kluczową rolę w kształtowaniu sposobu produkcji, transportu i obrotu mięsem oraz paszami. 10 największych przedsiębiorstw sektora mięsnego ma swoje siedziby w zaledwie czterech krajach: Brazylii, USA, Chinach i Japonii oraz w UE. Dominują one jednak na rynkach świata i są obecne we wszystkich głównych regionach produkujących mięso – także w Europie. Przedsiębiorstwa te odpowiadają za produkcję przemysłową i ubój ogromnej liczby zwierząt. Silna pozycja rynkowa umożliwia firmom narzucanie niskich cen, a czasami zmuszanie rolniczek oraz rolników do sprzedaży poniżej kosztów produkcji, z powodu czego muszą oni utrzymywać dużą liczbę zwierząt.
Przemysłowy system produkcji żywności powoduje pogłębianie się kryzysu klimatycznego i ekologicznego, ma również wysokie koszty społeczne. – Głęboką zmianę systemu możemy wyobrazić sobie dzięki koncepcji agroekologii, pojmowanej w duchu suwerenności żywnościowej. Oznacza to produkcję rolną w granicach, jakie wyznaczają środowisko i klimat, dostęp do wysokiej jakości, lokalnie produkowanej żywności, poszanowanie prawa społeczności rolniczych, a także uniezależnienie systemu produkcji żywności od interesów korporacji – podkreśla Joanna Maria Stolarek, dyrektorka Fundacji im. Heinricha Bölla w Warszawie.
Młoda Polska Wegetariańska
Wzrost produkcji mięsa spowodowany jest światowym wzrostem jego spożycia. W ciągu ostatnich 20 lat światowa konsumpcja mięsa zwiększyła się ponad dwukrotnie, sięgając 320 mln ton w 2018 r. W większości krajów w Europie spożycie mięsa od dziesięcioleci pozostawało na wysokim i w miarę stałym poziomie. W 2021 r. w Polsce średnie spożycie mięsa wynosiło 79 kg rocznie.
Obserwuje się jednak zmianę diety i postaw wobec konsumpcji mięsa młodego pokolenia Polek i Polaków. Wyniki przedstawionego w Atlasie reprezentatywnego badania osób w wieku 15-29 lat, pokazują, że najbardziej zauważalnym w tej grupie wiekowej trendem w stosunku do mięsa jest ograniczanie jego spożywania. 44% z nich zmniejsza ilość spożywanego mięsa, w tym 8% mówi, że obecnie jest na diecie bezmięsnej – wegetariańskiej lub wegańskiej. W grupie osób w wieku 18–24 lat dietę całkowicie bezmięsną deklaruje już 10%. Co trzecia ankietowana osoba uważa, że hodowla zwierząt powinna zostać ograniczona ze względu na jej skutki dla środowiska i klimatu. Prawie 25% zgadza się z twierdzeniem, że powinniśmy całkowicie zrezygnować z hodowli zwierząt za wyjątkiem potrzebnego środowisku naturalnemu wypasu krów i owiec. Natomiast niespełna połowa młodych respondentów i respondentek uważa, że w przyszłości hodowla zwierząt powinna odbywać się wyłącznie z zachowaniem praw zwierząt, nawet jeśli wpłynie to na wzrost cen mięsa.
Zmiana metod produkcji potrzebna dla klimatu
Kwestia produkcji mięsa jest ściśle powiązana z pytaniem o ochronę klimatu. Chów zwierząt bezpośrednio i pośrednio odpowiada za większość emisji z rolnictwa. Emisje z chowu zwierząt stanowią globalnie 56–58% emisji gazów cieplarnianych w sektorze spożywczym, mimo że zwierzęta hodowlane dostarczają zaledwie 18% kalorii i 37% białka dla światowej populacji ludzi.
Polskie rolnictwo odpowiedzialne jest za około 8 % krajowej emisji gazów cieplarnianych. W 2017 r. w Polsce emisja z fermentacji w układach trawiennych przeżuwaczy (takich jak krowy) stanowiła ponad 40%, a z gospodarki odchodami zwierzęcymi ok. 12,5% emisji z produkcji rolnej, łącznie 52,5%. Uprawa, przede wszystkim nawożenie azotem, odpowiedzialna jest za emisję podtlenku azotu – gazu cieplarnianego o potencjale ocieplenia większym 290 razy od CO2. Udział tego źródła w emisji z rolnictwa wynosi ponad 44%, przy czym trzeba mieć świadomość, że znaczna część upraw prowadzona jest na potrzeby produkcji paszy dla zwierząt hodowlanych.
– Uprawa roślin paszowych oraz produkcja zwierzęca powinny podlegać zmianom przyczyniającym się do redukcji emisji gazów cieplarnianych. Wymaga to jednak odejścia od przemysłowych technik uprawy, chowu i hodowli, a także postawienia na lokalność produkcji oraz skrócenia łańcuchów dostaw. Redukcja emisji gazów cieplarnianych w produkcji rolniczej nie jest jednak łatwa, gdyż ma charakter procesowy. Osiągnięcie neutralności klimatycznej wymaga więc stopniowej redukcji pogłowia zwierząt, jak i znaczących zmian dotychczasowych metod chowu i hodowli – tłumaczy dr hab. inż. Zbigniew Karaczun, profesor SGGW, ekspert Koalicji Klimatycznej, jeden ze współautorów Atlasu.
Jednak w kontekście ograniczania emisji gazów, odpowiedzialność leży w dużej mierze po stronie korporacji, nie rolników produkujących na niewielką skalę. Pięć największych koncernów mięsno-mlecznych na świecie generuje więcej emisji rocznie niż największe koncerny naftowe. 20 największych firm hodowlanych na świecie jest odpowiedzialnych za więcej emisji gazów cieplarnianych niż Niemcy, Wielka Brytania czy Francja razem wzięte.
Kluczowa zmiana polityczna
Powodzenie transformacji obecnego systemu produkcji i konsumpcji mięsa zależy także od polityki, ale nie tylko krajowej. Decydujące znaczenie mają regulacje na poziomie UE, a także międzynarodowa polityka handlowa. Globalizacja i liberalizacja handlu przyczyniają się do globalnego wzrostu produkcji zwierzęcej.
– Pomimo wiedzy o tym, jak produkcja, dystrybucja i konsumpcja mięsa w UE oddziałuje na klimat i środowisko, decydenci polityczni nie podjęli konsekwentnych działań politycznych w celu zmiany systemu żywności i rolnictwa. Ani WPR, ani strategia „Od pola do stołu” nie oferują wystarczających rozwiązań problemów przemysłowego chowu zwierząt. Dużą część budżetu WPR dalej przeznacza się na ryczałtowe dopłaty do gruntów, a w wielu państwach członkowskich także na płatności związane z wielkością produkcji zwierzęcej – mówi Justyna Zwolińska, koordynatorka ds. rzecznictwa w Koalicji Żywa Ziemia, jedna z autorek Atlasu.
Scenariusz transformacji produkcji zwierzęcej w Polsce powinien uwzględniać aspekty ochrony środowiska i klimatu, poprawy zdrowia publicznego (czyste środowisko i wysoka jakość żywności), poprawy jakości życia na obszarach wiejskich, humanitarnego traktowania zwierząt i ochrony interesu ekonomicznego producentek i producentów.
