Przedstawiciele organizacji społecznych przekazali wczoraj petycję skierowaną do Ministra Infrastruktury Andrzeja Adamczyka oraz Przemysława Dacy, prezesa Wód Polskich. Apelują w niej o lepszą ochronę wód w dorzeczu Odry zgodną z celami europejskiej Ramowej Dyrektywy Wodnej.
14 października Bogumił Kolmasiak z Akcji Demokracji i Patrycja Stefanek z Fundacji „Rozwój TAK — Odkrywki NIE” złożyli w Państwowym Gospodarstwie Wodnym Wody Polskie w Warszawie, przy ul. Żelazna 59A petycję „Tak dla ochrony wody, nie dla przywilejów węgla!”
— Katastrofa klimatyczna dzieje się na naszych oczach, a jej nieodłączną częścią jest pogłębiająca się susza — komentuje Patrycja Stefanek, z Fundacji „Rozwój TAK — Odkrywki NIE”. — Polskie zasoby wody są dużo mniejsze niż średnia europejska, a do tego pozwalamy by ⅔ wody zużywał przemysł i energetyka. Jeśli się nie opamiętamy i nie zrozumiemy, że woda jest naszym najcenniejszym zasobem, przyszłe pokolenia czeka tragiczna przyszłość.
— Jeżeli chcemy, aby następne pokolenia miały wodę w kranach, musimy zacząć dbać o nią już teraz — dodaje Bogumił Kolmasiak z Akcji Demokracji. — Wielu z nas podejmuje codziennie wysiłek, aby ograniczać marnowanie wody. Niestety nasze indywidualne działania nie wystarczą, jeśli nie zaczniemy także rozwiązywać problemu systemowo. Dlatego stworzyliśmy tę petycję, żeby zwrócić uwagę urzędników i polityków na konieczność zmian w dotychczasowym prawie.
Podpisani apelują o wniesienie do IIaPGW[1] rekomendacji zmian w Prawie wodnym — szybkiego wprowadzenia opłat za wykorzystywanie wody do chłodzenia elektrowni węglowych oraz za pobór wód w ramach odwodnień górniczych w kopalniach węgla kamiennego i brunatnego. Polskie prawo zwalnia bowiem przemysł węglowy z opłat za wodę na kwotę ponad 150 mln zł rocznie[2].
Drugim żądaniem jest zapewnienie zgodności polskiego prawa i IIaPGW z europejskim prawem klimatycznym poprzez wniesienie do IIaPGW rekomendacji niezwłocznego ustanowienia harmonogramu zamykania kopalń i elektrowni węglowych szybszego niż określony w tzw. umowie społecznej z pracownikami sektora węglowego, tak aby umożliwić osiągnięcie dobrego stanu wód zgodnie z Ramową Dyrektywą Wodną i celów klimatycznych zgodnie z europejskim prawem o klimacie.
1.Projekt II aktualizacji planów gospodarowania wodami, https://www.apgw.gov.pl/
2. https://rozwojtak-odkrywkinie.pl/wiadomosci/item/545-raport-mid-the-gap
Gdy piszę ten list do Was, Polek i Polaków, moje serce przepełnia strach o to, co mogło się stać z grupą uchodźców, którzy od ponad dwóch tygodni są porzuceni na granicy, w dziczy, w temperaturach poniżej zera. Grupa, w której znajdują się dzieci, kobiety i osoby starsze, wysłała mi w sobotę, 9 października, błaganie o pomoc poprzez media społecznościowe. Tego samego dnia młody Jazyda, który prosił o pomoc, wysłał mi wideo tej grupy. Znajdowały się w niej osoby z mniejszości jazydzkiej i Kurdowie z Iraku oraz Arabowie syryjscy. Niektórzy z Jazydów w grupie spędzili wcześniej siedem lat w obozach w Iraku.
Zarówno ja, jak i wiele osób, które zobaczyły to świadectwo i obrazy przerażonych małych dzieci i starszych osób, byliśmy zdruzgotani. Para starszych Jazydów w wideo nie miała kontaktu z rodziną w Iraku od niemal dwóch tygodni. Po zamieszczeniu filmu zadzwoniła do mnie ich przerażona córka, płacząc do telefonu. Chciała tylko wiedzieć, czy jej rodzice nadal żyją. Zadzwonił też krewny osób z grupy, mieszkający w Niemczech Jazyd, również płacząc. Następnie udał się z dziećmi i żoną na posterunek policji, prosząc państwo niemieckie o interwencję.
Z rozmów z licznymi dziennikarzami i aktywistami na rzecz praw człowieka w Polsce zrozumiałem, że toczy się dialog publiczny na temat tego filmu, szczególnie w kontekście widocznych na nim dzieci. Mogę Was zapewnić, że dzieci i dorośli byli sfilmowani tu, na granicy polsko-białoruskiej, w zeszłą sobotę, 9 października. Polscy i białoruscy strażnicy graniczni wielokrotnie odmówili im prawa do opuszczenia terenu leśnego na granicy, i ta odmowa dotyczyła też przyjęcia dzieci, osób starszych i tych, których życie było zagrożone.
W dniu 13 października otrzymałem od grupy kolejne wideo, ukazujące ją w tym samym miejscu. Dyskusja na temat migracji jest złożona i upolityczniona, a intencją tego artykułu nie jest przyczynienie się do dalszych kontrowersji. Wierzę jednak, że niewyciągnięcie przez Polskę pomocnej dłoni do tkwiących na granicy uchodźców, którzy uciekli przed ludobójstwem i wojną, nie tylko jest moralnie złe, ale stanowi też pogwałcenie podstawowych praw człowieka. Pozwolenie na to, aby dzieci, osoby starsze i ludzie uciekający przed ludobójstwem umarli na Waszej granicy, nie jest zapewne czymś, czego Polki i Polacy oczekują od swojego rządu. Wierzę także, że w czasach kryzysu i trudności w nas, jako istotach ludzkich, powinno przeważyć dobro i że katastrofy takie jak ta w pewien sposób nas definiują i stwarzają możliwość, aby traktować innych w sposób miłosierny i humanitarny.
Na koniec, w imieniu wszystkich Jazydów, proszę Was o wywieranie nacisku na polski rząd, aby zmienił swoje nielegalne praktyki na granicy, pozwalając również działaczom organizacji humanitarnych i dziennikarzom na dotarcie do rejonu przygranicznego i natychmiastowe zapewnienie tak bardzo potrzebnego jedzenia, schronienia i lekarstw. Apeluję też, abyście otworzyli serca na ludzi pochodzących z niestabilnych rejonów świata. To jest również Wasza możliwość, aby okazać dobroć w kryzysie humanitarnym.
Tłumaczenie listu: Zosia Krasnowolska
Historia Berlina ma wiele obliczy. Najbardziej znanym jest dzielący miasto mur. 13 sierpnia minęło 60 lat od rozpoczęcia jego budowy. W listopadzie mur ma dwie rocznice: 9 listopada 1989 roku mur przestał dzielić, a dokładnie 30 lat temu, czyli w listopadzie 1991 mur przestał istnieć – zostały tylko fragmenty, które opowiadają turystom swoją historię.
