Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA oraz Zielony Instytut serdecznie zapraszają na warsztaty poświęcone działalności obywatelskich społeczności energetycznych (OSE) na Dolnym Śląsku. Wydarzenie objęte jest patronatem medialnym przez Zielone Wiadomości i Odpowiedzialny Inwestor.

Szczegóły Wydarzenia

  • Data: 13 marca 2025 r.

  • Godzina: 11:00 – 14:00

  • Miejsce: Fundacja EkoRozwoju (EkoCentrum), Świętego Wincentego 25, 50-252 Wrocław

Plan Warsztatów

Część Teoretyczna (11:00 – 12:00)

Podczas tej części warsztatów dowiemy się:

  • Jakie podmioty mogą stać się OSE i jak je zarejestrować?

  • Jakie korzyści OSE przynoszą swoim członkiniom i członkom oraz społeczeństwu?

  • Jakie działania może podejmować OSE w świetle nowych przepisów?

  • Jak wygląda Wieloletni Plan Działań Społeczności Energetycznej w kontekście dokumentów strategicznych?

  • Jakie fundusze będą dostępne dla OSE na Dolnym Śląsku?

Przerwa na Wegański Poczęstunek (12:00 – 12:30)

Część Praktyczna (12:30 – 14:00)

W trakcie tej części zaprezentujemy praktyczne działania OSE, które zmniejszają zużycie energii elektrycznej, zwiększają efektywność energetyczną oraz umożliwiają własną produkcję energii ze źródeł odnawialnych.

Jak Wziąć Udział?

Osoby zainteresowane udziałem w warsztatach prosimy o kontakt pod adresem: kkubiczek@eko.org.pl

Projekt realizowany w ramach Inwestycji G1.1.4 Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności: Wsparcie dla instytucji wdrażających reformy i inwestycje w ramach REPowerEU.

Nie przegap tej okazji do poznania nowych możliwości dla zrównoważonej energii na Dolnym Śląsku!

Najnowszy projekt dotyczący tzw. „Nowych Technik Genomowych” (NGT) przedstawiony państwom członkowskim 19 lutego 2025 r. budzi fundamentalne wątpliwości. IFOAM Organics Europe alarmuje, że dokument zawiera poważne braki, które mogą mieć niepokojące konsekwencje dla europejskich hodowców, rolników i przemysłu spożywczego. Według organizacji reprezentującej sektor ekologiczny, obecny projekt pozostawia europejskich hodowców i rolników bez ochrony przed roszczeniami patentowymi, a przemysł rolno-spożywczy z niewystarczającymi środkami do zabezpieczenia swojej wolności gospodarczej.
„Po ponad 18 miesiącach ograniczonych dyskusji w Radzie, stoimy w obliczu nowego tekstu, który ignoruje wielokrotne i jasne żądania europejskiego sektora żywności i rolnictwa, hodowców, organizacji ekologicznych i obywateli” Jan Plagge, prezes IFOAM Organics Europe
Plagge nie kryje rozczarowania brakiem realizacji obiecujących ambicji Rady dotyczących ochrony europejskiego sektora hodowlanego przed zagrożeniem ochroną patentową. „Co najmniej roszczenia patentowe nie powinny obejmować materiału genetycznego, który można również uzyskać poprzez konwencjonalną hodowlę lub który występuje w naturze, a tekst nawet nie wyjaśnia tego aspektu” – podkreśla.

Między innowacją a monopolizacją

Eksperci prawni wskazują, że możliwe jest ograniczenie zakresu patentów na rośliny i zwierzęta poprzez ukierunkowaną modyfikację dyrektywy biotechnologicznej 98/44. Niedawno opublikowana biała księga na temat łagodzenia wpływu patentów na rośliny uzyskane z NGT proponuje konkretne poprawki do tej dyrektywy. Warto przypomnieć, że w lutym 2024 roku Parlament Europejski poparł projekt przepisów dotyczących wykorzystania nowych technik genomowych w rolnictwie UE, które mają pozwolić na opracowanie ulepszonych odmian roślin odpornych na zmieniający się klimat i szkodniki. Posłowie domagali się również całkowitego zakazu patentów na wszelkie rośliny NGT, materiał roślinny, ich części, informacje genetyczne i zawarte w nich cechy procesu. Jednak organizacje ekologiczne, w tym IFOAM Organics Europe, od początku wyrażały obawy, że propozycja deregulacji NGT jest błędna i niebezpieczna dla europejskiej autonomii nasiennej. „NGT przyczynią się do monopolizowania patentów na materiał genetyczny w rękach zaledwie kilku firm” – ostrzegała już w 2023 roku Dora Drexler, wiceprezes zarządu IFOAM Organics Europe.

Śledzenie i identyfikowalność

Oprócz kwestii patentowych, istnieje szereg innych nierozwiązanych problemów, które decydenci muszą pilnie rozwiązać. Parlament Europejski wprowadził w swoim stanowisku możliwość śledzenia, aby chronić wolność wyboru sektora rolnego i spożywczego.
„Rada powinna pójść w ślady Parlamentu i dodatkowo chronić integralność produkcji ekologicznej i konwencjonalnej wolnej od GMO, zabezpieczając suwerenność narodową i prawo do wprowadzania krajowych środków koegzystencji” Jan Plagge, IFOAM Organics Europe
Producenci ekologiczni liczą na państwa członkowskie w Radzie, aby zabezpieczyć swoje prawo do podejmowania środków dotyczących identyfikowalności i krajowej koegzystencji, zapewniających wolność rolnikom, producentom żywności i konsumentom od stosowania technik inżynierii genetycznej.

Polska perspektywa

Polska, która przejęła prezydencję w Radzie UE 1 stycznia 2025 roku, zapowiedziała kontynuację prac nad projektem rozporządzenia NGT, mając na uwadze zachowanie konkurencyjności sektora hodowli roślin. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi podkreśla, że nowe techniki genomowe różnią się od tradycyjnie rozumianych GMO. „Do materiału genetycznego rośliny nie jest wprowadzany żaden obcy gen/fragment DNA – tak jak ma to miejsce w przypadku GMO” – wyjaśnia resort.
Kategoria Charakterystyka Regulacje
NGT 1 Do 20 modyfikacji w genomie Złagodzone przepisy
NGT 2 Powyżej 20 modyfikacji Przepisy jak dla GMO
Podział roślin NGT na kategorie według projektu rozporządzenia UE
Jednocześnie rozporządzenie NGT zakłada podział na dwie kategorie roślin, a kryterium podziału stanowi liczba modyfikacji wprowadzonych w genomie rośliny. Dla obu kategorii NGT projekt rozporządzenia zakłada zakaz stosowania ich w rolnictwie ekologicznym. W obliczu tych złożonych wyzwań, najbliższe miesiące będą kluczowe dla przyszłości europejskiego rolnictwa i suwerenności żywnościowej kontynentu.

Czym są Nowe Techniki Genomowe (NGT)?

Nowymi technikami genomowymi określa się techniki modyfikacji genetycznych, które zostały opracowane w ostatnich dwóch dekadach. Jedną z nich jest metoda CRISPR/Cas9, potocznie nazywana nożyczkami genetycznymi, która pozwala na edytowanie genomu w określonych miejscach (za opracowanie tej metody w roku 2020 przyznano nagrodę Nobla w dziedzinie chemii). Nowe techniki genomowe nie służą do wprowadzania genów obcych gatunków. Ten fakt odróżnia produkty NGT od organizmów, które kojarzone są z organizmami modyfikowanymi genetycznie (GMO).  

Źródło: Gov.pl, IFOAM Organics Europe

   

 Czy międzynarodowa koalicja organizacji pozarządowych zdoła przekonać decydentów do zmiany decyzji podjętej 3 grudnia 2024 roku?

10 lutego 2025 roku, koalicja organizacji pozarządowych zajmujących się ochroną środowiska, złożona ze stowarzyszeń na rzecz dzikiej przyrody, zaangażowanych obywateli i osób publicznych zjednoczyła się, aby rozpocząć kampanię European Action Wolves (#EAW). Ta pilna inicjatywa powstała w odpowiedzi na głosowanie z 3 grudnia 2024 roku przez Stały Komitet Konwencji Berneńskiej w sprawie obniżenia statusu ochrony wilka w całej Europie.

Kampania rozpoczęła się w krytycznym momencie. Jeśli do 6 marca 2025 roku nie zostaną podjęte żadne działania, szary wilk straci status gatunku „ściśle chronionego” i zostanie przeklasyfikowany jako jedynie „chroniony” – zmiana, która według ekspertów ds. ochrony przyrody może zniszczyć zarówno populacje wilków, jak i ekosystemy, które pomagają utrzymywać.

„Pomimo dowodów naukowych pokazujących, że europejskie populacje wilków są niestabilne, jesteśmy świadkami alarmującego pośpiechu w zwiększaniu limitów odstrzału,” wyjaśnia Sandra Bérénice Michel, Koordynatorka EAW. „Szwecja już dramatycznie rozszerzyła pozwolenia na odstrzał, nie czekając na finalizację zmiany statusu.”

To przedwczesne działanie skłoniło pięć stowarzyszeń ekologicznych do złożenia odwołania do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, kwestionującego harmonogram wdrażania i naukowe podstawy tej decyzji.

Raport naukowy potwierdza kluczową rolę wilków w ekosystemach.

Najnowszy raport opublikowany przez Komisję Europejską w styczniu 2025 roku, opracowany przez Norweski Instytut Badań Przyrodniczych we współpracy z Instytutem Ekologii Stosowanej, podkreśla znaczenie dużych drapieżników, w tym wilka szarego, dla zachowania równowagi ekologicznej w Europie.

Według raportu, wilki szare mają wyjątkowe wymagania przestrzenne – pojedyncze watahy potrzebują terytoriów o powierzchni od 100 do nawet kilku tysięcy kilometrów kwadratowych. Ich zdolność do pokonywania ogromnych odległości – młode osobniki potrafią przemieszczać się nawet na dystansie ponad 1000 km – sprawia, że granice państwowe nie stanowią dla nich żadnej bariery.

„Praktycznie żaden europejski kraj nie jest wystarczająco duży, aby samodzielnie utrzymać genetycznie żywotną populację wilków” – czytamy w raporcie. „Dlatego współpraca transgraniczna jest niezbędna do skutecznej ochrony tego gatunku.”

Raport wprowadza przełomowe podejście oparte na koncepcji tzw. efektywnej wielkości populacji (Ne). Według naukowców, aby zapewnić długoterminową zdolność adaptacyjną populacji wilków, konieczna jest efektywna wielkość populacji wynosząca co najmniej 500 osobników, co w praktyce oznacza populacje liczące od kilkuset do kilku tysięcy wilków w całej Europie.