– Stworzenie modelu produkcji zwierzęcej w Polsce, który zrównoważy potrzeby ekonomiczne, społeczne i środowiskowo-klimatyczne, wymaga opracowania długoterminowej strategii transformacji produkcji zwierzęcej w oparciu o podnoszenie dobrostanu zwierząt gospodarskich (DZG). Jednak, by taką strategię wdrożyć, potrzebna jest także wola polityczna – podsumowuje Justyna Zwolińska.
O Atlasie:
Atlas Mięsa to zbiór aktualnych danych i faktów dotyczących konsumpcji, produkcji, przetwórstwa i handlu mięsem. Publikacja wyjaśnia problematyczny charakter hodowli zwierząt gospodarskich i wskazuje jej społeczne, etyczne i środowiskowe konsekwencje.
Atlas Mięsa 2022 jest do pobrania pod adresem: https://pl.boell.org/pl/publikacje
Źródło: Fundacja im. Heinricha Bölla w Warszawie.
Branża węglowa nie mogłaby istnieć bez wsparcia finansowego dużych korporacji. Raport organizacji pozarządowych ujawnił, że od 2019 r. aż 1,5 bln dolarów przeznaczono na rzecz projektów węglowych z funduszy banków komercyjnych. Za 80% całego finansowania i inwestycji w węgiel odpowiadają instytucje finansowe z jedynie 6 krajów: USA, Chin, Japonii, Indii, Kanady i Wielkiej Brytanii.
Które instytucje finansują, a które inwestują w przemysł węglowy? Na to pytanie odpowiada raport współtworzony przez Urgewald, Reclaim Finance, 350.org Japan oraz 25 innych organizacji pozarządowych. Badania organizacji ujawniły, które instytucje finansowe i inwestujące kryją się za firmami z Globalnej Listy Rezygnacji z Węgla — GLRW (ang. „Global Coal Exit List”).
GLRW to lista 1032 firm związanych z wydobyciem węgla, handlem, eksploatacją elektrowni oraz wszelką inną działalnością dotyczącą tej kopaliny.
Jak wykazują dane z raportu, od stycznia 2019 r. do listopada 2021 r. na rzecz przemysłu węglowego banki komercyjne przeznaczyły ponad 1,5 bln dolarów.
Przedmiotem badań była również ekspozycja inwestorów instytucjonalnych na branżę węglową, biorąc pod uwagę ich udziały w akcjach i obligacjach na listopad 2021.
— W sumie zidentyfikowaliśmy inwestycje instytucjonalne w przemysł węglowy o wartości ponad 1,2 bln dolarów — mówi Yann Louvel, analityk polityczny w Reclaim Finance.
Skąd pochodzą kredyty dla spółek węglowych?
Między styczniem 2019 a listopadem 2021 branża węglowa uzyskała kredyty od 376 banków komercyjnych o łącznej wartości 363 mld dolarów. 48% wszystkich kredytów zostało przyznanych przez zaledwie 12 banków. W pierwszej piątce znalazły się 3 banki japońskie: Mizuho Financial, Mitsubishi UFJ Financial, SMBC Group, brytyjski Barclays oraz amerykański Citigroup. Jak na ironię, powyższe banki oraz 5 innych spośród „parszywej dwunastki” należy do sojuszu Net Zero Banking Alliance (sojuszu banków na rzecz ograniczenia emisji do zero netto).
Kto obsługuje i udziela gwarancji emisji papierów wartościowych?
Od 2019 r. na gwarantowanie emisji akcji i obligacji spółek węglowych z GLRW 484 banki komercyjne przeznaczyły 1,2 bln dolarów. Jedynie 12 banków odpowiadało za aż 39% funduszy na tej cel. W tej kategorii prym wiodą chińskie banki. W pierwszej trójce mamy: Industrial Commercial Bank of China, China International Trust and Investment Corporation oraz Shanghai Pudong Development Bank. Jedynym bankiem spoza Chin jest amerykański JPMorgan Chase. Chociaż bank ten jest członkiem Net Zero Banking Alliance, zajął 7. miejsce w niechlubnym rankingu największych kredytodawców dla firm z GLRW oraz obsługuje takich klimatycznych winowajców jak: China Huaneng, Eskom, American Electric Power czy Adani.
Kto wciąż inwestuje w spółki węglowe?
Poza bankami, istotni są także inwestorzy, którzy nabywają papiery wartościowe spółek węglowych. Raport ujawnia ponad 4900 inwestorów instytucjonalnych mających w branży węglowej łączne udziały o wartości ponad 1,2 bln dolarów. 46% tej wartości należy do zaledwie 24 podmiotów. W tej kategorii wybijają się firmy amerykańskie. Na czele są BlackRock i Vanguard, z udziałami o wartości odpowiednio 109 mld dolarów i 101 mld dolarów. Tuż za nimi są również amerykańskie Capital Group i State Street oraz japoński Rządowy Emerytalny Fundusz Inwestycyjny.
Ponad 469 mld dolarów zainwestowano w firmy rozwijające nowe projekty węglowe, z czego najwięcej, bo ponad 34 mld dolarów pochodziło od BlackRock. Inwestycje, które wsparł BlackRock, mają rozrosnąć się o ponad 200 GW nowych mocy węglowych, co jest równowarte z łączną mocą elektrowni węglowych w Polsce, Rosji, Niemczech, Japonii oraz Indonezji.
Tak jak w przypadku banków, również inwestorzy pochodzący jedynie z 6 państw odpowiadają za ponad 80% wszystkich inwestycji. Ich zestaw jest niezmienny, różni się jedynie kolejność: USA, Japonia, Indie, Kanada, Wielka Brytania i Chiny. W tej dziedzinie USA zdecydowanie wybija się na prowadzenie: amerykańscy inwestorzy, posiadający akcje i obligacje o łącznej wartości 688 mld dolarów, odpowiadają za niemal 56% inwestycji instytucjonalnych w branżę węglową na świecie.
Jak wygląda finansowanie węgla w Polsce?
Polskim spółkom z branży węglowej przyznano kredyty o łącznej wartości ponad 2,5 mld dolarów. Większość środków przyznana została przez banki zagraniczne. Z kolei polskie banki udzieliły przemysłowi węglowemu kredytów o łącznej wysokości ponad 400 mln dolarów oraz obsłużyły emisje obligacji o wartości 694 mln dolarów. Najwięcej środków w formie kredytów otrzymał Tauron – ponad 1,8 mld dolarów, natomiast największej emisji obligacji dokonało PGE – o wartości ponad 360 mln dolarów.
Warto jednak podkreślić, że większość inwestycji i wsparcia finansowego miała miejsce w 2019 r. W kolejnych latach tych operacji było znacznie mniej.
— Polityki kredytowe instytucji finansowych wymagają zaostrzenia i dostosowania do naukowo określonych ścieżek odejścia od paliw kopalnych. Po wyjątkowym pod względem wysokości finansowania udzielonego polskiej energetyce węglowej roku 2019, w ostatnich dwóch latach było mniej kredytów i emisji obligacji. I mimo że banki nie chcą wspierać powstawania nowych projektów węglowych, niestety wciąż nie podchodzą one równie restrykcyjnie do finansowania klientów z sektora energetycznego — firm, które produkują prąd z węgla i nie śpieszą się ze zmianami źródeł energii — komentuje Jan Chudzyński, analityk Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”.
