Antropocen to epoka skrajności, a jedna potrafi przejść w drugą nagle i natychmiastowo. Utopia i dystopia. Susza i powódź. Rozpacz i euforia.
W tym życiu I (kibuc Ervasti IV, listopad 2037)
– Jesteśmy systemowymi egzorcystami. – rzuciła Hafsa podczas kolacji, zupełnie od czapy, jak to miała w zwyczaju. Jaromir lubił te jej odpały, jej żarty polegające na tym, że nawet największe absurdy była w stanie traktować śmiertelnie poważnie i wyciągać z niego logiczne konsekwencje. Hafsa miała za sobą nieukończone studia z socjologii, ale w jego poprzednim życiu tego rodzaju humor był szczególnie popularny wśród fizyków. W momentach takich jak ten przypominały mu się dawne czasy. Uczelnia. Konferencje.
– Świat, który tworzymy w ramach Eutropii, a zwłaszcza tutaj, w Ogrodach Lintukoto, będzie rzadziej nawiedzany przez duchy. Wyzwalanie kolejnych obszarów życia z logiki rynkowej oznacza mniej chciwości i przywiązania do przedmiotów. Krótszy czas pracy plus dochód podstawowy równa się mniej stresu, mniej problemów psychicznych, mniej obsesji, mniej zaniedbanych relacji. Mniej dzieci i małżonków, dla których nie ma czasu, bo praca. Mniej narastających latami nieporozumień, których nawet nie ma się siły odkręcać. Ergo: mniej powodów, dla których duch miałby pozostać przywiązany do tego świata po śmierci. Oczywiście zawsze może się trafić jakiś ojciec Hamleta, który będzie domagał się zemsty zza grobu, tego nie przeskoczymy.
– Plus neutralność klimatyczna, czyli nie trzeba będzie po śmierci pokutować za spowodowanie apokalipsy. Te duchy niewysłuchanych klimatologów, które straszą na uczelniach, też będą mogły wreszcie odejść w spokoju. – dodała Lucille.
– Tak, jeśli egzorcyzmy, to tylko systemowe. – podsumował to Roberto – Indywidualne nic nie zmienią. Jeśli wypędzisz jednego ducha, przyjdzie siedem kolejnych, jako rzecze pismo.
– U mnie to nie działa. – zaprotestował Jaromir – Mnie wciąż nawiedzają duchy niedokończonych projektów. – rzucił Jaromir – Fizyka. To, że muszę zrobić użytek ze swojego wykształcenia. Inaczej ten węgiel, który został na to przepalony, się zmarnuje. I czuję, że ta robota wcale nie skończy się po śmierci.
– To dlatego ostatnio tak rzadko bywasz na regenie? – spytała Hafsa – Wiesz, zaczęliśmy się trochę martwić. Jako Strażniczka Kultury Rozkwitu w tym kibucu pozwolę sobie przywołać pewną standardową przypominajkę Strażniczki Kultury Rozkwitu: odpoczynek to forma oporu. Oraz jeszcze jedną: powołanie to bullshit.
Uśmiechnął się i uniósł w górę pięść w żartobliwym geście, choć wiedział, że wcale Hafsy nie posłucha. Choć pewnie miała rację. Tak jak wtedy, świeżo po jego przeprowadzce do Ervasti IV, kiedy wyznała mu, że zupełnie odcięła się od radia, telewizji, portali informacyjnych i wszystkich wiadomości z kraju i świata. Jako osoba odpowiedzialna za integrację nowoprzybyłych ze społecznością była wówczas jego przewodniczką po kibucu. Postanowił więc pójść za jej przykładem, i faktycznie poczuł się lepiej. Pole widzenia skurczyło się do rozmiarów osady. Poczuł, że tu jest jego miejsce, że już nie musi martwić się światem. W ogóle, wtedy na początku faktycznie starał się żyć zgodnie z praktykowaną przez część eutropian „kulturą rozkwitu”, z jej celebracją odpoczynku, relacji międzyludzkich i rzeczy pozornie niepotrzebnych. Ale z biegiem czasu duchy nieukończonych projektów coraz częściej dawały o sobie znać. Teraz prawie wszystkie wolne chwile (których zresztą wcale nie było tak dużo – Pionierów Projektu Lintukoto skrócony czas pracy nie dotyczył) poświęcał na próby wskrzeszenia swojej naukowej działalności. Albo chociaż pozostawania z rozwojem fizyki na bieżąco. Tak, Hafsa miała rację, tego nie da się ciągnąć wiecznie, kiedyś taki tryb życia go wykończy. Tylko co z tego? Niezależnie od tego, jak dobrze się czuł w Ervasti IV, nie wiedział, jak długo jeszcze będzie mógł tu zostać. I czy w ogóle da się jeszcze żyć poza kibucami Projektu Lintukoto, a tym bardziej poza Finlandią. Więc pracował, jakby jutra nie było.
Do stołu dosiadła się Harshini.
– Hej, Jaromir! – położyła na blacie biblioteczny tablet, który oddał chwilę przed kolacją – Zapomniałeś się wylogować z urzędowej apki. Jest wiadomość do ciebie.
Otworzył. „Podanie o fińskie obywatelstwo – szybka ścieżka dla Pionierów Projektu Lintukoto. Status: zaakceptowane”.
Spokój. Stabilność. Grunt pod nogami. Po tylu latach.
Garść nagłówków I (2025-2028)
Fala upałów: 15 tys. ofiar w Polsce, blackout w Czechach, płoną lasy w Finlandii i Szwecji.
Zajcew wybrany na prezydenta Rosji. „Putin, tylko bardziej.”
„Suszowe combo”. Ceny żywności znów rosną.
Stawka: kanał północnokrymski. W nowej wojnie na Ukrainie chodzi o wodę.
Zwycięstwo nacjonalistów we Francji. Kurs na frexit i zamknięcie granic?
Czemu brakuje nowych PlayStation? Zmiana klimatu, „rok bez monsunu” i zerwane łańcuchy dostaw.
„Panel obywatelski” w sprawie Turowa to farsa. „Ekspertami” m.in. ksiądz i naukowiec związany z PGE
“Wszystkimi drogami naraz”. Czym jest Eutropia, nowy fiński ruch klimatyczny?
W poprzednim życiu I (Wrocław, czerwiec 2028)
Strach spadł na Jaromira Gładyka pod postacią pyłowego wiru, który uformował się nad wrocławskim Placem Społecznym. Płoszącego ludzi z wesołego miasteczka i ogródka piwnego, porywającego parasole, przewracającego krzesła i stoły, a nawet toi-toie i stoisko z watą cukrową. Wyrzucającego wysoko w powietrze kurz, suchą trawę i śmieci. Miniatura tornada, huraganu. Miniatura końca cywilizacji. Było to na swój sposób mistyczne, jakby przed Jaromirem formowała się nowa oś świata. Wyobraził sobie, że wkracza w wir i zostaje zabrany do innej rzeczywistości. We’re not in Kansas anymore.
Co, jeśli całe to gadanie o klimatycznej apokalipsie to jednak nie przesada?
Nie miał pojęcia, dlaczego wcześniej nie przeszło mu to przez myśl. Przecież wszystkie karty leżały na stole od dawna. Ze świata dochodziły coraz to nowe wiadomości o niszczycielskich powodziach, suszach i huraganach. Śnieg we Wrocławiu można było zobaczyć co najwyżej w świątecznych reklamach i komediach romantycznych. Ceny warzyw potrafiły się wahać tak mocno, że można by nimi grać na giełdzie. Ale umysł Jaromira z jakiegoś powodu nie wykonał tej jednej, ostatecznej operacji, połączenia kropek, wysnucia wniosków. Aż do teraz.
Zaczął drążyć temat, czytać, oglądać filmy dokumentalne, słuchać wykładów. I im więcej wiedział, tym bardziej przerażony był. Strach szeptał mu na ucho: nikt nie powiedział, że twoja nisza ekologiczna będzie istniała wiecznie. Cywilizacja jest delikatna. A zwłaszcza cywilizacja, w której mogą żyć tacy jak ty. Nerdy. Aspołeczni. Niezaradni życiowo. Przewrażliwieni i pewnie nie do końca zdrowi psychicznie.
Nie trzeba wiele. Weźmy na przykład instytucję obowiązkowej służby wojskowej. To kiedyś był twój koszmar. Twoi rówieśnicy ekscytowali się horrorami, oglądanymi po nocach na telefonach w tajemnicy przed rodzicami, a ty nieopatrznie w wieku 13 lat zobaczyłeś Full Metal Jacket i pewne scen nie mogłeś już zapomnieć, choć bardzo chciałeś. Wizja tego, że mieliby cię kiedyś wziąć do wojska, wydawała się znacznie bardziej przerażająca, niż wszystkie ksenomorfy, zombiaki i demony razem wzięte. Bo realna, bo bliższa. Przecież gdybyś urodził się raptem kilkanaście lat wcześniej, jeszcze byś się załapał. Może zresztą miałeś jeszcze szansę, wystarczy, żeby komuś u władzy się odwidziało. A wtedy… Nie musiałeś nawet sięgać do scen z filmu. Wystarczyło wziąć całe to gówno, którego doświadczałeś w szkole – hierarchie, gnojenie, bicie, wuefy – i ekstrapolować. Pomnożyć przez pięćdziesiąt, odciąć wszelkie drogi ucieczki, odebrać wszelką prywatność, usunąć psychologa, a zamiast nauczycieli, którzy chociaż udają, że patrzą, wstawić swoich najgorszych oprawców.
Wiedziałeś, że wolałbyś umrzeć niż znaleźć się w takiej sytuacji. Wyobrażałeś sobie, że pierwszą rzeczą, jaką zrobisz, kiedy dostaniesz list z WKU, będzie pojechanie do Castoramy po sznur.
Kiedy poszedłeś na studia, lęki ucichły. Świat wynormalniał, nagle okazało się, że nikt w twoim otoczeniu nie chce ci zrobić krzywdy. Inne rzeczy zaprzątały ci teraz myśli. Miałeś problemy jak każdy student: znaleźć mieszkanie, wiązać koniec z końcem, zdać egzaminy. Zakochiwałeś się i próbowałeś jakoś wpasować to w twoją aspołeczność. Nowe zainteresowania rozpalały się w twojej głowie jak pożary i równie szybko gasły, żeby dać miejsce kolejnym: transhumanizm, algorytmiczna poezja, psychogeografia, astrofotografia, sztuczne języki… Było też to jedno, które płonęło ciągle: fizyka, twoje życiowe powołanie.
Czasem zdarzał ci się jakiś koszmarny sen o wojsku. A czasem ktoś na social mediach: polityk, dziennikarz, ksiądz, czy, o zgrozo, nawet ktoś z twoich rówieśników, ogłaszał, że chciałby przywrócenia poboru, sugerując że to doskonałe remedium na rzekomy kryzys męskości, protestującą młodzież, epidemię otyłości, roszczeniowych pracowników, niską dzietność czy co tam akurat wpadło mu do głowy. W takich momentach nie mogłeś się opanować w komentarzach. Następował niekontrolowany wybuch gniewu, pisałeś tej osobie wprost: chcesz mojej śmierci. Ale w końcu uspokajałeś się, kasowałeś wypowiedź, mówiłeś sobie, że to tylko żywe skamieliny, że ich poglądy już dawno wyleciały na śmietnik historii. Chciałeś wierzyć w postęp. Wydawało ci się, że dzisiejsze społeczeństwo przepełnione jest tolerancją, troską o słabszych, wstrętem przed przemocą i dbałością o zdrowie psychiczne współobywateli, że dla każdej straumatyzowanej osoby znajdzie się safe space.
Ale teraz dotarło do ciebie: postęp może się odwrócić. Wystarczy cofnąć suwak o te kilkanaście lat wstecz, i już nie żyjesz.
Ile lat zostało, zanim pobór wróci? Dwadzieścia? Dziesięć? Pięć? A nawet jeśli jakimś cudem to przeżyjesz, to później będzie tylko gorzej. Dużo, dużo gorzej.
Zresztą, w zasadzie powiesić się należało już teraz. To najpewniejszy sposób na redukcję emisji. Najbardziej etyczny wybór. System w którym żyjesz, i dzięki któremu żyjesz, jest maszyną zbudowaną na trupach i trupami się żywiącą. Zabijasz samym swoim istnieniem: ogrzewaniem mieszkania, praniem, oglądaniem filmów, kupowaniem jedzenia.
Jeśli mimo to chcesz żyć i twoje życie ma być warte wyemitowanego CO2, musisz zrobić coś, żeby tę maszynę zatrzymać.
Tylko jak? Chodzenie na demonstracje to za mało. A na obywatelskie nieposłuszeństwo w stylu przypinania się u-lockiem do drzwi kancelarii premiera Jaromir się nie pisał. Nie wiedział, czy wytrzymałby psychicznie zatrzymanie przez policję, i czy nie zablokowałoby ono jego akademickiej kariery. A innej przyszłości dla siebie nie widział.
Ale czy to właśnie nie nauka ma do odegrania szczególną rolę? Ileż w końcu jest sposobów, w jakie fizyk może uratować świat: modelowanie klimatu, geoinżynieria, konstruowanie coraz wydajniejszych paneli słonecznych i baterii, kombinowanie nad wychwytem CO2 z atmosfery…
OK, tylko fizyka fizyce nierówna. W tej chwili Jaromir robił doktorat z fizyki ciała stałego. Formalnie badał (teoretycznie i za pomocą komputerowych symulacji) zachowanie elektronów wewnątrz dwuwymiarowych kryształów – grafenu, silicenu i tym podobnych. Ale tak naprawdę związek tego, co robił, z rzeczywistością, z prawdziwymi materiałami, prawdziwymi eksperymentami, prawdziwymi technologiami, był mglisty czy wręcz życzeniowy. Jaromira ciągnęło do abstrakcji. Obchodziły go tylko maksymalnie uproszczone modele – ot, wyimaginowana, teoretyczna cząstka skacząca między węzłami wyimaginowanej, teoretycznej krystalicznej sieci. Z takich elementów, jak z klocków, tworzył złożone budowle. Fascynowały go skomplikowane matematyczne struktury, których można było użyć przy ich opisie. Ładunki topologiczne, niezmienniki węzłowe, grupy warkoczowe, skyrmiony – to wszystko brzmiało, jak nazwy jakichś starożytnych, dawno zaginionych miast, obiecujących skarby, wciąż czekających na odkrycie.
Ale teraz uświadamiał sobie, że kosztowności te są w istocie nic nie warte. Wszystko, co dotychczas osiągnął, było sztuką dla sztuki. Nie pomagało ratować świata. Stanowiło tylko marnotrawstwem zasobów.
Teraz miał ochotę rzucić te swoje badania w cholerę i zacząć od zera zgłębiać jakiś nowy, bardziej pożyteczny temat, czy nawet zupełnie zmienić dziedzinę. Tylko że to tak nie działa. Nie wyobrażał sobie porzucenia doktoratu, nad którym siedział od dwóch lat. Środowisko naukowe wydawało mu się wciąż tkwić w mentalności feudalnej: tak naprawdę wszystko zależy od woli jaśniepana profesora, a więc od koneksji, dobrego wrażenia i klepania się nawzajem po pleckach. Zrazisz promotora – być może zamkniesz przed sobą drzwi także u wszystkich jego znajomych. A szlachcic może poczytać za urazę nawet najmniejszą głupotę w stylu zaczęcia maila od „witam” – co dopiero rezygnację z doktoratu z powodów, które najpewniej uzna za niepoważne. A nawet jeśli nie, to jaki promotor przyjąłby zupełnie „zielonego” studenta, pozbawionego choćby śladowej wiedzy o tym, o czym ma się zająć?
Nie, przejście musi się dziać stopniowo, od wierzchołka do wierzchołka grafu, od węzła do węzła sieci. Na szybie okna, jak w „Pięknym Umyśle”, Jaromir rozrysował sobie mapę relacji między dziedzinami. Problem polegał na tym, że pomiędzy kropką oznaczoną „tu jesteś” a czymkolwiek użytecznym znajdował się szereg punktów pośrednich – trzeba było się nauczyć porządnie chemii, materiałoznawstwa, termodynamiki, spektroskopii, może pomiarów elektrycznych – tego wszystkiego, co na studiach olewał, bo wydawało się niezbyt ciekawe.
Najbliższym sensownym celem wydawała się informatyka kwantowa. Może niezwiązana bezpośrednio z klimatem – ale posiadanie komputera kwantowego lepszego niż obecne „Noisy and Intermediate Scale Quantum Computers” zmieniłoby wiele. Udostępniłoby niemal nieograniczoną moc obliczeniową. 2O ile dokładniejsze byłyby wtedy klimatyczne modele! O ile szybciej można by szukać nowych, interesujących syntetycznych materiałów, chociażby aby budować z nich panele słoneczne!
Zaczął czytać prace z tego zakresu. Na okiennej mapie dorysowywał kolejne detale. Wkrótce jego oczom ukazał się skrót. Sieci optyczne. Elektron to dość mała cząstka, więc czasem trudno nią operować. Weźmy coś większego – na przykład całe atomy – i każmy im udawać elektrony wewnątrz jakiegoś materiału (rzeczywistego albo tylko wyobrażonego). No dobrze, ale z czego w takim razie zrobimy sam kryształ? Na przykład ze stojącej fali świetlnej, powstałej skrzyżowanych promieni lasera. Tymi laserami możemy się bawić na różne sposoby, kontrolując kształt sieci, siłę, z jaką odpychają się „elektrony”, i prawdopodobieństwa, z jakimi przeskakują między danymi „atomami”. I nagle okazuje się, że proste „klocki” Jaromira zaczynają istnieć naprawdę. Nie musimy dostosowywać modelu do rzeczywistości, jeśli możemy dostosować rzeczywistość do modelu. Jeśli będziemy umieli to robić wystarczająco dobrze, to nawet abstrakcyjne, teoretyczne architektury komputerów kwantowych staną się rzeczywistością.
Tak, to właśnie jest droga, to musi być następny krok.
Antropocen to epoka skrajności, a jedna potrafi przejść w drugą nagle i natychmiastowo. Utopia i dystopia. Susza i powódź. Rozpacz i euforia. Nastrój Jaromira w jednej chwili zmienił się o 180 stopni. Wciąż czuł się, jakby miał przeciwko sobie cały świat – ale teraz był to pojedynek równego z równym.
En garde!
Owoce drzewa konsensusu I (The Guardian, 21.08.2035)
„Populacja Finlandii to pięć i pół miliona mózgów” – mówiła Eeva-Liisa Sinisalo, aktywistka Eutropii. w wywiadzie kilka lat temu, jeszcze przed Buntem Pszczół – „Jedenaście milionów rąk. Ogromna moc obliczeniowa. Ogromna siła. Ale ile z nich faktycznie pracuje nad ratowaniem świata, a ile przesuwa przysłowiowe tabelki w Excelu, wymyśla reklamy, pisze bezużyteczne aplikacje, gra na giełdzie – a może po prostu próbuje przetrwać z dnia na dzień? Musimy uwolnić ten potencjał, zaktywizować każdą, każdego z nich”.
W tym życiu II (kibuc Ervasti IV, grudzień 2037)
Jaromir był dumny z tego eksperymentu. Był dumny z tego, że w ogóle potrafił jakikolwiek eksperyment przeprowadzić, bo kiedy na studiach doktoranckich kazali mu prowadzić laboratoria, studenci radzili sobie z obsługą sprzętu lepiej niż on sam.
Skołował skądś szklaną płytkę, którą osmalił sadzą i zrobił na niej dwie równoległe rysy. Wskaźnik laserowy był na wyposażeniu sali lekcyjnej. I voliá, mamy prążki interferencyjne.
Zapalił światło i przestawił kamerę, tak żeby uczniowie łączący się zdalnie mogli zobaczyć tablicę. Szkoła była rozproszona pomiędzy kilka kibuców. Dzieci i młodzież z Ervasti IV również miały część przedmiotów online.
– Co oznacza obraz, który przed chwilą widzieliśmy? – spytał retorycznie Jaromir – Przypomnijmy sobie nasz niedawny eksperyment z falami na wodzie.
Zaczął szkicować analogię, przypominając wprowadzone na poprzedniej lekcji pojęcia superpozycji, dyfrakcji i interferencji. Disha, córka Harshini, podniosła rękę.
– Ale fale na wodzie faktycznie… falowały. A te prążki cały czas pozostają tak samo jasne. Dlaczego?
Jaromir trafił szczęśliwie. Nigdy nie planował uczyć w szkole, zgodził się na to tylko dlatego, że inaczej nie dostałby się do Ervasti IV. Kurs pedagogiczny na doktoracie zrobił tak na wszelki wypadek. Jeśli już musiał kogoś uczyć, wolałby, żeby to byli studenci. Oni, kiedy nie byli zainteresowani, po prostu spali albo więcej nie przychodzili. A dzieci i młodzież potrafiły być okrutne, w czysty, bezinteresowny sposób. Ale tutejsi uczniowie byli inni. Najwyraźniej ich rodzice (którzy, jak wszyscy w kibucu Ervasti IV, byli wcześniej aktywistami Eutropii) skutecznie wpajali im ideały bezprzemocowości. Jedyne co groziło mu z ich strony to trudne pytania. I, oczywiście, brak zainteresowania.
Wystąpienia publiczne nigdy nie były mocną stroną Jaromira. Dlatego do każdej lekcji drobiazgowo się przygotowywał, obracał ją wielokrotnie w myślach, a ostatecznie szedł do lasu i ćwiczył co trudniejsze fragmenty, wygłaszając je drzewom. Chyba działało. Chyba udawało mu się w ten sposób wykrzesać z siebie choćby odrobinę talentu pedagogicznego.
Pytanie Dishy zabiło mu ćwieka – jak dokładnie działają fotoreceptory w oku? Jakie tam zachodzą procesy absorpcji? To by chyba trzeba wytłumaczyć fotony, dualizm korpuskularno falowy… Nie, to jeszcze za wcześnie, to tylko zamiesza.
– To skomplikowane – spróbował wybrnąć – Ale część odpowiedzi jest taka, że światło zwyczajnie faluje za szybko, żebyśmy byli w stanie to uchwycić.
Ostatecznie, pytanie Dishy okazało się więc być mu na rękę, bo teraz musiał przypomnieć, co to jest częstotliwość i długość fali. Płynnie przeszedł więc do następnego punktu lekcji – matematycznego opisu fal i ich interferencji.
