Przyszłość. Ludzkość poradziła sobie z problemami, które zagrażały jej przetrwaniu na początku XXI wieku. Historia ma dalszy ciąg. I jak to bywa w przypadku dalszych ciągów, ich mieszkańcy interesują się wszystkim, także przeszłością. Wynaleziono chronoport do podróżowania w przeszłość, ale ze względu na zagrożenia jakie niesie to urządzenie, jest do użytku wyłącznie naukowego. Badaczki i badacze przeszłości – z przyszłości – po przejściu długotrwałych szkoleń z etyki i technologii chronoportacji – studiują wybrane historyczne obszary czasu i przestrzeni, żeby zrozumieć lepiej kim jesteśmy, skąd przybywamy i dokąd zmierzamy.

Tu jest cholernie zimno. Można śmiało powiedzieć, że przez pierwsze dni pobytu chrononautów w ich wymarzonym terenie badawczym, oboje doktoranci po równo: Bratumił i Dobrawa, zajmowali się głównie dygotem i szczękaniem zębami. Chronoport wyrzucił ich tam, gdzie planowali, czyli na pięknym skalistym brzegu pięknego jeziora Mälaren, które jest przecudnie podłużne i potargane i które łączy miasto z morzem. Kiedy tak stali na brzegu, opatuleni w szuby i owinięci szalikami, mieli oboje silne uczucie, że nigdy nie widzieli nic piękniejszego – i jednocześnie drugie, równie silnie, że nie widzieli nic bardziej zimnego. Jezioro było skute lodem. Krajobraz znany im z naszego 2112 roku nie mógł się równać temu, nieschrzanionemu jeszcze przez cywilizację, a zwłaszcza pierwszą połowę ubiegłego stulecia. Miasto migotało na drugim brzegu, ale migotało subtelnie i tajemniczo. Na ich brzegu też migotało, chociaż jeszcze bardziej subtelnie, bo ta część miasta to dzielnica biedy i artystów. I właśnie ich przybyli tu zbadać – w jaki sposób ten niezbyt żyzny grunt zainspirował genialnego poetę, artystę i myśliciela, prekursora postępowej myśli, do której dopiero ich rodzime czasy dojrzewają w pełni – Augusta Strindberga. Oto znaleźli się w 1879 roku. Właśnie ukazała się książka – Czerwony pokój, która Augustowi przyniosła rozgłos, a miastu jeden z najbardziej opisów widoku z okna jakie znane są światowej literaturze. Sami przed chwilą podziwiali ten widok, choć z brzegu, a nie z okna.

Dobra, koniec tego podziwiania, lepiej powiedz gdzie jest nasza meta”, niecierpliwiła się Dobrawa.

Powinna być tu, gdzie stoimy”, wyjaśnił Bratumił.

Co to znaczy powinna”, dopytywała Dobrawa swego współtowarzysza wielkiej etnograficznej przygody. Nie umiał jej odpowiedzieć na to filozoficzne pytanie. To nawet nie jest tak, że było źle sformułowane. Było sformułowane bardzo dobrze, choć w języku obcym, którego się nauczyli w celach badawczych. I mimo że cedzone było przez szczękające zęby mówiącej. Ale niestety nie zmieniało to w niczym dość zasadniczego empirycznego faktu, że tam gdzie stali, nie było drewnianego domku, który miał być przytulną przystanią w królestwie śnieżnych cudów, które kilkaset lat wcześniej zabiło Kartezjusza. Nie było śladu po domku. Nie było nawet sławojki. Był pieniek, a na pieńku siedział pijak.

Hej, napijecie się?”, zapytał, wyciągając częściowo opróżnioną butelkę w ich stronę.

Grzecznie odmówili. „Dziękujemy, nie, za wcześnie dla nas itp.”.

Za wcześnie?”, zdziwił się, „Przecież już druga po południu”. Pijak popatrzył badawczo na dwójkę nieznajomych. „Chyba nie jesteście stąd. Tutaj byście tak się nie opalili”, skwitował naszą lekko oliwkową cerę.

W rzeczy samej”, przypomniał sobie Bratumił. Na szkoleniu przyzwyczajano nas, że cera, niektóre odcienie włosów, a nawet lewo- i praworęczność, były przed wiekami bardzo problematyzowane.

I mówicie też jakoś inaczej, chociaż ładnie”, pijak zmrużył oko, „Już wiem. Czy wy czasem nie jesteście z wyspy Świętego Bartłomieja?”

Hę?”, Bratumił zrobił głupią minę, a Dobrawa zaczęła gmerać przy wszczepie w płatku ucha, w którym mieścił się „podpowiadacz” chrononautów, czyli Podręczna Aleksandrina, mieszcząca wszelką wiedzę przydatną po skoku w czasie w dane miejsce.