Zagrożenie dla wilków i ekosystemów.

Kampania #EAW rozpocznie się od publikacji przekonującego filmu z udziałem prominentnych głosów z osiemnastu krajów, rozpowszechnianego na głównych platformach mediów społecznościowych. Obywatele zostaną skierowani na stronę EuropeanActionWolves.org, gdzie będą mogli podjąć konkretne działania.

Decyzja o obniżeniu statusu ujawniła niepokojący krajobraz polityczny. Podczas gdy 27 krajów UE wraz z Liechtensteinem, Andorą, Szwajcarią, Norwegią, Macedonią, Serbią, Armenią, Islandią i Ukrainą zatwierdziło zmianę, tylko pięć narodów sprzeciwiło się jej: Wielka Brytania, Monako, Czarnogóra, Albania i Bośnia i Hercegowina.

Ta pozycja polityczna przeczy nastrojom społecznym. Badanie z listopada 2023 roku przeprowadzone wśród 10 000 mieszkańców obszarów wiejskich w dziesięciu krajach europejskich wykazało, że 72% uważa utrzymanie ścisłej ochrony wilków i innych dużych drapieżników za niezbędne dla równowagi ekosystemu.

Środowisko naukowe również wyraziło stanowczy sprzeciw. W listopadzie 2024 roku 693 naukowców i ekspertów ds. dzikiej przyrody wezwało UE do ponownego rozważenia tego, co nazwali „niebezpieczną decyzją”, która ignoruje dowody ekologiczne.

Ostatnia szansa na działania.

„Wilki odgrywają kluczową rolę w utrzymaniu zdrowych ekosystemów,” zauważa Michel. „Ale poza ich ekologicznym znaczeniem, mają one nieodłączne prawo do istnienia – prawo uznane w Konwencji Berneńskiej, które prawodawcy postanowili zignorować.”

Kampania European Action Wolves stanowi być może ostatnią szansę na zapobieżenie znaczącemu cofnięciu się w europejskiej ochronie dzikiej przyrody. Mając tylko trzy tygodnie na mobilizację opinii publicznej i woli politycznej, organizatorzy wzywają do szerokiego uczestnictwa w całej Europie.

„To nie tylko kwestia wilków,” podkreśla Michel. „Chodzi o nasze zaangażowanie w ochronę opartą na dowodach i przyszłość europejskiej bioróżnorodności. Zdrowie naszych ekosystemów jest nierozerwalnie związane z naszym własnym dobrobytem.”

Kampanię można śledzić na wszystkich głównych platformach mediów społecznościowych pod hashtagiem #EAW. Organizatorzy kampanii i partnerzy są dostępni dla wywiadów medialnych i wystąpień.

Źródło: Europeanactionwolves , Komisja Europejska, raport „Developing methodology for setting Favourable Reference Values for large carnivores in Europe”, styczeń 2025

 

Monika Kostera i Julia Witeńska: Dwugłos o wędrowaniu.

J: Ostatnio, całkiem spontanicznie miałam wizję, w której otwieram drewnianą, skrzypiącą furtkę i wchodzę do ogrodu. To nawet nie był sen, po prostu siedząc w zupełnie sterylnym, pomalowanym na biało pokoju, przy biurku doświadczyłam przestrzeni tak intensywnie zielonej, rozenergetyzowanej, wibrującej, a przy tym przedziwnej. Pomyślałam wtedy o obrazie “Dziwny Ogród” i o jego nieskończoności i o tym, że to było właśnie takie miejsce. Trudno mi powiedzieć na ten moment o tym coś więcej, ale myślę, że warto się tam przejść.

M: Dziękuję za zaproszenie na tę szczególną, mistyczną wędrówkę! Jak śpiewała w hymnie mojej subkultury Joni Mitchell,

We are stardust
We are golden
And we’ve got to get ourselves
Back to the garden

Przybywamy stamtąd i tam mistycznie zmierzamy. Jak pisał Gaston Bachelard, wszyscy mamy swój orzech dzieciństwa. Ja miałam taki orzech. Wychowałam się na chłopo-robotniczych przedmieściach Warszawy – tak się to wtedy nazywało. Mieszkańcy w okolicy byli na ogół robotnikami w pobliskich fabrykach i wielu z nich uprawiało też w okolicy pola, bardzo niewielkie. Wszyscy mieli małe ogródki z uprawami głównie warzywno-owocowymi, które sprzedawali na warszawskich targach. Nasz ogródek też był taki, choć były tam również kwiatki – chyba więcej, niż w innych ogrodach. Ale co najważniejsze, każdy ogródek miał swój orzech. Przedwojenny właściciel terenu miał taką fantazję – posadził po orzechowcu wzdłuż ulicy, po obu stronach. Nasz był najwspanialszy – każdy orzech jest inny, tak jak ludzie, inaczej niż inne drzewa – orzechy są bardzo skłonne do indywiduacji. Zaprowadzę Cię tam, przedstawię Ci tamte orzechy. To musi być wyprawa w wyobraźni, jak u Bachelarda, bo orzechy zostały wycięte, a okolica jest już czymś zupełnie innym. Mój orzech był jak kolumna dorycka – prosty i gładki. Miał delikatny, wrażliwy pień, pod palcami czułam jego puls, a zimą – sny, które śnił. Mimo to pozwał mi się wspinać na swoje gałęzie. Myślę, że wspinałam się jak kot, albo jak pająk, bo nie bardzo było za co się chwytać na dole. Ten orzech kochał mnie bezwarunkowo i rozumieliśmy się jak nigdy z nikim innym. Mimo, że nie ma go już, zostało po nim światło w moich snach – przefiltrowane przez jego liście.

Czy Ty też masz takie drzewo w swoim ogrodzie?

J: Hmmm, wychowywałam się w bloku, pod którym był odgrodzony ogródek, jakby wspólny i dla wszystkich mieszkańców, jednak zawsze był dla mnie zagadką. Rozciągał się na długości całego bloku z wielkiej płyty i dzieci co do zasady miały tam nie wchodzić, żeby niczego nie zniszczyć, do tego stopnia, że czasami ktoś krzyczał do nas z okna “wyjdźcie z ogródka!”. Zastanawiające, bo zbyt wiele tam nie było – w całym tym ogródku chyba z 3 osoby zajmowały się uprawą czegokolwiek – to była ich przestrzeń i ich uprawy, które realnie zajmowały solidne 3% całej przestrzeni. W ogródku rosły pojedyncze drzewa, a z uwagi na moją wczesnodziecięcą ornitologiczną zajawkę obserwowałam ptaki przez okna mieszkania i nie zastanawiałam się zbytnio nad resztą. Drzewa w tamtym czasie pełniły dla mnie funkcję raczej informacyjną odnośnie pory roku, bo umówmy się – świetnie sobie uświadomić tak w pełni, że na drzewie są już liście i właśnie zaczęła się wiosna.

Jeśli mogę rozszerzyć pojęcie ‘swojego’ poza obręb osiedla, to jest takie drzewo, w parku po którym kiedyś często spacerowaliśmy – majestatyczna wierzba płacząca. Była ogromna i pochylona nad wodą. Uwielbiałam to drzewo.

M: Archetypiczne wygnanie z ogrodu… smutne i przejmujące. Jednak myślę, że nie zostaliście do końca wygnani – bo ptaki – one nad głowami budujących ogrodzenia dawały wam znaki, że jak dla nich jesteście OK. I że ci tam od ogrodzeń nie wiedzą, co czynią. Wierzba jest cudna – kojarzy mi się nie z muzyką, tak jak wielu osobom (z powodu pomnika Chopina, jak sądzę), ale z tańcem, wierzby to mega-slow baletnice, wykonujące jeden gest w jeden rok, a Twoja – w dodatku nad jeziorem. To też przejmujący obraz, ale w piękny sposób.

Ja też straciłam mój ogród. Nowi mieszkańcy zalali ziemię betonem. Nie ma już jabłonek, porzeczek, floksów, szałwii, nie ma groszku „Jasio”, marchewek ani główek sałaty. Pod betonem śni zahibernowane życie i kiedyś wystrzeli w górę, poprzez coraz bardziej spękane płyty parkingów, coraz bardziej zerodowane blachy hurtowni.

A tymczasem chodzę odwiedzać ogrody gdzie indziej. Mam dwa ulubione działkowiska w Warszawie – nie powiem gdzie bo kto ma wiedzieć i tak wie – gdzie witam każdą porę roku (z wyjątkiem zimy, o zimie nie wiem co powiedzieć?). Chodzę tam się wytarzać w zapachach, pyłkach, dźwiękach ptasich i owadzich; jak dzik w błocie pławię się w tym wszystkich, w zielonym świetle, w orgii fotosyntezy wokół mnie, pod moimi stopami dzieją się rzeczy godne najlepszego koncertu jazzowego – te wszystkie basy: korzenie, grzybnie. Owady śliskie i brzęczące. Co jakiś czas solista kret podgryza to wszystko i tryska fontanną ziemi na górę. A ja chodzę suchą stopą po tym ocenie życia, tak sobie wprost po powierzchni.
Uwielbiam pory roku, a najbardziej lato! Dopiero uczę się lubić zimę. Na razie jej nie rozumiem, ale zaraz idę w miasto – pada śnieg, może coś mi opowie.

A Ty, lubisz pory roku?

J: Też nie wiem, co powiedzieć o zimie. Bo chociaż (naprawdę!) co roku staram się znaleźć w niej >to coś<, to zima niezmiennie rozbudza we mnie chęć każdej możliwej ewakuacji. Zimą rzeczy po prostu się nie dzieją i mam poczucie, że wszystkie organizmy żywe poza człowiekiem akceptują to w pełni. Może to jest właśnie klucz do zrozumienia zimy – odpuszczenie?

Podobnie jak Twój, mój czas w roku to oczywiście lato – dzień trwa 15 godzin, obfitość owoców poziomkowych, upał niesamowity, zimna woda z cytryną i najważniejsze – można koherentnie słuchać “Summertime Madness” od Kool & The Gang, albo “Summer in the City” Quincy Jonesa. Ach, no i ogrody zielone jak nigdy! Nie dość, że żyją pełnią życia to jeszcze można się w nich schować przed słońcem, albo wręcz przeciwnie położyć się na środku trawnika i odlecieć.

Swoją drogą odkąd pamiętam sporo czasu spędzałam na działkowiskach wszelakich i nie mogę powiedzieć, żebym to lubiła – to nigdy nie były ‘moje’ przestrzenie, a zwiedziłam ich sporo i nawet mogłam jeść porzeczki prosto z krzaka, albo zrywać winogrona z wysoko rosnących pnączy. Zawsze czułam, że działka mnie męczy. Nieokiełznanie to jest to, co w ogrodzie interesuje mnie najbardziej, ale coraz trudniej to znaleźć.