Ale zacznę od początku. Po przegranej II wojnie Niemcy zostały podzielone na cztery strefy okupacyjne (amerykańską, francuską, angielską i radziecką), podobnie wyglądał podział stolicy państwa. W latach 1948-49 Berlin Zachodni jest całkowicie odcięty od prądu, dostaw. Z pomocą przychodzą alianci tworząc „most powietrzny” i zapewniając podstawowe produkty. W kwietniu 1949 roku powstaje RFN, zaś w październiku NRD – dwa państwa niemieckie o dwóch różnych ustrojach, oraz najbardziej na wschód wysunięty przyczółek świata zachodu – Berlin Zachodni. Ponieważ nie każdemu mieszkańcowi NRD odpowiadał system wschodni, dość licznie przedostawali się oni do RFN. To z kolei nie odpowiadało ówczesnym władzom wschodnim i najpierw postawiono zasieki z drutu kolczastego, a następnie w 1961 roku rozpoczęto budowę liczącego 156 km muru berlińskiego.
Miał on skutecznie zatrzymać ludzi w NRD. Warto wspomnieć, że każda z uciekających osób po przekroczeniu granicy i znalezieniu się w Berlinie Zachodnim mogła poczuć uścisk pomocnej dłoni. Najważniejsze dla uciekinierów z NRD było to, aby mieć mur za plecami, stojąc twarzą do muru można było
zginąć.
Szacunki są różne, bo podaje się od 78 do 250 ofiar śmiertelnych podzielenia miasta. Różnice wynikają z przyczyn śmierci. Ludzie ginęli, ponieważ mieli wypadki podczas przekraczania granicy, po nieudanej próbie ucieczki popełniali samobójstwa, zostali zastrzeleni podczas próby pokonania muru… Ginęli również strażnicy pilnujący muru. Jako ostateczną liczbę ofiar muru podaje się 136 osób. Po zjednoczeniu Niemiec odbyły się liczne procesy, w których oskarżono władze NRD oraz pełniących na granicy strażników. 35 strażników uniewinniono, ale 44 zostało skazanych na karę pozbawienia wolności w zawieszeniu.
Kawałki muru istnieją do dzisiaj, a w miejscach gdzie ginęli ludzie próbujący przekroczyć mur stoją charakterystyczne pomniki w kształcie czworokątnego słupa informujące o ofiarach, które poniosły śmierć podczas próby przekroczenia granicy w danym miejscu.
Na granicy białorusko-polskiej zaczyna się dziać niemal analogiczna sytuacja. Na razie powstają zasieki z drutu żyletkowego. Z jedną małą różnicą. W podzielonym Berlinie nie można było wyjść poza mur i przywitać się z osobą czekającą z wyciągniętą dłonią. Trzeba było pokonać mur, mieć go za plecami. Na tej granicy, białorusko-polskiej, po polskiej stronie nikt nie czeka z wyciągniętą dłonią, a ci, którzy chcieliby tę dłoń wyciągnąć, skutecznie są od granicy odsuwani, zaś zasieki z drutu kolczastego rozciągane są między uchodźcami a strażnikami wpatrzonymi w koczujących ludzi. Ci strażnicy nie strzelają, ale biernie patrzą na szukających pomocy, głodnych i wyziębionych ludzi. Wprowadzenie stanu wyjątkowego w obszarze przygranicznym miało na celu odcięcie ludzi od informacji, ale już wiadomo, że na granicy, na oczach strażników zaczynają umierać ludzie.
Ciekawi mnie, jak strażnicy wpatrzeni przez zwoje drutu kolczastego w koczujących na granicy uchodźców zachowają się w dniu wigilii Bożego Narodzenia. Raczej na pewno tradycja nakaże im, rozstawiając talerze na kolację wigilijną, postawić dodatkowe nakrycie dla „zbłąkanego wędrowca”.
Co dalej? Czy powstanie 418-kilometrowy mur na granicy?
Kiedy i jakie konsekwencje zostaną wyciągnięte wobec tych strażników? Warto w tym momencie przytoczyć art. 162 § 1 k.k., który mówi, że „kto człowiekowi znajdującemu się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu nie udziela pomocy, mogąc jej udzielić bez narażenia siebie lub innej osoby na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3″.
I na koniec jeszcze jedno pytanie: czy my także za kilka lat na granicy polsko-białoruskiej postawimy upamiętniające monumenty, aby nauczyć następne pokolenia, że oba te mury, ten berliński i ten polski, to tylko granice człowieczeństwa?
Kiedy mówimy o prawach reprodukcyjnych w Polsce w 2021 roku, przede wszystkim mamy na myśli prawo do aborcji „na żądanie”, bez opowiadania się komukolwiek i bez poczucia, że ktoś inny niż osoba w ciąży decyduje o zawartości jej macicy. Zdarza się, że prawa reprodukcyjne rozszerzamy, o dostęp do skutecznej antykoncepcji czy o edukację seksualną wprowadzającą w świat bezpiecznego seksu. Innymi słowy, zastanawiamy się, jak to zrobić, żeby dzieci nie mieć – „jak zrobić, żeby nie było dziecka”.
W perspektywie radykalnie ekologicznej jest to oczywiste: świat jest przeludniony, człowiek już zdążył spustoszyć Ziemię, a wzrost gospodarczy wymuszony wzrostem demograficznym sprawia, że zasoby naszej planety jeszcze bardziej się kurczą. Każdy odpowiedzialny człowiek właściwie powinien zrezygnować z rozmnażania się. Mówi się o tym żartem, ironicznie, po cichu. Może tylko bez głębszego zastanowienia, co właściwie w tym kontekście znaczy słowo “odpowiedzialność”.
Bo przecież pod tym względem Polki i Polacy byliby nieomal najbardziej odpowiedzialni na świecie. Od 1990 roku stopa dzietności w Polsce lokuje się grubo poniżej 2,1 – dwóch i trochę dziecka na każdą kobietę w wieku rozrodczym, co przyjmuje się za wyznacznik zastępowalności pokoleń. Ponieważ liczne roczniki powojennego boomu i ich także liczne (rocznikowo patrząc) dzieci ciągle nie kwapią się umierać są na to za młodzi, demografia jeszcze nie wygląda katastrofalnie. Ujemny przyrost naturalny wciąż opiewa na ułamki setnych. Dzieci pojawia się mało, ledwie 9,2 na każdy tysiąc obywateli, ale wskaźniki demograficzne podnoszą imigranci. Bardzo dobrze, można by pomyśleć: populacja się kurczy, puste miejsca zapełniają przybysze z gęściej zaludnionych części globu, wszystko zmierza ku lepszemu, ku odciążeniu planety, wyhamowaniu szalonego wzrostu, odzyskaniu ekologicznej równowagi.
Łatwo byłoby tak myśleć, ale coś mi nie pozwala. Chciałabym, żeby równowaga ekoplanetarna nie wykluczała się z chcianym rodzicielstwem – człowiek jest wszak zwierzęciem i instynkt rozmnażania się jest istotnym składnikiem naszej egzystencji. Bycie rodzicem skłania do myślenia o przyszłości jako o czymś, co warto kształtować już teraz w interesie przeniesionej w czasie jakiejś cząstki nas samych. Powoływanie dziecka na świat oznacza, że czujemy się częścią tego świata. Rezygnacja z prokreacji może mieć wiele powodów, ale jeśli podejmujemy taką decyzję dlatego, że czujemy się w dzisiejszym świecie niechcianym gościem bez perspektyw na przyszłość, to jest to bardzo smutne.