Świętego Bartłomieja. Noc. Rzeź na hugenotach – zabuczała Sztuczna Inteligencja w ucho Dobrawie. – Sprawdzić czy nie Francuz. Możliwy podróżnik w czasie z XVI wieku lub historioholik.

Cholerna AI”, wściekła się Dobrawa, „Nigdy nic nie pomaga, nic nie rozumie, nic się nie uczy. Co za bezużyteczny złom!”.

Wyspa Świętego Bartłomieja?”, powtórzył głośno Bratumił.

No tak”, pijak beknął, „Saint Barts czy jak tam mówicie w lokalnym narzeczu”.

Wyspa Świętego Bartłomieja. Saint Barts. Szwedzka kolonia na Karaibach – zabuczała triumfalnie Sztuczna Inteligencja w ucho Dobrawie. – Sprzedana w 1878 roku Francji po referendum, charakteryzującym się bardzo niską frekwencją, w którym za dalszą przynależnością do Szwecji głosował tylko jeden na 352 głosujących.

No tak. Smutna sprawa. Co robić. Ludzie wybrali Francję”, odpowiedziała wymijająco Dobrawa.

Smutna?!”, zdziwił się pijak, „Raczej wesoła! Pozbyliśmy się problemu. Na co nam taki wydatek!”.

Chrononauci spojrzeli na siebie speszeni. Nie tak powinny wyglądać rozmowy chrononautów. Pijak jednak jakby spostrzegł ich konsternację i uznał, że zachował się mało grzecznie wobec przybyszy z drugiego końca świata.

Przepraszam, to tylko moje zdanie. Oczywiście może wam być przykro”, zapewnił, „Wybaczcie mi, ale tata w dzieciństwie nauczył mnie, żebym zawsze mówił prawdę. Inaczej, sami wiecie, musiałem rozmawiać z kotem o dziewięciu ogonach”.

Kot o dziewięciu ogonach?”, znów zdziwili się chrononauci i rozpaczliwie czekali na podpowiedź Podręcznej Aleksandriny.

Kot o dziewięciu ogonach – zabuczała Sztuczna Inteligencja – anglojęzyczny włoski horror w reżyserii Dario Argento z roku 1971.

Spojrzeli na pijaka bezradnie.

Ach, rozumiem”, skinął przepraszająco, „U was pewnie chłoszcze się dzieci inaczej – nie dyscypliną z dziewięcioma rzemieniami, tylko rózgami. Bo chyba nie palmowymi liśćmi, nie? Hehe”.

Zaprzeczyli.

Też tego nie lubiłem”, stwierdził Szwed z zadumą.

Wtedy chrononauci odważyli się go zapytać o domek, którego nie zastali w spodziewanym miejscu.

Tak, był tu taki”, przyznał mężczyzna, pociągając łyk okowity z butelki.

I co z nim się stało?”, zapytali chórem młodzi badacze.

A wysadziłem go”, odparł pijak.

Jak to?”, przybysze z przyszłości aż podskoczyli.

No, tak jak mówię: wysadziłem”, wzruszył ramionami pijak, „Pan Alfred każe, a ja wysadzam. Na początku była nitrogliceryna, potem dynamit, teraz żelatyna wybuchowa. Denerwujące cholerstwo. Kto to słyszał, żeby galaretą budynki wysadzać? Ale jak tak łażę, jak pan Alfred każe. I wysadzam”.

Chrononauci spoglądali na niego z niedowierzaniem.

Oho, nie wierzycie mi?”, spostrzegł bystro, „Ludzie, nie starczyłoby opowieści do rana o tym, co wysadzałem! Skały, domy, butelki, śledzie, parówki. Wszystko w imię nauki i postępu”.

Podręczna Aleksandrina szemrała w poszukiwaniu informacji. A, no jasne!

Pan Alfred, w sensie że Kubin, ilustrator dzieł wielkiego Strindberga?”, dociekała Dobrawa, zaniepokojona z lekka obrotem spraw. Artyści zawsze zajmowali się destrukcją, ale żeby do tego stopnia…

Jaki ilustrator, jakiego wielkiego?”, pijak energicznie pokręcił głową. „Macie na myśli tych pijusów tam z górki?” – wskazał szerokim gestem drewnianą chatkę na szczycie skałki za swoimi plecami. „Może wy sami też jesteście tacy? Artyści, kurze mózgi szatana? Wyglądacie na takich! Kurs na piekło, do swoich, tych futer świńskich, tych króli pchlich! Nawet na kielicha nie dadzą, chłopskie karły diabelne, a sami piją jak nornice z garnka. No nie, pan Alfred, to jest ktoś! To jest szlachta, to jest gość.”

