Podczas gali towarzyszącej Międzynarodowym Targom Potato Poland 2021 odbyło się uroczyste wręczenie nagród w krajowym etapie konkursu Rolnik Roku regionu Morza Bałtyckiego 2021. Zwycięzcą został Patryk Kokociński prowadzący gospodarstwo konwencjonalne w woj. wielkopolskim. Wprowadził szereg przyjaznych dla ekosystemu morskiego praktyk, co docenili m.in. eksperci WWF Polska zasiadający w kapitule konkursu. Z Patrykiem Kokocińskim rozmawiamy o jego wizji rolnictwa, innowacyjnych rozwiązaniach i niecodziennym spojrzeniu na przyrodę.

Halszka Gronek: Z wykształcenia jesteś biologiem, z pasji ornitologiem, a z zawodu – rolnikiem. Jak udaje Ci się prowadząc gospodarstwo łączyć tak różne światy?

Patryk Kokociński: To jest trochę tak, jakbym stał okrakiem między światem przyrody i światem rolnictwa. Ale to, czego nauczyły mnie studia i praca w gospodarstwie, to fakt, że nie warto z naturą walczyć. Lepiej nauczyć się z nią współdziałać.

HG: Czy w obecnych realiach i nastrojach panujących w rolnictwie nie jest to dość utopijna wizja?
Rolnik roku wwf,

Patryk Kokociński, Rolnik Roku 2021.

PK: Niestety wciąż pokutuje myślenie, że rolnictwo to czynienie sobie ziemi poddaną, a uprawa roli czy hodowla zwierząt musi się wiązać z konkurencją z przyrodą. Że jest albo przyroda, albo my – rolnicy. Tymczasem ja wierzę w to, że rozwój firmy nie musi opierać się na wydzieraniu czegoś przyrodzie i zdobywaniu kolejnych jej fragmentów. Myślę, że mamy dziś wszystkie narzędzia do tego, by prowadzić gospodarstwa lepiej.

HG: Lepiej z jednej strony dla rolników, a z drugiej – dla natury. Zmiana nastawienia, której jesteś jednym z piewców, sprawiła, że w twoje okolice, czyli do Wielkopolski, powróciły dawno niewidziane ptaki, a także tradycyjne w naszym krajobrazie wierzby głowiaste. I wróciła też woda.

PK: To najważniejsza kwestia. Bez wody nie ma rolnictwa i myślę, że jest to z jednej strony największy z uroków rolnictwa, ale z drugiej – także jego przekleństwo. Choćbyśmy my – rolnicy – nie wiem jak się starali, i jak duże pieniądze wkładali w nasze uprawy, to bez wody nie zrobimy absolutnie niczego. Nie będzie plonów, nie będzie paszy dla zwierząt. Nasze ręce będą związane.

HG: Dla twojego gospodarstwa taki scenariusz jest szczególnie niepokojący. Przypomnijmy, że leży ono w Wielkopolsce, czyli jednym z najbardziej dotkniętych deficytem wody regionów Polski.

PK: I niestety ten scenariusz zaczął się spełniać. W ostatnim czasie gołym okiem było widać, jak z roku na rok sytuacja się pogarszała. W rok 2018 nastała u nas – i chyba nie będzie to przesadą – najbardziej dotkliwa susza w całym XXI wieku. W całym roku spadło niespełna 380 litrów/m2 wody. Norma jest znacznie wyższa – oscyluje wokół poziomu 500 litrów/m2.

HG: Czym skutkowała taka susza?

PK: Dla nas sytuacja była dramatyczna. Razem z rodziną prowadzimy gospodarstwo w sposób konwencjonalny, działalność nastawiona jest na produkcję mleka. W systemie wolnostanowiskowym utrzymujemy 100 krów mlecznych rasy polskiej holsztyńsko-fryzyjskiej oraz 120 młodych zwierząt. Większość produkcji roślinnej nastawiona jest na zaspokojenie potrzeb stada. Bez wody stanęła niemal cała nasza działalność – nie tylko roślinna, lecz także ta skoncentrowana na hodowli zwierząt, dla których zaczęło brakować paszy. W niektórych plantacjach kukurydzy susza spowodowała straty rzędu 70%. W takiej sytuacji ciężko mówić o dobrej jakości paszy, a nawet o dostępności jakiekolwiek paszy.

HG: Ale nie zrezygnowałeś. Mimo przeciwności losu postanowiłeś wziąć sprawy w swoje ręce.

PK: Zdecydowaliśmy, by zamiast wykorzystywać wodę ze studni głębinowej, tak jak to robią niektórzy rolnicy, postawić między innymi na retencję korytową, czyli zastawki na istniejących już rowach melioracyjnych. Kiedyś, na terenie naszej miejscowości było kilkanaście różnego rodzaju dobrze działających zastawek. Niestety albo zostały zniszczone przez ciężki sprzęt, albo tak skorodowały, że nie dało się ich ruszyć. Stanęliśmy przed wyborem, czy wymienić je na nowe, czy może jednak zrobić coś swojego.

HG: I zrobiliście swoje.

PK: Tak, tego wymagała sytuacja. Podnieśliśmy poziom wody w rowach o kilkadziesiąt centymetrów, sprawiając tym samym, że stała się ona bardziej dostępna dla roślin uprawnych. Rozwiązanie okazało się skuteczne. Dość szybko, bo już w 2019 roku, przyroda poddała nas próbie. Nastała kolejna rekordowa susza – przez cały rok spadło około 400 litrów/m2 deszczu. Wtedy część działek była już objęta naszą retencją, a część jeszcze nie ze względu na czasochłonną budowę systemu. Odnotowaliśmy różnicę rzędu 2 ton w przypadku uprawy jęczmienia ozimego, oczywiście na korzyść działek objętych retencją. Wynik mówił sam za siebie – rozwiązania, jakie stworzyliśmy, były po prostu opłacalne.

HG: Zastawki na rowach melioracyjnych to tylko jeden ze sposobów zatrzymywania wody zastosowanych w waszym gospodarstwie. Opowiesz o innych?

PK: Zachowaliśmy oczka wodne, postanowiliśmy nie kosić poboczy i zdecydowaliśmy się na nasadzenia zadrzewień śródpolnych. Wierzby głowiaste wśród pól to coś, co się nam nieodzownie kojarzy z polskim krajobrazem, ale tak naprawdę te drzewa są dziś już jedynie reliktem czy wspomnieniem po dawnych czasach. My postanowiliśmy te nasadzenia odtworzyć opierając się na dostępnych publikacjach i badaniach jasno pokazujących, że obecność drzew w krajobrazie rolniczym wpływa pozytywnie na wydajność ziem. Drzewa wpływają na mikroklimat – sprawiają, że wilgotność powietrza w ich pobliżu jest wyższa, a do tego chronią uprawy przed erozją wietrzną, przez wielu rolników nazywaną ich zmorą. Rząd nasadzeń drzewnych wśród pól jest w stanie ocalić uprawy – chroni zwłaszcza górną i najżyźniejszą warstwę gleby, która w wypadku występowania silnych wiatrów jest po prostu wywiewana. Drzewa zmniejszają siłę podmuchu nawet w pasie kilkuset metrów – trzeba tylko je mądrze nasadzić.

HG: A jak w przypadku waszego gospodarstwa rozwiązujecie sprawę nawożenia?

PK: U nas dużym atutem jest dostępność nawozów naturalnych, czyli obornika i gnojowicy. Dzięki nim mogliśmy nawet o 70% zredukować zapotrzebowanie na nawozy mineralne. To jest nie tylko duża oszczędność czasu, ale też pieniędzy. Dzisiaj nawozy mineralne są coraz droższe i myślę, że już tańsze nie będą. Staramy się też odpowiednio dobierać dawkę nawozów względem rzeczywistego zapotrzebowania roślin i gleby. Nie chcemy jej przeżyźniać, bo nie jest to dobre ani dla uprawy, ani dla środowiska naturalnego, w tym wodnego. Dlatego używamy np. wozu asenizacyjnego, który z dużą precyzją dawkuje roślinom nawóz. Z kolei nawożenie poprzedzamy cyklicznym badaniem gleby pod kątem zawartości składników pokarmowych. Niestety dużym problemem we współczesnym rolnictwie jest działanie na ślepo. Dotyczy ono szeregu związków i substancji, które są wykorzystywane w rolnictwie. Zdarzają się sytuacje, w których rolnik w ogóle nie potrzebuje pola nawozić, bo warunki są optymalne do wzrostu roślin, a mimo to – nie mając wiedzy – aplikuje nawóz na ślepo. Nadmiar niemożliwy do wykorzystania przez rośliny trafia bezpośrednio do gleby i dalej systemem melioracji do zbiorników, cieków i naszego morza.

HG: Niestety wciąż zbyt mało znanym faktem jest to, że rolnictwo odpowiada za niemal połowę substancji biogennych dostarczanych rzekami do Bałtyku. W efekcie Bałtyk umiera. Nadmiar tych substancji prowadzi do eutrofizacji i powstawania stref beztlenowych. Martwe strefy stanowią już 18% dna morza.

PK: Ja jako biolog z wykształcenia jestem świadomy tego problemu. I bardzo, naprawdę bardzo chciałbym przyczynić się do zwiększenia świadomości wśród rolników. Zależy mi na tym, by przekonać ludzi – i myślę, że tym co robimy przekonujemy ich – że te nasze grunty, ta ziemia, którą uprawiamy, jest w 100% zależna od przyrody. Nie da się oddzielić świata rolników od świata przyrody i nie da się absolutnie funkcjonować w kontrze jednego do drugiego. Jedyne, co możemy zrobić z korzyścią dla obu stron, to po prostu mądrze użytkować przyrodę i ją wspierać. Zyskamy na tym wszyscy – i my, i środowisko.

ROLNIKU ROKU

Konkurs “Rolnik Roku regionu Morza Bałtyckiego” jest organizowany od 2009 roku. Jego celem jest wyróżnienie gospodarstw rolnych wspierających i propagujących zrównoważone rolnictwo. Nagrody przyznawane są za stosowanie praktyk przyjaznych środowisku morskiemu, a w szczególności praktyk ograniczających odpływ substancji biogennych do wód.