– A tak przy okazji – zrobił dygresję – widzicie, że dwa zupełnie różne zjawiska, jak światło i drgania powierzchni wody, są posłuszne w zasadzie tym samym równaniom. To dość częste w fizyce. Czasem można to wykorzystać. Na przykład, czarną dziurę… część z was pewnie wie, co to jest, kosmiczny obiekt, z którego nie może uciec nawet światło… raczej trudno by było stworzyć na Ziemi, zresztą byłoby to niebezpieczne. Ale można stworzyć analog czarnej dziury, coś, co zamiast światła pochłania dźwięk. Bo dźwięk to również fala. I w ten sposób można nauczyć się czegoś o prawdziwych czarnych dziurach.
„Kiedyś pracowałem w instytucie, który się zajmował takimi rzeczami.” – chciał powiedzieć Jaromir – „Nazywano to „analogiką.” Ale ugryzł się w język. Czasem rzucał jakąś ciekawostką, mając nadzieję na rozbudzenie zainteresowania u uczniów, ale szczegóły jego życia raczej nikogo by nie obchodziły.
– A czy może też pochłaniać fale na wodzie? – zapytała Disha.
– Taką pewnie też można zbudować – wyjaśnił – ale to chyba by trzeba sprawdzić na Overstandzie. Nigdy o czymś takim nie słyszałem. A jeśli nikt wcześniej o tym nie pomyślał, może ty kiedyś wpadniesz na to, jak to zrobić?
Garść nagłówków II (2028-2032)
Caritas ostrzega przed epidemią niedożywienia wśród dzieci.
Zajcew: „Ekologizm to ideologia wymierzona w rosyjski przemysł gazowy. Jej propagatorów traktujemy jak wrogów ojczyzny”.
„Dust Bowl 2: Electric Boogaloo”. Kolejny rok suszy w USA.
Rosja. Kolonizacja tajającej Syberii rękami opozycjonistów zesłanych do obozów pracy.
Kryzys migracyjny. Dania, Czechy i Polska tymczasowo zamykają granice wewnątrz UE.
Militarna retoryka i wyzwanie rzucone Chinom. Co napędza popularność Zajcewa?
Bunt Pszczół. Premier Rautavaara negocjuje z aktywistami Eutropii.
W poprzednim życiu II (Lipsk, luty 2032)
– Una cerveza por favor – powiedział Skulli Vernharðsson z Uniwersytetu w Reykjaviku. Po czym sam poszedł po piwo, z własnej lodówki. Konferencja miała w nazwie pirenejską miejscowość Benasque, ale już od lat, od pandemii, odbywała się zdalnie. I słusznie, wymiana idei nie wymaga emitowania ton CO2 po to żeby transportować „worki mięsa” tam i z powrotem przez pół świata. Wystarczy, no cóż, transportować same idee.
Jaromir prezentował tu wyniki ostatnich półtora roku pracy. Po doktoracie dostał zatrudnienie w Instytucie Maxa Plancka Badań Analogistycznych w Lipsku. Kiedy natrafił na ogłoszenie i zdecydował się wysłać tam CV, liczył na pracę przy sieciach optycznych. Ale okazało się że to tylko wierzchołek góry lodowej zwanej „analogiką”. W instytucie badano także między innymi akustyczne czarne dziury, optykę transformacyjną, gdzie współczynnik załamania udawał grawitację, czy tzw. wędrujące krople, które utrzymywały się na powierzchni wibrującej cieczy i udawały cząstki w (niepotwierdzonej) teorii de Brogile’a-Bohma. Na okiennej mapie – narysowanej od nowa na oknie wynajętej lipskiej kawalerki – pojawiły się nowe punkty i nowe ścieżki. Ostatecznie Jaromir trafił do projektu, którego istotę wczoraj wyjaśniał tak:
„Splątanie, ten dziwny efekt, który Einstein nazwał upiornym oddziaływaniem na odległość, i który umożliwia prześcignięcie klasycznych komputerów, wynika wprost z algebraicznej struktury mechaniki kwantowej. Struktury, którą do pewnego stopnia możemy odtworzyć przy użyciu makroskopowych obiektów, jak na przykład światła, które, kiedy mamy wystarczająco dużo fotonów, zachowuje się przecież zupełnie klasycznie. Są ograniczenia, oczywiście, i to poważne: nie ma nielokalności, nie da się więc w ten sposób splątać dwóch oddalonych od siebie układów, co najwyżej dwie własności tego samego zjawiska, jak na przykład polaryzację i rozkład fazy. Odpada nam “na odległość”, co w zasadzie wyklucza informatykę kwantową, ale jednak część “upiorności” pozostaje. Ta resztka, ta pseudokwantowość, wciąż może okazać się użyteczna, wciąż może zostać wykorzystana, aby przyspieszyć klasyczne, nie-kwantowe obliczenia…”
To jednak było wczoraj. Teraz miał wolne, nie musiał dopracowywać prezentacji, ćwiczyć wystąpienia, antycypować pytań z widowni i stresować się tym, jak mu pójdzie. Mógł w spokoju słuchać wykładów, a potem – socjalizować się i prowadzić do nocy długie dyskusje przy piwie. Aspołeczność nie oznaczała, że nie potrzebował międzyludzkich interakcji. Potrzebował ich po prostu mniej niż statystyczny homo sapiens, i niekoniecznie w formie głębokich relacji. Sytuacje takie jak ta były dobrą okazją, by spotkać się z innymi, być może podobnymi do siebie osobami – zwłaszcza że było mu dużo łatwej, kiedy kontakty te były wpisane w jakąś jasno określoną strukturę, jak na przykład konferencja.
– To co, bitwa raperów? – sptytała Cristina Ocampo z Międzynarodowego Centrum Fizyki Teoretycznej w Trieście.
– Mogę zacząć. – powiedziała Émile Ott z Princeton. – Weźmy całą wiedzę ludzkości. Zapiszmy ją jako ciąg zer i jedynek, albo lepiej – jako ciąg cyfr od 0 do 9. Ten ciąg jest rozwinięciem dziesiętnym pewnego ułamka. Bierzemy kijek, o długości dajmy na to metra, i zaznaczamy na nim nasz ułamek. No i mamy Kijaszek Prawdy, patyk, na którym skompresowaliśmy cały intelektualny dorobek naszego gatunku.
– Zapisany w możliwie najmniej stabilny sposób. – skomentował to Skulli, który zdążył już wrócić z kuchni z piwem – Ruszysz linię o jeden atom w górę czy dół i wszystko trafia szlag.
– Ćśś, nie psuj zabawy – zganiła go Cristina.
– Mam coś lepszego. – powiedział Jaromir. W tak małym gronie i przy pewnej dawce piwa stres związany z mówieniem do ludzi zniknął zupełnie. Zwłaszcza, że być może już nigdy więcej nie spotka tych ludzi, więc nawet jeśli powie coś głupiego czy niezręcznego, nie będzie musiał się potem tego wstydzić przez całe życie. Dlatego lubił tego typu sytuacje, i dlatego jego sieć społeczna byłą szeroka, ale płytka: wiele osób kojarzył i rozpoznawał, praktycznie nikogo nie znał tak naprawdę.
– A gdyby tak postawić całą koncepcję analogiki na głowie? Analogika to właściwie specyficzny rodzaj informatyki. Budujemy sieci optyczne na przykład po to, żeby określić właściwości jakiegoś matematycznego modelu kryształu, który, mimo że jest bardzo prosty do zdefiniowania równaniem, to jednocześnie jest bardzo trudny do symulacji na zwykłych laptopach czy nawet klastrach. Sieć taka jest więc komputerem, bardzo wyspecjalizowanym, stworzonym do rozwiązania konkretnego problemu, niemniej jednak wciąż komputerem. Ale przecież każdy proces fizyczny jest jakimś obliczeniem, natura cały czas przetwarza informacje. Gdyby spytać nie „jak zbudować analog danego procesu”, tylko „czego analogiem jest dany proces”? Zamiast znaleźć odpowiedź na pytanie, znaleźć pytanie na odpowiedź? Popatrzeć na, nie wiem, ruch chmur, formowanie się huraganu, rozpuszczanie się cukru w herbacie, powstawanie płatków śniegu, i wydobyć z tych procesów tajemną wiedzę? Mam nawet na to nazwę: informatyka odwrotna, inverse computing.
– Twój rodak Lem wymyślił raz coś podobnego. – odpowiedział mu Skulli – Nazywało się „demon drugiego rodzaju”, potrafiło wyodrębniać sensowne informacje z czystego szumu, i oczywiście nie istniało, tak jak „demon pierwszego rodzaju”, czyli demon Maxwella. Z inverse computing pewnie również będzie problem. Samo znalezienie, który element świata wykona potrzebne obliczenia, albo które z potrzebnych ludzkości obliczeń wykonuje dany element świata, to też zadanie obliczeniowe. Nie zdziwię się, jeśli trudniejsze, niż to wyjściowe.
Jak jest po angielsku „pan maruda, niszczyciel dobrej zabawy i uśmiechów dzieci”?
Zresztą, nieważne. Ważne, że Jaromirowi brakowało takich rozmów. Humoru, swobody, odrobiny szaleństwa. Sztuki dla sztuki. Ciągłe myślenie o ratowaniu świata zrobiło z niego utylitarystę. A ta „bitwa raperów” przypomniała mu, czego się w ten sposób pozbawił.
Zmiany klimatu zabiorą ci nawet rzeczy, co do których nie zdawałeś sobie sprawy, że je posiadasz.
Nie trzeba pana marudy, kiedy mamy prawdziwą apokalipsę.
Owoce drzewa konsensusu II (The Guardian, 21.08.2035)
Zmiany indywidualne czy systemowe? Obywatelskie nieposłuszeństwo, legalne demonstracje, pertraktacje z politykami czy samodzielne budowanie alternatyw? Nacisk na energetykę, ekonomię czy rolnictwo? A może na badania naukowe i opracowywanie nowych technologii? Ratowanie świata czy przygotowywanie się na nieuchronny koniec? Przed ruchami ekologicznymi od zawsze stały takie dylematy. Ale kiedy już zmobilizujemy wystarczająco dużo ludzi – co udało się Eutropii – te problemy znikają. „Nie stać nas na zaufanie jednej drodze. Musimy iść wszystkimi ścieżkami naraz.” – mówiła Eeva-Liisa Sinisalo we wspomnianym wywiadzie. Teraz ta wizja się spełnia.
Być może nie byłoby Eutropii gdyby nie skrócenie tygodnia pracy, przegłosowane sześć lat temu przez fiński rząd. Bo to właśnie dzięki temu rozwiązaniu tak wielu ludzi mogło zaangażować się w cokolwiek poza zarabianiem na własne utrzymanie.
W tym życiu III (kibuc Ervasti IV, styczeń 2037)
Biblioteka kibucu zawierała nie tylko książki, ale wszystko, czym (z punktu widzenia efektywności i zużytych zasobów) lepiej było się dzielić, niż mieć osobną kopię dla każdego. W tym niektóre narzędzia, urządzenia elektroniczne i komputery. Do tych ostatnich – które występowały w zawrotnej liczbie dwóch – wieczorami czasem trudno było o dostęp. Za to poranne godziny na liście rezerwacji były zazwyczaj wolne. Tak jak teraz.
Po otrzymaniu obywatelstwa Jaromir postanowił wprawdzie pójść za radą Hafsy i odstawić na chwilę swoje naukowe poszukiwania, ale ta chwila kończyła się właśnie teraz. Czuł się wystarczająco wypoczęty, żeby wrócić do pracy z nową energią. A raczej czułby się, gdyby przez te dwa miesiące przerwy nie odzwyczaił się od wstawania o tak nieludzkiej godzinie. Teraz niewyspanie wykrzywiało mu percepcję. Teraz czuł się obco w tym miejscu, w Ervasti IV, a może na świecie w ogóle – jakby zupełnie nie widział skąd się tu wziął. A jego ambitne plany wydawały się nie mieć żadnego sensu. Nie chodzi ci wcale o ratowanie świata. Pragniesz być lepszy od innych. Zapisać się w historii. Chcesz sławy, może nie Nobla, bez przesady, ale żeby chociaż nazwisko zapamiętali… Nie potrafisz się pogodzić z tym, że nie masz żadnego wpływu na świat. Żadnej kontroli, żadnej władzy.
Ale czy to źle, skoro przy okazji robi coś dobrego?
Zalał kawę zbożową (najnowsze dzieło kibucu Elokapina II, genetycznie zmodyfikowane zboże wytwarzające kofeinę) i wszedł na Overstanda. Czekała na niego tona powiadomień – nowe hasła, które warto przeczytać, i aktualizacje tych już istniejących o świeże wyniki obliczeń i eksperymentów. Ale jedno z nich było szczególne: ktoś, publikując swoje badania, postanowił podziękować jemu, Jaromirowi Gładykowi. Który nie miał bladego pojęcia, kto to mógłby być.
Sprawdził. Skulli Vernharðsson. Nazwisko znajome… a, tak, poznał go na konferencji w Benasque. Wyglądało na to, że Skulli siedział teraz w Kanadzie, gdzie wciąż wydawano pieniądze na takie luksusy jak fizyka teoretyczna. „Nie możemy sobie pozwolić na porzucenie badań podstawowych” – pisał zresztą kiedyś na jakimś portalu społecznościowym, którego Jaromir już od lat nie sprawdzał – „Fiksacja na punkcie użyteczności to ślepa uliczka. Ogólna teoria względności została opublikowana w 1916. Do momentu, kiedy trzeba było wziąć relatywistyczną poprawkę w systemie GPS, nie miała żadnych praktycznych zastosowań. Nigdy nie wiadomo, czy i kiedy dane odkrycie okaże się przydatne.”
Tylko że pieniądze od kanadyjskiego rządu były splamione krwią, bo pochodziły z wydobycia ropy z piasków bitumicznych. Ale niektórym najwyraźniej to nie przeszkadzało. Zresztą, tą drogą poszedł nie tylko Islandczyk – po tym, jak przy finansowaniu niemieckiej nauki wprowadzono Wagi Użyteczności Klimatycznej, a Instytut Badań Analogistycznych został zamknięty, część profesorów również zwiała do Kanady. Dawny szef Jaromira akurat został w Niemczech, projekt związany z pseudokwantowymi komputerami poszedł więc w cholerę, ale w sumie pewnie i tak nic by z niego nie wyszło – każda kolejna praca na ten temat coraz silniej sugerowała, że to ślepa uliczka.
Teraz Skulli wrzucił na Overstanda wyniki swoich ostatnich badań. Chodziło o wyznaczanie punktu przejścia fazowego – nagłej zmiany sposobu uporządkowania – w pewnym matematycznym modelu z zakresu fizyki ciała stałego. Modelu, którego nie imały się ani symulacje komputerowe (zbytnia złożoność), ani analogizowanie sieciami optycznymi (zbyt dziwne oddziaływania między cząstkami). Jednak Skulli wymyślił pewien trik. Znalazł odpowiedniość między tzw. powierzchnią Fermiego a gwiazdą neutronową, a w konsekwencji – między wspomnianym przejściem fazowym a wybuchem supernowej. Następnie po prostu wziął dane z obserwacji astronomicznych i podstawił do swoich równań. I to za nakierowanie na ten pomysł Skulli dziękował Jaromirowi.
Inverse computing, które miało być tylko wyrafinowanym żartem, zadziałało naprawdę – i to jak! Skulli dosłownie zbudował komputer z tysiąca gwiazd. Na chwilę nadał naszej cywilizacji kosmiczny sens – bo na miliardy lat przed tym, jak pewna małpa postanowiła zacząć chodzić na dwóch nogach, gwiazdy już powstawały po to, aby dokonywać dla nas obliczenia. Na moment wyniósł cywilizację o oczko wyżej na skali Kardaszewa, uczynił nas gatunkiem międzygwiezdnym.
Antropocen to epoka skrajności, a jedna potrafi przejść w drugą nagle i natychmiastowo. Zachwyt Jaromira wkrótce stał się wątpliwością, otrzeźwieniem, które uderzyło go niemal fizycznie. Zaraz. Powiedz to jeszcze raz, posłuchaj sam siebie. Brzmisz jak szur od „wolnej energii”. Naprawdę wierzysz, że twój stary żart zmieni świat?
I, oczywiście, Jaromir nie wierzył, choć chciałby. Jeśli raz pojedziesz do pracy rowerem, praktycznie nie zmieni to twojego śladu węglowego, liczy się tylko to, co robisz regularnie. Tak samo, jeśli inverse computing zadziałało tylko raz, to jakby nie działało w ogóle. Prawdziwą rewolucją byłoby dopiero zbudowanie Demona Drugiego Rodzaju. Tylko czy to w ogóle możliwe? Czy nie oznaczałoby to przeciwstawienia się najbardziej podstawowymi prawom termodynamiki i teorii informacji?
Potencjalną ścieżkę ku odpowiedzi odnalazł szybko, przyszła mu do głowy kilka dni później o drugiej w nocy, kiedy podekscytowanie tą sytuacją na zmianę ze zwątpieniem w sens poszukiwań kolejny raz nie dawało mu zasnąć. Overstand. Skoro system potrafi zakodować w uniwersalny sposób struktury matematyczne, na których oparte są odległe dziedziny nauki, musi dawać możliwość szukania podobieństw między nimi i znajdowania analogów danego problemu.
Trzeba wgryźć się w overstandowe bebechy, zrozumieć, jak ten system działa. Czyli trzeba umieć naprawdę dobrze programować na prounach. Brak tej umiejętności – między innymi – dwa lata temu kosztował Jaromira pracę na uczelni. I szczerze mówiąc, Jaromir dalej nie czuł się w tym zbyt dobry.
Oby gdzieś na Featheration był ktoś, kto zna się bardziej i ma trochę czasu.
Owoce drzewa konsensusu III (The Guardian, 21.08.2035)
Eutropia nie ma jednej ideologii. Znajdziemy tu zarówno paramonastyczne wspólnoty prawosławne, post-preppersów, jak i poliamoryczne mikrokomuny. Jedyne, co je łączy, to Pierwotny Konsensus – kilka wspólnych założeń, wartości i celów. Z niego, na podobieństwo drzewa – każda gałąź dodaje nowe zasady lub ukonkretnia te pochodzące z macierzystego konaru – „wyrastają” konsensusy poszczególnych grup, zakodowane w postaci prounów: cyfrowych reprezentacji idei, pojęć, znaczeń. Współpraca odbywa się na zasadzie pełnej dobrowolności. Zresztą, tam gdzie się da, zadania są crowdsource’owane – na Featheration, internetowej platformie Eutropii, codziennie lądują tysiące ogłoszeń, dotyczących spraw małych i wielkich, a aktywiści angażują się w nie na tyle, na ile chcą.
W podobnie zdecentralizowany sposób Eutropia akumuluje wiedzę, zapisując ją w instancji Overstanda. To coś rodzaju Wikipedii na sterydach, w której poszczególne hasła nie tylko się do siebie odnoszą, ale się nawzajem rozumieją i mogą się czytelnikowi „rozwinąć” w tekst na dowolnym poziomie szczegółowości, interaktywne wykresy albo mapę procesu rozumowania. Platforma ta ma rozproszony, federacyjny charakter – eutropijna encyklopedia jest więc elementem większej całości, złożonej z wielu instancji, należących między innymi do uniwersytetów (a przynajmniej tych z nich, które chcą się z Eutropią stowarzyszać).
Na Overstandzie lądują nie tylko wyniki badań naukowych czy plany urządzeń, ale też praktyczne obserwacje z permakultur czy na przykład wnioski po wdrożeniu nowego systemu podejmowania decyzji w grupie. W Eutropii wszystko jest eksperymentem.
Garść nagłówków III (2032-2036)
Żywność to nowy gaz. Jak Rosja gra zbożem.
Geopolityka zmian klimatu. USA chwieje się w posadach, Chiny walczą z tajfunami, Rosja zyskuje.
Finlandia w przebudowie. Chce się stać „ekologiczną potęgą”.
„Città fantasma”. Włoscy rolnicy masowo migrują do miast. „Uprawa stała się hazardem”.
To koniec Traktatu z Schengen? „I tak jest już martwy”.
„Powinniśmy poważnie rozważyć scenariusz konfliktu militarnego” – ostrzega były doradca fińskiego Ministra Obrony
„Odporność na rozpacz”. Jakie cechy charakteru są dziś pożądane przez pracodawców?
Eutropia w Szwecji i Norwegii. Czy powtórzy sukces fińskiego odłamu?
Arktyka wolna od lodu. Pierwsze takie lato.
W poprzednim życiu III (Maarianhamina, lipiec 2036)
Żeby zobaczyć przyszłość, wystarczyło spojrzeć przez szklane drzwi biura po drugiej stronie uczelnianego korytarza. Wystarczyło obserwować fizyków z grupy Niekonwencjonalnej Fotowoltaiki, odzianych w skóry haptyczne i hełmy wirtualnej rzeczywistości, wpiętych w uprzęże VR. Byli całkowicie zanurzeni w światach idei, w światach zbudowanych z prounów. Prounami myśleli, na prounach programowali, prounami operowali wykonując ruchy całym ciałem – czasem z taneczną gracją, czasem chaotycznie, drgawkowo. Transhumanizm light. Zespolenie z komputerem tylko o tyle, o ile „stawanie się jednym ciałem” jest dobrą metaforą na seks. Ale to tylko filozoficzne szczegóły, ważne że działa. Że ułatwia ludziom myślenie twórcze i abstrakcyjne.
Jaromir nie potrafił tak dogadać się z maszyną. Jego umiejętności posługiwania się prounami ograniczały się do wrzucania haseł na Overstanda. To absolutna podstawa. Nie miał czasu nauczyć się więcej.
Przyjechał do Finlandii z wielkimi nadziejami. Po pierwsze, nadziejami naukowymi, bo jego nowa szefowa, prof. Krista Pasanen z Uniwersytetu Helsińskiego, dostała grant na opracowywanie metody tworzenia silnie splątanych, neuromorficznych stanów kwantowych w sieciach optycznych – które mogłyby się przydać w tzw. jednokierunkowych komputerach kwantowych. Obiecujący kierunek, spory projekt, we współpracy z doświadczalnikami, którzy mieli z niego kupić dużo nowego sprzętu.
