Parlament Europejski odrzucił właśnie rekomendację Komisji Środowiska i Komisji Gospodarki, aby usunąć z listy czystych technologii (tzw. Taksonomii) gaz i atom, mimo że gaz ziemny generuje znaczące emisje gazów cieplarnianych i uzależnił Europę od Rosji. Miliardy publicznych euro zamiast wspierać rozwój OZE z wiatru i słońca, zostaną przeznaczone na inwestycje w gaz kopalny i energię jądrową. WWF rozważa podjęcie kroków prawnych razem z ClientEarth przeciwko temu aktowi[1].
Europosłowie mieli okazję opowiedzieć się po stronie klimatu i odrzucić szkodliwe prawo. Większość z niej nie skorzystała. W głosowaniu wzięło udział 639 osób: przeciwko odrzuceniu projektu głosowało 328, a za jego odrzuceniem 278 parlamentarzystów. Wstrzymały się 33 osoby. Możliwość zgłoszenia sprzeciwu przepadła raptem 50 głosami.
Fundacja WWF od początku stanowczo sprzeciwiała się uznaniu gazu za zieloną energię. Przede wszystkim z powodów klimatycznych. Metan, czyli główny składnik gazu kopalnego, jest gazem cieplarnianym i stanowi zagrożenie dla klimatu. Proces wydobycia i transportu gazu ziemnego niesie ponadto za sobą negatywne konsekwencje dla środowiska. Gaz to także dla nas pułapka ekonomiczna. Jest go coraz mniej, a koszty jego wydobycia ciągle rosną. Już w najbliższych latach będzie go brakować i to dramatycznie. Dodatkowo uzależnienie Europy od gazu spowodowało silne uzależnienie od Rosji[2].
Przed dzisiejszym głosowaniem niemal pół miliona osób w całej Europie wezwało swoich eurodeputowanych do odrzucenia wsparcia dla gazu i atomu w unijnej Taksonomii[3]. A z przeprowadzonych niedawno badań jednoznacznie wynika, że Polacy nie popierają unijnego planu uznania energii pochodzącej z gazu i atomu, jako „zielonej”. Z badań przeprowadzonych na zlecenie WWF wynika, że jedynie 35% Polek i Polaków jest przychylne uznaniu gazu za zrównoważone źródło energii, a w przypadku atomu – 36%[4].
„Gaz i energia jądrowa nie są ekologiczne, a oznaczanie ich jako takich jest rażącym greenwashingiem – szkodzi to klimatowi, a także przyszłym pokoleniom! Dzisiaj lobby wspierające gaz kopalny i energię jądrową odniosło sukces, doprowadzając do przesunięcia miliardów z inwestycji, które są tak bardzo potrzebne, aby zapewnić transformację klimatyczną. Przegraliśmy tę bitwę, ale nie zrezygnujemy z walki. Uważamy, że ten akt jest niezgodny z rozporządzeniem dotyczącym Taksonomii, więc wraz z innymi organizacjami, takimi jak ClientEarth, WWF zbada wszystkie potencjalne możliwości dalszych działań, aby powstrzymać ten greenwashing i chronić wiarygodność całej taksonomii UE. Wzywamy państwa członkowskie i europosłów do tego samego” – powiedziała Ester Asin, dyrektor w WWF European Policy Office.
„Dla nas w Polsce, inwestycje z publicznych środków w prywatną infrastrukturę gazową i atomową oznacza mniejsze, a być może i niemal zerowe, wsparcie rozwoju OZE, jedynego sposobu na niezależność energetyczną i neutralność klimatyczną. Gazowa infrastruktura prywatna wymusi import drogiego gazu, podbijając ceny energii dla polskich firm i gospodarstw domowych” – tłumaczy Marcin Kowalczyk z WWF Polska.
„Uznanie nowych inwestycji gazowych jako „zielonych” stoi w sprzeczności z klimatycznymi i środowiskowymi celami UE i godzi w wiarygodność unijnej Taksonomii, jako aktu ukierunkowującego inwestycje prywatne na działania niezbędne do osiągnięcia neutralności klimatycznej. Potwierdza to zarówno sprzeciw Komisji Środowiska i Komisji Gospodarki Parlamentu Europejskiego, jak i analizy eksperckie WWF i ClientEarth”– mówi dr Olga Kazalska Doradczyni Zarządu ds. Polityki Środowiskowej w WWF Polska.
Przed nami głosowanie Rady, która do 11 lipca musi zająć stanowisko. W przypadku braku sprzeciwu co najmniej 20 państw członkowskich, akt delegowany wejdzie w życie i będzie stosowany od 1 stycznia 2023 r. Odrzucenie projektu spowoduje konieczność przygotowania nowej propozycji przez Komisję Europejską.
Odwołania:
- Projekt aktu delegowanego włącza działalności gospodarcze oparte na energii jądrowej i gazowej na listę objętą Taksonomią UE, umożliwiając pozyskiwanie finansowania na nowe inwestycje.
- https://media.wwf.pl/pr/716181/taksonomia-na-gazie-co-z-klimatem
- 489 182 e-maile zebrane w ramach kampanii #StopFakeGreen prowadzonej przez WWF, Greenpeace, Transport & Environment, 350.org, EEB oraz petycje WeMove EU i Avaaz.
- https://media.wwf.pl/pr/752319/czy-unia-uzna-atom-i-gaz-za-zrownowazona-energie-polacy-przeciwni
„To będzie dla niej pożyteczna nauczka”, powiedziała była przyjaciółka, powiedzmy, że Cirzpisława, o swojej byłej przyjaciółce, nazwijmy ją Luba. Ta, która wypowiadała te słowa właśnie awansowała. Luba właśnie wykonała kawał dobrej roboty i oczekiwała, że zostanie za to przynajmniej pochwalona. Zamiast tego została stanowczo zachęcona do odejścia z pracy, a byłe koleżanki i koledzy niemal bez wyjątku gratulowali sobie pedagogicznego podejścia do Luby, ich zdaniem, osoby zbyt wrażliwej. Zachowywali się tak jakby mieli nie tylko możliwość, ale i obowiązek „dania jej lekcji”. Bo „powinna wyhodować grubszą skórę”. Bo „tak nie można w dzisiejszym świecie”. „Pora już nauczyć się, jaki jest naprawdę świat”.
Tymczasem podejście systemowe uczy, że wrażliwość jest cenna dla przetrwania systemu. Dzięki niej system może reagować na stosunkowo słabsze sygnały i uczyć się z nich, zamiast czekać na poważne kryzysy, które mogą, ale wcale nie muszą prowadzić do konstruktywnej zmiany. Mogą też prowadzić do upadku systemu.
Polska socjolożka Magdalena Szpunar pisze w swej książce poświęconej wrażliwości o tym, jak bardzo ważna jest ta niedoceniana obecnie ludzka cecha. Argumentuje, że edukacja jest konieczna, ale w odwrotnym kierunku niż ta, zafundowana Lubie przez Cirzpisławę i byłych kolegów. Zdaniem autorki misją humanistyki jest kształtowanie większej wrażliwości. Świat bez wrażliwości jest światem zamykającym się na wartości. Osoba wrażliwa dostrzega więcej i „istnieje bardziej”, a to sprawia, że stajemy się bardziej ludzcy – zarówno sama osoba wrażliwa, jak i jej otoczenie, jeśli pozostaje na tę wrażliwość otwarte. Magdalena Szpunar uważa, że wrażliwość jest możliwym początkiem filozoficznego myślenia, ponieważ wyrywa człowieka z automatycznego reagowania, z nawykowej codzienności. Stępiona wrażliwość nie tylko zubaża komunikację społeczną, ale prowadzi do patologii, takich jak nieograniczone dążenie do władzy, które jest działaniem kompensacyjnym stępionej psychiki. Desensytyzacja społeczna prowadzi do obojętności i nadużywania władzy.
O zagrożeniu moralnym, płynącym z braku wrażliwości piszą Zygmunt Bauman i Leonidas Donskis. Neoliberalizm buduje swoją władzę nie na zapewnianiu ludziom poczucia bezpieczeństwa, jak czynił to kapitalizm opiekuńczy lat powojennych, lecz na prywatyzacji systemowych niespójności. System oddaje się całkowicie tak zwanej logice wolnych rynków a prywatne osoby niosą ryzyko wynikające z niepewności generowanych przez te rynki. Ale także ze zwykłej ludzkiej kruchości, która nagle przestaje być naturalną częścią kondycji ludzkiej, a staje się źródłem zagrożenia. W efekcie warunkiem sukcesu a może i przetrwania staje się odporność na poczucie zagrożenia. Ta odporność jest nabyta i pozbawia ludzi wrażliwości. Osoby żyjące w neoliberalnym społeczeństwie odczuwają niemal permanentny strach wobec rosnącej wciąż fali rozmaitych zagrożeń i coraz większy brak zaufania wobec siebie wzajemnie. Instytucje społeczne wyrzekły się moralnej odpowiedzialności za dobro ogólne – wręcz zaprzeczają, jakby jakąkolwiek moralną odpowiedzialność w ogóle kiedykolwiek posiadały, przypisując sobie cechy wyłącznie „techniczne”. Znikają niuanse i subtelności struktur, które dawałyby miejsce wzajemnym zobowiązaniom moralnym i otwieraniu się na innego człowieka. Współczesna strukturalna dynamika władzy zmienia się w dialektykę podporządkowania i dominacji. Taka dynamika rozpoznawana jest systemowo jako efektywność. Sprawność zastępowana jest przez szybkość. Partnerstwo – przez wzajemne uprzedmiotowienie. Nic dziwnego, że społeczeństwo jako całość ma jakby przytępione zmysły, a sukces przedstawia się jako powodzenie jednych kosztem porażki innych. Jeśli komuś to przeszkadza to „ma zbyt cienką skórę”.
W efekcie stał się możliwy, a nawet pozornie sensowny świat, gdzie Cirzpisława cieszy się z „nauki”, jaką jej okrucieństwo i zdrada zapewniły Lubie, która jest „za bardzo wrażliwa”. Świat, gdzie wrażliwość jest czymś w rodzaju obelgi i zaproszeniem do agresji i to wśród osób, które szczycą się swoimi europejskimi wartościami i obywatelskimi cnotami, odżegnujących się jak najbardziej stanowczo od „ciemnogrodów”, które kogoś dyskryminują lub poniżają. Te same osoby, które celebrują swoją światłość i słuszne postawy na każdym zakręcie historii, nie widzą sprzeczności między tym, co deklarują jako swój powód do moralnej dumy, a zachowaniami, które świadczą o czymś innym – o hipokryzji, gruboskórności i sadyzmie. Dzieje się tak dlatego, bo takie osoby, działające w pełnej zgodzie z zasadami gry swego miejsca pracy i towarzyskich układów odniesienia, pozbawione są ważnego zmysłu – i nie wiedzą o tym. Bauman i Donskis piszą o moralnej ślepocie. Myślę, że brak wrażliwości jest szczególnym przypadkiem tego upośledzenia.
System społeczny, który odrzuca wrażliwość, a z jej niszczenia w sobie czyni kryterium dojrzałości, jest nie tylko głęboko niemoralny, ale, używając określenia Bernarda Stieglera, głupi. Zamiast uczyć się i współdziałać ze zmieniającym się środowiskiem, taki system ulega regresji. Jedynym sposobem rozwiązywania problemów staje się naśladownictwo, powtarzanie rozwiązań, które bywają przyczynami obecnych problemów. Pojawiają się błędne koła – „więcej tego samego”– potęgujące problemy, zamiast je rozwiązywać. Takiemu systemowi można by machać przed nosem świętym Graalem, a ten nadal jazgotałby swoje: o konieczności wzrostu, rynkach i budowaniu marki.
Król Rybak
Prawie już lubię ten wyraz twarzy,
Gdy pojmują, kim nie jestem.
Siedzą przy stole ze mną,
Muzykanci grają, zawsze
Obiad królewski, choć same ryby.
Wszystko, co jest – nie chowam nic przed nimi.
Na koniec uczty jak zwykle pojawia się
To, o czym oni wszyscy marzą.
Już prawie uśmiecham się, gdy widzę
Ten wyraz na ich twarzy,
Zawsze ten sam,
Jak wypisane na czole – i jak wzywają zaraz służbę
I nakazują siodłać konie
Na tuż przed świtem.
(Montlhéry, 2020)
Polacy nie popierają unijnego planu uznania energii pochodzącej z gazu i atomu, jako „zielonej”. Z badań przeprowadzonych na zlecenie WWF wynika, że jedynie 35% Polek i Polaków jest przychylne uznania gazu za zrównoważone źródło energii, a w przypadku atomu – 36%. Co w zamian? Badani z Polski uznali, że zrównoważona energia to ta, która pochodzi z wiatru (86%) i słońca (90%).
Wyniki badania powinni wziąć sobie do serca eurodeputowani, którzy w pierwszym tygodniu lipca podczas posiedzenia plenarnego Parlamentu Europejskiego, zdecydują, czy uznać gaz i atom za zielone inwestycje. Jeśli tak się stanie, miliardy euro zostaną przesunięte z energii wiatrowej, słonecznej na gaz kopalny i energię jądrową. Tymczasem z badań przeprowadzonych na zlecenie WWF jasno wynika, że zarówno Polacy, jak i obywatele innych państw Unii Europejskiej [1], są temu przeciwni.

„Zgodnie z oczekiwaniami obywateli, zarówno Unia, jak i Polska, powinny wspierać finansowo rozwój odnawialnych źródeł energii i sieci energetycznej. To jedyna droga do bezpieczeństwa i niezależności energetycznej oraz ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Paliwa kopalne i energetyka atomowa to przeszłość, której społeczeństwo już nie akceptuje. Wzywamy posłów do Parlamentu Europejskiego, aby posłuchali swoich wyborców!” – mówi Marcin Kowalczyk Starszy Specjalista ds. Polityki Klimatycznej w Fundacji WWF.