Podsumowanie
Raport organizacji pozarządowych wskazuje dużą centralizację instytucji finansowych wspierających przemysł węglowy. Zaledwie 6 krajów utrzymuje ten rynek w aż 80%. 48% łącznej wartości kredytów pochodziło od 12 banków. Za 46% inwestycji instytucjonalnych w przemysł węglowy odpowiada jedynie 24 inwestorów.
— Te instytucje finansowe muszą znaleźć się pod ostrzałem ze wszystkich stron: organizacji, społeczeństwa obywatelskiego, nadzorców finansowych, klientów i postępowych inwestorów — mówi Katrin Ganswindt, szefowa działu badań finansowych w Urgewald. — Jeśli nie położymy kresu finansowaniu węgla, to on wykończy nas.
Informacje o wszystkich instytucjach finansowych objętych badaniem oraz szczegółową metodologię można znaleźć na stronie: https://coalexit.org/finance-data
Lasy pokrywają około 30% naszego kraju. To nie jest bardzo dużo, biorąc pod uwagę fakt, że są one domyślną formą szaty roślinnej w naszej strefie klimatycznej.
Żeby rosły, wystarczy ich nie niszczyć. Pewnie co jakiś czas udaje Wam się minąć jakiś las, kiedy wyjeżdżacie z miasta. Być może nawet byliście w nim na jagodach w sezonie letnim albo na grzybach jesienią. Może jakiś rośnie wokół jeziora, nad które jeździliście w wakacje, a może jest jakiś “Wasz” las, z którym wiążą się jakieś dobre wspomnienia? Gdybyśmy mogli odpowiadać na te pytania twierdząco, można by było pomyśleć, że żyjemy w świetnej relacji z naturą. Ale to tylko pozory – jeśli spojrzymy na lasy z szerszej perspektywy, zauważymy kilka sporej wagi problemów.
Po pierwsze – to, co na pierwszy rzut oka uznać można za las, może być skrajnie odmiennym obrazem lasu. Z jednej strony, mogą to być na przykład posadzone w równych odstępach sosny, czyli plantacje drzew jednego gatunku, których wielkie połacie sadzi się jednocześnie, przez co wszystkie wyglądają jak seryjnie produkowane w leśnej fabryce. Takie lasy odpowiadają na potrzeby przemysłu drzewnego, ale nie wypełniają swojego zadania przyrodniczego polegającego na magazynowaniu wody czy pochłanianiu węgla. Młode drzewa pełnią tę funkcję tylko w niewielkim zakresie. Są to lasy, chociaż bardziej przypominają pola uprawne, nad którymi człowiek ma pełną kontrolę – od decyzji o gatunku drzewa, które zostanie zasadzone, po decyzję, kiedy drzewo zostanie ścięte i wyjedzie z lasu jako stos drewnianych kłód.
Z drugiej strony, mamy też w Polsce dzikie ostoje różnorodności, w których drzewa różnych gatunków i w różnym wieku tworzą siedliska dla rzadkich już dzisiaj mchów, porostów, roślin czy owadów. Od lat trwają tam nienaruszone naturalne procesy, dzięki którym puszcze mogą się zapuszczać. Takich ekosystemów leśnych jest zdecydowanie mniej – szacuje się, że zajmują około 15 procent powierzchni kraju. Nie są jednak doceniane, a w niektórych miejscach traktowane są dokładnie tak jak plantacje monokultur – zasadzone jednogatunkowe lasy. Wycina się je, zapominając, że rosły w tych lasach dużo wcześniej, niż zlecający tę wycinkę wysoko postawiony pracownik Lasów Państwowych zdążył się urodzić, a nawet niż powstała ta instytucja, która obecnie zarządza zdecydowaną większością naszych lasów. Są ścinane, a jednocześnie ścinający i ich zleceniodawcy ignorują toczące się tam życie – na przykład okres lęgowy ptaków, czyli czas, w którym zakładają one w koronach drzew gniazda, składają jaja i oczekują potomstwa. Prace leśne prowadzi się przez cały rok; kilkumiesięczny zastój w przerabianiu lasów na deski mógłby bowiem spowodować zbyt duże straty finansowe i przerwę w eksporcie.
Zyski są niestety wciąż ważniejsze niż stare lasy. Zarówno rządzący, jak i kierownictwo Lasów Państwowych powtarzają, że niemożliwe jest tworzenie nowych parków narodowych, bo nasza gospodarka potrzebuje drewna. Tymczasem, w ramach unijnej strategii bioróżnorodności, umówiliśmy się na objęcie ochroną ścisłą przynajmniej 10% powierzchni każdego z krajów członkowskich, w tym wszystkich starych lasów. Formą ochrony przyrody, która faktycznie zapobiega wycinkom jest w Polsce park narodowy. Nie zapewniają tego obszary Natura 2000, ani parki krajobrazowe, w których stale prowadzi się komercyjne pozyskanie drewna.
Niestety w Polsce tylko 1% powierzchni kraju jest objęty taką formą ochrony przyrody, a partia rządząca, mimo zapowiedzi (zawartych między innymi w Polskim Ładzie), wciąż nie podjęła żadnego działania. Od dwóch dekad nie powstał w Polsce żaden nowy park narodowy. W tym czasie na przykład z Puszczy Karpackiej zgodnie z obowiązującym tam Planem Urządzenia Lasu każdego dnia wyjeżdża średnio 10 ciężarówek drewna. Podejmujące tę decyzję kierownictwo Lasów Państwowych nie przejmuje się naruszaniem spokoju orłów przednich, ptaków niezwykle rzadkich, których większość żyje właśnie tam. Nie zważa na losy zgniotka cynobrowego czy nadobnicy alpejskiej, sóweczki czy dzięcioła. Ani na fakt, że stare lasy są częścią lekarstwa na kryzys klimatyczny.
Puszcza Karpacka, Puszcza Białowieska, czy Puszcza Borecka to właśnie przykłady lasów starych i dzikich. To one właśnie są najcenniejsze. Dzięki temu, że mogły rosnąć długo, zdążyły wbudować w rośliny, ściółkę i glebę bardzo dużo węgla, który powstaje przez pochłanianie z atmosfery dwutlenku węgla w procesie fotosyntezy. Są więc naturalnymi magazynami węgla, a jak wiemy – z dwutlenkiem węgla mamy obecnie spory problem.
Szeroko rozumiana działalność wielu przedstawicieli naszego gatunku, w tym spalanie paliw kopalnych, sprawiła, że wyemitowaliśmy go do atmosfery tak dużo, iż stanowi on zagrożenie dla stabilności panującego na planecie klimatu, która umożliwia nam przeżycie. Żeby było jasne – nie wszyscy jesteśmy za to odpowiedzialni w równym stopniu. 71% wszystkich globalnych emisji to skutek działania stu firm, które traktowały to zagrożenie jako nieistotny efekt uboczny procesu czerpania zysków. Zamiast ze skruchą przyjąć pomoc, jaką stare lasy mogą nam zaoferować w czasie kryzysu klimatycznego – je także zamieniamy w surowce i element niekończącego się pościgu za wzrostem produktywności gospodarki.