Po drugie, nadziejami aktywistycznymi – bo Jaromir chciał włączyć się w ruch eutropiański. A w zasadzie, włączyć bardziej – bo już przed przyjazdem był jego członkiem. Międzynarodowa część Featheration posługiwała się angielskim, było tam wiele osób z całego świata, realizujących zadania niewymagające fizycznej obecności w Skandynawii, na przykład związane z programowaniem czy projektami badawczymi citizen science. Przez ogłoszenie na platformie dołączył do jednego takiego przedsięwzięcia – socjofizyka, komputerowe modelowanie procesu decyzji w panelach obywatelskich, optymalizacja pod kątem inkluzywności. Po godzinach pisał programy do obliczeń, czując się znów jak na studiach – rozumiał swój kod, ale nie znał szerszego kontekstu: co konkretnie liczył, dlaczego i skąd to wynika. Ale to wystarczało. Robił coś potrzebnego tu i teraz.
Last but not least, przyjechał tu ze zwyczajną, egoistyczną nadzieją na przeżycie. Bo jeśli gdzieś będzie bezpiecznie, to tylko na północy.
Ale ta sama Eutropia, która Jaromira tak fascynowała, zabiła grant Pasanen. Panel obywatelski, obradujący w sposób ciągły od Buntu Pszczół, wymusił modyfikacje finansowania nauki, premiujące badania mogące przyłożyć się do ratowania świata przed katastrofą klimatyczną. Zmiany dotknęły nawet grantów już przyznanych. W końcu nie ma czasu, trzeba działać teraz. Jaromirowi trudno było się z takim uzasadnieniem nie zgodzić, ale skutkiem ubocznym było to, że kurek z pieniędzmi został zakręcony z dnia na dzień, bez odwołania.
A potem było już tylko gorzej. W odpowiedzi na zmiany zarządzone przez panel, Pasanen postanowiła odgrzebać swoje dawne badania nad adsorpcją gazów na nanostrukturach, licząc że uda się to jakoś podciągnąć pod wychwyt CO2 z powietrza. To oznaczało budowanie grupy od nowa. Dla Jaromira nie było tam już miejsca. Przewegetował kolejne dwa lata na Alandzkim Uniwersytecie Nauk Stosowanych, ale teraz uczelnia dała mu do zrozumienia, że jego dorobek raczej nie wystarczy, aby przedłużyć umowę. Bo faktycznie, ów dorobek, pomnożony przez wagi Użyteczności Klimatycznej, wyglądał słabo. Co prawda zaczęto brać pod uwagę Overstanda – platforma ta zyskiwała popularność na całym świecie, teraz każda szanująca się uczelnia miała swoją instancję, a hasła zaczęły powoli zastępować publikacje w czasopismach – Jaromir dostał więc dodatkowe punkty za swoją socjofizykę, a obliczenia dla Eutropii mógł oficjalnie robić w godzinach pracy. Wciąż nie były to jednak rzeczy godne samodzielnego pracownika naukowego, wciąż to samo mógłby robić magistrant albo doktorant.
Wisienka na torcie: kobieta z Działu Kadr powiedziała mu, że teraz przy rekrutacji – także jeśli chodzi o ponowne zatrudnienie na tym samym stanowisku – obowiązkowy będzie test z operowania prounami. Alandzki Uniwersytet Nauk Stosowanych nie był tu zresztą ewenementem, podobne wymaganie wprowadziło wiele innych uczelni.
Jaromir nie wiedział, co dalej. Czy w ogóle jest coś dalej. Postwzrostowe reformy obecnego rządu, w tym dochód podstawowy, dotyczyły tylko fińskich obywateli. Polityka migracyjna za to wciąż się zaostrzała – dla imigranta brak pracy równał się zakończeniu przygody z Finlandią.
Nikt nie mówił, że twoja nisza ekologiczna będzie istnieć wiecznie.
Nie miał już szans w nauce. A czy poza akademią istnieje w ogóle życie? Powinien zacząć przeglądać ogłoszenia, albo przynajmniej nabierać orientacji w lokalnym rynku pracy.
Nie, nie będę tego robił, zostawcie mnie, nie jestem w stanie.
Jednym z powodów, dla których Jaromir został na uczelni był fakt, że perspektywa szukania tzw. normalnej pracy od zawsze go przerażała. Te wszystkie rytuały CV i rozmów kwalifikacyjnych, te bezsensowne komplikacje, niczym piętnaście rodzajów widelców na stole arystokraty. Te piętrowe szyfry i ukryte, niepojęte znaczenia koloru krawata czy pozornie prostych pytań. Trzeba by skończyć osobny kierunek studiów, żeby zrozumieć te mechanizmy i umieć się w nich odnaleźć. Już nawet ten feudalizm na polskich uczelniach był lepszy.
Jasne, dla tzw. normalnych ludzi Jaromir przypominał księżniczkę na ziarnku grochu. Jego problemy musiały zdawać im się wydumane. Ale co to miało za znaczenie? Dla niego były realne, i nie miał najmniejszej ochoty się z nimi zmagać.
Odkąd zaczął myśleć w kategoriach ratowania ludzkości, w każdej nieprzyjemnej sytuacji w jego głowie odbywał się nad nią sąd: czy naprawdę jest tego ratowania warta? Teraz przychodziły mu do głowy wszystkie niesprawiedliwości świata, zarówno te, których doznał sam, jak i tych znacznie gorszych, których gdzieś na świecie, niekoniecznie daleko, doznawali inni (a on wolałby się zabić niż ich doświadczać). W tej chwili każda z nich miała dla niego tę samą wagę – każda była zbyt wielka. Sorry, cywilizacjo, ratuj się sama.
Znów zawiesił wzrok na postaciach z biura naprzeciwko, tańczących z prounami. Potem zebrał się w sobie i wrócił do przetwarzania swoich starych artykułów na hasła na Overstandzie. Nic więcej już nie wniesie w naukę, więc niech chociaż jego dorobek stanie się częścią tej nowej bazy wiedzy ludzkości. Nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie. Ale znajoma monotonia pracy pozwalała uciec od myślenia o przyszłości.
Po jakimś czasie, w ramach przerwy, wszedł zobaczyć co słychać na Featheration. Jego uwagę przykuło ogłoszenie na głównym kanale po angielsku. Szukano ochotników do kibucu Projektu Lintukoto. Jednego z pierwszych, który mają zamieszkiwać wyłącznie imigranci – choć wciąż mowa jeszcze o pionierach, budowniczych nowej rzeczywistości, a nie tym „kwiecie przyszłej Finlandii”, który ma przyjechać na gotowe i opromieniać nas swym blaskiem w zamian za stabilność i bezpieczeństwo.
W głowie Jaromira znów zaczęła się tlić nadzieja. Jak by nie patrzeć, przeprowadzka do kibucu oznaczałaby zerowy ślad węglowy. A więc koniec z wrażeniem, że żyje się na czyjś koszt, zużywa cudze zasoby, że lepiej gdyby zamiast tego żył ktoś inny. Tylko po cholerę miałby tam być potrzebny fizyk?
No cóż, formularz zgłoszeniowy można wypełnić. Spróbować nie zaszkodzi.
Owoce drzewa konsensusu IV (The Guardian, 21.08.2035)
Mimo braku hierarchicznej struktury, ruch eutropiański realizuje projekty, które oszałamiają skalą i ambicją. Przykładem są Ogrody Lintukoto. W ostatnich latach przez Skandynawię przetoczyła się fala pożarów lasów. Nieprzypadkowo – przez globalne ocieplenie ich macierzysta strefa klimatyczna „uciekła” na północ. Ich odbudowa nie ma więc sensu, w tych miejscach trzeba stworzyć coś innego – nowy, zaprojektowany od podstaw ekosystem, którego częścią będzie człowiek. Powstaną tam osady, w których będą mogli zamieszkać uchodźcy klimatyczni. Będą one zaopatrywały się w żywność lokalnie, z agroleśnictwa i permakultury. I, oczywiście, ich ślad węglowy będzie zerowy. Albo wręcz ujemny, bo przynajmniej w części będą czerpać energię z biomasy spalanej do biocharu – węgla drzewnego, który będzie potem użyźniał ubogie północne gleby, jednocześnie sekwestrując atomy węgla w gruncie. Już w tej chwili istnieje blisko pięćdziesiąt kibuców Eutropii, pracujących przy realizacji tej wizji. Na mocy tzw. Porozumienia Eutropia-Rautavaara, rząd dał im całkowicie wolną rękę jeśli chodzi o użytkowanie pogorzelisk.
Garść nagłówków IV (2036-2038)
„Cios dla słabnącego NATO bez uruchomienia Artykułu 5.”. Czy Rosja faktycznie jest zagrożeniem dla Finlandii?
Australia. Wheat Belt „praktycznie przestał istnieć”.
Zamach podczas spotkania Karelskiego Regionalnego Panelu Obywatelskiego. Dron z bombą unieszkodliwiony w ostatniej chwili.
Rekordowy tajfun Xikun. Średnica prawie jak z Brazylii do Afryki.
Militarystyczna obsesja. Komu zależy na podsycaniu strachu przed Rosją?
Ostatni szczyt klimatyczny. Epitafium dla Porozumienia Paryskiego.
Kryzys emerytalny w Kanadzie. Policja pacyfikuje protesty seniorów.
Panika w Helsinkach. Nieznani sprawcy skazili ujęcie wody.
Czy Francja sfinansowała ludobójstwo w Gabonie? Znany polityk: „problem uchodźców klimatycznych trzeba rozwiązać u źródła”.
W tym życiu IV (kibuc Ervasti IV, marzec 2038)
Antropocen to epoka skrajności, a jedna potrafi przejść w drugą nagle i natychmiastowo. Jednego dnia myślisz, że jesteś bezpieczny już do końca życia, a główną kwestią zaprzątającą twoją głowę jest to, jak zmienić cały Wszechświat w ogromny komputer. Drugiego dnia następuje koniec wszystkiego. Jaromir nie spodziewał się, że jego życie może rozpaść się tak nagle. Nie tutaj. Nie teraz.
Pokazał urzędową apkę Roberto, pierwszej osobie, którą spotkał na korytarzu. Nie wierzył w to, co tam zobaczył. To musiał być błąd.
Powołanie do wojska? Kurwa, seriously?
– Jesteś obywatelem Nowej Finlandii. – wyjaśnił Robert – To pociąga za sobą obowiązki. Automatycznie trafiłeś do rezerwy. Może nie zwróciłeś uwagi, bo system sam pobrał twoje dane medyczne i przypisał kategorię.
– Zwróciłem. – odpowiedział Jaromir, zirytowany jego protekcjonalnym tonem – Ale myślałem, że to czysta formalność. Nigdy nie słyszałem, żeby jakikolwiek Pionier Projektu Lintukoto musiał iść do wojska. Robimy już swoją robotę dla kraju. Tutaj.
Robert spojrzał na niego jak na idiotę, któremu trzeba tłumaczyć oczywistości.
– Tylko że do dzisiaj rosyjskie wojska nie przekraczały fińskiej granicy.
Kurwa, co?
Jaromir wklepał na tablecie adres pierwszego lepszego portalu informacyjnego. Tak, rosyjskie oddziały przekroczyły fińską granicę ponad godzinę temu. Jaromir nie miałby szans o tym nie usłyszeć… gdyby tylko w tym czasie był w kibucu, a nie w lesie, ćwicząc lekcje na jutro.
To nie tak, że nikt się nie spodziewał. Gdyby Jaromir nie posłuchał Hafsy i śledził media, docierałyby do niego kolejne niepokojące wiadomości. Gdyby chociaż przez te ostatnie miesiące, w swojej inversecomputingowej gorączce, nie ograniczył kontaktów z ludźmi do absolutnego minimum, część z tych wiadomości dotarłaby do niego przez zwyczajne rozmowy – ale niestety, niejasne aluzje i strzępki konwersacji zrozumiał dopiero teraz, patrząc wstecz.
Wydawało mu się, że może zapomnieć o świecie poza kibucem. Teraz jednak ten świat upomniał się o niego. Jaromir miał się stawić następnego dnia w jednostce w Kuopio, razem z kilkoma innymi mieszkańcami Ervasti IV.
Nie no, ludzie, trzeba coś zrobić. Jakiś protest. Obywatelskie nieposłuszeństwo. My tu budujemy utopię, to się nie może tak skończyć!
Jakby mówił do ściany. Nikt nie był zainteresowany. „Sam sobie protestuj”. „Mamy w konsensusie współpracę z rządem”. „Gdybym chciał się bawić w takie rzeczy, to byłbym we Frakcji Wyważonej Bramy, a nie tu”. Albo jeszcze gorzej: „Naprawdę wierzysz w tę utopię, skoro nie chcesz jej bronić?”
Nikt nie mówił, że twoja nisza ekologiczna będzie istnieć wiecznie.
Utopia nie istnieje. Pod spodem wciąż jest maszyna żywiąca się krwią. Maszyna, która spowodowała zmiany klimatu, ale która istniała już wcześniej. Istniała zawsze. Zanim pojawiły się paliwa kopalne, była już krew. Jaromir mógłby to zobaczyć już dawno, ale odwracał wzrok. Teraz już się nie dało.
Każdy, kto ujrzał to i żyje, staje się współwinnym.
Tablet zawibrował sygnałem wiadomości. Przypominajka z biblioteki, powinien oddać to urządzenie, kolejna osoba z listy miała je dostać już cztery minuty temu. Oby chociaż któryś komputer był teraz wolny.
Oba były zajęte.
– Potrzebujesz wejść teraz? – spytała Hafsa, siedząca przy jednym z nich. Nie czekając na jego odpowiedź zwolniła miejsce i czym prędzej udała się do wyjścia. Jakby chciała uniknąć kontaktu z Jaromirem. I ty, Brutusie? Teraz, kiedy potrzebna jest już nawet nie tyle Strażniczka Kultury Rozkwitu, ale strażniczka ludzkiego życia?
A najgorsze, że oni wszyscy mieli rację. Jaromir sam nie postawiłby się systemowi w ich obronie, nie przypiąłby się u-lockiem do bramy Ministerstwa Obrony, czemu więc miałby oczekiwać tego od nich? Wszedł na kanał grupy badawczej od inverse computing. Która zresztą sama nie wiedziała, że jest grupą od inverse computing. Jaromir bał się, że ta idea jest zbyt szalona i będzie odstraszała potencjalnych chętnych do współpracy. Dlatego wymyślił, że zespół ma stworzyć Connection Explorera – nakładkę na Overstanda, która wyszukiwałaby podobieństwa między strukturami matematycznymi różnych problemów i wskazywała w ten sposób kierunki potencjalnej współpracy między naukowcami z różnych dziedzin. Ale to przecież tylko krok od „informatyki odwrotnej” – jeśli grupie udałoby się zrealizować ten plan, Jaromir wreszcie mógłby podzielić się swoją ideą ze światem.
Jednak w obecnej sytuacji nie mógł już dłużej czekać. Dalej nie wiedział, czy nie jest to tylko bełkot nawiedzonego szura, desperacko pragnącego nadać swojemu życiu znaczenie. Ale wystarczyło niezerowe prawdopodobieństwo, że nie jest.
Spisał na kanale całą koncepcję, wszystko, co przychodziło mu do głowy na jej temat, porządkując myśli na ile to możliwe. Najpierw podstawowa idea. Potem – jak należałoby rozwinąć Connection Explorera, żeby wykorzystać go w inverse computing. Później – pytania bez odpowiedzi i kierunki dalszych badań. Na samym końcu – spekulacje, z podkategorią „dzikie spekulacje”, gdzie znalazły się luźne pomysły, zwariowane, absurdalne, a może po prostu nieprzemyślane. Niezapisane przepadłyby. Świat musiał poznać je wszystkie – choćby tylko po to, żeby to od razu odrzucić. Wszak sam Niels Bohr zastanawiał się nie czy dana teoria jest zbyt szalona, tylko czy jest wystarczająco szalona, aby być prawdziwa.
W tej ostatniej kategorii znalazło się pytanie, które wpadło mu do głowy parę dni temu. Nie traktował go wtedy serio, teraz jednak wydało mu się kwestią niezwykle ważną, wręcz ostateczną – i dla „odwróconej informatyki”, i całej ludzkości.
Jeśli świat jest ogromnym komputerem, to co oblicza podprogram zwany „zmianą klimatu”?
Owoce drzewa konsensusu V (The Guardian, 21.08.2035)
Utopia? Niekoniecznie. Społeczeństwo Nowej Finlandii będzie wprawdzie skonstruowane tak, jak tego chcą Eutropianie, ale to, kto będzie wchodził w jego skład, określi Urząd Imigracji. Zgodnie z Porozumieniem Eutropia-Rautavaara, to właśnie ta instytucja będzie decydowała, komu pozwolić zamieszkać w Ogrodach Lintukoto, i kogo w tym celu wpuścić do Finlandii.
„Bezpieczeństwo staje się towarem deficytowym” – tłumaczył niedawno premier – „I tak właśnie je traktujemy. Jako towar. Nowe osady siłą rzeczy będą miały ograniczoną liczbę mieszkańców. Kiedy więc zakończy się okres przejściowy i cała infrastruktura Ogrodów Lintukoto będzie gotowa, priorytet będzie przyznawany osobom, które najbardziej przysłużą się krajowi. Inżynierom, przedsiębiorcom, naukowcom, czy po prostu osobom o odpowiednim profilu psychologicznym. Ci ludzie pomogą nam budować silną, szczęśliwą, ekologiczną Finlandię. Projekt Lintukoto to inwestycja – długofalowa, a zyski nie będą liczone w pieniądzach – ale wciąż inwestycja”.
W tym życiu V (kibuc Ervasti IV, marzec 2038)
Niedaleko Ervasti IV znajdowało się jezioro. Z pierwszymi dniami wiosny lód robił się coraz cieńszy. W niektórych miejscach wciąż był wystarczająco gruby, aby utrzymać ciężar Jaromira i pozwolić mu wyjść na środek akwenu. W niektórych wystarczająco cienki, aby się pod tym ciężarem załamać i sprawić, że Jaromir utonie w lodowatej wodzie. Dokładnie tak, jak chciał.
Jednak jego ostatnia spójna myśl była niezgodą na śmierć, irracjonalną modlitwą skierowaną do nie wiadomo kogo.
Pozwólcie mi skończyć moje badania.
Owoce drzewa konsensusu VI (The Guardian, 21.08.2035)
Ilu z Eutropian chce ostrej selekcji imigrantów, a ilu zgadza się na nią niechętnie, jako cenę, którą trzeba było zapłacić w negocjacjach z rządem? Trudno powiedzieć. Są jednak tacy, którzy wyrażają zdecydowany sprzeciw. Odcięli się od ruchu eutropiańskiego, nazywając się Frakcją Wyważonej Bramy, i deklarując, że Bunt Pszczół wcale się nie skończył. Wciąż robią akcje, regularnie przyklejają się do drzwi budynków państwowych inwestycji czy organizują blokady ulic. Domagają się przyjmowania wszystkich migrantów klimatycznych. Uważają, że bogate kraje są im to winne. Na transparentach widnieje motto Frakcji: „Życie dla wszystkich”.
– W dążeniu do utopii trzeba kiedyś się zatrzymać. – mówi Eino Linnankoski z kibucu Patamäki II – Bez kompromisów niczego nie osiągniemy. W pewnym momencie trzeba przestać krzyczeć, a zacząć pracować. Zabrać się za budowę czegoś realnego.
– To ile trupów uznajemy za akceptowalny kompromis?” – pyta Laura Vainio z Frakcji Wyważonej Bramy.
W przyszłym życiu (wszędzie, wieczność)
Jeśli istnieją duchy, duch Jaromira Gładyka będzie obserwował, jak jego naukowy testament zostaje zignorowany. Ciężko będzie nawet powiedzieć, czy ktokolwiek go przeczytał – ludzie będą mieli na głowie dużo ważniejsze sprawy niż sprawdzanie Featheration i pisanie nakładek na Overstanda. Kibuce opustoszeją, albo wręcz przeciwnie – przyjmą uciekinierów z terenów objętych walkami. Projekty badawcze zostaną zarzucone. Fabryki paneli słonecznych, turbin wiatrowych, autobusów elektrycznych przestawią się na produkcję broni i wojskowego sprzętu. Społeczności dotychczas zaangażowane w Eutropię zaczną wymieniać się instrukcjami syntezowania materiałów wybuchowych i produkcji karabinów w drukarkach 3D. Będą nawet krążyły pogłoski o tym, że ex-eutropiańscy biohakerzy pracują nad bronią biologiczną, która miałaby zostać rozpylona w głębi Rosji z autonomicznych, stratosferycznych dronów-sterowców (niektórzy będą mówili, że po cichu wspiera ich rząd, niektórzy że to zupełnie oddolna inicjatywa).
A większość ludzi, cóż, będzie próbowała po prostu przeżyć.
Ale poza Finlandią ruch eutropiański wciąż będzie istniał. Wciąż będzie się rozwijał, rozprzestrzeniając na coraz to nowe kraje. Rok po rosyjskim ataku, kanał grupy od inverse computing odnajdą programiści z Peru. Uda im się dokończyć Connection Explorera, ale idea odwrotnej informatyki w ogóle nie będzie ich obchodziła
Duch Jaromira będzie więc błąkał się po zaświatach, szukając odpowiedzi na jego ostatnie, ostateczne pytanie: czy zmiany klimatu coś obliczają? To jest jego prywatny, ostateczny sąd nad światem. Sąd, który musi się odbyć, choć nikt nigdy nie pozna wyroku. Jeśli istnieje zadanie obliczeniowe odpowiadające globalnemu ociepleniu, to przynajmniej to wszystko – życie Jaromira Gładyka, fizyka, cywilizacja i gatunek ludzki w ogóle – miało jakiś sens. Choćby śladowy. Choćby nawet wyznaczaną wielkością był optymalny czas gotowania jajka na twardo albo prędkość mikrometeorytu, który dnia 28.12.2033 spłonął niezauważony w atmosferze Marsa ponad Olympus Mons, przynajmniej można by powiedzieć, że istnieliśmy po coś.
To zupełnie arbitralne postawienie problemu. Ale nie oszukujmy się – czy będzie to gorsza odpowiedź, niż te dawane przez religie i mitologie? Grzech pierworodny, zły Demiurg tworzący materię, puszka Pandory – czy to naprawdę satysfakcjonujące wyjaśnia sensu cierpienia?
Duch będzie więc szukał, nawiedzał biblioteki i centra obliczeniowe, wypytywał świeżo zmarłych naukowców, wertował kronikę Akaszy. Będzie musiał szukać, obsesja wdrukowała mu się na zawsze w momencie śmierci.