Plebiscyt ma dwa etapy: pierwszy krajowy i drugi przeznaczony dla zwycięzców z krajów leżących w zlewisku Morza Bałtyckiego.

W kapitule konkursu zasiadają eksperci z Fundacji WWF Polska, a także z Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Ministerstwa Infrastruktury, Ministerstwa Klimatu i Środowiska, Centrum Doradztwa Rolniczego w Radomiu oraz Polskiego Klubu Ekologicznego/Koalicji Żywa Ziemia.

Wszystkich zainteresowanych wzięciem udziału w konkursie zachęcamy do nadsyłania zgłoszeń do edycji 2022. Szczegóły wkrótce na stronie internetowej Fundacji WWF Polska.


 

Nie istnieje coś takiego jak jednostka sama dla siebie. Owszem, jako istoty ludzkie jesteśmy unikalne, niepowtarzalne, oryginalne. Mamy też potencjał i powołanie by dopełnić się w naszej niepowtarzalności.

Zygmunt Bauman powiedział kiedyś, że geniusz to ktoś jednokrotny, całkowicie oryginalny. Jednak będąc unikatami zawsze jesteśmy jednocześnie częścią czegoś większego od nas – nosimy to w sobie jak element hologramu nosi w sobie całość obrazu. Podejście systemowe nazywa te większe całości systemami. Łączą się ze sobą, mają obszary wspólne, mniejsze systemy wchodzą w skład większych. Antropolog Gregory Bateson mówił o ekologii umysłu, czyli świecie, który jest żywą jednością, na która składa się wiele mniejszych zbiorów. To one tworzą podstawę wszelkich systemów ludzkich i biologicznych – nasz wielki wspólny ekosystem. Jest oparty na dynamice przepływów i relacji, które mogą być zrozumiane tylko w jakimś kontekście, mówiącym o tym, dokąd zmierzają, skąd przybywają. Odnowa jest możliwa i pożyteczna tylko wtedy, gdy mniejszy system albo element systemu działa się w zgodzie z tymi dynamikami, nie wbrew nim. Inaczej można zniszczyć ekosystem i samych siebie przy okazji.

Filozof Bernard Stiegler mówił, że ludzkość jest potencjalnie głupia, bo tylko gatunek ludzki może zniszczyć sam siebie, poprzez swoje celowe i racjonalne działanie. Taka śmiercionośna racjonalność to ludzka gatunkowa głupota. By przed nią się uchronić, potrzebujemy czegoś więcej niż celowości i rozumu. Potrzebujemy świadomości systemowego kontekstu.

Żywe systemy działają w stałej relacji z kontekstem – i tu nie różnimy się od lasu czy od mrowiska. Systemy coś z otoczenia pobierają i coś mu oddają. Zdarzają się systemy pasożytnicze, grabiące zasoby z otoczenia i nie dające mu nic w zamian (albo wręcz zatruwające je). Jeśli nie mają się dokąd przenieść, to wcześniej czy później skazane są na śmierć razem ze swoim otoczeniem. Jednak one, w odróżnieniu od ludzi, nie wiedzą co czynią, po prostu tak działają, bo taka jest ich nisza w większym ekosystemie. Systemy, które nie są pasożytnicze starają się o dwustronnie pożyteczną wymianę. Dzięki temu mają szansę na przetrwanie w dłuższym okresie, a otoczenie korzysta na ich istnieniu. Otoczenie daje systemowi energię potrzebną do życia. Drzewo żyje dzięki ogrodowi i jednocześnie dba o ogród – pobiera wodę i minerały potrzebne do życia, daje cień i tlen ludziom i kotom, zapewnia mieszkanie ptakom i wiewiórkom, nektar pszczołom i kompost z liści mniejszym roślinom rosnącym wokół.

Człowiek korzysta na obecności drzewa, ale jest w ogrodzie ambiwalentną obecnością. Nie zawsze zachowuje się dobrze. Czasami cieszy się zielonością i jest jej wdzięczny, a czasami śmieci, wycina drzewa. Czasami wręcz robi to bez opamiętania, bez troski o to, czy cokolwiek wokół przeżyje. Może nawet lepiej, by się nigdy tu nie pojawił. Bywa, że nawet jako ogrodnik zachowuje się różnie, choć w tej roli przynajmniej miewa dobre intencje. Ba, miewa wizje, wielkie idee i plany. Uprawia, przycina, zaszczepia, sadzi nowe gatunki, cyzeluje, przerabia przyrodę według swoich upodobań. Nic nie zostawi takim jak było. Jest ambitny. I to bywa zarówno cnotą, jak przekleństwem.

Socjolog Zygmunt Bauman obserwował takich nadmiernie ambitnych ogrodników i sam w swoim ogrodzie starał się ich nie naśladować. Opisując ewolucję systemów społecznych, stwierdził, że nowoczesne, modernizujące się społeczeństwo jest podobne do ambitnej ogrodniczej utopii. Poddawane jest wizjom i zabiegom porządkowania, organizowania. Niektóre rośliny (i ludzie) stają się w takim ogrodzie pożyteczne i pożądane, trzeba o nie dbać, a inne (i inni) są chwastami, które trzeba usunąć. Ogrodnik modernizator musi być czujny, metodyczny i dobrze zorganizowany.

Ale istnieje też nowa wersja utopii ogrodnika, która powstała w trakcie książki-rozmowy między Zygmuntem Baumanem, Ireną Bauman, Jerzym Kociatkiewiczem i mną. W tej nowej ogrodniczej utopii wymóg czujności pozostaje w mocy, ale metodyczność nie jest konieczna. „Organizacja” zmienia znaczenie – nowy ogrodnik, którego nazwaliśmy ogrodnikiem arkadyjskim, nie stara się narzucać przyrodzie wzorców, a raczej czule z nią współpracuje. Zamiast usuwać chwasty, arkadyjski ogrodnik cieszy swoje oko liliami na polu, a ucho śpiewem niebieskich ptaków. Pozwala krzewom rosnąć tak jak najbardziej lubią. Kocha tak samo mocno róże i mlecze. Jednak jest czujny – dba o dobro słabszych i bardziej delikatnych roślin, strzeże ogrodu przed gatunkami inwazyjnymi. Buduje domki lęgowe jerzykom i hotele dla dzikich zapylaczy. Nie interesuje go geometria efektywności – o wiele bardziej ceni sobie fraktalność natury. Taki ogród nie miejscem schludnym ani schlebiającym mieszczańskim gustom. Nie znajdziecie tu biednych drzewek w donicach ani prestiżowego stolika kawowego. Ogrodnik arkadyjski stara się stwarzać warunki do symbiozy – kompostuje i pozwala ogrodowi stale się odnawiać, chwali obfitość. Nie lubi pozorów. Przez jego ogród przepływa i światło, i ciemność. Drapieżniki tu nie rządzą, ale pojawiają się i zabijają. Ogrodnik arkadyjski nie zamyka w domu swojego czarnego kota. Niektóre gruszki rosnące pod jego oknem są piękne i kształtne, a inne krzywe i pokraczne. W ogrodzie jest miejsce dla wypielęgnowanych i wychuchanych róż i dla niedookreślonych gatunków zielska. Ogrodnik świetnie się czuje z niejasnością, ambiwalencją, niejednoznacznością. Nie jest dla niego problemem, że życie rozkwita poza klasyfikacjami i poza konkursem. To ogród pełen wyobraźni, gdzie każda roślina żyje własnym życiem, jest oryginalna, niepowtarzalna, jednokrotna – a więc genialna. Ale żadna nie żyje osobno, wszystkie współpracują ze sobą, tworząc zmienną i nieprzewidywalną harmonię.

Takie ogrody sprawiają, że człowiekowi chce się wracać na Ziemię, jak nawołuje Bruno Latour. Socjolog ostrzega, że nasze czasy są oderwane od wszystkiego, co życiodajne. To czasy nierówności, śmiercionośnej i obsesyjnej produktywność, rabunkowej globalizacji. Ludzkość popadła w szał niszczenia – samej siebie i planety, na której żyjemy. Gatunek ludzki potrzebuje dramatycznego zwrotu, przestawienia i nakierowania kompasu nie na przemysłowe korzyści czy narodowe zwycięstwa, ale na dobro ekosystemu, który wszystkich i wszystko żywi. Koniecznie powinniśmy wypracować sposoby myślenia i organizowania swoich działań politycznych tak, by nauczyły nas jak dobrze zamieszkiwać na naszej planecie.

Naprawdę musimy wrócić do ogrodów, jak śpiewała w 1970 roku Joni Mitchell.

 

Ogród

Archanioł wygnał z Raju
Adama i Ewę
ale zwierzęta zostały

rośliny rosną,
jabłka spadają,
gniją,

sad rośnie,

i widzi sam, że
jest dobry

Powoli
zacierają się nazwy

Co wieczór Bóg
przechadza się
po ogrodzie

I wtedy pachną
niewiadome kwiaty,

spomiędzy traw
wysiewają się ziarna
nienazwanych dni
(Warszawa, 2022)


 

W ostatnich kilkunastu latach rosnącą popularnością cieszą się wizje świata, w którym PKB (produkt krajowy brutto) ustępuje miejsca innym wartościom. Krytyka tego wskaźnika ma długą choć, trzeba przyznać mało inspirującą historię. To kiepska miara dobrobytu, która nie oddaje w sposób właściwy skali aktywności gospodarczej, ale wciąż dominuje w prasie i artykułach ekonomicznych.

J.Hickel, „Mniej znaczy lepiej”, wyd. Karakter, 2021.

Namysł nad strategiami mającymi uchronić świat od katastrofalnych skutków zmiany klimatu i szerszego kryzysu środowiskowego skłania jednak wielu badaczy do stwierdzenia, że samo odejście od PKB jako miernika nie wystarczy. Potrzebne są nie kosmetyczne poprawki w urzędzie statystycznym, lecz zmiany, które pozwolą uniezależnić gospodarkę od wzrostu PKB. „Mniej znaczy lepiej” (wyd. Karakter) Jasona Hickela, urodzonego w afrykańskim królestwie Eswatini antropologa ekonomicznego z Uniwersytetu Londyńskiego, jest inspiracją do takich rozważań i wezwaniem do działania – do wywierania presji i wprowadzenia rozwiązań ograniczających szkodliwe konsekwencje akumulacji kapitału.