To zagubienie i ślepe podążanie za ideologią wzrostu gospodarczego widzimy zresztą nie tylko w Polsce. Hambach – stary las w Niemczech, miano zetrzeć z powierzchni ziemi, tak jak to się dzieje z miejscowościami i ze wszystkim innym, co staje na drodze kopalniom odkrywkowym węgla brunatnego. Zapatrzenie w dotychczasowe schematy i argumenty o tym, że zawsze pozyskiwaliśmy energię w ten sposób, że nie ma innego wyjścia, jak tylko nadal wydobywać i spalać węgiel, są częścią opowieści ugruntowującej funkcjonowanie systemu, którego głównym celem jest zarabianie na podporządkowywaniu sobie planety.
Niszczone są także stare lasy w Estonii. Z raportu Greenpeace wynika, że wycina się je specjalnie po to, żeby móc je sprzedać i… spalać w celu produkcji energii elektrycznej. Co więcej, takie źródło energii Unia Europejska uznaje za odnawialne i stanowi ono aż 35% energii z odnawialnych jej źródeł. Gromadzony przez wieki w lasach węgiel jest więc uwalniany z powrotem do atmosfery w ciągu kilku chwil. Nie jest to zatem rozwiązanie, lecz pogłębianie problemu kryzysu klimatycznego i generowanie dodatkowych problemów związanych z utratą bioróżnorodności. Drewno z Estonii eksportuje się za granicę – do Holandii, Danii czy Belgii.
Lasy zamieniają się więc w towar będący przedmiotem nierównych międzynarodowych transakcji. Kraje, do których drewno dociera, mogą pochwalić się osiągnięciami w zakresie zrównoważonego podejścia do środowiska i wysokim procentem produkcji energii ze źródeł odnawialnych. Pozwala to przywódcom i przywódczyniom tych państw (czy też całej Unii Europejskiej) opowiadać bajki o decouplingu czy zielonym wzroście, czyli o możliwości utrzymania wzrostu gospodarczego bez dalszego niszczenia środowiska. W rzeczywistości odpowiedzialność przerzucana jest na inne państwa – emisje z przemysłu drzewnego liczone są w Estonii, a kraje takie jak Holandia mogą mówić o redukowaniu emisji wraz z jednoczesnym utrzymywaniem wzrostu gospodarczego. A raczej o marzeniach, że coś takiego kiedyś się wydarzy. Z tego, co wiemy z raportu Decoupling Debunked, opublikowanego przez The European Environmental Bureau – decoupling jeszcze nigdzie na świecie się nie udał. Nawet jeżeli presja na środowisko maleje – jest to spadek minimalny, niezgodny nawet z celami porozumienia paryskiego.
W skali globalnej największym problemem jest niszczenie lasów deszczowych – co dzieje się na przykład w Amazonii. Ostatnie doniesienia o tym, że las ten – nazywany zielonymi płucami Ziemi – w wyniku eksploatowania go przez człowieka obecnie więcej CO2 emituje niż pochłania, wywołały falę gniewu, smutku i strachu. Nie zaskoczy Was pewnie informacja, że głównym powodem niszczenia tych lasów jest to, że gdy powierzchnię, na której rośnie las, wymieni się na pola uprawne, wzrośnie poziom produktywności gospodarki. Amazońskie lasy są wycinane, a nawet wypalane – bo to szybszy i tańszy sposób na pozbycie się ich. Z kolei rolnictwo, które się tam pojawia, jest bardzo często związane z masową produkcją mięsa, nastawioną na jego eksport. Zamiast pochłaniających dwutlenek węgla lasów, w Ameryce Południowej mamy więc pastwiska dla bydła i uprawy roślin na pasze. Swoją drogą – powstałe w ten sposób uprawy często marnieją w wyniku susz, które z kolei wynikają z pozbycia się przez nas magazynujących wodę drzew, a także z kryzysu klimatycznego, który pogłębia się wraz z kolejnymi emisjami gazów cieplarnianych. Warto dodać, że chów przemysłowy w celu produkowania mięsa odpowiada za około 15% globalnych emisji gazów cieplarnianych, w dużej mierze generowanych w wyniku wylesiania.
Spośród dostępnej człowiekowi powierzchni lądowej naszej planety połowę zajmuje rolnictwo. ¾ tego terenu jest wykorzystywane do tego, żeby produkować mięso i nabiał. Lasy natomiast stanowią już tylko 37% powierzchni lądów. Jeżeli będziemy wciąż tkwili w tym nastawionym na ciągły zysk systemie, zniszczymy wszystko, co umożliwia nam przeżycie. Próba dominowania nad naturą, której sami jesteśmy częścią, to wojna samobójcza, którą toczymy już zbyt długo. Nad naszą relacją z naturą możemy jednak pracować, żeby oduczać się tendencji do czynienia jej sobie poddaną. Możemy współistnieć z innymi istotami zamieszkującymi planetę w taki sposób, który wszystkim nam zapewni odpowiednie warunki do funkcjonowania. Nie każdy skrawek ziemi koniecznie trzeba zmienić w pieniądze. Jak mówi przysłowie plemienia Kri, rdzennej społeczności zamieszkującej dzisiejszą Kanadę, “Kiedy wycięte zostanie ostatnie drzewo, ostatnia rzeka zostanie zatruta i zginie ostatnia ryba – odkryjemy, że nie można jeść pieniędzy”.
Nowy raport Europe Beyond Coal i organizacji Ember analizuje plany biznesowe europejskich spółek energetycznych pod kątem odchodzenia od węgla. Wyniki nie napawają optymizmem: tylko 9 spośród 21 badanych firm wycofa węgiel do 2030 r.
Najgorzej wypadają polskie spółki: PGE, Tauron i Enea. Do tej pory nie ujawniły one swojej strategii wycofywania węgla, więc można założyć, że będą operować aktywami węglowymi nawet do 2049 r. To o 19 lat później niż zakłada harmonogram strategii Net Zero Emissions by 2050 autorstwa Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA).
Obietnice bez pokrycia
IEA wyznaczyła daty graniczne odejścia od węgla dla krajów UE/OECD do 2030 r. oraz dla pozostałych państw — do 2040 r. Rok 2050 to ostateczna data osiągnięcia neutralności klimatycznej wszystkich państw — zerowej emisji netto niezbędnej do zatrzymania globalnego ocieplenia na poziomie maks. 1,5 st. C.
Niestety w planach koncernów energetycznych wciąż brak konsekwencji w walce ze zmianą klimatu. 16 z 21 spółek zobowiązało się do osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 r. Żadna jednak nie uwzględnia w swoich planach transformacyjnych wszystkich celów pośrednich rekomendowanych przez naukowców.
6 firm — w tym PGE — nadal nie dostosowało swoich strategii do globalnej daty odejścia od węgla — roku 2040. Pozostali maruderzy to: Fortum/Uniper, Sev.En, STEAG.
Mimo że ostatecznym terminem osiągnięcia zerowych emisji netto w energetyce jest rok 2035, żadna z firm nie planuje do tego momentu wycofać gazu kopalnego z produkcji energii.
Sytuacja z OZE także nie budzi nadziei. Jeśli plany spółek zostaną wprowadzone w życie, pozwolą na czterokrotne zwiększenie udziału energii słonecznej i wiatrowej w miksie energetycznym. Jednak w celu zatrzymania globalnego ocieplenia na poziomie 1,5 st. C wymagany jest wzrost minimum sześciokrotny w skali globalnej.