Myślenie o rodzicielstwie bądź o bezdzietności dobitnie pokazuje, że potrzeba nam szerszej wizji tego, czym właściwie jest reprodukcja. Być może uproszczone spojrzenie na tę sprawę wynika z wielowiekowej dominacji porządku patriarchalnego, w którym dzieci postrzegano przede wszystkim jako dziedziców i nośnik prestiżu, a dla kobiet – jedyne (a czasem też: jedynie) uzasadnienie ich istnienia. Jednak na naszych oczach patriarchat pęka, płciowość i zdolność do reprodukcji zmieniają swoje znaczenie, przestają być klątwą skazującą nas na narzucony i schematyczny kształt życia.
Z jednej strony na fali rozliczeń z ekstraktywistycznym imperializmem i rasizmem, a z drugiej – na fali zmian w postrzeganiu płciowości i rozumieniu jej narodziła się uzupełniająca prawa reprodukcyjne koncepcja sprawiedliwości reprodukcyjnej. Pojęcie to jako pierwszy wprowadził do obiegu kolektyw Czarnych feministek SisterSong na początku lat 90. ubiegłego stulecia. Umieściły one prawo do aborcji i antykoncepcji w szerszym kontekście: mianowicie w kontekście praw kobiet rozumianych jako prawa człowieka i sprawiedliwości społecznej. Podstawą stały się dwa pytania. Jakich warunków kobieta potrzebuje, aby być matką? Na jakiej podstawie podejmuje decyzję, czy mieć dzieci, a jeśli tak, to kiedy i w jakich odstępach czasowych? Odpowiedź na te pytania okazuje się zaskakująco szeroka – od kwestii równych praw i statusu w społeczeństwie przez funkcjonowanie demokratycznych, inkluzywnych instytucji, walkę z nierównościami ekonomicznymi i wreszcie – w tej chwili może najpilniejsze – kwestie klimatyczne. Sprawiedliwość reprodukcyjna wymaga godnego traktowania uchodźczyń i imigrantek, wrażliwej genderowo walki z biedą, rasizmem i przemocą. Odwraca sposób myślenia, przywracając aktowi reprodukcji właściwe proporcje : decyzja kobiety o urodzeniu dziecka to z jej strony wyraz uznania dla świata, otoczenia i partnera.
To dlatego tak mnie przygnębia fakt, że Polki nie decydują się na dzieci. W kraju, w którym liczba mieszkańców na kilometr kwadratowy jest bardzo niewielka, zachodzą procesy takie, jakby dręczyło go przeludnienie (historycy wskazują, że typową reakcją na przeludnienie jest spadająca dzietność i masowa emigracja; wszystko się zgadza). Deklarując przywiązanie do wartości rodzinnych, mieszkańcy swoim życiem i podstawowymi wyborami życiowymi zaświadczają, że te wartości są nie do zrealizowania. Jesteśmy krajem rozwiniętym, w którym jednak brakuje jakiegoś ważnego zasobu – zasobu, bez którego nie ma sprawiedliwości reprodukcyjnej.
Chciałabym takiej demokracji, w której zamiast narzucać niedziałające pronatalistyczne programy, usiedlibyśmy razem, żeby zastanowić się w ogólnopolskiej, a nawet europejskiej debacie, co będzie z naszą przyszłością – zarówno z przyszłością społeczeństwa, i jak i z przyszłością jednostek. Dziś o dzieciach myśli prawica – jako o przyszłości narodu – i liberałowie, którym chodzi o młodsze pokolenia pracujące na emerytury starszych. Dzieci są dla nich nie celem samym w sobie, lecz środkiem do zaspokojenia własnych ambicji i zapewnienia dobrobytu na starość.
Podobnie nie myśli się o kobietach jako o dawczyniach życia dysponujących własnymi ciałami i świadomie podejmujących najważniejszą z możliwych decyzję o przywołaniu na świat nowego istnienia. Kobiety to inkubatory z funkcją prania i sprzątania, worki bokserskie do wyładowywania wściekłości, zabijane niemalże bezkarnie (szacuje się, że wskutek przemocy domowej ginie w Polsce co najmniej jedna kobieta dziennie), porzucane bez poczucia odpowiedzialności (sumaryczny dług alimentacyjny w 2020 roku osiągnął poziom 11,5 mld złotych – swoich dzieci mimo zasądzonego obowiązku nie utrzymuje 280 tysięcy osób, w przeważającej większości są to mężczyźni).
Do tego dochodzi niepewność związana z powszechnością „śmieciowych“ umów, słaba kultura pracy z przyzwoleniem na wyczerpujący siły witalne mobbing, instytucje, na których nie można polegać, wszechobecne doniesienia o głupocie i bezduszności szkoły, cynizm i bezradność rządzących w obliczu nadzwyczajnych wyzwań (nie tylko tak wielkich jak pandemia, ale nawet takich jak awaria kolektora ścieków, która staje się okazją do politycznej walki). Wreszcie – nasza wspólna niepewność co do przyszłości klimatycznej. Głównym działaniem w obszarze środowiska jest, jak się wydaje ostatnio wycinanie lasów i skuteczne unikanie rozwiązania palącego (dosłownie!) problemu gospodarki śmieciowej. Wstrząsające jest przywiązanie do „narodowej suwerenności“ w sytuacji, która wymaga ponadnarodowej i ponadregionalnej solidarności – natychmiast!
Kto w takich warunkach decyduje się powoływać dzieci na świat?
Perspektywa sprawiedliwości reprodukcyjnej jest dla mnie ostatnio najważniejszym probierzem politycznym. Na kogo głosować? Komu wierzyć? W jakie kwestie się angażować? Zaczynając od absolutnych fundamentów – dopuszczalności aborcji na podstawie decyzji kobiety, już niebawem dochodzimy do kolejnego szczebla: jak ulepszyć świat, żeby wyeliminować wszystkie zewnętrzne, zależne od politycznych działań, powody takiej decyzji. Co innego bowiem respektować indywidualne decyzje osób, dla których bezdzietność wynika z etycznej odpowiedzialności. A co innego – patrzeć na wymieranie ludzi z przyczyn środowiskowych, wiedząc, że to my sami stworzyliśmy tak nieprzyjazne środowisko.
Fot. Marcin Wrzos
Nowy raport fundacji Compassion Polska, opublikowany z okazji Światowego Dnia Ośmiornicy, ujawnia osiem powodów, dla których należy natychmiast zatrzymać próby rozwoju hodowli ośmiornic.
Raport „Przemysłowa hodowla ośmiornic – przepis na katastrofę” pokazuje, że plany hodowli przemysłowej ośmiornic (rozwijane m.in. w Hiszpanii) byłyby przyczyną ogromnego cierpienia tych zwierząt. Stałoby się tak ze względu na ich samotniczą naturę, dociekliwość oraz wysoką inteligencję. To pierwszy tego typu raport na świecie. Raport jasno stwierdza, że nie znamy obecnie żadnej humanitarnej metody uboju ośmiornic. Wśród obecnie stosowanych wymienia się duszenie zwierząt w sieci, krojenie mózgu czy bicie pałką po głowie. Ponadto, nie ma obecnie żadnych przepisów chroniących ich dobrostan w hodowli, a mięsożerna dieta ośmiornic sprawia, że jest ona niezrównoważona i bardzo szkodliwa dla środowiska.