Hickel jest obecnie najbardziej widocznym w debacie publicznej propagatorem degrowthu. W dość przystępny sposób przedstawia argumenty za odrzuceniem jego zdaniem przesadnie optymistycznych narracji zakładających możliwość utrzymania obecnej wzrostowej trajektorii gospodarek, a przy tym zachowania szans na zatrzymanie ocieplenia klimatu. 

Fizyka, chemia i biologia planety narzucają, jak się wydaje, warunki nienegocjowalne: aktywność gospodarcza w części sektorów powinna ustać jak najszybciej (np. paliwa kopalne), w innych zostać znacznie ograniczona, wszystkie zaś muszą ulec zmianom zmniejszającym emisje i zużycie materiałów. Czy zastosowanie się do tych wytycznych pozwoli na utrzymanie dalszego wzrostu PKB? Patrząc na dzisiejszą gospodarkę światową, Hickel wątpi w taką możliwość, dlatego postuluje przygotowanie systemowo uzależnionego od wzrostu gospodarczego społeczeństwa do uwzględniającej granice planety, bezwzrostowej rzeczywistości.

Argumentem często pojawiającym się w krytyce wobec postwzrostowych wizji jest ten wskazujący na zbawienny dla ludzi i nie-ludzi wpływ wzrostu PKB. Hickel odrzuca ten domniemany automatyzm, ukazując brutalny wymiar wzrostu, a więc wywłaszczenia, grodzenia, kolonializm, niewolnictwo, ekstraktywizm i inne działania przez wieki będące motorem napędowym kapitalizmu. Obala mit wiążący poprawę jakości i długości życia ze wzrostem PKB – pokazuje, że kluczowe są decyzje polityczne w obszarze zdrowia publicznego, a nie zwykła korelacja wskaźników.

Oczywiście wciąż niewiele wiadomo o tym, jak konkretnie miałaby wyglądać gospodarka postwzrostowa. Hickel proponuje kilka rozwiązań – pozornie mało rewolucyjnych, jak na przykład zakaz planowanego postarzania produktów. Zastanówmy się jednak przez chwilę, jakie zmiany pociągnęłaby za sobą taka korekta, podobnie jak skrócenie czasu pracy, czy ograniczenie reklamy. 

Na pewno łatwiej byłoby rozmawiać o gospodarce postwzrostowej, gdyby stanowiła ona przedmiot zainteresowania większej liczby badaczek i badaczy. Na razie jednak wciąż znacznie więcej umysłów i mocy obliczeniowej komputerów służy projektowaniu scenariuszy wzrostowych. Dlaczego tak jest? Po odpowiedź na to niezwykle ważne pytanie warto sięgnąć do książki brytyjskiej ekonomistki Kate Raworth, wydanej niedawno po polsku „Ekonomii obwarzanka” (wyd. Krytyki Politycznej), w której autorka winę za niedostatek rozważań nad światem bez wzrostu przypisuje swoim kolegom po fachu – z założenia nieuwzględniającym fizycznego wymiaru planety. Choć Raworth może sprawiać wrażenie mniej radykalnej od Hickela, jej metafora obwarzanka, a także mocne, bardzo rzetelnie udokumentowane zarzuty wobec ekonomii i ekonomistów mogą jedynie wzmocnić przekaz wzywającego do działania „Mniej znaczy lepiej”.


 

W Polsce dorasta już drugie pokolenie, dla którego kryzys żywnościowy – brak dostępu do żywności i wizja pustych półek sklepowych – jest tylko historią. Półki sklepowe są pełne taniej żywności, praktycznie „na każdą kieszeń”, a nieustające promocje powodują, że w skali kraju 30% żywności marnuje się – po prostu trafia do śmietnika. Wzrosło również spożycie mięsa – obecnie to średnio 78,5 kg na osobę rocznie (dane GUS z 2019). Średnia europejska to 71,3 kg – ponad dwukrotnie więcej niż wynosi średnia światowa.

Można powiedzieć, że jest znakomicie. Ale czy na pewno? Spróbujmy odpowiedzieć na kilka podstawowych pytań związanych z żywnością i jej produkcją.

Czy dieta z dużą ilością mięsa, cukru i produktów przetworzonych jest dobra dla naszego zdrowia?

Jak podają statystyki, coraz większa ilość mięsa, tłuszczu i cukru w diecie prowadzi do problemów na poziomie zdrowia publicznego. Przewlekłe choroby dietozależne pochłaniają do 80% kosztów opieki zdrowotnej w UE. 50% europejskiej populacji ma nadwagę, a 20% jest otyłe. Głównym powodem śmierci w UE są choroby układu krążenia – aż 49% z nich powiązane jest z niezdrowym odżywianiem.

A co się dzieje ze środowiskiem? Jak rolnictwo przemysłowe i przemysłowy chów zwierząt – bo taki system dostarcza nam tanich produktów – wpływają na środowisko?

Rolnictwo, emitując do atmosfery 10% wszystkich gazów powodujących efekt cieplarniany, przyczynia się do kryzysu klimatycznego. Ponad 70% emisji rolniczych pochodzi z przemysłowego chowu zwierząt. Cały łańcuch żywnościowy – od producenta do konsumenta – odpowiedzialny jest za około 30% tych emisji. Dodatkowo taki system rolniczy zanieczyszcza wody powierzchniowe i gruntowe związkami azotu i fosforu pochodzącymi z intensywnego nawożenia pól nawozami sztucznymi, a także gnojowicą z przemysłowego chowu zwierząt. W Polsce w roku 2018 tylko 11% jednolitych części wód powierzchniowych rzek osiągnęło stan dobry.

A jak ten system produkcji wpływa na różnorodność biologiczną?

W konsekwencji używania na ogromną skalę pestycydów masowo giną owady, w tym zapylacze. W ciągu ostatnich 100 lat około 75% globalnych zasobów genetycznych roślin zostało utraconych z uwagi na wprowadzenie wysokoplonujących, genetycznie ujednoliconych odmian roślin uprawnych. ¾ światowego zapotrzebowania na żywność jest obecnie pokrywane przez 12 gatunków roślin i zwierząt.

Współczesny system żywnościowy stoi w obliczu poważnych wyzwań. Nasz sposób produkcji i konsumpcji żywności pod wieloma względami przekracza istniejące na Ziemi ograniczenia – tzw. granice planetarne. Gleby rolnicze wyczerpują się i erodują pod wpływem uprawiania monokultur, a ekosystemy ulegają zniszczeniu w trakcie przekształcania lasów w grunty orne służące produkcji żywności. Substancje odżywcze pochodzenia rolniczego trafiają do cieków wodnych i jezior, co powoduje zakwaszenie oceanów. W ostatnich dziesięcioleciach różnorodność biologiczna uległa gwałtownemu zubożeniu, zarówno w odniesieniu do roślin uprawnych jak i zwierząt gospodarskich, a dzikie zwierzęta są w podobny sposób narażone na skutki tworzenia monokultur, stosowania pestycydów w rolnictwie i eksploatacji środowiska naturalnego.

W 2019 roku grupa specjalistów opublikowała raport w czasopiśmie medycznym The Lancet. Komisja EAT-Lancet rekomendowała w nim pilną transformację światowego systemu żywnościowego. Zostały podane założenia diety planetarnej, czyli diety, która w sposób zrównoważony czerpałaby zasoby z naszej planety i pozwalałaby się im odnawiać.

Główne założenie diety planetarnej to przyjmowanie optymalnej ilości energii pochodzącej głównie z różnorodnych produktów roślinnych. Musimy ograniczyć spożycie mięsa czerwonego, a także innych produktów odzwierzęcych. Nie są zalecane produkty wysokoprzetworzone i cukry.
Powinniśmy wykorzystywać w naszej diecie produkty lokalne oraz sezonowe. Dieta powinna być dostosowana do tradycji, kultury, położenia geograficznego i profilu demograficznego danej populacji – to powinno przełożyć się na korzyści środowiskowe oraz gospodarcze.

Grupy produktów w diecie planetarnej zalecane przez specjalistów:

Założenia diety planetarnej w raporcie wyrażono w porcjach danej grupy produktów spożywczych (w gramach) dla sumy na poziomie 2500 kcal na dobę.

Preferowanym źródłem energii oraz węglowodanów są pełnoziarniste produkty zbożowe. Należy spożywać je w ilości około 232 g na dobę. Zaleca się wyeliminowanie pokarmów z oczyszczonego ziarna zbóż (rafinowanych).

Bulwy oraz warzywa skrobiowe powinny być spożywane w ilości około 50 g na dobę (50-100 g). Warzywa i owoce to produkty, które powinny zajmować około połowę objętości talerza. Zalecane jest ich spożycie w przynajmniej 5 porcjach (w sumie 300-600 g) w ciągu dnia. Większość – około 300 g – powinny stanowić warzywa, a owoce przynajmniej około 200 g.

Mleko oraz produkty mleczne powinny być spożywane w ilości około 250 g (250-500 g). Głównym źródłem białka powinna być żywność roślinna. Aby dostarczyć takie białko, należy uwzględnić w jadłospisie nasiona roślin bobowatych (soczewica, ciecierzyca, fasola, groch, bób, soja) w ilości 75-100 g na dzień oraz orzechy w ilości około 50-70 g dziennie.

Mięso czerwone, a zwłaszcza jego przetwory, trzeba ograniczyć w diecie do maksymalnie 75-100 g tygodniowo. Rekomenduje się umiarkowane spożycie drobiu i jaj oraz uwzględnienie w swoim jadłospisie ryb lub owoców morza dwa razy w tygodniu.