Polscy maruderzy
Polskie spółki, tj. PGE, Enea i Tauron, wciąż nie opublikowały swoich planów na transformację. Dlatego można podejrzewać, że do 2049 r. wciąż będą operować aktywami węglowymi. Wymienione spółki jeszcze w tym roku mają zostać przejęte przez Narodową Agencję Bezpieczeństwa Energetycznego (NABE) i to do niej będzie należało zamknięcie kopalni i elektrowni węglowych.
To PGE jednak wyróżnia się najbardziej w swojej opieszałości. Jeszcze w 2021 uruchomili nowy blok kontrowersyjnej elektrowni Turów. Żadna inna z przebadanych spółek nie planuje uruchamiać nowych elektrowni na węgiel. Nawet Enea ujawniła już daty zamknięcia bloków w Kozienicach, z czego dwa mają zostać wyłączone przed 2030 r., redukując ich wkład w produkcję energii z węgla o 1,8 GW. Jednak do 2048 r. wciąż pozostaną uruchomione bloki o mocy 3,9 GW.
– Ostatnie tygodnie dobitnie pokazały, jakie mogą być konsekwencje opóźnionych działań i braku odpowiedniego planowania procesu transformacji w polskiej elektroenergetyce. Ustalenie odległych celów net zero na 2050 rok bez zaplanowanej ścieżki odejścia od węgla, mimo istnienia jasno sprecyzowanych przez ośrodki naukowe dat granicznych, może budzić uzasadniony niepokój zarówno ze strony społeczeństwa obywatelskiego, jak i inwestorów – komentuje Jan Chudzyński, analityk Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”.
Cały raport do pobrania tutaj
Pośród narastających okrzyków oburzenia wobec bierności rządu w kwestii kryzysu klimatycznego, branża energetyki jądrowej podjęła próby mówienia o sobie jako o „zeroemisyjnej”, „wolnej od węgla”, a nawet „odnawialnej”, aby przekonać polityków i opinię publiczną, że jest ona kluczowa dla uniknięcia tej historycznej światowej katastrofy.
Energetyka jądrowa nie jest jednak żadną z tych rzeczy, a w istocie stoi na drodze do osiągnięcia ekologicznie sprawiedliwego społeczeństwa.
Niestety, uporczywa i szeroko zakrojona kampania PR-owa branży energetyki jądrowej usiłuje przekonać część ruchu klimatycznego, jak również prominentów Partii Demokratycznej w Kongresie, że energetyka jądrowa ma do odegrania istotną rolę.
Na przykład, po tym jak przyjrzeliśmy się ostatnio organizacji Sunrise Movement, wiodącej młodzieżowej grupie lobbingowej na Capitol Hill, aby sprawdzić jej stosunek do energetyki jądrowej, wolontariusz podpisujący się jako Josh napisał w mejlu do mojej organizacji Beyond Nuclear: „Nie sądzimy, by zamykanie istniejących elektrowni [jądrowych] miało zbyt wiele sensu.”. Nie jest jasne, czy oznacza to zmianę w oficjalnym stanowisku Sunrise, gdyż ta wypowiedź jest sprzeczna z poglądami na energetykę jądrową w piśmie skierowanym do członków Izby Reprezentantów Kongresu USA, które organizacja podpisała w r. 2019, ale jeżeli tak jest, będziemy się starali to zmienić.
To kreowanie mitów najwyraźniej przeniknęło do tych, którzy wspierają Zielony Nowy Ład (ZNŁ). W r. 2019 roku członkini Izby Reprezentantów Alexandria Ocasio-Cortez (AOC) powiedziała, że z radością pozostawia „drzwi otwarte dla atomu.”.
To, co być może przeoczyli AOC, Sunrise i inni, to fakt, że energetyka jądrowa narusza sam kamień węgielny ZNŁ: sprawiedliwą transformację. Wspieranie działania istniejących siłowni jądrowych ignoruje fakt, że obecnie funkcjonujące reaktory amerykańskie nadal muszą pracować na paliwie wyprodukowanym niemal w całości z importowanego uranu – głównie z Kanady i Kazachstanu – często wydobywanego przez ludność rdzenną. Radioaktywne resztki pozostałe na skutek wydobywania i mielenia uranu zdziesiątkowały te i inne rdzenne społeczności na całym świecie. Te działania, często prowadzone przez zagraniczne korporacje, utrwalają rasistowski kolonializm.
Wybór podtrzymywania pracy elektrowni jądrowych oznacza dalszą generację śmiercionośnych odpadów promieniotwórczych o wysokiej aktywności, co niezmiennie uderza w społeczności na pierwszej linii frontu. Na przykład proponowane, ale obecnie anulowane głębokie składowisko geologiczne w rejonie góry Yucca Mountain w Newadzie znajduje się na ziemi Zachodnich Szoszonów. Dwa miejsca obecnie wyznaczone jako lokalizacje „tymczasowych” wysypisk, w Teksasie i Nowym Meksyku, zamieszkują populacje o znacząco niskich dochodach i latynoskie. Rezerwat Indian Goshute, Skull Valley w stanie Utah, został wybrany na miejsce składowania, ale również od tego odstąpiono. (Przeciwko wszystkim tym lokalizacjom protestowali lub protestują nie tylko mieszkańcy, ale też ich przywódcy polityczni.)
Liczne badania pokazały, że praca elektrowni jądrowych powoduje zwiększony odsetek przypadków białaczki u dzieci mieszkających nieopodal. Utrzymywanie pracy elektrowni nuklearnych powoduje także nieobliczalne ryzyko wypadku lub sabotażu, z konsekwencjami, które trwać będą dekady albo tysiąclecia i które będą naruszać prawa człowieka.
Zaakceptowanie energetyki jądrowej jako części ZNŁ sabotowałoby sukces klimatyczny i podważyło jego pierwszy filar: przestrzeganie fundamentalnych zasad sprawiedliwości środowiskowej.
Bombą jądrową w transformację ku OZE
Uznawanie energetyki jądrowej albo pozostawanie wobec niej agnostykiem może także opóźniać przechodzenie na odnawialne źródła energii, jako że utrzymywanie elektrowni jądrowych wymaga subsydiów, a to ogranicza finansowanie odnawialnych źródeł energii. Obecnie podejmowane są nawet wysiłki, aby włączyć energetykę jądrową do stanowych Portfeli Energii Odnawialnej – stworzonych, aby zwiększyć udział stanu w generowaniu prądu z odnawialnych źródeł energii – co przekierowałoby dostępne środki ze źródeł odnawialnych na rzecz niewydolnego finansowo sektora, który jest daleki od bycia odnawialnym. Odnawialne źródła energii zredukują emisje CO2 szybciej i taniej niż inne opcje energetyczne, szczególnie nuklearna. Wspieranie zawodnych, finansowo niewydolnych elektrowni jądrowych wstrzymuje postęp w walce ze zmianą klimatu i jest kontrproduktywne wobec celów ZNŁ.
Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej, „Prognozy przewidują, że do 2026 roku globalne możliwości pozyskiwania prądu z odnawialnych źródeł energii wzrosną w stosunku do poziomu z r. 2020 o ponad 60% , tzn. do ponad 4.800 GW. Jest to ekwiwalent obecnej całkowitej generacji mocy ze źródeł kopalnych oraz nuklearnych łącznie.” Nie ma sensu tłumić tego sektora na rzecz energii jądrowej.