Jaki jest Twój ogród?

M: Mój ogród to ogród dzieciństwa, ten z orzechem, porzeczkami i marchewką. Mimo, że od dawna już go nie ma w tamtym miejscu, to wiem, że istnieje w jakimś innym wymiarze. Kiedy byłam mała, to byłam przekonana, że zjedzenie jakiejś ilości trzech rodzajów porzeczek: czerwonej, białej i czarnej, w odpowiedniej kolejności sprawia, że stanie się coś bardzo dobrego; coś się wtedy jakby otwiera (nie udało mi się wtedy trafić w tę właściwą ilość i kolejność). Może to właśnie jest kod do tego wymiaru.

Taki arkadyjski pin cod. Tam między krzaczkami porzeczek – mimo że ogródek był bardzo mały – więc między tymi krzaczkami była dzikość. Z trudem wciskało się tam chude dziecko, dorosły nie miał szans.
Więc to jest ogród przede wszystkim dla wewnętrznych dzieci. To nie znaczy, że w moim ogrodzie nie ma miejsca dla dorosłych. Mogą siedzieć pod orzechem i słuchać Mungo Jerry „In the summertime” jeśli mają dobry humor, albo „Summertime” Janis Joplin, jeśli się smucą. W moim arkadyjskim ogrodzie nie ma obowiązku wiecznej pozytywnej harfy – można się cieszyć, smucić, można się nudzić. To jest nawet bardzo mile widziane. Można słuchać muzyki, można czytać, można pielić grządki.

Kilka lat temu byliśmy w Alpach Nadmorskich w południowej Francji i odwiedziliśmy dawny klasztor franciszkański w Saorge, jakby wpasowany między wysokie góry na takiej mega zielonej półce. Mnisi mieli ogródek, gdzie było wszystko (był też zielnik!). Klasztor jest teraz małym muzeum poza trasami turystycznymi, z zachowaną aurą. Nadal można się zanurzyć w klasztornym ogródku – jest utrzymywany w podobnym kształcie. Idea, jaka przyświecała Franciszkanom była taka, żeby ogródek przypominał im o l’été éternel, wiecznym lecie. W ogrodzie lubiły przebywać i śpiewać ptaki, i mnisi inspirowali się ich śpiewem w swojej modlitwie wyrażanej jako śpiew chóralny, pisanie i malowanie. Też wierzę w takie wieczne lato. Ale zaczynam też rozumieć zimę. W czasie jak prowadzimy naszą rozmowę – jest luty, a więc zima i spadł niedawno mój pierwszy śnieg tego roku – zaczęłam chyba coś widzieć. To co piszesz o odpuszczaniu jest wspaniałe, to jest ten klucz. Teraz też chyba lepiej czuję, czemu genialny ogrodnik, jeden z moich ulubionych w znanym Wszechświecie – Lawrence Johnston, stworzył w Hidcote w brytyjskim Gloucestershire a garden for all seasons, ogród na wszystkie pory roku. Zajmował się zawodowo projektowaniem ogrodów dla zleceniodawców, ale stworzył też ogród sam dla siebie, Jardin Serre de la Madone we Francji, gdzie spędzał sezony letnie. Wszystkie pory roku nie wykluczają miłości do wiecznego lata.

J: Kusi, żeby zadać pytanie czy gdybyśmy nie doświadczały zimy to radość z lata byłaby tak ogromna?

Ogrodem, którego historia bardzo mnie wzruszyła to ten, którym zajmuje się mniszka Jeong Kwan. Jest buddystką, a w świątyni, w której mieszka gotuje posiłki dla wspólnoty. Do przygotowania dań korzysta z warzyw i owoców, które sama uprawia. Jej ogródek nie jest oddzielony od reszty świata płotem; wygląda raczej jakby naturalnie i nieśmiało wyłaniał się z lasu. Nie ma tam zasad co i jak ma być uprawiane; wszystkie rośliny rosną obok siebie, nie wygania stamtąd owadów i nie używa niczego, co mogłoby im zaszkodzić. Czytałam, że rośliny, którymi się zajmuje nazywa swoimi dziećmi, które dobrze zna, a i tak zaskakują ją każdego dnia. Gotowanie czy zajmowanie się ogrodem w jej wykonaniu można śmiało interpretować jako praktyki duchowe.

W pielęgnowaniu ogrodu, pieleniu grządek i innych tego typu czynnościach najwspanialsze jest to, że to poczucie, które one generują można znaleźć w każdym akcie dbania, układania, porządkowania i żaden fizyczny ogród najczęściej nie jest do tego potrzebny.

Obraz 1: Józef Mehoffer, „Dziwny ogród”, 1902-1903, olej na płótnie, fot. Muzeum Narodowe w Warszawie https://culture.pl/pl/dzielo/jozef-mehoffer-dziwny-ogrod

Pozostałe obrazy: zdjęcia Autorek


 

Leśne Związki Zawodowe zawiązały Sztab Protestacyjny. To reakcja na zapowiedź Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych o braku podwyżki stawki wyjściowej. Leśnicy domagają się też utrzymania premii w wysokości 12 tys. PLN na pracownika. Związkowcy uważają, że padli ofiarą „ideologiczno-rewolucyjnych i skrajnych działań”. Winni? Organizacje przyrodnicze i Ministerstwo Klimatu i Środowiska oraz sama Dyrekcja Generalna LP.  Tymczasem audyt wydatków Lasów Państwowych w ostatnich latach wykazał skrajną niegospodarność i upolitycznienie tej instytucji za rządów Zjednoczonej Prawicy. Przeciwko czemu jednak wówczas nie protestowano. Z kolei wielu z obecnie protestujących było beneficjentami patologicznego systemu.

11 lutego 2025 r. odbyło się siedzibie Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych w Warszawie spotkanie central Związków Zawodowych z Kierownictwem LP. Leśnicy usłyszeli, że przychód za ostatni rok wyniósł 10,8 mld PLN i był o ponad 700 mln PLN niższy od kosztów prowadzonej działalności.

Mimo to wszystkie centrale leśnych związków zawodowych, jak czytamy w komunikacie, zaproponowały podwyżki stawki wyjściowej do 2150 PLN, utrzymania nagród na poziomie 12 tys. PLN na pracownika oraz awansów ⅓ załogi średnio po 500 PLN na pracownika od 1 lipca 2025 r.

Dyrektor Generalny LP, Witold Koss, miał odpowiedzieć, że przez ostatnich 12 lat dwukrotnie wzrosły wydatki na wynagrodzenia i trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że każda firma ma granice wytrzymałości. Zaproponował więc podwyżkę dla ⅓ załogi po 500 PLN od 1 lipca 2025 r. i zabezpieczenie kwoty 5000 PLN na nagrody, których wypłata byłaby niemniej uzależniona od sytuacji finansowej LP. Stawka wyjściowa miała zaś pozostać na dotychczasowym poziomie.

Leśne Związki Zawodowe odrzuciły propozycje Dyrektora, uznając, że za złą sytuację Lasów Państwowych odpowiedzialne są wymierzone w leśników szkodliwe działania Ministerstwa Klimatu i Środowiska oraz organizacji przyrodniczych. Pismo wspomina o narzucanych „wyłączeniach i ograniczeniach”. Chodzi zapewne o moratorium dla lasów, czyli wyłączenie 1,3% lasów zarządzanych przez Lasy Państwowe z gospodarki leśnej.

Tym niemniej szacunki samych Lasów Państwowych wykazały, że owe 1,3% wyłączeń przełożyło się na spadek pozyskania drewna zaledwie o 300 tys. m3, czyli 0,71% pozyskania drewna w 2021 r. To spadek, który znajduje się w granicach statystycznego błędu, bez wpływu na rynek krajowy.

Z kolei z analiz Sieci Badawczej Łukasiewicz – Poznański Instytut Technologiczny wynika, że przemysł celulozowo-papierniczy i przemysł papierniczy odnotował wzrost o 6,3 proc. w pierwszych ośmiu miesiącach 2024 r., w porównaniu do analogicznego okresu w 2023 r., przemysł drzewny zaliczył wzrost o 3,8 proc., a meblarski o 1,1 proc. Tym samym zwiększenie ochrony lasów w Polsce nie wpływa na rynek. Słabszy popyt wynika zaś ze słabszego popytu na rynku krajowym i zagranicznym oraz większych kosztów zatrudnienia.

Przyjrzyjmy się zatem tym kosztom zatrudnienia. Już w 2020 r. średnie miesięczne wynagrodzenie w Lasach Państwowych stanowiło 160% wynagrodzenia w polskiej gospodarce i wyniosło 9048 PLN. W 2021 r. to średnie wynagrodzenie leśnika wzrosło o 15%. Co ciekawe były to lata pandemii.

Jak wykazał raport „Lasy na sprzedaż”, autorstwa Pracowni na rzecz Wszystkich Istot, bazujący na danych przedstawianych przez Lasy Państwowe, w instytucji tej od wielu lat utrzymuje się problem przerostu biurokracji i  zatrudnienia. W  2021 r. Lasy Państwowe zatrudniały 25,5 tys. osób,w tym zdecydowaną większość (93%) na stanowiskach nierobotniczych. Liczba pracowników na stanowiskach nierobotniczych na 1000 ha zarządzanego lasu jest w polskich Lasach Państwowych ponad dwukrotnie wyższa niż średnia dla podobnych instytucji w UE (3,3 w Polsce; 1,4 w innych państwach UE).

Wysokie pensje i  przerost zatrudnienia przekładają się na wysokie koszty administracyjne Lasów Państwowych. W 2021 r. udział wynagrodzeń w całkowitych kosztach Lasów Państwowych wyniósł 29,5%. Poziom kosztów wynagrodzeń pracowników na stanowiskach nierobotniczych w polskich Lasach Państwowych jest około dwukrotnie wyższy niż średnia dla podobnych instytucji w innych państwach UE.

W piśmie Sztabu Protestacyjnego Leśnych Związków Zawodowych można przeczytać utyskiwanie na topniejące środki Funduszu Leśnego. Tym niemniej, kiedy w poprzednich latach z tego samego Funduszu Leśnego finansowano za 35 mln PLN dwa tysiące bilbordów promocyjnych a 136 mln PLN wydano na budowę lub remonty dróg poza lasami, nikt nie zawiązał sztabu protestacyjnego. Nawet wtedy, gdy pojawiły się zarzuty, że wykorzystane środki posłużyły do budowy poparcia polityków partii Solidarnej Polski, której członkowie zajmowali najważniejsze stanowiska w kierownictwie Lasów Państwowych. Beneficjentami Funduszu Leśnego były także parafie i koła gospodyń wiejskich.