A jeśli kiedykolwiek natrafi na dowód, że zmiany klimatu nie obliczają nic, nie zaakceptuje tego faktu. Będzie szukał dalej. Całą wieczność.
9 listopada w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) odbyła się rozprawa dotycząca kopalni Turów. Mimo trwających od czerwca negocjacji pomiędzy stronami sporu, Polsce nie udało się osiągnąć porozumienia z Czechami przed rozpoczęciem rozprawy. — Tylko planowe wygaszanie kopalni i elektrowni do roku 2030 może ograniczyć szkody dla mieszkańców, środowiska i klimatu — apelują organizacje ekologiczne.
To pierwszy pozew, który przeciw Polsce wniósł inny kraj członkowski i pierwszy w historii Unii Europejskiej, którego przyczyną jest negatywne oddziaływanie środowiskowe na inny kraj. Od wejścia Polski do UE tylko 4 razy w historii doszło do tego, by jedno państwo członkowskie pozwało inne.
Dzisiejsze wysłuchanie stron w TSUE będzie jedynym w tej sprawie. Sędziowie wysłuchają obu stron sporu oraz Komisji Europejskiej. Orzeczenie najprawdopodobniej zostanie ogłoszone dopiero w 2022 roku.
— Dzisiejsze posiedzenie służy ustaleniu okoliczności postępowania w stopniu umożliwiającym wydanie przez TSUE orzeczenia. Nie powinniśmy spodziewać się go jednak wcześniej niż w pierwszym kwartale 2022 roku, tym bardziej że wyrok poprzedzony będzie jeszcze opinią rzecznika generalnego. Jedyną deską ratunku polskiego rządu jest osiągnięcie porozumienia z Czechami, które wiązać będzie się z cofnięciem skargi i tym samym końcem postępowania w sprawie Turowa przed TSUE — komentuje Dominika Bobek, radca prawny z Fundacji Frank Bold. — Nie zwolni to jednak najprawdopodobniej Polski z obowiązku zapłacenia naliczonych do tego czasu kar — „najprawdopodobniej”, ponieważ sprawa Polski jest precedensowa i polityczna, a mechanizm egzekucji kar niejasny.
Mimo szumnych zapowiedzi polskiego rządu oraz zmiany na stanowisku Ministra Klimatu i Środowiska nie udało się zawrzeć porozumienia z Czechami przed rozprawą w Trybunale.
— W projekcie porozumienia brakuje daty odchodzenia od węgla w Turowie. Również PGE nie ujawniło harmonogramu wygaszania kompleksu, który jest niezbędny do przygotowania Terytorialnego Planu Sprawiedliwej Transformacji, przez co świadomie naraża mieszkańców regionu zgorzeleckiego na utratę ok. 1 miliarda złotych z unijnego Funduszu Sprawiedliwej Transformacji. Stoimy przed wyborem kierunku transformacji energetycznej. Według naukowców z Politechniki Śląskiej powiat zgorzelecki może zyskać nawet 220 mln złotych rocznie stawiając na energię odnawialną i elektroprosumeryzm — wylicza Katarzyna Kubiczek, koordynatorka projektów Stowarzyszenia EKO-UNIA.
— Polska ma do zapłacenia już ponad 115 mln złotych kary za niedostosowanie się do postanowienia TSUE w sprawie czasowego wstrzymania działalności kopalni i kwota ta nieustannie rośnie. Wczoraj Polska otrzymała już pierwsze wezwanie do zapłaty. Turów będzie nas jednak kosztował znacznie więcej, jeśli przez brak odpowiedzialnych działań ze strony polskiego rządu zaprzepaścimy szansę na sprawiedliwą transformację regionu — komentuje Maria Wittels z Fundacji „Rozwój TAK — Odkrywki NIE”. — Jedynym racjonalnym wyjściem, jest podanie daty wyłączenia Turowa zgodnej z prawem klimatycznym UE i celami porozumienia Paryskiego, a więc najpóźniej do 2030 roku.
— Uzależnienie Polski od węgla dawno przestało być tylko naszym wewnętrznym problemem. Dziś procedowany jest pierwszy w historii środowiskowy pozew złożony do TSUE przez inne państwo członkowskie. To sytuacja bez precedensu, a jednocześnie nie jest ona zaskoczeniem – rząd na własne życzenie doprowadził do eskalacji tego konfliktu. Wydając pozwolenie na dalszą rozbudowę kopalni Turów, zignorowano wszystkie uwagi obywateli i organizacji pozarządowych z Polski, Czech i Niemiec, wniesione przeciwko tej szkodliwej inwestycji. Rozwiązaniem jest jak najszybsze ogłoszenie przyspieszonej daty zamknięcia kompleksu energetycznego Turów oraz opracowanie planu sprawiedliwej transformacji regionu — komentuje Anna Meres, koordynatorka kampanii klimatycznych w Greenpeace Polska.
Tło sprawy
26 lutego Czechy złożyły pozew przeciwko Polsce do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w związku z rozszerzeniem kopalni węgla brunatnego Turów. Rząd Republiki Czeskiej wnioskował także o nakaz wstrzymania wydobycia w Turowie do czasu decyzji TSUE.
Pomimo postanowienia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 21.05.2021 nakazującego natychmiastowe wstrzymanie wydobycia z odkrywki Turów, do czasowego przerwania działalności, należącej do PGE kopalni w Bogatyni nie doszło. 20.09.2021 TSUE kolejną decyzją nałożył na Polskę 500 000 euro kary dziennej za niezastosowanie się do postanowienia z 21.05.2021.
Arogancja PGE oraz brak planu na polubowne rozwiązanie napięć wywoływanych dalszą nieprzerwaną pracą kopalni kosztują polskich podatników i podatniczki prawie 70 milionów złotych miesięcznie.
Więcej: https://www.stopturow.com/pl2.php?dzial=2&kat=14
Fot.Transparency International EU Office. Flickr
Pierwsze miesiące pandemii, wiosną 2020 roku, sprawiły, że świat się nagle zatrzymał. Wiele się wtedy mówiło o pozytywnym wpływie tych wymuszonych zmian na planetę, środowisko i spowolnienie ocieplenia klimatu. Ale czy tak jest naprawdę?
W początkowych tygodniach i miesiącach szerzenia się choroby, cały świat zamknął się i zwolnił. Zdecydowanie spadła ilość emitowanych gazów cieplarnianych, bo uśpiony został transport (przede wszystkim ten samolotowy), czy też wstrzymana produkcja w wielkich firmach. Ludzie zostali w domu. Spadła również konsumpcja, a większość sklepów i galerii handlowych była zamknięta. Efekt zatrzymania codziennego życia można było już po kilku tygodniach obserwować na mapach satelitarnych, które pokazywały zdecydowany spadek ilości zanieczyszczeń atmosfery, w tym przede wszystkim dwutlenku węgla. Jakość powietrza poprawiła się na wielu obszarach, w niektórych krajach ludzie zobaczyli dawno niewidziane szczyty gór, a na terenie dynamicznie rozwijających się Chin spadek ten sięgał nawet 25%.
Osoby, których codzienność zmieniła się diametralnie sporo mówiły o tym, że to pozwala im inaczej spojrzeć na świat. Bardziej docenić kontakt z przyrodą, to co mamy, a w wyniku kryzysu klimatycznego możemy stracić. Ankietowani w różnych badaniach deklarowali rezygnację z konsumpcjonizmu, zwiększenie świadomości ekologicznej i chęć wdrażania zmian. Koronawirus nastraszył wielu, bo jest przecież takim preludium, do tego, co może nas czekać w kontekście szybkiego ocieplania się klimatu, ale o tym za chwilę.
Efekty spowolnienia gospodarki można było również zauważyć w zmianie daty tak zwanego Dnia Długu Ekologicznego (jest to dzień z kalendarza, w którym danego roku zużyliśmy już wszystkie zasoby Ziemi dla nas przewidziane i do końca grudnia żyjemy na kredyt). Obliczono go na 22.08.2020 czyli prawie miesiąc poźniej niż w 2019, kiedy to „obchodzony” był 29.07 2019. To kilkutygodniowe opóźnienie było bezpośrednio związane z mniejszym zużyciem drewna oraz paliw kopalnych w czasie lockdownu.
I niestety na tym kończą się pozytywne zmiany, ponieważ w momencie luzowania obostrzeń i wznowienia funkcjonowania gospodarki optymistyczny obraz powrotu do korzeni, przejścia na stronę ekologii i szansy na zatrzymanie globalnego ocieplenia oraz dalszej degradacji planety legł w gruzach. W pierwszej kolejności można było zauważyć znaczący spadek zainteresowania rządów i globalnych koncernów inwestowaniem w ekologię, Zdecydowanym priorytetem było ratowanie gospodarki, a więc dotacje i projekty, które miały nas zbliżyć choć kilka kroków do zero-emisyjności zostały zamrożone. Co więcej przeniesienie pracy do domów zwiększyło zużycie prądu przez gospodarstwa, a po otwarciu rynku wiele firm próbowało nadgonić straty zwiększając moce produkcyjne. Niestety wygląda na to, że szybko odrabiamy zaoszczędzone atmosferze zanieczyszczenia. W tym roku Dzień Długu Ekologicznego znów wypadł w drugiej połowie lipca. Takie trendy zapowiadały również nasze doświadczenia m.in. z kryzysu gospodarczego w 2010 roku. Zaobserwowano wtedy, że ludzkość odrabia ilość wyprodukowanego CO2 z nawiązką (wtedy emisja po kryzysie wzrosła jego ilość wzrosła o 5,4%, co było 1,5% więcej niż spadek podczas zatrzymania świata).
Kolejnym olbrzymim problemem ekologicznym, który związany jest z pandemią jest ogromna produkcja dodatkowych odpadków w postaci opakowań po środkach dezynfekujących oraz jednorazowego sprzętu ochrony osobistej. W samym Wuhan, w czasie szczytu zachorowań, takich odpadów medycznych wyprodukowano ponad 200 ton. Ich problematyczność związana jest nie tylko z ilością, ale również z faktem, że nie nadają się do recyclingu, więc ostatecznie lądują w odpadach zmieszanych i na wysypiskach śmieci lub wprost na ulicy. A te, które miały kontakt z osobą o potwierdzonym pozytywnym wyniku COVID-19 są traktowane, jako odpady niebezpieczne, zakaźne i muszą być spalane w specjalnych spalarniach odpadów medycznych. Część z nas, z uwagi na swoje bezpieczeństwo powróciło również do produktów kupowanych w jednorazowych plastikowych opakowaniach, np. żywności na wynos. Zintensyfikowana dbałość o higienę wpłynęła też na zwiększone zużycie zasobów wodnych i wprowadzanie do nich substancji potencjalnie szkodliwych – pochodzących mi.in z płynów do dezynfekcji. Zmieniły się też nasze priorytety. Wiele osób mocno odczuło lock down w kontekście bezpieczeństwa finansowego, w związku z tym, gdy martwimy się o nasze jutro, nie myślimy o tym, co czeka planetę za kilka/kilkanaście lat.
Całość obrazu maluje się niestety pesymistycznie. Koronawirus nie tylko nie zredukował naszych nieekologicznych zachować, ale niektóre z nich zintensyfikował. Oddalił też wizję wdrożenia międzynarodowych programów mających na celu zminimalizować wpływ całych państw i wielkich koncernów na zmiany klimatu.
Ale nie smućmy się. Badania socjologiczne pokazują, że ten kryzys nie pozostał w naszej świadomości bez echa. Wielu Polaków deklaruje, że światowa pandemia otworzyła ich oczy na to, że już nie jesteśmy bezpieczni i że coraz łatwiej choroby wcześniej egzotyczne będą przychodzić również do innych stref klimatyczne. Może to być związane na przykład z uchodźstwem klimatycznym. Nikt tez nie wie, jakie patogeny ukryte są w topniejących lodowcach.
Dlatego ponad 1/3 ankietowanych deklaruje, że pandemia wpłynęła na ich zwiększenie świadomości ekologicznej. Najbardziej wyraża się to w wzroście poprawnej segregacji w gospodarstwach domowych i deklaracji mniej konsumpcyjnego życia. Cały czas wierzę, że wiele się jeszcze zmieni. Mam też nadzieję, że potrzebę zmian odkryjemy w końcu sami i nie będą nas do tego popychać światowe kryzysy.
Artykuł powstał w ramach projektu „Europe in Solidarity” finansowanego ze środków Parlamentu Europejskiego.
Polski Klub Ekologiczny w Krakowie Koło Miejskie Gliwice dziękuje za wsparcie finansowe Unii Europejskiej. Wyłączna odpowiedzialność za treść materiału spoczywa na Polskim Klubie Ekologicznym w Krakowie Koło Miejskie Gliwice. Niniejszy materiał nie odzwierciedla opinii Unii Europejskiej. Parlament Europejski nie ponosi odpowiedzialności za jakiekolwiek wykorzystanie informacji zawartych w materiale.
Fot. Adam Nieścioruk
Ewa Sufin-Jacquemart w korespondencji z Glasgow:
Minął pierwszy tydzień szczytu klimatycznego COP26 w Glasgow, nazywanego przez niektórych szczytem ostatniej szansy.
Po publikacji parę miesięcy temu pierwszej części VI raportu naukowego IPCC aktualizującego stan wiedzy naukowej świata w kwestii postępujących zmian klimatu, ich przyczyn i tempa zmian, jak i tempa i rozmiaru koniecznej redukcji gazów cieplarnianych, rozwiały się ostatnie złudzenia.
Nauka z całą stanowczością potwierdza: TAK, ludzie i ich antropogeniczne emisje gazów cieplarnianych odpowiadają za co najmniej 1°C zwyżki średniej temperatury na Ziemi od czasów preindustrialnych, z 1,1°C wzrostu jaki w tym czasie nastąpił. TAK, nie dopuszczenie do wzrostu powyżej 1,5°C jest jedynym sposobem, aby zagwarantować adaptację ludzkości do postępujących zmian, nie dopuszczając do najgroźniejszych sprzężeń zwrotnych, po wystąpieniu których sytuacja mogłaby się wymknąć spod kontroli a skutki mogłyby być niewyobrażalne. TAK, 2°C jest już bardzo niebezpieczne i należy czynić wszystko aby „wylądować” jak najbliżej 1,5°C, a już na pewno nie przekroczyć granicy 2°C przewidzianej w Porozumieniu Paryskim. TAK, trzeba działać bardzo szybko, kluczowa jest radykalna redukcja emisji, o co najmniej 45%, ale lepiej więcej, nawet do 60%, jeszcze w tej dekadzie.
Przed rozpoczęciem szczytu w Glasgow (współorganizowanego przez Wielką Brytanię i Włochy) dobrowolne zobowiązania wszystkich krajów były na ścieżce na ok. 2,7°C, czyli dużo powyżej granicy względnego bezpieczeństwa. Zrozumiałe jest więc dlaczego COP26 jest „szczytem ostatniej szansy”.
Było to dobrze widać na ulicach Glasgow w sobotę 6 listopada, gdy ponad 100 tysięcy ludzi hałaśliwie opanowało ulice miasta, ale także w Londynie i w setkach miast na świecie, gdzie ludzie, szczególnie młodzi, których przyszłość odbiera wszelka zwłoka w działaniach na rzecz klimatu, urządzali marsze i protesty, w ramach Global Day of Action ogłoszonego przez ruchy i organizacje skupione pod nazwą COP26 Coalition. Żądania natychmiastowego działania zamiast pustych i gładkich obietnic i deklaracji były wykrzykiwane, wypisywane, wyśpiewywane i przedstawiane na tysiące sposobów i w wielu językach. Można to streścić hasłem „Chcemy wszystkiego, teraz!”.

Obawy, że politycy i korporacje po raz kolejny zawiodą są ogromne i wcale nie bezpodstawne, mimo, że pierwszy tydzień szczytu przyniósł wiele zobowiązań, deklaracji i nowych lub poszerzenie starych inicjatyw. Tyle, że jeszcze jesteśmy daleko od 1,5°C, a pamiętajmy, że zobowiązania na papierze to dopiero początek. Prawdziwym problemem będzie skłonienie wszystkich do wypełnienia zobowiązań…
Co takiego się do tej pory działo? Podaję subiektywnie wyselekcjonowane zdarzenia i deklaracje, z gąszcza deklaracji, wydarzeń i ogłoszeń.
Pierwszy dzień COP26 był dość chaotyczny, delegaci stali w kolejkach ze względu na zaostrzone procedury covidowe, odwołano wiele spotkań, utrudniano pracę dziennikarzom.
Potem było oficjalne otwarcie. Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson powiedział, że „jest minuta przed dwunastą na zegarze końca świata i teraz musimy działać”, co mu nie przeszkodziło, o czym doniosły niektóre brytyjskie media, wrócić do Londynu samolotem na kolację w gronie klimato-sceptyków…
Prezydent Chin postawił na oszczędność emisji nie pojawiając się na szczycie. Przesłał tylko deklarację, z której nic konkretnego nie wynika… „Postępem” wartym do zauważenia tego dnia była deklaracja Indii o zobowiązaniu do neutralności klimatycznej…w 2070 roku…
Drugiego dnia było już trochę lepiej z serią ogłoszeń światowych liderów, którzy natychmiast się porozjeżdżali – może żeby się za bardzo nie stresować głosami społeczeństwa obywatelskiego i nauki?
Najpierw doszło do porozumienia w sprawie zakończenia wylesiania, co ma znaczenie nie tylko ze względu na sam przedmiot, kluczowy dla pochłaniania nadwyżek dwutlenku węgla, ale także ze względu na to kto do porozumienia przystąpił, m.in. Xi Jinping, prezydent Brazylii Jair Bolsonaro i prezydent USA Joe Biden podpisali w imieniu swoich krajów Deklarację przywódców w sprawie użytkowania lasów i gruntów.
Powiększyło się grono państw, które się zobowiązały odejść od węgla, kraje zamożne w latach trzydziestych, kraje ubogie w latach czterdziestych. Pochwalono przy tym Polskę, niestety przedwcześnie – nowa polska minister klimatu i środowiska rozwiała wątpliwości – Polska, to kraj „ubogi”, od węgla odejdzie zgodnie z porozumieniem z górnikami do 2049 roku…
Ponieważ jednym z mocnych tematów COP26 jest ważna rola natychmiastowej i znacznej redukcji emisji metanu, głos nauki wysłuchany został przez Joe Bidena, który złożył zobowiązanie redukcji emisji metanu Stanów Zjednoczonych o 30% do 2030 roku. Trzeba przyznać, że nie będzie to w USA proste, a na pewno będzie bardzo kosztowne, gdyż badania naukowe potwierdzają ogromne wycieki gazu ziemnego w Stanach, zarówno w miejscach odwiertów ze szczelinowaniem hydraulicznym (tzw. flarowanie) jak i na wszystkich etapach produkcji, kondensacji, przesyłu, skraplania i dystrybucji gazu.
Ponieważ naukowcy ogłosili, że duża redukcja emisji metanu, to jeden z najszybszych sposobów na spowolnienie globalnego ocieplenia, więc poza USA prawie 100 krajów podjęło zobowiązania w tym zakresie.
Joe Biden ogłosił ponadto, że Stany Zjednoczone ponownie dołączają do tzw. Koalicji Wysokich Ambicji zobowiązującej się pracować na rzecz osiągnięcia w negocjacjach klimatycznych celu 1,5° Celsjusza.
Na liście występujących celebrytów, obok zaangażowanego od lat w kwestie środowiska Leonardo DiCaprio, pojawiły się też znacznie mniej wiarygodne postacie, jak Bill Gates czy Jeff Bezos, obiecujący co prawda przeznaczyć 2 miliardy dolarów na cele klimatyczne, ale bynajmniej nie zamierzający zaprzestać komercyjnych lotów w kosmos…
Trzeci dzień poświęcony był finansom. Jego ciekawostką może być ogłoszenie przez brytyjskiego kanclerza Rishi Sunaka, że Londyn stanie się światowym centrum finansowym zorientowanym na osiągnięcie neutralności klimatycznej. Wszystkie instytucje finansowe i spółki giełdowe w Wielkiej Brytanii będą zmuszone do raportowania, począwszy od 2023 roku, tego w jaki będą dążyć do tego celu.
Jednocześnie setki największych banków i funduszy emerytalnych na świecie zobowiązały się do dostosowania wszystkich aktywów do zerowej emisji netto do 2050 roku. Ukazało się też ogłoszenie, że ponad 20 krajów i instytucji finansowych zaprzestanie finansowania rozwoju paliw kopalnych za granicą, przekierowując na cele klimatyczne około 6 miliardów funtów. Wśród nich jest Europejski Bank Inwestycyjny, a także Wielka Brytania, USA czy Dania.
Indie uruchomiły również wraz z Wielką Brytanią inicjatywę Green Grids, której celem jest łączenie sieci energetycznych ponad granicami krajów narodowych, w celu ułatwienia szybszego przejścia na wykorzystanie energii odnawialnej.
Czwartego dnia, gdy naukowcy przypomnieli, że globalne ocieplenie musi być utrzymywane na poziomie 1,5°C powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej, aby uniknąć najgorszych skutków zmian klimatycznych, Międzynarodowa Agencja Energetyczna podała, że obietnice złożone dotychczas na COP26 mogłyby ograniczyć wzrost temperatury do 1,8°C, czyli mniej niż 2°C Porozumienia Paryskiego. Pierwszy raz powiało nieco optymizmem.
Analizy ujawniły również, że połowa światowych zasobów paliw kopalnych może stać się bezwartościowa do 2036 r. na ścieżce do neutralności klimatycznej. Mniej pozytywna była co prawda analiza pokazująca, że aktualne globalne emisje dwutlenku węgla wracają do rekordowego poziomu sprzed pandemii. Nie cieszmy się więc przedwcześnie, bo na tym nie koniec złych nowin, były też inne tego dnia, jak np. stwierdzenie ONZ, że kraje nie przystosowały się do radzenia sobie z nieuniknionymi szkodami klimatycznymi, czy też to, że zaledwie 2 procent Wielkiej Rafy Koralowej uniknęło bielenia koralowców od 1998 roku.