Rozsądna polityka energetyczna nie oznacza rozwiązania „wszystkie dostępne opcje”. Decyzja o kontynuacji energetyki jądrowej „anuluje” odnawialne źródła energii (i vice versa). Po przeanalizowaniu zbiorów danych z 123 krajów za okres 25 lat badacze odkryli, że kraje wybierające dalsze korzystanie z energii jądrowej wolniej i mniej efektywnie realizują cele redukcji węgla niż te, które wybierają odnawialne źródła energii.
Konfiguracja systemów przesyłu i dystrybucji energii elektrycznej, która optymalizuje strukturę sieci pod kątem scentralizowanej produkcji energii na dużą skalę, jak w przypadku konwencjonalnej energii jądrowej, sprawi również, że wprowadzenie rozproszonej energii odnawialnej na małą skalę będzie trudniejsze, bardziej czasochłonne i bardziej kosztowne.
Powinniśmy także odeprzeć argument, że zamknięcie elektrowni jądrowych nieuchronnie oznacza większy udział paliw kopalnych. Na przykład stan Nowy Jork postawił sobie za cel stuprocentowo zerową emisję dwutlenku węgla do 2040 roku, pomimo zamknięcia reaktorów Indian Point 2 oraz 3 w r. 2020 i 2021. Według Rady Ochrony Zasobów Naturalnych (Natural Resources Defence Council) jest to skutek politycznej przezorności i planowania, w ramach którego Nowy Jork uchwalił w r. 2019 „ambitne przepisy dotyczące klimatu i czystej energii”, które pozwolą osiągnąć te cele pomimo wyłączenia elektrowni jądrowych.
Jakakolwiek decyzja o zastąpieniu zamkniętych elektrowni jądrowych gazem łupkowym to „nie przeznaczenie, lecz wybór”, pisze Amory Lovins, obecnie wykładowca inżynierii lądowej i inżynierii środowiska na Uniwersytecie Stanforda. Jest to wybór polityczny, a nie technologiczny, często jest „taktyką wymuszania dotacji poprzez uczynienie zamykania bardziej destrukcyjnym”, pozwalającą gazowi łupkowemu zaspokojenie potrzeby krótkoterminowej. Jako że ceny energii odnawialnej ciągle spadają, będzie ona mieć coraz większy udział w rynku energetycznym. Zależy to jednak również od przywódców politycznych, aby wybierali przejście na źródła odnawialne, a nie uparcie trwali przy paliwach kopalnych.
Ludzie u władzy, mający możność redukcji węgla, zanim będzie za późno, nie powinni nadal padać ofiarą politycznie motywowanego i napędzanego przez zysk korporacyjny złudzenia, że zamykanie elektrowni jądrowych jest złe dla łagodzenia zmian klimatu.
Artykuł ukazał się pierwotnie po angielsku w Trouthout: https://truthout.org/articles/nuclear-power-doesnt-belong-in-the-green-new-deal/
Linda Pentz Gunter jest międzynarodową specjalistką organizacji Beyond Nuclear. Publikuje na tematy szaleństwa wobec i błędnego przedstawiania energii jądrowej oraz o związku pomiędzy energią jądrową i bronią jądrową. Jej poglądy znaleźć można także na stronie Beyond Nuclear na Twitterze.
Tłumaczenie: Tomasz Szustek
Przyszłość rolników to także przyszłość konsumentów. Czy czeka nas postępująca intensyfikacja rolnictwa, w której kilkaset, a może nawet kilkadziesiąt korporacji przejmie globalny łańcuch żywnościowy? Czy jednak może wreszcie uda się przerwać ten pęd ku monopolistycznym zyskom, a tym samym ocalić małe gospodarstwa, a konsumentom zapewnić dostęp do lokalnie produkowanej i wysokiej jakości żywności?
Jest jakaś nadzieja, bo środki Wspólnej Polityki Rolnej 2023 – 2027 (WPR) w 40% mają być skierowane na ochronę środowiska i klimatu. Również na rozwój małych gospodarstw zarezerwowane zostało więcej pieniędzy.
Jednak ekonomiści twierdzą, że utrzymanie małych gospodarstw jest nieopłacalne. Ich zdaniem powinniśmy dążyć do stałego powiększania powierzchni gospodarstw i do wzrostu skali produkcji. Ekonomiści nie biorą pod uwagę, że małe gospodarstwa mogą w całości lub częściowo utrzymywać się z produkcji rolnej. Jednak aby to było możliwe, muszą zostać spełnione konkretne warunki.
Co może pomóc?
Oprócz płatności i pożyczek na działania przewidziane przez WPR, małe gospodarstwa potrzebują przede wszystkim ułatwień w dostawach i sprzedaży żywności. Choć mogą polegać na płatnościach obszarowych i innych formach wsparcia, nie należy myśleć o nich jako o jedynej formie polepszenia dochodowości gospodarstwa. Poprawę dochodowości może też przynieść samodzielne działanie. Wydaje się jednak, że do rolników nie docierają informacje o możliwościach, które daje im bezpośrednia współpraca z konsumentami.
Wprowadzenie rolniczego handlu detalicznego (RHD) było na pewno dobrym krokiem. Jednak już pojawiły się trudności. Na przykład brakuje małych ubojni. Ponadto do systemu RHD wszedł na razie tylko 1% gospodarstw. W dodatku trudno powiedzieć, by ta forma handlu w znaczący sposób ułatwiała wejście z produktami na rynek.
Natomiast bezpośrednia współpraca rolnik-konsument ma jedną ogromną przewagę. Jest nią możliwość skorzystania przez rolników z wiedzy i umiejętności konsumentów, np. pomocy przy marketingu i promocji, obsłudze mediów społecznościowych oraz samej organizacji sprzedaży.
Konsumenci chętni do takiej współpracy oczekują wysokiej jakości produktów – wytworzonych z myślą o zdrowiu ludzi, trosce o środowisko i klimat oraz dobrostan zwierząt gospodarskich. Szukają żywności świeżej, lokalnej i pozbawionej pozostałości pestycydów i antybiotyków. Najchętniej od rolników ekologicznych, ale współpraca jest możliwa także z każdym rolnikiem, do którego konsumenci nabiorą zaufania. Przykładem mogą być rolnicy, którzy opierają swoją produkcję o zasady rolnictwa regeneratywnego, czy szerzej, o zasady agroekologii.
To zaufanie ze strony obu stron jest oparte na solidnej zasadzie: rolnicy otrzymują godziwe wynagrodzenie za żywność o jakości, za którą konsument płaci, ale nie przepłaca. Wykluczeni zostają pośrednicy, którzy z jednej strony dyktują niskie ceny rolnikom, a z drugiej strony wysokie ceny konsumentom. Czy nie o to właśnie głównie walczy AgroUnia, pokazując, w jaki sposób dewaluuje się pozycję polskiego rolnika na rynku? Szkoda tylko, że również jej lider nie dostrzega szansy we wzmacnianiu jakości produkcji rolnej w odpowiedzi na to, czego coraz mocniej domagają się konsumenci.