Wojna w Ukrainie uświadomiła nam bardzo boleśnie, że poleganie na paliwach kopalnych, takich jak gaz, zagraża naszemu bezpieczeństwu. Widzi to coraz więcej osób. Już 58% Polek i Polaków uważa, że względu na wojnę w Ukrainie Unia Europejska powinna przyspieszyć ograniczanie zużycia paliw kopalnych. Podobnego zdania jest 60% obywateli Unii.

„To kolejne wyniki badań, które dowodzą, że Polacy chcą rozwoju energetyki wiatrowej, która jest kluczowym elementem transformacji energetycznej [2]. Jeżeli proponowane zmiany w prawie krajowym wejdą w życie, to decyzja o odstąpieniu od ograniczeń wysokościowych, (tzw. zasady 10H) dla wiatraków będzie podejmowana na poziomie samorządów. To oznacza zwiększone znaczenie konsultacji społecznych i lokalnych społeczności, które – jak pokazują badania – są dobrze nastawione do OZE” – zaznacza Mikołaj Troczyński Starszy Specjalista ds. Odnawialnych Źródeł Energii w WWF Polska.
Odwołania:
- Badanie zostało przeprowadzone przez Savanta ComRes na zlecenie WWF. W badaniu wzięło udział 8125 obywateli i obywatelek z 8 krajów europejskich (Francji, Niemiec, Włoch, Hiszpanii, Polski, Rumunii, Holandii i Bułgarii). W Polsce w badaniu wzięło udział 1016 obywateli i obywatelek
- 79% Polek i Polaków uznaje, że konieczna jest jak najszybsza zmiana prawa, aby ułatwić budowę wiatraków w naszym kraju – więcej https://media.wwf.pl/pr/750844/polacy-chca-energii-z-wiatru-czy-rzad-morawieckiego-uslyszy-glosy-obywateli
No właśnie – komu i po co? Pytanie z kategorii „po co i komu Zielony Ład, i ta cała Strategia „Od pola do stołu”, po kiego te zielone reformy w rolnictwie i to całe zawracanie głowy jakąś zmianą klimatyczną”.
Odpowiedź na te pytania jest banalnie prosta i wydaje się być zrozumiała dla wszystkich. Bez stabilnego klimatu, bez wystarczających zasobów naturalnych i czystego środowiska nie ma rolnictwa. Po prostu. I nie ma złotego środka, który kiedykolwiek zastąpiłby tę nierozerwalną więź pomiędzy pogodą i przyrodą, a możliwością prowadzenia produkcji rolnej. Żadna sztuczna technologia nie zastąpi zdegradowanego środowiska, braku gleby i wody.
Dobrostan zwierząt gospodarskich ma kluczowe znaczenie dla ochrony środowiska i klimatu. Daje tak wiele korzyści ekologicznych i ekonomicznych, że powinien stać się priorytetowym celem polskiej polityki rolnej.
Na razie jednak dobrostan zwierząt gospodarskich – tak w UE, jak i w Polsce – jest wyjątkiem. Wspólna Polityka Rolna (WPR) stworzyła cieplarniane warunki dla rozwoju intensywnego chowu i hodowli zwierząt gospodarskich w UE. Idealnie wpasowała swoje budżetowanie oraz zgrabnie skleciła przepisy prawne dla rozwoju metod utrzymania zwierząt gospodarskich, które nie mają nic wspólnego z dobrostanem.
Myślenie, że lobby przemysłowej produkcji zwierzęcej bez walki podda złotego cielca WPR, jest mrzonką. Pytanie brzmi zatem, ile jeszcze pieniędzy z kasy WPR musi pójść na transformację obecnej produkcji zwierzęcej, by branża uznała dobrostan za ekonomicznie opłacalny?
Realistyczne i pragmatyczne planowanie zmiany tej produkcji na dobrostanową wymaga zagwarantowania zachęt ekonomicznych, dzięki którym wysoki dobrostan zwierząt stanie się elementem opłacalności. Oczywiście, zmiana świadomości, uwrażliwienie na potrzeby i zachowania zwierząt, jest także konieczna. Wiadomo jednak, że łatwiej rozbić atom niż stereotyp. Z tego powodu, równolegle z edukacją dotyczącą zwierząt i ich dobrostanu, powinien zostać stworzony europejski Program transformacji produkcji zwierzęcej w UE. Zgodnie z jego założeniami, środki WPR powinny być udzielane jedynie tym podmiotom związanym z produkcją zwierzęcą, które wykorzystają je na podniesienie dobrostanu.
Podniesienie na wysoki poziom – w odróżnieniu od minimalnych warunków utrzymania zwierząt honorowanych przez unijne i krajowe prawo – zapewniający zwierzętom możliwość realizacji naturalnych i gatunkowych potrzeb, ochronę przed długotrwałym głodem i pragnieniem, chorobami i urazami, bólem i stresem. Od dnia narodzin do momentu uboju. Jego kryteria powinny być wspólne dla wszystkich państw członkowskich.
Oznaczałoby to rezygnację z dominujących w produkcji zwierzęcej metod chowu i hodowli, w których zwierzę jest jedynie środkiem produkcji zapewniającym jak najszybszy zysk. To bardzo prosta, by nie powiedzieć prostacka ekonomia, nastawiona wyłącznie na wzrost krajowego PKB, efekt skali i zwiększenie eksportu, a także poszczególnym producentom i ich organizacjom dająca możliwość wywierania wpływu na politykę Polski. Za brakiem dobrostanu zwierząt gospodarskich kryje się potężny biznes stanowiący naczynia połączone produkcji paszy, zwierząt i produktów pochodzących od nich, oraz leków weterynaryjnych, w tym antybiotyków. Każda z wymienionych branż żyje dostatnio dzięki jak najmniejszemu dobrostanowi zwierząt gospodarskich.
Przemysłowa produkcja zwierzęca – w swej staroświeckiej kalkulacji – nie uwzględnia kosztów klimatycznych i środowiskowych. Nie ponosi praktycznie żadnej odpowiedzialności za:
– Emisje podtlenku azotu z nawozów sztucznych stosowanych w uprawie roślin paszowych. Podtlenek azotu to szczególnie niebezpieczny gaz, o 290 razy większym potencjale ocieplenia niż dwutlenek węgla;
– Emisje metanu od przeżuwaczy karmionych poekstrakcyjną śrutą zbożową, najczęściej z genetycznie modyfikowanej soi. Nie krowy są odpowiedzialne za emisje, ale sposób ich żywienia. Natomiast odpowiedni wypas przyczynia się do zwiększenia sekwestracji węgla w glebie, zarazem zwiększając jej zdolność retencjonowaniawody; Około 45% gleb w Europie ma niską lub bardzo niską zawartość węgla pochodzenia organicznego (0-2%);
– Wyjałowienie gleby, tak silnie przenawożonej i zatrutej pestycydami, że staje się pustynią. 11% terytorium UE dotkniętych jest erozją gleby. 83% gleb w UE zanieczyszczonych jest pozostałościami po 1 lub kilku pestycydach, 58% pozostałościami po mieszance pestycydów;
– Śladu węglowego transportu pasz, żywych zwierząt i produktów pochodzących od nich na tysiące kilometrów. Do Europy importuje się ¼ światowego rynku soi, wołowiny, skór oraz oleju palmowego przyczyniającego się do zagłady lasów tropikalnych. Import paszy na bazie soi wzrósł o 150% od 1980 do 2010 roku;
– Śladu węglowego pracujących na okrągło wentylacji, ogrzewania i kanalizacji w budynkach do produkcji zwierzęcej;
– Zanieczyszczenia wody biogenami z odchodów zwierzęcych, które wodami lądowymi dostają się mórz i oceanów tworząc w nich martwe, beztlenowe strefy;
– Hektolitrów wody zużytych na podlanie genetycznie modyfikowanych monokultur paszowych oraz do pojenia zwierząt.
Ekonomiczne liczydło omija też koszty społeczne. 58% produkcji zbóż w UE jest przeznaczona na pasze dla zwierząt zamiast do spożycia przez ludzi. Wysoki koszt społeczny to także obniżenie jakości życia przez zmuszanie mieszkańców wsi do sąsiadowania z fermami chowu przemysłowego (instalacjami do intensywnego chowu). Smród, emisje amoniaku, problemy z wodą, odchodami zwierzęcymi, rozjeżdżone drogi, hałas.
I jeszcze egipskie plagi much, takie, że nie można wyjść z domu. Dla przemysłowej produkcji zwierzęcej odebranie komuś miejsca do życia nie jest żadnym problemem. Protestujących przeciwko fermom przemysłowym zastrasza się, manipuluje się opinią lokalnej społeczności, obiecując liczne złudne korzyści, np. miejsca pracy czy większe wpływy do budżetu gminy. Podsyca się konflikt społeczny.
Zgodnie z badaniami naukowymi, wokół ferm przemysłowych dochodzi do rozprzestrzenienia bakterii w promieniu do 1 km, a wirusów aż do 75 km. Są one zagrożeniem dla ludzkiego zdrowia, podobnie jak emisje gazów cieplarnianych oraz wyziewy amoniaku pochodzące z miejsc chowu i hodowli. Rolnictwo UE jest odpowiedzialne za 90% emisji amoniaku przyczyniających się do zgonów 400 000 Europejczyków każdego roku.
Woda, a także żywność pochodzenia zwierzęcego, mogą zostać zanieczyszczone pozostałościami antybiotyków, co powoduje ryzyko wzrostu antybiotykoodporności u ludzi. Według raportu ESVAC Europejskiej Agencji Leków, zużycie antybiotyków na PCU* w Polsce wynosi 167,4 mg/kg. To wzrost o 32% od 2012 roku, zarazem najwyższy w historii. Jest to najwyższe zużycia antybiotyków w produkcji zwierzęcej w UE. Średnia unijna to 103,2 mg/kg.
Jednak, w podliczaniu zysków przemysłowej produkcji zwierzęcej, nie bierze się pod uwagę kosztów opieki medycznej, które są przerzucane na podatników i konsumentów.
Najbardziej paradoksalne jest to, że przedstawiciele przemysłowej produkcji zwierzęcej nadal kurczowo trzymają się dominujących obecnie metod chowu i hodowli, pomimo kolejnych fal epizootii, np. afrykańskiego pomoru świń (ASF) czy ptasiej grypy. Czy możliwe jest, by także epidemie zwierząt gospodarskich – w prostym, ekonomicznym rachuneczku – były opłacalne? Oznaczają przecież konieczność zagazowania tysięcy, a nawet milionów zwierząt, koszty utylizacji i odtworzenia stada. A jednak, odszkodowania za straty związane z epizootią oraz finansowanie odtworzenia stąd jest w większości płacone ze środków WPR, a zatem z kieszeni podatnika.
Z powyższego wyliczenia widać, że skoro przemysłowej produkcji zwierzęcej pozwala się przerzucać koszty społeczne, zdrowotne, środowiskowe i klimatyczne na społeczeństwo, to nigdy nie zainteresuje się ona dobrostanem zwierząt. Do zmiany sposobu produkcji mogą ją skłonić jedynie argumenty ekonomiczne. Z jednej strony będą to z pewnością zmiany rynku wywołane preferencjami konsumentów, którzy poszukują żywności pochodzenia zwierzęcego wytworzonej z zachowaniem wysokiego dobrostanu zwierząt gospodarskich. I którz skłonni są zapłacić za nią wyższą cenę.
Mimo tego, że oczekiwania konsumentów są potężnym bodźcem dla zmiany sposobu utrzymania zwierząt, to jednak nie są one wystarczające. Potrzebna jest zmiana systemowa polegająca z jednej strony na wspieraniu ze środków publicznych producentów chcących poprawiać dobrostan zwierząt, a z drugiej strony wyłączających z tej pomocy podmioty kontynuujące intensywną produkcję zwierzęcą. Powinny na nie także zostać nałożone obciążenia finansowe proporcjonalne do poziomu emitowanych zanieczyszczeń.
Ekonomia jest jedynym instrumentem, gdyż względy etyczne i środowiskowe nie mają dla przemysłowej produkcji zwierzęcej żadnego znaczenia.
*metodologia Unii Europejskiej do obliczania poziomów stosowania lub sprzedaży antybiotyków u różnych gatunków wykorzystuje jednostkę korekcji populacji – PCU
Bez pestycydów, zdrowa, lepszy smak i… wyższa cena – z tym najczęściej kojarzy się żywność ekologiczna. Jak to jest naprawdę, za co dokładnie płacimy, dlaczego warto i jak wygląda przyszłość rolnictwa ekologicznego w Polsce?
Podstawowe różnice między rolnictwem konwencjonalnym, a ekologicznym
Zasadnicza różnica pomiędzy rolnictwem ekologicznym, a konwencjonalnym z punktu widzenia konsumenta to niestosowanie w produkcji ekologicznej różnorodnych związków chemicznych mających na celu optymalizację plonów. Wspólnym celem zarówno rolnictwa ekologicznego, jak i konwencjonalnego, jest produkcja. Jednakże w pierwszym przypadku wszystkie zabiegi związane z produkcją są ukierunkowane również na ochronę środowiska, krajobrazu oraz innych czynników środowiskowych, a uzyskany plon cechuje wysoka jakość. W rolnictwie konwencjonalnym główny cel to maksymalizacja uzyskiwanego plonu, czyli zwiększanie efektywności ekonomicznej.
Jakość produktów ekologicznych
Na jakość produktów ekologicznych wpływa przede wszystkim zakaz stosowania środków ochrony roślin, takich jak pestycydy, herbicydy czy fungicydy, których szkodliwość dla zdrowia i życia jest bezdyskusyjna, i udowodniona w wielu badaniach. Duża część kiedyś powszechnie stosowanych środków chemicznych została już zabroniona, jak na przykład azotox. Dopuszczone substancje zostały pogrupowane, a ich ilość w postaci pozostałości w produkcie jest ściśle określona rozporządzeniem. Ponadto, produkty ekologiczne mają wiele dodatkowych walorów, jak zawartość suchej masy, witamin i minerałów. W zależności od gatunku i odmiany owoców czy warzyw, te uprawiane metodami ekologicznymi mają przeważnie większe ilości tych składników niż te same warzywa i owoce uprawiane konwencjonalnie. Za jakością idzie również cena.