Dziko odławiane ośmiornice są spożywane na całym świecie, zwłaszcza w Europie, Azji i Meksyku. W Polsce co roku spożywa się ponad 320 ton ośmiornic złowionych w naturalnym środowisku i w przeciągu 10 lat (2008-2018) konsumpcja w naszym kraju wzrosła ponad 10-krotnie. W UE najwięcej ośmiornicy spożywa się we Włoszech (ponad 60 000 ton rocznie), a w innych krajach na świecie, takich jak Stany Zjednoczone i Japonia, odnotowano ostatnio zwiększony popyt na mięso tych zwierząt. Właśnie ze względu na wzrastający popyt Hiszpania prowadzi obecnie badania nad klatkami sieciowymi i zbiornikami na otwartym oceanie.
– Oskarowy film Netflixa „Czego nauczyła mnie ośmiornica” w poruszający sposób pokazał światu życie tych wyjątkowych, inteligentnych zwierząt. Wszyscy, którzy go obejrzeli, będą przerażeni, że istnieją plany zamknięcia tak fascynujących stworzeń na podwodnych fermach. Powinniśmy zatrzymać ten pomysł na najwcześniejszym etapie, zanim stanie się poważnym problemem dla zwierząt i naszej planety – komentuje dr Krzysztof Wojtas, dyrektor zespołu ds. dobrostanu ryb i ochrony środowiska wodnego w fundacji Compassion Polska.
– To naprawdę przygnębiające, że w XXI wieku człowiek chce jeszcze powiększać hodowle zwierząt zamiast je eliminować. Zastanawiam się, gdzie – i czy w ogóle – jest granica, po przekroczeniu której ludzkość kolektywnie powie „dość” w tym temacie. Hodowle ośmiornic to po prostu przepis na kolejną katastrofę, a już w tej chwili zmagamy się ze środowiskowymi konsekwencjami przemysłowych i nadmiernie rozwiniętych hodowli ssaków, ptaków i ryb – dodaje Małgorzata Szadkowska, prezeska fundacji Compassion Polska i ekspertka Koalicji Klimatycznej.
Wraz z publikacją raportu, organizacja Compassion Polska wysłała również listy do rządów w Hiszpanii, Japonii, Meksyku i USA, wzywając je do wstrzymania hodowli ośmiornic w tych krajach. Raport z najważniejszymi wnioskami przeczytać można na stronie fundacji Compassion Polska.
Źródło: Compassion Polska
Co najmniej 9 polskich kopalń węgla kamiennego otrzymało w ostatnich latach 16 zezwoleń na wydobycie węgla, bez wymaganej prawem oceny oddziaływania na środowisko. Zezwolenia te kolejno wydali byli ministrowie środowiska Henryk Kowalczyk oraz Michał Woś, a także obecny szef ministerstwa klimatu i środowiska Michał Kurtyka. Greenpeace zdecydował się podjąć kroki prawne i domagać się wstrzymania pozwoleń do czasu uzupełnienia przez właścicieli kopalń dokumentacji o oceny oddziaływania na środowisko. Organizacja wspiera też mieszkańców obszarów na których działają kopalnie w tym, by ich głosy zostały uwzględnione przy rozpatrywaniu koncesji.
Większość przedłużonych koncesji na wydobycie została pierwotnie wydana w latach 90., kiedy ocena oddziaływania kopalń na środowisko nie była wymagana. Na podstawie wprowadzonej w 2018 roku niezgodnej z prawem unijnym, specustawy, jednokrotnie przedłużono 16 zezwoleń na wydobycie bez konieczność dostarczenia ocen oddziaływania na środowisko oraz bez uwzględnienia stanowiska osób i samorządów bezpośrednio dotkniętych działalnością kopalni. Spółkom górniczym pozwolono na pominięcie procedury oceny oddziaływania na środowisko, której częścią są konsultacje społeczne.

Tymczasem wydobycie węgla kamiennego metodą na zawał, często stosowaną w tych kopalniach, powoduje szereg problemów ekologicznych i społecznych. Mieszkańcy śląskich miejscowości skarżą się na powodowane przez kopalnie szkody. Przykładem jest zabytkowa dzielnica Murcki w Katowicach, w obrębie której od lat fedruje spółka Polska Grupa Górnicza, powodując potężne wstrząsy i osiadanie gruntu bezpośrednio zagrażając domom, które nie zostały zabezpieczone przed działalnością górniczą. Zabudowa dzielnicy Murcki składa się w jednej trzeciej z ponad 100-letnich domów wpisanych do rejestru zabytków. Mieszkańcy na drodze sądowej domagają się od spółki PGG naprawy swoich nieruchomości w związku z powstałymi szkodami górniczymi.
– Już teraz jesteśmy mocno poszkodowani przez działalność górniczą. Są to odkształcenia budynku, popękane ściany czy podłogi. Kopalnia tylko częściowo zgodziła się pokryć szkody wywołane działalnością górniczą. Życie w takich warunkach nie jest normalne. Zainwestowaliśmy nasze oszczędności kupując mieszkanie w zabytkowej kamienicy i zależy nam, by jak najdłużej była w dobrym stanie technicznym, w końcu to nasz dom. Nie chcemy, aby kopalnia przestała wydobywać węgiel. Domagamy się jednak, aby spółki węglowe rzetelnie oceniły swój wpływ na środowisko i architekturę, ponieważ aktualnie nie wiemy jak dalsze działania wpłyną na naszą kamienicę. Dom to miejsce, w którym powinniśmy czuć się bezpiecznie i chcemy mieć pewność, że nasze mieszkania przetrwają kolejne dziesięciolecia – powiedział członek Wspólnoty Mieszkaniowej przy ul. Kołodzieja 42.
Negatywne stanowisko w sprawie dalszego wydobycia pod Murckami wyraził prezydent miasta Katowic, jednak zostało ono pominięte w procesie przedłużania koncesji. Zapytany o proces przedłużania koncesji oraz konsultacje społeczne przewodniczący Rady Jednostki Pomocniczej Murcki, Gabriel Tomczak powiedział:
– O przedłużeniu koncesji mieszkańcy dowiedzieli się po fakcie. Także my, jako rada dzielnicy, zostaliśmy pominięci w całym procesie przedłużania pozwolenia na wydobycie. Nie odbyły się także konsultacje społeczne. Spowodowało to duży niepokój społeczny co doprowadziło do akcji protestacyjnej w lutym bieżącego roku na której licznie zjawili się mieszkańcy Murcek walczący o swój dobytek.
Większość koncesji została w bezprawny sposób przedłużona o 20-25 lat, czyli nawet do połowy lat 40-tych. Kopalnie, o których mowa należą do Polskiej Grupy Górniczej (12), Jastrzębskiej Spółki Węglowej (2), Przedsiębiorstwa Górniczego Silesia oraz do Spółki Restrukturyzacji Kopalń (po jednej kopalni). Bezprawne przedłużenie koncesji miało miejsce pomiędzy 2018 a 2021 rokiem.
– Mamy postępujący kryzys klimatyczny a Ministerstwo Klimatu i Środowiska zamiast stawać w obronie prawa i obywateli, pomaga lobby górniczemu obchodzić prawo. Jak się wydaje rządzący z pełną premedytacją nie dostosowali polskich przepisów do unijnych wymogów tak długo, aż wszystkie zainteresowane kopalnie nie otrzymały przedłużenia koncesji. To skandal. Minister Kurtyka powinien wstrzymać te koncesje i zobligować spółki górnicze do uzupełniania dokumentacji o brakujące oceny oddziaływania na środowisko – powiedziała Anna Meres z Greenpeace.