Wówczas jednak Leśne Związki Zawodowe nie widziały w tym „ideologiczno-rewolucyjnych i skrajnych działań”. Teraz zaś oburzają się na sugestie upolitycznienia Lasów Państwowych za rządów Zjednoczonej Prawicy. Tymczasem, jak podała Ministra Klimatu i Środowiska, Paulina Hennig-Kloska, Lasy Państwowe na promocje w 2020 roku wydały 1 mln PLN, a w 2023 prawie 32 miliony PLN. Z kolei na działania medialne w 2020 roku – 1,33 mln PLN, a trzy lata później – 15,14 mln zł. Czy to przypadek, że tak radykalny skok wydatków, przypadł na rok wyborów parlamentarnych?

Argumenty o upolitycznieniu podsuwają sami leśnicy, którzy spotkali się niedawno z kandydatem PiS na urząd prezydenta, Karolem Nawrockim. Był wśród nich m.in. Bartosz Bazela, były Dyrektor Regionalny Lasów Państwowych w Toruniu i Pile, który skarżył się, że pracę podobnie jak on sam straciło wielu fachowców. Tymczasem to za czasów Bartosza Bazeli z okazji imprezy na 45-lecie RDLP w Pile wydano 770 tys. PLN, a na remont prywatnej łazienki w gabinecie dyrektora niemal 100 tys. PLN. 

Czy mówiąc o fachowcach, Bazela miał na myśli także Dariusza Mateckiego, posła Zjednoczonej Prawicy, zatrudnionego w strukturach Lasów Państwowych? Matecki, jak podaje strona Lasów Państwowych, został zatrudniony 18 maja 2020 r. na stanowisku specjalisty do spraw komunikacji w Zespole Komunikacji Społecznej w Wydziale Komunikacji Centrum Informacyjnego Lasów Państwowych, a następnie w Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Szczecinie. W obu przypadkach ani przeprowadzono kontrola, ani nawet żaden ze współpracowników nie odnotował jakiejkolwiek aktywności zawodowej Mateckiego, ale jego (nie)praca kosztowała Skarb Państwa ponad 320 tys. PLN.

Na spotkaniu z Karolem Nawrockim obecny był również Piotr Nalewajek, przewodniczący krajowej sekcji leśnictwa Związku Zawodowego „Budowlani”, podejrzany o wyrządzenie szkody majątkowej Skarbowi Państwa w wysokości 1 mln zł. Zarówno w przypadku Mateckiego, jak i Nalewajka sprawy prowadzi prokuratura.

Mamy do czynienia z grupą leśników, którzy uwłaszczyli się na lasach, będących wspólnym dobrem wszystkich Polek i Polaków. Przez lata czerpali oni benefity z politycznego układu. Teraz podnoszą głos, ponieważ odsunięto ich od bardzo dochodowych stanowisk. Dlatego tu nie chodzi o żadną ideologię NGOsów czy Ministerstwa Klimatu i Środowiska, lecz o przerwanie patologicznego układu. Leśnicy to jedna z najlepiej zarabiających grup zawodowych w Polsce. Teraz Leśne Związki Zawodowe wysuwając swoje wygórowane żądania działają na szkodę swojego pracodawcy. Dyrektor Koss nie powinien ich spełniać. Pokazuje to jednak dobitnie, że konieczne są głębokie reformy Lasów Państwowych i wprowadzenie rzeczywistej kontroli nad ich działaniami – komentuje Radosław Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot.

 

Radosław Ślusarczyk, prezes Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot i członek Państwowej Rady Ochrony Przyrody, e-mail: suchy@pracownia.org.pl, tel.: 660 538 329

Źródło: Pracownia na rzecz Wszystkich Istot

 

 

Włączaj pralkę w odpowiednim momencie – czyli jak można wesprzeć rozwój odnawialnych źródeł energii i zmniejszyć zużycie węgla przez tradycyjne elektrownie. Propozycja projektu społecznego:

Wietrzna i słoneczna pogoda w czerwcu przyniosła kolejne rekordy w produkcji energii elektrycznej przez elektrownie wiatrowe i słoneczne. Według portalu WysokieNapiecie.pl tylko w niedzielę, 19 czerwca br., zaoszczędzono dzięki temu około tysiąca wagonów z węglem oraz adekwatną ilość emisji pyłów i CO₂ do atmosfery. OZE pokryły wtedy ponad 60 proc. zapotrzebowania na moc w kraju. Mimo że była to niedziela i zużycie było mniejsze – bo nie pracowały komputery i klimatyzacja w biurach – to taki udział OZE w ogólnokrajowej mocy robi wrażenie. Jeszcze 20 lat temu były to pojedyncze procenty.

Na tym samym portalu znajdziemy ciekawy opis tego, jak regulator mocy w krajowej sieci – Polskie Sieci Elektroenergetyczne – radzi sobie z bilansowaniem popytu i podaży na prąd. Codziennie, godzina po godzinie, żongluje produkcją lub konsumpcją elektrowni szczytowo-pompowych, sprzedaje lub kupuje moc do sieci innych krajów, a w ostateczności prosi operatorów większych farm wiatrowych o wyłączenie części wiatraków, gdy energii jest już zbyt dużo. Te ostatnie działania wynikają z tego, że produkcję z wiatraków można zmniejszać niejako „od ręki” – na żądanie, w przeciągu zaledwie kilku minut – zmieniając kąty natarcia śmigieł i spowalniając ich obroty.

Nie da się jednak skutecznie niwelować wahań w produkcji prądu z odnawialnych źródeł energii, sterując elektrowniami węglowymi. Włączenie turbiny parowej opalanej węglem to wielogodzinny proces, który musi być wcześniej zaplanowany. Nieregularność mocy przekazywanej do sieci krajowej przez OZE zawsze była barierą w ich rozwoju. Stąd też współczesna popularność i potrzeba inwestycji we wszelkie formy buforowania energii – banki energii, elektrownie szczytowo-pompowe czy technologie wytwarzania wodoru.

Nieregularne OZE

Trochę tylko szkoda, że bilansując moc w sieci, musimy „przykręcać” wiatraki, a kominy elektrowni dymią dalej. Szczególnie wieczorem, gdy wiatr i słońce często słabną, a zapotrzebowanie ze strony gospodarstw domowych zazwyczaj wzrasta.

Pytanie: jak jeszcze można reagować na nieregularność OZE?

W Polsce od zawsze, jeszcze w PRL-u, funkcjonowała nocna taryfa na prąd i dwutaryfowe liczniki, które pozwalały uruchamiać w nocy ogrzewanie elektryczne (piece akumulacyjne, bojlery), ponieważ nocą zawsze był nadmiar prądu i był on tani. Z tych samych powodów pociągi towarowe często przemieszczały się również nocą – i robią to nadal.

W tamtych czasach elektrownia wodna w Solinie była uruchamiana codziennie około 17:00, raptem na godzinę lub dwie, aby sprostać zapotrzebowaniu na prąd w czasie „Teleexpressu” nadawanego zawsze o 17:15. Na dłużej nie można jej było włączać, bo dopływ wody był zbyt mały, aby pracowała w trybie ciągłym.

Te spostrzeżenia prowadzą do wniosku, że kluczowe jest nie tylko to, jak produkujemy prąd, ale również kiedy go konsumujemy. Skoro popularność „Teleexpressu” w PRL-u zmuszała do włączania elektrowni w Solinie, to współcześnie ma znaczenie, w jakich godzinach włączamy pralki, zmywarki, żelazka, bojlery i klimatyzację w milionach domów. Ważne jest również, kiedy ładujemy nasze rowery czy samochody elektryczne.

Można przeprowadzić kilka prostych kalkulacji, które prowadzą do ciekawych wniosków. Celem obliczeń było oszacowanie dobowego zużycia prądu w gospodarstwach domowych, jeśli skomasujemy ich pracę do kilku godzin. Uwzględniliśmy tylko te urządzenia, których porę uruchomienia możemy regulować bez zaburzania funkcjonowania naszego domu i rodziny.

Łącznie różne warianty tych obliczeń doprowadziły nas do wartości rzędu 10 GWh zużycia w ciągu doby.

Gdyby całe to zużycie skoncentrować na przestrzeni kilku godzin, oznaczałoby to zmianę w pobieranej mocy na poziomie kilku GW – czyli około 10 proc. mocy, z jaką funkcjonuje zazwyczaj cały kraj. To oznacza, że regulując pory używania części domowych odbiorników, można obniżyć zużycie prądu w domach, przerzucając je na czas, gdy wieje wiatr lub jest słonecznie. To w zupełności wystarczy, aby odebrać nadwyżki od farm wiatrowych. Wyniki tych oszacowań są dość obiecujące – moce zużywane przez domowe odbiorniki są wystarczająco duże, aby mogły stabilizować krajową produkcję mocy z odnawialnych źródeł.

Jest nadwyżka? To pierzemy!

Jak to zrealizować w praktyce?

Gdyby technologia „Internetu rzeczy” była powszechna, moglibyśmy zlecać naszej pralce czy zmywarce podłączonej do internetu, aby wykonała swoją pracę niekoniecznie „teraz”, ale np. w przeciągu najbliższych sześciu godzin lub „do jutra rana” – z dodatkowym warunkiem, aby zrobiła to wtedy, gdy prąd będzie najtańszy. Centralny regulator mógłby przesyłać informację: „mam nadwyżki mocy, włączajcie pranie”.

Wdrożenie takich rozwiązań umożliwiłoby operatorowi stałe sygnalizowanie milionom odbiorników, jaki jest obecnie stopień zasilania – czy mamy nadwyżki, czy też niedobory.

Istotna część urządzeń w gospodarstwach domowych mogłaby automatycznie dopasowywać czas swojej pracy do poziomu dostępnej mocy w sieci krajowej – nie przeciążać jej, gdy są braki, i korzystać z nadmiaru, gdy jest silne słońce lub wiatr.

Oczywiście, w idealnym świecie to wszystko powinno być regulowane ceną prądu, zmieniającą się nawet co godzinę – w granicach bezpiecznych widełek czasowych i cenowych – aby pranie rozpoczęte przy niskiej cenie prądu nie kończyło się przy znacznie wyższej.

Fundacja Demokracji Bezpośredniej przygotowuje się do pilotażowego uruchomienia tego systemu. Obecnie poszukujemy wsparcia partnerów strategicznych z branży OZE. A ponieważ projekt jest społecznościowy, to – internetowym zwyczajem – zapraszamy również wszystkich do „zrzutki” na jego „rozkręcenie”: www.oze-razem.pl.

Artykuł autorstwa Piotra Krupy po raz pierwszy opublikowany w miesięczniku Aura, nr 7/2022. Publikacja za zgodą autora, bez zmian w treści.

