Otaczający nas świat jest tak niedoskonały i zmierza w tak niepokojącym kierunku, że ludzkość od dawna próbowała oswoić wynikający stąd lęk tworząc w wyobraźni utopie jako drogowskazy, albo dystopie jako znaki ostrzegawcze.
Czym jest utopia? To projekcja wyobrażonego świata idealnego, gdzie wszystko działa w sposób wymarzony. Termin „utopia” wymyślił Tomasz Morus, publikując w 1518 roku słynny esej: „Libellus aureus nec minus salutaris quam festivus de optimo Reipublicae statu de que nova insula Utopia” („Książeczka zaiste złota i niemniej pożyteczna jak przyjemna o najlepszym ustroju państwa i nieznanej dotąd wyspie Utopii”). Nazwa wyimaginowanej wyspy Utopii jest świadomie dwuznaczna, ponieważ można ją wywieść zarówno od greckiego eutopos (dobre miejsce), jak i od ou-topos (nie-miejsce, miejsce, którego nie ma).
Z kolei dystopia to odwrotność utopii – a wiec wyobrażony świat globalnej katastrofy, świat będący projekcją czarnego scenariusza możliwych wydarzeń. Przykładem dystopii są apokaliptyczne wizje świata po wojnie jądrowej (każdy, kto grywał w Fallout’a, czy oglądał fi lm „Mad Max”, wie o co chodzi). Dziś coraz więcej dystopii opiera się na wizji wyczerpania surowców lub skutków zmian klimatycznych.
Wreszcie protopia to świat w którym obecnie żyjemy: świat na krawędzi, w którym 30 lat ewolucji technologicznej zmieniło wielkie szafy komputerów w milion razy wydajniejsze maleńkie urządzenia w naszych kieszeniach, a jednoczesne niewinne palenie węglem zachwiało klimatem planety. Protopia to świat, z którego rozchodzą się drogi ku utopii lub dystopii.
Za horyzontem apokalipsy…
Jest lato 2021 roku. Na nieczynnym posowieckim lotnisku pod Stargardem, w scenerii zrujnowanych bunkrów i zarastających krzakami betonowych pasów startowych, jak co roku zebrało się blisko tysiąc osób przybyłych z najróżniejszych zakątków Europy i świata, aby przez siedem dni i nocy bawić się w postapokaliptyczną dystopię. Old Town Festival to coroczna impreza, której najważniejszą częścią jest larp „Pora przybyszów” dziejący się w świecie wyobrażonej przyszłości, spustoszonym przez globalną katastrofę, w umownym roku 2121 (zawsze o sto lat od dziś).
Czym są larpy? Słowo „larp” (obecnie zapisywane małymi literami jako nazwa rodzajowa) powstało jako akronim zestawiony z pierwszych liter wyrazów live action role-playing. Larp jest swoistym połączeniem gry fabularnej i improwizowanego teatru, w którym uczestnicy wcielają się w postacie jakiegoś umownego świata lub jakiejś sytuacji fabularnej i przez określony czas po prostu są tymi postaciami, dając się porwać akcji larpa. Jeśli ktoś z szanownych czytelników we wczesnym dzieciństwie bawił się z rówieśnikami w Indian, piratów, bohaterów jakiejś kreskówki, czy po prostu w dom, to właśnie uczestniczył w bardzo prostym larpie. Istotą larpa jest to, że w odróżnieniu od większości gier polega on na osobistym odgrywaniu postaci gry, całkowitym, fizycznym zanurzeniu się w świat fabularny (faktycznym „byciu” odtwarzaną postacią przez czas gry), a z kolei od teatru różni się tym, że nie ma tu odrębnej widowni, innej niż sami uczestnicy: tutaj gra się nie dla kogoś a dla samego siebie.
Dlaczego tak robią?
Środowisko osób uczestniczących w larpach, to w Polsce kilka tysięcy osób a na świecie zapewne kilka milionów… Co skłania rzesze dorosłych ludzi – w tym również autora tego tekstu – do angażowania niemal całego wolnego czasu i niemałych pieniędzy w taką zabawę? Warto bowiem uświadomić sobie, że przygotowania do larpa polegające na skompletowaniu sobie stroju i rekwizytów, a bardzo często – samodzielnym ich wykonywaniu, co trwa wiele miesięcy, czasami cały rok. Wystarczy też wejść na fora larpowe, by zauważyć, że uczestnicy larpów po samym uczestnictwie w grze przez wiele tygodni dzielą się jeszcze wrażeniami, przeżywają wspólnie emocje gry, umawiają się na after-parties, krótko mówiąc – żyją larpem jeszcze długo po jego zakończeniu. Jedna z moich rozmówczyń, psychoterapeutka, zauważyła trafnie, że larp jest zapewne dla wielu jego uczestników psychodramą ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Być może jednym z motorów napędzających rosnącą atrakcyjność larpów jest podświadoma ludzka potrzeba ucieczki od teraźniejszości, która jest coraz bardziej przytłaczająca? Być może ci, którzy chcą być przez kilka dni landsknechtami z Warhammera, elfami z „Wiedźmina”, czy braćmi z Nocnej Staży w świecie „Gry o tron” – ratują w ten sposób własną integralność psychiczną? Przez chwilę nie muszą myśleć o nieuchronnie zbliżającej się katastrofi e klimatycznej, słyszeć wstrząsających wieści z Afganistanu, przełykać obrzydliwości dziejących się w Sejmie. Być może to forma ucieczki?
Ale może – nie wykluczałbym zbyt łatwo i drugiej możliwości – jest to także forma stworzenia sobie bezpiecznej okazji do zmierzenia się z tym, z czym w świecie realnym mierzyć się nie chcemy lub nie mamy odwagi? Uczestnicy larpów zaskakująco często świadomie wybierają w grze postacie przeżywające sytuacje graniczne, doświadczające traum. Może to ten sam mechanizm, który popycha nas do oglądania horrorów czy thrillerów? Nie chcielibyśmy doświadczać okropności w realnym życiu, ale korci nas, by doświadczyć emocji związanych z nimi w warunkach bezpiecznych. Nie chcemy zginąć, ale chcemy oglądać śmierć na ekranie i… ginąć w umownym świecie larpa, móc sprawdzić, jak to jest. A więc może to nie ucieczka od problemów, ale psychodrama – próba poradzenia sobie z problemami?
Czy uczestnicy postapokaliptycznego larpa „Old Town – Pora przybyszów” chcą się w taki specyficzny sposób zmierzyć z lękiem przed przyszłością? Czy to próba złagodzenia zabawą rzeczywistego lęku przed nieuchronną katastrofą? Nie chcę zbyt łatwo odpowiadać twierdząco ani przecząco na to pytanie. Ale jako regularny uczestnik tego i innych larpów mam swoje obserwacje, które być może są warte dalszej refleksji. Otóż dobre larpy zawsze polegają na głębokiej immersji, na jak najpełniejszym emocjonalnym „zanurzeniu się” w umowną rzeczywistość gry, na jak najgłębszym przeżywaniu emocji umownego świata.
W tym celu akcje larpów tworzy się jako emocjonalnie angażujące, stawiające przed uczestnikami fundamentalne dylematy etyczne, i granicznie trudne sytuacje. Rzadko larp jest beztroską zabawą. Dużo częściej jest poważnym dramatem rozgrywanym intensywnie i przeżywanym głęboko.
Przykład: na tegorocznym (red.: 2021 roku) znakomitym larpie „Za garść orenów”, toczącym się w świecie fantastycznym znanym z cyklu powieściowego, gry i serialu o wiedźminie Geralcie, gracze byli uwikłani w brudną walkę o władzę, zagrożenie rasizmem, brutalną przemoc wobec słabszych, okrucieństwa wynikające z zabobonnej potrzeby „złożenia ofiary”… Z tym wszystkim musieli sobie poradzić szukając współdziałania i solidarności, z trudem budując wzajemne zaufanie, szukając w sobie człowieczeństwa w sytuacjach popychających ich w mrok. I właśnie dlatego ten larp był zgodnie okrzyknięty znakomitym, że dawał okazję do głębokich przeżyć, szarpał sumienie i zmuszał do myślenia na niełatwe tematy. Podobnie jest z większością dobrych larpów.
Ale na postapokaliptycznym Old Town – co zastanawiające – próżno by szukać pogłębionej refl eksji o katastrofi e świata. Króluje tam zabawa, swoisty absurdalny czarny humor, doprowadzona do zabawnej przesady wulgarność i atmosfera raczej nieco rubasznego festynu niż antycznej tragedii. Emocje są, ale skierowane co najwyżej na doraźne wewnętrzne walki i twardy handel, bo wszystko tu można kupić za kapsle – umowną walutę gry. Próżno by szukać przestrzeni do refl eksji nad tym, co doprowadziło świat fabularny do katastrofy. Próżno by szukać też w fabule gry wątków poszukiwania dróg możliwej poprawy świata. „Old Town” rozgrywa się w atmosferze skupienia na „tu i teraz” a uczestnicy bawią się w większości dość beztrosko, zamiast przeżywać dylematy moralne. Czyżby nie mieli potrzeby doświadczania postapokaliptycznej przyszłości bardziej „na poważnie”, jak w większości innych larpów?
A jeśli nie mają, to – dlaczego? Dlaczego to, co w innych larpach jest podstawowym budulcem immersji („zanurzenia się” w fabułę) a więc głęboki dramatyzm i stawianie przed uczestnikami granicznych pytań, na postapokaliptycznym Old Town praktycznie nie występuje? Może jest tak, że w tym wypadku przeczuwamy zbyt duży ciężar poważnych pytań? Może przeczuwamy nierozwiązywalność dylematów świata postapokaliptycznego? Może boimy się zmierzyć z nimi na serio, bo to już nie byłaby zabawa?
Moja refleksja na koniec i zaproszenie do dyskusji
Autor tego artykułu od lat uczestniczy w larpach jako gracz i współtwórca, a jednocześnie stara się je w pewnym zakresie obserwować jako badacz. Stawiam pod dyskusję tezę, która nie jest optymistyczna, ale tym bardziej wymaga refl eksji: wydaje mi się, że bawiąc się w postapokaliptyczną dystopię, nie szukamy w niej już dróg wyjścia z kryzysu. Bo tych dróg – jak przeczuwamy – nie ma. Zamiast tego próbujemy przygotować się na nieuchronne. Stąd czarny humor, stąd „twarde zasady” świata gry, stąd zabawa w rzeczywistość regulowaną bezdusznym handlem i prawem pięści. Gracze próbują doświadczyć próby „przeżycia jak długo się da” w świecie, w którym katastrofa już nastąpiła i nie ma nadziei.
Ale może z kolei w takim świecie – gdyby miał wyglądać tak, jak świat „Pory przybyszów” – powstanie jednak zapotrzebowania na empatię i kooperację? Piszący te słowa gra w tym larpie od lat postać przynoszącą do fikcyjnego miasteczka Old Town kulturę bezinteresowności i krążenia darów w miejsce bezdusznej wymiany. I nikt jeszcze mojej postaci fabularnie nie zamordował, ani nie ograbił. Okazuje się, że z roku na rok coraz więcej graczy fascynuje się tym wątkiem i chce w nim grać. Potrzeba cynizmu i twardej interesowności wyczerpuje się dość szybko. A solidarność i kooperacja okazują się nadal świeże i atrakcyjne. Więc może w świecie kryzysu prawdziwego, a nie fabularnego, nie będziemy aż tak krótkowzroczni, jak można by się obawiać? Może jest dla nas jeszcze nadzieja na zmianę obecnego paradygmatu?
Wojciech Kłosowski jest ekspertem samorządowym, specjalistą w zakresie planowania strategicznego, a prywatnie –dziadkiem ośmiorga wnuków i miłośnikiem larpów.
Monika Kostera i Julia Witeńska: Dwugłos o wędrowaniu.
M: Koleżanka opowiadała mi, jak kiedyś, dawno temu, jechała samochodem z jednego miasta na Syberii do drugiego. W pewnym momencie poczuła fizycznie pragnienie, żeby się zatrzymać. Co też zrobiła. Wyszła z samochodu – była całkiem sama – droga była pusta. Po oby stronach step. Zaczęła iść stepem w kierunku od drogi, donikąd, po nic. Coś ją tam przyciągało i nie mogła nic a nic na to poradzić. Opowiadała, że sama nie wie ile czasu tak szła – czas też poddany był tej samej magnetycznej sile co przestrzeń. W pewnym momencie zaczęła się niepokoić, potem coraz pojawiło się coś w rodzaju paniki. Wiedziała, że bardzo nie chce iść dalej w nicość, ale nie umiała przestać. Wreszcie pomyślała, że to jest tak samo jak we śnie – że musi wytężyć całą siłę woli, żeby przestać. Tak też zrobiła. I wreszcie udało się – zawróciła. Samochodu nie było widać, teraz bardzo dobrze czuła upływ czasu. Naprawdę spory kawałek powędrowała w pustkowie. Kiedy wróciła do samochodu czuła dwie rzeczy: drżenie mięśni, jak po wysiłku albo po dużym stresie – i euforię, jak po lataniu we śnie.
Czy Ciebie też czasami ciągnie w pustkowia?
J: Ostatnio rozmawiałam o tym z moją przyjaciółką. Rozmawiałyśmy o tym, jak to jest być samą w środku lasu, w głuszy, w obcym miejscu. Mnie pustkowia – podobnie jak Twoją koleżankę – czasami przerażają. Moment zachwytu przestrzenią i nieskończonością krótko potem najczęściej zakrywa niepokój. Poczucie, że ta wędrówka nigdy się nie skończy, albo skończy się szybciej niż byśmy chciały. Niemniej jednak znam receptę na ten strach – przez pustkowia nie trzeba iść samotnie. Wędrowałam z moją przyjaciółką Adą bardzo długo wybrzeżem w zasadzie nie wiedząc gdzie i po co. Dookoła nic; szara woda odbijająca szare niebo i szary piach. I to jej obecność była tarczą na nieuchronną panikę.
Ciężka jest wędrówka donikąd, ale czasami warto wypuścić się na drugą stronę, żeby potem wrócić do czegoś.
M: O tak, masz rację! Ja też mam taką wędrówkę do opowiedzenia. Pojechaliśmy kilka lat temu z mężem na Islandię. To był wyjątkowo trudny moment w moim wędrowaniu po świecie, z różnych powodów miałam energetyczne zero, paliła mi się czerwona lampa i już zaczynała mrugać. Ta Islandia, też z różnych powodów, miała być źródłem energii rezerwowej, takiej na czarną godzinę. Łyknęłam ją. Spędziliśmy kilka dni wędrując – samochodem i pieszo – po absolutnie nieprawdopodobnych bezdrożach. Była zima i przez większość czasu było ciemno, też w taki kosmiczny, bezdenny sposób. A przez resztę czasu światło ślizgało się po horyzoncie. Zdarzyło się nam też spotkać światło w środku kosmicznej pustki – zorzę polarną. Sama nie wiem co z tego wszystkiego zrobiło na mnie najsilniejsze wrażenie. Być może mimo wszystko jak byliśmy na południu wyspy i słońce wstało, ale nie wzniosło się w niebiosa tylko towarzyszyło nam po drugiej stronie bezkresu – wielki wędrowiec, który zszedł do naszego poziomu.
Ono wróciło do swoich przestrzeni, my do swoich. Właśnie tak jest, masz rację.
Czy jest jakieś pustkowie, za którym tęsknisz jak Ci jest dobrze albo źle?
J: O dziwo zazwyczaj myślę o pustkowiach raczej w momencie, kiedy jest mi źle i jest to jakiś rodzaj myśli eskapistycznej. Momenty, w których chciałabym “zapaść się pod ziemię”, albo kiedy jestem już naprawdę przebodźcowana i widzę palącą się czerwoną lampkę, o której mówiłaś. Wizualizuję sobie wtedy pustynie, opustoszałe szlaki górskie, jaskinie, dzikie plaże. Bardzo statyczny i cichy obraz. Świetnie jest wyjechać po dynamicznym i wymagającym czasie właśnie w takie miejsca i sobie pobyć. Na pustkowiach łatwo ulec wrażeniu, że nie ma się tożsamości. Może to nawet całkiem wskazane, żeby czasami się temu poddać.