Greenpeace domaga się, aby spółki górnicze dopełniły wymaganych prawem formalności i zbadały swój wpływ na środowisko. Postępowania koncesyjne muszą odbyć się też w sposób, który umożliwi wypowiedzenie się mieszkańcom i organizacjom ekologicznym na prawach strony.
Dziś Greenpeace uruchomił też stronę https://act.gp/koncesjebezoos dzięki której można wysłać maila do ministra Kurtyki popierającego postulaty mieszkańców.
Źródło: Greenpeace Polska
Fot. Klaumich49
MOTTO
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Papież Franciszek mówi, że tylko prawda może nas wyzwolić z tej dusznej sytuacji, w jaki się znaleźliśmy jako ludzkość. W Kościele Katolickim i w akademii jest podobnie – brakuje osób ze środka instytucji, mówiących prawdę nie po to by atakować, ale po to by odnowić i uratować. Część, być może najbardziej dla tych instytucji cenna, nie mówi prawdy z powodu lojalności, ale przede wszystkim z powodu paraliżującego wstydu – oddając w ten sposób, chcąc nie chcąc, pole innym: drapieżnikom, potworom, które przejęły nasze światy, definiują nam życie i zamykają nas w swoich obrzydliwych klatkach z kłamstwa i przemocy. Niedostatek prawdy w ważnych instytucjach społecznych wynika z tego, że władza i mikropolityka stają się potężniejsze, niż wartości, nawet wartość centralna – w akademii jest nią nauka.
Wartość centralna, czyli – po co to wszystko w ostateczności robimy? Celem pracy naukowców jest wnoszenie wkładu w naukę, w wiedzę. Nauka to rozmowa kierująca się ustalonymi regułami, prowadzona co najmniej od czasów Platona i Aspazji. Na wiedzy otrzymanej od poprzedników nowe pokolenia naukowców budują nowe poziomy. Słowami jednego z uczestników tej rozmowy z naszych czasów, profesora Thomasa Docherty, „[u]niwersytet można scharakteryzować jako spotkanie, które generuje czas lub które generuje otwartość na przyszłe możliwości, otwartość na różnicę i zmianę, na świat i nasze zaangażowanie z nim i w nim”. Uniwersytet pełni rolę bufora między teraźniejszością a przyszłością i żadna inna instytucja społeczna tej roli na siebie przyjąć nie umie. To nie to samo co „centrum wiedzy” zbierające i dokumentujące, oraz rozwijające stan wiedzy. Z jednej strony bowiem akademia zachowuje to, co jest, co już wiemy. Ale z drugiej – poszukuje rzeczy nowych, nieistniejących, na które nie mam popytu, ani rynku, które nie wiadomo kiedy ani czy powstaną. Do tego potrzebne jest skupienie, spokój do pracy i wielka odwaga myślenia.
Bernard Stiegler pisze o kolektywnej indywiduacji. Akademia opiera się na niej. Indywiduacja to poszukiwanie, stawanie się niepodobnym do niczego innego, na właściwy sobie sposób. Nie umieramy dokładnie o tyle, o ile odróżniamy się od wszystkiego innego. Geniusz to jednokrotność. Ale akademia to nie jednostkowy geniusz, lecz zbiorowy, kolektywny podsystem, którego obowiązkiem społecznym jest pokazywanie nowych dróg rozwoju, by ludzkość uniknęła bezwładnego ruchu po jednej, zdefiniowanej energetycznie trajektorii – ku entropii, ku rozpadowi.
Jeśli to nie jest centralną wartością akademii, to staje się ona badawczą monokulturą; pojawia się jednogłos, jeden wielki super-autor. Słowami Byung-Chul Hana – piekło tego samego, bez szans na odnowę i bez oryginalnych rozwiązań, reagujące tak samo i nie uczące się, czyli – głupota. Nasze społeczeństwo wiedzy to tak naprawdę społeczeństwo głupoty.
Jednak ta przemiana nie nastąpiła ze złej woli – przeciwnie. W polskiej akademii wiele osób popierało reformę mającą nas uczynić nowoczesnym ośrodkiem kreującym doskonałą wiedzę, bo miało nadzieję, że ona wypali feudalizm i układy, mikropolitykę wywali na śmietnik, wyczyści wszystko jak czysty kwas solny. Niestety, reforma pogorszyła tylko sytuację, bo teraz dopiero, pozbawieni hamujących takie dynamiki struktur, ludzie nabrali napędu żeby ze sobą walczyć o wszystko, żeby tworzyć grona mikropolitycznej mikrowładzy: by wzajemnie sobie pomagać „punktować”, by umawiać się, wzajemnie się cytować, by marginalizować wszystkich, którzy nie pasują do towarzystwa. A co z nauką? Gdzie ona jest? Nauko, nauko, czemu nas opuściłaś?
Tu kończą się notatki pisane tą samą nerwową ręką i zaczynają się poszarpane, pokreślone kartki. Pojawiają się nowe zapiski, urywkowe, jedno, góra trzy zdania, potem przerwa, każde pisane innym, ale bardziej energicznym charakterem pisma.
Gdybym dziś miał radzić doktorantom, to najpierw spytałbym, po co im doktorat. Jeżeli chcą pracować na akademii, to potrzeba promotora z grantami i silną grupą, która się nawzajem wspiera i promuje. To jest czysta polityka. To nie jest sito przepuszczające naprawdę najlepszych kandydatów. Jeśli zaś doktorant nie widzi się w akademii, tylko raczej np. w przemyśle (tak, są tacy), to szukałbym takiego promotora, który ma aktualny dorobek i czas, przy czym czas może oznaczać aktualny brak doktorantów.
Mówiąc wprost: taplamy się w kulturze patronatu. Potrzebny jest ktoś osadzony i z dojściami, w ostatecznym rachunku z dojściami do partii władzy.
Każdy, kto miał do czynienia z polskim szkolnictwem wyższym, wie, że kierunkiem, który opłaca się najbardziej „studiować”, żeby zrobić karierę naukową, jest układoznawstwo…
Mam wrażenie, że ta relacja promotor-doktorant w wielu przypadkach utraciła coś bardzo ważnego. Ale to nie wina jednej ze stron, tylko chyba raczej niedbania o samą relację. Najważniejsza jest silna pozycja mikropolityczna promotora. Plus oblatanie w światku konferencyjno-grantowym, wbijanie się na własną rękę to jest robota weekendowa, a jednocześnie konieczna, by w ogóle się jakoś sensownie zakorzeniać.
Młodzi wychowywani są na tej tratwie, innego świata nie poznają.
Oraz ostatni wpis, wielkimi drukowanymi literami, po nim dziennik się urywa:
PRECZ Z TRATWY DINOZAURY, PRZYSZŁOŚĆ NALEŻY DO NAS!
Nie dowiemy się, co się stało i kim był autor bądź autorka tych zapisków: czy oczekującym nowych przygód Prospero, czy adaptującym się do życia na bezludnej wyspie Robinsonem, czy zwykłym rozbitkiem. Jednak ostatni wpis daje do myślenia – gdy mówimy o dinozaurach warto pamiętać, że to one są protoplastami naszych współczesnych ptaków, także jaskółek. Może właśnie w takim momencie jak ten nauczyły się latać.
———
Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.