„Na tę różnicę w cenie wpływają wyższe koszty produkcji i mniejsza wydajność upraw ekologicznych. Z racji, że skala sprzedaży produktów ekologicznych w ujęciu globalnym jest wciąż niewielka, istotny składnik ostatecznej ceny stanowią też koszty logistyczne (transport, większe marże powodowane mniejszą skalą, koszty pracy ludzkiej etc). Coraz częściej na koszty produkcji żywności patrzy się jednak z szerszej perspektywy, uwzględniającej zużycie zasobów naturalnych, zmiany klimatyczne etc. Przy takim podejściu koszty uprawy żywności ekologicznej wypadają znacznie lepiej i wpisują się w koncepcję zrównoważonego rozwoju” – podsumowuje Karol Przybylak, redaktor BioKurier.pl, członek Polskiej Izby Żywności Ekologicznej.
Skąd wiemy, że dany produkt pochodzi z produkcji ekologicznej?
Każdy producent żywności ekologicznej rozpoczyna działalność od certyfikacji. „To skomplikowany i szczegółowy proces. Produkcja poddana jest kontroli nie tylko na początku – przy certyfikacji – ale też rokrocznie, by utrzymać certyfikat. Spełnienie norm określonych szczegółowo w rozporządzeniu unijnym daje możliwość znakowania własnej produkcji jako ekologicznej poprzez umieszczenie na produkcie logo ekolistka z dwunastoma gwiazdkami” – tłumaczy Krystyna Radkowska, Prezes Polskiej Izby Żywności Ekologicznej.
Dbałość o środowisko naturalne
Największym problemem rolnictwa konwencjonalnego zdaje się przede wszystkim wysokoskalowe rolnictwo przemysłowe i intensywny chów zwierząt. Wiążą się one z olbrzymimi uprawami monokulturowymi. Ich negatywny wpływ to, między innymi, zanieczyszczenie środowiska i zubożenie różnorodności biologicznej, zarówno jeżeli chodzi o dziką przyrodę, jak i gatunki i odmiany stosowane w uprawie. Rolnictwo ekologiczne natomiast cechuje dbałość o jakość gleby, różnorodność biologiczną i znaczne ograniczenie zanieczyszczenia powietrza. Jak więc będzie wyglądał rynek rolnictwa ekologicznej w przyszłości?
Przyszłość rolnictwa ekologicznego
Rynek żywności ekologicznej w Europie należy od ponad dwóch dekad do jednego z najbardziej dynamicznie rozwijających się segmentów rynku żywności. Udział żywności ekologicznej w ogólnej sprzedaży żywności w niektórych krajach Europy przekroczył 10% i, pomimo pogorszenia sytuacji dochodowej konsumentów w okresie pandemii, odnotowano globalny wzrost sprzedaży żywności ekologicznej.
Wartość polskiego rynku żywności ekologicznej wynosi 1,36 mld zł (co stanowi jedynie 0,5% całego rynku spożywczego). W 2020 roku powierzchnia upraw ekologicznych wynosiła 509 291 ha, co plasuje nas na 19. miejscu na świecie. „Nasz kraj ma bardzo dużo do nadrobienia, jeśli chcielibyśmy chociaż osiągnąć dane średnie dla UE, nie wspominając nawet o niedoścignionym celu 25%. Najbliższe lata przyniosą duże zmiany w rolnictwie ekologicznym w Unii Europejskiej: wzrośnie jego znaczenie w nowej Wspólnej Polityce Rolnej i zmieni się prawo, które je reguluje. Polscy rolnicy ekologiczni oczekują, że w ślad za tym będzie im łatwiej na rynku, ale potrzebne jest wsparcie organizacyjne i finansowe ze strony naszego państwa, a przede wszystkim usuwanie barier dla rolników ekologicznych” – pisze Dorota Metera, prezes Bioekspert sp. z o. o. w raporcie „Żywność ekologiczna w Polsce. Raport 2021”, dostępnym na stronie www.jemyeko.com.
Artykuł powstał we współpracy z Polską Izbą Żywności Ekologicznej. Więcej informacji o żywności ekologicznej znajdziesz na stronie PIŻE – www.jemyeko.com. Izba zrzesza ponad 100 przedsiębiorców reprezentujących wszystkie segmenty rynku BIO w Polsce: rolników, przetwórców, producentów, dystrybutorów i sklepy, jednostki certyfikujące i branże pokrewne: producentów naturalnych kosmetyków, środków czystości, nawozów czy biokompostowalnych opakowań i naczyń jednorazowych.
Podczas Kongresu Regeneracji naukowcy zrzeszeni w Polskiej Sieci Ekonomii ogłosili rozpoczęcie prac Społecznej Rady Fiskalnej, niezależnej platformy dialogu społecznego. Deklaracje przystąpienia do rady złożyły już organizacje: Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, Forum Związków Zawodowych, Pracodawcy RP, Krajowa Rada Spółdzielcza, Związek Lustracyjny Spółdzielni, Polska Zielona Sieć oraz Stowarzyszenie Energia Miast.
– Społeczna Rada Fiskalna wzmocni dialog społeczny i zwiększy wpływ obywateli na kształtowanie mądrej polityki fiskalnej w Polsce. Podobne rady funkcjonują w kilkunastu krajach świata, w większości w Europie. Jednak Społeczna Rada Fiskalna jest jedyną inicjatywą przygotowaną w modelu społecznym, nie technokratycznym – mówi Jan J. Zygmuntowski, współprzewodniczący Polskiej Sieci Ekonomii.

Zadaniem Społecznej Rady Fiskalnej jest ocena wydatków rządowych, budżetu, wieloletnich planów finansowych oraz polityki podatkowej. Eksperci liczą, że rada już wkrótce zabierze stanowisko na temat wydatkowania środków Krajowego Planu Odbudowy oraz planowania budżetu Polski na 2023 r.
– Dialog społeczny i standardy fiskalne są lepszym sposobem na podejmowanie dobrych decyzji gospodarczych niż sztywne reguły. W kryzysie aktywna rola państwa jest niezbędna do ratowania firm i gospodarstw domowych, dlatego chcemy prowadzić analizę i doradzać aby środki były wydawane jak najlepiej – komentuje dr Michał Możdżeń z Polskiej Sieci Ekonomii i Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.
Jak podkreślają twórcy rady, kolejne organizacje samorządowe, związkowe i branżowe zgłaszają zainteresowanie dołączeniem do Społecznej Rady Fiskalnej.
W naszym ostatnim numerze Wojciech Mejor z Nyeleni Polska próbował zajrzeć pod pokrywkę etycznej konsumpcji. Czy wyłaniający się z tego artykułu krytyka sprawiedliwego handlu jest nomen omen sprawiedliwa? Prezentujemy polemikę Andrzeja Żwawy z Fairtrade Polska.
Serdecznie dziękuję, że „Zielone Wiadomości” 1/2022 (37) poświęciły tak dużo miejsca na Fairtrade:
– „Czy koronawirus stłumi modową rewolucję?”
– „Fairtrade w czasach Covid-19”
– Wojciech Mejor „Sprawiedliwość na sprzedaż”
Dziękuję panu Wojciechowi, że tak wiele uwagi poświęcił Fairtrade. Niestety jego tekst wymaga sporo wyjaśnień. Na początek przybliżmy terminologię.
W literaturze często pojawiają się zwroty „Fairtrade”, „Fair Trade”, „Sprawiedliwy Handel” a także „fair trade” i „sprawiedliwy handel”. Oto różnice między nimi:
– „Fairtrade” – określa system certyfikacji produktów będący własnością Fairtrade International.
– „Fair Trade” – jest to pojęcie szersze znaczeniowo od „Fairtrade” i odnosi się do całego ruchu Sprawiedliwego Handlu, włączając w to poszczególne organizacje oraz systemy certyfikacji organizacji i produktów.
– „Sprawiedliwy Handel” – polskie tłumaczenie zwrotu „Fair Trade”, używane zamiennie z angielskim oryginałem.
– „fair trade” pisane małymi literami oznacza uczciwość (justice), sprawiedliwość w relacjach handlowych i nie musi się odnosić wyłącznie do wyżej wymienionych ruchu, organizacji i systemów certyfikacji
– „sprawiedliwy handel”, czasem „uczciwy handel” – polskie tłumaczenie zwrotu „fair trade” w szerokim rozumieniu.
Tak więc Sprawiedliwy Handel to międzynarodowy ruch społeczny tworzony przez organizacje pozarządowe, działaczy i wolontariuszy oraz firmy, który dąży do większej równowagi w handlu światowym. Sprawiedliwy Handel powstał po to, aby mieszkańcy globalnego Południa produkujący m.in. kawę, herbatę, kakao, banany, miód, bawełnę czy nawet złoto, mogli godnie żyć z pracy własnych rąk. Podstawowe założenia Sprawiedliwego Handlu to dialog, przejrzystość i szacunek wobec rolników, pracowników najemnych i rzemieślników.
Produkty Sprawiedliwego Handlu są oznaczone certyfikatem potwierdzającym, że przy ich produkcji wypełniono standardy Sprawiedliwego Handlu, zgodnie z Międzynarodową Kartą Sprawiedliwego Handlu w ramach takich systemów certyfikacji Fairtrade, Naturland Fair, Fair for Life lub Ecocert Fair Trade oraz produkty dostarczane przez certyfikowane Organizacje Sprawiedliwego Handlu skupione w World Fair Trade Organization:

Fairtrade jest największym niezależnym systemem certyfikacji produktów Sprawiedliwego Handlu. W systemie Fairtrade działa już około 1,9 miliona drobnych rolników, pracowników najemnych i rzemieślników z ponad 70 krajów Afryki, Ameryki Łacińskiej, Karaibów, Azji i Oceanii, zrzeszonych w około 1880 organizacji producentów. Na świecie jest ponad 35 tysięcy certyfikowanych produktów Fairtrade, dostępnych w sklepach i restauracjach w ponad 125 krajach. Znakiem Fairtrade mogą być oznaczane produkty wytworzone zgodnie ze standardami Fairtrade. Standardy regulują trzy obszary zrównoważonej produkcji: ekonomiczny, środowiskowy i społeczny.
Korzyści dla rolników i pracowników w systemie Fairtrade:
Gwarantowana cena minimalna – chroni producentów na wypadek nagłych spadków cen na rynkach światowych. Jest to niezwykle pomocne w planowaniu domowych budżetów i rozwijaniu produkcji. W przypadku gdy cena rynkowa jest wyższa od gwarantowanej ceny minimalnej, producenci otrzymują za swe plony cenę rynkową.
Premia Fairtrade – dodatkowe środki wypłacane oprócz ceny skupu. Decyzje o jej przeznaczeniu podejmowane są wspólnie w drodze głosowania podczas Walnych Zgromadzeń spółdzielni lub związków pracowników plantacji. Środki z premii mogą służyć do sfinansowania budowy szkół, ośrodków zdrowia czy dostępu do wody pitnej. Jednocześnie producenci inwestują premię w modernizację produkcji, żeby podnosić wydajność i jakość plonów.
Zaliczki i stabilne, długofalowe kontrakty – pozwalają lepiej zarządzać domowym budżetem i inwestować w rozwój gospodarstw.
Ochrona środowiska lokalnego – dbałość o lokalne środowisko naturalne jest niezbędna, aby producenci Fairtrade mogli żyć i pracować w odpowiednich warunkach. Dlatego standardy Fairtrade regulują takie kwestie, jak właściwe używanie wody, gospodarowanie odpadami, stosowanie bezpiecznych środków ochrony roślin i zachowanie bioróżnorodności.
Przestrzeganie praw człowieka i praw pracowniczych – standardy Fairtrade bezwzględnie zakazują wszelkich form dyskryminacji, np. ze względu na płeć, pochodzenie czy wyznawaną religię, pracy niewolniczej i przymusowej pracy dzieci. Pracownicy najemni mają prawo tworzyć demokratyczne związki zawodowe. Oprócz zakazów Fairtrade prowadzi szereg programów mających na celu ochronę najsłabszych grup społecznych i edukację w zakresie praw.
Współdecydowanie o rozwoju Fairtrade – 50% głosów na Walnym Zgromadzeniu Fairtrade International należy do przedstawicieli sieci producentów. Dzięki temu mają oni realny wpływ na to, w jakim kierunku rozwija się organizacja.
Szkolenia – umożliwiają i przyspieszają rozwój gospodarstw i całych lokalnych społeczności. Szkolenia obejmują nie tylko poprawę wydajności i jakości produkcji, ale również zarządzanie organizacją, zdobywanie nowych umiejętności itd.
Fairtrade oferuje kilka znaków certyfikacyjnych. Są to m.in.:
Znak FAIRTRADE na czarnym tle umieszczany jest na produktach jednoskładnikowych (np. banany, kawa, orzechy nerkowca itp.), które mają certyfikat Fairtrade i są fizycznie identyfikowalne.
Znak FAIRTRADE ze strzałką umieszczany na produktach wieloskładnikowych, takich jak tabliczka czekolady czy płatki śniadaniowe. Wszystkie składniki dostępne na zasadach Fairtrade muszą być pozyskane na zasadach Fairtrade. Zdanie „Wszystkie składniki dostępne na zasadach Fairtrade” odnosi się do tego, że nie wszystkie surowce mają opracowane standardy Fairtrade. Np. mleko stosowane często do produkcji czekolady nie występuje w systemie Fairtrade (wyjaśnienie powodów tej sytuacji przekraczało by ramy tego tekstu). Natomiast jeśli dany składnik (np. kakao, cukier i wanilia) występuje w systemie Fairtrade to musi być zastosowany.