M: Mi też się zdarza mieć takie fazy – i nie zgadniesz, co wtedy robię! Włączam google mapę i oglądam street view w różnych pustych miejscach takich jak Islandia, Wyspy Owcze, Grenlandia, Svalbard, ostatnio – Antarktyka. Chodzę sobie ulicami ośnieżonych wioseczek, oglądam małe kolorowe domki, zatrzymuje się przy maszynach drogowych, ciągnikach, oglądam znaki drogowe. Szukam kawiarni. Znajduję je w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach i to jest w jakiś sposób pocieszające. Zaglądam na strony internetowe i sprawdzam, jaką mają kawę. Oglądam zdjęcia wnętrz, sprawdzam menu. Na Grenlandii są kawiarnie w małych wioseczkach daleko od stolicy, także na niedostępnej północy. Znalazłam jedną poza strefą wybrzeży. To samo w innych miejscach. Nie zawsze pomaga google mapa, kawiarni na Antarktydzie szukałam przez artykuł o podróżowaniu na francuskim blogu. Autor opisuje swój pobyt w Base Esperanza i jak pił tam kawę w jedynymi cywilnymi mieszkańcami pustego lądu. Niestety nie umiałam znaleźć miejsca, gdzie to się działo – możliwe, że w budynku o jakimś innym przeznaczeniu, może w budynku, gdzie działa stacja radiowa Radio Nacional Arcángel San Gabriel? Pooglądałam sobie zdjęcia ciemno-pomarańczowych drewnianych budynków, dróżek, malutkiego kościółka, sani. Jest tam szkoła, muzeum, krótki odcinek dróg żelaznych. Na stałe mieszka tam 51 ludzi. Są ludzie i pingwiny. Bardzo mnie to wzrusza – myśl o ludziach i pingwinach żyjących w pokoju. Ale szczególnie ta kawa mnie wyzwala. Myśl o kawie w tych miejscach.
A Ty – jaka jest Twoja substancja alchemiczna w pustkach?
J: Napary. Bardzo lubię pić różne zioła, szczególnie melisę, pokrzywę, miętę, ostropest, lipę, szałwię. Piję bardzo dużo herbaty, różnej; czarnej, białej, czerwonej, turkusowej… Chociaż tak naprawdę najbliższa jest mi zielona herbata – jaśminowa, albo sencha. Moim absolutnie ulubionym naparem jest genmaicha, czyli japońska bancha z prażonym ryżem. Jest wspaniała. Nie znam drugiego takiego smaku – intensywnego, charakterystycznego, lekko palonego, a przy tym wyciszającego. Piękno i niska zawartość kofeiny. Kawa niestety (za) bardzo mnie pobudza i czuję, że po wypiciu espresso, gdzieś się gubię i nie jest to miła zamotka w pustkowiach, tylko otchłań. Miałam też przystanki na matchę, ale jednak wciąż sukcesywnie od lat trzymam się swoich ulubionych liści. Sam proces parzenia herbaty natomiast lubię na tyle, że z przyjemnością wzięłabym ze sobą w pustki trochę herbaty i czajniczek. Cóż, może to niewskazane i raczej powinno się wędrować zupełnie wolno, ale…
Czy Ty, masz coś co wzięłabyś ze sobą?
M: Twoje napary kojarzą mi się z pustkowiem trawiastym – step, pola. Oczami wyobraźni zobaczyłam jak parzysz herbatę w czajniczku przy ognisku w takim bezkresnym stepie. Gdzieś w oddali zachodzi słońce, zaglądasz do czajniczka czy listki już się zaparzyły. Zza kępy traw obserwuje Cię lis. Od ziemi idzie taka wielka, święta cisza. Tak. A czy ja zabrałabym ze sobą coś? W moje białe pustkowia mogę się wybrać tylko w wyobraźni, bo zaczynam zamarzać w temperaturze poniżej plus 20. Celsjusza. Więc pomyślę raczej o innych przestrzeniach, może o Twoim stepie… Tak! Zabrałabym tomik poezji, żeby wieczorem czytać na głos sobie i lisowi za kępką traw. Może Pascale Boulanger, bo on pisze wspaniale o morzu, a lis na pewno chciałby się jak najwięcej o morzu dowiedzieć. Boulanger pisze: „morze mnie widzi”. Step też nas widzi – wszystko, co żywe nas widzi, nawet dzieła człowieka, jeśli zostawiliśmy w nich trochę ducha. Wszystko naprawdę nas widzi, jeśli dajemy się widzieć – nigdy nie musimy być odcięte od obecności. Lis za kępką na pewno by się ucieszył, gdybym mu o tym przeczytała.
A potem patrzyłabym w niebo. Irlandzki filozof Richard Kearney przypomina, że greccy filozofowie wywodzili słowo oznaczające człowieka – anthropos – od patrzenia w górę. Człowieka to ten który patrzy do góry, w niebo, na gwiazdy. Owidiusz pisał, że tylko człowiek zadziera głowę i patrzy w Kosmos. To dopiero jest pustkowie! Nasza planeta wędruje w pustkowiach i my patrzymy – dla niej – w górę, w gwiazdy. Nie mam wątpliwości, że morze nas widzi. A czy gwiazdy nas widzą? Jak myślisz?
J: Zawsze z chęcią przygotuję nam wszystkim; Tobie, Lisowi i sobie jakiś świetny napar.
Czy gwiazdy nas widzą? Trzeba bardzo długo i często patrzeć, a w pewnym momencie wszystko stanie się jasne. Patrzysz, w sumie jednocześnie wiesz i kompletnie nie wiesz na co, ale możesz sobie wyobrazić jak to jest tym być. Jeśli w zasięgu wzroku nie ma nic, na czym warto by się skupić, to zawsze można pokusić się o dosyć już popularną praktykę, jaką jest medytacja góry, podczas której siedzisz i wyobrażasz sobie, że nią jesteś, wyglądasz jak ona, zastygasz jak ona, jesteś osadzona w świecie jak ona. A jeśli nie góra, to dla przeprowadzenia ćwiczenia ze swobodnego istnienia we własnym ciele i zakresie zalecam reinterpretację Czterech Pór Roku Vivaldiego w opracowaniu Maxa Richtera tudzież “Music for 18 Musicians” Reicha.
A czy Ty masz jakieś ulubione dzieło, które pomaga w tym ćwiczeniu?
M: Dziękuję za 18 Muzyków, nie znałam, wspaniali! Medytacja piękna. Przypomina mi niedawną wyprawę do Bretanii, szczególnie Carnac robi wrażenie – chodzenie między tamtejszymi menhirami to właściwie jedna wielka medytacja. Nie wiemy jaka była funkcja tych kamieni. Ustawione systematycznie przeszło sześć i pół tysiąca lat temu rzędy wielkich kamieni robią wrażenie nie tylko z powodu ogromu projektu od strony technicznej, czy nieprawdopodobnego piękna alei o niebanalnej symetrii. Miałam tam wrażenie współobecności w czasie i przestrzeni – wszystkie pokolenia ludzi, zwierząt, drzew, rezonujące z tymi kamieniami. I ptaki, o których John Berger pisze, że wyrażają zawsze prawdę. Wszyscy razem wpleceni w krajobraz w sposób który nie polega na zawłaszczaniu. Ludzie nie przeinaczyli tego kawałka ziemi, nie pozbawili go życia, co często robią swoimi interwencjami w ekosystemy. Niezależnie od tego, jakie mieli intencje budując te aleje, jest tam miejsce dla wszystkich, także dla ptaków. Chodząc między tymi menhirami poczułam, że pokój jest możliwy, musimy tylko dobrze poszukać – nawet nie w sobie, tylko między nami, między wszystkimi żywymi istotami, i kamieniami też. One wypłynęły kiedyś z Ziemi na powierzchnię w postaci bardzo płynnej i gorącej.
Kiedy tak chodziłam, po prostu słuchałam powietrza i ptaków. Ale gdybym poszła tam jeszcze raz, to możliwe, że chciałabym zaśpiewać sobie cicho pod nosem „Like a rolling stone” Dylana:
How does it feel
To be on your own
With no direction home
Like a complete unknown
Like a rolling stone.
Takie pozbycie się wszelkich nowych szat wszelkich królów tego świata, z horyzontu. Na zawsze.
Może to właśnie jest wolność, jak myślisz? Twoja muzyka do siedzenia bardzo mnie poruszyła. Czy masz też jakąś ulubioną muzykę do chodzenia po takich miejscach?
J: Bardzo się cieszę! Wyobrażam sobie, że do chodzenia świetnie sprawdziłoby się “Sketches of Spain” Gila Evansa i Milesa Davisa albo album “Cymande” z 1972. Są zupełnie inne, także dobranie soundtracku można zawierzyć przestrzeni.
Wolność! Jeśli chodzi o wolność, to mam jedną, ulubioną i bardzo prostą definicję – to możliwość drzemki o dowolnej porze. Najlepiej pośród drzew i z okularami przeciwsłonecznymi na nosie.
M: Świetna definicja! Najlepsza – bo zawiera wolność pozytywną (spotkać przestrzenie marzeń i snu) i negatywną (wyjść z przestrzeni zapieprzu). Czuję, że jestem oneirokomunistką.
Kapitalizm to system społeczno-gospodarczy żywiący się pragnieniami. Sam jednak nie umie ich tworzyć, lecz pasożytuje na pożądaniach powstałych poza swoimi głównymi dynamikami i strukturami – zużywa te, które znajduje w pozostałościach innych systemów, na własnych obrzeżach, w ludzkiej sferze prywatnej.
Piszą o tym filozofowie – koreańsko-niemiecki Byung Chul Han i francuski Bernard Stiegler. W obecnej fazie kapitalizmu wszelkie pragnienia i pożądania zanikają, powodując coraz większą jałowość życia społecznego. System zużył już wszystko, co znalazł – sprywatyzował to, co było powszechnie dostępne, zagrabił dobro wspólne, skonsumował etosy pochodzące sprzed swojej ery, a ostatnio zajmuje się likwidowaniem marginesów. W ten sposób czyni swój środek zarządzalnym algorytmicznie, ale jednocześnie popełnia energetyczne samobójstwo (chodzi o energię społeczną, twórczą, która też jest rzadka i cenna).
Byung Chul Han opisuje algorytmiczne zarządzanie jako generujące masowo identyczne produkty i działania. Wymusza ono identyczne czynności przy wykonywaniu pracy i sprawia, że produkt pracy jest identyczny. Współczesny świat filozof określa mianem „piekła tego samego”. Pragnienie i pożądanie rodzą się tam, gdzie istnieje inność, różnorodność. W piekle tego samego zarówno praca, jak i konsumowanie przynoszą jedynie wypalenie, coraz większe zmęczenie. Bernard Stiegler analizuje to zjawisko systemowo, używając pojęć entropii i negentropii. Entropia to dynamika powodująca nieporządek, w którym energia jest zużywana i nieodwracalnie tracona. Powoduje ona utratę złożoności i różnorodności, a w ostateczności – śmierć systemu poprzez wyczerpanie. Negentropia jest charakterystyczną cechą systemów żywych, polegającą na tworzeniu porządku, który opiera się entropicznemu dryfowi w kierunku chaosu. Praca ludzka jest z założenia działalnością negentropijną, jednak współczesność zmienia ją w coś całkiem innego. By tworzyć negentropię, pracujący człowiek musi mieć możliwość wnoszenia wkładu, który jest unikalny, niepowtarzalny. Rzemieślnik poprzez swoją pracę wyraża swoją jednokrotność i oddanie temu, co robi, a jednocześnie wnosi wkład w świat społeczny. Do tego potrzebna jest także przestrzeń bezproduktywna, wolna od zadanych (wyzarządzanych) treści, gdy można uczyć się i przeżywać swój związek z większą całością. Jednak współczesny kapitalizm przerobił całą przestrzeń społeczną na produktywną – czas wolny podporządkowany jest pracy, w najlepszym razie ma służyć regeneracji przed produktywnym wysiłkiem. W efekcie cały czas staje się pusty, bo nie mamy możliwości zanurzenia się w nim. Prawdziwa obecność wymaga zanurzenia. Stąd bierze się poczucie zachwycenia, które rozwija w nas pragnienie.
Pragnienia i popędy
Na obecnym etapie system karmi niemal wyłącznie nasze popędy. Ludzie podejmują krótkookresowe decyzje, kierując się impulsem – ta zasada stała się podstawą zakupu dóbr, wyborów politycznych, życiowych ścieżek. Nie zawsze tak było. Jeszcze nie tak dawno kapitalizm przemysłowy realizował ludzkie pragnienia. Kapitalizm finansowy nie opiera się już na nich – ulegają one atrofii, nie będąc wspierane ani masową komunikacją, ani edukacją, ani „przestarzałymi” systemami wartości, nieadekwatnymi do obecnych realiów. Zniszczenie pragnienia i uwolnienie popędów uniemożliwiają wysiłek potrzebny do angażowania się w negentropię – tworzenie elementów nietypowych, nieprawdopodobnych, „zbytecznych” – i, blokując odnowę systemu, prowadzi do zniszczenia samego pragnienia życia. Ludzkość, jak powiada Stiegler, jest jedynym gatunkiem zdolnym do samobójstwa. W obecnej fazie kapitalizmu pojawiające się przestrzenie negentropijne są eliminowane najczęściej w zarodku. Wszystko jest masowe i przejrzyste, argumentuje Byung Chul Han. W takim świecie pragnienie nie powstaje, nie ma miejsca na zaskakujące zadziwienie innością, nigdy nie wychodzi się poza samego siebie. To nawet nie jest narcyzm, który wytwarza wszak jakąś energię – to jest narcystyczna gnuśność. Do pracy trzeba człowieka zmuszać lub przekupywać. Praca sama w sobie stała się wysoce wyalienowana, obca, sterowana algorytmicznie. A nawet gdyby nie była, to człowiek współczesny nie posiada już na ogół polotu do pracy. Narcystyczna gnuśność sprawia, że trzeba go zmuszać, pilnować, filmować, instruować w najdrobniejszym szczególe, by wykonał jakkolwiek pracę. Zanikają wyższe uczucia i marzenia, które przez wiele lat stanowiły napęd społeczny do działania, i pozostają tylko impulsy, takie jak zawiść, wrogość, ksenofobia (gdy obcy nie zachwyca, to może być tylko źródłem strachu i nienawiści) i pogarda. Pragnienie, pożądanie przeciwstawia popędy czemuś innemu i sublimuje je. Na przykład, biologiczną seksualność przeciwstawia zadziwieniu Innym i sublimuje w erotyzm. Racjonalna kalkulacja nie jest i nie może być równie silną dynamiką sublimacji, bo sama wymaga motywacji zewnętrznej, a pożądanie samo w sobie jest czystą żywą motywacją.
Miliarderzy – supergwiazdy?
W świecie popędów chciwość wydaje się być czymś niemal cywilizowanym – ostatnią ambicją, ostatnią aspiracją. Za czasów panieńskich mojej babci ludzie marzyli o gwiazdach srebrnego ekranu. W czasach młodości mojej mamy imaginarium przepojone było blaskiem opowieści wielkich reżyserów kina. Moje własne czasy dorastania to poezja rocka, sny o przekraczaniu drzwi percepcji. Obecnie miejsce gwiazd filmu i muzyki zajęli miliarderzy – osoby z odrażającą fizjonomią i wulgarną dynamiką, znane z tego, że zarabiają gigantyczne ilości szmalu kosztem zniewolenia milionów ludzi, przepalający fundusze na zabawę w kosmonautów, niszcząc przy tym środowisko naturalne, a przy okazji splugawiając nasze sny dzieciństwa o niesamowitych lotach w kosmos. Robią to właściwie po nic, dla kaprysu. Podziwiamy ich – ale dlaczego? Różnica między muzykiem z Woodstock a ekskrementalnie bogatym facetem AD 2021 jest taka, jak między kieliszkiem cudownie dobrego wina z poletka Richarda Leroy a heroiną wstrzeloną w żyłę. Ale właśnie Bezos, Musk, Branson – to ostatnie, co nam zostało z pragnień, ostatnie powyżej poziomu popędu. Dlatego są nam absolutnie niezbędni, bo boimy się czeluści barbarzyństwa ziejącej tuż obok, świata okrutnej dwunogiej małpy, a w tle – technologii bezkarnie kasującej życie na planecie. Życie, które powstawało przez miliardy lat. Obecne stadium systemu Stiegler nazywa głupotą – nie, rozum nas na tym etapie nie poratuje, bo musiałby mieć oparcie w innych elementach systemu (na przykład w wierze w Oświecenie i jego ideały).
Musimy zmienić tor.