W poszukiwaniu synergii działań planistów i mieszkańców.

Planowanie urbanistyczne powinno się opierać na uczciwej dyskusji, w której brane są pod uwagę wszystkie interesy, a decyzje podejmowane są z pełną świadomością, w oparciu o różne warianty rozwiązań przestrzennych. Z punktu widzenia fachowca-projektanta, obecna praktyka jest od tego ideału bardzo daleka. Ze względu na skomplikowanie procedur planistycznych coraz częściej decyzje dotyczące rozwoju miasta podejmowane są cząstkowo i na podstawie doraźnego interesu. Proces ich narastania kończy się kompromisem, który daje efekt przypadkowy, podczas gdy artykułowanie interesu publicznego pozostaje w sferze haseł i emocji. Efekty nie są satysfakcjonujące – ani funkcjonalnie, ani przestrzennie, ani estetycznie. A przede wszystkim często pozostają niekonsekwentne względem szerszych koncepcji rozwoju miasta. 

System, który sam się sabotuje.

Zarządzanie przestrzenią ma charakter dwutorowy: składa się na nie planowanie miasta z jednej, a decyzje realizacyjne z drugiej strony. Jednym z podstawowych wyzwań związanych z planowaniem urbanistycznym jest to, że warstwy te słabo ze sobą współgrają, a realizacja często wyprzedza planowanie. Taki stan rzeczy to duże wyzwanie nie tylko dla planistów, ale i mieszkańców chcących wpływać na przyszły kształt miasta.

Demokratyzacja procesu planowania jest okazją do lepszego uwzględnienia głosu mieszkańców, ale i czynnikiem, który prowadzi do skomplikowania procedur. Planowanie staje się coraz bardziej powolne, a przez to mało skuteczne, gdyż równolegle podejmuje się decyzje realizacyjne. Wiele z nich ma charakter branżowy, opiera się na projektach przygotowanym przez specjalistów z danej dziedziny, w oparciu o spec-ustawy i w ramach podziału kompetencji w urzędach. Efektem są na przykład projekty techniczne ulic nieskoordynowane z projektami planów miejscowych dotyczących danego obszaru.

Plany miejscowe – martwe prawo w żywym mieście.

Długotrwałość procedur prowadzi do sytuacji, w której plany w momencie uchwalania są już częściowo nieaktualne. Dążąc do uchwalania jak największej liczby planów, warto zastanowić się jak pozostawić samorządom możliwość ich modyfikacji. Zamiast upraszczać procedury, prawodawstwo idzie obecnie w przeciwnym kierunku – do procesu planowania wprowadzanych jest coraz więcej komplikacji. A przecież możliwość dokonywania zmian w planie mogłaby mieć charakter nakładek – mini planów – obejmujących newralgiczny obszar, bez konieczności ponownego stosowania pełnych procedur. Obowiązująca ustawa została jednak sformułowana tak, by utrudnić manipulowanie przy planie (a tym samym uniemożliwić związaną z tym korupcję), lecz jej zapisy równocześnie bardzo utrudniają jakiekolwiek modyfikacje i korekty. W efekcie, obecne plany stanowią bardzo niedoskonałe narzędzie rozwoju przestrzennego. Plan często staje się raczej opisem tego, co już się wydarzyło, niż zapisem nowej koncepcji.

Warszawski precedens – czy to wystarczy?

W Warszawie dopiero niedawno przyjęto zasadę, że podejmowane decyzje realizacyjne powinny być zgodne z planami miejscowymi, nawet jeżeli są to tylko projekty, które jeszcze nie obowiązują prawnie. Dzięki temu inwestorzy bardziej starają się dopasować swoje propozycje do opracowywanej przez planistów wizji. Często jednak decyzje realizacyjne podejmowane są bez koordynacji z powstającymi projektami planów, a projektanci dostają je w formie faktów dokonanych, do uwzględnienia w planie. 

Fakt, że uchwalenie planu miejscowego jest trudne, coraz częściej prowadzi do podejmowanych „na dziko” interwencji i prób oddolnego rozwiązywania problemów przestrzennych. Często to sami mieszkańcy nie mogący się doczekać jakiejś regulacji biorą sprawy w swoje ręce.

Mieszkańcy kontra system – walka o przestrzeń publiczną.

Ruchy miejskie mają ogromny potencjał jako siła wspierająca urbanistów w tworzeniu rozwiązań przyjaznych, nowoczesnych i otwartych na potrzeby mieszkańców. Zainteresowanie społeczne procesem planowania już we wczesnym stadium dałoby projektantom znacznie większe możliwości tworzenia zapisów zgodnych z interesami lokalnych społeczności. Autorzy planów, gdy nie czują wsparcia społecznego dla proponowania rozwiązań na rzecz mieszkańców, pozostawieni sami sobie podlegają przede wszystkim naciskom urzędników i inwestorów.

Zwykle jest jednak tak, że na etapie rozpoczęcia prac nad planem proces ten nie cieszy się zainteresowaniem społecznym. Mieszkańcy na ogół zaczynają zgłaszać swoje obiekcje i protestować dopiero wówczas, gdy po długiej i skomplikowanej procedurze projekt planu jest ukończony i przygotowany do uchwalenia, a w przypadku braku planu – gdy wydano już decyzję lub pozwolenie na budowę. Tak późny moment zaangażowania się w proces planistyczny nie daje szans na zainicjowanie współpracy – z jednej strony mieszkańcy przyjmują postawę sprzeciwu, z drugiej projektanci często nie mają już możliwości formalnych uwzględnienia ich postulatów, gdyż zmuszałoby to ich do powtarzania procedur. Dlatego tak ważne jest aby organizacje i grupy mieszkańców uczestniczyły w tworzeniu planu już na wczesnym etapie, a potem starały się kontrolować czy przyjęte założenia nie są łamane przez inwestorów lub urzędników, zanim plan wejdzie w życie. Ruchy miejskie mają też potencjał, by nie dopuścić do utraty przez miasto budynków i przestrzeni publicznych, biorąc aktywny udział w dyskusji o przyszłości danego obszaru.

Za późno na dialog?

Uchwały podejmowane przez samorządy uwzględniają przede wszystkim postulaty inwestorów. A autorom planów trudno jest je modyfikować bez społecznego wsparcia. Z punktu widzenia projektanta podstawowym wyzwaniem jest brak wspólnego języka i możliwości partnerskiej współpracy z mieszkańcami. Często pomysły uczestników procesów partycypacyjnych są spóźnione albo są oni słabo poinformowani o uwarunkowaniach prawnych, przyrodniczych czy ekonomicznych. Rzadko się też zdarza, że organizacje społeczne w pełni rozumieją system prawny, w którym powstają plany. Do owocnej dyskusji z projektantem potrzebny jest partner decyzyjny (włodarz miasta) i partner społeczny, rozumiejący uwarunkowania oraz cel tworzenia planu.

Warto też rozwijać umiejętność myślenia o przestrzeni miejskiej w większej skali, bo duży plan jest trudniejszy dla mieszkańców do ogarnięcia, a przez to działania mieszkańców mają zwykle charakter mikro interwencji. Tym samym jednak ruchy miejskie skazują się na działania szczątkowe i często podporządkowane pewnym modom i trendom.

Deweloperzy górą – dlaczego przegrywamy walkę o miasto?

Jak więc wdrażać procesy planistyczne, żeby nadać im sens i w miarę możliwości wszystkich zadowolić? Obecnie w procesie planowania obowiązują zasady wynikające z ustawy o zamówieniach publicznych, gdzie cena jest kryterium decydującym o wyborze zespołu projektowego. To nie sprzyja jakości wykonanych opracowań i zniechęca projektantów do rozszerzenia współpracy z mieszkańcami. Warto też dążyć do tego, żeby plany obejmowały mniejsze obszary, bo wówczas łatwiej jest o nich dyskutować z mieszkańcami, a także wprowadzać ewentualne korekty. Należy również inwestować w warsztaty z mieszkańcami. Obecnie koordynacja podobnych spotkań jest słaba, zleca się je tanio, rzadko inwestując w dobre wizualizacje i obsługę dostatecznej liczby osób. Niedofinansowane pracownie miejskie nie są w stanie konkurować z jakością wizualizacji zamawianych przez deweloperów, a te mają realny wpływ na decyzje podejmowane przez mieszkańców czy urzędników. Istotne jest także to, by dialog był oparty na realnych podstawach, gdyż dyskutowanie niemożliwych do spełnienia postulatów zniechęca wszystkie strony do zaangażowania się w proces.

Jak naprawić system? Recepta na zmianę.

Wiele konfliktów wynika z tego, że ludzie nie mają świadomości, że pewne decyzje wynikają z ogólnych potrzeb i są konieczne. Jako mieszkańcy nie jesteśmy przyzwyczajeni myśleć w szerszej skali. Organizacje społeczne powinny jednak starać się równoważyć te mechanizmy i budować wizję miasta jako wspólnego dobra, którym zarządza się drogą pragmatycznej dyskusji. Władze miejskie powinny być aktywniejsze, pełnić rolę arbitra – tego, który patrzy z szerszej perspektywy, tłumaczy racje wyższego rzędu, edukuje mieszkańców i koordynuje działania urzędowe. Wszystkie strony powinny zaś dążyć do obniżenia temperatury konfliktów poprzez świadomą współpracę.

 

 

Anna Domaradzka

 doktor socjologii, adiunkt w Instytucie Studiów Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, autorka badań i opracowań o ruchach miejskich, aktywności obywatelskiej i sąsiedzkiej. 

Krzysztof Domaradzki,

architekt urbanista, profesor Politechniki Warszawskiej, autor wielu planów miejscowych i projektów urbanistycznych dla Warszawy.

 

 

18 marca (wtorek) | Warszawa | Centrum Konferencyjne Zielna, ul. Zielna 37
Konferencja pod honorowym patronatem Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

Przyszłość ochrony roślin – konferencja Koalicji Żywa Ziemia i PAN Europe

Koalicja Żywa Ziemia oraz Pesticide Action Network Europe zapraszają na wyjątkowe wydarzenie poświęcone nowoczesnym i ekologicznym metodom ochrony upraw. W dobie rosnących wyzwań związanych z degradacją środowiska i zdrowiem publicznym, konferencja ta stanowi niepowtarzalną okazję do zgłębienia wiedzy na temat alternatywnych metod ochrony roślin oraz ich wpływu na rolnictwo, konsumentów i ekosystemy.

Eksperci z różnych dziedzin przedstawią najnowsze badania, analizy oraz propozycje rozwiązań, które mogą znacząco wpłynąć na kształtowanie przyszłej polityki rolnej Unii Europejskiej. Wśród prelegentów znajdą się przedstawiciele instytucji europejskich, środowisk naukowych, organizacji ekologicznych oraz praktycy rolnictwa.