Znak ten wykorzystywany jest również na produktach jednoskładnikowych pozyskanych zgodnie z zasadami bilansu masy. Jest to możliwe tylko w przypadku kakao, cukru, soku owocowego i herbaty. Wprowadzenie tej zasady wynika z tego, że łańcuchy dostaw tych produktów (począwszy od lokalnych systemów skupu) uniemożliwiają fizyczne rozdzielenie surowców certyfikowanych i niecertyfikowanych, a więc ich fizyczną identyfikowalność. Oznacza to, że wprowadzenie do skupu np. 10% masy surowca certyfikowanego pozwala by „na wyjściu” 10% masy produktów uzyskało znak FAIRTRADE (ze strzałką) i z informacją, że surowieć został WPROWADZONY na zasadach Fairtrade tj. przy ich uprawie i skupie był przestrzegane standardy Fairtrade. Wskazana wartość procentowa nie może zostać zwiększona, tj. nie następuje „rozcieńczanie” surowca certyfikowanego surowcem niecertyfikowanym. Bezwzględne stosowanie fizycznej identyfikowalności bez oglądania się na warunki lokalne oznaczało by odcięcie rolników od korzyści z udziału w systemie Fairtrade. Oczywiście nie można takiej stosować w przypadku produktów ekologicznych – klient musi mieć pewność, że spożywany przezeń produkt powstał z surowców ekologicznych. Zasada bilansu masy jest stosowana także w innych systemach certyfikacyjnych, np. w przypadku drewna. Pomocna może być analogia związana z decyzją kupowania „zielonej energii”, choć oczywiście nie ma możliwości podpięcia się pod osobną sieć energetyczną, doprowadzającą prąd tylko z wiatraków i fotowoltaiki. Jednakże wybierając „zieloną energię”, płacimy właśnie za energię z wiatraków i fotowoltaiki a nie z elektrowni węglowych.
Znak Fairtrade na białym tle stosowany na produktach wieloskładnikowych, w których tylko wybrane składniki zostały pozyskane na zasadach Fairtrade. Aby móc stosować znak Fairtrade Sourced Ingredient, 100% wybranego składnika Fairtrade w produktach złożonych, liniach lub kategoriach produktów złożonych musi być pozyskane na zasadach Fairtrade. Niestety wymóg zastosowania np. w czekoladzie wyłącznie składników Fairtrade (np. kakao, cukier i wanilia) często bywa barierą dla firm, co zmniejszało popyt na surowce Fairtrade. Wprowadzenie tego znaku pozwoliło rolnikom uprawiającym np. kakao znacznie zwiększyć sprzedaż surowca.
Przechodząc bezpośrednio do omawianego tekstu.
Autor zadaje pytanie /…/ Tylko dlaczego pracowniczki zbierające kakao nie wiedzą, jak smakuje czekolada? Dlaczego ich na nią nie stać? /…/ Trudno na nie odpowiedzieć, gdyż nie wiadomo czy ono odnosi się konkretnie do Fairtrade czy nie. Oglądałem kiedyś film, w którym osoby uprawiające kakao były pytane do czego ono służy i okazywało się, że nigdy nie jadły czekolady i niewiele wiedzą o jej istnieniu. Pytanie, czy gdyby tę wiedzę miały, to by kupowały czekoladę, czy była by ona dostępna w ich miejscach zamieszkania, czy było by je na nią stać itd. Nie były to osoby uprawiające kakao z certyfikatem Fairtrade, jednak nie można wykluczyć, że i w spółdzielniach Fairtrade mogą się takie rzeczy zdarzyć. Trzeba sobie zdać sprawę, że poziom nierówności na świecie jest wciąż ogromny i mimo starań m.in. Fairtrade, ludzie w krajach Południa mają wciąż wiele pilniejszych potrzeb niż kupno czekolady.
Dalej Autor wspomina o /…/ duńskiej powieści „Maks Havelaar” /…/ Faktycznie jest to jednak powieść holenderska (ang. Dutch), a jej oryginalny tytuł „Max Havelaar” dał nazwę pierwszemu certyfikatowi Fairtrade, która jest wciąż używana w niektórych krajach:
Kolejne stwierdzenia Autora: /…/ żeby przeciętny konsument miał szansę zetknąć się ze sprawiedliwymi produktami, trzeba było wprowadzić je do zwykłych sklepów /…/ wymaga sprostowania. Otóż w Fairtrade nie to jest najważniejsze by konsument miał szansę zetknąć się ze „sprawiedliwymi produktami”, lecz by rolnik mógł w godziwych warunkach surowce wyprodukować i sprzedać za godziwym wynagrodzeniem, aby się utrzymać. Dlatego produkty te zaczęły trafić do masowego obiegu. Pojedyncze sklepy świata (world shops), prowadzone nierzadko przez entuzjastów i wolontariuszy i czynne w ograniczonym zakresie, absolutnie tego nie mogły zapewnić, zaś stworzenie alternatywnych kanałów masowej dystrybucji przekraczało możliwości ruchu.
Kolejne stwierdzenie Autora, które zawiera nieporozumienie to: /…/ Początkowo w ramach sprawiedliwego handlu importowano głównie rękodzieło, ale rynek szybko się nasycił /…/ bo trudno twierdzić by rynek ręcznie robionych szali, figurek, makatek itd. nasycił się produktami Sprawiedliwego Handlu. Na pewno nie są to jednak produkty, które dają utrzymanie rzeszom producentów. Nie są one masowo też kupowane. Dlatego faktycznie Fairtrade skupia się na produktach rolnych (spożywczych i bawełnie), uprawianych przez miliony ludzi od pokoleń.
Autor pisze: /…/ prywatna komercyjna spółka FLOCERT /…/ – weryfikacją spełniania standardów Fairtrade zajmuje się niezależna jednostka certyfikacyjna. Jest ona prywatna, czyli nie należy do rządu, samorządu, nie jest spółdzielnią itd. Jest komercyjna tj. osiąga zyski, ale przeznacza je na rozwój systemu Fairtrade.
/…/ Dwie inne największe organizacje certyfikujące to UTZ oraz Rainforest Alliance /…/ – na początku tekstu ujednoliciłem i wyjaśniłem terminologię, dodam jednak, że UTZ oraz Rainforest Alliance nie należą do ruchu Sprawiedliwego Handlu. Niemniej ważne: nie zajmujemy się oceną czy działania innych organizacji „są fair czy nie”, wręcz z radością witamy każdą inicjatywę wspierającą zrównoważony rozwój i poprawę losu rolników.
Dalej Autor pisze: /…/ Jednostki certyfikujące powinny stać na straży przestrzegania tych ideałów, ale w praktyce stały się wielkim, biurokratycznym pośrednikiem, a producenci często skarżą się, że nie stać ich na drogi proces certyfikacji i regularne audyty. /…/ O ile z pierwszym zdaniem trudno się spierać i jednostki certyfikujące faktycznie stoją na straży przestrzegania zasad, to już dalsza część wypowiedzi jest ogólnikiem, a z ogólnikami trudno dyskutować. Zastanawiam się jednak: pośrednikiem między kim a kim? Z jednej strony jest producent (rolnik) a z drugiej nabywca (konsument). Jednostka certyfikująca NIE pośredniczy w handlu między nimi. Certyfikuje producenta oraz firmy importujące i przetwarzające surowce i pozostaje wobec nich niezależna. Certyfikacja, aby była rzetelna, wymaga audytów czyli pracy. Nie da się ukryć, że jest to koszt i że wiąże się z pewnymi „biurokratycznymi” obowiązkami raportowania.
Zupełnie nietrafione jest zdanie /…/ Przecież normy certyfikacji ustalane są w Europie, a producenci mają się tylko podporządkować. /…/ Owszem, siedziba Fairtrade International znajduje się Europie, jednak system Fairtrade składa się z 3 kontynentalnych organizacji reprezentujących rolników z krajów Południa (Ameryka Łacińska + Karaiby, Afryka + Bliski Wschód, Południowa Azja + Oceania), które mają 50% głosów w ciałach decyzyjnych Fairtrade (pozostałe 50% należy do organizacji z krajów Północy zajmujących się propagowaniem Fairtrade). Przedstawiciele organizacji rolników z krajów Południa zasiadają również we wszelkich grupach roboczych i ciałach decyzyjnych Fairtrade. Od kilku lat to osoby z Południa pełnią funkcję Global CEO Fairtrade International. Natomiast FLOCERT posiada swe biura zarówno w Europie i Am. Północnej jak i w Ameryce Środkowej, RPA i Indiach.
/…/ gwarantuje producentom cenę minimalną i stabilniejszy zbyt niż rynkowe wahania /…/ – Fairtrade ustanawia tzw. cenę minimalną (minimalna cena gwarantowana), poniżej której nabycie surowca wyklucza możliwość oznaczenia go jako Fairtrade. Jest to więc gwarancja stabilniejszej ceny zbytu a nie stabilniejszego zbytu. Faktycznie, tak jak pisze Autor nie ma /…/ gwarancji, że całość certyfikowanej produkcji uda się sprzedać jako Fairtrade, bo nie ma wystarczającego popytu. /…/ Tak, to konsumenci decydujemy, czy rolnicy sprzedają surowce na warunkach Fairtrade. Rolnicy z pewnością są tym zainteresowani (bardziej niż tym, czy ich produkty są sprzedawane w hipermarketach, czy w Sklepach świata i kooperatywach spożywczych). Prawdopodobnie tego problemu dotyczą wspomniane przez Autora „doniesienia”, że /…/ niekiedy producentom wręcz opłaca się sprzedawać najlepszej jakości produkt bez certyfikacji, bo na logo Fairtrade jest mniejszy zbyt. /…/ Organizacje Fairtrade zajmują się propagowaniem znaku certyfikacyjnego, a nie sprzedażą oznaczonych nim produktów. Nie dają też gwarancji zbytu. O ile wiem, inne systemy certyfikacji też tego nie gwarantują. Znane mi są przypadki, gdy produkty ekologiczne sprzedawane były w cenie produktów konwencjonalnych, z którymi bywają zmieszane. Czy można za to winić organizacje ustanawiające standardy czy weryfikujące przestrzeganie tych standardów? To konsumenci są siłą napędową popytu.
/…/ Żeby certyfikowanie się opłacało, gospodarstwa muszą zrzeszać się w duże spółdzielnie (co samo w sobie jest z wielu względów bardzo korzystną praktyką dla rolników), te z kolei decydują, na co zostaną przeznaczone premie (Fairtrade Premium) /…/ – Fairtrade nie certyfikuje indywidualnych rolników lecz spółdzielnie (ale nie koniecznie duże!) nie dlatego, że ci pierwsi nie byliby w stanie zapłacić za certyfikację, lecz dlatego że nie byliby w stanie sprostać warunkom handlu międzynarodowego. Zrzeszając się w spółdzielnie, rolnicy mają szanse uzyskać efekt ekonomii skali, np. dzięki premii Fairtrade wspólnie uzyskują środku na szkolenia, podnoszenie jakości, przestawianie produkcji na ekologiczną, dywersyfikację upraw (czy to na eksport czy na własny użytek) czy w ogóle dywersyfikacji działalności (np. przyjmowanie turystów), tworzenie wartości dodanej np. przez rozpoczęcie przetwórstwa, aby wyjść ze schematu surowcowego, o którym wspomina Autor. Można twierdzić, że to spółdzielnie decydują, na co zostaną przeznaczane są premie, jednak są to przecież oddolnie zorganizowane kooperatywy, więc de facto decydują sami rolnicy. Oczywiście czasem robią to lepiej a czasem gorzej, jednak demokracja w podejmowaniu decyzji stanowi integralny element certyfikacji Fairtrade.
Autor wyraża opinię, że /…/ z reguły niewiele z wysokiej ceny certyfikowanych produktów trafia bezpośrednio do rolników /…/ – znów: trudno się odnieść do takich „reguł”. Przede wszystkim, warto pamiętać, że mitem są wysokie ceny certyfikowanych produktów – dzięki wprowadzeniu produktów Fairtrade do sieci handlowych nie są one już oferowane wyłącznie jako produkty premium – stały się dostępne dla przeciętnych konsumentów, o czym dobitnie świadczą gwałtownie rosnące wyniki sprzedaży. Należy jednak pamiętać, że na cenę produktów (nie tylko certyfikowanych) wpływa wiele czynników, nie tylko cena, którą otrzymuje rolnik: przechowywanie, transport, przetwórstwo, podatki, marże, marketing itd. itp. Nie wszystkie elementy da się wyeliminować (podatki) i nie zawsze trzeba. Część czynników wpływających na cenę to wartość dodana, którą z różnych powodów rolnik (czy szerzej: kraj producencki) nie zawsze zapewnia, przynajmniej obecnie. Autor pisze o direct trade i o krótkich łańcuchach dostaw. Jednak łańcuchy dostaw powinny być optymalne. Eliminacja pośredników nie zawsze jest łatwa ani celowa. O ile można przywieźć „w plecaku” pewną ilość kawy, wypalić i sprzedać w sympatycznej kooperatywie spożywczej, to już podobna skala w przypadku np. bananów może nie mieć sensu. Nawet jeśli się ono technicznie uda, to może mocno zawyżyć cenę (nie zadziała ekonomii skali). Nawet jeśli uda się znaleźć grupę majętnych nabywców, to pomyślmy jeszcze o tym ilu rolników obejmiemy takim systemem wsparcia. I choć Fairtrade to wciąż mały % rynku światowego, to już może się pochwalić sporym wpływem na poprawę warunków życia rolników, dzięki którym możemy ze spokojniejszym sumieniem za wciąż rozsądną cenę nabywać produkty, które od pokoleń „wrosły” w globalną gospodarkę i w styl życia mieszkańców Północy: kawa, herbata, kakao i jego pochodne, owoce tropikalne czy bawełniane tekstylia itd.
/…/ Przetwórstwo, dystrybucja i ustalanie zasad certyfikacji nadal są po stronie dużych organizacji na Globalnej Północy. Skupiając się na produktach nieprzetworzonych, bez dużej wartości dodanej, fair trade utrzymuje kolonialną logikę zarabiania na biedniejszych krajach, której krzywdy certyfikacja ma przecież łagodzić /…/ – jak wspomniałem, w Fairtrade i we Flocert głos globalnego Południa jest bardzo ważny. Natomiast jeśli chodzi o przetwórstwo i dystrybucje, to faktycznie marki z krajów Południa nie są jeszcze zbyt widoczne, choć są już jaskółki i to nie koniecznie pierwsze (przywołany przez Autora zarzut brzmi więc trochę nieświeżo). A dlaczego to tylko jaskółki? Znów: powodów jest wiele. Jednym z nich są przyzwyczajenia konsumenckie. Wprowadzenie nowej marki nie jest łatwe. Nie wszystkie spółdzielnie Fairtrade chcą i potrafią się tego podjąć. Te, które się tego podejmują mają do dyspozycji wsparcie Fairtrade, np. mogą wykorzystać otrzymaną premię Fairtrade, aby podnieść swoje kwalifikacje. Nie bez znaczenia jest również możliwość skorzystanie z doświadczeń i wsparcia innych organizacji Fairtrade.