I dlatego właśnie, jak przekonuje francuski filozof Edgar Morin, koniecznie musimy zmienić tor, musimy wyciągnąć lekcje z pandemii, przestudiować uważnie, czego pandemia nas uczy o tym, co jest ważne, co nam jako społeczeństwom może pomóc, a co zaszkodzić. Moi studenci robili na ten temat badania terenowe w ciągu ostatnich dwóch lat. Wychodzi na to, że w czasach pandemii ratuje nas las, drzewa, biegające po parkingu lisy, marzenia o podawaniu ręki drugiemu człowiekowi, wspomnienia z pogawędek przy kawomacie w biurze. Kupowane online sukienki nie cieszą. Zanim media wkroczyły z propagowaniem i normalizowaniem pracy zdalnej, rozmówcy moich studentów – pracownicy polskich biur, szkół, restauracji, teatrów – mówili o niej jako o cierpieniu, czymś ponad ludzkie siły, bo jest to praca wykonywana w bezcielesnej próżni. Nie ratuje nam duszy nowy plastik pod kompa, kolejna apka do pomiaru lajków, prestiżowy kupon na beton. Cieszy nas kawa w oknie z widokiem na budzące się miasto. Cieszy nas drzewo, którego wcześniej nie zauważyliśmy, rosnące pod samym blokiem. Cieszy drugi człowiek najwyraźniej uśmiechający się do nas przez maseczkę. Bernard Stiegler w swojej ostatniej książce głosi konieczność bifurkacji, systemowej zmiany ścieżki. Nie istnieje żaden nowy system czekający na to, że zostanie wybrany (nie czeka nas za rogiem gotowy do użycia socjalizm, bo system praktykowany w Bloku Wschodnim nie był funkcjonalnym demokratycznym socjalizmem, tylko niesprawiedliwą społecznie dyktaturą), więc gwałtowna rewolucja może – podobnie jak większość rewolucji – przynieść jedynie jakąś przetasowaną wersję tego, co jest (Janusz Śmieciosz zamiast Jeffa Bezosa, ale dla nas ta sama mizeria). Trzeba w tym celu znaleźć coś, co jeszcze nam nieźle wychodzi, co działa odmiennie od zasad obecnego systemu, ale jednak jest jego najzdrowszą częścią, i skierować tam jak najwięcej społecznej energii. To miejsca, gdzie działają pragnienia, wyższe uczucia i wartości. Myślę, że takim czymś mogą być ruchy społeczne, szczególnie ekologiczne, spółdzielczość i w ogóle tzw. alternatywne organizacje. Skierowanie tam jak największej aktywności może sprawić, że pojawi się za jakiś czas realna alternatywa. To prawdziwy program pracy u podstaw, pracy organicznej i wyścig z czasem, ale, jak głosi Stiegler, nie ma innego wyjścia. A przy okazji – ratunek dla każdej i każdego z nas przed entropijnym otumanieniem i społeczną demencją
Monika Kostera – jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.
Fundacja Ecocidio del Río Aguas w południowej Hiszpanii chce uratować krótką rzekę przez pustynne tereny prowincji Almeria. Rzeka wysycha, bo wodę wysysa firma prowadząca monokulturową uprawę drzewek oliwnych. Jeśli nic się nie zmieni, okolica stanie się pustynią. Zniszczenie lokalnego ekosystemu oznacza, że znikną wszelkie formy życia. W takim środowisku również człowiek nie może przeżyć.
Ekobójstwo to termin, którym określa się ciężkie zbrodnie przeciwko ekosystemom i środowisku naturalnemu. To wycieki ropy, wiercenia głębinowe, wypalanie lasów tropikalnych czy przemysłowa hodowla zwierząt. Wedle definicji sformułowanej przez Niezależny Panel Ekspertów ds. Prawnej Definicji Ekobójstwa powołany przez Stop Ecocide Foundation ekobójstwo to „bezprawne lub bezmyślne działania popełnione ze świadomością, że istnieje znaczne prawdopodobieństwo poważnej oraz rozległej lub długotrwałej szkody dla środowiska naturalnego spowodowanej tymi działaniami”. W tej definicji istotna jest sama szkoda w środowisku – niekoniecznie musi ona przekładać się na zagrożenie czy niszczenie podstaw istnienia wspólnot ludzkich.
O ekobójstwie mówią też władze kilku państw leżących na archipelagach wysp południowego Pacyfiku. Globalne ocieplenie podnosi poziom wody w oceanach. Za kilka lat fale zaczną przelewać się przez ziemie leżące ledwie kilka metrów nad poziomem morza. Na wyspach Republiki Vanuatu, Malediwach czy Kiribati przepadną całe ekosystemy, a z nimi dom stracą mieszkańcy – kręgowce i bezkręgowce, ptaki i gady, ludzie. To ekobójstwo przepowiedziane, które rozgrywa się na oczach całego świata. Nie pomagają apele lokalnych polityków, którzy stojąc po kolana w wodzie wzywają do natychmiastowych działań. Naukowcy szacują, że w wyniku tylko tego – będącego konsekwencją podnoszenia się temperatury na ziemi – zjawiska do końca wieku miejsce do życia może stracić 250 milionów ludzi.
Ekobójstwo to ludobójstwo ekologiczne, mówi inna definicja: zabijanie ludzi poprzez czynienie ekosystemów niezdatnymi do życia. Jeśli wyschnie rzeka Aguas w południowej Hiszpanii, zginie nie tylko lokalna przyroda, ale także mieszkańcy kilku miejscowości stracą miejsce do życia. Co stanie z plantacją oliwek? Sięgnie po głębiej położone wody. Jeszcze w czasach panowania Maurów na Półwyspie Iberyjskim wprowadzono systemy służące do nawadniania pól, a także wspólnoty wodne, które zapewniały kontrolę nad zasobami oraz ich sprawiedliwe i zrównoważone wykorzystywanie. System dobrze funkcjonował ponad tysiąc lat – do czasu rozpowszechnienia poboru wód głębinowych, czyli pozbawionej kontroli eksploatacji zasobu, który nie został w pełni rozpoznany: nie wiadomo, jaka jest jego wielkość, oraz w jakim tempie się odnawia. Firma, która jest właścicielem uprawy – ale nie ziemi, bo ta najczęściej jest dzierżawiona – będzie prowadzić produkcję sięgając po coraz głębiej położone wody tak długo, jak długo będzie to opłacalne. A potem zwróci właścicielowi bezwartościowy kawałek jałowej pustyni.
Termin ekobójstwo nie jest nowy. Po raz pierwszy został użyty niemal pięćdziesiąt lat temu. Ostatnio pojawia się ponownie: w maju niższa izba francuskiego parlamentu przegłosowała uznanie przez francuski system karny ekobójstwa za przestępstwo zagrożone karą 10 lat pozbawienia wolności i 4,5 miliona euro grzywny. Rekomendacja, by francuskie Zgromadzenie Narodowe zajęło się tą kwestią została wypracowana przez panel obywatelski ds. zmiany klimatu. Panel obywatelski, jako narzędzie demokracji deliberatywnej, sprawdza się szczególnie w sprawach, które bezpośrednio dotykają lokalnej społeczności. Na przykład w Gdańsku (2017) i Lublinie (2018) wypracowano w ten sposób dobre rozwiązania w kwestii poprawy jakości powietrza. Uczestnicy takiego panelu wybierani są losowo z uwzględnieniem reprezentatywności pod względem demograficznym, ich praca wspierana jest przez niezależnych koordynatorów, mają obowiązek uwzględnić możliwie najszerszy zakres perspektyw i korzystają z wiedzy ekspertów. Wypracowują rozwiązania korzystne z punktu widzenia lokalnej społeczności, a za swoją pracę otrzymują wynagrodzenie. Trudno sobie wyobrazić, żeby panele obywatelskie rekomendowały rozwiązania, które mogłyby stanowić zagrożenie dla ekosystemów, w których żyją lokalne społeczności.
Emocje budzi także pomysł wpisania ekobójstwa jako piątej zbrodni (obok ludobójstwa, zbrodni przeciw ludzkości, zbrodni wojennych i agresji) do przestępstw ściganych przez Międzynarodowy Trybunał Karny. Choć taki projekt brzmi imponująco, eksperci są sceptyczni: „To się nie zdarzy. A nawet jeżeli, to niczego to nie zmieni. Są zbrodnie ludobójstwa, których nikt nie ściga, dlaczego ktoś miałby teraz zająć się zbrodnią ekobójstwa?” mówi prof. Nijakowski, który naukowo zajmuje się badaniem zbrodni ludobójstwa. Zjawisko jest poznane, zdefiniowane, rozpoznawalne. Ale kolejna kategoria, raport, porozumienie czy cel niewiele zmieniają.
W czerwcu 2021 ukazał się raport Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, z którego jasno wynika, że dotychczasowe działania realizowane w ramach Wspólnej Polityki Rolnej (WPR) i nastawione na przeciwdziałanie zmianie klimatu – choć przeznaczono na nie czwartą część budżetu UE – nie przyniosły rezultatów. Emisje w europejskim sektorze rolnym pochodzą z trzech głównych źródeł: hodowli zwierząt gospodarskich, nawozów chemicznych i nawozów naturalnych oraz użytkowania gruntów (gruntów uprawnych i użytków zielonych), a produkcja żywności odpowiada w sumie za 26% światowych emisji. Raport ukazał się dokładnie w czasie, kiedy finalizowano rozmowy na temat kształtu przyszłej Wspólnej Polityki Rolnej. Będzie ona obowiązywać w latach 2023-2027. W kolejnych rundach rozmów systematycznie obniżano cele środowiskowe reformy. Europa nadal – kosztem rodzimych gatunków roślin i zwierząt, jakości żywności i powietrza oraz ochrony zasobów gleb i wody, niezbędnych dla zachowania trwałości możliwości produkcyjnych Ziemi – wytwarzać będzie więcej żywności niż potrzebuje, przede wszystkim produktów pochodzenia zwierzęcego.
Rolnictwo jest największym pojedynczym czynnikiem przekształcenia biosfery: jest przyczyną wylesień i osuszania terenów podmokłych, podporządkowuje sobie nowe, dotąd nie użytkowane obszary, wyjaławia gleby, pozostałościami nawozów i środków ochrony roślin zanieczyszcza wody, a podczas orki i innych prac z glebą uwalnia ogromne ilości CO2. Im bardziej jednorodne się staje, tym bardziej niszczący wpływ ma na gatunki dziko żyjące – odbiera im źródła pożywienia, siedliska, zmienia warunki klimatyczne w tempie, do którego żaden gatunek nie jest w stanie się przystosować. Raport międzyrządowego panelu ds. zmian klimatu (IPCC) z 2019 roku szczegółowo przedstawia wszystkie aspekty katastrofy. Nie trzeba nawet ich wymieniać – wystarczy skupić się na jednym, choćby glebach. Niszczymy je dziesięć razy szybciej niż są w stanie się odtwarzać.
Danych nie brakuje. Dowodów, przykładów, ani prognoz także. A jednak błędne koło raportów, konferencji i deklaracji wygląda na jedyny nieśmiertelny element układanki. W odmętach inercji i marazmu kategoria ekobójstwa – niezależnie od tego, czy stanie się terminem powszechnie obowiązującym i wpisanym do systemów karnych – wydaje być bardziej ponurą konstatacją niż narzędziem, które mogłoby przynieść zmianę. Jedno jest pewne: zastanawianie się, czy ekobójstwo to tylko niszczenie ekosystemów, czy może jest ono ludobójstwem ekologicznym wydaje się skrajnie krótkowzrocznym dylematem.
Przyszłość. Ludzkość poradziła sobie z problemami, które zagrażały jej przetrwaniu na początku XXI wieku. Historia ma dalszy ciąg. I jak to bywa w przypadku dalszych ciągów, ich bohaterowie interesują się wszystkim, także przeszłością. Wynaleźli chronoport do podróżowania w czasie wstecz, ale ze względu na zagrożenia, jakie niesie to urządzenie, pozostaje do użytku wyłącznie naukowego. Badaczki i badacze przeszłości – z przyszłości – po przejściu długotrwałych szkoleń z etyki i technologii chronoportacji – studiują wybrane historyczne obszary czasu i przestrzeni, żeby zrozumieć lepiej kim jesteśmy, skąd przybywamy i dokąd zmierzamy.
I ziuuu! Chronoport przetransportował nas (czyli mnie – Hansa i moją współbadaczkę Tamarę) w nasz nowy teren badawczy. Tym razem kilkanaście tysięcy lat wstecz oraz kawałeczek na południe i na zachód, czyli do obozu Magdaleńczyków. Tam, gdzie dzisiaj jest strefa spokoju w Niaux i gdzie odkryto słynne jaskiniowe freski, które można oglądać tylko przy pomocy laseroskopu z obawy, żeby niczego nie naruszyć. Poprzednie pokolenia chuchały i pociły się w jaskini, więc barwy malowideł się zniekształciły w nie do końca wiadomym kierunku. Ech, barbarzyńskie poprzednie pokolenia! Dobrze że przeminęły.
My zaś wręcz przeciwnie: z roku 2130 odminęliśmy się wstecz szmat czasu, by poznać prawdę. Naszym zadaniem było ustalenie, skąd brały się pomysły na różne motywy malowideł. Na ogół mamy bizony, ale też lwy jaskiniowe, niedźwiedzie, konie, mamuty. Rysunki są często wykonane niezwykle subtelnie, w dużym wyczuciem ruchu tych zwierząt. Występują pewne kanony, na przykład łatwo rozpoznać konia po charakterystycznej linii grzywy, ale jest też bardzo duża różnorodność rysunku i technik. „Gdyby kultura magdaleńska nie skończyła się przez zmiany klimatu, to żylibyśmy w świecie rządzonym przez sztukę. Podobnie (albo jak kto woli – wręcz przeciwnie) było z niedawną kulturą kapitalizmu, która wbiła się w zmiany klimatu. Gdyby nie to, żylibyśmy dziś w dyktaturze rynków finansowych. Nasi przodkowie sprawiali wrażenie, jakby z kulturą magdaleńską nie mieli nic wspólnego i jakby zeszli z innego drzewa”, pomyślałem.
Tamara i ja zostaliśmy bardzo porządnie wyedukowani i przeszkoleni etycznie. Jednak żaden z kursów, nawet metodologie ilościowe, nie przygotowały nas na szok termiczny lądowania w górnym paleolicie. Tamara szczękała zębami tak mocno, że zacząłem się bać, czy nasi badani nie pomyślą, że chce ich pożreć.
– Co tak szczękasz jak ludożerca?
– Jaki ludożerca? O czym ty mówisz? – zaszczękała zestresowana Tamara.
– Ej, wracajmy lepiej do chronoportu i każmy im dosłać więcej tej maści termicznej, bo zamarzniesz jak Ötzi – zaproponowałem.
– Sam jesteś Ötzi, imbecylu – odparła Tamara, ale mimo wszystko wróciliśmy się i zamówiliśmy więcej maści. Tamara przestała szczękać i uraczyła mnie epitetem o imbecylach matematycznych, bo niby między Ötzim a naszym terenem badawczym jest jak od nas do Mgławicy Naszyjnik. Tak jakbym nie wiedział! Co ma matematyka do poczucia humoru, jak się pytam. Pewno jeszcze mniej niż etyka.
No więc po dosmarowaniu się poczuliśmy się oboje lepiej i trząsłem się już tylko z empatii – na myśl o losie biednego Ötziego. Lecz szybko wróciłem myślami do pracy. Osadę znaleźliśmy bez problemu, bo w bardzo szeroko pojętej okolicy znikąd indziej się nie dymiło. Jednak zgodnie z planem badawczym udaliśmy się pod groty po drugiej stronie doliny – nie zamierzaliśmy przecież badać, jak się umiera w boleściach z powodu przeszytej strzałą czaszki, tylko liczyliśmy na bardziej pokojowe przyjęcie. Artyści przy pracy wydawali się nam bardziej ku temu skłonni, niż pozostający w osadzie myśliwi.