Tłuszcze powinny być głównie pochodzenia roślinnego (olej rzepakowy, oliwa z oliwek, olej lniany, olej słonecznikowy). Te nienasycone kwasy tłuszczowe można spożywać w ilości średnio 40 g (20-80 g) na dobę. Istotne jest ograniczenie nasyconych kwasów tłuszczowych do około 11 g na dobę.

Cukry dodane można spożywać w ilości maksymalnie 31 g, dążąc jednak do ich maksymalnego ograniczania*.

Przykładem realizacji diety planetarnej jest projekt „2000 m2”. Założenie tego projektu opiera się na danych, zgodnie z którymi 1 407 milionów hektarów na Ziemi to grunty orne, które nadają się do produkcji żywności. Dzieląc tę powierzchnię przez światową populację, otrzymujemy niespełna 2000m2 na osobę. Jeśli mądrze i innowacyjnie zadbamy o „nasze” 2000m2 i zastosujemy zasady diety planetarnej, to wyżywimy ludność zamieszkującą Ziemi nie naruszając przy tym nieprzekraczalnych ograniczeń Planety.

Produkcja żywności dla diety planetarnej powinna opierać się na następujących zasadach:

Regeneracja

Punktem wyjścia koncepcji 2000m2 jest założenie, że zdrowa gleba zapewnia zdrową żywność. Dlatego ważne jest, aby wspierać życie w glebie i jej żyzność, tak aby nasze gleby mogły dostarczać żywności przyszłym pokoleniom. Kluczowe jest zintegrowanie uprawy roślin i hodowli zwierząt, aby oddać glebie więcej niż pobieramy. Systemy rolnictwa regeneratywnego, takie jak rolnictwo ekologiczne lub biodynamiczne, stosują płodozmian, wytwarzają kompost, trzymają zwierzęta gospodarskie (i wykorzystują nawozy odzwierzęce) oraz maksymalnie ograniczają użycie nakładów niepochodzących z gospodarstwa. Ponadto wspierają różnorodność biologiczną i usługi ekosystemowe oraz zwiększają odporność na zmiany klimatu.

Mieszanki traw pastewnych i roślin bobowatych stanowią integralną część systemów rolnictwa regeneratywnego. Uprawia się je jako paszę dla przeżuwaczy, a jednocześnie mieszanki stanowią siedliska dla owadów zapylających. Mieszanki, a zwłaszcza rośliny bobowate, dostarczają również składników odżywczych bezpośrednio do gleby, na której rosną. Karmione nimi zwierzęta produkują obornik, który trafia na inne pola w gospodarstwie. Ludzie wprawdzie nie mogą bezpośrednio spożywać mieszanek, ale czerpią z nich korzyści w postaci produktów mlecznych i mięsnych pochodzących od przeżuwaczy. Wypasanie zwierząt na pastwiskach również przyczynia się do wspierania różnorodności biologicznej.

Zamknięty obieg

Stosowanie płodozmianu to sposób na wykorzystanie lokalnych i odnawialnych zasobów, co przyczynia się do tworzenia zrównoważonych ekosystemów. Każdego roku w uprawie jest kilka różnych roślin, a poprzez zmianę lokalizacji upraw każdego roku (zmianowanie lub płodozmian), rolnictwo staje się zbilansowane i zrównoważone, a glebie oddajemy więcej niż pobieramy. Rośliny bobowate stosowane w płodozmianie przyczyniają się do utrzymania i zwiększenia żyzności gleby w kolejnych sezonach. Kluczowe przy stosowaniu płodozmianu jest utrzymywanie równowagi pomiędzy roślinami, które dostarczają zasoby do gleby (mieszanki traw i roślin bobowatych), a tymi które pobierają zasoby (przede wszystkim warzywa, a także zboża i rośliny oleiste). Uprawiając różne rośliny w zróżnicowanym krajobrazie rolniczym możemy ograniczyć choroby roślin oraz wesprzeć różnorodność biologiczną.

Zróżnicowanie

Dzięki różnorodności upraw i zwierząt gospodarskich, różnorodność pojawia się również na naszym talerzu. Stosowanie zróżnicowanej, bazującej na większej ilości warzyw i mniejszej ilości mięsa diety jest korzystne zarówno dla naszego zdrowia, jak i dla naszej Planety. Ponadto otrzymujemy bardziej zróżnicowany krajobraz rolniczy, który sprzyja różnorodności biologicznej i zrównoważeniu ekosystemów.

Korzystając z lokalnych zasobów i opierając się na lokalnych kulturach tworzymy globalne bogactwo regionalnych kultur pozyskiwania, przetwarzania i przyrządzania jedzenia. W ten sposób możemy budować odporne systemy żywnościowe i przyczyniać się do rozwoju obszarów wiejskich zarówno w skali lokalnej, jak i globalnej.

*https://kongres-zywieniowy.waw.pl/dieta-planetarna-sposob-zywienia-ktory-pomoze-zapobiec-katastrofie-ekologicznej/


 

Francuskie wybory. Nie odpowiada prawdzie popularne na polskiej lewicy stwierdzenie, że „na Macrona” głosowali bogaci, a „na Le Pen” biedni.

Kilka przykładów – notoryczna dzielnica biedy i zamieszek, Seine-St.-Denis: 73.72% głosów na Macrona, Grigny, dzielnica znana z płonących aut i wielkich blokowisk 70,76%. O wiele bardziej „białe” i też blokowiskowe Juvisy-sur-Orge: 73,01% Macron. Sporo wyborców głosowało przeciwko Le Pen, nie na Macrona. Przeszło 90% głosów Melanchona poszło w ten sposób „na Macrona”.

W Polsce przyjęło się myśleć, że demokracja to głosowanie. Głosowanie jest tylko epizodem w żywym, złożonym systemie demokracji. Akt głosowania, wybory, wskaźniki sondaży – to tylko narzędzia stosowania demokracji. Mogą być stosowane niezgodnie z przeznaczeniem, mogą służyć jako produkt zastępczy.

Demokracja to nie rządy większości. To tylko jeden z możliwych przejawów. Bywa, że mało konstruktywny. Bywa, że destrukcyjny – wtedy, gdy głosowanie kończy a nawet blokuje debatę, deliberowanie, takie typowe polskie „przegłosowaliśmy więc koniec dyskusji”.

Demokracja to nie instytucje demokratyczne. One są ważnym efektem i jednocześnie warunkiem do realizowania demokracji.

Demokracja to nie procentowe reprezentowanie różnych zidentyfikowanych grup w gronach decyzyjnych. To tylko możliwy efekt uboczny długiej pracy nad zwalczaniem dyskryminacji i dyktatu pewnych grup czy klas społecznych.

Demokracja to ciągły proces społecznego ustalania wspólnych prawd, wspólnych sensów i kierunków rozwoju, to ciągłe zaangażowanie, to konsultowanie różnych osób i grup, to budowanie wiedzy rozumianej jako dobro wspólne, to korzystanie z tego, co wyeksperymentują marginesy i peryferie, to ciągłe przypominanie i uczenie się wyższych wartości, to umiejętność formułowania wizji które byłoby dobre dla społeczności, w tym dla jej najsłabszych ogniw. Społeczeństwo gdzie istnieje strukturalna bieda nie może być społeczeństwem szczęśliwym ani dostatnim.

Demokracja to włączanie osób z różnych grup i kontekstów społecznych na ich własnych warunkach, wraz z ich własną kulturą i wiedzą, którą mogą aktywnie wnieść we wspólne dobro. Pod warunkiem, że pracują na to dobro wspólne – i ten warunek musi być sprawiedliwie zinstytucjonalizowany, strukturalnie umożliwiony i być może wymuszony.

Demokracja to praca u podstaw.

Demokracja to szacunek dla odmienności, nawet, jeśli ta odmienność nie jest w danym momencie modna lub powszechnie uznana.

Demokracja to ciągłe uczenie się od siebie nawzajem.

Demokracja to ciągła walka z instytucjonalną pogardą dla drugiego człowieka.

Demokracja to żmudny i trudny proces edukacji.

Demokracja to dbanie o to, by w żadnym miejscu struktur władza nie odkładała się bez systematycznego społecznego nadzoru.

Demokracja to aktywne robienie miejsca dla różnych głosów w mediach, poszukiwanie tych głosów i próba pełnej szacunku reprezentacji w sferze publicznej.

Demokracja to wiara, że wspólna przyszłość jest możliwa.

Demokracja to protesty, strajki, a w razie potrzeby – palenie samochodów na przedmieściach.

Demokracja to możliwość i aktywna próba zawieszenie nieufności wobec drugiego człowieka. To miejsce gdzie można zostawić za drzwiami nieufność.

Brytyjczycy w tak ogromnej masie zagłosowali „na Brexit”, bo z ich rozbudowanego systemu i żywego niegdyś demokratycznego została im głównie ta wydmuszka. Próbowali przez dziesięciolecia użyć struktur – strajkowali, protestowali, edukowali, argumentowali, niedawno zaproponowali sensowny i spójny program odnowy, ale proces erozji spowodowanej silnym neoliberalnym programem był zbyt dynamiczny. Ostatnie, co mogli zrobić to zagłosować na rozpacz na progu pustki, która jest w środku wydmuszki po tym żywym systemie.

Francuzi walczą.

Będą teraz starali się konsolidować lewicę – demokracja.

Odbudowywać i łączyć struktury lewicy i dostosowywać do nowej formy społecznej – demokracja.
Używać mediów do informowania i edukowania – demokracja.

Macron nie jest reprezentantem lewicy ani zielonych sił w społeczeństwie i nie sprzyja odnowie społecznej. Ale nie jest aktywną rewolucyjną entropią, która kruszy wszystko. To jest przynajmniej cień szansy na odbudowanie demokracji. Le Pen nie byłaby takim cieniem – jest rewolucyjną ekstremalną prawicą, jej celem jest burzyć, zmieniać konstytucje i zasady, prywatyzować to, co publiczne, zabierać dobro wspólne.

Nawet jeśli myślimy o wyborach, o głosowaniu, to nie jest to wybór konsumencki i nie głosuje się zawsze „na” i „za” jakimś produktem. Demokracja polega na tym, by rozumieć różnicę między różnymi sytuacjami. Czasami głosuje się przeciwko. To jest kryzys, owsem, ale nie ten kryzys, który opisują niektórzy polscy komentatorzy. To kryzys struktur nie ducha i wartości.