Warto w tym miejscu przywołać ciekawy fakt, że znacząca część tekstyliów z bawełny Fairtrade szyta jest na Południu, np. w Indiach, podczas gdy polscy (ale nie tylko) klienci pytają firmy mające certyfikat Fairtrade „dlaczego nie zlecacie szycia u nas?”. Takie podejście, choć ma swoje uzasadnienia (ale to temat na inny artykuł) też nie ułatwia wyjścia ze schematu handlu surowcami.
/…/ Zależnie od systemu certyfikacji, żeby umieścić logo na produkcie, dystrybutor musi udokumentować sprawiedliwe pochodzenie tylko części składników (chociażby dlatego, że nie wszystkie składniki są dostępne z certyfikatem). Duże koncerny, takie jak Nestle czy Starbucks, z reguły zapewniają zaledwie 20 procent – absolutne minimum, żeby oficjalnie nazwać produkt „sprawiedliwym” /…/ – tu znów nie wiadomo do czego konkretnie Autor się odnosi, o jakim systemie pisze. Jak wspomniałem na wstępie, w systemie Fairtrade nie ma opisanej wyżej zasady. Nie wolno „rozcieńczać” surowców certyfikowanych niecertyfikowanymi. Inna sprawa jaki procent produktów danej marki posiada certyfikat. Tu znów: presja konsumentów to jeden z czynników, które mogą przynieść pozytywne zmiany w tym zakresie.
„Pakt z diabłem” to długi fragment, który w zasadzie nie odnosi się do naszego ruchu. Opisuje niesprawiedliwości handlu światowego winiąc za to m.in. hipermarkety, w których to odbywa się większość sprzedaży produktów Fairtrade. Jednak podobne zarzuty można odnieść do sprzedawania w hipermarketach, które przyczyniają się do cierpień zwierząt, produktów vege. I podobnie: ws. sprzedawania tam produktów ekologicznych, zdrowotnych, slow, lokalnych, tradycyjnych, less waste itd. itp. Jednak większość społeczeństwa kupuje w hipermarketach. Tam jest największy obrót kawy, herbaty, bananów itd. Można pogodzić się z tym faktem i próbować wpływać na reguły TEGO handlu, godząc się jednocześnie z faktem, że jest to powolny, ewolucyjny proces. Można też skupić się na zmianach holistycznych, radykalnych, choć ograniczonych (na razie?) do węższego grona odbiorców (co można by określić właśnie „niewielkim plastrem na pocieszenie”). Można też pozostać w strefie komfortu i snuć wizje idealnego społeczeństwa i idealnej gospodarki. Rzecz w tym, że Autor nawet nie przedstawił takiej alternatywnej wizji, lepszej od tego jak DZIAŁA Fairtrade, poprzestając na ogólnikowym wytykaniu jego prawdziwych i nieprawdziwych niedoskonałości.
/…/ certyfikaty dotyczą głównie kilku wybranych surowców: kakao, bananów czy herbaty /…/ – to nieporozumienie. Tych surowców jest już kilkadziesiąt i lista stale rośnie. O ile pamiętam można by znaleźć nawet zieleninę, taką jak na zdjęciu obok tytułu. Natomiast druga ilustracja (przedstawiająca człowieka z torbą z dużym znakiem recyklingu) niezbyt pasuje do artykułu, bo może sugerować jakiś szczególny związek między Fairtrade a np. nurtem less waste. Choć oczywiście kwestie środowiska, w tym gospodarka obiegu zamkniętego, klimat itd. są dla nas ważne, to się na nich nie koncentrujemy, gdyż nie da się robić wszystkiego na raz. Stawienie zbyt wysokich wymagań nie musi sprzyjać postępowi.
/…/ Skoro więc certyfikacja Fairtrade nie jest ściśle związana z jakością produktów i ekologicznym sposobem uprawy, to nie jest prawdopodobnie brana pod uwagę, kiedy motywacją jest troska o własne zdrowie czy jakość spożywanych produktów. Ostatecznie chętniej dopłacimy do ceny produktu, jeżeli w grę wchodzi zdrowie nasze i naszych bliskich, niż kiedy chodzi o ludzi odległych o tysiące kilometrów /…/ – jak wspomniałem kwestie ochrony środowiska są istotną częścią kryteriów Fairtrade, choć należy jasno podkreślić, że punktem wyjścia jest tu prawo rolnika do zdrowego środowiska, takiego w którym on i jego potomkowie będą mogli żyć i pracować. Ponadto premia Fairtrade może zostać wykorzystania na dalsze działania proekologiczne (np. w zakresie recyklingu opakowań czy ochrony lokalnych siedlisk dzikich zwierząt), a nawet na dobrowolne przestawienie się na produkcję ekologiczną.
Po uzyskaniu certyfikatu rolnictwa ekologicznego spółdzielnia uzyskuje wyższą cenę minimalną. Skutkiem tego około połowy produktów Fairtrade ma dodatkowo certyfikat rolnictwa ekologicznego. Niemniej zrozumiała jest troska Autora, że prawa pracowników, ludzi oddalonych od konsumentów o tysiące kilometrów, mogą być mniejszą motywacją niż troska o zdrowie własne i rodziny. Bliższa koszula ciału. Mam jednak wrażenie, iż z tego faktu Autor wyciąga wniosek, że zamiast skupiać się na promowaniu odpowiedzialnej konsumpcji (np. Fairtrade) należy zająć się zmianami systemowymi. Kto jednak ma się tym zająć? Kto poprze takie zmiany (czy to w formie oddolnego aktywizmu czy na wyborach)? Czy Kowalski, który jako konsument niezbyt troszczy się o prawa pracowników, podejmie/poprze działania jako obywatel a nawet aktywista? Wątpię, choć chciałbym się mylić. Sądzę jednak, że prędzej Kowalski kupi (nawet nieświadomie) w swym ulubionym hipermarkecie produkt Fairtrade (zwłaszcza jeśli będzie on łatwo dostępny, dobry, tani) niż podejmie się działań (albo choćby je poprze), które spowodują, że certyfikaty przestaną być potrzebne, bo bycie fair stanie się dla firm obowiązkiem a nie wyróżnikiem.
/…/ O ile logo FT zawiera w sobie nominalnie obietnicę dobrego traktowania pracujących przy produkcji, to wiele innych czynników pozostaje dla konsumenta niewiadomą /…/ – znów: trudno się odnieść do tak enigmatycznej wypowiedzi. Nie rozjaśnia tego dalsza część wypowiedzi.
Chciałbym się odnieść do: /… / Inną sprawą jest popularność egzotycznych produktów. Banany, kakao i kawa zostały tak zintegrowane z zachodnią kulturą, że trudno jest sobie nawet wyobrazić sklep spożywczy bez bogatego wyboru czekolad, a kawa w papierowym kubku stała się czymś w rodzaju atrybutu miejskości i pracowitości. Podobnie jak okazjonalne loty samolotem, importowane produkty na dobre zagościły w menu szanujących się mieszczan /… / – jednak trudno zrozumieć, gdzie tu jest zarzut czy propozycja zmiany, którą dało by się potraktować serio. Kawa i kakao są z nami od pokoleń. W międzykontynentalny handel herbatą czy tzw. przyprawami korzennymi zostaliśmy „wmanewrowani” (używając określenia autora) jeszcze przed epoką wielkich odkryć geograficznych Europejczyków.
Oczywiście możemy sobie wyobrazić nasze życie bez tych produktów i wzmacniać lokalne rynki (kawa z prażonych pestek derenia naprawdę daje radę, a do tego ma alternatywy takie jak kawa z żołędzi, cykorii i orkiszu; herbatki ziołowe naprawdę bywają super, jest też pieprz ziołowy itd. itp.). Tylko, że to jest zmiana naszego życia. A co z życiem milionów rodzin utrzymujących się z produkcji Coffea L., Camellia sinensis, Saccharum officinarum L. itd.? Oczywiście ci ludzie też mogą wzmacniać swoje lokalne rynki: zastąpić cash crops zróżnicowanymi uprawami roślin zapewniającymi im zdrowe wyżywienie. Część pól będą musieli przeznaczyć pod budowę fabryk leków, maszyn rolniczych, komputerów itd., bo produkując żywność wyłącznie na własnej potrzeby nie będą mieli pieniędzy by te dobra nabywać. A teraz serio: większa samowystarczalność jest nam wszystkim potrzebna. Być może nawet zmiany te zostaną wymuszone przez kolejne kryzysy. Jednak współpraca międzynarodowa to nie tylko wady. Nawet jeśli się to neguje, to trudno oczekiwać by wszyscy zechcieli przestawić się na autarkię.
Autor twierdzi, że /…/ podejmowanie drobnych, etycznych decyzji zakupowych przy jednoczesnym ignorowaniu strukturalnych powodów destrukcyjnych modeli biznesowych nie zmieni świata na lepsze. Na pierwszy rzut oka świadomy konsumpcjonizm jest moralnie słusznym, odważnym ruchem, ale w rzeczywistości odbiera nam sprawczość. Drenuje nasze konta bankowe i odwraca uwagę od prawdziwych mechanizmów władzy. /…/ Fairtrade /…/ sam w sobie niewiele robi, żeby je rozwiązać. Nie podważa istoty systemu /…/. Oczywiście z pokorą przyjmujemy opinię Autora, że robimy niewiele. Być może jednak Autor nie ma świadomości, że Fairtrade to nie tylko certyfikat nadawany produktom spełniającym określone kryteria. Organizacje Fairtrade prowadzą i wspierają (np. poprzez Fair Trade Advocacy Office w Brukseli) rozliczne działania rzecznicze na rzecz zmian ustawodawczych obejmujących to, czego wymagają kryteria certyfikacyjne! Można by sądzić, że jest o podcinanie gałęzi, na której się siedzi. Sądzimy jednak, że mimo zwiększania się wymogów prawnych jest miejsce na certyfikaty, które wymagają od biznesu więcej niż prawo, które dają producentom i konsumentom więcej niż daje prawo.
Jeszcze raz dziękuję Autorowi i Redakcji za możliwość refleksji nt. naszych działań.
Z poważaniem
Andrzej Żwawa, CEO Fairtrade Polska
Społeczeństwo nie istnieje, „there’s no such thing as society” – powiedziała Margaret Thatcher w wywiadzie 35 lat temu. To nieprawda. Jest odwrotnie. Nie istnieje coś takiego jak jednostka.
To stwierdzenie przewija się ostatnio w naszych rozmowach z polską socjolożką, profesor Anną Gizą. Nie znaczy to, że negujemy istnienie odrębnej ludzkiej istoty, ani że nie wierzymy w jednostkową świadomość, w rozwój, w bycie sobą (choć wierzymy raczej w stawanie się sobą). Wręcz przeciwnie – uważamy, że wszystko to jest ważne i kluczowe dla rozumienia kondycji ludzkiej. Jednak potrzebny jest szerszy kontekst. Jednostki ludzkie wyrwane z kontekstu tracą istotną właściwość – wspólny sens, więzi i większą całość, której częściami są. Gdy próbuje się tak „wytrząsnąć” jednostki z większych całości: społeczeństwa, społeczności, wspólnoty, z żywego systemu – stają się, jak mówi profesor Giza, martwym agregatem.
Wspólne stawanie się sobą
Człowiek jest istotą społeczną. Nawet nasz mózg ostatecznie formuje się w środowisku społecznym, po narodzeniu. Społeczeństwa, które tworzymy, są oczywiście niedoskonałe i obarczone problemami – etycznymi, politycznymi, międzyludzkimi. Ale to żywe systemy, których nie można poszatkować i zracjonalizować – ani tym bardziej zoptymalizować. Owa osławiona optymalizacja, na której często opierają się współczesne projekty modernizacyjne, tak naprawdę jest wiwisekcją. Można natomiast wspólnie się uczyć, rozwijać, dojrzewać. Nawet trzeba – system, który się nie rozwija, toczą różne pasożyty, a w końcu umiera. Taki jest często los współczesnych projektów konserwatywnych.
Jednostka, indywiduum, to raczej część czegoś większego niż samodzielny byt. Nie w sensie bezsilnego trybika w totalitarnej machinie czy robotnika w kołchozie. Jest częścią żywych procesów społecznych. Jednym z nich jest indywiduacja – stawanie się sobą, osobą jednokrotną, niepowtarzalną, zgodną z własnym przeznaczeniem i życiową misją. Zygmunt Bauman powiedział, że geniusz to właśnie ktoś jednokrotny, jedyny w swoim rodzaju. Wszystkie i wszyscy nosimy w plecaku flakonik pełen geniuszu.
Francuski filozof Gilbert Simondon pisał, że indywiduacja to niekończący się proces, w którym osoba prowadzi mediację między dwoma odmiennymi porządkami systemowymi. Innymi słowy, osoba buduje więzi między różnymi „pozycjami”, czyli dyskursami w systemach społecznych. Nie chodzi tu więc o zasady, reguły, cechy – lecz o procesy. W takim ujęciu poszczególne istoty ludzkie, działające w świecie, są pojedynczymi elementami większych procesów indywiduacji. Filozof nazywa to zjawisko współindywiduacją. Zachodzi ona między jednostką a środowiskiem. Uczy się ono, dojrzewa, rozwija i powstaje w tym samym czasie, w którym jednostka zmierza ku własnej wyjątkowości.