Chrononauci zdecydowali, że faktycznie czas wykonać kurs na piekło i wspięli się na górkę do wskazanej przez pijaka drewnianej chatynki. Pierwszy test inspiracji ludowych wypadł, jak widać, marnie. Chatka przypominała jaklo żywo drewniane domki malowane przez Johna Bauera, z jednym zasadniczym wyjątkiem. Z komina nie unosiła się delikatna nić dymu. W ogóle nic się nie unosiło. Zapukali i przywiało ich energiczne:

Wchodzić! Uważać na drzwi!” – doszedł ich ze środka energiczny głos, naśladujący komunikat woźnicy miejskiego tramwaju, o czym wiedzieli bez sztucznej inteligencji, bo studiując postać wielkiego Augusta, zapoznali się z historią jego walki o humanitarne traktowanie koni pociągowych sztokholmskich tramwajów. W tych czasach rzadko kto przejmował się losem pracujących ponad siły ludzi i zwierząt, a ten prekursor myśli społecznej rozumiał konieczność zarządzania współczującego i walki z cierpieniem żywych istot.

Prekursor, w towarzystwie kilku innych osób, w niczym prawie nie przypominał swoich znanych wizerunków – mimo że oczywiście studiowali rekonstrukcje żywej postaci, a nie tylko stare obrazy. Przede wszystkim oszałamiał imponującą brodą, opatulony był w kilka warstw szaro wyglądających płaszczy i miał na głowie brudną czapkę z kożucha. Inni ubrali się podobnie. W domku było od diabła zimno, jak wyraziłby się zapewne pijak od pana Alfreda.

Bracie! Siostro! Skąd przybywacie, kim jesteście?”

Chrononauci już mieli przedstawić się swoimi przybranymi imionami, ale coś ich tknęło – w obecności tej świetlanej postaci jakoś głupio im było kłamać – i podali prawdziwe. Na szczęście zakaz spotykania sławnych postaci został niedawno zniesiony, po tym jak kursy z etyki dla doktorantów rozszerzono na 5 lat. Na etyce mówiono im wprawdzie o wadze starannej anonimizacji, ale jednak nie umieli powstrzymać impulsu by odpowiedzieć zgodnie z prawda:

Jesteśmy z Polskosłowacji.”

Brodacz zerwał się z szarej wersalki na której siedział, podbiegł do nich i wziął po kolei w ramiona.

Bracie! Siostro! Tak właśnie powinno być. Taki kraj jest prawdziwy, szczery jak poranek. Koniec imperiów, koniec zniewolenia! Wolność i prawda. Niech żyje Polskosłowacja! A potem w ogóle do piekła z granicami, z nacjonalizmem! Wszyscy ludzie są braćmi” – pozostali mieszkańcy domu potakiwali energicznie a jeden obdarciuch zaproponował:

To może toast wzniesiemy za braterstwo? Witajcie. Jestem Axel, malarz.”

Drugi łachmaniarz, który przedstawił się jako Albert, poeta, zauważył trzeźwo:

Wypilibyśmy, ale już wypiliśmy i teraz nie mamy nic do picia, ani za co kupić coś do picia.”

Nie szkodzi!” wyrwał się Bratumił „,my mamy stypendium, a naszym braterskim obowiązkiem i zaszczytem jest postawić coś do picia!”

Dobrawa wbiła mu łokieć między żebra, a właściwie w plisę kożucha.

Oszalałeś? Mieliśmy nie afiszować się z pieniędzmi”.

Nie oszalałem i nie zamierzam – oszaleć z zimna. Postawimy im okowitę i kupimy przy okazji drewno na opał.”

Dobrawa dalej już nie protestowała. Gdy wrócili, objuczeni tym wszystkim i jeszcze strawą – wszystko kupione w sklepiku u podnóża górki – August, popijając palący płyn i dorzucając patyczki do trzaskającego w otwartej kuchni ognia, rozmarzył się.

Bracie, siostro z pięknego kraju który musi kiedyś istnieć… Widzę że jesteście Cyganami, wasz szlachetny kolor skóry podpowiada mi tę okoliczność. Artyści duchem i stylem życia, wędrowcy, obywatele lasów świata”.

Pięknie się składa!” zakrzyknął jeden z obdartusów, chyba malarz. „Jak Cyganie, to umiecie kraść! Pomożecie nam w czymś ważnym. Tu się źle dzieje, panowie. Tu nam wysadzają nasze skały. A bez skał nie ma twórczości. Bez skał nie ma artystów w tej części świata!”.