Następnego, piątego dnia szczytu znów była mieszanka dobrych i złych nowin. Do dobrych można zaliczyć wypowiedź Amerykańskiego wysłannika ds. klimatu Johna Kerry’ego, że 74 miliardy funtów obiecane biedniejszym krajom mogą być zabezpieczone już w 2022 roku, rok wcześniej niż sądzono. Mają one służyć finansowaniu redukcji emisji w krajach rozwijających się i będą pochodzić zarówno od państw rozwiniętych, jak i od sektora prywatnego. Wśród złych nowin mamy ostrzeżenie, że wedle aktualnych trendów globalne emisje dwutlenku węgla mogą wzrosnąć o 13,7 procent do 2030 roku, podczas gdy naukowcy wzywają do obniżenia emisji o 50 procent, jeżeli chcemy nie przekroczyć 1,5 stopnia Celsjusza.
Greta Thunberg dolała oliwy do ognia, gdy nazwała COP26 „porażką” i powiedziała, że „Przywódcy nic nie robią. Aktywnie tworzą luki i kształtują ramy, aby dalej czerpać korzyści z destrukcyjnego systemu.” I jeszcze, że „COP zamienił się w wydarzenie PR”.
Ciąg dalszy nastąpi.
Był taki moment, kiedy – zaraz obok strachu i niepewności – tliły się nadzieje: pandemia musi coś zmienić. „To niemożliwe, żeby po tym wszystkim było tak samo” mówili ci, którzy na co dzień martwili się przyrodą i klimatem. „Będzie tak samo, tylko jeszcze gorzej” odpowiadali inni.
Francuski filozof Jacques Rancière zapytany o stosunek do eutanazji odpowiedział ponoć, że nie będzie o niej rozmawiał tak długo, jak nie będzie mieć pewności, że wezwane pogotowie przyjedzie w ciągu 30 minut. Być może, gdyby sparafrazować tę wypowiedź w odniesieniu do pustoszenia ekosystemów i destabilizacji warunków klimatycznych, znaleźlibyśmy odpowiedź na pytanie, dlaczego kolejne narracje na temat ochrony różnorodności biologicznej i konfrontowania się z kryzysem nie są skuteczne, a przede wszystkim, nie przynoszą solidarnych działań.
Pandemia versus ekosystemy
Nieco ponad rok temu z entuzjazmem przyglądaliśmy się, jak jelenie w Zakopanem wyjadały herb miasta z klombu przed urzędem. „Przyroda odzyskuje należne jej miejsce” mówiliśmy po miesiącu czy dwóch spędzonych w zamknięciu. Ale wirus powiedział „sprawdzam”. Bank Światowy szacuje, że recesja spowodowana pandemią może pchnąć w skrajne ubóstwo niemal 2% światowej populacji. Historycznie, okresy kryzysu zawsze przekładały się na większą presję na różnorodność biologiczną. W ciągu ostatniego roku dla milionów ludzi naturalne ekosystemy stały się źródłem żywności, drewna, paszy dla zwierząt oraz wszelkich dóbr, które można było wymienić na pieniądze.
W wielu miejscach presja na środowisko wzrosła – nasiliły się nielegalne połowy, bo zmniejszyła się ilość patroli, a na dzikie zwierzęta zaczęto polować w parkach narodowych, gdzie do tej pory zbyt dużo było turystów, by kłusownicy się w nie zapuszczali. Podczas pandemii szczególnie narażona jest różnorodność biologiczna miejsc, w których do tej pory lokalne społeczności żyły z ekoturystyki czy obsługi wycieczek. Gdy tych zabrakło, jedynym surowcem i źródłem dochodu okazało się to, co do tej pory było podstawową atrakcją – las deszczowy czy zwierzęta w parku narodowym.
Grupa Global Land Analysis and Discovery zajmująca się monitorowaniem użytkowania gruntów alarmuje, że skala wylesiania lasów tropikalnych była ponad dwukrotnie wyższa w okresie największych restrykcji w 2020 w porównaniu z poprzednim rokiem. I choć oficjalne badania nie zostały jeszcze przeprowadzone, związek z pandemią wydaje się oczywisty.
Myli się ten, kto myśli, że problem dotyczy odległych części świata. Osoby pracujące przy monitoringu cennych przyrodniczo obszarów w Polsce są pełne obaw: w ubiegłym roku znacznie wzrosła w skala kłusownictwa, szczególnie ryb w rzekach i jeziorach. Nie ma danych dotyczących takich procederów jak kradzież żwiru z rzek, czy wypompowywanie wody z cieków. A jednak na przykładzie choćby blokad wycinki w Bieszczadach dobrze widać, że lęk przed organizacjami działającymi na rzecz środowiska jest w lokalnych społecznościach często znacznie większy niż strach przed jego nadmierną eksploatacją czy dewastacją. Jak wyjść z impasu?
Jakiej narracji potrzebuje przyroda?
Jesteśmy w kropce. Dowody naukowe – tabele, cyfry, wykresy – bardziej dostępne niż kiedykolwiek, działają coraz mniej, często ginąc we własnej masie i pod własnym ciężarem. Retoryka wzbudzania poczucia winy za katastrofę ekologiczną wydaje się działać jedynie w środowisku, w którym powstała – zachodnich, miejskich klas średnich. Poza tym obszarem może jedynie wydawać się kolejną formą opresji, a przez to jest całkowicie kontrproduktywna. Wielkie narracje okazują się śmiertelne, bez względu na to, czy mają bardziej wydźwięk pełen zachwytu i nostalgii, czy są apokaliptyczno pouczającą wizją. Fala krytyki wylała się także na Davida Attenborough, najbardziej lubianego człowieka na Wyspach.
Już w 2018 roku w The Guardian ukazał się tekst z serią zarzutów wobec całego gatunku filmów przyrodniczych i jego nestora w szczególności. Przede wszystkim chodziło o szkodliwość kreowania obrazów żywotności i obfitości ekosystemów, podczas gdy tylko realizatorzy filmów doskonale wiedzą, że ten „nietknięty świat” to w istocie otoczone, poprzecinane, przytłoczone skrawki, z których coraz trudniej wykroić epickie kadry. „Podczas gdy wielu ludzi, między innymi dzięki Davidowi Attenborough jest teraz całkiem nieźle poinformowanych w kwestii dzikiej przyrody, jesteśmy zadziwiająco niedouczeni w kwestii tego, co się z nią dzieje”. (Kto nie żył w przekonaniu, że gdzieś tam, na innych kontynentach, przyroda ma do dyspozycji nieograniczone przestrzenie, a człowiek jest tylko dodatkiem w krajobrazie?).
Lista zarzutów jest pokaźna, a na ich tle te dotyczące paternalistycznego tonu i neokolonialnej postawy białego mężczyzny, który „zdobywa i tłumaczy świat”, wydają się dość błahe. Długa kariera wycinania z obrazu wszelkich śladów świadczących o istnieniu lokalnych społeczności, katastrof ekologicznych i pomijanie ludzkiej odpowiedzialności za wymieranie gatunków („bo nikt nie chciałby tego oglądać”) zrobiła swoje – kiedy w ostatniej produkcji („Życie na naszej planecie”) Sir Attenborough buduje napięcie opowiadając o pięknie, kruchości i katastrofie, by w kluczowym momencie powiedzieć „ale ja znam rozwiązanie”, dla nikogo już nie jest wiarygodny.
Ekosystemy w rękach ludzi
Artykuł, który ukazał się w 2018 roku w Nature Sustainability ma inną tezę: tylko wzmocnienie lokalnych społeczności – zaoferowanie narzędzi do działania: edukacji, kompetencji, odpowiedzialności – daje szanse na trwałą i spójną ochronę ekosystemów. Badacze ustalili, że w pięciu tropikalnych krajach, w których przeprowadzono projekty polegające na płaceniu lokalnym społecznościom za ochronę lasów deszczowych, ludzie byli skłonni chronić je dalej, nawet po ustaniu płatności. Efekt był silniejszy, jeśli społeczności współpracowały ze sobą i darzyły się zaufaniem.
Przyrody nie wspierają neokolonialne narracje, które tłumaczą „miejscowym”, jakie mają skarby, i jak powinni je chronić. Tym bardziej, jeśli – jak często bywa – kawałek dalej tę samą przyrodę dewastuje międzynarodowy kapitał. Nie pomagają skażone paternalizmem i biurokratyzacją projekty rozwojowe, ani kapryśna ekoturystyka. Pandemia sprawiła, że poczuliśmy, jak dobrze jest mieć za oknem kilka drzew, a koło domu choćby zielony skwer, skrawek ostatnich nieużytków na obrzeżach miasta, czy jesionową aleję przy bocznej drodze. Też chcielibyśmy je ochronić.
Artykuł powstał w ramach projektu „Europe in Solidarity” finansowanego ze środków Parlamentu Europejskiego.
Polski Klub Ekologiczny w Krakowie Koło Miejskie Gliwice dziękuje za wsparcie finansowe Unii Europejskiej. Wyłączna odpowiedzialność za treść materiału spoczywa na Polskim Klubie Ekologicznym w Krakowie Koło Miejskie Gliwice. Niniejszy materiał nie odzwierciedla opinii Unii Europejskiej. Parlament Europejski nie ponosi odpowiedzialności za jakiekolwiek wykorzystanie informacji zawartych w materiale.
3 listopada 2021 r. wieczorem rząd Wielkiej Brytanii wydał publiczne oświadczenie, w którym poinformował, że 190 krajów i organizacji zobowiązało się na COP26 do stopniowego odchodzenia od węgla. Wśród nich znalazła się również Polska. Oznacza to, że zgodnie z zapisami oświadczenia Polska miałaby odejść od węgla w przyszłej dekadzie. Jednak z wypowiedzi rzecznika Ministerstwa Klimatu i Środowiska wynika, że tak się nie stanie. Dlaczego?
Z informacji prasowej podanej na stronie rządu Wielkiej Brytanii wynika, że sygnatariusze zobowiązali się do: „zaprzestania wszelkich inwestycji w nową energetykę węglową w kraju i za granicą, szybkiego zwiększenia skali wdrażania czystej energetyki, wycofania się z energii węglowej w gospodarkach latach 2030, w przypadku największych gospodarek i w latach 2040 w przypadku reszty świata, a także sprawiedliwego odejścia od energii węglowej w sposób, który przyniesie korzyści pracownikom i społecznościom”.
Polskę trudno traktować jako małą gospodarkę, biorąc pod uwagę, że od 1996 roku należymy do OECD. Polska jest 23 największą gospodarką świata. Nie jesteśmy już krajem biednym, ani na dorobku, choć wydaje się, że często o tym zapominamy. Oznacza to więc, że zgodnie z ustaleniami zawartymi we wczorajszym zobowiązaniu, Polska miałaby odejść od węgla w trzeciej dekadzie XXI wieku, czyli o wiele wcześniej niż wynika z obecnych deklaracji i tzw. umowy społecznej z pracownikami sektora węglowego.
– Obawiamy się jednak, że presja ze strony branży paliw kopalnych, tak jak było to wielokrotnie przeszłości, wymusi na rządzących wycofanie z realizacji i tak dramatycznie spóźnionych decyzji ratujących klimat i środowisko. Doświadczenie nie pozwala nam wierzyć, że tym razem będzie inaczej, choć bardzo byśmy chcieli – komentował Tomasz Waśniewski, prezes Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”.
– Liczymy na to, że wczorajsze deklaracje nie okażą się tylko mydleniem oczu. Zamknięcie elektrowni i kopalń węglowych do 2030 roku to ostatni dzwonek nie tylko, żeby osiągnąć cele Porozumienia paryskiego i Europejskiego prawa klimatycznego, ale również Ramowej Dyrektywy Wodnej – mówiła Katarzyna Czupryniak, koordynatorka kampanii wodnej w Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”. – Aby zachować pełną zgodność z RDW, kopalnie węgla powinny zakończyć działalność do 2027 roku. Inaczej będą dalej marnować i niszczyć zasoby wodne, które m.in. przez zmiany klimatu są coraz mniejsze.
Raport IPCC nie pozostawia wątpliwości, że kraje OECD, w tym Polska, muszą zaprzestać budowy nowych elektrowni węglowych od przyszłego roku i całkowicie zrezygnować z węgla do roku 2030. Liczyliśmy więc na to, że zobowiązanie ze szczytu w Glasgow nasz rząd potraktuje poważnie. Wciąż domagamy się, aby data odejścia od węgla w Polsce była zgodna z założeniami OECD, a więc żeby był to maksymalnie 2030 rok. Dotyczy to także kopalni Turów. Jednoznaczna deklaracja zamknięcia tej odkrywki do 2030 roku pozwoliłaby regionowi zgorzeleckiemu na staranie się o środki na sprawiedliwą transformację.
Rozwiane nadzieje
Niestety nadzieje na to, że deklaracja polskiego rządu nie jest tylko zabiegiem greenwashingowym, zostały rozwiane bardzo szybko. Już 4 listopada rzecznik Ministerstwa Klimatu i Środowiska Aleksander Brzózka na Twitterze oznajmił, że „w przypadku Polski mówimy o latach czterdziestych”. Minister Anna Moskwa podkreśliła natomiast, że Polska odejdzie od węgla w 2049 roku. Rząd Polski udaje więc na arenie międzynarodowej, że Polska dalej jest krajem rozwijającym się, choć należymy do największych gospodarek świata.
Swoją postawą Polska zasłużyła antynagrodę Skamieliny Dnia („Fossil of the Day”), którą przyznała jej 4 listopada Climate Action Network za „mijanie się z prawdą w kwestii odchodzenia od węgla”. Tytuł ten przyznawany jest codziennie podczas trwania COP26 państwom i organizacjom, które „robią najwięcej, by osiągnąć jak najmniej” w przeciwdziałaniu kryzysowi klimatycznemu.
Liczba mitów dotyczących zmiany klimatu, skali kryzysu, działań, które powinniśmy podjąć, by przynajmniej spowolnić tempo nasilania się niekorzystnych zjawisk i zwiększyć naszą odporność na ich skutki, a także zawiłości polityki klimatycznej, jest niemal nieskończona. Kiedy już wydaje się, że z którymś z tych mitów się uporaliśmy, potrafi on po jakimś czasie ponownie wyskoczyć, jak przysłowiowy diabeł z pudełka w wypowiedzi jakiegoś polityka czy w mediach społecznościowych… i trzeba cierpliwie wyjaśniać od nowa.
Nie jest możliwe odniesienie się do wszystkich mitów w jednym krótkim artykule, ale są takie, które warto rozwiewać regularnie. A ponieważ czasami w miejsce starych pojawiają się nowe, do takiego przykładu lub dwóch również warto się odnieść.
Zacznijmy od nieśmiertelnego wątpienia we wpływ człowieka na globalne ocieplenie. Sceptycy zwykle twierdzą, że nie ma na ten wpływ wystarczających dowodów lub że są dowody na istotną rolę innych czynników. Prawda jest taka, że dowodów jest wiele. Badania potwierdzają, że rośnie ilość energii powracającej z atmosfery do powierzchni planety i pokazują, w jakim stopniu przyczyniają się do tego konkretne gazy. Wiemy na pewno, że naturalne emisje CO2 są równoważone przez pochłanianie a spalając paliwa kopalne tą równowagę zakłócamy. System klimatyczny odróżnia węgiel ze źródeł naturalnych od tego z paliw kopalnych. Gdyby źródłem emisji były oceany to pochłanianie przez nie nadmiaru dwutlenku węgla nie powodowałoby wzrostu ich kwasowości. Spadek atmosferycznej koncentracji tlenu też trudno wyjaśnić inaczej, niż wiązaniem się tego tlenu z węglem w procesie spalania. Od dawna też obserwujemy zmianę proporcji izotopów węgla 12C i 13C w atmosferze na korzyść tego pierwszego, którego więcej jest właśnie w roślinach i w paliwach kopalnych (ponieważ z roślin powstały)¹. Ponad 97% prac naukowych dotyczących zmiany klimatu potwierdza, że to człowiek odpowiada za globalne ocieplenie. Żadna licząca się na świecie instytucja naukowa ani krajowa, ani międzynarodowa nie zaprzecza temu faktowi².
Najbardziej kompletnym i wiarygodnym źródłem wiedzy na temat zmiany klimatu są raporty Międzyrządowego Zespołu ds. Zmiany Klimatu (ang. Intergovermental Panel on Climate Change, IPCC). Niestety nadal zbyt często są podważane jako stronnicze, wybiórcze, zawierające błędy lub alarmistyczne. W rzeczywistości IPCC ma bardzo rygorystyczne procedury zbierania, analizowania i podsumowywania wyników badań tysięcy klimatologów i naukowców zajmujących się dziedzinami pokrewnymi, takich jak glacjologia, geologia czy oceanologia. W przeglądach uwzględniane są recenzowane prace opublikowane w czasopismach naukowych. Poziom pewności uwzględnionych danych i wniosków jest starannie oceniany i opisywany. W pracę zaangażowanych jest na zasadzie wolontariatu setki autorów i współautorów oraz tysiące recenzentów. Owszem, zdarzały się błędy, ale bardzo mało w stosunku do ogromu materiału i były one korygowane. Z pewnością raporty nie są też alarmistyczne, raczej odwrotnie. W rzeczywistości wielu ekspertów ocenia wnioski IPCC jako konserwatywne i nadmiernie ostrożne, co wynika w dużej części z tego, że przed publikacją podsumowania raportów są poddawane weryfikacji przez przedstawicieli rządów państw członkowskich ONZ³. Na pewno warto przyglądać się tym pracom i ich wynikom. Ten i przyszły rok będą pod tym względem interesujące, ponieważ pomimo przeszkód związanych z pandemią dobiegają końca prace nad Szóstym Raportem Oceniającym (ang. Sixth Assessment Report, AR6). Jak poprzednie będzie się on składał z 4 tomów, dotyczących: fizycznych podstaw zmiany klimatu, skutków i adaptacji, ograniczenia zmiany klimatu, podsumowania dla polityków. Jak dotąd każdy raporty oferował istotne poszerzenie i pogłębienie naszej wiedzy o kryzysie klimatycznym i tym razem także możemy się tego spodziewać4.
Wiemy jednak, że zgromadzoną wiedzę trzeba jeszcze sensownie wykorzystać, przełożyć na decyzje polityczne i konkretne działania na wszystkich poziomach od międzynarodowego po lokalny. Ja sobie z tym radzimy?
Przyjęcie w 2015 roku Porozumienia paryskiego nie rozwiązało w magiczny sposób wszystkich problemów. Owszem, można uznać za sukces to, że większość państw zgodziła się na wspólne podstawy dalszej walki z kryzysem klimatycznym, ale… przyjęte ramy działania wymagały doprecyzowania i choć wiele zasad wdrażania udało się uzgodnić na szczycie w Katowicach w 2018, to prace nad nimi nadal nie są zakończone. Podczas szczytu COP25, który odbył się w Madrycie w 2019, nie uzgodniono kwestii kluczowych dla skutecznego wdrażania porozumienia związanych z funkcjonowaniem międzynarodowych narzędzi rynkowych służących redukcji emisji, ani kwestii wsparcia finansowego dla krajów już ponoszących poważne straty w związku ze skutkami zmiany klimatu. W 2020 roku kolejny szczyt nie mógł się odbyć z powodu pandemii. W roku 2021 prawdopodobnie zostanie on zorganizowany w formule hybrydowej, ale nie wiadomo, czy państwom skupionym na walce z pandemią wystarczy determinacji, by popchnąć proces do przodu. Wciąż brakuje woli politycznej do przyjęcia celów odpowiadających wskazaniom nauki oraz przeznaczenia potrzebnych środków na ich realizację. Ponieważ cele w zakresie redukcji emisji i finansowania państwa mogą wyznaczać sobie same, w praktyce wszystkie są zbyt słabe.
Na razie redukcja emisji idzie nam źle. W 2019 roku emisja gazów cieplarnianych do atmosfery osiągnęła rekordowy poziom i wygląda na to, że nawet spadek aktywności gospodarczej związany z pandemią nie przełamie wieloletniego trendu wzrostu emisji5.
I tu dochodzimy do kolejnego obszaru różnego rodzaju mitów i nieporozumień związanych z tym, jakie działania i na jakim poziomie powinniśmy podejmować.
„W debacie publicznej często dyskutuje się nad tym, co jest ważniejsze: „zmiana zachowań” czy „zmiana systemowa” – jakby jedno wykluczało drugie. […] Jednak zmiana systemowa i zmiana zachowań to dwie strony tej samej monety. Gdy mówimy o zmianach stylu życia, ważne jest, by zauważać ciągłą wzajemną zależność pomiędzy stylem życia poszczególnych ludzi, a społecznymi, kulturowymi, politycznymi i gospodarczymi systemami, w których żyją i które współkształtują6”. W praktyce potrzebne jest jedno i drugie, jeśli chcemy osiągnąć cele Porozumienia paryskiego.
Mylimy się też często co do konkretnych narzędzi – trzeba przyznać, że zwykle jest to po prostu myślenie życzeniowe, jak w przypadku założenia, że nie musimy redukować emisji, bo wystarczy, że zwiększymy pochłanianie CO2 przez lasy. Sadzenie drzew nie skompensuje rosnących emisji. Nie mamy tyle wolnych terenów, sporej części potrzebujemy do zaspokojenia zapotrzebowania na żywność, a część nie nadaje się do zalesiania. Naturalne zdrowe ekosystemy leśne pełnią istotna rolę w magazynowaniu węgla i stabilizacji klimatu, więc przede wszystkim powinniśmy je chronić. Jednak sadzenie nowych lasów nie zastąpi koniecznego odejścia od spalania paliw kopalnych7. Polska emituje około 400 milionów ton CO2 rocznie. Nawet obsadzenie całego kraju lasem, co jest przecież niemożliwe, nie zneutralizuje naszych rocznych emisji. Potrzebna byłaby powierzchnia 2-3 razy większa8.
Zastanawianie się, co jest większym źródłem emisji i dyskutowanie, czy w takim razie przede wszystkim powinniśmy się zajmować, także pakuje nas w kłopoty. Większość specjalistów jest zgodna, co do podstawowej roli energetyki i generalnie spalania paliw kopalnych we wszystkich sektorach. Spory o to, co generuje większe emisje hodowla zwierząt czy transport9, nie są tak naprawdę istotne, ponieważ wiemy, że konieczne jest jednoczesne podejmowanie działań służących ograniczaniu emisji we wszystkich sektorach gospodarki i wszystkich obszarach naszego funkcjonowania.