Inny francuski filozof, przedstawiciel społecznego podejścia systemowego, Bernard Stiegler, powiedział w 2010 roku: „Proces unifikacji «My» to identyfikacja, organizacja i unifikacja różnych elementów przeszłości wspólnoty, rzutujących na jej przyszłość”. Innymi słowy, jest to proces, poprzez który jednostki tworzą własne indywidualne tożsamości i wytyczają dla nich cele w odniesieniu do wspólnych tożsamości zbiorowych. Posłużę się własnym przykładem: co najmniej od późnej podstawówki grawitowałam ku poglądom, które dziś określiłabym jako demokratycznie lewicowe, ale spotkania z różnymi osobami i środowiskami sprawiły, że mój światopogląd krystalizował się, kształtował, dojrzewał. Nie jest etykietką, którą przykleiłam sobie w jakimś momencie, ale całą moją życiową drogą – i cały czas jest w trakcie ewolucji. Wpłynęły nań więzi z lewicowymi myślicielami, koleżankami i kolegami. Ale też, na przykład, do Unii Pracy we wczesnych latach 90. zapisałam się w reakcji na poglądy liberalne i konserwatywne, coraz głośniej wypowiadane przez osoby w moim otoczeniu pracowym i prywatnym. Nadal lubię rozmawiać z konserwatystami i liberałami. Nie stałam się przez to bardziej prawicowa, lecz mój światopogląd lewicowy rozwija się i dojrzewa. Potrzebujemy zarówno tego, co podobne, jak i tego, co inne, by dojrzewać do świadomości tego, kim jesteśmy. Nie musimy bać się rozmawiać z Innym, jak przekonuje amerykański franciszkanin i teolog Richard Rohr. Nie zarazimy się odeń innością. Przeciwnie: niesłuchanie, nierozmawianie i agresywne odrzucenie mogą spowodować przejęcie niektórych cech innego – tych najgorszych, bo dzieje się to bez udziału świadomości.
Bernard Stiegler mówi, że te dwa procesy indywiduacji – jednostkowy i społeczny – są dwoma aspektami rzeczywistości, które można dostrzec, gdy przyglądamy się im oddzielnie, ale by zrozumieć ich sens, należy je zestawić razem. To dwie strony tej samej monety; jedna nie może istnieć bez drugiej. Indywidualna psychika jest u swych źródeł psychospołeczna – to, co społeczne, nie jest zbiorem już ukonstytuowanych jednostek ani nie jest prostym wytworem ich działania. To tak, jakby każda i każdy z nas był drzewem w lesie. Tworzymy las razem i osobno. Jeśli ktoś wywiera zbyt wielki wpływ na środowisko, to pewnie należy do gatunków inwazyjnych.
Jak zabić i jak ożywić społeczeństwo
Brytyjski profesor zarządzania Martin Parker podkreśla ogromne znaczenie różnorodności społecznej. Jest ona równie ważna jak bioróżnorodność. To ona umożliwia regenerację, jest warunkiem bifurkacji, o której pisałam we wcześniejszym felietonie. Taką socjologiczną bioróżnorodność zabija zarówno totalitarne ujednolicenie, jak i neoliberalna fragmentaryzacja, indywidualna konkurencja i merytokracja (pierwotnie opisana jako dystopia, nie bez powodu – pisałam o tym w wcześniejszym felietonie). W naszym kraju przerabialiśmy obie wersje celowego uśmiercania żywych społecznych systemów.
Czy to znaczy, że nie ma nadziei? Jak tchnąć życie w martwy system społeczny? Z systemowego punktu widzenia – to możliwe, choć niełatwe. Należałoby zacząć odbudowywać więzi. Nie powinien to jednak być cel sam w sobie – bo w ten sposób nie da się tego zrobić; powinno to się dziać „przy okazji” rozmów o różnych ważnych dla nas sprawach. Richard Rohr podkreśla, że społeczności tworzą się właśnie „przy okazji”. Okazją mogą być poważne problemy, z jakimi się zmagamy: pandemia, katastrofa klimatyczna, coraz bardziej alarmujący stan środowiska naturalnego, wojna w Ukrainie i agresja putinowskich oligarchów. Jednak zamiast rozmawiać, okopujemy się coraz bardziej na ustalonych pozycjach i utrwalamy bąble (bardzo mi się podoba ta propozycja tłumaczenia „bubble” przez Annę Gizę zamiast bardziej rozpowszechnionej „bańki”), w których mamy poczucie bezpieczeństwa i wyższości moralnej. Nie próbujemy zrozumieć innych bąbli – obecnie grozi to środowiskowym linczem (znanym jako inba lub gównoburza). Tymczasem nasza zdolność do regeneracji zależy od tego, czy uda nam się te sztuczne i martwe podziały pokonać, czy nie.
Niszczymy nasze zdolności do prowadzenia takich rozmów, zrywając delikatne ludzkich więzi w imię projektów i przekonań, dla podbudowania poczucia własnej słuszności, dla różnych racji, po to, by budować władzę i własność. To moment, gdy rozmowa przekształca się w agresję i wyzwiska, przestaje być więzią i zaczyna być zabójstwem – tej większej żywej wspólnoty, której jesteśmy częściami. A bąbel nie jest społecznością, nie jest żywym systemem, lecz agregatem kont w mediach społecznościowych.
Francuska filozofka Chantal Jaquet dowodzi, że wyjście z tego klinczu jest możliwe, jeśli zaczniemy aktywnie (poza mediami społecznościowymi, w przestrzeni fizycznej), odzyskać to, co i tak leży odłogiem i nie jest przez obecny neoliberalny system traktowane jako czyjaś „święta własność”, ani w ogóle żaden „byt”, tylko coś poza współczesną mapą społecznej rzeczywistości. Odebranie tych symbolicznych przestrzeni to odpowiednik „odkrycia Ameryki” we współczesnych czasach. Chodzi o to, by odzyskać więzi, które zostały zerwane przez wielkie projekty modernizacji i konserwacji. Chantal Jacquet mówi, że w neoliberalizmie tak zwana demokracja przedstawicielska jest tylko ukrytym feudalizmem, formą samowoli elit, notabli, plutokratów i oligarchów. Możemy zmienić to, rozmawiając ze sobą w przestrzeni fizycznej poza bąblami. Szkoła i uniwersytet grają tu wielką rolę, bo mogą pomóc „wyostrzyć umysły poprzez praktykę wspólnej deliberacji”, proponuje Chantal Jacquet. Wtedy i tylko wtedy uda nam się wypracować niezbędne programy i strategie społeczne. Uda się odpowiedzieć na pytanie, jak dokonać koniecznej redystrybucji bogactwa i zagwarantowania odpowiednich warunków życia. Budując więzi, rewolucyjnie rozmawiając w poprzek martwych bąbli, możemy dać życie społecznościom i rozmowom, które będą zdolne do reprezentowania ludu w jego różnorodności. Które dadzą mu zdolność do definiowania dobra wspólnego i rozwijania zbiorowej inteligencji.
Ostatni list od Ariadne
Przeklęty, kto przetraci dobrze mu życzącą osobę
Dla zysku lub chwały lub z pragnienia tryumfu.
W chwili gdy opuszcza Naksos, staje się
Bogom podobny, jak oni
Pozbawiony sumienia.
Przędziemy nici nawzajem dla siebie.
To nas ogranicza, spowalnia, sprawia, że
Nie możemy być kandydatami na królów.
Kto je zerwie, nie musi zaznawać poznawczego napięcia,
Ale nikt już nigdy na niego nie czeka
na nabrzeżu,
w środku dnia,
bez powodu
(Beziers, 2020)
* Bardzo dziękuję za cenne uwagi do tego tekstu Jaremie Piekutowskiemu!
27 stycznia 2021 roku opublikowano wyrok upolitycznionego Trybunału Konstytucyjnego ws. ustawy antyaborcyjnej z 1993 r. Przepis zezwalający na przerwanie ciąży, gdy badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu, został uznany za niekonstytucyjny. To kolejny krok ograniczający prawo do aborcji w Polsce. Nie oszukujmy się jednak. Nawet przed opublikowaniem tego wyroku fałszywy kompromis w sprawie aborcji nie działał. Dla większości osób w ciąży, w Polsce zabieg nie był dostępny, nawet jeśli zachodziły pozostałe przesłanki przewidziane w ustawie, czyli ciąża była wynikiem czynu zabronionego (np. gwałtu), lub kontynuacja ciąży zagrażała życiu i zdrowiu ciężarnej. To często przemilczane, bardzo bolesne historie, o których boimy się mówić.
Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny uruchomiła specjalny formularz na stronie internetowej #HistorieKobiet – Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, dzięki któremu wiele z tych historii ujrzało światło dzienne. Są to prawdziwe ludzkie dramaty, opowieści o personelu medyczny wprowadzającym w błąd, klauzuli sumienia, bezsilności wobec systemu. W obecnej sytuacji politycznej szansa na szybkie zmiany są bardzo małe. Co możemy zrobić? Możemy okazać sobie wzajemnie solidarność bez oceniania. Dzielić się informacją o organizacjach, które mogą nam pomóc, wspierać je finansowo, aby miały większe możliwości działania, a w końcu po prostu trzymać za rękę wtedy, kiedy ktoś potrzebuje wsparcia przed, w trakcie lub po aborcji.
Różnego rodzaju pomocy udziela m.in. Federacja na rzecz kobiet i planowania rodziny, której zespół Prawny działa od 2008 roku. Prawnicy oraz prawniczki Zespołu udzielają informacji i wsparcia w sytuacji naruszenia prawa do realizacji praw reprodukcyjnych, w szczególności w przypadkach odmowy świadczeń medycznych. Ekspertki (edukatorki seksualne Grupy Ponton, ginekolożka, prawniczka oraz psycholożka), dyżurują od poniedziałku do piątku w godzinach 16:00 – 20:00 pod numerem 22 635 93 92 i odpowiadają na pytania dotyczące praw i zdrowia reprodukcyjnego kobiet. Pierwsza rozmowa w ramach Telefonu Zaufania odbyła się w 1991 roku. Od tego czasu, ekspertki Telefonu Zaufania przeprowadzają ponad 2000 rozmów rocznie.
Podczas ostatnich protestów przeciwko ograniczaniu prawa do aborcji w Polsce wiele osób wyszło na ulicę z transparentem ABORCJA BEZ GRANIC z numerem telefonu +48 22 29 22 597. To wspólna inicjatywa wielu organizacji. Karolina Więckiewicz z Aborcyjnego Dream Teamu zgodziła się opowiedzieć nam o tej inicjatywie i najnowszym projekcie zmiany prawa aborcyjnego w Polsce.
Aleksandra Kołeczek: Aborcyjny Dream Team, Abortion Support Network, Abortion Network Amsterdam, Ciocia Basia, Women Help Women i Kobiety w Sieci. Jak to się stało, że te organizacje zaczęły współpracować w ramach inicjatywy Aborcja bez granic i co było powodem rozpoczęcia tej współpracy?
Karolina Więckiewicz: Wszystkie grupy mają za sobą wiele lat wspólnych działań. Aborcja Bez Granic to inicjatywa, w której to doświadczenie i zaufanie, które do siebie mamy wykorzystujemy, aby osoby, które się do nas zwracają mogły uzyskać informację o wszystkich opcjach, które mają. Kluczowym elementem tej współpracy jest jednak obecność w inicjatywie Abortion Support Network – organizacji charytatywnej, która od kilkunastu lat wspiera finansowo osoby potrzebujące aborcji i podróżujące w tym celu za granicę.
Powodem, dla którego ta inicjatywa powstała, jest potrzeba udzielania tego wsparcia. Nie może być tak, że osoby kontynuują ciążę, której nie chcą lub nie mogą kontynuować tylko dlatego, że nie mają pieniędzy na wyjazd za granicę.
AK: Jakiego rodzaju pomoc oferuje Aborcja bez granic?
KW: Przede wszystkim w jednym miejscu, dzwoniąc pod jeden numer telefonu, uzyskują informacje na temat wszystkich możliwych opcji, które są dostępne w ich sytuacji. Są to informacje o możliwości przeprowadzenia aborcji w domu za pomocą tabletek, o tym, jak one działają, skąd je wziąć, jak bezpiecznie je zażyć, na co uważać, kiedy udać się do lekarza i wszelkie inne informacje potrzebne osobie, która rozważa tę metodę lub się na nią zdecydowała.
Jeśli z jakiegoś powodu osoba nie może lub nie chce samodzielnie przerwać ciąży tabletkami, informowana jest o możliwości wyjazdu do Niemiec, Holandii lub Anglii oraz podawane są jej informacje na temat tego, jak wygląda zabieg w danym kraju w konkretnym tygodniu ciąży. Dostaje też informacje o grupach i organizacjach działających lokalnie, które na miejscu udzielają wsparcia logistycznego i organizacyjnego, zapewniają nocleg, tłumaczenie, towarzyszą w wizycie w klinice. Osoby dostają też informację o tym, że w razie braku środków na wyjazd, mogą uzyskać wsparcie finansowe – Aborcja Bez Granic pokrywa wszystkie koszty związane z podróżą, pobytem w innym kraju oraz zabiegiem.
Od grudnia 2019 roku nie trzeba mieć pieniędzy, aby mieć aborcję w innym kraju.
AK: Podczas ostatnich protestów przeciwko ograniczaniu prawa do aborcji w Polsce wiele osób wyszło na ulicę z transparentem ABORCJA BEZ GRANIC z numerem telefonu +48 22 29 22 597. Czy zauważyłyście zwiększone zainteresowanie uzyskaniem pomocy przy aborcji?
KW: Na pewno zauważyłyśmy zwiększenie liczby telefonów i osób zwracających się do nas o pomoc. Nie oznacza to jednak, że więcej osób potrzebuje aborcji czy wsparcia w aborcji. Oznacza to, że więcej osób dowiedziało się o możliwości uzyskania rzetelnej informacji i wsparcia, którego potrzebują.
AK: Kto do Was dzwoni/pisze? Czy udało się dotrzeć z informacją o Aborcji bez granic również do mniejszych miejscowości i mniej zamożnych osób?