Wreszcie, zasadnicza kwestia – czyli kto głosował na Le Pen? Głosowały obszary już odarte ze struktur i ze zniszczonymi instytucjami społecznymi dobra wspólnego. Obszary biedy, gdzie działają struktury formalne i oddolne głosowały głównie przeciwko Le Pen. Im więcej struktur się niszczy, tym większe pole do rozpędu dla impulsów, których efektem jest głosowanie na Le Pen. Lud ma zawsze rację? Ale co to jest – lud? Bez struktury nie ma ludu, jest tylko tłum, taki jak na stadionie. Tak, tak, również na tamtym stadionie.


 

Po kontrowersyjnych wypowiedziach ministra rolnictwa Henryka Kowalczyka, w których negował on cierpienie zwierząt w klatkach i proponował, by rozmawiać bezpośrednio z kurami, pojawił się ogólnopolski apel. Fundacja Compassion In World Farming Polska oraz Stowarzyszenie Otwarte Klatki zachęcają do podpisania petycji skierowanej do Ministra Rolnictwa.

W Polsce ponad 42 miliony zwierząt hodowlanych spędza całe swoje życie lub jego znaczną część w ciasnych klatkach. To dla oszczędzenia im cierpienia i polepszenia ich losu fundacja Compassion in World Farming Polska zainicjowała w 2018 r. Europejską Inicjatywę Obywatelską „End the Cage Age – Koniec Epoki Klatkowej”. Komisja Europejska po długim i żmudnym procesie przychyliła się do zaproponowanego pomysłu zmiany europejskiego prawa. Do jego poparcia potrzebna będzie m.in. zgoda ministrów rolnictwa poszczególnych państw UE, w tym Polski.

Kontrowersyjne wypowiedzi ministra rolnictwa, w których próbował on negować fakt cierpienia zwierząt w klatkach i otwarcie mówił, że nie poprze zmian proponowanych przez Komisję Europejską, sprawiły, że na początku lutego fundacja Compassion in World Farming Polska razem z wybitnymi polskimi naukowcami i naukowczyniami skierowała do ministra otwarty list w tej sprawie. Minister na list nie odpowiedział. W związku z tym w marcu na billboardach i plakatach rozmieszczonych na autobusach, przystankach oraz w metrze, fundacja wezwała do podpisywania petycji skierowanej bezpośrednio do ministra Kowalczyka. Zdjęcia uwięzionych w klatkach cieląt, kur i świń, połączone z proponowanymi hasłami do wyszukania w przeglądarce przypominały, że ten system hodowli jest dla zwierząt niewolą, okrucieństwem i źródłem wielkiego cierpienia. Wszystkie zdjęcia pochodzą z ferm z Polski i zostały wykonane podczas śledztw przeprowadzonych przez fundację Compassion in World Farming Polska.

Do akcji dołączyło Stowarzyszenie Otwarte Klatki – organizacje wspólnymi siłami zbierają podpisy pod petycją, która dostępna jest na stronie KoniecEpokiKlatkowej.pl. W petycji minister wzywany jest do „zdecydowanego poparcia zobowiązania Komisji Europejskiej do wycofania wszystkich klatek w hodowli zwierząt w całej UE”. Warto przypomnieć, że wg ostatniego badania opinii publicznej za zakazem hodowli klatkowej opowiedziało się 63% dorosłych Polaków i Polek¹. Co więcej, według badania przeprowadzonego w lutym br. przez Biostat 62,4% Polek i Polaków uważa, że w Polsce powinien zostać wprowadzony zakaz klatkowej hodowli kur niosek².

W petycji fundacja Compassion in World Farming Polska i Stowarzyszenie Otwarte Klatki powołują się na szereg badań świadczących o szkodliwości hodowli klatkowej i cierpieniu, jakie przynosi ona zwierzętom. Należą do nich m. in. obszerne naukowe opracowania Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności, Europejskiej Federacji Weterynarzy a także raport ekspertów Parlamentu Europejskiego. W lutym 2021 r. list wspierający Koniec Epoki Klatkowej podpisało także ponad 140 naukowców z całego świata.

Polakom zależy na losie zwierząt i większość społeczeństwa popiera wprowadzenie zakazu hodowli klatkowej. Oczekiwania społeczne poparte są wiedzą naukową – badania jasno wskazują, że hodowla klatkowa nie zapewnia zwierzętom nawet podstawowego poziomu dobrostanu. Co więcej, dostępne i intensywnie rozwijane są alternatywne sposoby utrzymania zwierząt, zapewniające im lepsze warunki i możliwość spełnienia gatunkowych potrzeb behawioralnych. Dlatego, jako Stowarzyszenie Otwarte Klatki, zwracamy się do Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z apelem o poparcie zmian w kierunku wycofania hodowli klatkowej z Polski i Unii Europejskiej. Jest to słuszny krok w kierunku bardziej odpowiedzialnej hodowli zwierząt w Polsce – mówi Maria Madej, Menadżerka ds. Relacji Biznesowych w Stowarzyszeniu Otwarte Klatki.

Koniec Epoki Klatkowej cieszy się silnym wsparciem Komisji Europejskiej. Nie bez powodu: to milowy krok w przód zarówno w sposobie, w jaki traktujemy zwierzęta, jak i w odejściu od wyniszczającego przyrodę intensywnego modelu hodowli i rolnictwa. Dziś wiemy, że bezklatkowe systemy hodowli są możliwe do wprowadzenia tu i teraz, są ekonomicznie opłacalne i z dobrym skutkiem stosowane już w wielu krajach. Unijne przepisy dotyczące zwierząt hodowlanych są przestarzałe i zostały wprowadzone ponad 20 lat temu, dlatego klatki muszą odejść do historii – dodaje Małgorzata Szadkowska, prezeska Compassion in World Farming Polska i członkini komitetu obywatelskiego “Koniec Epoki Klatkowej”.

Według szacunków fundacji Compassion in World Farming Polska, w Polsce w klatkach żyje około 42 milionów zwierząt. Statystycznie oznacza to ponad jedno zwierzę na obywatela. Petycję do ministra Kowalczyka podpisywać można na stronie www.KoniecEpokiKlatkowej.pl

Przypisy:

    1. https://www.ciwf.pl/aktualnosci/2020/12/wiekszosc-doroslych-polakow-i-polek-popiera-zakaz-hodowli-klatkowej
    2. https://www.otwarteklatki.pl/blog/polakom-zalezy-na-losie-kur

 

Liczebność pospolitych ptaków lęgowych w krajobrazie rolniczym silnie spada zarówno w skali kraju, jak i całej Europy. Według Czerwonej listy ptaków Polski aż 18% gatunków zagrożonych wyginięciem w Polsce gniazduje na terenach rolniczych. Jeśli niczego nie zmienimy, w niedalekiej przyszłości możemy obudzić się w świecie, w którym nie usłyszymy ptasich śpiewów na łąkach i polach.

Ptaki w rolnictwie

Na przestrzeni dziejów struktura i powierzchnia upraw nieustannie się zmieniała. Na tworzonych terenach rolniczych zaczęły powstawać nowe ekosystemy, sprzyjające wielu gatunkom. Proces adaptowania się gatunków do życia w środowisku przekształconym przez człowieka, czyli synantropizacja, rozpoczął się prawdopodobnie przed wieloma stuleciami. Ptaki miały czas na dostosowanie się do życia na terenach użytkowanych ekstensywnie. Wraz z początkiem intensyfikacji rolnictwa w ubiegłym wieku – w tym tworzenia monokultur, stosowania insektycydów – rozpoczęła się katastrofa w ptasim świecie. Obecnie użytki rolne zajmują ponad 60% powierzchni Polski. Gatunki zamieszkujące tereny rolnicze nie zdążyły przystosować się do nowych warunków. Skutkiem tego jest spadek ich liczebności (np. przepiórka, kraska) lub wyginięcie populacji lęgowej (np. drop, biegus zmienny).

Wskaźnik zmian stanu populacji ptaków krajobrazu rolniczego

Jako miarę intensywności gospodarowania na obszarach rolniczych w krajach członkowskich UE wykorzystuje się wskaźnik Farmland Bird Index (FBI), który traktowany jest jako wskaźnik stanu „zdrowia” ekosystemów użytkowanych rolniczo. Jest to zagregowany indeks zmian stanu populacji pospolitych ptaków krajobrazu rolniczego, na który składają się wskaźniki liczebności 22 gatunków ściśle związanych z siedliskami użytkowanymi rolniczo. Dla każdego kraju europejskiego zestaw gatunków składowych może się trochę różnić, choćby ze względu na ich rozmieszczenie geograficzne. W skład polskiego zestawu gatunków wchodzą: skowronek, trznadel, świergotek łąkowy, bocian biały, potrzeszcz, ortolan, pustułka, dzierlatka, gąsiorek, dymówka, rycyk, makolągwa, pliszka żółta, mazurek, pokląskwa, kląskawka, kulczyk, turkawka, szpak, cierniówka, dudek oraz czajka. Wskaźniki te oblicza się na podstawie największego programu monitoringu ptaków w kraju, czyli Monitoringu Pospolitych Ptaków Lęgowych (MPPL). W Polsce wskaźnik obejmuje badania od 2000 roku. Prace wykonywane są na zlecenie Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska, a uzyskiwane wyniki stanowią jeden z elementów Państwowego Monitoringu Środowiska – Monitoringu Ptaków Polski.