Unijna polityka nie jest w stanie zapewnić zrównoważonego korzystania z zasobów wodnych przez rolników – wynika ze sprawozdania specjalnego opublikowanego przez Europejski Trybunał Obrachunkowy. Rolnictwo ma niezaprzeczalnie olbrzymi wpływ na zasoby wody. Rolnikom przyznaje się jednak zbyt dużą liczbę zwolnień z obowiązku przestrzegania przepisów unijnej polityki wodnej, co staje na przeszkodzie staraniom, by zapewnić gospodarne korzystanie z wód. Ponadto unijna polityka rolna prowadzi do wzrostu zużycia wody, a często go nawet wspiera, zamiast promować bardziej efektywne korzystanie z zasobów wodnych.
Rolnicy tworzą jedną z największych grup konsumentów wody słodkiej, gdyż rolnictwo odpowiada za jedną czwartą poboru wody w UE. Działalność rolnicza wpływa zarówno na jakość wody (np. za sprawą zanieczyszczeń ze stosowania nawozów lub pestycydów), jak i jej ilość. Obowiązujące w UE podejście do zarządzania zasobami wodnymi opiera się na ramowej dyrektywie wodnej z 2000 r., w której wprowadzono strategie dotyczące zrównoważonego korzystania z wód. W dyrektywie ustanowiono cel zakładający osiągnięcie dobrego stanu wód pod względem ilościowym na terytorium całej UE. Ważną rolę w zrównoważonym korzystaniu z wód odgrywa również wspólna polityka rolna. Oferuje ona rozwiązania, które mogą przyczynić się do zmniejszenia zapotrzebowania na zasoby wodne. Przykładami takich rozwiązań są powiązanie płatności ze stosowaniem bardziej ekologicznych praktyk oraz finansowanie bardziej efektywnej infrastruktury nawadniającej.
– Zasoby wody są ograniczone, a przyszłość rolnictwa w UE zależy w dużej mierze od tego, na ile rolnicy będą korzystać z tych zasobów w sposób efektywny i zrównoważony – stwierdziła Joëlle Elvinger, członkini Europejskiego Trybunału Obrachunkowego odpowiedzialna za to sprawozdanie. – Jak dotąd polityka UE nie pozwoliła jednak w wystarczającym stopniu ograniczyć wpływu rolnictwa na zasoby wodne.
Sprawozdanie specjalne: LINK do pobrania
Zrównoważone wykorzystanie zasobów wodnych w sektorze rolnictwa
– zamiast promować bardziej efektywne korzystanie z wód środki w ramach WPR najprawdopodobniej doprowadzą do wzrostu zużycia
Źródło: Komunikat prasowy Europejskiego Trybunału Obrachunkowego
MOTTO:
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki, przelewająca się od kilku dziesięcioleci przez świat, jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności, jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Pewna wielka uczona zatrudniona na nowoczesnym i doskonałym brytyjskim uniwersytecie zachorowała na nowotwór. W trakcie leczenia przez jakiś czas czuła się nieźle. Potrzebowała i chciała pracować, zwłaszcza ze swoimi doktorantami, którzy jej potrzebowali i bardzo ją kochali. Jednak jej pracodawca pozbawił ją stanowiska i zakazał pracy z doktorantami. Gdy w zreformowanym systemie uczelnia zabiera stanowisko, to tnie wszystko aż do doktoratu. Jedna z najwybitniejszych uczonych, jakie spotkałam w życiu, umarła jako doktor. Pewien brytyjski emerytowany profesor, wybitny uczony światowej sławy, protestował jakiś czas temu głośno przeciwko złemu zarządzaniu na uniwersytecie, gdzie przepracował dużą część swojego życia zawodowego. Ostrzegał przeciwko konsekwencjom takiego zarządzania (jak się teraz okazuje, wszystkie jego ostrzeżenia się sprawdziły, z naddatkiem). Uniwersytet w odpowiedzi pozbawił go honorowego tytułu professor emeritus. Na innym brytyjskim uniwersytecie, jednym z World Top-100, na stanowisko profesora został awansowany ze stanowiska adiunkta (senior lecturer on probation) meteorycznie – w ciągu jednego roku – człowiek bez dorobku naukowego, ale za to ulubieniec nowych władz do specjalnych poruczeń, mobber i łamistrajk. Francuskie uczelnie prywatne zatrudniają na stanowiska profesora faceta lub babkę ładnie wyglądających, fajnych, bo im się podobają. Po kilku latach zwalnia się takiego modela bez powiedzenia „przepraszam”. (Za to unikająca zaorania przez zreformowanie francuska publiczna wyższa edukacja ma wszystkie stopnie i tytuły z całymi instytucjami im przynależnymi, jak w Polsce, i bardzo na serio.)
Doktorat jest w zreformowanym doskonałym systemie akademii ostatnim stopniem należącym do uczonego, wszystko co powyżej – należy do pracodawcy. Taki system teraz marzy się po nocach polskim młodym akademickim wilczkom, domagającym się zniesienia habilitacji. A też i wiele całkiem sensownych osób z polskiego środowiska akademickiego wyraża nadzieję, że imitacja rozwiązań anglosaskich będzie dla nich korzystna jako dla naukowców, bo nie będziemy musieli tyrać u pana feudała, bo w praktyce często przyjęło się, że stopnie i tytuły to nagrody za dobre sprawowanie na dworze (np. taka miła kwestia od nestora polskiej akademii do autorki tych zapisków: „przecież dostałaś te wszystkie stopnie i tytuły, to o co ci jeszcze chodzi? powinnaś być wdzięczna, a nie ciągle zabierać głos”, nie to tamto, że ciężko zapracowałam itd.).
Ale zniesienie habilitacji i profesury tytularnej nie jest dla naukowców korzystne, bo wtedy dopiero uzależnia ich jednostronnie od zarządów (chyba że dla wilczków, bo oni aspirują do czego innego niż rozwój naukowy). Coraz rzadziej w zreformowanych anglosaskich uczelniach te zarządy mają wiedzę o akademii, a jeszcze rzadziej – szacunek dla nauki i naukowców. Ich cele są inne, biznesowe, i żadne struktury i tradycje nie chronią nauki i naukowców przed zasadniczym przesunięciem celów. Co więcej, stanowiska profesorskie są coraz częściej opisywane i definiowane przez zarządy i ich zawartość naukowa jest coraz mniejsza. Brytyjski profesor to obecnie głównie administrator i menedżer. Znam wielu dobrych uczonych, którzy explicite nie chcą zostać profesorami, bo nie mają ochoty utonąć w administracji do cna.
Owszem, za nieprawomyślność na polskiej uczelni można też człowieka zdegradować do kości. Jednak nie można mu odebrać habilitacji i profesury tytularnej. Utrata stanowiska na zreformowanym Zachodzie oznacza utratę prawa do posługiwania się jego nazwą. Pozostaje doktorat. I skarpetki z logo uczelni.
Polityka akademicka powinna polegać na tym, by podpisywać umowy o wzajemnym respektowaniu swoich stopni i tytułów – a nie na lamentowaniu, jacy jesteśmy beznadziejni i jak powinniśmy wszyscy położyć się w kąciku i przykryć starą śmierdzącą derką (albo trzaskać ekspresowo punkciki). Tak jak studenci, nieprawdaż? Fajnie by było, gdyby nasze osiągnięcia powyżej magistra: polski doktorat, polska habilitacja, polski tytuł profesora były uznawane przez Francję, Szwecję, Niemcy, może i Anglosasów… kto wie? Oni czasami cenią skarby, które sami przetracili.