Tak, tak” przytaknęli pozostali.

I właśnie dlatego” – malarz zbliżył się z kieliszkiem wódki w dłoni do Bratumiła i spojrzał mu głęboko w oczy – „Właśnie dlatego musicie nam pomóc ukraść ogień”.

Czy chrononauci mogą kraść? Tylko w stanie wyższej konieczności. Dobrawa i Bratumił uznali, że perspektywa śmierci z zimna w zupełności ich tłumaczy. Kwestia wypowiedziana przez malarza zabrzmiała jednak dziwnie prometejsko. Czy aby chodziło o ów fizyczno-chemiczny cud dający światło i ciepło? Poza tym, czyż to nie płomienie wesoło trzaskały w otwartej kuchni, podsycane przez Augusta? Co więc mają kraść?

Sprawa szybko się wyjaśniła. „Ogień” była to nazwa statku, którym pływał pijak od pana Alfreda razem z transportem materiałów wybuchowych. – To własność tego bogacza Nobla – wyjaśnili.

Nobel. Wynalazca dynamitu i innych materiałów wybuchowych. Fundator Nagrody Nobla. Przyznawana jest od roku 1901, ożywiła się Sztuczna Inteligencja w uchu Dobrawy, August Strindberg mógł ją dostać w roku 1909, ale zamiast niego uhonorowano Szwedkę Selmę Lagerlöf.

Aha, a jak ukradniemy ten „Ogień”, to co z nim zrobicie? – spytał Bratumił towarzystwa. – Zatopicie?

Nie, to by było zbyt łatwe – usłyszeli chrononauci. – Zniszczymy przy jego pomocy mieszczańskie zakłamanie, obłudę i wszystkie instytucje, które utrwalają ten stan rzeczy.

To musiałby być duuuuży wybuch – stwierdził Bratumił z przekąsem.

Oj tak – usłyszał w odpowiedzi.

Hmmm – chrząknęła Dobrawa – Czy my nie mówimy tutaj o ataku terrorystycznym na budynek jakiejś ważnej instytucji?

Towarzystwo milczało złowróżbnie.

Co by taki wybuch oznaczał dla Szwecji? A dla Nobla? Wybuchnie skandal, wściekły milioner nie ufunduje swojej nagrody, a Polskosłowacy nie będą mogli się spierać, który ich noblista lepszy.

Sztuczna Inteligencja w uchu Dobrawy zaczęła wydawać alarmujące piski. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby doktoranci po cofnięciu się w czasie przygotowali zamach terrorystyczny! Bratumił i Dobrawa zrozumieli wtedy, że nie tylko ich naukowa przyszłość wisi na włosku, lecz także ich głowy. Musieli szybko działać. Zmienić tory.

A ile trzeba dynamitu, żeby wysadzić hymn narodowy? „Boże chroń króla”? – rzuciła w przypływie geniuszu Dobrawa.

Podekscytowane towarzystwo zaczęło się wzajemnie przekrzykiwać. Wyszło na to, że takie rzeczy załatwia się bez ognia i nitrogliceryny. Dlaczego śpiewać na cześć króla? Dlaczego nie na cześć krajobrazu, słońca, nieba, zielonych łąk Skandynawii? Dlaczego zamiast hymnu nie śpiewa się ludowej pieśni o Szwecji „O dawna, o wolna”?

Z tą myślą chrononauci pozostawili całe towarzystwo, które szczęśliwie uniknęło radykalizacji w nieodpowiednim kierunku i dożyje jeszcze czasów, gdy nie będzie już musiało śpiewać „Boże chroń króla”. Doktoranci popędzili do drzewa, w którego dziupli zadokowany był chronoport. Najwyższa pora, ponieważ dziupla wypchana już była bombą. Na szczęście pijak nie zdążył odpalić ładunku. Leżał na ziemi i bredził: „To dziwne pikające drzewo. Pikającego drzewa jeszcze nie wysadziłem”.

Bratumił i Dobrawa ostrożnie wyjęli bombę z dziupli, a potem odpalili aplikację chronoportu. Dotarli do roku 2112 roku w ułamku sekundy. Razem z nimi przeleciała pusta butelka rzucona przez pijaka. Dobrze, że nie miał pod ręką dynamitu.

 

Dotychczas ukazały się następujące odcinki:

1. Etnografia przeszłości w przyszłości: Pierwsze spotkanie (Nowy Obywatel).

2. Rajd po Romie (Nowy Obywatel).

3, Studium w londyńskiej słocie (Nowy Obywatel).