Niepokojące wyniki

W ciągu 20 lat liczba ptaków krajobrazu rolniczego spadła o 23-25%! Średnie tempo spadku indeksu zmian liczebności ptaków krajobrazu rolniczego wyniosło 1% na rok, a w ostatniej dekadzie aż 1,4% rocznie. Na obszarach specjalnej ochrony ptaków Natura 2000 wskaźnik ten był stabilny, natomiast poza nimi odnotowano umiarkowany spadek. Wyniki europejskie nie są lepsze – od 1980 roku indeks spadł o 56%. Spośród blisko 280 gatunków ptaków zagrożonych wyginięciem w skali Europy, aż 60% to ptaki zamieszkujące tereny użytkowane rolniczo. Każdy, kto bywa na polach i łąkach zna skowronka. Jest on najliczniejszym gatunkiem lęgowym w Polsce. Jego populacja liczy 10-11 mln par lęgowych, ale bardzo niepokojącym jest fakt, że w ciągu około 10 lat zanotowano spadek jego liczebności o 1,8 mln czyli ok. 15%!

Czerwona lista ptaków Polski

W 2020 roku Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków opublikowało Czerwoną listę ptaków Polski, w której zawarto gatunki ptaków lęgowych zagrożone wyginięciem. Wyniki aktualnej edycji nie napawają optymizmem. Na liście znalazło się 47 gatunków zagrożonych wymarciem (o 30% więcej niż 20 lat temu), z czego 18% to te związane z krajobrazem rolniczym (nie wliczając ekosystemów mokradłowych!). W tej grupie 3 znajdują się na granicy wymarcia: błotniak zbożowy, kraska i dzierzba czarnoczelna. Zadziwiającym może być fakt, że w aktualnej edycji znalazł się gawron – liczebność jego populacji lęgowej spadła w ciągu 20 lat o prawie o 60%!

Dlaczego ptaki wymierają?

Postępująca od lat 50-tych XX wieku intensyfikacja rolnictwa, w tym stosowanie insektycydów i herbicydów, scalanie gruntów, likwidacja śródpolnych drzew, miedz, krzewów i zbiorników wodnych, melioracja, zwiększanie obsady zwierząt, zaorywanie pastwisk, zaprzestanie wypasu, monokultury czy skracanie cyklów produkcyjnych dzięki stosowaniu nowych odmian i zmianie sposobów zagospodarowania pozostałości po produkcji roślinnej sprawiają, że zanikają siedliska lęgowe i baza pokarmowa. Tak intensywne przeobrażenia w połączeniu z gwałtownie postępującymi zmianami klimatu, trudną sytuacją ptaków na afrykańskich zimowiskach oraz masowymi polowaniami na trasach migracji mogą doprowadzić część gatunków na skraj wymarcia, a w wielu przypadkach znacząco ograniczyć liczebność.

Jak możemy pomóc?

By zachować ptaki w krajobrazie, przede wszystkim trzeba zrozumienia ze strony rolników oraz polityków kształtujących politykę rolną państwa. Naciskać rządzących (np. poprzez wsparcie organizacji zajmujących się tym tematem) na wypełnianie więcej niż planu minimum w ramach Wspólnej Polityki Rolnej (pakiet zmian dla nowego Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich OTOP przedstawił Ministerstwu Rolnictwa i Rozwoju Wsi w ubiegłym roku) i nowej strategii bioróżnorodności do 2030 roku. Wszędzie, gdzie to tylko możliwe, powinniśmy sadzić śródpolne drzewa i krzewy. Im większe zróżnicowanie upraw, tym obfitsze bogactwo gatunkowe, ale też lepsza ochrona plonów przed szkodnikami. Każda woda w krajobrazie rolniczym to prawdziwa oaza życia – nie tylko z punktu widzenia ptaków, ale funkcji mikroklimatycznych czy retencji wody, a coraz częściej borykamy się z suszą. Każdy gatunek drapieżny to sprzymierzeniec rolnika, który chętnie przysiądzie na drzewie podczas polowania na np. gryzonie. Wiele zależy od dobrych chęci i postrzegania zachowywania siedlisk ptasich jako zabezpieczania bezcennej usługi ekosystemowej. Dzięki temu jeszcze mamy szanse na to, aby przyszłe pokolenia usłyszały śpiew wielu gatunków ptaków w otwartym krajobrazie.


 

W sobotę 23 kwietnia odbędzie się w Warszawie demonstracja antywiwisekcyjna (z okazji Światowego Dnia Zwierząt Laboratoryjnych). Planowany jest performance oraz przemówienia osób takich jak: Dariusz Gzyra, Katarzyna Konopa ze Stowarzyszenia Kosmetyki bez Okrucieństwa, Morgan Janowicz z Green Rev Institute oraz aktywistów, którzy będą mówić o takich rzeczach jak: zawodność testów na zwierzętach, historia wiwisekcji, metody alternatywne do testów na zwierzętach, nieudana próba ksenotransplantacji serca świni itp.

Oprócz tego podczas akcji będą rozdawane ulotki przechodniom, a na telewizorach wyświetlane filmy z laboratoriów. Demonstracja odbędzie się pod siedzibą Polskiej Akademii Nauk, obok pomnika Mikołaja Kopernika. Serdecznie zapraszamy!

Więcej informacji: www.facebook.com/events/335584001733094/


W naszych czasach wiele i stale mówi się o pracy, o jej znaczeniu nie tylko dla większej całości, jaką jest gospodarka (wówczas często jako o koszcie), ale jako o cnocie jednostki. Jeśli ktoś pozostaje bez pracy jest stygmatyzowany jako próżniak, wręcz darmozjad, nawet oszust. Nawet jeśli nie jest w stanie pracy znaleźć. Słyszy się, że podatnicy nie chcą płacić na takie osoby. Słyszy się też, że osoby niepracujące zawodowo, nawet jeśli wychowują dzieci lub opiekują się innymi członkami rodziny, żyją na koszt tych, którzy ciężko pracują. Jeśli praca ma tak wielką moc – zdaje się uszlachetniać człowieka – to czemu nasze czasy również charakteryzują się wyjątkowo wielkim stopniem wyalienowania pracy?

Wskazuje na to wiele badań, które mówią o tym, a także pokazują, że proces ten się intensyfikuje (na przykład badania prowadzone przez australijskiego profesora zarządzania Petera Fleminga). Co znamienne, do grona „nierobów” nie zalicza się osób, które spędzają swój czas rzeczywiście całkowicie bezproduktywnie, bo są miliarderami, inwestorami, oligarchami. Co więcej, badania (Carl Rhodes i Peter Bloom) pokazują, że te postaci stawiane są zwykłym pracownikom i obywatelom za wzór – i są w tej roli przyjmowane, mimo że nie robią nic twórczego, ciekawego, inspirującego. Te zjawiska i inne, towarzyszące, zdają się przeczyć popularnej w mediach tezie, że nasze czasy są epoką pracy.

Za to wiele wskazuje na to, że nasze czasy są epoką wypalenia. Francuski filozof Bernard Stiegler twierdzi, że praca ludzka składa się nie tylko z aktywności, energii wydatkowanej na produkowanie (negotium), ale także z produktywnego czasu wolnego (otium), gdy człowiek nie tylko się regeneruje, ale zbiera doświadczenia, wchodzi w relacje z innymi ludźmi, rozważa sens i cel swojej pracy. Praca buduje wartości tylko wtedy, gdy zawiera w sobie oba te elementy. Filozof zwraca uwagę, że w naszych czasach otium zostało wchłonięte przez negotium („wszystko co robimy, musi być produktywne”, „gamifikacja”), a następnie zlikwidowane przez algorytmiczne zarządzanie, które redukuje odmienności, różnice, a więc uniemożliwia twórcze rozwiązywanie problemów, gromadzenie jednostkowych doświadczeń, uczenie się. Zarządzanie algorytmiczne czyni wszystko prostym do sterowania, redukuje złożoność – i pozbawia człowieka wkładu w większą całość, a także głosu. Wszelka praca przekształcana jest w niemające sensu ani nie generujące więzi społecznych jednostki numeryczne zamiast „voice” – ludzkiej wypowiedzi. W ten sposób ludzka praca, która z definicji przez stulecia tworzyła wartość – nawet gdy była efektem wyzysku – stała się obecnie generatorem niepowiązanych ze sobą identycznych elementów, czyli innymi słowy – entropii. A w języku religii – prochu.

Niemiecko-koreański filozof Byung Chul Han pisze o współczesnym zachodnim społeczeństwie jako o społeczeństwie wypalenia. Neoliberalny kapitalizm nie umie już wytwarzać własnych pragnień, lecz zużywa wartości, które powstały poza nim i wyjaławia wszystko, co zawłaszczy. Ludzie pracują, bo muszą, ale nie czeka ich za to ani szczęście, ani tym bardziej zbawienie. Produkują identyczne produkty, wykonując identyczne czynności, kierują się identycznymi standardami i podlegają identycznym – i ciągłym – ocenom. Noszą coraz bardziej różnorodne tożsamości i ubrania, ale to są fasady, które mają zakryć koszmar identyczności. Nie tylko człowiek stał się prochem, ale każda chwila jego pracy jest sama w sobie odrębnym prochem i nie kumuluje się w doświadczenie, mądrość, wirtuozerię, fachowość. Byung Chul Han nazywa ten stan rzeczy piekłem tego samego. W tym piekle praca, ale i wolny czas polegający na konsumowaniu tego samego, przyłączaniu się do tych samych ocen, poglądów i uczuć, przynoszą wypalenie i zmęczenie. Nie ma w nim pragnienia – Eros działa na zasadzie niespodziewanego spotkania z innością, różnicą, odmiennością. Kto się czubi ten się lubi – mówi dawno nieaktualne już przysłowie.

Gdy nie ma pragnienia, pozostają popędy. Bernard Stiegler pisze o społeczeństwie, gdzie decyzje i wybory podejmowane są poprzez impuls. Taka zwyczajowa impulsywność przedstawiana jest publicznie jako wolność. Drugą jej stroną jest brak odpowiedzialności z jakiejkolwiek strony, zwłaszcza ze strony zarządzających, za ten stan rzeczy. Filozof mówi o społeczeństwie niedbałości. Nawet jeśli jako jednostki czasami staramy się być etyczni, świadomi ekologicznie, to rzadko przynosi to zbiorcze efekty, bo te etyczne postawy słabo się kumulują w cokolwiek innego, niż decyzje zakupów i trendowanie marek.