Nie przeliczyliśmy się. Pod grotą zebrała się grupka ubranych w skóry i pióra przyjaźnie wyglądających ludzi. W sumie podobni byli do nas, tylko troszkę niżsi. Nikt nie wie, jakim językiem posługiwali się Magdaleńczycy, więc nie dało się zaprogramować naszej biżuterii tłumaczącej. Musieliśmy zdać się na język gestów – i oczywiście sztuki. Na nasz widok jedna z osób podniosła się i uniosła do góry dłoń z pędzlem. My też mieliśmy pędzle, rekonstrukcje wykonane na podstawie odkryć archeologicznych, więc odpowiedzieliśmy podobnym gestem. Udało się. Grupa magdaleńskich artystów uśmiechała się już do nas i wydawała dźwięki łagodne i melodyjne. Włączyliśmy tryb szybkiego uczenia się w naszych kolczykach – jak wszystko dobrze pójdzie, powinny rozkodować nowy język w ciągu kilku godzin. Na razie uśmiechaliśmy się i mruczeliśmy do nich przyjaźnie.
Wysoka Szamanka wykonała gest jak się rozglądała.
– Ty, ona chyba pyta skąd jesteśmy – zgadywała Tamara.
Zrobiłem ręką gest falowania i wskazałem kierunek, gdzie powinno być morze. Nasi gospodarze wyglądali na zadowolonych. Inny z nich wskazał nam kłody obleczone skórami, gdzie zrobili dla nas miejsce i podał nam fajkę, która krążyła między nimi. Tamara zaciągnęła się, jakby całe życie nie robiła nic innego, tylko paliła paleolityczne zielsko czy inny grzyb. Ja podszedłem do sprawy bardziej ostrożnie. W sumie trzeba przyznać, że cokolwiek palili, wcale nie było takie złe. Na pewno lepsze niż cukrowe dymki z naszych czasów. I mniej szkodliwe dla uzębienia, sądząc po solidnych zębiskach naszych gospodarzy. Lekki szum w uszach mógł być efektem fajki albo intensywnej pracy kolczyków.
Nie jestem pewny, ponieważ właśnie wtedy straciłem świadomość.
Kiedy się ocknąłem, stałem przed skalną ścianą i malowałem wielkie koślawe pojazdy i budynki z naszej przyszłości. Tamara, w nie lepszym stanie, na sąsiedniej ścianie rozpisywała gigantyczne matematyczne twierdzenie. Magdaleńscy artyści za naszymi plecami zwijali się ze śmiechu. Cyfry wydawały im się pewnie jakimiś nieznanymi robakami, a budynki w stylu art eco brali za egzotyczne rośliny.
Szamanka pierwsza przestała się śmiać. Zabrała nam pigmenty i kazała wrócić na oślą kłodę. Potem spadł rzęsisty deszcz i zmył nasze ściany hańby. – Mam nadzieję, że ulewa nie pozostawi nic z naszych zapisków. Wstyd i groza. Wyobraź sobie, że w naszym XXII wieku ktoś by je odkrył! Ale byłaby chryja – wysapała Tamara, gdy spod kłody przenieśliśmy się pod drzewo, zapewniające nam ochronę przed wielkimi zimnymi kroplami.
– Co za głupki – usłyszeliśmy nagle zrozumiały głos Magdaleńczyka. Najwyraźniej nasza biżuteria rozpracowała język jaskiniowców i zaczęła nam na bieżąco go tłumaczyć – Są warci tylko mięsa, jakie możemy z nich mieć.
Współtowarzysze Magdaleńczyka zaśmiali się głośno.
– Wiesz, Hans, chyba się nie popisaliśmy – wymamrotała Tamara. Ja milczałem. W myślach na zmianę widziałem trupa Ötziego oraz duże, zdrowe zęby magdaleńskich artystów.
Szamanka przywołała nas dłonią i pokazała w kierunku wioski.
– Dajemy dyla? – szepnęła Tamara. Nim odpowiedziałem, szansa przepadła. Uśmiechnięci artyści otoczyli nas ze wszystkich stron. W strugach deszczu pomaszerowaliśmy do osady, czy może raczej obozowiska Magdaleńczyków. Wokół ogniska stały tam namioty wyglądające jak wigwamy.
Otoczyła nas mieszanina głosów.
– Co to? Kto to?
– To wy byliście dzisiaj na polowaniu?
– Niezła uczta się szykuje!
– Hi hi hi. Ha ha ha.
Jakiś typek pogładził mi głowę. – Będzie z niej niezły kubek – wyszczerzył zęby jak rekin. – Zupełnie jak Ötzi.
Nie wiem, czy ostatnie słowo usłyszałem dobrze, ale na pewno zemdleliśmy.
Kiedy znów się obudziliśmy, leżeliśmy związani na skraju obozowiska.
– Mają ładne głowy. Nie widziałem takich – mówił Rekin.
– I co z tego? – oparła Szamanka.
– Szkoda mi ich – odparł mężczyzna.
– Pomyśl o naszych ludziach – nalegała Szamanka.
– A nie możemy ich tak zostawić i poczekać aż umrą? Wtedy chyba będziemy mogli ich zjeść? – Rekin był rozczarowany.
– Jemy zmarłych. Nie zabijamy żywych, żeby ich zjeść. Nasi ojcowie zabronili – odparła Szamanka.
– Ciekawe, czy oni też by się tak zachowali na naszym miejscu – Rekin z pretensją w głosie wskazał na Hansa i Tamarę. – Tam, skąd przyszli, znad wielkiej wody, na pewno zabijają, żeby jeść.
Wyglądają na spasionych na ludzinie, a nie na rybach.
– Nie możemy ryzykować – pokręciła głową Szamanka.
– Czego?
– Moja matka mówiła, że po zjedzonych przejmuje się dary, ich umiejętności. Gdybyś widział, co bazgrali na ścianach, to byś się wystraszył. Są głupsi niż [słowo nieczytelne, biżuteria wydała z siebie nieartykułowane tłumaczenie]. Nie chciałbyś, żebyśmy stali się tacy jak oni.
Tak my, Hans i Tamara, zostaliśmy wyrzuceni z obozowiska na zbity pysk… i obudziliśmy się w pobliskim lodowatym strumieniu, wrzeszcząc i tarzając się oraz wyjąc na przemian. Tamara oprzytomniała pierwsza. Co jest niesprawiedliwe i nieetyczne, bo ona napaliła się bardziej i się zaciągała.
– Co jest? – spytała. – Gdzie jesteśmy i dlaczego wyjemy jak muzycy awangardowi?
– Dlaczego od razu awangardowi.
– Bo tak się mówi.
– Nie wszystko co się mówi, należy powtarzać. A propos, słyszę wszystko jakoś na raz.
– Ja też. To dlatego, że nie mamy kolczyków.
Rzuciliśmy się natychmiast szukać naszej elektronicznej biżuterii, ale strumyk – chyba on, jeśli nie nasi gospodarze – porwał wszystko i uniósł giełda wie gdzie.
– Jasny covid – zaklęła szpetnie Tamara – to jesteśmy ciemni, jak kapitalizm przemysłowy. W rogu.
– Dlaczego w rogu? – dociekałem, bo nie miałem nic mądrzejszego do powiedzenia.
– Bo bez autotłumacza nie mamy tu szans.
– Ej, zaraz, mieliśmy autotłumacza i w czym dokładnie to poprawiło nasze szanse i względem czego był bardziej poprawne?
– He, masz rację, stary. Jak drzewo kocham, trafiłeś, bracie, w sedno. – rozpromieniła się nagle – Genialny jesteś.
Skok retoryczny od imbecyla do geniusza wydał mi się nieco zamaszysty ale nie miałem nic przeciwko.
– Co pamiętasz z naszego spotkania z tubylcami? – spytała Tamara.
Wymieniliśmy się naszymi ponurymi wspomnieniami dialogów o rybach i ludożercach.
– I co, nic ci się nie kojarzy?
– No, kojarzy. Kurs z drugiego roku…
– Nie, nie, nie, nie odpytuje cię z wiedzy antropologicznej, tylko czy ci się kojarzy? Nasze kolczyki??? Ludożerca?? Ryba?? Ötzi, do covidu!
Musiałem mieć bardzo durną minę, bo współdoktorantka zlitowała się.
– Autotłumacz. Elektroniczna inteligencja.
– No dobra, dziękuję za podpowiedzi. Nie wiem. Poddaję się.
– Na początku wyprawy rozmawialiśmy o różnych bzdetach. I pamiętam, że zgrywaliśmy się z ludożercami i rybami. Autotłumacz czerpie z tego, co ma, a nie z tego, czego nie ma. Skąd ta elektronika miała wiedzieć, jaki był język Magdaleńczyków sprzed kilkunastu tysięcy lat, do ciężkiego Reagana? Jak myślisz? Autotłumacz kombinował jak mógł pod górkę, z tego co miał, i co rozumiał. I to były wyłącznie nasze własne kwestie. Zapętlił się. A wizje i siódme poty wzięły się z tego, co wypaliliśmy. Nie wiem, co to było. Do tej pory mnie mdli.
– Aaaaaa – olśniło mnie – czyli nasz autotłumacz ściemniał jak student na egzaminie?
– No wreszcie – Tamara uniosła do góry palec, jakby sprawdzała, z której strony wieje wiatr. Rzeczywiście sprawdzała.
– Tam – powiedziała. – Pachnie dymem. Oni są tam. Idziemy tam.
– Zeżrą nas! – przeraziłem się.
– Mamy projekt do wykonania. Co, nie chcesz doktoratu, Hans? Chcesz zostać magistrem całe życie jak jakiś Neandartalczyk?
Nie chciałem być jak Neandartalczyk. Zawróciliśmy, już bez kolczyków. I całe szczęście. Badania były fascynujące. Zostaliśmy w obozie pięć lat. Nauczyliśmy się ich języka – nic dziwnego, że autotłumacz się wykrzaczył! Ten język miał całkiem inne zasady, niż cokolwiek dotąd znaliśmy. Magdaleńczycy byli łagodnym, twórczym społeczeństwem, stroniącym od przemocy i dalekim od ludożerstwa. Żywili się grzybkami, ziółkami i mamutami. Tymi ostatnimi najskuteczniej. Chętnie jedli też inną upolowaną przez siebie zwierzynę, aczkolwiek nawet okolicznych Flintstonów-postneandartali – wiadomo, kompletnie niekumatych – nie zaliczali do fauny jadalnej, a co dopiero homo sapiens. Palili różne rzeczy i po wielu z nich mieli wizje, natomiast my: głównie wymioty. Wielokrotnie opowiadali nam, jak się przerazili, że śmiertelnie się zatruliśmy przy tym pierwszym spotkaniu, jak zaczęliśmy ryczeć i histeryzować, rzęzić i machać kończynami, podczas gdy oni radzili nam, żeby wypić dużo wody i wytrzeźwieć. I jak byli zszokowani, gdy na ich pytanie, jak się nazywamy, wykonałem gest oznaczający: „idź odbyć stosunek seksualny z rzeką”. Nie było to uprzejme, a jednak nam darowali, bo wyglądaliśmy sympatycznie. Głupio, ale sympatycznie.
W wiosce zahartowaliśmy się troszkę, choć nadal pobieraliśmy przez chronoport maść na grubą skórę, bo epoka lodowcowa nie rozpieszczała. Natomiast od gospodarzy dostaliśmy piękne ubranka z mamuciej skóry, co poprawiło nam kolosalnie jakość życia. Nauczyliśmy się polować na jelenie i nie wchodzić w drogę lwom jaskiniowym. Nauczyliśmy się grać na flecie z kości i rozpalać ogień krzesiwem. Nomadowaliśmy razem z nimi po szeroko pojętej okolicy, wracając cyklicznie w te same miejsca. Wreszcie, po czterech latach, nauczyliśmy się jako tako malować. Szamanka dopuściła nas znów do grupy artystów jaskiniowych, choć nie była już równie hojna w częstowaniu nas tym, co oni tam palili.
Namalowałem starannie bizona, wzbudzając uznanie moich magdaleńskich towarzyszy. Tamara namalowała rybę, co było niezgodne z zasadami etyki, których się uczyliśmy, bo nie wolno robić rzeczy nietypowych w badanej kulturze. Jednak nasyczała na mnie, że właśnie wolno, bo istniały malunki ryb wcześniej i że się nie znam. Niestety, gospodarze tak się zachwycili jej rybskiem, że prawie ogłosili ją nową szamanką. Ale nasze słabe głowy do używek nie pozwalają na takie ekscesy, więc nie doszło do zmiany na szamańskim stanowisku. Za to wymyślili nasi gospodarze wymyślili taniec na cześć nowego malunku, polegający na agresywnym szczerzeniu się w kierunku obozowiska Flintstonów-postneandartali. Nie mam pojęcia, skąd im się to wzięło.
Z wyprawy przywieźliśmy wiedzę o tamtejszym języku, o zwyczajach, o diecie i trasach nomadowania. Niektórych rzeczy nie możemy zdradzić, bo przysięgaliśmy na nasze dusze, że tego nikomu nie powiemy. Nie możemy więc podzielić się wiedzą o tym, jak malowano i jak wybierano motywy. Cel wyprawy badawczej pozostał niezrealizowany.
To jeden problem.
Drugi jest taki, że na niższym poziomie jaskini w Niaux znajduje się wielki, starannie namalowany obraz rekina ludojada.
Monika Kostera i Julia Witeńska: Dwugłos o wędrowaniu.
J: W miejscu, w którym dorastałam widziałam z okna las. Mieszkałam przy samym końcu miasta, daleko od centrum i na najbardziej zalesionym osiedlu. Często chodziliśmy tam na spacery, a zimą na sanki. Potem, kiedy już byłam starsza razem z ekipą jeździłam leśnymi dróżkami nad jezioro, albo zupełnie bez celu. Teraz też czasami wyrywam się z Warszawy na kąpiel leśną i spacer z przystankiem na leżenie na trawie, albo na piasku nad rzeką. Bywają dni, kiedy siedzę przy biurku i myślę o tym, że powinnam być gdzieś indziej – najpewniej właśnie tam.
A czy Ty lubisz las?
M: Uwielbiam. Las za rogiem to jest coś w rodzaju Narnii w szafie – czysta żywa magia. Miałam tak kiedy mieszkaliśmy w Växjö w Szwecji. Małe miasteczko w zasadzie w środku lasu i nasze osiedle wtedy tak jak Twoje, było gdzieś na skraju. Teraz się rozbudowało i z okien nie widzielibyśmy już ani jeziora, ani lasu. Ale wtedy było tak, że o ile w dzień mogliśmy udawać, że rządzi miasto, jego autobusy, dostawy do sklepu osiedlowego, to po zapadnięciu zmroku wracał na swoje prawowite stanowisko las. Leśne sprawy rozpływały się po okolicy: ptaki wylatywały najpierw nad jezioro, potem bezstresowo nad osiedle. Na parkingu rezydowały lisy. Jesienią grzyby wyskakiwały na pielęgnowanych przez osiedlowych ogrodników skwerach. Teraz mieszkamy nad rzeką a wielki las jest po drugiej stronie, ale raczej w domyśle, bo sporo przestrzeni zajmuje sąsiednie miasteczko, właściwie jego podmiasteczkowe krańce z małymi domkami i ogródkami. Ale lubię patrzeć w tę stronę, gdzie wiem, że jest las. Kiedy się mocno zagapię, las przychodzi do mnie w przestrzeni snu. Ja sama zaczynam mieć w sobie las. Takie momenty mają fatalne skutki dla mojej produktywności.
J: Anty-produktywność to jedna ze wspanialszych rzeczy, które można znaleźć w lesie (a zarazem i w sobie). Myślę, że można tam też znaleźć coś równie ważnego – ciekawość. Kiedy byłam dzieckiem byłam żywo zainteresowana życiem leśnym; uczyłam się o tym dużo w podstawówce, a potem na spacerach rozpoznawałam gatunki drzew, rośliny i przede wszystkim nasłuchiwałam z dziadkiem śpiewu ptaków. To nie było zwykłe hobby; kiedy nie byliśmy w lesie, to i tak mieszkaliśmy tak blisko, że mogłam obserwować ptasią społeczność przez lornetkę stojąc na balkonie. Miałam też epizody wywieszania karmników za okno i budowania szałasów. Kiedyś to było, wiadomo. No i cóż, niedługo potem nadszedł okres osobliwego buntu i skupiłam się raczej na graniu na konsoli i kolekcjonowaniu płyt CD. Teraz jeżdżę do lasu samochodem, albo pociągiem, coś chyba poszło nie tak.