Główne tematy konferencji:

✅ Przyszłość ochrony roślin w Unii Europejskiej oraz zmiany w polityce rolnej.
✅ Wpływ środków ochrony roślin na zdrowie ludzi i środowisko – najnowsze badania.
✅ Ograniczenie chemizacji rolnictwa i rozwój zrównoważonych metod upraw.
✅ Biologiczne i ekologiczne metody ochrony upraw jako przyszłość rolnictwa.
✅ Nowe wyzwania i kierunki zmian we Wspólnej Polityce Rolnej po 2027 roku.

📌 Cel konferencji: Konferencja ma na celu promowanie innowacyjnych, przyjaznych dla środowiska metod ochrony roślin oraz stworzenie przestrzeni do merytorycznej dyskusji na temat przyszłości rolnictwa w Unii Europejskiej. Dzięki udziałowi ekspertów z różnych sektorów możliwe będzie wypracowanie rekomendacji, które mogą przyczynić się do ograniczenia stosowania pestycydów oraz wdrożenia bardziej zrównoważonych rozwiązań w sektorze rolnym.

💡 Szczegóły wydarzenia:
Data: 18 marca 2024 r. (wtorek)
Miejsce: Centrum Konferencyjne Zielna, ul. Zielna 37, Warszawa
Start: godz. 11:00
Rejestracja: https://forms.gle/tMv1a1vhwJLc765f6

Nie przegap tej wyjątkowej okazji, by zdobyć cenną wiedzę, wymienić się doświadczeniami i wspólnie kształtować przyszłość rolnictwa opartego na zasadach zrównoważonego rozwoju. Dołącz do nas i bądź częścią tej ważnej dyskusji!

Monika Kostera i Adam Węgłowski

Przyszłość. Ludzkość poradziła sobie z problemami, które zagrażały jej przetrwaniu na początku XXI wieku. Historia ma dalszy ciąg. I jak to bywa w przypadku dalszych ciągów, ich bohaterowie interesują się wszystkim, także przeszłością. Wynaleźli chronoport do podróżowania w czasie wstecz, ale ze względu na zagrożenia, jakie niesie to urządzenie, pozostaje do użytku wyłącznie naukowego. Badaczki i badacze przeszłości – z przyszłości – po przejściu długotrwałych szkoleń z etyki i technologii chronoportacji – studiują wybrane historyczne obszary czasu i przestrzeni, żeby zrozumieć lepiej kim jesteśmy, skąd przybywamy i dokąd zmierzamy.

To było trudna i kontrowersyjna sprawa. Trzeba było posprzątać po studentach.

Profesor d’Ocent nie wyglądał na zadowolonego, że jemu przypadło to zadanie. Władze uczelni nie pozostawiły jednak wątpliwości, że skoro prawdy od fałszu nie jest w stanie rozstrzygnąć Wielki Sztuczny Mózg, który w 2135 roku dostał lekkiego pomieszania zamysłów – więc musi to zrobić d’Ocent. Zwłaszcza, że ma za sobą przeszłość spędzoną na antropologicznych badaniach terenowych w przeszłości.

– W podróż, której faktyczny przebieg trzeba ustalić, udały się dwie osoby studenckie: Glock i Beretta – usłyszał d’Ocent od prorektora.

– Wystrzałowi studenci – mruknął d’Ocent – Dobrze się zaczyna.

– Słucham? – prorektor nie dosłyszał.

– Chciałem zapytać, co z automatycznym zapisem ich misji? – odparł d’Ocent.

– Nie udał się. Małe zakłócenia w bąblu czasu ujemnego. To się zdarza – wyjaśnił prorektor. – WSM przez 5 ostatnich lat rejestruje głównie szumy Schumanna. Musimy więc bazować tylko na relacjach studentów. Proszę posłuchać Glocka. Syrakuzy, pierwszy rok 142. olimpiady…

„Przybyliśmy tuż przed oblężeniem miasta przez Rzymian. Tematem naszej pracy było »Zarządzanie kryzysem przez Archimedesa, czyli starożytna nauka w służbie polityki«. Faktycznie, podczas oblężenia miasta Archimedes wykorzystywał w jego obronie nieznane Rzymianom urządzenia. Były to machiny wykorzystujące prawa fizyki – dziś powszechnie znane, lecz wówczas uważane niemal za cuda. W związku z tym śledziliśmy z Berettą dwie narracje, które pojawiły się u obrońców Syrakuz. Jedna mówiła, że Syrakuzanom sprzyjają bogowie, więc Rzymianie nie mają szans. Druga mówiła, że Rzymianie to głupcy, nie dorastający do pięt wykształconym Syrakuzanom, więc Rzymianie nie mają szans. Według tej pierwszej narracji Archimedes był kimś w rodzaju proroka. Według tej drugiej, wydawał się emanacją geniuszu greckich założycieli Syrakuz.

Tak czy owak, Syrakuzanie bronili się udanie i rosła ich pewność siebie. Pewnego dnia hucznie obchodzili święto ku czci Artemidy. Wino lało się wtedy strumieniami, a pijaństwu świętujących nie ustępowała też ich żarłoczność. Tymczasem rzymski wódz wypatrzył opuszczoną przez podpitą załogę syrakuzańską basztę w zachodniej, nowszej części metropolii. Natychmiast wysłał tam ludzi z drabinami, którzy opanowali mur i wylegli na ulice miasta. W krótkim czasie legioniści opanowali trzy dzielnice – Neapolis, Tyche i Epipolae. Były to jednak części miasta o pośledniejszym znaczeniu. Wszyscy obrońcy zgromadzili się na najpiękniejszych i najpotężniej umocnionych – Achradinie oraz Ortygii. Tam nie imały się ich żadne ataki Rzymian.

Czy doszło do zmiany wewnętrznej narracji w Syrakuzach? Oczywiście. Pierwsza mówiła, że Syrakuzanom sprzyjają bogowie, o ile obrońcy nie przesadzają z jedzeniem i piciem, a bóstwom nie rzucają ochłapów. To jest, znaczy, libacji. Druga mówiła, że Rzymianie potrafią pokonać tylko wstawionych Syrakuzan, więc trzeba ukrócić pijaństwo. Ale libacje oczywiście na miejscu.

Obie wewnętrzne narracje pomijały fakt, że w mieście istnieje gniazdo zdrajców, opcja prorzymska, która miała w nosie libacje, za to liczyła na to, że Rzymianie dostarczą im, po zwycięstwie, zarówno chleba, jak i igrzysk. Że o winie nie wspomnę, bo to się rozumie samo przez się. Pewnego dnia, kiedy z drugiej strony murów trwał stały – aczkolwiek pozorowany – atak Rzymian, owa prorzymska piąta kolumna po prostu otworzyła bramę do Achradiny, niedaleko źródła Aretuzy. Legioniści zaprzestali pozorowanego ataku i wkroczyli jak królowie wprost do serca Syrakuz. Tym razem nic nie mogło już uratować miasta.

W tej dramatycznej chwili byliśmy tam my, doktoranci, na straży historycznej prawdy. Beretta została w tyle, nerwowo obserwując rzymski przemarsz. Ja biegłem ulicami od strony źródła Aretuzy, które zaopatrywało całe Syrakuzy w wodę. Miejscowi byli w panice. Z przyczyn bezpieczeństwa przeszedłem w tryb niewidoczny. Beretta dała znak, że robi to samo. Wojna rządzi się przecież swoimi prawami. Przez ostatnie miesiące tysiące Rzymian, w gorączce i chłodzie szturmujących bramy miasta, zginęło z rąk obrońców wiedzionych przez Archimedesa. Teraz legioniści postanowili odebrać sobie zapłatę za poniesione trudy. Rozmiary grabieży były bezprzykładne, nikt nie śmiał się sprzeciwić żołnierzom plądrującym, co się da. Wygłodzeni Rzymianie pożerali resztki dań pozostałych z uczty i wypijali wszelkie wino, jakie udało im się znaleźć. Można śmiało powiedzieć, że takie były ich priorytety. Z tym, że bogowie tym razem nie mogli liczyć na żadne libacje. Rzymski wódz nie dopuścił tylko, aby mordowano bez opamiętania.

My naukowcy nie mogliśmy nic na to wszystko, co się działo, poradzić. Trzeba było odwracać oczy, by nie widzieć, co dzieje się z ludźmi, których wypytywaliśmy do naszych wywiadów i z którymi nawiązaliśmy relacje. Cóż, miałem zadanie do wykonania. Odnalazłem Archimedesa. Jak opisywano, siedział na kamieniu i rysował w piasku koła. Już tylko nieliczni Syrakuzańczycy liczyli na to, że wzywa bogów, albo konstruuje broń, która odmieni los miasta. Rzymscy żołnierze obstawili filozofa. Zaczepiali go, szturchali, któryś z nich przeciągnął swoim sandałem po kołach narysowanych w piasku. Wszyscy wiemy, jak to się skończy. Trudno było patrzeć na śmierć geniusza.

Byłem wciąż w trybie niewidocznym. I nagle zauważyłem, że scenie śmierci Archimedesa przypatruje się mnóstwo biernych obserwatorów. Nikt nie stanął w jego obronie. Wtedy zrozumiałem: oni też byli w trybie niewidocznym dla ludzi z epoki. Aż tyle ekip naukowych wysyłają uniwersytety, żeby oglądać mord na geniuszu? W jakim celu? Uważam, że to niepokojące. Czy na pewno wszystko to byli naukowcy? Czy nie istnieje jakiś czarny program turystyczny podróży w czasie pod płaszczykiem wypraw naukowych? Uważam, że to miejsce i czas powinno być objęte embargiem – jak miejsca zbrodni, jak Golgota”.

Tak kończyła się relacja Glocka.

– Hm, niepokojące – chrząknął d’Ocent. – Warto by coś…

– To w sumie nie nasza sprawa – przerwał mu prorektor i tylko machnął ręką.

– Serio? – zdziwił się d’Ocent. – To po co ja…

– Tak naprawdę, to ważna jest druga relacja – przerwał mu prorektor i uruchomił nagranie studentki Beretty.