Kapitalizm neoliberalny pożera nawet ludzką etyczność, zawłaszczając i kolonizując zaangażowanie społeczne i polityczne, czyniąc z nich element zarządzania marką, bicz na słabszych, czyli pracowników. To zjawisko, znane jako woke capitalism, poddawane bywa krytyce z pozycji prawicowych, jako że niby ma sprzyjać kształtowaniu lewicowego świata. Jednak to właśnie z pozycji lewicowych, socjalistycznych, australijski profesor zarządzania Carl Rhodes poddaje je naprawdę miażdżącej krytyce. Naukowiec argumentuje, że w ten sposób odbiera się ludziom jakąkolwiek sprawczość i używa zaangażowania społecznego jako kolejnego narzędzia marketingu i represji zarządczej. To rzecz jasna pogłębia społeczną bezsilności i apatię, potęguje wypalenie. Skoro każde zaangażowanie jest elementem zarządzania, to ludziom pozostają tylko impulsy.

Impulsy degradują ludzkie motywacje i postawy do poziomu bestii, do popędów takich jak nienawiść, zawiść, wrogość, ksenofobia i pogarda. Pragnienia sublimują te popędy – na przykład żądzę w pożądanie. Gdy zabraknie pragnień, nic nas nie powstrzyma przed barbarzyństwem, nawet nasz sławetny racjonalny umysł, bo on wymaga motywacji zewnętrznej, która kosztuje energię. Tylko popędy czerpią wprost z energii żywotnej, są przypisane do kondycji ludzkiej. Sublimacja dodaje energii, czyni z niej potencjalność, wprawa człowieka w ruch ku czemuś więcej niż wyżycie się.

Pracodawcy i inne instytucje społeczne zajmują się obecnie głównie budowaniem marki, inwestowaniem w markę. To sprawia, że piętnowani i dyscyplinowani są ci, którzy są postrzegani jako zagrożenie dla marki, nawet jeśli wykonują poprawnie i etycznie słusznie swoją pracę: krytyk literacki, który skrytykował wydawnictwo – bo marka może na tym ucierpieć, naukowczyni, która wypowiedziała się publicznie o wynikach swoich badań naukowych – bo zostało to odczytane jako krytyka marki zatrudniającej ją uczelni, dziennikarz za to, że poddał dziennikarskiej polemice popularne tezy – co zostało odebrane jako zagrożenie dla marki pisma, w którym pracował. Marka zastąpiła etykę pracowniczą i etos zawodowy, tym bardziej spychając nas do poziomu popędów. Pozbawiła profesjonalistów języka, który jest jednym z ważnych narzędzi ich pracy. Zawłaszczyła słowa, czyniąc z nich część kapitału.

Ale to nie jest koniec tej smutnej opowieści. Francuski autor refleksyjnych komiksów Etienne Davodeau przypomina, że istnieje coś co jest starsze i bardziej trwałe niż słowa i co czyni człowieka człowiekiem. Są to obrazy.

Słowa odstały się
Słowa odstały się po cichu.
Odstały się apostrofy, performatywy,
inkantacje, przysięgi,
inwektywy zamieniły miejscami
z metaforami.
Tylko nazwy kolorów zostały:
błękitny nadal jest lżejszy
niż akwamaryna,
szary zawsze najbardziej
rozciągły; przenika
przez ściany, skórę, zdania.
Więc tak:
Niebiesko ci,
lawendowo nam,
ochra, ochra, ochra
(Saint-Malo, 2021)


 

Wojna w Ukrainie stała się pretekstem do atakowania reformy Wspólnej Polityki Rolnej (WPR) prowadzonej zgodnie z założeniami Strategii „Od pola do stołu”, będącą częścią Europejskiego Zielonego Ładu dotyczącą rolnictwa.

Z tego pretekstu natychmiast skorzystała – znana z ataków na Europejski Zielony Ład i reformę WPR – m.in. COPA COGECA czyli parasolowa organizacja związków i spółdzielni rolniczych w UE, głównie reprezentująca potężny agrobiznes. W związku z wybuchem wojny w Ukrainie, razem z francuskim związkiem rolników FNSEA, ponownie podjęła atak na unijną strategię, a także na politykę ochrony środowiska w ogóle. W Polsce, Wielkopolska Izba Rolnicza (województwa o największej liczbie ferm przemysłowych w kraju) oświadczyła, że w nowej sytuacji „kraje członkowskie nie mogą sobie pozwolić na zmniejszanie produkcji żywności, ekologię i pozostanie elitarnym klubem konsumentów o wysokich dochodach”. Domagają się spowolnienia zielonych reform w rolnictwie, gdyż mają one prowadzić do poważnego zagrożenia dla bezpieczeństwa żywnościowego. Ich zdaniem należy natychmiast zwiększyć intensyfikację produkcję rolną, oczywiście przy dotychczasowym poziomie zużycia nawozów sztucznych – odpowiednio dotowanych z kieszeni podatnika – oraz chemicznych środków ochrony roślin.

Straszenie głodem – za każdym razem, gdy na horyzoncie pojawia się konieczność odejścia od przemysłowego traktowania ziemi jak fabryki, a zwierząt jak maszyn – to agrobiznesowa korpo śpiewka stara jak świat. Argument, że trzeba produkować więcej nie wynika bynajmniej z obawy, że kolejne szeregi dołączą do prawie 3 mld głodnych i niedożywionych na naszej planecie. Jakoś do tej pory intensyfikacja produkcji rolnej przez ostatnie 30 lat nie rozwiązała problemu głodu na świecie. Agro-korpo boi się zmian, uwalniających rolnictwo od sztucznych nawozów, pestycydów i zależności handlowej, gdyż uderza to w ich zysk. A podnoszenie zysku dzięki możliwości przejęcia części rynków, to szansa, z której trudno nie skorzystać, gdyż Ukraina i Rosja odpowiadają łącznie za ponad 25% światowego handlu pszenicą i 33% handlu jęczmieniem. Co więcej, mają aż 80% udział w eksporcie oleju i śruty słonecznikowej.

W ataku na zieloną reformę Wspólnej Polityki Rolnej nie chodzi o bezpieczeństwo żywnościowe. To tylko przykrywka do zahamowania zmian, które pozwoliłyby zmniejszyć zależność rolnictwa od nawozów sztucznych, które w dużej mierze wytwarzane są przy użyciu rosyjskiego gazu, a tym samym budować naszą suwerenność żywnościową i polityczną. W interesie rolników leży jak najszybsze uniezależnienie się od konieczności stosowania nawozów sztucznych i pestycydów, które powodują niszczenie środowiska i pogłębianie kryzysu klimatycznego, stanowiąc realne zagrożenia dla wzrostu głodu i niedożywienia na świecie.

Z tego powodu politycy nie powinny popierać dofinansowania zakupu nawozów sztucznych, a znaleźć środki finansowe by rolnicy mogli stopniowo wycofać ich stosowanie. Nie powinni też żądać ograniczenia zielonej reformy WPR. Najgorsze, co teraz może zrobić UE, to zahamować tę reformę i wesprzeć działania, które spotęgowałyby negatywny wpływ uprzemysłowionego rolnictwa na klimat i przyrodę. Ale to z kolei nie leży w interesie agro-korpo-biznesu. Napaść na Ukrainę dała im nową szansę straszenia, że reforma WPR zgodna ze Strategią „Od pola do stołu” doprowadzi nas do zagłady bezpieczeństwa żywnościowego w Europie.

Założenia Strategii „Od pola do stołu” dotyczą przede wszystkim wzmocnienia łańcucha żywnościowego na wypadek pojawienia się różnorodnych kryzysów mogących negatywnie wpływać na bezpieczeństwo żywnościowe. Dziś już wiemy, że globalny łańcuch żywnościowy – stale wydłużany zgodnie z chorym paradygmatem wolnego handlu i grabieży zasobów naturalnych, zbudowany na eksportowo-importowych zależnościach – przestaje się sprawdzać w sytuacjach pandemii, kryzysu klimatycznego czy właśnie konfliktu zbrojnego.

Strategia „Od pola do stołu” stawia na budowanie odporności łańcuchów żywnościowych w oparciu o ekologiczną, lokalną produkcję żywności i pasz, krótkie łańcuchy dostaw a przede wszystkim dbałość o dobrą kondycję ekosystemów (zwłaszcza gleby i wody). Naukowcy są zgodni, że największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa żywnościowego w najbliższych latach jest globalne ocieplenie oraz ściśle z nim powiązane ekstremalne zjawiska pogodowe oraz masowe wymieranie gatunków. Według ostatniego raportu IPCC, za 80 lat 1/3 gleb może nie dawać się do jakiejkolwiek uprawy. Te same rozwiązania, co Strategia „Od pola do stołu” od co najmniej 20 lat proponuje Międzynarodowa Organizacja ds. Rolnictwa i Wyżywienia FAO – żywność i pasze produkować lokalnie, transportować je na krótkie odległości, dbać by rolnictwo nie przyczyniało się do pogłębiania kryzysu klimatycznego i degradacji środowiska.

Ale rozwiązania proponowane w tej strategii nie są po myśli agrobiznesowych korporacji zarabiających miliony na ciągłej intensyfikacji produkcji rolnej, jej chemizacji i uprzemysłowieniu oraz na międzynarodowym handlu rolno-żywnościowym. Nie dziwne zatem, że także wojnę na Ukrainie, będą cynicznie – pod hasłem walki z głodem – wykorzystywać do niszczenia reformy zielonej reformy WPR, gdyż uderza ona w ich partykularne interesy.