KW: Wiele osób dzwoniło po to, żeby się dowiedzieć, czy rzeczywiście wsparcie będzie udzielane także w sytuacji stwierdzenia nieprawidłowości w rozwoju płodu. Zdecydowana większość osób jednak dzwoniła po to, aby dowiedzieć się w jaki sposób można przerwać ciążę, której się nie chce, najczęściej w pierwszych kilkunastu tygodniach jej trwania. Jest to odzwierciedlenie realnych potrzeb i rzeczywistości aborcyjnej, bo wszystkie badania światowe pokazują, że 97% aborcji to aborcje, które robi się dlatego, że nie można lub nie chce się kontynuować, a 3% to te, które opisane są w ustawie z 1993 roku. Obecnie w Polsce najwięcej osób przerywa ciąże tabletkami w domu.
Jesteśmy przekonane, że dzięki rozpowszechnianiu numeru, udaje się docierać do coraz większej liczby osób i dzwonią osoby z całej Polski oraz tak, zdecydowanie również takie, które w ogóle nie mają pieniędzy na zabieg. Wiedzą bowiem, że to właśnie miejsce, w którym bez względu na swoją sytuację finansową dostaną wsparcie.
Piszą do nas również osoby, które nie są pewne, czy są w ciąży oraz takie, które nie są pewne, czy udało im się ją przerwać. Towarzyszymy czasem od pierwszego momentu, czyli pozytywnego testu ciążowego (lub w ogóle decyzji o tym, żeby ten test zrobić) do momentu, w którym czasem po miesiącu lub dwóch od aborcji, wraca regularny cykl. W międzyczasie osoby zamawiają tabletki, czekają na nie, wybierają moment, w którym je zażyć, robią aborcję i mają często wątpliwości, czy wszystko idzie dobrze, rozważają wizytę w szpitalu lub muszą do niego jechać oraz opisują nam swoje emocje, kiedy wiedzą, że się udało.
AK: Jak można wspomóc Aborcję bez granic?
KW: Finansowe wsparcie jest możliwe poprzez przekazywanie darowizn na Abortion Support Network (https://www.asn.org.uk/donate/) – pieniądze te zostaną przekazane na finansowanie zabiegów i wyjazdów. Można również wpłacać darowizny na rzecz Women Help Women – organizacji, która wspiera w dostępie do tabletek aborcyjnych i dzięki darowiznom może wspierać osoby, które nie mają na nie środków. Można również wspierać bezpośrednio grupy działające w Niemczech i Holandii czyli Ciocię Basię i Abortion Support Network.
Wpłacając pieniądze na zrzutkę na działalność ADT możemy otrzymać również wlepki Aborcji Bez Granic, które można rozklejać w swojej okolicy, aby informacja o numerze telefonu i możliwym wsparciu docierała bardzo szeroko.
AK: Nowy obywatelski projekt ustawy „Legalna aborcja bez kompromisów” zakłada min. Prawo do przerywania ciąży do końca 12. tygodnia lub do 24. tygodnia w przypadku, gdy ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia fizycznego lub psychicznego osoby w ciąży. Czy ta propozycja jest dobrą odpowiedzią na kolejne próby ograniczania prawa do aborcji i ma szansę zmienić sytuację w Polsce?
KW: Naszym marzeniem jest brak ustaw aborcyjnych. Uważamy, że fakt, że ten prosty zabieg medyczny, najczęstszy w ginekologii i położnictwie ma swoją własną ustawę wynika ze stygmatyzacji aborcji. Ustawy powstają wprost ze stygmy aborcyjnej, przekonania o tym, że aborcja jest czymś złym, co należy ograniczyć i dopuścić tylko w ograniczonym zakresie, ściśle kontrolować, obwarować takimi zasadami i wymaganiami, żeby mieć pewność, że tylko te naprawdę dobre aborcje są wykonywane. W tym celu powstaje dużo rozwiązań – ograniczenia czasowe, wiekowe, możliwość aborcji tylko w ramach systemu ochrony zdrowia, z określonych powodów, które trzeba udowodnić, za zgodą rodziców, w niektórych krajach także męża, po odbyciu obowiązkowej konsultacji i odczekaniu określonego czasu. W ustawach aborcyjnych w zasadzie nigdy nie chodzi o osoby, które potrzebują aborcji, ich potrzeby. Ustawy aborcyjne to narzędzie kontroli i dyscyplinowania.
Ustawy te nie tylko pochodzą z aborcyjnej stygmy, ale także ją reprodukują i potęgują, ponieważ zazwyczaj towarzyszą im przepisy prawa karnego, które każdą aborcję z opisanymi zasadami niezgodną wkładają w ramy przestępstwa w różny sposób ujmując to, kto może je popełnić. Rzadko jest to osoba w ciąży, ale osoby, które zabieg wykonują lub w tym pomagają podlegają odpowiedzialności karnej, co też pokazuje określony stosunek do osób mających aborcję. Nie może być za łatwo. Trzeba się nacierpieć i zasłużyć.
Dlatego marzymy o tym, żeby tych ustaw nie było. Niestety do tego jest pewnie daleka droga. Wyjątkiem jest Kanada, której historia legislacji w zakresie aborcji jest szczególnie interesująca – brak jest tam odrębnej ustawy regulującej dostęp i możliwość przeprowadzenia tego zabiegu. Dlaczego tak się stało? W skrócie można powiedzieć, że w praktyce okazało się, że taka ustawa może nie funkcjonować i jej brak nie jest w żaden sposób negatywny. Aborcja uregulowana jest podobnie jak wszystkie inne świadczenia zdrowotne – protokołami medycznymi i przepisami dotyczącymi prawa pacjenta i wykonywania zawodu lekarza, finansowania świadczeń itp.
Ustawa proponowana przez Komitet “Legalna aborcja bez kompromisów” to absolutne minimum. Państwo nie może wiecznie zrzucać całej odpowiedzialności za aborcje na organizacje i grupy pomocowe. Powinno zastąpić dostęp do aborcji w ramach formalnego systemu, a nieformalna sieć wsparcia powinna być dla tych osób, które nie mogą lub nie chcą skorzystać z tego formalnego. Tymczasem obecnie dostęp do aborcji zapewniany jest tylko dlatego, że istnieje ogromna sieć feministycznego wsparcia, w Polsce i w Europie.
AK: Dziękuję za rozmowę.
Są bardziej demokratyczne, obywatelskie i sprawiedliwe. Wspólnoty energetyczne na świecie z powodzeniem działają od lat. W Polsce są jednak nowym zjawiskiem, a pionierzy nie mają łatwo. Muszą się mierzyć z brakiem instytucjonalnego wsparcia i piętrzącymi się barierami prawnymi.
Tym codziennym zmaganiom, ale też szansom jakie daje rozwój energetyki obywatelskiej poświęcona będzie konferencja organizowana przez Polską Zieloną Sieć pt. „Siła wspólnoty, czyli demokracja energetyczna w czasach kryzysu”, która odbędzie się 2 czerwca w Warszawie, ul. Chmielna 73 w Centrum Prasowym Newserii. Zainteresowanych udziałem w konferencji zapraszamy >> ZAREJESTRUJ SIĘ
W Unii Europejskiej działa już ponad 3,5 tys. lokalnych, obywatelskich wspólnot energetycznych, produkujących energię odnawialną (OZE). Wspólnoty energetyczne zajmują się nie tylko wytwarzaniem energii na potrzeby swoich członków, ale też sprzedają ewentualne jej nadwyżki. Pozwala to nie tylko zmniejszyć rachunki za prąd, zadbać o środowisko, ale też poprawić bezpieczeństwo energetyczne, bo rozproszone, lokalne wspólnoty cechują się dużą odpornością na potencjalne kryzysy. To tym bardziej istotne w kontekście wojny na Ukrainie i neoimperialnej polityki Rosji.
Obecna sytuacja pokazała, że transformacja energetyczna Polski nie może już dłużej czekać. Przyszłość to OZE, efektywność oraz właśnie energetyka społeczna. Każdy inny wybór doprowadzi nas z powrotem do problemu zależności od surowców kopalnych, wymagających importu z zagranicy – mówi Zuzanna Sasiak, ekspertka ds. OZE i energetyki obywatelskiej.
Przez lata wspólnoty energetyczne stały się symbolem nowego europejskiego podejścia do wytwarzania energii. Bardziej demokratycznego, obywatelskiego i sprawiedliwego. Wspólnoty energetyczne zwykle cechuje prospołeczny charakter. Oznacza to, że są otwarte dla osób zagrożonych wykluczeniem ekonomicznym. Ważną zasadą jest również demokratyczne zarządzanie, gdzie każdy członek ma wpływ na rozwoju spółdzielni, czy ceny wytworzonej energii. To zupełne przeciwieństwo działań często stosowanych przez wielkie firmy energetyczne, nastawione raczej na zysk niż interesy zwykłych konsumentów.
Problem coraz bardziej dostrzega Unia Europejska. Ekologia staje się jednym z filarów nowej europejskiej tożsamości, zaś wspólnoty energetyczne jednym z jej coraz istotniejszych elementów. Prawa obywateli do produkcji, konsumpcji, sprzedaży i magazynowania energii są jasno określone w prawodawstwie unijnym (m.in. dyrektywa RED II). W Polsce wspólnoty energetyczne od lat mają “pod górkę”. Mierzą się z brakiem instytucjonalnego wsparcia i piętrzącymi się barierami prawnymi.
– Polskie prawo dopuszcza w tej chwili takie społeczności w postaci spółdzielni energetycznych, obwarowanych wieloma ograniczeniami, m.in. zakazem funkcjonowania w miastach. Tymczasem przepisy europejskie stwarzają znacznie szersze możliwości działania – podkreśla Zuzanna Sasiak.
Źródło: Polska Zielona Sieć
Biogospodarka jest postrzegana jako innowacyjny model gospodarki przyjaznej środowisku. Chociaż stanowi istotny filar rozwoju ekonomicznego Unii Europejskiej, spełnianie przez biogospodarkę celów środowiskowych i społecznych pozostaje dużym wyzwaniem. Gospodarstwa rolne poddane presji dostarczenia biomasy plonów głównych i odpadów dla przemysłu powinny być sprawiedliwie włączone w sieć łańcuchów dostaw. Niezbędna jest budowa lokalnych, samowystarczalnych rozwiązań oraz wspieranie zrównoważonych trendów konsumpcyjnych.
Biogospodarka jest nowym modelem rozwoju światowej gospodarki, opartym o wykorzystanie zasobów naturalnych i produkcję energii odnawialnej. Celem biogospodarki jest zaspokojenie społecznego zapotrzebowania na żywność, energię i produkty przemysłowe przy jednoczesnym ograniczeniu spalania paliw kopalnych i dążeniu do wypełnienia celów zrównoważonego rozwoju. Zmiana klimatu, która wywołuje katastrofalne w skutkach susze czy powodzie uderzające w dużej mierze w rolnictwo, zanieczyszczenie środowiska toksycznymi i szkodzącymi zdrowiu odpadami, pogarszające się warunki życia ludności o ograniczonym dostępie do pełnowartościowej żywności skutkujące głodem lub otyłością – to wszystko wymaga podjęcia natychmiastowych kroków i znalezienia odpowiednich metod działania. Profesjonalne instytucje badawcze zajmujące się doradztwem i niezależni eksperci zgodnie przekonują, że rozwiązanie problemów współczesnego świata wymaga wdrażania zasad biogospodarki w ekonomii.
Biogospodarka jest postrzegana jako droga do osiągnięcia celów Porozumienia Paryskiego obejmujących zobowiązanie UE do redukcji emisji gazów cieplarnianych przynajmniej o 55% do 2030 roku – w stosunku do roku 1990 – a w 2050 roku przestawienie się na gospodarkę zeroemisyjną. Unia Europejska postawiła na biogospodarkę jako motor rozwoju i począwszy od 2012 roku, kiedy opublikowała pierwszą strategię biogospodarki (aktualizowaną w 2018), idea ta wymusiła poszukiwanie rozwiązań służących realizacji różnych polityk wspólnotowych. „Biogospodarka jest wielką szansą dla rolnictwa i rolników w realizacji proekologicznych celów Nowego Zielonego Ładu” – stwierdził w 2020 r. unijny komisarz ds. rolnictwa i rozwoju wsi Janusz Wojciechowski. W kontekście rolnictwa biogospodarka o obiegu zamkniętym jest faktycznie fundamentem bezpieczeństwa żywnościowego i żywności, co zostało odpowiednio wyrażone w zapisach Strategii „Od Pola do Stołu”, mającej ambicje transformacji Europy w kierunku zrównoważonego systemu żywnościowego. Z drugiej strony biogospodarka to również idea szyta na miarę dzisiejszych czasów globalizacji, próbująca stworzyć nowy styl życia społeczeństwa. Często stosowana jako słowo-wytrych uzasadnia decyzje podejmowane przez państwa i wielkie koncerny dotyczące innowacyjnych i niskoemisyjnych procesów produkcji czy biodegradowalnych produktów, które mają spełniać określone środowiskowo-klimatyczne i społeczne standardy. Przyjrzyjmy się bliżej, jak wygląda biogospodarka w praktyce: jakie są jej relacje z rolnictwem, czy jest ona skutecznym rozwiązaniem problemów? A jeśli tak, w jaki sposób należy ją wdrażać, aby przyniosła pozytywne efekty środowisku i społeczeństwu.