Tak samo jest z dyskusją o energetyce i transporcie. Nie możemy czekać z przechodzeniem na elektromobilność do czasu, aż zmienimy miks energetyczny na 100% odnawialnych źródeł energii (bo elektryczne samochody muszą być zasilane z OZE, żeby były bezemisyjne). Wtedy z pewnością okaże się, że całość gospodarki przekształcamy zbyt wolno. Musimy jednocześnie transformować energetykę i transport. Zarówno udział OZE w miksie, jak i udział pojazdów elektrycznych we flocie wszystkich aut jeżdżących po naszych drogach, będą się zmieniać stopniowo. Same zmiany technologiczne także nie są kompletną odpowiedzią na wyzwania, jakie stawia przed nami zmiana klimatu. Musimy je łączyć z kwestiami społecznymi – demokratyzacją energetyki i wspieraniem prosumentów, likwidacją ubóstwa energetycznego, zachętami do zmiany środków transportu z samochodów na komunikację publiczną oraz ruch pieszy i rowerowy, z likwidacją wykluczenia transportowego, ze zmianami w planowaniu przestrzennym itd.
Podsumowując, mamy do czynienia ze złożonym problemem, więc rozwiązanie musi być kompleksowe, z całym wachlarzem narzędzi dostosowanych do lokalnych uwarunkowań, ale jednocześnie powiązanych ze sobą w spójną całość. A najważniejsze jest podjęcie tych wyzwań już teraz, zaplanowanie systemowych, głębokich zmian tak, by mogły być przeprowadzone w sposób sprawiedliwy społecznie, ale jednocześnie zdecydowane przyspieszenie działań. Odkładanie ich na później tylko pogorszy naszą sytuację, co widać już po skutkach kurczowego trzymania się energetyki węglowej10. I tego kompleksowego podejścia i przyśpieszenia musimy się domagać od polityków.
Jeśli nie chcemy być podatni na argumenty sceptyków, albo polityków przekonujących, że działania na rzecz ochrony klimatu są zbyt kosztowne i w pierwszej kolejności musimy zajmować się gospodarką, musimy zaakceptować fakt, że funkcjonowanie gospodarki i całej naszej cywilizacji opiera się na dostępności zasobów naturalnych oraz stabilnych warunkach środowiska. Nie możemy traktować zniszczenia środowiska jako koniecznego warunku wzrostu gospodarczego, ponieważ skutki naszego negatywnego wpływu na środowisko, w tym na klimat, niosą ze sobą bardzo poważne straty gospodarcze11. Nie mówiąc już o zagrożeniu dla naszego zdrowia i życia12.
Warto sięgać do wiarygodnych źródeł wiedzy o klimacie, takich jak portal Nauka o klimacie13, broszura przygotowana przez Koalicję Klimatyczną przed COP24 w Katowicach na temat faktów i mitów polityki klimatycznej14, czy nowy interdyscyplinarny podręcznik dotyczący zmiany klimatu „Klimatyczne ABC”15.
Przypisy:
1. https://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-dwutlenek-wegla-emitowany-przez-czlowieka-nie-ma-znaczenia-31, https://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-nie-ma-empirycznych-dowodow-na-antropogenicznosc-globalnego-ocieplenia-41
2. http://www.pkeom.pl/uploads/AKTUALNOSCI%202018/2018.07.06_1530_Polityka_klimatyczna_fakty_i_mity_web.pdf, str. 4
3. https://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-naukowcy-z-ipcc-to-alarmisci-36, https://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-konsensus-ipcc-to-lipa-71
4. https://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/juz-niedlugo-6-raport-ipcc-461
5. https://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/jak-nam-idzie-realizacja-porozumienia-paryskiego-jak-pokazuje-raport-emissions-gap-bardzo-zle-460
6. j.w.
7. https://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-by-zwalczyc-globalne-ocieplenie-wystarczy-sadzic-wiecej-drzew-109, https://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/rola-lasow-w-pochlanianiu-co2-w-pytaniach-i-odpowiedziach-81, https://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/na-skroty-przez-las-nie-tedy-droga-375
8. http://www.pkeom.pl/uploads/AKTUALNOSCI%202018/2018.07.06_1530_Polityka_klimatyczna_fakty_i_mity_web.pdf, str. 14
9. https://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-krowy-emituja-wiecej-gazow-cieplarnianych-niz-transport-117
10. http://www.pkeom.pl/uploads/AKTUALNOSCI%202018/2018.07.06_1530_Polityka_klimatyczna_fakty_i_mity_web.pdf, str. 12
11. https://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/niedoceniane-koszty-gospodarcze-zmiany-klimatu-400
12. https://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/zmiana-klimatu-a-zdrowie-polakow-raport-narodowego-instytutu-zdrowia-publicznego-458
13. https://naukaoklimacie.pl/
14. http://www.pkeom.pl/fakty-i-mity-polityki-klimatycznej
15. https://www.wuw.pl/product-pol-13475-Klimatyczne-ABC-Interdyscyplinarne-podstawy-wspolczesnej-wiedzy-o-zmianie-klimatu-PDF.html
Artykuł powstał w ramach projektu „Europe in Solidarity” finansowanego ze środków Parlamentu Europejskiego.
Polski Klub Ekologiczny w Krakowie Koło Miejskie Gliwice dziękuje za wsparcie finansowe Unii Europejskiej. Wyłączna odpowiedzialność za treść materiału spoczywa na Polskim Klubie Ekologicznym w Krakowie Koło Miejskie Gliwice. Niniejszy materiał nie odzwierciedla opinii Unii Europejskiej. Parlament Europejski nie ponosi odpowiedzialności za jakiekolwiek wykorzystanie informacji zawartych w materiale.
Pandemia koronawirusa, która ogarnęła Europę i Świat wiosną 2020 roku zdecydowanie wpłynęła na naszą codzienność. Zmieniła sposób, w jaki żyjemy, nasze relacje i nawyki. Każdy na zagrożenie z nią związane reagował w inny sposób. Czasem postawy były skrajnie różne, jednak nie zmienia to faktu, iż dla całego naszego pokolenia była i jest to sytuacja nowa, nieznana, a przede wszystkim mocno nas doświadczająca i odbijająca się na relacjach społecznych oraz zdrowiu psychicznym. Zostaliśmy wystawieni na próbę, jakiej wcześniej nie doświadczyliśmy.
Tuż przed pandemią mieszkańcy krajów rozwiniętych, takich jak Polska, żyli w najbardziej bezpiecznych i komfortowych czasach, jakie zna historia. Nie zastanawialiśmy się nad tym, co mamy, każde potrzeby mogliśmy łatwo i szybko zaspokajać, nie groziły nam żadne poważne niebezpieczeństwa. Jednak koronawirus to wszystko zmienił i wywrócił do góry nogami.
Zmiany dotyczyły wielu stref życia – zaczęliśmy dbać o dystans społeczny, nosić maseczki, pracować i uczyć się zdalnie, doświadczyliśmy również okresów lockdown’u, kiedy to nawet spacery były niedozwolone. To pierwszy moment w życiu wielu osób, w których nie mogły bez problemu realizować swoich potrzeb – wyjść na zakupy, do restauracji, kina, a nawet do lasu. Zdecydowanie poluźniły się również relacje, z uwagi na ptrzebę chronienia bliskich. Wszystkie te zawirowania wpłynęły na pewne zachowania społeczne, które możemy obserwować i opisywać, a których wcześniej nie doświadczaliśmy.
Emocje i obawy oraz nawyki
W naszym życiu pojawiły się nowe emocje, a niektóre z istniejących przybrały większe nasilenie. Od początków pandemii zdecydowanie mocniej odczuwamy lęk o zdrowie i życie bliskich, boimy się o to, jak dalej potoczy się sytuacja pandemiczna, ile będzie trwała, martwimy się o ryzyko kolejnych lockdown’ów. Badania pokazują, że dużo bardziej obawiamy się w ogóle chorób zakaźnych niż dwa lata temu. Dodatkowo zdajemy sobie sprawę, że w dzisiejszym globalnym społeczeństwie choroby te są groźniejsze i łatwiej się rozprzestrzeniają.
Odczuwamy zmęczenie epidemią, strachem o bezpieczeństwo finansowe i zdrowotne. Jesteśmy też bardzo sfrustrowani, niespokojni, przede wszystkim dlatego, że nie możemy wykonywać naszych codziennych obowiązków, czujemy się uwięzieni, nie wiemy, kiedy sytuacja się zmieni, kiedy wrócimy do normalności. Cały ciężar tych emocji dość jednoznacznie widać w przypadku recept realizowanych na leki przeciwdepresyjne i przeciwlękowe, których ilość zdecydowanie wzrosła w ostatnich miesiącach.
Dość jednoznacznie widać również zmianę naszych niektórych nawyków – rzadziej spotykamy się innymi ludźmi, rzadziej korzystamy z komunikacji miejskiej i odwiedzamy miejsca publiczne. Za to częściej myjemy i dezynfekujemy ręce, a także śledzimy komunikaty mediowe, choć nie zawsze im ufamy.
Więzi i komunikowanie się
Koronawirus zdecydowanie zmienił dynamikę relacji międzyludzkich. Z powodu zamknięcia, z niektórymi osobami nasze relacje zdecydowanie się rozluźniły, osłabiły. Przede wszystkim ze względu na ograniczone możliwości spotykania się. W wielu domach natomiast wzmocniły się więzi między najbliższymi członkami rodziny. To z nimi mamy codzienny kontakt i to na nich mogliśmy liczyć w najtrudniejszych chwilach. Zmienił się również sposób komunikowania się z bliskimi, odkryliśmy możliwość korzystania z narzędzi zdalnych, które w tych czasach sporo ułatwiają. Choć wiele osób zdecydowanie tęskni za bezpośrednim ludzkim kontaktem.
Praca zawodowa
Praca zdecydowanie dominuje w naszym życiu, ponieważ wykonujemy ją przez większość naszego dnia. Dlatego i w tym wymiarze epidemia odcisnęła na nas ślad. Według badań jedynie 15% osób pracuje tak jak wcześniej. Zdecydowana większość przeszła na pracę zdalną lub hybrydową. Musieliśmy się nauczyć nowych narzędzi i nowej rzeczywistości pracy z domowego zacisza, czeto w towarzystwie najbliższych i domowych obowiązków. Z dnia na dzień przeszliśmy w tryb online, który na początku zdecydowanie nas przerażał, Dziś jednak dostrzegamy wiele jego zalet. Naukowcy mówią, że dzięki pandemii zdecydowanie przyspieszyliśmy proces przejścia pracy do sieci i z nauczonych narzędzi będziemy już korzystać nawet, jeśli sytuacja epidemiczna się uspokoi. Wielu respondentów jednak zwraca uwagę, że nic nie zastąpi bezpośredniego kontaktu z drugą osobą. Pomimo, że konferencje online są bardzo wygodne i zdecydowanie bardziej dostępne, to część z nas z dużą chęcią skorzystałaby ze spotkania na żywo, gdyby tylko była taka możliwość.
Co doceniliśmy?
Pomimo, iż lockdown i cała sytuacja pandemiczna w wielu dziedzinach życia są dla nas trudne i uciążliwe, to istnieją zmiany, które nam pozwoliły zwrócić uwagę na pewne aspekty naszego życia. Wiele osób deklaruje, że doceniło czas z bliskimi, możliwość spędzania dnia w okolicznościach przyrody. Wielu zaczęło gotowa, mocniej skupiło się na budowaniu swojego gniazda rodzinnego i zacieśnianiu więzi z najbliższymi. Część respondentów deklaruje również, że pandemii pomogła im się skupić na rozwijaniu swojej pasji. Wspólnie dostrzegliśmy też dzięki koronawirusowi kilka ważnych wartości – rolę służby zdrowia i naukowców w dzisiejszym świecie, ważność solidarności międzyludzkiej, zwiększenie wrażliwości na innych i przewartościowanie tego co w życiu najważniejsze. część z nas ma nadzieje, że kryzys ten zmieni też trochę kierunek w którym podąża świat, szczególnie w kontekście olbrzymiego konsumpcjonizmu oraz braku szacunku do planety.
Wszystkie opisany zmiany i zawirowania mogą mieć charakter przejściowy, ale mogą również zostać z nami na zawsze. Socjolodzy nie są w pełni pewni, jak będzie wyglądał świat i jak będzie się zachowywało społeczeństwo, gdy choroba w końcu odpuści. Choć i pojawia się wiele głosów, że ta pandemiczna rzeczywistość zostanie z nami na zawsze i nowo wykształcone nawyki również. najważniejsze w tym wszystkim aby świadomie podchodzić do zmian i kierować naszymi zrachowaniami tak, aby ich zmiana chroniła nas i zabezpieczała w aktualnej sytuacji.
Badania i artykuły do poczytania:
http://socjologia.amu.edu.pl/images/pliki/różne_prezentacje_etc/Życie_codzienne_w_czasach_pandemii_-_Wydział_Socjologii_UAM_-_WWW.pdf
https://uniwersyteckie.pl/nauka/koronawirus-zycie-codzienne-w-czasie-pandemii
Życie codzienne w czasach zarazy. 2020. Komunikat z badań Centrum Badania Opinii Społecznej, Nr 60/2020. Skutki epidemii koronawirusa w życiu zawodowym i budżetach domowych. 2020. Komunikat z badań Centrum Badania Opinii Społecznej, Nr 56/2020.
https://www.batory.org.pl/wp-content/uploads/2020/04/Badanie-spoleczenstwo-wobec-epidemii-fin.pdf
Artykuł powstał w ramach projektu „Europe in Solidarity” finansowanego ze środków Parlamentu Europejskiego.
Polski Klub Ekologiczny w Krakowie Koło Miejskie Gliwice dziękuje za wsparcie finansowe Unii Europejskiej. Wyłączna odpowiedzialność za treść materiału spoczywa na Polskim Klubie Ekologicznym w Krakowie Koło Miejskie Gliwice. Niniejszy materiał nie odzwierciedla opinii Unii Europejskiej. Parlament Europejski nie ponosi odpowiedzialności za jakiekolwiek wykorzystanie informacji zawartych w materiale.
Po czterdziestu latach neoliberalnych rządów, podczas których państwo aktywnie starało się zlikwidować rozgraniczenie między rynkiem, społeczeństwem obywatelskim i rządami, czyniąc racjonalność ekonomiczną kamieniem węgielnym każdej ludzkiej działalności, zaawansowany kapitalizm – jak się zdaje – znalazł się na rozdrożu z powodu ekonomicznych i społecznych skutków pandemii COVID-19. Tak zwany „wielki rząd” zanotował spektakularny powrót, a nawet konserwatywni przywódcy zerwali z niektórymi podstawowymi ortodoksjami neoliberalizmu.
Czy jesteśmy w trakcie fundamentalnych i trwałych zmian w relacjach między państwem a rynkiem? Czy jesteśmy świadkami schyłku neoliberalizmu? Czy pandemia doprowadziła do wyłonienia się nowej odmiany kapitalizmu?
W tym wywiadzie światowej sławy uczony i intelektualista publiczny Noam Chomsky, wraz z dwoma wybitnymi ekonomistami lewicy – Costasem Lapavitsasem z Uniwersytetu Londyńskiego i Robertem Pollinem z Uniwersytetu Massachusetts Amherst – dzielą się swoimi przemyśleniami i spostrzeżeniami na temat ekonomii i kapitalizmu w dobie pandemii i nie tylko.
C.J. Polychroniou: Noam, era neoliberalna ostatnich 40 lat została w dużej mierze zdefiniowana przez rosnące nierówności, powolny wzrost i degradację środowiska. W istocie nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy przyznał kilka lat temu, że neoliberalizm poniósł klęskę. Jednak trzeba było dopiero wybuchu pandemii, aby pojawił się konsensus co do niepowodzeń neoliberalizmu. Dlaczego neoliberalizm w ogóle zatriumfował i przetrwał, i czy w ogóle jest już martwy?
Noam Chomsky: Moje odczucie jest takie, że pewna wersja neoliberalizmu zatriumfowała, ponieważ umożliwiła wielki sukces swym projektantom. Ich władza została znacznie wzmocniona przez takie przewidywalne konsekwencje, jak skrajne nierówności, ograniczenie demokracji, zniszczenie związków zawodowych i atomizacja ludzkich zbiorowości, tak więc obrona przed tą wersją neoliberalizmu, realizowaną z imponującym oddaniem w tej najnowszej fazie wojny klasowej, została ograniczona.
Mówię „wersja”, ponieważ państwowo-korporacyjni zarządcy systemu naciskają na istnienie bardzo silnego państwa, które może chronić ich interesy na arenie międzynarodowej i zapewniać im potężne bailouty i subsydia, gdy ich programy upadają, co regularnie się zdarza.
Z podobnych powodów nie sądzę, by ta wersja była martwa, choć w odpowiedzi na rosnący gniew i niechęć – w dużej mierze napędzane przez sukcesy neoliberalnych ataków na ludzkie zbiorowości – jest dziś na nowo dostosowywana do sytuacji.
Polychroniou: Bob, pandemia pokazała nam, że neoliberalny kapitalizm jest więcej niż nieadekwatny do radzenia sobie z kryzysami gospodarczymi i zdrowotnymi na dużą skalę. Czy zasoby zmobilizowane przez państwa narodowe podczas kryzysu pandemicznego są prostym przypadkiem keynesizmu kryzysowego, czy też stanowią fundamentalne przesunięcie w tradycyjnej roli rządu, która polega na maksymalizacji dobrobytu społeczeństwa? Ponadto, czy polityki, które zostały dotychczas wdrożone na wszystkich szczeblach rządowych, są wystarczające, aby zapewnić podstawę dla progresywnego programu gospodarczego w erze post-pandemicznej?
Robert Pollin: Neoliberalizm to odmiana kapitalizmu, w której polityka gospodarcza silnie ciąży w stronę wspierania przywilejów wielkich korporacji, Wall Street i najbogatszych. Neoliberalizm stał się doktryną dominującą na świecie od około 1980 r., począwszy od wyborów Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii i Ronalda Reagana w USA. Główne priorytety neoliberalizmu, praktykowane na całym świecie, obejmowały obniżenie podatków dla bogatych oraz wydatków publicznych dla osób niezamożnych, osłabienie ochrony zarówno ludzi pracy, jak i środowiska naturalnego, a także osłabienie wszelkich pozorów zaangażowania w pełne i godne zatrudnienie, oraz umożliwienie szalejącej spekulacji finansowej przy jednoczesnym ratowaniu spekulantów, gdy rynki nieuchronnie pogrążają się w kryzysie.
Neoliberalizm stanowił kontrrewolucję przeciwko socjaldemokratycznemu/Nowo-Ładowemu/prorozwojowemu kapitalizmowi w wariancie państwowym, który wyłonił się przede wszystkim w wyniku skutecznej walki politycznej postępowych partii politycznych, związków zawodowych i sprzymierzonych z nimi ruchów społecznych, trwającej od kryzysu lat 30. ubiegłego wieku do wczesnych lat 70. Oczywiście socjaldemokratyczny/Nowo-Ładowy/prorozwojowy kapitalizm państwowy był nadal kapitalizmem. Nierówności dochodowe i majątkowe oraz różnice w możliwościach pozostawały niedopuszczalnie wysokie, podobnie jak rak rasizmu, seksizmu i imperializmu. Niemniej jednak szeroko pojęte modele socjaldemokratyczne wytworzyły znacznie bardziej egalitarne wersje kapitalizmu niż neoliberalny reżim, który je wyparł. Model neoliberalny z kolei odniósł wielki sukces w osiąganiu swojego najbardziej podstawowego celu, którym jest obsypywanie coraz większymi przywilejami już i tak uprzywilejowanych. Na przykład, w ramach neoliberalizmu w Stanach Zjednoczonych w latach 1978-2019 średnia płaca dyrektorów generalnych wielkich korporacji wzrosła dziesięciokrotnie w porównaniu z przeciętnym pracownikiem nie pełniącym funkcji nadzorczych.
Wraz z nadejściem pandemii COVID w marcu 2020 roku rządy krajów o wysokim dochodzie podjęły określone działania, by zapobiec całkowitemu załamaniu gospodarczemu, tak jak to stało się w latach 30-tych XX wieku. W zależności od kraju środki te obejmowały bezpośrednie wsparcie pieniężne dla osób o niższych i średnich dochodach, znaczne zwiększenie środków na ubezpieczenia od bezrobocia bądź duże programy subsydiowania płac, aby zapobiec zwolnieniom. Jednak najostrzejszymi interwencjami politycznymi zdecydowanie były bailouty na rzecz wielkich korporacji i Wall Street.
W USA na przykład między marcem 2020 a lutym 2021 roku prawie 50 procent całej siły roboczej złożyło wnioski o zasiłek dla bezrobotnych. Jednak w tym samym okresie ceny akcji na Wall Street wzrosły o 46 procent, co stanowi jeden z najgwałtowniejszych jednorocznych wzrostów w historii. Ten sam wzorzec dominował na całym świecie.
Międzynarodowa Organizacja Pracy poinformowała, że „w 2020 r. nastąpił bezprecedensowy globalny spadek zatrudnienia o 114 milionów miejsc pracy w stosunku do 2019 r.”. W tym samym czasie globalne rynki akcji gwałtownie wzrosły – o 45 procent w całej Europie, 56 procent w Chinach, 58 procent w Wielkiej Brytanii i 80 procent w Japonii, a indeks Standard & Poor’s Global 1200 wzrósł o 67 procent.
Tak więc, choć podczas pandemii COVID miało miejsce rozpaczliwie potrzebne rozszerzenie programów opieki społecznej, pomagające ludziom przetrwać, to środki te zostały wprowadzone w ramach jeszcze większych wysiłków na rzecz wsparcia wciąż dominującego porządku neoliberalnego.
Oczywiście w czasie pandemii dotkliwość kryzysu klimatycznego się pogłębiała. W lutym Sekretarz Generalny ONZ António Guterres powiedział: „Rok 2021 jest rokiem przełomowym, jeśli chodzi o stawienie czoła globalnemu kryzysowi klimatycznemu (…) Rządy nigdzie nie zbliżyły się do poziomu niezbędnego do ograniczenia zmian klimatycznych o 1,5 stopnia i osiągnięcia celów Porozumienia Paryskiego. Najwięksi emitenci muszą podjąć znacznie ambitniejsze cele redukcji emisji do 2030 r. (…) na długo przed listopadową konferencją klimatyczną ONZ w Glasgow.”