M: A kiedy już chodzisz po lesie, to czy masz jakieś ulubione typy lasu, takie sprzyjające Ci ekosystemy? Ja lubię las mieszany, najlepiej współgra z moją energią. W lesie mieszanym zawsze się coś dzieje i lubię próbować się wczuwać w różne leśne istoty. Najbardziej lubię się wczuwać w grzyby. Skoro zajmują się komunikowaniem drzew, to mogą przecież, do cholery, też troszkę skomunikować mnie. Albo vice versa. Zdarza mi się stawać przy takim typku i gadać do niego, tak jak się gada do komórki – z tym, że wtedy do drzew. Mówię im, że są wspaniałe i że okropnie je lubię. Leśny grzybofon. Niezła rzecz. W ogóle las mieszany jest – z definicji – bardziej otwarty na różne istoty do wymieszania, na przykład na ludzi. Nie mam tego wrażenia w lasach iglastych, takich jak w Skandynawii bywają sobie chętnie. One są bardziej serio i można się tam zgubić. Zdarzyło mi się kilka razy, nie polecam. A w mieszanym – nie, nigdy.
J: Najbliższy chyba jest mi mimo wszystko iglasty, bo kiedy myślę o lesie widzę głównie świerki i sosny, a na ziemi dużo patyków i i szyszki. Iglaste rzeczywiście czasami wieją grozą i bywa tam strasznie, nawet za dnia. Z drugiej strony są też lasy pełne chudziutkich drzew; one mnie nawet bawią i rozczulają. Nie przypominam sobie, żebym zgubiła się kiedyś w głuszy najdłużej, ale bywało, że biwakowałam pod gołym niebem. Wolność i łączność glebą, ale też było przerażająco i strasznie – od masy niezidentyfikowanych dźwięków na wyobrażeniach o tym, że dziki okupują namiot kończąc. Nigdzie nie jest tak ciemno, jak w nocy w lesie, ale zdecydowanie warto to przeżyć, bo ciężko przyrównać do czegoś innego radość takiego poranka i wdzięczność za to, że już świeci słońce i po prostu jest okej. Wstajesz, przytulasz drzewo, pijesz herbatę i już. Taki #morningroutine.
Spałaś kiedyś w lesie czy raczej zwiedzasz?
M: Biwakowanie w lesie – oczywiście! Ale w moim przypadku w namiocie a nie jak Arthur Rimbaud w gospodzie Pod Wielką Niedźwiedzicą. Moja najlepsza przyjaciółka – owszem, gustowała w spaniu „na glebie”. Podobno dziki mają więcej szacunku dla żywych istot niż przeciętny przedstawiciel klasy średniej. Ale jednak wolę przytulić rano drzewo, niż dzika. I zgadzam się z Tobą, że w lesie strasznie dobrze się czuje wdzięczność – jakby ten rodzaj wrażeń był tutaj tak blisko, że dosłownie skrapla się na skórze. I pełno tu Muz, jak dziki przewalają się przez lasy. Często przychodzą mi wiersze, kiedy chodzę po lesie. Malarzom z Barbizon przychodziły przecudne obrazy w lesie Fontainbleau, do tego stopnia, że jeden z nich, Théodore Rousseau, nauczył się słuchać drzew i rozumieć je. Nauczył się mówić w ich języku, przy czym mówić nie znaczyło koniecznie wydawania z siebie dźwięku, bo brzmienie tylko częściowo jest tym językiem. Niestety nie znam języka drzew, dlatego muszę się posługiwać grzybofonem.
A Ty, masz swoją ulubioną sztukę leśną?
J: Śpiew ptaków oczywiście! Ostatnio byłam w lesie, w którym kompletnie nie byłam w stanie usłyszeć ćwierkania i bardzo mi tego brakowało. To jest zestaw dźwięków, który niesamowicie masuje mózg i odpowiednio słuchany potrafi wprowadzić w stan błogości. Mam dużo wspomnień z przechadzek po lesie, podczas których nasłuchiwaliśmy ptaków – szliśmy, szliśmy, żeby nagle się zatrzymać, zastygnąć w ciszy i zrobić sobie przerwę na słuchanie. Poza tym w lesie rzadko spogląda się w górę, w niebo, a tam też można znaleźć wspaniałe kompozycje koron drzew, nieba i chmur. Koniec końców cały las po prostu mnie rozczula.
Jednorożec stał się symbolem Łodzi w sposób dość nieoczekiwany. Najpierw pojawiła się w miejskiej przestrzeni nowa stacja przesiadkowa, już nie przystanek tramwajowy, a monumentalna budowla, przysłonięta wysokim, kolorowo oszklonym dachem.
Skala tej inwestycji, pierwszej i jedynej jak dotąd takiej w mieście, poza zachwytem jednych wywołało krytykę innych. Podchwycono kąśliwe hasło „stajnia dla jednorożców”, odnoszące się do niespotykanego rozmiaru owej budowli i nietypowej wysokości zadaszenia, jak gdyby nadającego się na stajnię jednorożców. Nazwa się przyjęła, i wiele osób zamiast „przystanek Centrum” albo „przesiadkowo” używa terminu „stajnia” już nie w krytycznym czy nawet ironicznym, tylko opisowym sensie.
Choć jednorożce podobno nie istnieją, obok „stajni” pojawił się pomnik, przedstawiający jednorożca właśnie. Historia jego powstania jest fascynująca. Pierwotnie pomnik jednorożca pojawił się we wniosku do łódzkiego budżetu obywatelskiego, w ramach kpiarskiego happeningu, jego autorzy nawiązywali do rechotu niektórych ze „stajni dla jednorożców” i raczej nie liczyli na pozytywne zaopiniowanie przez urzędników jego późniejszej realizacji. A jednak mamy pomnik jednorożca. A dlaczego jest to właściwie fragment, lepsza połowa mitycznego zwierzęcia, pozbawiona zadu? No bo jednorożce, istnieją czy też nie, tylną częścią ciała mogłyby przecież, no wiecie…
Pic na wodę i fotomontaż
Być może inny, na pozór równie absurdalny projekt, jaki złożyliśmy do budżetu obywatelskiego w 2023 roku, zainspirowany został właśnie przez tę historię, choć miałyśmy nadzieję, że nie zostanie wdrożony do realizacji. By go móc złożyć, musieliśmy zebrać 20 podpisów poparcia, i różne, często zupełnie nieznane nam osoby, reagowały entuzjastycznie, mimo że informowałyśmy je o tym, że nasz projekt to pic na wodę i fotomontaż. Na szczęście tym razem czujni urzędnicy opiniujący wnioski zdecydowali, że nasz projekt nie spełnia kryteriów, i nie zostanie poddany pod głosowanie mieszkańców. Uff…, odetchnęliśmy. Z drugiej strony nasz fejkowy projekt, porządnie napisany, udokumentowany, opatrzony regulaminową ilością podpisów popierających go mieszkanek i mieszkańców Łodzi, nie został napisany dla jaj, a raczej z totalnej bezsilności, wynikającej z kuriozalnej polityki miejskiej w zakresie dostępu do toalet publicznych.
Otóż, choć na początku transformacji postawiono nawet jedną, to zaraz wiatr powiał w drugą stronę i funkcjonujące toalety zaczęto burzyć i zasypywać, włącznie z nowo zbudowaną. Postanowiono, że zamiast budować nowe, wykorzysta się rozwijający potencjał knajp na ulicy Piotrkowskiej, i podpisze z nimi umowy na udostępnianie ich toalet przechodniom nie będącym klientami. A jak ktoś akurat nie przechodzi ulicą Piotrkowską? A to już jego prywatna sprawa. Więc nie, w stacji przesiadkowej która doczekała się miana stajni jednorożców nie zbudowano żadnej toalety, choć zasypano znajdującą się wcześniej w mieszczącym się o poziom niżej przejściu podziemnym. Rozumiecie więc, że pozbawienie pomnikowego jednorożca zadu było jak najbardziej uzasadnione.
Świątynie dumania
Nie wiemy, czy i jak wydalają jednorożce (poza tym, że rzygają na tęczowo). Jest podobno taki organizm, co je i nie wydala. Znane są też gatunki, mające wydalanie zorganizowane inaczej niż homo sapiens. Większość z nas jednak biologia zaprogramowała w ten sposób, że produkty przemiany materii musimy regularnie usuwać z naszych organizmów, w tym właśnie celu ludzka kultura wytworzyła toalety. Przez parę wieków to co robimy w toalecie należało do sfery tabu w niektórych, dość wąskich i raczej elitarnych kręgach. Od zarania prehistorii rodzaju ludzkiego wszystkie dzieci poddawane są tak zwanemu treningowi czystości, czyli załatwiania się w sposób kontrolowany, przyjęty w danej rodzinie i kulturze. Następnym levelem tego treningu bywa nauka, że choć wszyscy to robimy, to się o tym nie mówi. Stąd też w języku różne eufemizmy oznaczające czynności – na przykład „jedynka” i „dwójka”, lub ich miejsca. Toaleta to ogólnie utrzymanie czystości, ubikacja w swym źródłosłowie miejsce, zdarza się nam czasem wspomnieć o miejscu, dokąd „król piechotą chodzi” lub „świątyni dumania”. W naszych mieszkaniach czy domach nie zajmują zazwyczaj eksponowanego miejsca, w przestrzeni publicznej ich obecność oznajmiają dyskretne ikonki lub międzynarodowy akronim WC, od angielskiego water closet, oznaczającego toaletę spłukiwaną, nie będzie się on więc odnosił do wygódki/ustępu/sławojki usytuowanej zazwyczaj na zewnątrz budynku, ani do toi-toia.
Prawko człowieczka
Wydaje się, że kiedy o tych kwestiach się nie mówi, znikają one z horyzontu, jednak biologia sprawia, że nie znikają one z naszego codziennego życia. Dostęp do czystej wody i godnych warunków sanitarnych należy od niedawna do katalogu praw człowieka, jednak pozbawiona go jest część ludzkości. W tym duża część mieszkanek i mieszkańców Polski. Choć większość z nas ma jakieś WC w miejscu zamieszkania, muszą je mieć szkoły, miejsca pracy czy lokale gastronomiczne, to toalety w przestrzeni publicznej dostępne są jedynie niewielkiej części z nas. Toalety są w warszawskim metrze, ale jest to jedyne metro w kraju. Toalety są w pociągach, ale już niekoniecznie na dworcach, nie znajdziecie ich zaś na przystankach międzymiastowych busów i transportu podmiejskiego. Mówi się wreszcie o wykluczeniu komunikacyjnym, ale jego przemilczanym megaważnym obliczem jest również brak dostępu do WC podczas podróży. I nie chodzi tu wyłącznie o odległych od centrów małych miejscowości, ściany wschodniej czy „Polski B”.
Wykluczenie ubikacyjne
Wykluczenie toaletowe (brzmi prawie jak mydło toaletowe, a może wolicie termin wykluczenie wucetowe, kiblowe, ubikacyjne?) dotyka między innymi osób znajdujących się, na swoje nieszczęście, w przestrzeni publicznej Łodzi, jednego z największych miast Polski, położonego w samym jej centrum. Zamieszkuje je ponad 600 tysięcy osób, jeszcze parę tysięcy regularnie je przemierza. Na te 600 tysięcy plus przypada obecnie około dwudziestu toalet publicznych. Bardzo optymistycznie licząc, na jedną osobę przypada ich jedna trzydziestotysięczna. Mieszkańcy mogą znaleźć je w knajpach głównej ulicy Piotrkowskiej, pod warunkiem, że nie zachce im się przed godziną jedenastą, gdy są zamknięte. W niektórych budynkach użyteczności publicznej w godzinach ich otwarcia. W centrach handlowych, ale nie w niedzielę. Na niektórych ryneczkach. W bibliotekach. W ośrodku zdrowia, jak poprosimy o klucz, ale nie w czasie pandemii. Już nie w bramach, bo są zamykane, już nie krzakach, bo są przycinane. Nie na krańcówce autobusu, i nie w toi-toiu służącym coraz częściej kierowcom (no chyba, że dyspozytor na krańcówce wpuści was do kontenera, a kierowca podpowie, że toi-toi otwiera każdy klucz z marketu budowlanego). Z jakiegoś powodu „miasto” uznało, że mieszkanki i mieszkańcy sikają tylko jak pójdą do knajpy, a dzieci przewijają wyłącznie w przytulnych toaletach centrów handlowych. Pozostali zaś zawartość pęcherza zachowują dla siebie, wypróżniają się wyłącznie przed wyjściem z domu, nie miewają nagłych potrzeb fizjologicznych poza domem, szkołą lub miejscem pracy. A może noszą pod ubraniem woreczki na mocz?
Mobilne WC na każdym spacerze
No i tu zbliżamy się do naszego projektu, zatytułowanego następująco: „Mobilne WC na każdym spacerze”. Formalnie złożony, choć finalnie nie dopuszczony do głosowania przez mieszkańców, otrzymał numer L095 i można go znaleźć na stronie https://budzetobywatelski.uml.lodz.pl/szczegoly-projektu-2024-1401443504-1401455093-4c3b4d88ef0469149c3d711228edf01a. Zaproponowałyśmy w nim ni mniej ni więcej sfinansowanie z Budżetu Obywatelskiego zaprojektowania, wykonania i dystrybucji samonadymających się, mobilnych, indywidulanych toalet, które każda i każdy z nas mogliby ciągnąc za sobą na jakimś rodzaju uwięzi, udając się do miasta. Napisaliśmy w nim:
W związku z drastycznym niedoborem publicznych toalet w Łodzi proponujemy zaprojektowanie, wykonanie i udostępnianie mieszkankom oraz mieszkańcom mobilnych toalet. Mobilne samojezdne WC nie musiałoby posiadać żadnego napędu, wykonane z ultralekkich materiałów można będzie ciągnąć za sobą na uwięzi, jak na smyczy, na której prowadzi się psa. Urządzenie składać się będzie z niewielkiej, umieszczonej na kółkach podstawy, niewielkiego ultralekkiego sedesu oraz samo nadymającej się obudowy, używanej jedynie podczas aktywnego korzystania z urządzenia.
Budżet zaproponowaliśmy skromny, kosztorys zamknął się w 70 tysiącach, zrezygnowałyśmy w nim z fajerwerków w rodzaju zaprojektowania i wdrożenia aplikacji mobilnej do sterowania całością. Projekt został pozytywnie zaopiniowany przez radę jednego z osiedli, odpadł dopiero na etapie opiniowania przez Radę Miejską, i w sumie trochę żałujemy, bo na zmianę miejskiej polityki udawania, że jesteśmy jednorożcami, się nie zanosi. Skwapliwie zagłosowaliśmy na jeden jedyny projekt postawienia j e d n e j toalety publicznej, lepsze to niż nic, trzymamy kciuki!
Za wnioskodawczynie i wnioskodawców
Iza Desperak
Monika Kostera i Julia Witeńska: Dwugłos o wędrowaniu.
M: Jest takie piękne stare wiejskie słówko: powsinoga. Bardzo dobrze oddaje to, jak często się czuję – ktoś, kto zbyt długo nie wysiedzi w domu, kogo ciągnie „w pola”, czyli wcale nie koniecznie „dokądś”, „w jakimś celu”. Taki wiejski włóczykij. Ciągnie mnie „w miasto”, ale też ciągnie mnie „w pola”. Ta druga mania nadaje się raczej do bardziej systematycznego pielęgnowania w weekendy i w wakacje – bo dojazd z miasta nie jest zawsze prosty. Ale czasami po prostu muszę – szczególnie na wiosnę i jesienią, pola to moje rodzinne korzenie, pokolenia rolniczek i rolników. Widok kiełkującego zboża sprawia, że czuję się częścią jakiejś sensownej części świata. I uwielbiam zapach ziemi wiosną i jesienią, poza sezonem intensywnego nawożenia – wtedy wolę wąchać bzy miejskie.
A Ty – lubisz łazić po polach?
J: Powsinoga to wspaniałe słowo! Ja nie jestem z rodziny rolniczej i moim naturalnym środowiskiem jest miasto. Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem chyba pojechałam raz czy dwa na wieś i nie czułam się tam najlepiej – wszystko było dla mnie bardzo obce i nieuporządkowane, niesamowicie intensywne, ale to inna niż miejska intensywność. Myślę, że bałam się wtedy wsi.
W te wakacje miałam kilka okazji, żeby poszwendać się po polach i odkrywam to na nowo. Czuję, że jest w tym coś świetnego. Kolejna kwestia jest taka, że ze znajomymi często rozmawiamy o porzuceniu miejskiej rutyny, pracy żeby przeprowadzić się w pola i “mieć spokój”. Możliwe, że właśnie na wsi jest coś o czym marzymy, albo tęsknimy…?