Każdy rolnik zna doskonale „klęskę urodzaju”, gdy poprzez niesprawiedliwą kontraktację albo jej brak, zostaje z płodami rolnymi, których cena nie pokrywa kosztów produkcji, nawet jeśli w ramach WPR uruchamia się mechanizmy skupu nadwyżek. Natomiast, każdy konsument doświadczył marży, którą nakłada się na żywność, zwłaszcza na żywności o wysokiej jakości.
Społeczeństwo, które wspiera rolników
Z tego powodu znacznie lepszym rozwiązaniem jest budowanie oddolnych inicjatyw, takich jako kooperatywy spożywcze i system Rolnictwa Wspieranego Społecznie (RWS). Takich inicjatyw powstaje w Polsce coraz więcej. Rolnik zna liczbę zamawiających i dostarcza określoną ilość żywności. Odbiór zwykle następuje raz, dwa razy w tygodniu, ale są też kooperatywy, które prowadzą stałą działalność, a niektóre z nich mają sklepy. Całą logistyką sprzedaży zajmują się członkowie kooperatywy. Tak też robią konsumenci współpracujący z gospodarstwem rolnym działającym w ramach RWS.
W Rolnictwie Wspieranym Społecznie gospodarstwo rolne wchodzi we współpracę z grupą konsumentów, którzy raz albo dwa razy do roku dokonują płatności. Zazwyczaj jedna rata jest na wiosnę (przed rozpoczęciem prac polowych), a druga jesienią. Zadatkowanie pozwala rolnikowi zakupić potrzebne środki produkcji, np. nasiona. Najczęściej konsumenci skupieni wokół gospodarstwa RWS razem z rolnikiem planują przyszłe uprawy, często pomagają w pracy w gospodarstwie i organizują w nim okazjonalne spotkania dla członków RWS.
Siła kooperatyw i RWS-ów polega na wspólnym decydowaniu i wspólnej odpowiedzialności. Zdarza się, że rolnik nie może dostarczyć obiecanych produktów, gdyż pogoda, szkodniki czy choroby spowodowały, że był to zły sezon dla ogórków, pomidorów czy warzyw korzeniowych. Członkowie kooperatyw i RWS-ów ze zrozumieniem reagują na takie sytuacje, ufając, że nie zostały one zawinione przez rolnika. Rolnik stara się zrekompensować braki plonami, które akurat obrodziły. Kooperatywy i RWS-y chętnie przyjmują też produkty przetworzone w gospodarstwie rolnym – masło, sery, kiszonki, dżemy, soki, oleje i wiele innych.
Otworzenie się rolników na bezpośredni kontakt z konsumentami jest drogą rozwoju dla małych gospodarstw, a nawet takich do 30 hektarów powierzchni. Nie są one bowiem w stanie konkurować z wielkim agroprzemysłem. Ich szansą jest rynek lokalny. Pod warunkiem, że dołożą starań i zmienią swoją produkcję tak, aby wytwarzać żywność wysokiej jakości. Gospodarstwo rolne może indywidualnie zapewniać różnorodność produktów, ale może także wejść w porozumienie z innymi, sąsiadującymi gospodarstwami i wspólnie wzbogacać ofertę.
W jaki sposób zacząć wytwarzać żywność wysokiej jakości? Przede wszystkim poprzez konwersję na certyfikowane rolnictwo ekologiczne. A dla tych, którzy nie chcą się certyfikowani, pozostają takie systemy jak agroekologia, agroleśnictwo, oraz oczywiście rolnictwo regeneratywne. Niezależnie od tego, czy rolnik zdecyduje się na certyfikowaną produkcję ekologiczną czy też wybierze inny z powyższy systemów, najważniejsze pozostaje nawiązanie bezpośredniej relacji z konsumentem.
System produkcji, który daje wysoką jakość żywności jest tu oczywiście kluczowy, ale dla konsumentów coraz ważniejsze stają się także wartości niematerialne. Coraz istotniejsze staje się także to, że te systemy zapewniają trwałość produkcji rolnej, ponieważ nie niszczą środowiska, poprawiają żyzność gleby i jej zdolność do retencjonowania wody. Przyczyniają się do poprawy dobrostanu zwierząt gospodarskich i gwarantują sprawiedliwe wynagrodzenie rolnikom. W wymiarze ekonomicznym te systemy produkcji uwalniają rolnika od wydatków na nawozy sztuczne, pestycydy i leczenie zwierząt. Nie każde małe gospodarstwo może być samowystarczalne nawozowo lub paszowo. Ale już współpraca pomiędzy kilkoma gospodarstwami może zapewnić wystarczającą ilość nawozów lub pasz.
Zielone zamówienia publiczne
Stabilność dostaw i rozwój przetwórstwa – to powtarza każdy szukając dobrych rozwiązań dla małych gospodarstw. Na rozwój przetwórstwa zaplanowane zostały środki w Krajowym Planie Odbudowy, o ile Polska je otrzyma. Jest też kilka działań w projekcie Planu Strategicznego dla WPR 2023-2027 przygotowanego przez resort rolnictwa. Najlepiej jednak dla rolników i konsumentów sprawdziłoby się wprowadzenie zielonych zamówień publicznych. Dzięki nim rolnik lokalnie produkujący żywność wysokiej jakości mógłby ją sprzedawać do stołówek szkół, żłobków i przedszkoli, a także domów opieki i szpitali.
Ostatnim, ale nie mniej ważnym działaniem – zwykle nie dostrzeganym przez ekonomistów – jest cała gama innych dóbr i usług, których dostarczają mniejsze gospodarstwa rolne. Przede wszystkim są miejscem życia, w którym chroni oraz tworzy się kulturę i tradycję wsi. Są miejscem odpoczynku i możliwości kontaktu z przyrodą, co także, dzięki agroturystyce, turystyce wiejskiej czy innym formom rekreacji, stanowi źródło dochodu gospodarstw rolnych.
Konkurencyjność gospodarstw rolnych, i małych, i większych, trzeba postrzegać w podnoszeniu jakości produkcji rolnej, a nie w masowej produkcji bezwartościowej żywności. W interesie każdego rolnika leży mądre zarządzanie zasobami naturalnymi, tak by zapewnić sobie trwałość i wydajność produkcji rolnej znacznie dłużej niż przez kolejne 5 czy 10 lat.
Dziś, niestety, wielu rolników jedyną szansę rozwoju upatruje w powiększaniu produkcji. Coraz więcej, coraz mniejszym kosztem. Z pewnością jest to opłacalne w krótkiej perspektywie. Ale skutkiem będzie coraz większy kryzys klimatyczny, a z nim susze, nawalne deszcze, wysokie temperatury, przymrozki i brak śniegu. Wszystko, co powoduje zniszczenie plonów i brak przewidywalności zbiorów. Czy to się opłaca? I komu?
Podejście systemowe często postrzegane jest jako coś bardzo skomplikowanego. Jednak prawie wszyscy – w tym kompletni laicy – wiedzą, że „system to więcej niż suma części”.