„Kiedy ginął Archimedes, nie byłam na miejscu. Rzymianie wkraczali. Był to dramatycznie smutny widok. Poszłam do domu filozofa. Miałam zbadać, czy i kiedy dojdzie tam do rabunku. Interesowało mnie zwłaszcza, co stanie się z jego mechanicznym planetarium. Dom Archimedesa był skromny i kompletnie pusty. Większość pomieszczeń wyglądała jakby stopniowo przejmował je warsztat naukowca: wlewały się tam jego konstrukcje, zwoje, tablice, mechanizmy. Mozaikowa podłoga eleganckiego andronu, pokoju przeznaczonego na męskie uczty, ale jakby od dawna nieużywanego w tym celu, przykryta była grubą warstwą kurzu i piasku. Ten woal puszystego brudu przecinały jednak świeże ślady sandałów. Prowadziły przez cały pokój – od ściany andronu do wejścia. Tylko w jedną stronę! Dziwne. Ludzie wszak nie wychodzą z murów! Podbiegłam do ściany, obmacałam i opukałam, a potem (pewna już, że coś musi za nią być, jakiś schowek, ukryte pomieszczenie, tajna kryjówka dla gospodarza), zaczęłam rozglądać się za mechanizmem lub zamkiem, który pozwalałby wejść do środka. Nic takiego jednak nie znalazłam. Na ścianie wisiały dwie głowy byka ze świecącymi oczami, wykonane z brązu. Zaniepokoiło mnie to, że niemal wyrastały ze ściany, stanowiąc jakby nieodzowną jej część. Nie sposób było ich zdjąć. Czyżby więc stanowiły część jakiegoś mechanizmu odsłaniającego sekretne przejście? Ale jak? Hmm, stwierdziłam, że ruszały im się rogi – można było przekręcać je w dół niczym klapnięte uszy. Spróbowałam kilka razy, w różnych konfiguracjach. Nie prowadziłam niestety notatek, więc nie mogę zdać relacji z tego jak to się stało, ale ściana nagle ruszyła. Odsłoniła tunel. To było zadanie bardziej dla archeolożki niż antropolożki, ale przecież nie mogłam zrezygnować… Zapaliłam pochodnię. Wokoło było czarno i duszno. Ciasno. Brakowało powietrza.

Tak dotarłam do groty, wyglądającej jak kolejny warsztat. Nie była ciemna, oświetlały ją małe wiązki światła. Dziwne. Szybko dotarłam do źródła małych, jasnych snopów przecinających mrok sekretnej sali. Okazało się być wiszącą tkaniną. Dziurawą? Raczej mającą przemyślnie porozrzucane otwory. Ciężka. Wyczułam, że od zewnętrznej strony jest do niej coś przyczepione. Wymacał to palcami przez otwory. Trawa? Nici? Liście? Jakieś łaty? W końcu zrozumiałam: to była wielka zasłona, maskująca wlot do jaskini od strony skarpy, murów i morza.

Dopiero wtedy rozejrzałam się uważnie po samym warsztacie. Grota wzmocniona była drewnianymi i kamiennymi kolumnami, ścianami i belkami. Pod stopami zobaczyłam coś w rodzaju szerokich kolein. Prowadziły, jak się okazało, do machiny umieszczonej na końcu groty. Kiedy tam podeszłam, zobaczyłam wielką balistę, imponującą kuszę oblężniczą o ramionach trochę tylko węższych od zamaskowanego wyjścia z jaskini. »Dałoby się z tego wystrzelić nawet człowieka« – zażartowałam w myślach. I wtedy nagle żart stał się rzeczywistością. Po prawej stronie od balisty stało bowiem oparte o ścianie przedziwne urządzenie, wyglądające jak żagiel. To była lotnia. Drewniane skrzydła opięte płótnem, ze skórzaną uprzężą dla lotnika. Coś jak ten znany model Leonarda. Tyle, że Archimedes skonstruował coś podobnego 1700 lat wcześniej! Niesamowite”.

Prorektor wyłączył nagranie.

– I to jest to sensacyjne, kłopotliwe nagranie? – znów zdziwił się d’Ocent.

– A nie jest? – odparł prorektor.

– Chodzi o to, że Archimedes eksperymentował z lataniem? – d’Ocent uśmiechnął się szeroko – To chyba byłaby wspaniała wieść dla nauki!

– Niech kolega nie będzie naiwny – zezłościł się prorektor. – Przecież chodzi zupełnie o co innego. Archimedes szykował się do ucieczki! Sam, lotnią! Chciał zostawić Syrakuzańczyków! On, człowiek nauki, postanowił dać dyla, pozostawiając wierzących mu ludzi na pastwę wroga!

– A to już kolegi interpretacja. Nikt go za rękę nie złapał, a raczej za skrzydło – odparł d’Ocent.

– To kolega tak uważa. Kolega chyba nie wie, ile instytucji nosi imię Archimedesa? To sprawa polityczna – zapienił się prorektor.

– Niech będzie – westchnął d’Ocent. – Tylko co ja mam z tym wspólnego?

– Bardzo dużo – prorektor poklepał go po plecach. – Otóż to kolega będzie musiał stwierdzić, czy te relacje studentów są prawdziwe. A może są na przykład urojeniami wynikłymi z zakłóceń podczas nieoczekiwanego kontaktu z bąblem czasu ujemnego? Może WSM kompletnie oszalał, na przykład po wyprawach doktorantek na Wyspę Wielkanocną i całej tej tamtejszej orgii z psychodelikami? Może Glock i Beretta pomieszali notatki z obserwacji z notatkami o mitach i legendach?

– Może dostali w głowę pociskiem i zaczęli bredzić? – zawtórował mu w domysłach d’Ocent, pod wpływem nieodpartego impulsu nabytego podczas lat szkoleń z dialogowania w trakcie własnych, ongisiejszych studiów doktoranckich.  – Może zamiast badać, oddali się libacji na jakimś skwerku i wpadli na pomysł, żeby ukrasić nieco swoje raporty? Nie, niemożliwe, nie po ostatnich szkoleniach z etyki – oprzytomniał nagle. – Wykluczone, oni nie mogli skłamać.

– Ale mogli pomylić notatki, a WSM mógł wszystko poplątać. – surowo skonkludował prorektor.

– A może ich zapytamy po prostu? – d’Ocent podrapał się po swej bujnej czuprynie.

– Może kolega ich zapyta, drogi kolego. Gdziekolwiek są. Jeśli ich kolega spotka.

– O… – zmartwił się uczony – to znaczy, że nieźle ich wystrzeliło….

W tym momencie dla obu kolegów było absolutnie jasne, co musi się dalej stać i faktycznie, już następnego dnia, po zdaniu szybkiego egzaminu przypominawczego z etyki badawczej, d’Ocent chwycił za stery chronoportu, by po chwili wylądować w miejscu i czasie badań. Gdzie, faktycznie, trwała grabież i dewastacja, wobec czego tryb niewidzialny i d’Ocentowi jawił się opcją etycznie uzasadnioną. Mimo związanego z tym sporego śladu węglowego – bo jednak Rzymianie podpalający domy i świątynie zostawiali tego śladu dużo więcej.

Uczony rozglądał się ponuro po grabionym mieście. Po doktorantach i ich chronoporcie – ani śladu. Ostatni sygnał pochodził z chronoportacji notatek, które właśnie odsłuchali wraz z kolegą. Zauważył za to kilka postaci, ewidentnie w trybie ukrytym. Kilku nawet rozpoznał – ooo, czy nie byli to, przypadkiem, koledzy z Ośrodka Studiów Politycznych im. Niccolò di Bernardo dei Machiavelli?

– Do wuja Reagana, będę musiał zgłosić to na Collegium. Tych typków nie powinno tu w ogóle być. Od kiedy studia polityczne prowadzi się w przeszłości, co? – mrucząc pod nosem i klnąc szpetnie szedł trasą opisaną przez doktorantkę Berettę. Domek, zakurzony andron, rogi (na szczęście łamigłówka okazała się banalna dla autora książki o zagadkach Knossos), grota i lotnia. Lotnia rzeczywiście ciekawa, bo podobna, aczkolwiek nieidentyczna z tymi, jakie rysował Da Vinci, ani z bardziej współczesnymi modelami – a więc wyglądała na oryginalną w swoim czasie, nie na chronośmiecia.

– Dobrze, to przynajmniej tu nie ma nic do sprzątania… – powiedział d’Ocent sam do siebie (bo pewnie tak już jest, że uczelni wszystkich epok, od nomen omen Archimedesa do naszej własnej, gadają do siebie, gdy tylko myślą, że nikt ich nie widzi). Rzeczywiście, nie było nic z innych epok czasowych, co zaśmiecałoby przestrzeń pracowni. Niestety, nie było jednak też doktorantów. Przejrzał szkice i zapiski starożytnego uczonego. Wszystkie dotyczy machiny latającej, nie było nic o bogach ani o Rzymianach. Nagrał relację z obserwacji, bo nigdy nie widomo, kiedy może się przydać. Już miał wyjść, kiedy jego uwagę zwrócił niewielki przedmiot, przyczepiony do brzegu wylotu warsztatu, za dziurawą zasłoną. Po bliższym przyjrzeniu się stwierdził, że jest to kabelek wyprodukowany z tworzyw sztucznych, z rozczapierzonymi końcami, jakby oderwany od jakiegoś urządzenia. Ewidentny chronośmieć!

D’Ocent ostrożnie wyjrzał z warsztatu na zewnątrz. Morze, chmury, a bliżej skarpa i mury. Na murach Rzymianie.  Zero doktorantów. To akurat dobrze. Uczony wycofał się szybko i zabezpieczył z powrotem wylot. Obejrzał kabelek – wyglądał na technologię z XXI wieku – polimerowy, jednomodowy, czy to przypadkiem nie jest fragment instalacji kamer monitorujących jakich wtedy używano? Ale co, u ciężkiej finansjery, robi tu coś takiego? Zaniepokojony d’Ocent włożył kabelek do kieszeni i wycofał się z warsztatu, cały czas starannie śledząc przestrzeń, czy przypadkiem nie znajdzie się jeszcze jakiś chronośmieć. Nic nie znalazł, za to przykuła jego uwagę mozaika podłogowa w andronie – że też nie zwrócił na to wcześniej uwagi! Ani Beretta, która była tu wcześniej!

– Do stu tysięcy nadgodzin, a niech to jasny covid! – odgarniał energicznie kurz z posadzki i coraz bardziej wyraźnie widział, co mozaika przedstawia – czy to przypadkiem nie jest…

*

Prorektor przeglądał raport d’Ocenta zdumiony.

– Więc ktoś zainstalował w tym domu kamery i głośniki? I podłogowe projektory do hologramów?

– Owszem – potwierdził d’Ocent.

– Ale ten sprzęt, jak widzę, jest dość stary. Sprzed wynalezienia chronoportacji! – prorektor zaczął intensywnie się pocić.

– Owszem – znów potwierdził lakonicznie d’Ocent.

– Dlaczego ktoś sprowadził tam taki złom? – prorektor wytarł twarz chustką.

– Dlatego, że zakup sprzętu najnowszej generacji za łatwo byłoby wytropić przez służby. A taki antyczny złom jest poza systemem kontrolnym – odparł d’Ocent.