Propozycja intensyfikacji produkcji i odrzucenia zielonej reformy WPR nie powinna być na pierwszym miejscu. Natomiast, w odpowiedzi na kryzys wywołany agresją Rosji na Ukrainę, kraje UE powinny przede wszystkim skalkulować możliwość wykorzystania europejskiej rezerwy zbożowej, która służyłaby zabezpieczeniu najsłabszych członków społeczeństwa. Część pomocy powinna trafić również do mieszkańców północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, czyli regionów, które w największym stopniu ucierpią zatrzymaniu ukraińskiego i rosyjskiego zboża. Może być to konieczne by zapobiec katastrofie humanitarnej. Po drugie, jeśli chcemy produkować więcej żywności, to ograniczmy uprawę roślin na pasze, a zwłaszcza biopaliwa. 70% ziem w UE zajęta jest pod uprawy paszowe, zamiast pod uprawy roślin nadających się do spożycia przez ludzi. Po trzecie, zamiast przeznaczać o 4% więcej ziemi na cele produkcyjne, warto zastanowić się nad ograniczeniem marnowania żywności, której w UE wyrzucamy ponad 30%. W Polsce, na poziomie konsumenckim takie straty wynoszą 60%! Po czwarte czy została wykonana jakakolwiek analiza spekulacji na rynku zbóż i ich wpływu na zjawisko głodu na świecie? Skoro niektórych zbóż będzie o ¼ mniej, to jaka wspaniała okazja do podniesienia za nie cen, przez monopol zawiadujący rynkiem zbożowym na świecie.

Wojna w Ukrainie powinna wreszcie wszystkim uświadomić, że dotychczasowy, intensywny, przemysłowy model rolnictwa, oparty na paliwach kopalnych jest ślepą uliczką. W odpowiedzi na agresję na Ukrainę na nieoficjalnym szczycie unijnym w Wersalu zdecydowano, że należy bardzo szybko odejść od kupowania paliw kopalnych w Rosji i równocześnie dynamicznie rozwijać energetykę odnawialną. Większość obserwatorów uważa podjęte uzgodnienia za rozsądne. Dlaczego więc zmiany w rolnictwie miałyby iść w przeciwnym kierunku?

Ropa, gaz i surowce do produkcji nawozów sztucznych od lat przynoszą Rosji miliardowe zyski, które potem wydawane są na agresywne działania wobec sąsiadów. Czy doczekamy się sankcji na import nawozów, nie tylko z Rosji, ale również z Białorusi? Nic na to nie wskazuje, zamiast tego lobby agrobiznesowe domaga się wprowadzenia dopłat do nawozów, które przy rosnących cenach zapewnią agresorom jeszcze większe zyski.

A zatem – w przeciwieństwie do tych żądań – wojna w Ukrainie staje się właśnie dodatkowym, bardzo mocnym argumentem na rzecz transformacji systemu żywnościowego w kierunki ekologizacji i lokalności produkcji żywności, a przede wszystkim zatrzymania rozwoju globalnego konglomeratu zbożowo- mięsnego.

Źródło: Koalicja Żywa Ziemia


 

W 2021 roku Komisja Europejska przyjęła pakiet Fit for 55 którego narzędzia mają doprowadzić do ograniczenia emisji gazów cieplarnianych o co najmniej 55 proc. do 2030 r. Dzisiaj już wiemy, że w obliczu wojny, która napędzana jest paliwami kopalnymi oraz w obliczu kolejnych informacji naukowych Komisja Europejska, Rada UE i Parlament Europejski muszą podjąć wszelkie działania polityczne i legislacyjne, żeby przyśpieszyć i wdrożyć działania ograniczające emisje nie w 55 % a w 65 % procentach do 2030 r.

Z początkiem wojny w Ukrainie instytucje krajowe i unijne rozpoczęły debatę nad przyszłością polityk klimatycznych. European Green Deal, Strategia Od pola do stołu i Fit for 55 to dokumenty i strategie o których kształcie dyskutują w ostatnich tygodniach decydentki i politycy. Niestety z wielu politycznych stron pojawiają się propozycje ograniczenia założeń tych polityk, odkładania rozwiązań w czasie, a nawet powrotu do business as usual. Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans odpowiedzialny za realizację polityk klimatycznych wprost proponuje węgiel jako paliwo przejściowe dla gospodarek uzależnionych od rosyjskich surowców energetycznych. Oznacza to rzeczywiste cofnięcie się w realizacji celów klimatycznych UE.

W zeszłym tygodniu PE przyjął rezolucję dot. bezpieczeństwa żywnościowego, która wzmacnia produkcję zwierzęcą i nieefektywne wykorzystanie zasobów na pasze dla zwierząt tzw. hodowlanych.

Koalicja Future Food 4 Climate, Green REV Institute wraz Akcją Demokracją, organizacjami społeczeństwa obywatelskiego, a także przedstawicielkami i przedstawicielami środowiska naukowego podpisały Apel wzywający Komisję Europejską, Radę (UE) oraz Parlament Europejski do zdecydowanych działań na rzecz kompleksowej sprawiedliwej transformacji każdego z sektorów: energetyki, transportu, systemu żywności. Polityki klimatyczne UE, w tym strategia Od pola do stołu powstały, żeby przeciwdziałać skutkom zmian klimatycznych i nie mogą być odkładane na potem. Walka z konsekwencjami katastrofy klimatycznej nie może czekać.

W obliczu zagrożeń jakie niosą za sobą antropogeniczne zmiany klimatu oraz uzależnienie bezpieczeństwa energetycznego i żywnościowego od państw, które działają wbrew wartościom UE apelujemy do Komisji Europejskiej i Rady UE o niezwłoczne rozpoczęcie debaty i działań na rzecz rewizji celów Fit for 55 i przyjęcia nowego pakietu regulacji klimatycznych pod nazwą Fit for 65 oraz wdrażania działań na rzecz przyspieszenia transformacji: odchodzenia od paliw kopalnych na rzecz OZE, transformacji systemu transportu i przechodzenia na zrównoważony system żywności roślinnej.

W debacie o polityce klimatycznej i bezpieczeństwie żywności należy pamiętać, że energetyka nie jest jedynym sektorem gospodarki powodującym znaczne zużycie paliw kopalnych, a tym samym wzrost emisji. Sektor rolnictwa, produkcji i dystrybucji żywności odpowiada za kilkanaście procent globalnych emisji gazów cieplarnianych będąc jednym z największych emitentów. W sytuacji zaburzenia łańcuchów dostaw paliw kopalnych i surowców rolnych potrzebnych do produkcji pasz należy rozpocząć transformację systemu żywności w kierunku zielonym, zrównoważonym, pozbawionym cierpienia i zdrowym – roślinnym. Tylko w ten sposób państwa UE mogą się w pełni uniezależnić od pochodzących z Federacji Rosyjskiej.

Apel podpisało 66 organizacji społeczeństwa obywatelskiego z całego świata, a także 22 przedstawicielek i przedstawicieli środowiska naukowego. Duża część polskich sygnatariuszy i sygnatariuszek to organizacje i osoby działające w Koalicji Future Food 4 Climate tworzącej front rzeczniczy w walce o etyczną, sprawiedliwą i zieloną transformację systemu żywności.

Pełna treść Apelu

Źródło: Green REV Institute


 

Spacery przyrodnicze i dendroterapeutyczne, leśne kąpiele, wyznaczanie szlaku turystycznego, wspólne sprzątanie lasu, leśne kąpiele, inwentaryzacje drzew – wszystko to czekać będzie na uczestników i uczestniczki obywatelskiej akcji Wspólny Las. W weekend 26-27 marca, w ponad czterdziestu miejscach w Polsce odbędą się wydarzenia nawiązujące do hasła przewodniego tegorocznej edycji święta: “Jesteśmy połączeni. W poszukiwaniu Matki Drzew”.

Wspólny Las to oddolna inicjatywa wynikająca z chęci zrzeszania ludzi wokół lasów w Polsce i ich ochrony. Zrzesza osoby, ruchy i organizacje, które stają w obronie swoich lasów przed zniszczeniem oraz pokazuje, że choć działają w skali lokalnej, to problemy, o których mówią, mają charakter systemowy. Dlatego inicjatorzy i inicjatorki akcji domagają się konkretnych działań: skutecznej ochrony starodrzewów; przywrócenia pełnej ochrony gatunkowej podczas prowadzenia gospodarki leśnej; ochrony lasów miejskich i podmiejskich. W związku z wojną w Ukrainie pojawił się także nowy postulat: rezygnacja z importu drewna pochodzącego z terenów Rosji i Białorusi.

Nie możemy pozostać obojętni wobec sytuacji rozgrywającej się za naszą wschodnią granicą. Postulat o rezygnacji z importu drewna to nie jedyny element akcji związany z tym wątkiem. W części miast spacery będą tłumaczone, żeby nasi ukraińscy goście mogli wziąć w nich udział i choć na chwilę oderwać się od myśli o ogarniętej wojną ojczyźnie – mówi Anna Treit, inicjatorka akcji Wspólny Las – W ramach akcji zachęcamy także do wspierania zbiórki SOS Wioski Dziecięce, dedykowanej dzieciom z ukraińskich domów dziecka i pieczy zastępczej.

Tegoroczne hasło Wspólnego Lasu nie jest przypadkowe. Lasy to znacznie więcej niż drzewa. To złożone organizmy, na których funkcjonowanie składają się rośliny, zwierzęta, grzyby, porosty i niewidoczna sieć zależności między nimi wszystkimi. Drzewa matki to nie tylko piękna figura poetycka, ale fizycznie istniejące drzewa, które utrzymują ekosystem w równowadze i dzięki leśnej sieci połączeń aktywnie pielęgnują młodsze drzewne organizmy.

Jednym z wydarzeń towarzyszących akcji będzie internetowy pokaz filmu “Inteligencja drzew” oraz dyskusja ekspercka oscylująca m.in. wokół tematów lasu jako organizmu oraz opisujących to zjawisko książek Petera Wohllebena i Suzanne Simard.

My także jesteśmy połączeni leśną siecią. Od dobrostanu i równowagi ekosystemów leśnych zależy przyszłość nas wszystkich. W sobotę i niedzielę wychodzimy do lasu, by celebrować naszą łączność z przyrodą, ale domagamy się także konkretnych działań na rzecz faktycznej, a nie tylko iluzorycznej ochrony lasów w Polsce i w Unii Europejskiej – mówi drugi z organizatorów Wspólnego Lasu, Marcin Mystkowski.

Szczegóły dotyczące postulatów oraz lokalnych wydarzeń są dostępne na stronie: wspolnylas.pl

Źródło: Wspólny Las