Ta zasada, której autorstwo przypisywane jest Arystotelesowi, wyraża przekonanie, że istnieją takie większe całości, zwane systemami, które mają swoje własne specyficzne cechy, wykraczające ponad bycie tylko zbiorem lub sumą elementów, które się na nie składają. Dom to więcej niż cegły, beton, okna, i inne elementy z których jest zbudowany, niż instalacje elektryczne i meble, które się w nim znajdują. Żabka to więcej niż jej części ciała, organy wewnętrzne, komórki. Żabka jest systemem bardziej złożonym, niż dom, a dom jest bardziej złożony niż staroświecki mechaniczny zegarek – który wszak też jest czymś więcej niż sumą kółek zębatych i sprężynek, oczywiście jeśli chodzi. Natomiast zegarek można rozebrać na części składowe i złożyć z powrotem – aczkolwiek lepiej jeśli to robi fachowiec. A żabki nie można. Jedną z cech, które stanowi o tym, że jest czymś więcej niż sumą swoich części jest wyjątkowa cecha systemu żywego – życie. Kenneth Boulding twierdzi, że organizmy żywe są systemami złożonymi, a systemy społeczne – złożonymi jeszcze bardziej. Złożone systemy otwarte wchodzą w wymianę z otoczeniem, dzięki czemu zapewniają sobie niezbędne do funkcjonowania zasoby. Pobierają to, co jest im potrzebne do działania. Przy tym ewoluują, zmieniają się i rozwijają. Jednak w tym procesie tracą stopniowo energię, czyli ulegają entropii i w końcu umierają.
Innymi słowy, złożoność to cecha systemu polegająca na intensywności i rozległości interakcji elementów między sobą i samego systemu z jego otoczeniem. Te wymiany kierują się własnymi regułami, co oznacza, że jest szczególnie trudno określić różne możliwe interakcje. W przypadku systemów bardzo złożonych jest to w ogóle niemożliwe. Można przewidzieć działanie mechanizmu zegarowego, ale zachowania lisa polującego w lesie już nie. Bardzo złożone systemy takie jak człowiek, społeczeństwo, ludzkość, ekosystem są całkowicie nieprzewidywalne. Choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów, a potem każdy zmontowałby tysiąc AI-ek, to nie przewidziałyby. Nie da się też jednoznacznie określić granic złożonych systemów – zależą one od przyjętej perspektywy i możliwe jest zarządzanie systemem przy pomocy ich definiowana. Na przykład, określenie czy doktoranci są częścią systemu jakim jest akademia (pracownikami) czy też częścią otoczenia (studentami), to decyzja niosąca ze sobą wiele konsekwencji dla całości systemu, nie tylko samych zainteresowanych.
Bardzo złożone systemy otwarte składają się same ze złożonych (pod-)systemów i współdziałają z innymi systemami na wiele sposobów, na wielu poziomach, np. w obszarze kultury, biologii, ekonomii, polityki. Wszystkie te relacje są niebanalnie zależne od siebie. Mówi się o emergencji, wyłanianiu się efektów wyższego stopnia, odmiennych jakościowo od samych elementów systemu. Zmiana jest zawsze wielokierunkowa i złożona, i przebiega na wielu poziomach jednocześnie. Natomiast nie zawsze i nie wszystkie systemy zdolne są do samoodnowy. Szczególnie złożone systemy ludzkie wymagają regulacji, ponieważ w pewnym momencie ich wewnętrzna dynamika może spowodować już tylko dalszy rozpad, a nawet katastrofę innych systemów. To jest sytuacja, o której dziś mówimy jako o Antropocenie.
Ma to związek z inną ważna cechą systemów. Francuski filozof Edgar Morin zwraca uwagę, że system to nie tylko więcej niż suma części, ale w pewnym sensie także mniej. Gdy system składa się wyłącznie z różnorodności, to przestaje być systemem, przypomina nie kwitnący ogród, ale proch. Taki kosmiczny, z którego powstaliśmy i w który się kiedyś obrócimy jako Układ Słoneczny. Różnorodność jest ważna, ale może służyć życiu systemu wtedy, gdy na jej podstawie tworzone są więzi między elementami (gleba). Dla przykładu, jeśli społeczność dzieli się na antagonistyczne „bańki” bez kontaktu i bez wzajemnej wymiany, to przestaje być systemem i staje się martwym zbiorem jednostek. Sama w sobie różnorodność nie przynosi odnowy ani nie pomaga systemowi rozwinąć się jako całość. Co gorsze, sama w sobie nie służy też jako garść nasion, z których wykiełkować mogą nowe systemy, tak samo jak z kurzu nie wyrośnie drzewo. Ziarno musi zawierać w sobie potencjał odnowy, musi istnieć przewaga potencjalnej dynamiki nad samymi elementami składowymi.
O więzi systemowe należy dbać, szczególnie w bardzo złożonych systemach powinien istnieć tak zwany podsystem kierujący lub zarządzający. Według zasady systemowej, znanej jako prawo niezbędnej złożoności Rossa Ashby’ego, a w polskich naukach zarządzania spopularyzowane przez Andrzeja Zawiślaka, podsystem zarządzający musi być co najmniej równie złożony, jak system, którym kieruje. Profesor Zawiślak ostrzegał, że nie ma nic bardziej szkodliwego, niż proste rozwiązania złożonych problemów. Dobre zarządzanie: organizacjami, regionami, państwami czy grupami państw, musi rozumieć i uwzględniać, a najlepiej także korzystać z różnorodności systemu i budować więzi między elementami. Poza tym musi samo być złożone – demokracja jest bardziej dostosowana do złożoności niż autokoracja. Nie tylko dlatego lubię kolegialność bo jest ładna, ale dlatego, że lepiej się nadaje do zarządzania nowoczesną akademią i służbą zdrowia niż gigantycznie upraszczający menedżeryzm. Sprowadza on wszystko najprostszego wspólnego mianownika i zastępuje tworzenie więzi i poszukiwanie synergii prostymi algorytmami.
Prostym źródłem władzy w złożonym systemie jest konflikt, czyli zasada dziel i rządź. Jednak ona jest również szczególnie szkodliwa, ponieważ niszczy więzi i likwiduje w zarodku ziarna odnowy, składające się z potencjału więzio-twórczego, czyli takich wartości jak solidarność, zaufanie, wiara w lepszą przyszłość. Dziel i rządź to zarządzanie poprzez zaoranie ogrodu i posypaniu go solą. Jego efekty to brak energii, poczucie że nic się nie da zrobić. Poczucie, że kłamstwo rządzi światem.
Dlatego wycinają drzewa
Wszystko kłamstwo: nasza wina – kłamstwo,
Wasze obietnice – kłamstwo,
Świętość tego świata – kłamstwo,
Wyjście ze strefy komfortu – kłamstwo,
Okład racji nauki na gorączkę czoła – kłamstwo,
Reprymendy dla wiernych – kłamstwo,
Cała ta obrzydliwa przyszłość zwycięzcy – kłamstwo,
Łaska pańska, pstre konie,
Gołębie srające na dachu,
Niewidzialna ręka, nasze wydarte serca,
Wszystko, co poświęciliśmy,
Wszystko, czego nie pokochaliśmy – bo kłamstwo,
Nasze najlepsze dni,
Nasze sprozakowane hormony,
Wasze ambicje, wasza chwała, wasz blask
Wszystko kłamstwo.
Nie musieliśmy się wstydzić naszej kruchości,
Nie musieliśmy
Nic dla was.
Nic.
Wasze ohydne sukcesy, nasz dług, nasze życie.
Kłamstwo boi się światła bardziej niż zarazy.
Wali na odlew.
Żal na to prawdy grzechu.
Wystarczy łaskawy
Tlen, dużo tlenu,
Iskra wcześniej lub później
przyjdzie
(Warszawa, 2020)