4. Badanie w Watykanie (Zielone Wiadomości),

5. Houston, będziemy mieć problem (Zielone Wiadomości).

6. Strajk w kraju faraona (Zielone Wiadomości).

7. Wersal, czyli sztuki, sztuczki i fortele (Zielone Wiadomości).

8. Kolosalny kryzys poznawczy (Zielone Wiadomości).


 

Monika Kostera i Julia Witeńska: Dwugłos o wędrowaniu.

M: Plaża nie służy do leżenia. Cóż za okrutny pomysł – smażyć się na gorącym piasku w tłumie ofiar poparzeń rozmaitego stopnia. Plaża służy do chodzenia. Najlepiej jesienią lub w zimie, bo wtedy można spotkać bardziej mobilne towarzystwo. Dawno temu chodziłyśmy zimą po plaży w Gdańsku z moją przyjaciółką Magdą i spotykałyśmy mewy flanerki – spokojnie spacerowały po zamarzniętym piachu, absolutnie zero stresu. Sprawiały wrażenie, jakby chodziły tak dla przyjemności. Niczego nie szukały, nie uciekały przed nami. Kilka lat temu szliśmy z plecakami plażą w San Malo z mężem wcześnie rano w pierwszy dzień nowego roku. Było zimno, ale nie mroźnie, piasek był idealnie elastyczny i szło się po prostu genialnie. W pewnym momencie zobaczyliśmy konie, nad sama linią morza. Jeźdźcy i konie, a za nimi lekko spienione fale. Bardzo często chodząc nad morzem spotykam entuzjastyczne psy. Psy łączą światy ze sobą – biegają zygzakiem między morzem a lądem.

Każda istota ma swój sposób chodzenia nad morzem. Ja zazwyczaj chodzę prosto, brzegiem, ale zdarza mi się – a nawet czuję wielką potrzebę, nawet, gdy jest zimno – zdjąć buty i wejść stopami do wody, nawet na chwilę, pozwolić stopom powiedzieć morzu dzień dobry. Czasami stopy lubią przypomnieć sobie mityczne czasy, gdy były płetwami.

A Ty, jak wędrujesz nad morzem?

J: Uwielbiam morze i muszę przyznać, że uwielbiam też leżeć na plaży i smażyć się na gorącym piasku, najlepiej bezpośrednio na ziemi – bez koca ani ręcznika. Wędrówki nadmorskie w moim przypadku najczęściej kończą się tym, że nie wytrzymuję i wbiegam do wody. Wypływam daleko od brzegu, a potem swobodnie dryfuję. Czasami na plażach jest wywieszona flaga informująca o zakazie pływania i jestem wtedy najsmutniejsza. Spacery wzdłuż brzegu kojarzą mi się z polskim morzem, bo tam plażą można przejść praktycznie całe Trójmiasto. Bardzo lubię tę trasę i najczęściej wędruję blisko wody. Dużo się tam dzieje; dzieci lepią z piasku, psy aportują, a morze wyrzuca różne ciekawostki na brzeg. Co do zasady unikam molo i trzymam się spienionych fal. Ach, i najważniejsze, czasami na trójmiejskiej plaży urzędują dziki!

Zazwyczaj nie wybieram się nad morze, kiedy jest zimno, ale w maju tego roku poleciałam do UK i wraz z moją przyjaciółką przeszłyśmy wzdłuż brzegu długie kilometry. Nie było tam absolutnie nikogo, było zimno, szaro i cały czas wiał wiatr. W pewnym momencie zaczęłam się bać, że ta wędrówka nigdy się nie skończy. Było wspaniale. Bezkres.

M: Tak, bezkres! Jest czymś onieśmielającym, a jednocześnie nieodparcie pociągającym – tajemnicą, w którą można długo patrzeć z intensywnie mieszającymi się uczuciami, ale bez oślepnięcia. Na obrazie jednego z moich absolutnie ulubionych malarzy, Gustave’a Courbeta, „Brzeg morza w Palavas”, przedstawiony jest człowiek z kapeluszem w garści gapiący się w morze, z którym się intensywnie utożsamiam. Palavas to miasteczko – właściwie osada niedaleko Montpellier, między dwoma jeziorami i morzem Śródziemnym.  Człowiek z kapeluszem wygląda jakby kogoś witał albo żegnał, ale nie widać jest na obrazie statku. Może jest poza kadrem – a może, tak jak ja ten obraz widzę, zdejmuje kapelusz przed morzem, przed bezkresem.  Ja tak czasami robię – macham do morza. Inny malarz, który świetnie opowiada o tym, co czasami czuję w spotkaniu z morskim bezkresem, to brytyjski Joseph Mallord William Turner. Jego morze jest alchemicznym kotłem, w którym stapiają się razem żywioły. Kto wie, co z tego się wydestyluje! Courbet zresztą też przedstawia takie morskie kotły, szczególnie na swoich obrazach z Havre’u i okolic, ale u niego miesza się niebo, morze i wiatr, a Turner wrzuca do swojego kociołka wszystkie żywioły. Tak, ziemię też – choć jej akurat najmniej, ale jej obecność symbolizują statki i wystające z morza boje i pieńki.