Brońmy stopni i tytułów, póki jeszcze mamy coś więcej na sobie niż eleganckie markowe skarpety, bo te stopnie i tytuły są nasze, nie pracodawcy. A jeśli nam się nie podoba sposób, w jaki są przyznawane, to jest to nasza własna wina i tylko my coś z tym możemy zrobić.
———————-
Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.
Na konsultacje społeczne kilku tysięcy stron przepisów składających się na unijny pakiet „Fit for 55” polski rząd zaoferował stronie społecznej 48 godzin. Trudno o bardziej obrazowy przykład obnażający stosunek resortu środowiska do dialogu ze społeczeństwem.
22 września Ministerstwo Klimatu i Środowiska ogłosiło na swojej stronie internetowej, że w celu przygotowania polskiego stanowiska w sprawie pakietu „Fit for 55” przez 48 godzin zaprasza wszystkich do „przesłania komentarzy, które będą pomocne przy formułowaniu stanowiska Rządu Rzeczypospolitej Polskiej w sprawie komunikatu, z uwzględnieniem aspektu społecznego, gospodarczego, prawnego i finansowego”. Termin tych „konsultacji” nie był wcześniej zapowiadany. Informacji o nich do dziś próżno też szukać w mediach społecznościowych ministerstwa, czyli w najbardziej efektywnym kanale komunikacji ze stroną społeczną.
Związek Stowarzyszeń Polska Zielona Sieć przesłał do ministerstwa swoje stanowisko, w którym wyraził, jak zawsze, gotowość do wzięcia aktywnego udziału i do nagłośnienia konsultacji społecznych tak ważnego dokumentu. Wyraził jednak zarazem stanowczy sprzeciw wobec skandalicznej formy ogłoszonych konsultacji, urągającej standardom państwa demokratycznego. Forma taka narusza m.in. unijną zasadę partnerstwa (Code of Conduct on Partnership Principle, 2014).
„Stawka jest ogromna. Od ostatecznego kształtu pakietu „Fit for 55” zależy, czy najbliższa dekada pozwoli Europie przestawić gospodarkę na zielone tory, wypełnić zobowiązania Porozumienia Paryskiego i zmniejszyć presję naszego kontynentu na klimat, czy też przepisy zostaną „rozwodnione” lub wręcz zablokowane” – mówi Joanna Furmaga, prezeska Polskiej Zielonej Sieci.
W pakiecie „Fit for 55” poważnych analiz, konsultacji i doprecyzowania wymagają m.in. propozycje wzmocnienia społecznych gwarancji towarzyszących rozszerzeniu systemu Europejskiego Handlu Emisjami (ETS+), nowelizacji dyrektywy o promowaniu OZE (RED 2), rozporządzenia dotyczącego wspólnego wysiłku redukcyjnego (ESR), promowania czystego transportu, regulacji dotyczących efektywnej pomocy technicznej dla państw członkowskich i wiele innych.
Konsultacje stanowiska wobec pakietu przepisów obejmującego 1938 stron, o tak horyzontalnym zakresie, jeśli mają służyć rzeczywistemu, konstruktywnego dialogowi, a nie grze pozorów, wymagają nie tylko wcześniejszej zapowiedzi i dłuższych terminów, ale i zwiększenia transparentności działań całego rządu. Należy przypomnieć, że nadal nieznane pozostają wyniki szeroko zakrojonych, przeprowadzonych wiosną 2021 r. konsultacji społecznych Krajowego Planu Odbudowy ani Umowy Partnerstwa. W dalszym ciągu uniemożliwia to weryfikację, czy i jakie postulaty ekspertów pozarządowych zostały w ogóle uwzględnione w propozycji KPO, przesłanej przez polski rząd Komisji Europejskiej.
Źródło: Polska Zielona Sieć
MOTTO:
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku lat przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności, jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Trudno jest nas lubić. My, akademicy, jesteśmy brzydcy, dziaderscy za młodu, nudni, często nie używamy słów, których wypada używać w eleganckim towarzystwie. Nie umiemy się zjednoczyć i z rzadka demonstrujemy jakąkolwiek solidarność. Jesteśmy bandą besserwisserów i kopiemy pod sobą wzajemnie dołki. Czasem wbijamy sobie wzajemnie noże w plecy. Takiej jadowitej mikropolityki, jaka jest w akademii, nie ma w korporacjach.
To prawda, ale prawda kwalifikowana. Tak zachowujemy się na tratwie na morzu demontujących nasze warunki pracy reform i permanentnej deprywacji. Misie polarne w klatce, karmione starym chlebem, też nie są piękne ani miłe. Żadne żywe stworzenie poza swoim właściwym ekosystemem nie jest na ogół szczęśliwe ani urodziwe. A my jesteśmy specyficznym gatunkiem i wymagamy specyficznych warunków. W dobrych warunkach jesteśmy dziwni, ale intrygujący, niemodni, ale proroczy, antagonistyczni, bo nasza praca polega na niezgadzaniu się ze sobą i angażujemy się totalnie w idee, które reprezentujemy – używając do tego naukowej argumentacji i właściwych środków wyrazu.
W kultowej książce Johna Williamsa pt. Stoner w trakcie rozmowy przyjaciół-akademików pada kwestia:
„To dla nas istnieje Uniwersytet, dla wywłaszczonych ze świata; nie dla studentów, nie dla bezinteresownego dążenia do wiedzy, nie z żadnego z powodów, które się słyszy. Podajemy różne powody i wpuszczamy trochę zwyczajnych osób, takich, które poradziłyby sobie w świecie; ale to tylko barwy ochronne. Podobnie jak Kościół w średniowieczu, który nie dbał o świeckich ani nawet o Boga, mamy swoje pozory, aby przetrwać. I przetrwamy – bo musimy.”
Musimy, wyjaśnia bohater, bo uniwersytet jest naszym schronieniem, nas, niedostosowanych, marzycieli, szaleńców w szalonym świecie. By przetrwać, nie możemy wpuszczać zewnętrza do środka. Nie chodzi o osoby z zewnątrz – przeciwnie, wiele najlepszych i najbardziej oddanych akademików, jakich znam, to praktycy, którzy w pewnym momencie poczuli powołanie do akademii. Ba, sama jestem z zewnątrz, w tym sensie, że jestem akademiczką w pierwszym pokoleniu i nikt inny w mojej rodzinie pochodzenia nie był ani nie jest akademikiem. Akademia potrzebuje świeżej krwi, bez tego staje się nieznośna i klaustrofobiczna. Zewnętrze, którego nie należy wpuszczać – to zewnętrzne reguły gry, standardy, systemy wartości. I właśnie to się teraz stało na skalę powszechną i światową. Zewnętrzne wtargnęło do środka i przejęło nad nami kontrolę.