Mamy już październik w „roku przełomu”, a mimo to niewiele zostało osiągnięte od czasu, gdy Guterres przemawiał w lutym. To prawda, że w krajach o wysokim dochodzie ruchy społeczne i aktywiści klimatyczni – pod hasłem globalnego Zielonego Nowego Ładu – walczą o programy łączące stabilizację klimatu z egalitarnym programem społecznym. Od tego, w jakim stopniu im się to uda, zależy, czy uda nam się stworzyć podstawy dla progresywnego programu gospodarczego i skutecznej polityki klimatycznej w erze post-pandemicznej. Nie wiemy jeszcze, jak skuteczne będą te wysiłki. Jak ostatnio obszernie dyskutowaliśmy, propozycja dotycząca infrastruktury społecznej i klimatu, nad którą debatuje się obecnie w Kongresie USA, sama w sobie nie jest wystarczająco ambitna, by mówić o prawdziwej transformacji. Jeśli jednak zostanie uchwalona, będzie stanowiła znaczące zerwanie z neoliberalną dominacją, jaka ma miejsce od czasów Thatcher i Reagana.
Polychroniou: Costas, pandemia COVID obnażyła liczne strukturalne wady kapitalizmu, a neoliberalny porządek może rzeczywiście znajdować się na skraju upadku. Czy jednak możemy mówić o „kryzysie kapitalizmu”, skoro nie widzimy opozycji na szeroką skalę wobec bieżącego systemu?
Costas Lapavitsas: Nie ma wątpliwości, że szok pandemiczny stanowi potężny kryzys globalnego kapitalizmu, ale zalecałbym dużą ostrożność w kwestii upadku neoliberalizmu. Okres od Wielkiego Kryzysu lat 2007-2009 przypomina raczej interregnum (termin zaproponowany w duchu Antonio Gramsciego), kiedy stare nie chce umrzeć, a nowe nie może się narodzić. I jak wszystkie takie okresy, jest on podatny na potwory, w tym faszyzm.
Wielki Kryzys lat 2007-2009 został przezwyciężony przez państwo, które użyło swojej ogromnej siły, by bronić sfinansjalizowanego kapitalizmu i globalizacji. Ale to, co nastąpiło później, to dekada niskiego wzrostu, skąpych inwestycji, słabego wzrostu produktywności, utrzymujących się nierówności i częściowo ożywionych zysków. Wyniki gospodarcze w głównych krajach były słabe, co stanowiło kolejny dowód na porażkę neoliberalizmu. Pomimo trwałego wzrostu rynków akcji w poprzedniej dekadzie, złota era finansjalizacji dobiegła końca. Jednak wyniki gospodarcze w Chinach również były mierne, co odzwierciedla słabość akumulacji produkcyjnej na całym świecie.
Kiedy wybuchł COVID-19, stało się jasne, że współczesny kapitalizm jest całkowicie zależny od masywnej interwencji państwa. Główne państwa zachodu były w stanie interweniować na bezprecedensową skalę głównie dzięki monopolistycznej władzy banków centralnych nad pieniądzem fidukcyjnym. Jednak w przeciwieństwie do lat 2007-2009, państwo wykorzystało pieniądz fidukcyjny* również do złagodzenia polityki zaciskania pasa, w ten sposób angażując się w milczącą nacjonalizację płac oraz rachunków zysków i strat tysięcy przedsiębiorstw.
Nieporozumieniem jest twierdzenie, że neoliberalizm nieodłącznie oznacza marginalizację państwa i prowadzenie polityki zaciskania pasa. Chodzi raczej o wybiórcze wykorzystywanie państwa do obrony interesów niewielkiej elity, oligarchii, powiązanej z wielkim biznesem i sektorem finansowym.
Zasadniczo oznacza to przesunięcie równowagi sił na korzyść kapitału poprzez usunięcie kontroli nad jego działalnością. Gdy szok pandemiczny zagroził podstawom klasowego panowania, w mgnieniu oka zrezygnowano z polityki zaciskania pasa i powstrzymywania się od bezpośredniej interwencji ekonomicznej. Neoliberalni ideolodzy szybko dostosowali się do nowej rzeczywistości, choć zawsze istnieje możliwość, że programy oszczędnościowe powrócą. Nie doszło natomiast do instytucjonalnej zmiany na korzyść interesów pracowniczych, która ograniczyłaby swobodę kapitału. To przede wszystkim w tym sensie stare nie chce umrzeć.
Pandemia pokazała również, że relacje między potężnymi państwami a wewnętrzną akumulacją kapitału są bardzo zróżnicowane. Główne państwa Zachodu, opanowane przez ideologię neoliberalną, czerpią swoją siłę przede wszystkim z panowania nad pieniądzem fidukcyjnym. Dla kontrastu, państwo chińskie pozostaje bezpośrednio zaangażowane zarówno w akumulację produkcyjną, jak i finanse, a także posiada ogromne zasoby. Ich reakcje na pandemię znacznie się różniły.
Nieuchronnie nastąpiła ogromna eskalacja rywalizacji o globalną hegemonię, również na polu militarnym. Co więcej, po raz pierwszy od 1914 r. rywalizacja o hegemonię ma od początku również wymiar ekonomiczny. Związek Radziecki był dla Stanów Zjednoczonych wyłącznie konkurentem politycznym i militarnym – Łada nigdy nie mogła konkurować z Chryslerem. Ale Chiny mogą konkurować z USA pod względem gospodarczym, co znacznie pogłębia walkę i usuwa wszelkie oczywiste punkty równowagi. Rządzący USA zdają sobie sprawę, że popełnili strategiczny błąd w obliczeniach i to tłumaczy ich obecną nieugiętą agresywność. Uwarunkowania występujące na arenie międzynarodowej są nadzwyczaj niebezpieczne.
Globalna walka o hegemonię jest jednak pozbawiona treści ideologicznych. Zachodnie neoliberalne demokracje są wyczerpane, upadłe i pozbawione nowych idei. Próby przedstawiania przez amerykańskich rządzących swojej agresywności jako obrony demokracji są puste i niedorzeczne. Z drugiej strony, chiński (i rosyjski) autorytaryzm ma znaczne poparcie wewnętrzne, ale nie jest w stanie globalnie zaoferować atrakcyjnej perspektywy społecznej i politycznej.
Cechą charakterystyczną bezkrólewia od lat 2007-2009 jest ideologiczny impas. Niezadowolenie z kapitalizmu jest ogromne, zwłaszcza że degradacja środowiska naturalnego i ocieplenie planety wzbudziły wielki niepokój wśród młodych. To zaniepokojenie nie przełożyło się jednak na szeroką mobilizację na rzecz świeżych socjalistycznych idei i rozwiązań. Jest to wyzwanie na przyszłość, zwłaszcza że skrajna prawica już to wykorzystuje.
Polychroniou: Postkapitalizm (definiowany szeroko jako system społeczny, w którym siła rynków jest ograniczona, działalność produkcyjna opiera się na automatyzacji, praca jest oddzielona od wynagrodzenia, a państwo zapewnia powszechne usługi publiczne i dochód podstawowy) według niektórych ekspertów jest możliwy dzięki zmianom w technologii informacyjnej. Czy lewica powinna zbijać kapitał polityczny na wyobrażaniu sobie postkapitalistycznej przyszłości?
Lapavitsas: Podczas kryzysu pandemicznego działania wewnętrzne państw narodowych wyparły nakazy i recepty neoliberalnego kapitalizmu, koncentrując się na zdrowiu publicznym i higienie narzuciły inwazyjne środki na życie społeczne i osobiste, oraz nałożyły poważne ograniczenia na wolności obywatelskie i działalność gospodarczą. Państwo zaogniło napięcia polityczne, zwiększyło polaryzację społeczną i ograniczyło swobody.
Największą cenę zapłacili robotnicy – poprzez utratę dochodów, wzrost bezrobocia i redukcję świadczeń publicznych. Ale i warstwy średnie zostały pozostawione na lodzie, co zadało poważny cios sojuszom klasowym, wspierającym neoliberalny projekt. Głównymi beneficjentami okazały się gigantyczne oligopole w dziedzinie nowych technologii – Google, Amazon, Microsoft i cała reszta. Ich działania stopniowo zacierają figurę obywatela, jako że tożsamości osobiste są w coraz większym stopniu organizowane wokół powiązań rynkowych z oligopolami. Równocześnie wzmocniła się skrajna prawica – trend, który rozpoczął się przed pandemią i przyspieszył dzięki pośrednictwu potężnych oligarchii.
Nie brakowało oddolnych reakcji na te wydarzenia. Ostre działania państwa, oficjalne kultywowanie strachu, zawieszenie praw i swobód, niebezpieczeństwo permanentnych represji oraz miażdżenie robotników i warstw średnich w trakcie lockdownów wywołały różne reakcje, często o charakterze libertariańskim.
Należy pamiętać, że w nadchodzących latach utrzymanie na całym świecie kapitalistycznej akumulacji będzie niezwykle trudne. Niełatwo jest stawić czoła słabościom akumulacji, które leżą u jej podstaw. Oczywiste jest również, że interwencja państwa w pandemię spowodowała poważne trudności związane z przerwaniem łańcuchów dostaw, wzrostem inflacji, która pochłania dochody pracowników, i ogromnym wzrostem długu publicznego. A wszystko to nie wspominając nawet o szerszych kwestiach środowiska i klimatu.
Utrzymanie wzrostu gospodarczego jest prawie niemożliwe bez rozległej interwencji państwa po stronie podaży poprzez inwestycje publiczne. Pociągają one za sobą również głębokie zmiany w dystrybucji dochodów, z których korzystają pracownicy. Jeszcze mniej prawdopodobne wydaje się, by stało się to bez poważnych zmian w prawach własności, które by redystrybuowały bogactwo i zasoby produkcyjne na korzyść pracowników i ubogich.
Sama technologia nigdy nie stanowi rozwiązania dla złożonych problemów społecznych. Jednym z aspektów rewolucji technologicznej ostatnich czterech dekad jest jej niezdolność do poprawy ekonomicznych warunków akumulacji, ponieważ jej wpływ na średnią wydajność pracy jest skromny. Na tym etapie nie widzę powodu, by oczekiwać, że sztuczna inteligencja okaże się znacząco inna. Być może tak się stanie, ale nie ma na to żadnych gwarancji.
Zachodnie neoliberalne demokracje są ideologicznie wyczerpane, a ich kapitalistyczne gospodarki borykają się z problemami. W tej sytuacji konieczne jest, aby socjaliści i postępowcy pomyśleli o postkapitalistycznej przyszłości i określili jej szerokie parametry. Musimy myśleć o wykorzystaniu technologii cyfrowych, ekologizacji produkcji i ochronie środowiska. Ale wszystko to powinno odbywać się w warunkach społecznych, które sprzyjają ludziom pracy, a nie kapitalistom, z nowym instynktem społecznym, zbiorowym działaniem i spełnieniem jednostki poprzez więź ze społecznością. Odmłodzenie socjalistycznej obietnicy jest najważniejszą potrzebą naszych czasów
Polychroniou: Bob, w erze neoliberalnej ekonomia głównego nurtu łatwo popadła w ideologizację. Dość łatwo jest pokazać, że polityka gospodarcza głównego nurtu jest pełna przeinaczeń rzeczywistości. Pytanie brzmi: w jaki sposób rzekoma nauka staje się ideologią? I na ile prawdopodobne jest, że pandemia koronawirusa, w połączeniu z wadami neoliberalizmu i naglącym charakterem kryzysu klimatycznego, doprowadzi do zmiany intelektualnego paradygmatu „ponurej nauki”?
Pollin: Uznajmy, że wszyscy ekonomiści są pod silnym wpływem ideologii, lub tego, co wielki konserwatywny ekonomista Joseph Schumpeter bardziej trafnie nazwał ich „wizją przedanalityczną”. Lewicowi ekonomiści, w tym ja, są tak samo winni jak wszyscy inni. Nasza ideologia wpływa na to, jakie pytania uznajemy za najważniejsze. Ideologia dostarcza nam również wstępnych przypuszczeń co do tego, jakie mogą być odpowiedzi na te pytania. Jeśli jednak jako badacze ekonomiczni staramy się być choć trochę naukowi lub choćby minimalnie uczciwi, będziemy poddawać nasze przeczucia i preferowane odpowiedzi próbie dowodów i będziemy otwarci na wyzwania.
Myślę, że uczciwie jest powiedzieć, że nie wszyscy, ale duży procent ekonomistów głównego nurtu nie był zaangażowany w przestrzeganie tych minimalnie obiektywnych standardów naukowych. Byli raczej tak całkowicie zanurzeni w swoich ideologicznych uprzedzeniach, że nie byli w stanie nawet pomyśleć o tym, jak mogliby zadawać pytania inaczej. Ich uprzedzenia zostały wzmocnione przez fakt, że stanowią one wsparcie dla reżimów politycznych, które, jak zauważono powyżej, przynoszą korzyści osobom i tak już uprzywilejowanym.
Joan Robinson, znana ekonomistka z Uniwersytetu Cambridge, która pracowała w czasach Wielkiego Kryzysu i po II wojnie światowej, pięknie ujęła powab ortodoksyjnej ekonomii: „Jednym z głównych efektów (nie powiem, że celów) ortodoksyjnej tradycyjnej ekonomii był (…) plan wyjaśnienia klasie uprzywilejowanej, że ich pozycja jest moralnie słuszna i konieczna dla dobrobytu społeczeństwa”.
Jednocześnie w czasie trwania ery neoliberalnej nie brakowało progresywnych ekonomistów, którzy przeciwstawiali się ortodoksji głównego nurtu, reprezentowanych na przykład przez 24 osoby, z którymi przeprowadził pan wywiady w nowej książce „Economics and the Left: Interviews with Progressive Economists”. Moim zdaniem to, jak duży wpływ będą mieli ekonomiści tacy jak oni, będzie zależało przede wszystkim od tego, jak skuteczne będą ruchy progresywne w promowaniu Zielonego Nowego Ładu i powiązanych z nim programów w nadchodzących miesiącach i latach.
Są znaki dające nadzieję. Pod koniec ubiegłego miesiąca Rezerwa Federalna opublikowała dokument autorstwa Jeremy’ego Rudda, starszego członka swojego personelu, który zaczyna się od spostrzeżenia, że „ekonomia głównego nurtu jest pełna idei, o których „wszyscy wiedzą”, że są prawdziwe, ale które w rzeczywistości są oczywistą bzdurą”.
Na pierwszej stronie, Rudd zauważa również, że pomija w tym dokumencie „głębsze obawy, że podstawową rolą ekonomii głównego nurtu w naszym społeczeństwie jest dostarczanie apologetyki dla kryminalnie opresyjnego, niezrównoważonego i niesprawiedliwego porządku społecznego”. Może być więcej takich Jerem’ich Rudd’ów, gotowych wyjść z cienia profesjonalnego mainstreamu. Byłoby to bardzo pozytywne zjawisko. Powiedziałbym, że nadchodzi na to czas.
Polychroniou: Noam, zbyt wielu mówi, że łatwiej jest wyobrazić sobie koniec świata niż koniec kapitalizmu. Biorąc pod uwagę, że kapitalizm faktycznie niszczy Ziemię, jak – po pierwsze – zareagowałbyś na powyższe stwierdzenie, a po drugie – jak wyobrażasz sobie gospodarkę i społeczeństwo po kapitalizmie?
Chomsky: Wolałbym przeformułować pytanie tak, aby odnosiło się do kapitalizmu państwowego. Ci, których Adam Smith nazwał „panami ludzkości”, czyli dominujące klasy biznesowe, nigdy nie tolerowaliby kapitalizmu, który wystawiłby ich na zniszczenia powodowane przez rynek. One są dla ofiar. Dla panów potrzebne jest potężne państwo – o tyle, o ile mogą je kontrolować i utrzymywać „ludność bazową” (ironiczny termin Thorsteina Veblena) w stanie podporządkowania i bierności.
Nie wydaje mi się zbyt trudne wyobrażenie sobie przynajmniej poważnego złagodzenia destrukcyjnych i represyjnych elementów tego systemu, a także jego ostatecznej transformacji w o wiele bardziej sprawiedliwe i uczciwe społeczeństwo. Tak naprawdę musimy nie tylko wyobrazić sobie takie programy, ale przystąpić do ich realizacji, w przeciwnym razie wszyscy będziemy skończeni – mistrzowie również.
Całkiem realistyczne jest nawet wyobrażenie sobie – i wdrożenie w życie – odrzucenia podstawowej zasady państwowego kapitalizmu: wynajmowania się panu (w bardziej łagodnym sformułowaniu: posiadania pracy). W końcu od tysiącleci uznawano – przynajmniej co do zasady – że podporządkowanie woli pana jest niedopuszczalnym atakiem na ludzką godność i prawa.
Koncepcja ta nie jest odległa od naszej własnej historii. Pod koniec XIX wieku w Ameryce radykalni farmerzy i robotnicy przemysłowi dążyli do stworzenia „wspólnot spółdzielczych”, w ramach których byliby wolni od dominacji nieprawowitych szefów okradających ich z pracy oraz bankierów i managerów z północnego wschodu. Te potężne ruchy zostały tak skutecznie zdławione przez państwowo-korporacyjną siłę, że dziś nawet te bardzo popularne idee brzmią egzotycznie. Ale nie leżą one zbyt głęboko pod powierzchnią, a nawet na wiele istotnych sposobów się odradzają.
Krótko mówiąc, są powody, by mieć nadzieję, że to, co musi być zrobione, może być zrobione.
* (red.) Wartość pieniądza fidukcyjnego ma źródło z reguły w dekretowanym prawnie monopolu oraz w popycie generowanym przez instytucje państwowe (przede wszystkim przez pobór podatków. Kluczowa dla wartości tej waluty jest siła rządu i prowadzona przez niego polityka).
Tłumaczenie: Paweł Gliniak
Wywiad ukazał się pierwotnie po angielsku na stronie Truthout: https://truthout.org/articles/chomsky-pollin-and-lapavitsas-are-we-witnessing-the-demise-of-neoliberalism/
Fot. Augusto Starita
Po wielu rozmowach z kolegami i setkach dyskusji w social media dochodzę do wniosku, że mężczyźni są najlepszymi ekspertami od spraw kobiet. Doradzą nam w każdej sytuacji, znają nasze uczucia, wiedzą, czego chcemy i czego się boimy. Bez żadnych wątpliwości wytłumaczą, jak kobiety znoszą aborcję, dlaczego nie powinny przeklinać, a nawet o co chodzi w tym całym feminizmie.
Mężczyźni potrafią też odróżnić „prawdziwe” kobiety od „dziwadeł”. Uczestniczki Strajków Kobiet to tylko wybryk natury, pogwałcenie boskich praw. Mężczyźni przecież wiedzą, że „normalne” kobiety tak się nie zachowują. „Normalne” kobiety są miłe i spokojne: oddane matki, strażniczki domowego ogniska. Wspierające mężczyzn: polityków, ekspertów, przedsiębiorców, ciężko pracujących specjalistów. Tych, którzy ustalają reguły i sprawiają, że budujemy przyszłość.
W świecie, w którym chłopcy i dziewczynki wychowywani są według innych narracji, bycie ekspertką jest podwójnie trudne. Kulturowe światy „męski” i „damski” mocno się różnią i o ile mężczyźni bez najmniejszego problemu wkraczają w damski, żeby go objaśniać czy porządkować, o tyle w drugą stronę jest już nieco inaczej.
„Sierpińska to gorzej niż zbrodnia”, chora psychicznie, troll, szowinistka, „jesteś jedną z najbardziej toksycznych dyskutantek na fejsie”, szkodnik, „jesteś agresywna”, „wiem, że pani mnie nie lubi”, „nie mogę uwierzyć, że osoba tak inteligentna i o takiej wiedzy jak ty” może uważać, że X, „nie znosisz sprzeciwu”, „generalnie żadne fakty cię dotąd nie przekonały”, “to, co napisałaś, jest „jednoznaczne”.
Tego między innymi dowiedziałam się o sobie, dzieląc się publicznie opiniami i odczuciami.
Kiedy mówię o tym, co JA obserwuję, co JA czuję, co JA wiem – dostaję w odpowiedzi informacje (w 98% od mężczyzn), co ja obserwuję, co ja czuję i co ja wiem (albo – częściej – czego nie wiem). To, że analizuję raporty i artykuły naukowe, rozmawiam z badaczami, uczestniczę w konferencjach – wielu osobom nie wystarcza, by mogły uznać, że mogę mówić o rzeczach, na których się znam. Zastanawiam się czasem, jak poradziłabym sobie bez tych „życzliwych” komentarzy, które objaśniają mi, jakie naprawdę są moje emocje, myśli i poglądy. Być może po prostu nie mogę być ekspertką? Być może, kiedy mężczyzna pisze bzdury, a ja wprost je tak nazywam, łamię zasadę, według której słowo mężczyzny to świętość? Być może nie powinnam używać jakichś wyrażeń i powstrzymać się od sarkazmu? Wkraczam w kulturowy świat, którego nie rozumiem.
Problem w tym, że mężczyźni też pewnych rzeczy zupełnie nie rozumieją. Są jednak na tyle pewni swoich racji, że nie dopuszczają do siebie myśli, że tak jest. Na zwróconą uwagę odpowiadają „przesadzasz” albo „przecież to oczywiste, że tak właśnie uważasz”. Wszystko jest dla nich oczywiste. Dzielą też rzeczy na ważne i banalne. Banalne może być obrażanie i obmacywanie, bo przecież „mężczyźni już tacy są”. Nic złego nie ma też we wmawianiu poglądów czy uzurpowaniu sobie prawa do „właściwej” interpretacji wypowiedzi (bo czy kobiety wiedzą, co tak naprawdę chcą powiedzieć?). Ani w tłumaczeniu, że pewne rzeczy nie mogą zasmucać kobiet ani ich drażnić, podobnym do „nie płacz, przecież to cię nie boli”, którym część rodziców reaguje na płacz małych dzieci. Kobiety przecież histeryzują, bo generalnie świat (zawężany najczęściej do bogatych państw Północy) jest pełen równych szans dla wszystkich. Tylko czy rzeczywiście kobiety miały takie same jak mężczyźni możliwości tworzenia świata, w którym wszyscy żyjemy? Prawa wyborcze uzyskały pod koniec XIX w., w niektórych krajach dopiero w XX w. (Polska 1918, USA 1920, Chiny 1947, Szwajcaria 1971, Arabia Saudyjska 2015). Przez setki lat ich status jako obywateli był podrzędny, a wpływ na politykę – właściwie żaden. Los kobiety ograniczał się de facto do małżeństwa lub życia zakonnego, służby w domu rodzinnym i śmierci. Spod władzy ojca przechodziła pod władzę męża, jak przedmiot, który służy do załatwiania interesów, utrwalania sojuszy i zdobywania dóbr. Kiedy jednak mówię, że mężczyźni mieli setki lat na wdrażanie pomysłów stworzenia „idealnego świata” i powinni zamilknąć, gdy kobiety wychodzą teraz na ulicę, dowiaduję się, że „żaden historyk nie powie, że to świat mężczyzn”. Więc drogie kobiety – choć niemal o niczym nie mogłyście decydować, musicie wziąć współodpowiedzialność za wszystkie wojny.