A jaka sztuka albo muzyka najbardziej rezonuje z Twoim spotkaniem z morskim bezkresem?

J: Dla mnie morze to przede wszystkim żywioł i postaram się pokazać jego dwa skrajne oblicza, które można usłyszeć w muzyce. Utwór „Sea” duetu Skalpel przyrównałabym właśnie do takiego bezkresu, jaki opisałaś. Dla mnie to dźwięki patrzenia w horyzont, spokojnej wody, zimy i chrupkiego powietrza przy brzegu. Z drugiej strony morze szalone, słoneczne, 40*C w cieniu na plaży i surfing. Nie ma tu mowy o nostalgii i spacerach, chodzi o wskakiwanie prosto w fale i oparzenia od piachu. Ten będący na granicy udaru słonecznego, nadmorski trans to mój ulubiony stan świadomości i on brzmi jak „Water No Get Enemy” od Fela Kuti.

Muszę przyznać, że naprawdę uwielbiam morze. To jest dla mnie fenomen absolutny – potrafi wprowadzić w stan głębokiej medytacji, uspokoić albo natychmiastowo pobudzić i wywołać euforię, tak po prostu. Tęsknię.

M: O, tak, bardzo tak! Też tęsknię – mimo, że byłam ostatnio nad morzem wcale niedawno, bo na początku sierpnia. Szliśmy spory kawałek brzegiem. Najpierw – kamienista plaża, bez piasku i bez ludzi. Przez chwilę towarzyszył na żółty pies, ale potem pomachał ogonem i wskoczył do wody. W morzu było kilka leniwych żaglówek i pojedyncze pływające osoby. Potem brzeg zaczął się wznosić, zmienił się w niewysoki klif. Mijaliśmy wędkarzy, nas mijali rowerzyści. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się i weszłam do morza, samymi stopami. Woda była gładka jak na jeziorze, w kolorze nieba – tylko miejscami z inną teksturą. Wszystko było płynnością i pomyślałam sobie, że teraz, przez chwilę jestem rzeką. Człowiek wszak składa się z wody w 65% i ciągnie go, podobnie jak rzekę, do morza.

A Ty, kiedy ostatnio wędrowałaś nad morzem?

J: Wczoraj! I już dziś z chęcią bym tam wróciła. Jestem w Irlandii i jest tutaj dużo wspaniałych miejsc, gdzie można wędrować nad wodą. To dla mnie coś nowego, bo to nie jest spacer plażą, blisko brzegu, a raczej różnymi „górskimi” trasami położonymi nad wodą, od której dzieli mnie tak naprawdę ogromna przepaść. Wędruję samotnie i bardzo szybko, mijam większość osób na szlaku. Czasami nawet zaczynam biec, ale nie z powodu pośpiechu, raczej z czystej radości i ekscytacji. Nigdy wcześniej nie byłam w takim miejscu. Wisienką na torcie jest doskonała, wczesnojesienna pogoda. To miejsce zdecydowanie plasuje się na wędrówkowym podium.

Jaka jest Twoja ulubiona trasa?

M: Wiele wspaniałych tras, trudno wybrać! Więc opowiem o tej, która jest dla mnie definiująca, podstawowa jak pierwsze drzewo. To droga do morza w Kątach Rybackich. Jeździliśmy tu na wczasy z FWP z zakładu pracy Dziadka. Mieszkało się w takich małych drewnianych domkach pomalowanych olejną farbą na zielono i niebiesko, jadło na wspólnej wczasowej stołówce. I codziennie chodziło się nad morze przez las. To była cała wyprawa – za każdym razem przygoda, bo las pachniał i był pełen cieni i kolorów, a w którymś momencie słychać już było szum morza i to właściwie jest moja definicja szczęścia. A jaka jest Twoja ulubiona trasa?

J: Jestem w stanie pomyśleć o wielu wspaniałych trasach, które przeszłam; niesamowitych miejscach, widokach i przede wszystkim o ludziach, z którymi tam byłam. Nie umiem jednak wskazać tej jedynej i ulubionej, ale myślę, że to dobrze – to znak, żeby nie przestawać wędrować.