Głównym surowcem do wytwarzania bioenergii i bioproduktów w sektorze biogospodarki jest biomasa produkowana w ogromnych ilościach w postaci bogatego w ligninę i celulozę drewna przez leśnictwo oraz w części przez rolnictwo – poprzez pozyskanie masy organicznej z roślin uprawianych z przeznaczeniem na biopaliwa. Podczas gdy przemysł energetyczny (zobligowany do wzrostu udziału odnawialnych źródeł energii w swoim bilansie energetycznym) oraz w coraz większym stopniu przemysł chemiczny są zainteresowane zakupem dużych ilości surowca nieżywnościowego o jednolitych parametrach fizyczno-chemicznych, konsumenci koncentrują się na dostępie do przystępnej cenowo żywności, z tendencją do zakupu produktów odżywczych i wysokiej jakości. Trendy te będą narastać nasilając konkurencję nie tylko pomiędzy produkcją żywności i biopaliw, ale również paszy. Pośrednia zmiana użytkowania gruntów (oznaczająca przeniesienie produkcji żywności na grunty dotychczas nieuprawiane, z powodu wykorzystania gruntów uprawnych na potrzeby produkcji biopaliw) może skutkować zwiększeniem emisji gazów cieplarnianych, degradacją gleb i pogłębianiem się deficytu wody, węgla, makrolementów (w wyniku wycinania lasów czy przekształcania gruntów marginalnych lub dotychczas ekstensywnie użytkowanych). Dodatkowa emisja z procesów przetwarzania biomasy również nie musi koniecznie oznaczać ograniczenia wytwarzania gazów cieplarnianych w porównaniu z emisją ze źródeł kopalnych, tak jak się to często zakłada a priori w naukowych ekspertyzach uwzględniających jedynie obieg dwutlenku węgla przez proces fotosyntezy. Ponadto produkcja roślin energetycznych na glebach marginalnych (np. odłogach, nieużytkach) może znacząco zmniejszać genetyczną i funkcjonalną różnorodność biologiczną pogarszając jednocześnie funkcje regulacyjne ekosystemów chroniące zasoby i jakość wody oraz zaburzając naturalną kontrolę szkodników upraw, co możemy zaobserwować w monokulturowym krajobrazie rolniczym.
Także wytwarzanie biomasy energetycznej przez producentów rolnych może mieć duży wpływ na wzrost cen żywności na rynku globalnym. Z tych powodów zaleca się pozyskiwanie biomasy nieżywnościowej z odpadów z produkcji roślin uprawianych na żywność, np. zbóż. Jednak również tu dochodzi do konfliktu. Z jednej strony rolnik jest zobowiązany dostarczyć odpowiednią ilość zakontraktowanej słomy odbiorcy np. elektrociepłowni, z drugiej powinien pamiętać o potrzebie wzbogacenia gleby w materię organiczną przez pozostawianie resztek pożniwnych na polu, co pozwoli mu ograniczyć straty plonów, które z dużym prawdopodobieństwem wystąpią w wyniku suszy glebowej. Kuś i Kopiński¹ z IUNG szacują, że w gospodarstwach specjalizujących się w produkcji roślinnej o nieznacznej obsadzie zwierząt i w których podstawowym nawozem organicznym jest właśnie słoma, przynajmniej 60% jej biomasy powinno być wykorzystywane jako nawóz w celu zrównoważenia bilansu materii organicznej w glebie.
Ograniczony potencjał produkcji biomasy na gruntach rolnych sprawia, że poszukiwane są alternatywne możliwości pozyskania biopaliw trzeciej i czwartej generacji, drogą modyfikacji genetycznej lub zwiększaniem efektywności procesu produkcji energii oraz wychwytu i składowania dwutlenku węgla na etapie jego wytwarzania. Metody GMO są krytykowane między innymi za ryzyko inwazyjności, transferu genów, alergenów i toksyn do środowiska. Sztuczna regulacja bilansu CO2 jest mało prawdopodobna. Komisja Europejska promuje obecnie koncepcję kaskadowego wykorzystania biomasy w myśl gospodarki o obiegu zamkniętym, co oznacza wykorzystanie biomasy więcej niż jeden raz – najpierw do bioproduktów o wyższej wartości ekonomicznej, następnie do produktów materiałowych o niższej wartości, aż do ostatecznego spalenia. Pozwala na wykorzystanie i zagospodarowanie odpadów, w tym także tych generowanych w sektorze rolnictwa. Problemem jest jednak dostępność biomasy rolniczej, jej jakość, różnorodność i technologiczne możliwości jej przetworzenia na bioprodukty. Dane w tym zakresie dla obszaru Polski są niepełne, a stosowane metody obliczeniowe oparte na bardzo ogólnych założeniach, w związku z tym wszelkie oceny należy traktować z dużą ostrożnością. Mając to na uwadze, warto zacytować wyniki raportu pod redakcją Iglińskiego z 2019 r.², który przedstawia ocenę potencjału technicznego odpadowej biomasy na cele energetyczne w Polsce. Według autora łączna ilość biomasy odpadów pozyskana w ciągu roku z drewna z lasów, dróg i sadów, słomy, siana nieużytkowanych łąk i pastwisk, wierzby wiciowej, substratów biogazu (z nawozów pochodzenia zwierzęcego, odpadów i ścieków komunalnych oraz odpadów przemysłu rolno-spożywczego) oraz glonów hodowlanych pozwoliłaby pokryć zapotrzebowanie energetyczne Polski w 14%, natomiast ciepłownicze w 28%.
Czy da się jednak w pełni zagospodarować odpady, nie czyniąc jeszcze większych szkód sobie i środowisku? Zgodnie z drugą zasadą termodynamiki, z biegiem czasu każdy układ staje się coraz bardziej nieuporządkowany – rośnie jego entropia. Kompletny recykling nie jest możliwy, gdyż na każdym etapie będzie wymagał energii i zawsze będzie niepełny wytwarzając odpady i produkty uboczne. Obecnie w skali globalnej jedynie około 25% energii jest produkowane ze źródeł odnawialnych. Projekty pilotażowe w zakresie biogospodarki o obiegu zamkniętym mają charakter lokalny i w dużym stopniu bazują na materiałach wytworzonych przy wykorzystaniu paliw kopalnych (maszyny, urządzenia, minerały, substancje chemiczne używane do produkcji fotoogniw, itp.).
Ocenę środowiskowego i klimatycznego śladu produkcji utrudnia sieć powiązań globalnego handlu. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć całkowitego wpływu środowiskowego, gdyż relacje materiałów i energii są skomplikowane oraz zmieniają się w czasie. W warunkach globalnej konkurencji innowacje technologiczne zmieniają się bardzo szybko, co utrudnia zwrot z inwestycji oraz ogranicza ich trwałość. W ekonomii mamy też do czynienia z tzw. „efektem odbicia”. Wraz ze wzrostem ekonomicznej wydajności oraz efektywności wykorzystania zasobów, rośnie ogólne zużycie surowców. Przy wzroście efektywności produkcji, spadają koszty zakupu surowców, co z kolei obniża cenę produktu końcowego. Niższa oferta sprzedaży napędza konsumpcję a zwiększony popyt powoduje zwiększenie wolumenu produkcji z jednoczesnym wzrostem zużycia surowców z zasobów naturalnych. Ograniczeniem rozwoju gospodarki o cyklu zamkniętym jest również jej kompleksowość, wymagająca ścisłej współpracy uczestników łańcucha produktów i odpadów oraz reprezentantów różnych sektorów. Podsumowując, opisany powyżej efekt skali globalnej gospodarki wskazuje na potrzebę budowy lokalnych, samowystarczalnych rozwiązań oraz wspieranie zrównoważonych trendów konsumpcyjnych.
Transformacja do zrównoważonej biogospodarki obiegu zamkniętego wymagać będzie radykalnych zmian modelu społeczno-gospodarczego. Czy jest to możliwe w obecnych uwarunkowaniach? Unijny Plan Działań Strategii Biogospodarki w kontekście rolnictwa i produkcji żywności zakłada wspieranie przez państwa członkowskie zielonych zamówień publicznych, oznakowanie środowiskowego śladu żywności, stosowanie praktyk niskoemisyjnych i poprawiających bioróżnorodność, działania ograniczające straty żywności czy budowę sieci „żywych laboratoriów” (oddolne tworzenie innowacyjnych rozwiązań przez rolników/przetwórców przy zaangażowaniu pozostałych uczestników łańcucha dostaw oraz innych interesariuszy). Kluczem do sukcesu jest monitoring rzeczywistych rezultatów osiąganych przez rolników, sprawiedliwa rekompensata za dostarczane dobra publiczne oraz skuteczne pokonanie barier innowacyjności na obszarach wiejskich. Największe wyzwanie leży jednak w zmianie społecznych norm i przyzwyczajeń w zakresie diety, konsumpcji materiałów i mobilności. Włączenie wszystkich grup społecznych (w tym drobnych rolników, kobiet i osób młodych) w proces decydowania o strukturze lokalnych modeli biogospodarki (ze szczególnym uwzględnieniem modelu agroekologii), pozwoli na sprawne zbudowanie stabilnego systemu powiązań materiałów i usług. Nie jest to zadanie niewykonalne, jednak z pewnością czasochłonne, a jego skuteczność zależna będzie od poziomu dojrzałości społecznej i właściwie ukierunkowanego politycznego wsparcia rozwoju lokalnego.
Przypisy:
1. https://www.cdr.gov.pl/images/ZDR/ZDR-2012-2.pdf
2. Igliński, B. (2019). Badanie sektora energii odnawialnej w Polsce–potencjał techniczny, badania ankietowe, analiza SWOT, analiza PEST. Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.
Energia słoneczna to bezpieczna przyszłość. Europejski plan RePowerEU opublikowany 18 maja uznał energię słoneczną za kluczowy element transformacji energetycznej i uniezależnienia się od rosyjskich paliw. To samo muszą zrobić teraz rządy. Fundacja WWF Polska w imieniu CAN Europe wysłała list otwarty do Premiera Mateusza Morawieckiego wzywając do upowszechnienia energii słonecznej stawiającej obywateli i społeczeństwo w centrum transformacji energetycznej.
Fundacja WWF Polska wzywa Premiera Mateusza Morawieckiego do usunięcia przeszkód, które stoją na drodze rozwoju fotowoltaiki w Polsce. W kwietniu weszły w życie zmiany zasad rozliczania wyprodukowanej przez prosumentów energii elektrycznej, które doprowadziły do kryzysu fotowoltaiki i spadku nowych przyłączy o ponad 90%. Jeżeli chcemy realnie walczyć ze zmianą klimatu i dążyć do niezależności energetycznej, przepisy muszą zachęcać konsumentów do inwestycji – mówi Mirosław Proppé, Prezes Fundacji WWF Polska
Publikując plan REPower EU oraz Strategię UE na rzecz energii słonecznej, Komisja Europejska udowadnia, że rozumie rolę energii słonecznej w transformacji. Słońce i wiatr są znacznie lepszym źródłem energii niż paliwa kopalne. Zapewniają bezpieczeństwo i niezależność energetyczną, generują nowe miejsca pracy, obniżając rachunki za energię. Energetyka odnawialna pozwala obywatelom i społecznościom z biernych konsumentów stać się prosumentami, którzy mogą aktywnie włączyć się w przeciwdziałanie zmiany klimatu. Teraz czas, aby zrozumieli to rządzący Polską.
Zmiana klimatu oraz uniezależnienie od rosyjskich paliw kopalnych wymagają niezwłocznych działań w celu pozyskania nowych źródeł zielonej energii. UE zapowiada zwiększenie do 2030 udziału OZE w bilansie energii do 45 procent i silne wsparcie w programie REPowerEU dla rozwoju fotowoltaiki. To zrozumiałe, gdyż technologie słoneczne są najszybszą drogą do zwiększenia udziału lokalnej energii z OZE w miksie energetycznym. Panele fotowoltaiczne instalowane na budynkach i w terenach zurbanizowanych mogłyby wyprodukować prawie tyle energii elektrycznej, ile zużywamy. Dlatego rządzący powinni maksymalnie ułatwić inwestycje tego rodzaju – podkreśla Mikołaj Troczyński, St. Specjalista ds. Odnawialnych Źródeł Energii w Fundacji WWF Polska
Dziś, kiedy rządy państw Unii Europejskiej starają się zapewnić alternatywne źródła energii, nadszedł najwyższy czas, aby wykorzystać niezagospodarowane dotąd powierzchnie dachowe do budowy instalacji fotowoltaicznych i zapewnić obywatelom bezpieczne dostawy energii, chroniąc ich jednocześnie przed kolejnymi drastycznymi podwyżkami. Istnieje duże zapotrzebowanie społeczne i ogromny potencjał dla rozwoju energetyki słonecznej, który sprawi, że pozyskiwanie energii nie będzie napędzać tragicznych wojen.
Ten sam list co Premier Morawiecki otrzymali także Premier Bułgarii Kiril Petkov, Premier Czech Petr Fiala, Premier Rumunii Nicolae Ciucă, Premier Słowacji Eduard Heger oraz Premier Węgier Viktor Orbán. Do listu dodano aneks zwierający wskazówki dotyczące kluczowych działań.
List podpisali:
Mirosław Proppé, WWF Polska
Denitza Petrova, Greenpeace – Bułgaria
Radostina Slavkova, Za Zemiata – Friends of the Earth Bulgaria
Svetoslav Stoykov, Institute for Circular Economy, Bulgaria & CEE Bankwatch Network, Bułgaria
Anna Kárníková, Hnutí DUHA – Friends of the Earth Czech Republic
Miriam Macurova, Greenpeace – Czechy
Akos Eger, MTVSZ / NSC-FoE Hungary
András Lukács, Clean Air Action Group, Węgry
Csaba Lajtmann, Hungarian Climate Alliance
Ernő Kiss MNNSZ, Hungarian Solar Energy Association
Martina Méhes, Energiaklub Climate Policy Institute, Węgry
Wojciech Szymalski, Fundacja Instytut na rzecz Ekorozwoju, Polska
Jolanta Zientek-Varga, Społeczny Instytut Ekologiczny, Polska
Tomasz Waśniewski, Fundacja „Rozwój Tak – Odkrywki Nie”, Polska
Stan Zdzisław Nitak, Fundacja GAP Polska
Dariusz Szwed, Zielony Instytut, Polska
Patryk Białas, Stowarzyszenie BOMIASTO, Polska
Maciej Wereszczyński, Związek Stowarzyszeń Polska Zielona Sieć
Piotr Antoniewicz, Akcja Demokracja, Polska
Raul Cazan, 2Celsius, Rumunia
Marian Mândru, Greenpeace – Rumunia
Kateřina Chajdiaková, Slovak Climate Initiative
Katarína Juríková, Greenpeace – Słowacja
Dana Mareková, Climate Coalition Slovakia