M: No nie, moim naturalnym środowiskiem też jest miasto. Rolnicy zaczynają mi się kilka pokoleń wstecz. Moje poczucie więzi z wsią i polami jest typowo miastowe – przynajmniej tak mówiono w latach 1970, że miastowego ciągnie na wieś tyle, że nie jak wilka do lasu ale raczej jak psa do lasu. W lesie pies czuje się wilkiem – dopóki, rzecz jasna, nie pojawią się ślady prawdziwych wilków. Więc tak, dokładnie tak jak mówisz – na wsi jest coś o czym marzymy. Dla mnie to jest taka świadomość bycia w środku żywego kontekstu, ale gdzie człowiek jest względnie współpracującą z nim częścią. Pola są czymś takim – rolnik sieje zboże, zboże kiełkuje, rośnie, dojrzewa. Z tego zboża będzie chleb dla ludzi, ale tymczasem jest wielkie pole zieleni z owadami, ptakami, chwastami. Może to właśnie jest ten wyobrażony spokój – te przestrzenie zieleni.
Z drugiej strony, uwielbiam wiejskie ogródki przy domach, niemiejskie kwiatki, bardziej kolorowe, często niemodne (to dla mnie przerażające, że miasta mają swoje mody nawet na rośliny). Trawa krzywo strzyżona, w krzakach porzucone piłki w ciapki, miska dla psa na ścieżce. Te ogródki mniej się przebierają za coś, są bardziej na luzie. Może to właśnie jest ten spokój?
A Ty, czym dla Ciebie jest wiejski spokój?
J: Wiejski spokój jest dla mnie teraz – niestety – przede wszystkim fantazją. Pomimo tego, że naprawdę kocham miasta, to doświadczam coraz mocniej tego jak bardzo są męczące. Mieszkając w Warszawie zanieczyszczenie światłem i dźwiękiem bywa nokautujące. Po latach dochodzę do wniosku, że odpoczynek w stolicy potrafi być wyzwaniem. Na szali dostępności do pracy, kultury, “możliwości” po drugiej stronie leży się po prostu spokój. W Warszawie w środku nocy w moim pokoju jest “jasno”, a od samego rana głośno. Po wyjściu z domu można zmęczyć się samą podróżą do pracy, zanim się jeszcze do niej dotrze. Kiedy wieczorem gasisz światło na wsi najczęściej nie widzisz i nie słyszysz nic, bo jest ciemno i cicho. Poranki też wydają się bardziej łaskawe pod względem bogactwa bodźców. No i dostęp do pól, lasów, czasami jezior… Z drugiej strony nie wiem czy takie życie tak naprawdę byłoby dla mnie. Dużo o tym myślę.
Chciałabyś porzucić miasto na rzecz wsi?
M: Za nic w świecie! Miasto jest moi kokonem. Mogę się w nim męczyć, mogę go przeklinać za ohydne parkingi, psychopatyczne rządy deweloperów, śmieci z plastiku walające się na skwerku – ale miasto to mój ekosystem. Może dlatego aż tak bardzo serdecznie życzę neolibowej polityce miejskiej rychłego zapadnięcia się w otchłań nicości. Nawet Lucyfera mi żal na neolibskie porządki – ta grabież wszystkiego co wspólne, drobnomieszczańskie roślinki pod linijkę (rośliny z zasady nie są drobnomieszczańskie! – pewnie dlatego te skwerki i doniczki są tak mało trwałe), pełne finansowego blasku wieżowce – namioty ze stali i szkła, w których nikt nie czuje się jak w domu z wyjątkiem „pieniążków” dla których są tak naprawdę budowane. Ta jadowita nędza ducha powszechna w neolibowych miastach na razie nie włazi zbyt często do wsi. Wieś nadal jest zasadniczo wolna od tej estetyki, która nie jest nawet anty-estetyką, tylko dez-estetyką, jakiś zaprzeczeniem chęci życia. Więc oczywiście wbijam na wieś odpocząć, jak miasto mi da poważnie w kość. Zatrzymujemy się u rolnika, który razem z córeczką zbiera jabłka i produkuje sok. Nie ma telewizora, a komórka nie ma zasięgu. Dojrzewają pomidory i inne sympatyczne roślinki. Rolniczka piecze wielkie pachnące chleby z chrupiącą skórką. Pożyczamy od gospodarzy rowery i jedziemy w pola. Nasze płuca przypominają sobie na czym polega przyjemność z oddychania.
J: W takim razie chyba mamy podobnie – w mieście bywa ciężko, ale jednak jest dla nas dobrze znanym kokonem. Zgadzam się także z tym jak widzisz estetykę (dez-estetykę) miast. Wieś, chociaż jest spokojniejsza to rzeczywiście w jakiś inny sposób bardziej żywa, niż „tętniące życiem” metropolie. I tak jak mówisz – małe społeczności, bycie poza zasięgiem, natura i zdrowe jedzenie to coś o czym marzy coraz więcej osób, aż do tego stopnia, że ostatnio powstał (popularny!) termin judytowania – praktyki łączenia się z naturą, szukania i poznawania siebie. Słowo nawiązuje do Judyty z filmu „Nigdy w życiu”, w którym bohaterka Judyta opuszcza miasto, buduje dom pod Warszawą i zmienia kierunek swojego życia. Jeśli kolektywne judytowanie nie zazieleni miejskiej betonozy, to ja już nie wiem co.
W te wakacje odwiedziłam dwie polskie wsie z bliskimi mi osobami i muszę przyznać, że rzeczywiście takie otoczenie skłania do wykreowania alternatywnego przeżywania dni – spacerowania, drzemkowania, siedzenia na ganku, pływania w jeziorze (!), grania w planszówki i wspólnego przesiadywania na stogu siana. Coś świetnego, z chęcią bym tam wróciła.
Ja nie odwiedziłam niestety zbyt wielu wsi, ale wiem, że Ty dużo wędrujesz – masz jakieś ulubione, szczególnie dla Ciebie ważne miejsce?
M: O, nie znałam tego filmu – brzmi jak coś co bardzo chcę zobaczyć! W Szwecji ludzie namiętnie judytują na północ, począwszy od „troszkę na północ od Sztokholmu” po „full Lapland experience”. Mam znajomych we wszystkich tych kategoriach. Ale też sporo spośród nich mówi o tym, jak bardzo trzeba zazieleniać wielkie miasta i wywalać samochody, a przede wszystkim ciężarówki, poza obszary powietrza, którymi ktoś oddycha. Przynajmniej tam chyba działa bo jakieś postępy w tym programie są, nawet widoczne gołym okiem.
Moja ulubiona wieś znajduje się w Polsce, pod Łowiczem – pochodzi stamtąd część mojej rodziny i mieszka tam przyjaciółka malarka, którą czasem odwiedzam. Uwielbiam zapach ziemi w tej części świata, kolor światła filtrowanego przez drzewa w lesie. Moim największym wiejskim przeżyciem było, gdy Karolina – tak nazywa się przyjaciółka – zaprowadziła mnie w środek lasu, gdzie są jakieś zapomniane ule, a dalej po prostu kawałek łąki, gdzie obie usiadłyśmy w trawie i czułyśmy się naprawdę dobrze. Bez medytacji, bez opróżnienia umysłu – bez niczego, tak na żywca dobrze, że aż nie wiadomo jak to opisać.
Ty miewasz takie momenty wiejskie?
J: Bardzo, bardzo rzadko. Naturalnie kompensuję sobie ten niedobór parkami i lasami. Ostatnio byłam z moją przyjaciółką w Puszczy Kampinoskiej i było świetnie – drzewa, mech i w sumie to by było na tyle. Fantastyczna wycieczka. Poza tym czasami wyjeżdżam kolejką do podwarszawskich sympatycznych mieścinek i tam też można poszwendać się po lesie albo popływać w rzece, ale zdecydowanie nie jest to to samo uczucie, co bycie na wsi.
To chyba pora na full Lapland experience.
Miliony na wymianę pieców. Nowe ścieżki rowerowe. Polscy samorządowcy kochają spektakularne inwestycje. Czy naprawdę jednak zależy im na klimacie? Wcielamy się w aktywistów i sprawdzamy!
Walka o tlen na żarskim Osiedlu Muzyków trwa w najlepsze. Ruchliwe ulice, rozległe parkingi, nowe markety. Linia kolejowa, gdzie z drzewami uporano się lata temu. Na dokładkę fabryka płyt wiorówych i wszechobecny aromat mielonych choinek.
Wypielęgnowane ogródki i przydomowe kwietniki żywo kontrastują ze spółdzielczymi skwerami. Tu postrzyżyny wyprawia się każdej wiosny. Znikają rozłożyste korony, czterdziestoletnie drzewa zyskują postać wiechci, palemek, pni obrośniętych gęsto „wilkami”.
Mój facebookowy post o kolejnych wyczynach osiedlowych drwali wkurzył z czterdzieści osób. Posypały się gniewne komentarze. Nieliczne zagrzewały do walki: każdy głupi umie narzekać w internecie! Co innego jest działać!
Wśród kibiców szczególnie wyróżniał się radny PIS, Adrian Jaworski. Wiosna była wszak przedwyborcza, a troska o interes ogółu kiełkuje wtedy najbujniej: – Mam nadzieję, że niebawem dostaniemy pod obrady pana pismo!
Uczucia miałem mieszane. Będąc w przeszłości lokalnym pismakiem poznałem grono aktywistów – amatorów. Jedni żyli w Tuplicach w cieniu rakotwórczej hałdy, innym śmierdziało wysypisko pod Szprotawą, jeszcze innym widok z okna psuła góra gnijących brytyjskich tekstyliów. Wszyscy bez wyjątku byli męczący. Bo kopanie się z koniem nie wpływa na człowieka za dobrze. W najlepszym razie traci towarzysko. W najgorszym marnuje czas w sądzie, gdzie ciągają go “przedsiębiorcy” i samorządy. Jedni w obronie „dobrego imienia”, drudzy z umiłowania porządku, gdy nie daj boże zostawisz po sobie jakąś ulotkę.
Kiedy argumenty zawodzą, pojawia się desperacja, a niekonwencjonalne pomysły nie budzą sympatii. Przekonał się o tym Remigiusz Krajniak, szef fundacji “Eko – Lubusz”, gdy na styczniową sesję rady miasta przyszedł w kombinezonie przeciwpyłowym. Miało być o spalarni odpadów. Aktywiście nie dane było śledzić obrad. Został wyrzucony. Nie dlatego, że złamał dresscode. Zrobił zdjęcie telefonem! Poważnie, są jeszcze włodarze, którzy wierzą, że podczas samorządowych rytuałów chroni ich jakieś magiczne „RODO”.

Fot. Grzegorz Kozakiewicz
Do wejścia w buty osiedlowego aktywisty skłoniła mnie prosta refleksja: sprawa jest przecież ewidentna. Gdy obcinasz całą koronę, albo z 70 procent, nijak nie idzie tego obronić. Ustawa o ochronie przyrody z kwietnia 2004 mówi przecież jasno. Pięćdziesiąt procent to zniszczenie drzewa, trzydzieści to uszkodzenie.
Napisałem do burmistrz z wnioskiem o nałożenie kary na spółdzielnię mieszkaniową. Wskazałem najbardziej rażące przypadki. Zrobiłem zdjęcia. A odpowiedź nie nadchodziła…
Gdy po dwóch miesiącach zadzwoniłem do ratusza, wywołałem mały popłoch. W biurze podawczym nikt nie wiedział, gdzie trafił mój wniosek. W sekretariacie burmistrz podobnie. Winna ponoć była awaria komputerów. Gdy połączono mnie z właściwą osobą, ta była jakby zdziwiona: – Jak to pan nic nie dostał? Musiał pan dostać! My tu mnóstwo czasu spędziliśmy nad tą odpowiedzią.
Dzień później przyszedł e – mail ze stanowiskiem miejskiego wydziału ochrony środowiska. Dwie strony maczkiem wyjaśniały, dlaczego drwale nie zostaną ukarani. Wedle magistrackiego dendrologa prace są konsekwencją przyjętej strategii pielęgnacyjnej! Urżnięcie niemal całej korony miało na celu…podtrzymanie jej kształtu, co odpowiada wyjątkowi zapisanemu w ustawie.
Irracjonalna decyzja nosiła datę wsteczną. Utrudniało to poddanie jej ocenie Samorządowego Kolegium Odwoławczego. Cytaty z literatury i opis starannych rzekomo oględzin zniechęcały do dyskusji. By brnąć w to dalej, warto było mieć argumenty.
Internet roi się od opisów podobnych batalii, a nawet poradników, jak je prowadzić. Ich autorzy pozostali głusi na moje wiadomości. Kilkanaście fundacji i stowarzyszeń, które poprosiłem o pomoc, nie odpisało w ogóle. Sieć Watchdog Polska głosem Adama Mikosia przyznaje: “…organ wykonawczy powinien naliczyć administracyjną karę pieniężną za zniszczenie drzewa. W przedmiotowej sprawie kwestią sporną jest jednak kwalifikacja nieprawidłowości związanych z dokonanymi cięciami…” Tyle, że miasto nie przeczy, że było to więcej niż trzydzieści procent korony!

Fot. Grzegorz Kozakiewicz
Po miesiącu trafiła do mnie opinia Jerzego Gągorowskiego, prezesa Polskiego Towarzystwa Chirurgów Drzew. Stowarzyszenie rzeczoznawców żarskich urzędników zmasakrowało.
– Wykonane cięcia pozbawiały koronę praktycznie stu procent gałęzi i części konarów. To wielkość zdecydowanie większa od dopuszczalnej i kwalifikuje pseudozabieg jako zniszczenie drzewa – grzmiał prezes – Powoływanie się na historyczne podejście jest nieuzasadnione, a ponawianie “zabiegów” dowodzi zarówno niedostatecznej wiedzy o procesach przyrodniczych jak i faktu wielokrotnego łamania art. 87 ustawy o ochronie przyrody.
Chirurgom wtóruje Marek Kosmala, dr hab. z Katedry Architektury Krajobrazu warszawskiej SGGW, który już w 2006 na łamach Portalu Komunalnego rozprawiał się z mitem wypielęgnowanej, bezpiecznej miejskiej zieleni: ogławianie skraca życie drzewa, czyni je podatnym na infekcje i grzyby, przyczynia się do obumierania korzeni. Tak “pielęgnowany” drzewostan nie absorbuje wody, ani nie produkuje tlenu. Łatwo za to pada ofiarą wichur.
Uzbrojony w poparcie specjalistów pobiegłem poskarżyć się radzie miasta. Było po wyborach. I rada i burmistrz byli już nowi. Może to i lepiej? Kampania pełna była zapewnień o otwartości wobec mieszkańców. Kogo miałby zdenerwować zwykły apel o trochę świeżego powietrza?
Niestety, w czasie wakacji radni nie pracują. Dopiero któregoś wrześniowego poranka napisał do mnie ów radny z PIS. Załączył projekt uchwały. Moją skargę odrzucono. Uzasadnienie było nader lakoniczne: “ …przedmiotowe drzewa rosną na terenie Spółdzielni Mieszkaniowej i są pod bieżącym nadzorem dendrologa celem sprawdzenia stanu i kondycji drzew oraz obowiązków wynikających z ustawy o ochronie przyrody. Na podstawie oględzin stwierdzono, że drzewa zachowały żywotność oraz są w dobrym stanie technicznym i fitosanitarnym.”
– Rozmawiałem z panem Słowikowskim (członkiem komisji skarg i petycji) Dla niego podstawą była opinia jakiegoś człowieka, co zajmuje się drzewami. Opowiadał też swoje doświadczenia o wycinaniu orzechów. Jednym słowem obłęd – relacjonował radny zapewniając, że sam głosował “inaczej”. Czyli wstrzymując się od głosu. Fakt faktem głosowania nie poprzedziła żadna dyskusja. Nikt nie miał uwag. Nikt nie dostał nawet kopii mojego pisma!
Wedle kodeksu postępowania administracyjnego skarga może być uznana za bezzasadną tylko wówczas, jeśli podany stan faktyczny nie odpowiada rzeczywistości albo jeśli skarżący błędnie ocenił stan faktyczny w świetle obowiązujących przepisów. Skarżącemu należy się też uzasadnienie. Jego brak stanowi istotną wadę. Tak orzekł Naczelny Sąd Administracyjny w roku 2020 w sprawie, która swój początek miała na biurku wojewody lubuskiego. Ten zresztą w ciągu ostatniej dekady unieważniał podobne uchwały czterokrotnie. Wszystkie były napisane po łebkach.