 

Monika Kostera i Julia Witeńska: Dwugłos o wędrowaniu.

M: Nie lubię podróży. Uwielbiam wędrówki. Podróże zawsze mają cel i trasę i to jest w nich najważniejsze – podróżuje się przytwierdzoną do jakiejś dynamiki celowości, z czasem wewnątrz, w duszy. Wędrówki to dla mnie przemieszczanie się w przestrzeni, zewnętrznej i wewnętrznej, ale takie, które nie uszkadza moich korzeni – czyli pieszo, rowerem, pociągiem, autobusem. Czas pozostaje na zewnątrz. Koniecznie po ziemi i tak, żeby móc wtopić się, wpasować w ziemię. Dlatego nie samochodem, albo bardzo rzadko samochodem – prowadząc auto trzeba się koncentrować na drodze, na ruchu drogowym, świadomość pozostaje połączona z bardzo celowymi i uporządkowanymi prądami. Czasami, jadąc samochodem przez wiejskie drogi i między polami można też od tej celowości i liniowości się oderwać, ale to dla mnie raczej wyjątek. Do wędrowania niezbędny jest dla mnie rytm, coś co się dzieje na obszarach przecinania się tego, co jest mną i tego co jest na zewnątrz. Ludzki, sztuczny czas zegarów nie ma z tym rytmem nic wspólnego. Muszę znaleźć go między sobą a otoczeniem i pozwolić się wpisać weń – tak jakby w tańcu. Poza tym nie umiem i nie lubię tańczyć, tylko w ten sposób, chodząc w przestrzeniach różnych rytmów pól, rzek, wsi i miast. Nie ma nic lepszego.

J: Uwielbiam podróżować. W szczególności bez planu, gubiąc się w nowych miejscach. Wspaniałość tych okoliczności polega na tym, że wtedy wyostrzają się wszystkie zmysły i naturalnie przychodzi bardzo wysoka uważność na doświadczenie. Wtedy zaczynam prawdziwą wędrówkę, czyli taką, jaką opisujesz Ty — wewnętrzną i zewnętrzną. Jeśli chodzi o to, co na zewnątrz, to pojazd nie ma znaczenia (chociaż najbardziej cieszy autostop), a cel… cóż, niby jakiś jest, ale raczej orientacyjny i, jak się najczęściej okazuje, nie tak ważny, bo został wybrany wcześniej, a wędrówka dzieje się teraz. Cel jednak działa w moim przypadku jak bufor bezpieczeństwa, bo kiedy zgubię się za bardzo w świecie, to zawsze mogę się ku niemu ponownie zwrócić. To uspokaja. Rytm, o którym mówisz, rzeczywiście jest bardzo ważny i ma mało wspólnego z narzuconym odgórnie czasem. Na zewnątrz staram się przyjmować rytm otoczenia i niczego na nim nie wymuszam, ale w środku nienachalne dbanie o skupienie wydaje mi się podstawą. Jakikolwiek nadzór podczas wędrówki jest raczej niewskazany, bo przemieszczaniem się owszem — zajmuje się mózg, ale tylko umysł potrafi wędrować naprawdę. Myślę, że podobnie jest z tańcem.

M: Tak różnie chodzimy, a jednak spotykamy się w naszych wędrówkach! To niesamowite i bardzo ciekawe! Napiszmy o tym dwugłos do Zielonych Wiadomościco miesiąc będziemy rozmawiać o innej wędrówce. Na początek może przedstawmy Czytelniczkom same siebie jako wędrowczynie. Ja, Monia, najbardziej lubię chodzić pieszo. Jeśli trzeba, chętnie podjadę transportem publicznym. Lubię też promy, choć wolę, gdy płyną po względne spokojnych wodach. Nie znoszę statków wycieczkowych, nie lubię samolotów, nie przepadam za samochodami. W czasie wakacji można mnie spotkać z dużym plecakiem, przemieszczającą się przez różne krajobrazy. W trakcie roku pracy chodzę z małym miejskim plecaczkiem – bo tak się najwygodniej chodzi. Oczywiście często jeżdżę komunikacją miejską ale kiedy tylko mogę, daje w długą pieszo. Noszę wygodne buty: sandały, workery w zimie, wiosną i jesienią półbuty, chętnie w kwiatki, bo nie samą wygodą żyje człowiek. W ogóle chętnie noszę się w kwiatki, a także z przyjemnością kwiatki spotykam po drodze. Można powiedzieć, że to rodzaj kamuflażu. Ten typ nazwałabym wędrowca kwiatkowo-uliczna, choć miewam moje chwile intensywnie wiejskie i górskie. Ale o tym, gdzie wędrujemy będziemy sobie i naszym Czytelnikom opowiadać – mamy nadzieję – przez długie miesiące.