– Nie o to mi chodzi, profesorze. Po co? Nagrywali tym Archimedesa?

– Podejrzewam, że nim manipulowali. Na przykład przekazywali mu jakąś wiedzę przy pomocy hologramów. Może na przykład udawali bogów albo ducha Dedala, sam nie wiem, i pokazali Syrakuzańczykowi jak zbudować lotnię?

– I kto to zrobił? – westchnął prorektor.

– Tego nie wiem, jeszcze….

– Jeśli sądzi kolega, że będziemy wysyłać ekipy w przeszłość, żeby wypatrzyć instalatorów tego sprzętu w domu Archimedesa, to ostrzegam, że nie ma na to budżetu! – ożywił się prorektor.

– Nie o to mi chodzi – odparł d’Ocent – Po prostu wystarczy poczekać na kolejną „odkrywczą” pracę naukową o Archimedesie. Jeśli ktoś opisze, że geniusz z Syrakuz konstruował latające machiny, to mamy go. To ten ktoś, ten oszust, musiał zainstalować sprzęt w domu Archimedesa.

– Ale zdaje kolega sobie sprawę, że ktoś mógł zainstalować ten złom tylko po to, żeby wprowadzić nas w błąd? Żebyśmy zaczęli wątpić w geniusz Archimedesa? – zauważył prorektor tonem starego, wytrawnego czytelnika kryminałów.

– To by znaczyło, że ów ktoś zamierzał celowo wprowadzić Berettę do rezydencji Archimedesa. A skoro tak, to znaczy, że ten ktoś ma u nas wtyczkę – odparł d’Ocent. – Chce kolega przeprowadzić dochodzenie?

– Wie kolega co – prorektor znów zaczął się pocić. – Na to chyba też nie mamy budżetu. To może jednak poprzestańmy na czekaniu, czy i kto opublikuję tę rewolucyjną pracę o latających machinach Archimedesa. Wtedy winny sam się ujawni.

– A Glock i Beretta?

– Dostaną nakaz utajnienia relacji z Syrakuz, pod karą relegowania z uczelni. Wyśle się ich w jakieś spokojniejsze miejsce, na przykład do pracowni Kopernika. Sprawdzą, czy faktycznie to on wymyślił smarowanie chleba masłem i jak wpłynęło to na jego pozycję wśród personelu zamku w Olsztynie…


Stan wód w Polsce? Jest lepiej niż się spodziewaliśmy!
Gdyby ktoś pomyślał, że stan polskich wód powierzchniowych się pogarsza, to spokojnie – to tylko złudzenie wynikające z bardziej restrykcyjnych metod oceny. Nie obawiajcie się, Wody Polskie przygotowały specjalny komentarz, w którym wyjaśniają specjalistów z Komisji Europejskie. Czy rzeczywiście wody mamy coraz bardziej zanieczyszczone, czy to tylko biurokratyczny dualizm korpuskularno-falowy? Sprawdźmy!
Złudzenie czy realne zagrożenie?
Według Wód Polskich, stan ekologiczny i chemiczny polskich wód nie tyle się pogorszył, ile został surowiej oceniony. To tak, jakbyśmy narzekali na gorsze oceny w szkole, bo nauczyciel nagle postanowił zadawać trudniejsze pytania. Albo bądźmy uczciwi i odnieśmy się do praw nauki. Tutaj zadziała zasada nieoznaczoności Heisenberga i Wody Polskie doskonale o tym wiedzą. Im dokładniej próbujemy zmierzyć problem, tym większy się on wydaje. Może rzeki wcale nie są bardziej zanieczyszczone? Może po prostu patrzymy na nie z większą dokładnością? Niestety, ten niezręczny zbieg okoliczności sprawia, że równocześnie do tej „surowszej i dokładniejszej” oceny jakoś z w naszych wodach umierają ryby, a woda coraz częściej zmienia kolor na mniej żywotny.
Cudowne rozmnożenie zbiorników wodnych
Media alarmują o spadku liczby zbiorników wodnych? Nic z tych rzeczy! To tylko „zmiana sposobu raportowania”. Rzeki i jeziora wcale nie zniknęły – po prostu zmieniliśmy sposób ich przedstawiania. To jak efekt tunelowy w fizyce kwantowej – jeśli odpowiednio sformułujemy dane, zbiorniki wodne zamiast zanikać, po prostu przenikają do odpowiednich raportów! Wierzcie mi, one tylko pozorują swoje zniknięcie, bo rzeczywistości „tunelują” do nowej formy. Dziękujemy Wodom za wspaniałą inspirację. Tym samym proponujemy wykorzystać tę metodę wszędzie tam, gdzie z deficytu chcemy zrobić nadwyżkę. np. planując budżet domowy. Uwierzcie, jakoś to będzie!
Jest źle, ale fala prawdopodobieństwa mówi, że będzie dobrze
Nie ma powodów do obaw, bo – jak zapewniają Wody Polskie – odpowiednie plany już istnieją. Co prawda od lat słyszymy o różnych strategiach poprawy jakości wód, ale tym razem na pewno zadziałają.. i jakoś to będzie ! W końcu, jak w fizyce kwantowej, mamy tutaj superpozycję stanów – w jednym planie rzeki są czyste, w drugim wciąż czekają na poprawę. Obie te sytuacje mogą istnieć jednocześnie w „superpozycji”, ale to, który stan będzie ostatecznie dominował, zależy od tego, jakie decyzje Wody Polskie podejmą w przyszłości. Nasze działania mogą sprawić, że przejdziemy do jednego z tych „stanów” – czystych rzek lub oczekujących na poprawę. To, który z nich się zrealizuje, zależy od tego, co Wody Polskie zrobią teraz.
Na razie pozostaje nam wierzyć, że polskie : źródliska, strumienie, potoki, rzeki, stawy, jeziora i mokradła nie znikają, tylko przechodzą „restrukturyzację”, a widzimy to co widzimy bo a ich pogarszający się stan to jedynie efekt bardziej wymagających kryteriów.
W końcu, jak mawiał klasyk: „To nie ja się spóźniłem, to zegar chodzi za szybko” .

Od 12 do 14 marca 2025 roku, Wrocław stanie się areną inspirujących dyskusji i warsztatów podczas VI edycji Szkolnej Konferencji Klimatycznej. To wyjątkowe wydarzenie, tworzone przez młodzież dla młodzieży, odbędzie się w Centrum Kongresowym Politechniki Wrocławskiej  i zgromadzi młodych pasjonatów klimatu z całej Polski.

Szkolna Konferencja Klimatyczna to cykliczne wydarzenie, organizowane od 2020 roku, którego celem jest ukazanie pełnego spektrum problemów związanych ze zmianami klimatu oraz analiza potencjalnych rozwiązań. Konferencja skierowana jest do uczniów i uczennic szkół ponadpodstawowych oraz starszych klas szkół podstawowych.

Co w programie?

Program wydarzenia:

  • Data: 12–14 marca 2025
  • Miejsce:  Centrum Kongresowe Politechniki Wrocławskiej (budynek D-20)
  • Dwa spacery przyrodnicze – nocny (14-15 marca) i dzienny (16 marca).

Wydarzenie zostało podzielone tak, aby dostosować treści do różnych grup wiekowych: środa i czwartek (12-13 marca) będą dedykowane szkołom ponadpodstawowym, a piątek (15 marca) starszym klasom szkół podstawowych.

Szczegółowy harmonogram wydarzeń można znaleźć na stronie,  a szczegółowy program merytoryczny zostanie udostępniony przed konferencją.

Jak wziąć udział?

Konferencja jest wydarzeniem otwartym, a udział w niej jest bezpłatny. Wystarczy zapisać się poprzez formularz dostępny na stronie organizatorów. Nie przegap tej wyjątkowej okazji, aby poszerzyć swoją wiedzę, poznać inspirujących ludzi i aktywnie włączyć się w walkę o lepszą przyszłość naszej planety!

VI Szkolna Konferencja Klimatyczna została objęta patronatem honorowym wielu instytucji, m.in. Centrum Nauki Kopernik oraz Marszałka Województwa Dolnośląskiego Pawła Gancarza. Współorganizatorami wydarzenia są: Stowarzyszenie Szkolna Konferencja Klimatyczna, Politechnika Wrocławska (Wydział Inżynierii Środowiska), Młodzieżowa Rada Miasta Wrocławia oraz Fundacja Przyjaciół Młodzieżowego Strajku Klimatycznego.

Towarzystwo Ekologiczne EKO-UNIA oraz Zielony Instytut zapraszają do udziału w okrągłych stołach poświęconych roli obywatelskich i odnawialnych społeczności energetycznych w procesie zielonej transformacji Polski. Spotkania odbędą się w dwóch miastach: we Wrocławiu i w Krakowie.

 

Terminy i miejsca:
  • Wrocław: 20 lutego 2025 r., Instytut Rozwoju Terytorialnego, ul. J. Wł. Dawida 1a, godz. 11:00-14:00

 

Przejdź do wydarzenia na Facebooku

 

Wydarzenie zostało objęte patronatem Instytutu Rozwoju Terytorialnego

 

  • Kraków: 27 lutego 2025 r., Krakowskie Centrum Edukacji Klimatycznej, ul. Wielopole 17a, godz. 11:00-14:00

 

Przejdź do wydarzenia na Facebooku

 

W wydarzeniach wezmą udział przedstawiciele samorządów, organizacji pozarządowych, środowiska akademickiego oraz parlamentarzyści. Podczas spotkań zostaną poruszone kluczowe zagadnienia dotyczące przyszłości energetyki obywatelskiej w Polsce, w tym: aktualny stan i perspektywy rozwoju energetyki obywatelskiej; cele Unii Europejskiej w zakresie efektywności energetycznej, zwiększenia udziału OZE oraz redukcji emisji gazów cieplarnianych; rola społeczności energetycznych w demokratyzacji rynku energii oraz możliwości tworzenia lokalnych rynków energii poprzez magazynowanie i rozwój własnych źródeł OZE.

Dzięki formule okrągłego stołu uczestnicy będą mieli możliwość aktywnego udziału w dyskusji oraz wymiany doświadczeń i pomysłów na rzecz zrównoważonej transformacji energetycznej.

🌱 W trakcie spotkań przewidziany jest wegański poczęstunek.

👉 Zapisy: Zgłoszenia przyjmowane są drogą mailową pod adresem: kkubiczek@eko.org.pl.


Patronat medialny nad wydarzeniami objęli:

 

Odpowiedzialny Inwestor

Zielone Wiadomości

 

Projekt realizowany w ramach Inwestycji G1.1.4 Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności: Wsparcie dla instytucji wdrażających reformy i inwestycje w ramach REPowerEU