Usiadłem do listu do Gorzowa Wielkopolskiego. Nie próbowałem być twórczy. Argumenty zaczerpnąłem z rozstrzygnięcia nadzorczego wojewody mazowieckiego. Było profesjonalnie, przejrzyście, logicznie. Służby wojewody doceniły. Dyrektor Wydziału Nadzoru i Kontroli, Paweł Witt stwierdził, że mam rację. Uzasadnienie powinno być. Jego zdaniem jednak wada jest na tyle nieistotna, że nie daje podstaw, by uchwałę unieważnić.
W języku prawników nieistotne naruszenie prawa to takie, które nie wpływa na sedno sprawy. Innymi słowy, gdyby radni rzetelnie zbadali skargę, prawidłowo zastosowali obowiązujące przepisy i uczciwie opisali to w uzasadnieniu, powinno im wyjść to samo. Chyba. Bo pan dyrektor zastrzega, że organ nadzoru nie ma kompetencji, by występki władz w Żarach ocenić.
Pokonany przez logikę precla zrezygnowałem z dalszych bojów. Odkryłem to, co wiedziałem na początku. Zabawa w osiedlowego aktywistę to nie jest zajęcie na jedną niedzielę. Estetyka, przyroda, zdrowie to pojęcia abstrakcyjne, a chroniące je prawo z rzadka znajduje zastosowanie w codzienności powiatowych miasteczek. Czy do reszty zobojętniało nam dobro wspólne? A może utknęliśmy w aforyzmie Kisielewskiego bohatersko walcząc z problemami, które sami stwarzamy? Rok 2024 był najcieplejszym w historii pomiarów. Dopiekł rolnikom, winiarzom, wreszcie mieszkańcom dorzecza Odry. Po każdej klęsce słychać apele o solidarność. U mnie w mieście apelują ci, którzy o naturę nie dbają…
Postępujące ocieplanie się klimatu wymusi zmianę dotychczasowej polityki wodnej. W Polsce największym problemem stanie się duża czasowa i przestrzenna zmienność opadów oraz nasilające się ekstremalne zjawiska hydrologiczne.
O lepszym wykorzystaniu istniejących zasobów i odnowie wody z dr hab. inż. Moniką Żubrowską-Sudoł, prof. Politechniki Warszawskiej, Wydział Instalacji Budowlanych, Hydrotechniki i Inżynierii Środowiska rozmawia Marcin Wrzos.
Jak ważne jest odzyskiwanie wody wobec zmian klimatu?
Rośnie świadomość, że wodę powinniśmy oszczędzać. Wcześniej nam się wydawało, że nie musimy się o ten zasób troszczyć, bo nie może go nam zabraknąć. Brak wody staje się powszechnym doświadczeniem. Coraz trudniej utrzymać latem ogródek we właściwym stanie, w niektórych województwach susza ma charakter cykliczny. Wymusza to zmiany świadomości, ludzie zrozumieli jak ważna jest woda. Zaczęły się poszukiwania jej alternatywnych źródeł. Jednym z nich mogą być ścieki oczyszczone.
Czy jesteśmy na to gotowi?
Może się wydawać, że trudno będzie uzyskać społeczną aprobatę dla ścieków jako źródła wody pitnej. Niemniej takie działania są już podejmowane. Dobrym przykładem jest Singapur, gdzie w znaczącym stopniu woda pitna pochodzi z oczyszczonych ścieków. Jest to dla obywateli tego państwa powód do dumy, ponieważ świadczy o trosce o zasoby. Generalnie taki sposób pozyskiwania wody jest akceptowany w krajach wysoko rozwiniętych. To w dużej mierze kwestia świadomości społecznej. W Polsce nadal pokutuje przekonanie, że takie źródło pozyskiwania wody pitnej jest nie do przyjęcia, właściwie mit, że ta woda jest niezdrowa. Należy jednak podkreślić, że ścieki oczyszczone nie stają się bezpośrednio wodą, którą pijemy. Wcześniej przechodzą szereg procesów technologicznych, odpowiednią retencję i dopiero wtedy mogą być wykorzystywane jako woda do picia.
W jakim stopniu wykorzystuje się w Polsce oczyszczone ścieki?
Zgodnie z rozporządzeniem ministra Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, w Polsce nie ma potrzeby prawnej, by wykorzystywać oczyszczone ścieki. Uregulowane są tylko kwestie związane z oczyszczaniem ścieków i odprowadzaniem ich do odbiorników, którymi są np. rzeki czy jeziora. Zgodnie z tym rozporządzeniem ze ścieków usuwane są związki organiczne, związki azotu i fosforu oraz zawiesiny.
Czy całość oczyszczonych ścieków wraca do rzek?

Fot. Canva
Oczywiście, że nie. Podejmowane są w różnego rodzaju miejscach prace badawczo-rozwojowe, żeby ze ścieków odzyskać wodę. W polskich oczyszczalniach ścieków nie idą one w kierunku odzyskiwania wody na cele spożywcze, lecz głównie na cele przemysłowe. Jeśli jakaś gałąź przemysłu jest zainteresowana wykorzystaniem wody, która została przygotowana z odzysku ze ścieków, to dochodzi wtedy do naturalnej symbiozy pomiędzy sektorem komunalnym a przemysłem.
Zagadnienia dotyczące odnowy wody ze ścieków pojawiają się na wielu konferencjach technicznych i naukowych. Dla środowiska naukowego nie jest to już tylko temat czysto akademicki, analizuje się wdrożenia. Firmy są zainteresowane, bo widzą, że w przyszłości będzie zapotrzebowanie na odnowioną wodę.
Czy powinny powstać jakieś zachęty dla przemysłu?
Zakłady przemysłowe mają najczęściej własne ujęcia wody. Czerpią ją z ogólnych zasobów, uszczuplając tym samym zasoby dla odbiorców indywidualnych, w tym wody pitnej. Rozwiązania mogą być różne. Można wprowadzić system zachęt polegający na zmniejszeniu opłat, na ulgach podatkowych lub wręcz przeciwnie, podnieść opłaty dla przemysłu za korzystanie ze źródeł naturalnych. Wtedy byłaby szansa na zintensyfikowanie działań związanych z pozyskiwaniem wody z oczyszczalni. To musi się po prostu opłacać.
Czy odnowiona woda jest wykorzystywana w innych gałęziach gospodarki?
Wyróżniamy kilka celów odnowy wody. Pierwszym jest przemysł, a drugim rolnictwo. Odnowiona woda jest wykorzystywana do nawadniania. Od jej przeznaczenia zależy rodzaj procesów technologicznych, które należy przeprowadzić. W przypadku rolnictwa związki azotu i fosforu są użyteczne – z wodą wprowadzamy pierwiastki biogenne, które są niezbędne do rozwoju roślin.
Trzecim celem jest wykorzystywanie wody odnowionej do zasilania warstw wodonośnych. Powiększamy zasób, z którego będziemy mogli później skorzystać. Ostatnim celem jest wspomniany na początku odzysk wody pitnej. Tu proces odzyskiwania przebiega inaczej. We wszystkich przypadkach mamy liczne przykłady realizowania takich działań na świecie. Mają one miejsce w krajach wysoko rozwiniętych i na obszarach z deficytem wody.
Jak w porównaniu z innymi krajami wygląda sytuacja w Polsce ?
Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Okazuje się, że w wielu oczyszczalniach prowadzone są działania w celu wykorzystania oczyszczonych ścieków w przemyśle, jednak nie zawsze jest to definiowane jako odnowa wody. Generalizując, trzeba powiedzieć, że w naszym kraju myślenie o odnowie wody ze ścieków dopiero się rozwija. W wielu oczyszczalniach ścieków prowadzi się prace badawczo-rozwojowe, których celem jest opracowanie rozwiązań nowatorskich lub doskonalenie już istniejących. W wielu krajach stan wykorzystania odnowionej wody jest podobny do Polski. Nie oznacza to jednak, że one coś zaniedbały. Po prostu nie mają problemu z zasobami wodnymi i nie jest to dla nich priorytetowy kierunek badań.
Na ile skuteczne jest oczyszczanie ścieków? W ostatnim czasie niezwykle popularny staje się temat mikrozanieczyszczeń.
Dzieje się tak, ponieważ coraz więcej wiemy na ich temat i coraz bardziej zaawansowane narzędzia do ich wykrywania. Mikrozanieczyszczenia to problem naszych czasów, nie unikniemy ich, bo są jednym z efektów ubocznych rozwoju. W ściekach oczyszczonych występują śladowe ilości żeńskich hormonów płciowych, antybiotyków i innych lekarstw. Ma to wpływ na środowisko. Badania amerykańskich naukowców, które zostały opublikowane w US Geological Survey (USGS), udowodniły, że przenikający do wody estrogen może prowadzić do feminizacji u ryb i spadku płodności. Na razie jest jeszcze za wcześnie, aby jednoznacznie stwierdzić, jaki to może mieć wpływ na nasz gatunek.
Czy w takim razie picie kranówki jest bezpieczne?

Fot. Canva
Składniki te pojawiają się w oczyszczonych ściekach. Abyśmy mogli napić się kranówki, woda przechodzi szereg procesów technologicznych, w wyniku których zanieczyszczenia są usuwane w takim stopniu, aby była zdrowa dla odbiorcy. Należy jednak pamiętać, że jakość wody, którą pijemy, zależy nie tylko od efektywności jej uzdatniania, ale również od jakości sieci, którą jest dostarczana, i instalacji wewnętrznych, za które odpowiada administrator budynku. Warto również mieć świadomość, że z badań wielu grup badawczych wynika, że kranówka charakteryzuje się lepszą jakością od wody w butelkach plastikowych. Niektórzy lekarze wręcz nie zalecają kobietom w ciąży picia wody w butelkach plastikowych. Ja osobiście piję Warszawską Kranówkę, nie stosując przy tym żadnych dodatkowych sposobów jej oczyszczania.
W jaki sposób walczyć z mikrozanieczyszczeniami?
Przede wszystkim trzeba się zastanowić nad tym, co zrobić, aby ilość mikrozanieczyszczeń dopływająca do oczyszczalni ścieków była jak najmniejsza. Powinniśmy się zastanowić, jakie jest ich źródło. Duży wpływ ma niska świadomość ekologiczna społeczeństwa, na przykład często do toalety wyrzuca się leki. Potem ci sami ludzie mają pretensje, że w środowisku naturalnym pojawiają się mikrozanieczyszczenia . Należy też dopasowywać dawki leków do wagi pacjenta, dzięki czemu z organizmu będzie wydalanych znacznie mniej szkodliwych substancji.
Przyszłość. Ludzkość poradziła sobie z problemami, które zagrażały jej przetrwaniu na początku XXI wieku. Historia ma dalszy ciąg. I jak to bywa w przypadku dalszych ciągów, nie bez znaczenia jest dla nich przeszłość. Wynaleziono chronoport do podróżowania wstecz, aczkolwiek ze względu na zagrożenia jakie niesie to urządzenie, pozostaje do użytku wyłącznie naukowego. Badaczki i badacze przeszłości – z przyszłości – po przejściu długotrwałych szkoleń z etyki i technologii chronoportacji, studiują wybrane historyczne obszary czasu i przestrzeni. Po to, żeby zrozumieć lepiej kim jesteśmy, skąd przybywamy i dokąd zmierzamy.
Rzadko kiedy jednak pozwalano nam studentom na przeniesienie się w czas i miejsce, w którym dokonywano spektakularnego rabunku. I to rabunku, który miał gigantyczny wpływ na całą naszą cywilizację!
A jednak, tak oto stoimy, Lelum i Polelum, w Demre – a właściwie w Myrze, bo tak nazywało się to anatolijskie miasto w roku 1087, do którego się cofnęliśmy. O tysiąc lat i troszkę ponad ćwierć wieku. Z epoki, w której zrozumieliśmy, że rabunek jest zaburzeniem cyklu edukacyjnego, wobec czego wymaga intensywnej edukacji z zakresu etyki – do czasów, kiedy z powodu rażącego niedouczenia karano rabusiów więzieniem lub śmiercią, pozostawiając ich na zawsze w stanie ignorancji, co obrabowanym w niczym nie pomagało. Innymi słowy: smutne czasy bez kursów z etyki (nie mamy pojęcia jak ludzie mogli w ogóle żyć w takich czasach! Wyobraźcie sobie tylko: przedszkole bez czytanek etycznych dla dzieci… Jak można?).
W owym roku 1087 stoimy sobie w katedrze w Myrze, całkiem jeszcze niezniszczonej. Tu najwyraźniej mieli coś w rodzaju podstawowych kursów z etyki – taką funkcję bowiem pełniły obrazy na witrażach i ścianach, przedstawiające różne osoby czyniące dobro i kilka czyniących zło. Główną ozdobą katedry jest jednak grób świętego Mikołaja. Ów dawny biskup zasłynął jako dobroczyńca – podrzucający pieniądze biedakom, uposażający w posagi panny z wielodzietnych rodzin, ratujący przed śmiercią niesłusznie skazanych i co tam jeszcze hagiografowie (niczym autorzy podręczników do etyki) wymyślą. Po śmierci przypisywano mu rozliczne cuda (jednak nie chodzi o zdanie egzaminu doktorskiego w pierwszym terminie!). Święty Mikołaj otaczał opieką zwłaszcza dzieci i żeglarzy. Zaś widocznym znakiem pozagrobowej działalności chrześcijańskiego biskupa w doczesnym świecie miała być pachnąca maź wylewająca się z miejsca pochówku, nazwana cudowną manną. Widzieliśmy ją. Wydobywała się z sarkofagu, który właśnie rozbijał wielgachnym młotem niejaki Mateusz.
Obok leżeli związani katedralni strażnicy.
– Co wy robicie? Złodzieje! – krzyczeli na Mateusza i jego współtowarzyszy, uzbrojonych w miecze, sztylety i topory. – Myśleliśmy, że przypłynęliście z Bari, żeby nam pomóc w walce z Turkami, a wy okazaliście się nędznymi łupieżcami! – prawie rozpłakał się kościelny, siwy jak gołąbek.
– Milczeć – uciszył go zdyszany Mateusz, odkładając młot – Lepiej, żebyśmy my to wzięli, a nie Turcy. Albo Wenecjanie. Ci to dopiero kradną. Zbudujemy piękną bazylikę dla tych świętych kości – wskazał na szczątki wysypujące się z rozbitego sarkofagu.
– Co za bandziory. Przecież wiadomo, że chodzi im tylko o pieniądze od pielgrzymów, za relikwie i inne pseudocuda! – mruknąłem ja, Lelum, do współbadacza, czyli do Polelum. Fascynujące studium przypadku ze słynnych badań Watykanu było od dawna w kanonie lektur, więc wiedzieliśmy, że po zbieraczach artefaktów w czasach minionych trudno oczekiwać naukowej rzetelności.
Najwyraźniej jednak zapomnieliśmy wejść w tryb incognito, czyli wcielić się w postaci znużonych drogą świątobliwych pielgrzymów. Prawo Postrzegania w Czasie mówi, że ludzie nie widzą tego, co nie ma dla nich sensu. Znalazłszy się wobec zjawiska z przyszłości, nawet jeśli mają je tuż przed oczami, nie widzą po prostu nic, czego w ich własnych czasach nie było. Nie można zobaczyć badacza przeszłości, jeśli nie przebierze się skutecznie za osobę z badanej epoki. Więc nawet, jeśli nas, młodych badaczy, dostrzeżono, to nie jako studentów etnografów, lecz jako kogoś, kto wtedy istniał – nawet w nadmiarze. Czyli jako wszędobylską gawiedź.
Po chwili oboje leżeliśmy już spętani obok Siwego i katedralnych strażników.
– Nie musicie używać siły! – zapiszczał Polelum, czyli współbadacz piszącego te słowa. Na szczęście translator był sprawny, więc jego XI-wieczna łacina była bez zarzutu.
– Nawet święci używają siły – odparł Mateusz – Mikołaj dał w nos Ariuszowi, gdy na soborze nicejskim pokłócili się w kwestiach teologicznych.
– To tylko plotka – włączył się Siwy. – A poza tym nie wiemy, kim są ci młodzi ludzie. Puśćcie ich wolno.
– Jeszcze czego! Żeby wezwali waszych sąsiadów? Wtedy nie uszlibyśmy stąd z życiem – zaśmiał się Mateusz.