Ci, którzy dręczyli nas w szkole, podstawiali nam nogi, znęcali się psychicznie, wyśmiewali się z nas, ściągali od nas i skarżyli na nas do pani, te męczydusze i zawistnicy, przejęli stery na tratwie. Z jednej strony – biznes, który nami pogardza, z drugiej – urzędy, które nam nie wierzą, od kilku dziesięcioleci ustalają, co mamy robić i w jaki sposób. Coraz mniej marchewek, coraz bardziej spleśniałych i śmierdzących, coraz bardziej technologicznie zaawansowane kijki. Wymyślają wciąż to nowe konkurencje, co by tu jeszcze, co jeszcze zrobią te znienawidzone pięknoduchy za śmieszny grosz (samym sobie płacąc lepiej niż w korpo za niewymagającą pracę), za namiastkę sławy, za wolny czas – wolny, więc możemy go wykorzystać na naukę. Tak pokazują badania. Gdy mamy wolny czas, przeznaczamy go na badania. Więc ONI wbijają jeszcze jedną szpilę, tłumacząc nam, jak bardzo jesteśmy żenujący, że nawet nie umiemy utrzymać work-life balance. Znam anglosaskich akademików, który dosłownie zapracowali się na śmierć, robiąc rzeczy, które nam ONI każą robić (wypełnianie nienawistnych tabelek, mikroadministrowanie, obsługa klienta, przepraszam, studenta w sensie bycia przewodnikiem na wycieczce, jaką są studia w krajach anglosaskich), ale nie rezygnując z nauki. Znałam też takich, którzy odeszli z akademii, by zajmować się nauką – ale to na ogół nie wychodzi, bo poza za akademią nie ma takich bibliotek, struktur, konferencji – jest wielkie przepastne zewnętrze. Czasami lepsze, ale niemożliwe jako ekosystem do nauki.
Jesteśmy godni pożałowania? Nie, to cud, że w tych warunkach w ogóle funkcjonujemy. Kujonki-herosi, dziwaczki-siłaczki, bo mimo wszystko nadal, w znaczącej i zatrważającej masie, wykonujemy swoją pracę. Przepuszczamy przez siebie wielkie energie, myślimy tak jak nikt inny nie myśli – za cenę przyjaźni i miłych sojuszy, używamy słów, których się nie używa, nie przyjmujemy prostych spraw za oczywiste, dzielimy włos na czworo, na imprezach rozmawiamy o „pracy” (tak myślą inni, spoza akademii, my rozmawiamy o tym, co naprawdę dla nas ważne), zbyt często mówimy „tak, ale” (kto to zniesie), nie zgodzimy się dla świętego spokoju z laikiem, który poucza nas o tym, czym się właśnie naukowo zajmujemy. Nawet w najlepszych czasach – choć ciekawi i chwilami atrakcyjni, nadal jesteśmy niemili i nienormalni.
Mój przyjaciel – benedyktyński mnich powiedział kiedyś, że akademicy to naturalna wspólnota, podobnie jak mnisi i hippisi. Gdy mamy własny ekosystem, jesteśmy nie tylko u siebie, chronieni przed nieprzyjaznym zewnętrzem, ale możemy być bardzo pożyteczni, dla wspólnego dobra. Nawet jeśli zewnętrze nie wie o tym, bez nas się nie obejdzie na dłuższą metę. Jak powiada cytowany już protagonista powieści Stoner:
„Nie robimy krzywdy, mówimy to, co chcemy i dostajemy za to pensję; i to jest triumf naturalnej cnoty, albo coś całkiem bliskie temu.”
———————-
Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.
Przedstawiciele organizacji społecznych złożyli dziś w siedzibie Międzynarodowej Komisji Ochrony Odry przed Zanieczyszczeniem uwagi do projektu drugiej aktualizacji Planu Gospodarowania Wodami dla Międzynarodowego Obszaru Dorzecza Odry (IIaPGW). Podpisało się pod nimi ponad 2600 osób, które żądają lepszej ochrony wody w Polsce.
21 września Piotr Antoniewicz z Akcji Demokracji i Paweł Pomian ze Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA, w imieniu Akcji Demokracja, Fundacji „Rozwój TAK — Odkrywki NIE” i ponad 2600 osób, złożyli uwagi do projektu IIaPGW. Podpisani apelują o wniesienie do IIaPGW rekomendacji zmian w Prawie wodnym — szybkiego wprowadzenia opłat za wykorzystywanie wody do chłodzenia elektrowni węglowych oraz za pobór wód w ramach odwodnień górniczych w kopalniach węgla kamiennego i brunatnego. Polskie prawo zwalnia bowiem przemysł węglowy z opłat za wodę na kwotę ponad 150 mln zł rocznie.
Drugim żądaniem jest zapewnienie zgodności polskiego prawa i IIaPGW z europejskim prawem klimatycznym poprzez wniesienie do IIaPGW rekomendacji niezwłocznego ustanowienia harmonogramu zamykania kopalń i elektrowni węglowych szybszego niż określony w tzw. umowie społecznej z pracownikami sektora węglowego, tak aby umożliwić osiągnięcie dobrego stanu wód zgodnie z Ramową Dyrektywą Wodną i celów klimatycznych zgodnie z europejskim prawem o klimacie.
Do ochrony wody musimy podejść systemowo. Jeśli prawo nie zacznie jej chronić w odpowiedni sposób, nasze codzienne wysiłki, by oszczędzać wodę, na niewiele się zdadzą. Polska powinna przestrzegać zasad Ramowej Dyrektywy Wodnej, unijnego dokumentu, którego zadaniem jest ochrona wody.
— Tymczasem projekty IIaPGW trudno uznać za ambitne czy choćby zgodne z Ramową Dyrektywą Wodną. Dokumenty wciąż przyznają odstępstwa od celów RDW dla kopalń węgla brunatnego i kamiennego, a działań, które mogłyby ograniczyć negatywne oddziaływania odwodnień górniczych, w zasadzie brak — komentuje Katarzyna Czupryniak z Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”. — Nie ma nawet refleksji nad tym, że cofnięcie ustawowych zwolnień z opłat za wodę dla sektora węglowego mogłoby przyczynić się do większego poszanowania zasobów wody, w zgodzie z obowiązującymi w UE zasadami „zanieczyszczający płaci” i zasadą zwrotu kosztów usług wodnych. A to oznacza, że kopalnie będą mogły dalej bez przeszkód i bez ponoszenia adekwatnych kosztów osuszać ziemię, pogłębiając skutki suszy i prowadząc do niszczenia rzek, jezior, bagien i wysychania studni.
— Przedstawiony do konsultacji projekt IIaPGW nie spełnia swojej funkcji — dodaje Piotr Antoniewicz, zastępca kierownika kampanii w Akcji Demokracja . — Ignoruje najważniejsze czynniki, w szczególności te związane z wydobyciem i spalaniem węgla, które drastycznie pogarszają dostęp do zasobów wody, szkodzą ekosystemom wodnym i ograniczają możliwości przeciwdziałania lub minimalizacji skutków susz.
— W ostatnich dniach znów głośno jest o Turowie, ale w całym tym medialnym zamieszaniu na drugi plan zeszła istota problemu — zaznacza Maria Wittels, specjalistka ds. komunikacji Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”. — A jest nią właśnie odwadnianie terenów wokół odkrywki, przez które mieszkańcom przygranicznych miejscowości w Czechach zaczęły wysychać ujęcia wody pitnej. Jeśli w Polsce nie zaczniemy lepiej chronić wody, takich problemów będzie coraz więcej.
Zbieranie podpisów pod petycją trwa nadal do 14 października, kiedy zostaną złożone ponownie — tym razem w Ministerstwie Infrastruktury w Warszawie, jako głos w konsultacjach publicznych krajowego Planu gospodarowania wodami w dorzeczu Odry.