Coraz mniej mi się chce uczestniczyć w dyskusjach, nawet zupełnie „niewinnych”. Powstrzymuję się, wiedząc, że mogę zaraz zobaczyć/usłyszeć, jak pozbawieni poczucia humoru strażnicy dogmatów zaczną roztrząsać mój stan psychiczny czy moje znajomości. Cenzuruję samą siebie i wiem, że nie tylko ja. Koleżanki aktywistki, naukowczynie, działaczki społeczne mówią mi, że nie odzywają się, bo mają dość ataków ad personam, wyszydzania, podważania ich kwalifikacji. Takimi sposobami de facto rugujemy kobiety ze sfery publicznej. Bo one nie mają ochoty udowadniać, że same wiedzą lepiej, co myślą i czują. Nie chcą, żeby mężczyźni objaśniali im świat.
Uwaga dla mężczyzn: Felieton zawiera dużą dawkę sarkazmu. Zastosowane uogólnienia są zabiegiem literackim. Jeśli ktoś odczuwa potrzebę wytłumaczenia mi, co „naprawdę” miałam na myśli, to mogę zaproponować takiej osobie 2 szklanki zimnej wody (jedną doustnie, drugą na głowę) i zajęcie się własnym światem wewnętrznym.
Fot. The Focal Project
Światowe media, think tanki, badania regularnie informują nas o rażącej skali nierówności majątkowych i nierówności standardów bytowych we współczesnym świecie. Być może przywykliśmy już do komunikatów w rodzaju „czy wiesz, że stu najbogatszych ludzi na świecie ma tyle bogactwa, ile X milionów najbiedniejszych?”, „czy zdajesz sobie sprawę, że co Y sekund z niedożywienia umiera dziecko?”, „jak myślisz, ilu planet potrzeba, żeby zapewnić wszystkim ludziom na świecie standard życia taki jak Amerykaninowi z klasy średniej?”.
Tego rodzaju alarmujące doniesienia mają w założeniu wybudzić nas z drzemki i wywołać w nas uczucie niezgody. Sam zastanawiam się, czy aby nie niosą efektu przeciwnego? Nie prowadzą raczej do otępienia? Poczucia niemocy? Czy skala nierówności nie zaświadcza o tym, że niewiele da się w tej sprawie zrobić, a w związku z tym, po co zawracać sobie głowę zmienianiem świata? Rewolucją, która nigdzie nie nadejdzie? Reformami, na które najbogatsi nigdy się nie zgodzą? Albo wojnami, migracjami, pandemiami i zmianą klimatyczną, których i tak już nie powstrzymamy? A w związku z tym trzeba żyć dniem dzisiejszym – wycisnąć z balu na „Titanicu”, ile tylko się da. Na tym tle najnowszy raport Oxfam – uznanej organizacji zajmującej się sprawiedliwością społeczną – stanowi przełom. Mówi światowej opinii publicznej coś, co dotąd pozostawało na marginesie: że znaczące przejawy globalnych nierówności nie kryją się gdzieś na drugim końcu świata ani na rachunkach bankowych w rajach podatkowych. Mamy je pod nosem. W naszych gospodarstwach domowych. Ale po kolei.
Przypływ, który podnosi tylko wielkie jachty
Punktem wyjścia raportu „Time to Care” – co możemy przetłumaczyć dwojako: jako „Czas zadbać” lub „Czas zwrócić uwagę” – jest obserwacja, że poziom nierówności majątkowych na świecie jest coraz bardziej nieprzyzwoity. Aby go zobrazować, autorzy publikacji posługują się kilkoma sugestywnymi zestawieniami. Przytoczmy część z nich. 1% najbogatszych ludzi na świecie ma DWA RAZY WIĘCEJ bogactwa niż 7 miliardów ludzi (populacja świata to ok. 7,8 miliarda). 2153 najbogatszych miliarderów ma więcej bogactwa niż 4,6 miliarda ludzi. Na dodatek tylko w pierwszych miesiącach pandemii koronawirusa miliarderzy powiększyli swoje majątki o niemal jedną trzecią (27,5%). Obrońcy miliarderów uspokajają nas, że to tylko wirtualne bogactwo, powstałe przejściowo, na mocy wyjątkowych okoliczności, jakie stworzyła pandemia. Skoro tak, skoro to jedynie wirtualne zapisy na koncie, to rekiny kapitału powinny oddać je bez żalu, prawda?
Wrażenie robią konkretne liczby dotyczące majątków największych pandemicznych krezusów. Stojący na czele logistycznego molocha Amazona Jeff Bezos w pierwszych miesiącach pandemii zyskał 74 miliardy dolarów. Wynalazca Elon Musk – 76 miliardów. Oznacza to, że ośmiu takich Bezosów czy Musków wypracowało w pierwszych miesiącach epidemii tyle bogactwa, ile zyskuje co roku cała polska gospodarka – my wszyscy. Czy ośmiu ludzi może być aż tak pracowitych i kreatywnych, że dorównuje 38-milionowemu społeczeństwu? No właśnie.
Jak do tego doszło? Co odpowiada za dążenie ku przyrostowi nierówności? Na to pytanie raport Oxfam również proponuje odpowiedź. Dołącza do chóru komentatorów, którzy przekonują, że teoria „skapywania bogactwa” – zgodnie z którą powinniśmy pozwolić miliarderom się bogacić, ponieważ część ich majątku skapnie na nas w postaci inwestycji, miejsc pracy, innowacji – nie działa w praktyce. Obniżanie podatków dla najbogatszych i deregulacji gospodarki światowej, dzięki których pieniądze miliarderów krążą wokół globu i szukają najbardziej dochodowych przystani, poskutkowało tym, że finanse oderwały się od produkcji. W ostatnich latach wyraził się francuski ekonomista Thomas Piketty w swoim słynnym już równaniu r > g, które oznacza, że stopa zwrotu z inwestycji finansowych w trwały sposób jest wyższa niż z inwestycji produkcyjnych. Skutki tego stanu rzeczy dla nierówności są opłakane. Jak przeczytamy w raporcie Oxfam, w latach 2011-2017 średnie płace w krajach o najbardziej rozwiniętych gospodarkach (grupa G7) wzrosły zaledwie o 3%, podczas gdy dywidendy superbogaczy – o 31%. Pieniądz coraz słabiej służy produktywnemu wykorzystaniu dla dobra wspólnego, a coraz bardziej spekulacjom, bańkom finansowym i pasożytniczym praktykom (w rodzaju windowania cen nieruchomości mieszkalnych).
Oczywiście nie wszystkie nierówności są ściśle zmonetyzowane. Część najbardziej niepokojących dysproporcji wyrażamy w języku innym niż finansowy. Moglibyśmy dodać tutaj, że co trzeci człowiek na świecie nie ma dostępu do wody pitnej, a połowa globalnej populacji – do infrastruktury sanitarnej. Trudno obronić ten stan rzeczy przy użyciu wyświechtanych frazesów, wedle których to pracowitość i wiara w sukces stanowią główną przyczynę powodzenia lub jego braku.
Wyjątkowość raportu „Time to Care” polega jednak na czymś innym niż na zdaniu sprawy z poziomu nierówności i ukazaniu ich przyczyn. O publikacji zrobiło się głośno, ponieważ uderza ona w samo jądro (dosłownie!) klasycznej ekonomii i zbudowanej na niej gospodarki turbokapitalizmu.
Niewidzialna praca nieopłacana
Krytycy kapitalizmu, piętnujący sposób, w jaki system nastawiony wyłącznie na zysk przyczynia się do narastania fortun po jednej stronie i nędzy po drugiej, tradycyjnie koncentrowali się raczej na pracy najemnej jako tej podstawowej sferze, w której dochodzi do wyzysku. Różnicę między pensją pracownika a zyskiem kapitalisty określano jako „pracę nieopłacaną” czy też „wartość dodatkową”, jaka generowana jest kosztem ograbianego robotnika.
To na tym rozpoznaniu opierał swoje strategie ruch robotniczy – związki zawodowe i lewicowe partie polityczne – począwszy od XIX wieku. Przysporzyło mu to konfliktów z innymi ruchami równościowymi – kobiecymi, chłopskimi, antykolonialnymi, tubylczymi czy ekologicznymi. Jeżeli podstawową sprawą była walka o zniesienie wyzysku pracowników najemnych – albo chociaż o poprawę warunków pracy i podwyżkę płac – to na dalszym planie znajdowały się inne rodzaje prac, uważane za nie dość wartościowe (o ile w ogóle zasługiwały na miano pracy). W efekcie w sporach z ruchem robotniczym kobiety, chłopstwo, nędzarze Trzeciego Świata, ludy rdzenne czy obrońcy środowiska musieli udowadniać, że wyzysk obejmuje nie tylko pracowników przodujących branż kapitalizmu, zatrudnionych na umowę o pracę, lecz także szereg osób wykonujących inne aktywności, którym nie poświęca się dość uwagi, a które niekiedy wręcz uważa się za przednowoczesne czy zacofane.
Zasługą teoretyczek i liderów tych ruchów społecznych było poszerzenie naszego rozumienia pracy i jej wyzysku. Dzisiaj globalny kapitał po raz pierwszy w dziejach człowieka komenderuje gospodarką o prawdziwie planetarnych ramach – akumuluje bogactwo z nieopłaconej pracy mężczyzn, kobiet i dzieci, przerzuca koszty zewnętrzne swojego funkcjonowania (w postaci zanieczyszczeń, opieki, kryzysów) na najsłabsze populacje Ziemi, a także na środowisko. Autorzy raportu „Time to Care” przyswoili sobie zwłaszcza ustalenia ekonomistek feministycznych i osią przewodnią swojego opracowania uczynili niewidzialną, niedocenianą i często całkowicie nieopłacaną pracę reprodukcyjną – pracę opiekuńczą, pracę domową, pracę w społecznościach. Pracą tą obarcza się głównie kobiety, ale wykonują ją także opiekunowie seniorów, migrantów, dzieci przemierzających kilometry po wodę.
Męskie jądro ekonomii
Dzięki temu raport uderza w męskie jądro kapitalizmu. Należy pamiętać, że klasyczna ekonomia uformowała się w szczytowym okresie świetności imperiów kolonialnych (i – jak w przypadku USA czy Rosji – wewnętrznej kolonizacji). I to tym imperiom miała służyć. To był czas niewolnictwa i kolonii, czas, w którym kobiety nie miały praw politycznych i społecznych, rozpowszechniony był rasizm, a ludy tubylcze traktowano jako część fauny i flory. Od tego czasu udało się zakwestionować i rozmontować wiele niesprawiedliwości, ale „jądro ekonomii” trzyma się mocno: za pracę, za wartość gospodarczą ekonomiści zwykli uznawać pracę najemną. Gdy sami pracowali nad swoimi traktatami, kawę i herbatę – wyprodukowane rękami czarnych niewolników – serwowały im żony albo służba, a gazety dostarczali im nieletni gońcy z rodzin robotniczych. Światowa gospodarka dziś jest oparta na takich z gruntu seksistowskich, rasistowskich i maskulinistycznych podstawach.
Problem nie polega jedynie na tym, że ta strukturalna niesprawiedliwość gospodarki utrzymuje się, lecz także na tym, że wiele ruchów uznawanych za postępowe wznosi dzisiaj postulaty, które ją utrwalają, a nawet pogłębiają. Liberalne warianty feminizmu, antyrasizmu czy ekologizmu promują wzorce, zgodnie z którym rezygnacja z pracy opiekuńczej jest pojmowana jako wyzwolenie, podobnie jak rozbicie wspólnoty i emancypacja jednostki, czy rozciągnięcie relacji rynkowych na „usługi”, jakie wyświadcza nam przyroda. Jeśli opieka, więzi wspólnotowe i natura znajdują się na zewnątrz kapitalistycznej gospodarki – głosi recepta liberalizmu – to znaczy, że musimy ją rozciągnąć na te sfery.
Tego rodzaju strategia prowadzi do przerzucenia jeszcze większych obowiązków opiekuńczych, do konieczności odbudowania więzi społecznych i do regeneracji środowiska na „przegranych globalnej gospodarki”. Praca opiekuńcza spada na migrantki. Rośnie armia kiepsko opłacanych usług. Ekosystemy uginają się pod naciskiem szkodliwych efektów zewnętrznych kapitalizmu.
Jaki krajobraz wyłania się na skutek działania takiego modelu gospodarczego? Raport Oxfam podaje, że 22 najbogatszych mężczyzn na świecie posiada więcej bogactwa niż WSZYSTKIE kobiety w Afryce; że 42% kobiet w wieku produkcyjnym na świecie pracuje jako nieopłacana siła robocza; że szacowana wartość pracy opiekuńczej kobiet jest TRZYKROTNIE większa niż rozmiary sektora wysokich technologii. Wokół męskiego jądra ekonomii – do którego liberalny feminizm dokooptował trochę uprzywilejowanych kobiet, a głównonurtowy antyrasizm pewną liczbę przedstawicieli mniejszości w krajach Zachodu – krążą zdesperowane pracownice opiekuńcze.
Co po pandemii?
Swoją cegiełkę do tego niekorzystnego trendu dokłada niestety pandemia COVID-19. Na barki kobiet i opiekunów spada ogrom dodatkowej nieodpłatnej pracy. Tak zwane „zawody kluczowe” w początkach pandemii otrzymywały oklaski od społeczeństwa, w dalszym ciągu natomiast nie wiemy, czy w ślad za retorycznym uznaniem dojdzie do realnego wzmocnienia sektora opieki.
Oxfam alarmuje bowiem, że do 2030 roku bardzo wzrośnie zapotrzebowanie na prace opiekuńcze: będzie ich wymagało kolejnych 100 milionów dzieci i 100 milionów osób starszych. Do tej pory kraje bogatsze próbowały ten problem rozwiązywać poprzez rekrutowanie migrantek. Powstaje tzw. „globalny łańcuch opieki” – demontaż państw opiekuńczych, prywatyzacje i cięcia w usługach publicznych i świadczeniach socjalnych skutkują tym, że najbogatsze kraje Północy ściągają do pomocy migrantki, a te zostawiają w swoich krajach osoby, które same wymagają opieki. W ten sposób docieramy jednak do ściany. Skąd opiekę mają ściągać ci, którzy są na samym końcu łańcucha?
Kluczowy kobiecy aspekt światowych nierówności powinien, wydawałoby się, trafić obecnie na podatny grunt w Polsce, gdy trafiają na taki grunt protesty w obronie prawa do legalnej aborcji. Prawo to nazywane jest czasem elementem szerszych kobiecych praw reprodukcyjnych. Powinniśmy pamiętać – jak przypominają nam badaczki feministyczne – że pełen pakiet praw reprodukcyjnych odsyła nas do całej alternatywnej ekonomii opieki i do troski o wzmocnienie, dowartościowanie i zorganizowanie tych aktywności, które czynią nas ludźmi, a nie niewolnikami kapitału – goniącymi za kasą kompulsywnymi konsumentami. Chodzi na przykład o to, żebyśmy, mając chorego rodzica czy dziecko, mogli się nimi zająć i mieli za co żyć, zamiast sprzedawać ludziom produkty i usługi, i nie mieć nawet środków na opłacenie opiekunki. Raport „Time to Care” może być inspiracją dla polskiego ruchu feministycznego.
Co można zrobić? Czego się domagać? Publikacja Oxfam zawiera także szereg rekomendacji. Skupia się zwłaszcza na potrzebie redystrybucji bogactwa („zlikwidujmy ekstremalne bogactwo, by zlikwidować ekstremalną biedę”), na inwestycjach w sektor opieki, na godnych płacach i warunkach pracy opiekuńczej, na demokratyzacji miejsc pracy i przełamywaniu seksistowskich stereotypów zakorzenionych w ekonomii. To ważne rekomendacje, ale ja dodałbym do nich coś jeszcze. Przede wszystkim: nie rozmontujemy „jądra ekonomii” – tego zgniłego jaja sprzed 200 lat – jeśli będziemy wysuwali żądania sprzed 200 lat. W XIX wieku postulatem ruchu robotniczego było osiem godzin pracy dziennie, 40 godzin pracy w tygodniu. Dzisiaj i ta zdobycz jest zagrożona, bo pracujemy coraz bardziej elastycznie, na umowach śmieciowych, a praca opiekuńcza to drugi etat (czasem dzielony w gospodarstwie pomiędzy kobietę i mężczyznę, a czasem zrzucony na kobietę). Dlatego poza rozbudową sektora opieki potrzebujemy zwiększenia ilość czasu na wykonywanie pracy innej niż praca najemna – i rozwijania świadczeń socjalnych, żeby opieka nie była wyrzeczeniem, na które stać jedynie osoby zamożne.
W każdym kraju taki miks usług publicznych i świadczeń socjalnych będzie wyglądał inaczej. Gdzieniegdzie można oprzeć się na resztkach państwach opiekuńczego, zdobyczach socjalizmu i związkach zawodowych, gdzie indziej na walkach feministycznych i ruchach praw człowieka, jeszcze gdzieś na więziach wioskowych, sąsiedzkich czy rdzennych, a w niektórych miejscach na świecie – na wspólnotowym potencjale religii i tradycji. Możliwych dróg jest wiele. Warto pamiętać, że ekonomia nie sprowadza się do swojego męskiego jądra.
Mimo głośnych apeli miłośników przyrody, Nadleśnictwo Krasiczyn wznowiło intensywne wyręby w sąsiedztwie gniazda orła przedniego. Prowadzone prace grożą zniszczeniem siedliska tego wyjątkowego ptaka.
W Polsce żyje zaledwie 30-35 par orła przedniego, z czego większość gniazduje na obszarze Puszczy Karpackiej i Tatr. Jedno ze stanowisk znajduje się w Nadleśnictwie Krasiczyn, nieopodal planowanego Turnickiego Parku Narodowego. Od 2015 roku, na mocy decyzji Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Rzeszowie, teren ten* został objęty strefą ochronną – podzieloną na wewnętrzną strefę całoroczną oraz zewnętrzną strefę ochrony okresowej, funkcjonującą w okresie lęgowym. To właśnie na terenie strefy okresowej Lasy Państwowe prowadzą obecnie szczególnie intensywne wyręby.
W okresie 2020-21 na terenie strefy okresowej ma zostać wyciętych i sprzedanych łącznie 6 tysięcy kubików drewna. Część cięć realizowana była nawet w okresie ochronnym, kiedy jest to surowo zabronione! W miejsce puszczańskiego starodrzewia, preferowanego przez orły, pojawiają się puste zręby i młodniki. Lasy Państwowe wykopały głębokie rowy odwadniające i wwiozły do lasu kilkadziesiąt płyt betonowych do utwardzenia szlaków zrywkowych. Wszystko po to, aby usprawnić wyręby. To poważna ingerencja w siedlisko orła przedniego, a jednocześnie dowód na nieumiejętność zadbania o wyjątkowo cenne zasoby przyrodnicze.
Lasy Państwowe tłumaczą część swoich działań tym, że wyręby prowadzone są poza okresem lęgowym ptaków, czyli w czasie kiedy strefa ochrony okresowej jest nieaktywna. Taka interpretacja stoi jednak w sprzeczności z analizą regulacji prawnych dotyczących stref ochronnych.
Forsowana przez Lasy Państwowe interpretacja, jakoby w strefie ochrony okresowej (w przypadku orła przedniego obowiązuje ona od 01.01 do 15.08) można było dokonywać bez żadnych ograniczeń i kontroli organów ochrony przyrody czynności zabronionych przez ustawodawcę budzi nasz zdecydowany sprzeciw – komentuje Sylwia Kulińska z mysłowickiego Stowarzyszenia na Rzecz Ochrony Lasów i Zwierząt “Duchy Lasu”, które zgłosiło szkodę w środowisku do RDOŚ w Rzeszowie. Zgodnie z wykładnią prof. W. Radeckiego, mamy do czynienia ze skutkami działań, które są trwałe, nieodwracalne i wykraczają swoim zasięgiem poza okres wskazany w rozporządzeniu dla strefy ochrony okresowej orła przedniego. Gdyby przepisy ochronne miały obowiązywać jedynie od 01.01. do 15.08. nie spełniałyby absolutnie żadnej funkcji ochronnej. Konsekwencje wykonanych zrębów, czy prac ziemnych trwają wiele lat, wpływając na chroniony w strefie gatunek. Trudno sobie wyobrazić, aby ustawodawca miał to na celu; wykluczałoby to całkowicie jego racjonalność, a to ona stanowi podstawę interpretacji wszelkich norm prawa. Dlatego uważamy, że prawo złamano i to nie tylko ze względu na prowadzenie prac przez Nadleśnictwo Krasiczyn bez wymaganego prawem zezwolenia w trakcie obowiązywania okresu ochronnego, ale także poza nim. Stąd również nasze zgłoszenie szkody w środowisku, bo jesteśmy przekonani, że do niej doszło. Jednocześnie jesteśmy oburzeni, że pomimo zgłoszenia niszczenie strefy ochronnej skrajnie nielicznej populacji orła przedniego trwa w dalszym ciągu – informuje działaczka.
Lasy Państwowe powinny realizować zapisane w ustawie o lasach cele, w tym przede wszystkim dbać o ochronę ojczystej przyrody i dokładać starań, aby zachować bioróżnorodność. Działania prowadzone przez Nadleśnictwo Krasiczyn pokazują, że w praktyce to cele gospodarcze mają absolutny priorytet. W lesie traktowanym jak fabryka drewna nie ma miejsca ani dla orła przedniego, ani dla miłośników przyrody.
* Ze względu na dobro chronionego gatunku, nie można podawać dokładnej lokalizacji stref ochronnych.
Źródło: Inicjatywa Dzikie Karpaty