– To co z nami wszystkimi zrobicie? – zapytał Siwy. W odpowiedzi Mateusz tylko pogładził młot. My, czyli Lelum i Polelum, zadrżeliśmy. Zaczęliśmy sobie w duchu wyrzucać, że mogliśmy skorzystać w badaniach z „czapki niewidki” (niestety, zwykle pogardzanej przez profesorów). Albo po prostu pójść na religioznawstwo starosłowiańskie, jak chcieli rodzice. Nikt z przeszłości by im nie groził śmiercią, a co najwyżej ich ubóstwiał.
Pierwszy doszedł do siebie Lelum, czyli piszący te słowa.
– Czy możemy prosić o chwilę uwagi? – zwrócił się do Barijczyków.
– Gadaj, ino krótko – odparł Mateusz.
– Ściągacie na siebie ogromne niebezpieczeństwo, zabierając te kości – skinąłem głową na rozbity grób. Współtowarzysze Mateusza właśnie wygrzebywali stamtąd szczątki świętego i wrzucali do wielkiej płóciennej torby.
– Znam ja tę śpiewkę o gniewie niebios. Daruj sobie. Niebiosa sprzyjają tym, którzy mają ze sobą relikwie! – Mateusz był bardzo pewny siebie.
– Nie w tym rzecz. Wasze miasto, Bari, bardzo dużo zarobi na tej wyprawie, jednakże tylko w krótkim terminie. Długoterminowo ściągacie na siebie prawdziwy obłęd! – Polelum zapewnił mnie później, że mój głos brzmiał bardzo przekonywująco, jak jakiegoś proroka. Badani nie mieli do czynienia z fenomenem studenta ściemniającego na egzaminie, więc bez trudu wniknął do ich umysłów ten charakterystyczny ton.
Zaś ja, piszący te słowa Lelum, oznajmiałem, z coraz większym przekonaniem, że w przyszłości, dla kolejnych pokoleń, święty Mikołaj zmieni się z biskupa z pastorałem w ręku w niejakiego Santę. Czyli w rubasznego dziadka w czerwonym kubraku, jeżdżącego saniami zaprzężonymi w renifery. Renifery wciekły w mózgi badanych w postaci bydła rogatego, co wywołało pewną konsternację. Nie to jednak będzie najgorsze, dowodziłem dalej. Najstraszniejsze, że Santa nie będzie rozdawał ludziom prezentów, lecz je sprzedawał! Stanie się symbolem kupowania rzeczy zbędnych i zupełnie niecudownych. Zamiast pomagać ludziom, będzie im tylko szkodził. Ze świętego biskupa zamieni się w Antychrysta!
Zebrani zadrżeli, wyobrażając sobie Antychrysta pasącego rogaciznę.
– Ej, nie możesz gadać takich rzeczy – przerwał mi Polelum. – To wbrew zasadom! Jeszcze im opowiedz o Karolu Marksie, naszym patronie rozdawania wszystkiego za darmo. Do twarzy by mu było w czerwonym płaszczyku.
– O czym wy gadacie? – zaniepokoił się Mateusz, który coś usłyszał, ale nie był pewien, co. Chyba coś o ubranym na czerwono Karolu Wielkim.
Czyżbym zamierzał zmienić historię? Czy postanowiłem udawać wariata, żeby ocalić skórę? A może chciałem też uratować cały program badawczy, bo po makabrycznej śmierci od młota na pewno zamknięto by przed uczelniami możliwość podróżowania w czasie w celach naukowych. Któż wie, co mną kierowało. Czy sam to wiem? Nawet jeśli, to nie wyjawię sekretu. Student od średniowiecza aż po nasze oświecone czasy nie przyzna się do tego, że ściemnia, czyli improwizuje. Żaden kurs z etyki tego nie zmieni. Najważniejsze są jednak z punktu widzenia moralności – nieprawdaż? – efekty. A te nie były najgorsze, bo chwilowe zaniepokojenie człowieka z młotem zmobilizowało do działania ukrytego dotąd we wnęce nad ołtarzem organistę. W tym momencie zrzucił na dół wielkie drewniane skrzydło anielskie, które cieśla miał właśnie przytwierdzić do reszty anioła. To znaczy, zobaczył to wyraźnie Polelum, ale nie pochłonięci toczącą się akcją miejscowi.
– Rety! Kara boska! Anioł zstępuje na Ziemię! Anioł mściciel!
– Ratuj się kto w Boga wierzy!
Jako zaproponowano, tak rychło uczyniono. Barijczycy zabrali kości i czmychnęli. Postawili w swoim mieście świątynię na cześć skradzionych kości, kult świętego rósł, aż przybrał rozmiary brzuchatego Santy z wielkim workiem prezentów, z trudem mieszczącym się w kominie przeciętnego zjadacza chleba.
My, skromni studenci, nie zmieniliśmy zatem historii. I dobrze dla nas, bo inaczej oblalibyśmy semestr i nawet święty Mikołaj by nam nie pomógł. A czy dobrze dla świata? – ktoś zapyta. Lecz to pytanie rodem z Katedry Gdybologii. A tam nie korzystają chronoportów – wszyscy w Akademii zdają sobie sprawę, że nie należy wpuszczać lisa do kurnika.
Poprzedni odcinek.
fot. Simon
Monika Kostera i Julia Witeńska: Dwugłos o wędrowaniu.
Julia: Okazuje się, że nagle skończyło się lato. Październik to dla mnie miesiąc powrotów – na uczelnię, do rutyn i przede wszystkim do miasta na dłużej. Pomyślałam więc, że możemy porozmawiać o wędrówkach miejskich. Tych niewinnych przechadzkach po okolicy, sprintach na przystanek, spacerach do sklepu, bieganiu po parku. Urodziłam się w mieście, wychowałam w bloku, dorastałam na osiedlu i muszę przyznać, że uwielbiam metropolie.
Lubisz być w mieście?
Monika: Uwielbiam. Pod warunkiem, że nie w samochodzie. Uwielbiam chodzić pieszo po mieście, a szczególnie po jego zielonej podszewce. Na przykład Warszawa jest cudna i zielona, mimo przytrafiających się jej co jakiś czas kataklizmów urbanistycznych („więcej donic i gładkich wieżowców, mniej drzew i organicznych budynków”). Po Warszawie chodzę od zawsze – nawet napisałam o tym książkę. Kiedy byłam mikro-człowiekiem chodziłam głównie wokół stołu i wokół orzecha pod naszym domem, ale szybko zataczałam coraz szersze kręgi i już w wieku 10-ciu lat pokonywałam trasy miejskie wzdłuż całej Grójeckiej i dobrego kawałka Alei Krakowskiej. Chodzę prawie codziennie, na ogół z jednej przestrzeni związanej z pracą do innej, ale jak tylko mam jakiś czasowy luz, to wbijam w jakąś dłuższą trasę starą lub nową. Ciągle odkrywam coś nowego. Na przykład, kilka lat temu dowiedziałam się, że Warszawę można przejść zielonym pasmem z Mokotowa na Żoliborz, a nawet dalej. I mam moją trasę miejskiej pielgrzymki, taką, która daje mi energię na wiele dni – to Skarpa Warszawska. Niezależnie od pory roku spotykam tu różne ptaki, gałęzie nad głową, splątane korzenie pod stopami. Jesienią musujący zapach opadłych liści, w lecie taki zapachowy zawrót głowy od zieloności. A Ty, masz swoją ulubiona miejską trasę?
Julia: Nie mam szczególnego talentu do zapamiętywania nazw ulic, ale jest jeden spot w Warszawie, do którego trafię z każdego miejsca na ziemi – boisko do koszykówki w Śródmieściu. Wiosną i latem można tam przyjść i pograć w świetnym składzie. Cztery kosze, cztery połowy, dwie ławki, jeden raj na ziemi. Dojeżdżałam tam metrem, tramwajem, autobusem, autem, rowerem miejskim tudzież własnym, docierałam pieszo z zapasem czasu przed umówioną godziną albo dobiegałam spóźniona chyba z każdego miejsca w Warszawie i okolicach. Ta trasa cieszyła mnie zawsze. Po paru rozegranych meczach, najczęściej już wieczorem, krótka przechadzka po centrum w pojedynkę albo z koleżankami (najlepiej!). Podczas wspólnego spaceru obowiązkowy pit stop na schodach albo krawężniku na dłuższą pogawędkę i wypicie koli, a potem odprowadzamy się wzajemnie na przystanek, czy do samochodu. I chociaż byłam w wielu wspaniałych stolicach, to najbardziej jednak lubię się kręcić właśnie po warszawskim Śródmieściu, szczególnie jak jest już ciemno. Nie ma tam wprawdzie za dużo zieleni, ale jest dużo miejskiego folkloru.
Monika: Uwielbiam miejski folklor, zwłaszcza po zapadnięciu mroku! Boiska na ogół nic mi nie mówią – może z wyjątkiem „uwaga na latające nisko piłki” – ale lubię przechodzić śródmiejskimi ulicami, kiedy są zamieszkane przez lokalsów. Młodzież w nieprawdopodobnych z punktu widzenia ergonomii pozach podpierająca ściany domów. Pijaczków na ławkach, często bardzo uprzejmych. Od wielu lat nie spotkało mnie tyle całkowicie bezinteresownych pozdrowień „dobry wieczór pięknej pani” co właśnie od tej grupy warszawiaków. Jest taki skwerek w Śródmieściu – mówiłyśmy na niego Placyk – gdzie zawsze można spotkać tak jednych, jak i drugich, plus licznych współ-psiarzy. Kiedy chodziłam do podstawówki w pobliżu, zrywałyśmy się czasami z koleżankami z lekcji, kiedy za oknami było za ładnie na rozsądek i słuchałyśmy tu Zeppelinów z przenośnego kasetowca. Swoją drogą, przy szkole było bardzo fajne boisko i tam też lubiłyśmy przesiadywać na murku, żeby mieć ogólny wgląd w sytuację. Oba te miejsce są ukryte między domami, mimo swojej centralności wiele osób nie ma pojęcia o ich istnieniu. Też lubisz takie miejskie schowki?
Julia: Słuchanie Led Zeppelin z kasetowca z koleżankami musi być czymś świetnym!!! Ukryte podwórka i uliczki jednakowo mnie ciekawią i zachwycają, jak i… odstraszają? Kiedy byłam młodsza, w mieście, w którym dorastałam mimowolnie wytworzył mi się instynkt, gdzie w mieście zaglądać, a jakich miejsc raczej unikać. Teraz, mieszkając w Warszawie wybieram raczej otwarte i doświetlone przestrzenie, ale bardzo lubię odwiedzać „pochowane” w bocznych ulicach kawiarnie, albo księgarnie i antykwariaty. Bardzo lubię te słoneczne dni, kiedy jeżdżę beztrosko na rowerze przez miasto, wszystkie światła są zielone, a potem zahaczam o jakąś niewinną miejscówkę, kupuję herbatę i spędzam tam bardzo dużo czasu w sumie na niczym. A Ty, co najbardziej lubisz robić w mieście?
Monika: Tak, odwiedzanie bocznych kawiarni, księgarni i antykwariatów – zdecydowanie też! Zachwyca mnie też rozświetlone miasto w słoneczny dzień – tak jak stare panoramy miejskie, z perspektywiczną ulicą – po bokach linia domów i drzew, środkiem przechadzają się spokojnie ludzie, na starszych – konie, na nowszych – samochody. Czasami pojawia się też pies, czasami rower. Kiedy chodziłam do szkoły, pokazywano nam takie – oczywiście te późniejsze – grafiki jako widoki z Warszawy przyszłości. Bardzo lubiłam na nie patrzeć, jak na widokówki przysłane z przeszłości, gdzie będzie dużo przestrzeni, drzewa i przyjaźni ludzie. Przyszłość pamiętała o nas i wysyłała nam widokówki. Moja przyszła Warszawa czekała na mnie gdzieś w tych słonecznych alejach. Może jest tak, że stale jej szukam i nie mogę znaleźć. Za to znajduję – coraz rzadziej – kawałki starej Warszawy, tej, którą odbudowywali z gruzów moi dziadkowie. Spotykam je i żegnam się z nimi, bo one znikają bardzo szybko. Trudno powiedzieć, że to lubię, bo jest to forma żałoby. Ale w jakiś sposób – tak, lubię, bo to jest forma rozmowy z moim miastem. Warszawa to szczególne miasto – miasto zbudowane na kościach – jeszcze w podstawówce koledzy nieraz wykopywali niechcący powstańcze kości w szkolnym ogródku – i na ludzkiej pracy. Ci, którzy je odbudowywali mówili nam zawsze, że to dla nas, że to jest nasze miasto. Więc chodząc, jestem tym wszystkim.
Czy Warszawa jest „Twoim miastem”? Czy masz jakieś inne „swoje miasto”?
Julia: Myślę, że nie mam swojego miasta. Kiedyś moja koleżanka powiedziała, że dla mnie chyba mało ważne jest, w jakim miejscu na ziemi się obudzę, i to wciąż – chociaż teraz już mniej – prawda. Ze swojego rodzinnego miasta wyjechałam, gdy miałam 19 lat, a od tamtej pory mieszkam w Warszawie, z drobnymi przerwami. Raczej nie przywiązuję się do miejsc. Mam oczywiście swój album sentymentów, ale wożę go wszędzie ze sobą. Ostatnio przeżywałam osobliwy renesans relacji z moim rodzinnym miastem, ale to było chwilowe i szybko minęło. Najwspanialszym miastem, w jakim byłam, było zdecydowanie Busan w Korei Południowej. Miasto, w którym tego samego dnia możesz wykąpać się w morzu, a potem pójść na górską wędrówkę – dla mnie układ idealny. Bardzo lubię Warszawę, ale ostatnio dużo myślę o tym, że ten rozdział może nieśmiało dobiegać końca. W stolicy niesamowicie cenię unikalną miejską atmosferę (czasami ją przeklinam) i to, że zawsze można się wślizgnąć na jakiś koncert albo wystawę.
Co ciekawego widziałaś lub słyszałaś ostatnio w swoim mieście?
Monika: Opowiem co widziałam ostatnio, ale w innym moim mieście. Mam kilka swoich miast. Najbardziej swoja jest Warszawa, ale Sztokholm też niczego sobie, wychodzony i wyjeżdżony wszelkimi środkami transportu od przedszkola. Potem mieszkałam w innych szwedzkich miastach, w kilku angielskich, a teraz – w Paryżu, właściwie na dalekich przedmieściach. Na tyle dalekich, że identyfikuję się jako banlieusarde i kolejka podmiejska RER jest moim żywiołem, raczej niż bardziej burżuazyjne metro. Ale na tyle blisko, że na wystawy wpadam do Paryża. Więc najbardziej ostatnio widziałam wystawę o zwykłym życiu w czasach Rewolucji Francuskiej. Była wspaniała – takie lubię najbardziej – stosunkowo mało o wielkich historycznych postaciach (i tak czytamy i słyszymy o nich stale, z różnych źródeł), ale tym, jak żyło się służącemu, sprzedawczyni, zwykłemu przechodniowi. Mnóstwo dokumentów, obrazów, ale też wycinki z ówczesnej prasy, ułożone w coś w rodzaju komiksów, codzienne przedmioty, których używali wtedy ludzie. Bardzo działają na moją wyobraźnię takie osoby – bo nie jestem w stanie identyfikować się z Robespierrem ani Dantonem, ale z piekarzem – bez problemu. Ty też tak masz?
Opowiedz o wystawie albo koncercie, na którym Ty ostatnio byłaś!
Julia: W sumie nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Wydaje mi się, że nie mam identyfikacyjnych odruchów, raczej staram się zbudować w głowie pełen obraz z elementów. Następnym razem spróbuję bardziej jednostkowego podejścia, bo rzeczywiście wydaje się bardziej… przybliżające?
W temacie muzyki – niedawno byłam na świetnym koncercie. Nie wiem, jak dokładnie sprawa wygląda w innych miastach w Polsce, ale w Warszawie często można posłuchać na żywo wspaniałego jazzu. Moje ulubione polskie ekipy i projekty to EABS, Błoto, Kosmonauci, Siema Ziemia, Klawo i hoshii. Wspaniali muzycy, doskonali producenci. Myślę, że stosunkowo często można ich spotkać w Jassmine albo SPATiFie i właśnie tam byłam na koncercie hoshii i gości. Przyjemność niesamowita! Z ich repertuaru szczególną sympatią darzę utwory „synchronized spirits” i „dance of hopes and disappointments”. Jazz!