A Ty? Jaką jesteś wędrowczynią?

J: Myślę, że całkiem dynamiczną, bo zazwyczaj rozkminiam, szukam drogi, środka transportu i rozwiązań będąc już w ruchu. Bardzo lubię adrenalinę, a nieplanowanie jest jednym z najlepszych sposobów, żeby sobie ją zapewnić. Lubię jeździć samochodem, szczególnie latem z opuszczonymi szybami, komunikacją miejską i latać samolotem. Nieodłącznym elementem moich wędrówek, podobnie jak Twoich jest plecak. Mam bardzo głęboką relację ze wszystkimi swoimi plecakami i noszę je naprzemiennie już od lat. Były ze mną w różnych dziwnych miejscach i jestem im za to bardzo wdzięczna. Myśląc o butach jestem pewna jednego – najchętniej chodziłabym całe życie w klapkach. Oczywiście czasami robię sobie przerwy na trampki i adidasy. Ale! Koniec końców czuję, że to wszystko to tak naprawdę tylko dodatek, najważniejsze jest to, żeby iść, nawet boso i koniecznie z przerwami na tańczenie i pływanie.


 

Lato kojarzy się z urlopem, „nic nierobieniem”, plażowaniem, korzystaniem ze słońca. Dla aktywistów i aktywistek zaangażowanych w zieloną transformację, z troską o los przyszłych pokoleń, o prawa człowieka, równość i demokrację, lato jest też okazją do corocznego spotkania na „letnim zielonym uniwersytecie”. W tym roku jednym z ważnych tematów były Rady Kobiet przy samorządach.

Tego lata już po raz dziewiąty, zielono myślący aktywiści i aktywistki spotkali się blisko przyrody, aby wymieniać się wiedzą, doświadczeniami, debatować, integrować i ładować baterie. Jest co ładować w czasach gwałtownego i brutalnego politycznego i medialnego ataku na wszystko co „ekologiczne” i na ludzi broniących prawa przyszłych pokoleń do nadającego się do życia świata. Tym razem miejscem spotkania była Szklarska Poręba, gdzie w dniach 27-30 czerwca odbyły się Zielone Dni 2024 pod hasłem „Odzyskać Europejski Zielony Ład dla wszystkich”.

Jednym z tradycyjnych partnerów polskich Zielonych Dni jest Fundacja im. Heinricha Bölla (HBS), największa na świecie Zielona fundacja polityczna, mająca swoje przedstawicielstwa w ponad trzydziestu krajach. Seminarium zorganizowane w ramach Zielonych Dni ze wsparciem HBS, zatytułowane „Kobiety i młodzi mają głos”, skupiło się na trzech tematach, z trzema różnymi organizacjami partnerskimi.

Stowarzyszenie Dolnośląski Kongres Kobiet zaprosiło do Szklarskiej Poręby wspaniałe kobiece liderki z Polski oraz z sąsiadującej z Dolnym Śląskiem niemieckiej Saksonii, aby zapromować Rady Kobiet działające przy samorządach, pokazać jak istotną pełnią rolę dla lokalnej demokracji i równości, zachęcić do wspierania już istniejących ponad pięćdziesięciu rad, a przede wszystkim do zakładania kolejnych.

Panel Rady Kobiet i inne formy wpływu politycznego kobiet na samorząd lokalny, przygotowany i prowadzony przez Dianę Kaczyńską, Wicepełnomocniczkę regionalną Kongresu Kobiet, członkinię Prezydium Ogólnopolskiej Sieci Rad Kobiet i radną w Dzierżoniowie. W panelu udział wzięły: Marta Sikora, przewodnicząca Rady Kobiet w Wałbrzychu, Justyna Białczak z Prezydium Ogólnopolskiej Sieci Rad Kobiet i Instytutu Miast Praw Człowieka, Justyna Gąsior, radna powiatu świdnickiego, Izabela Szygudzińska, radna w Bielawie i Sekretarz Powiatu Dzierżonowskiego,  Susanne Köhler, Przewodnicząca Saksońskiej Rady Kobiet i Franzi Straßberger, Pełnomocniczka ds. Równości w Görlitz.

Jeśli chodzi o strukturę i funkcjonowanie rad kobiet dowiedzieliśmy się z panelu, że rady kobiet są powoływane przy burmistrzach, prezydentach miast i marszałkach województwa. Ich kadencja zwykle kończy się wraz z kadencją samorządu, ale niektóre rady mają dłuższe kadencje. Sytuacja rad kobiet po wyborach bywa różna – niektóre kontynuują działalność, inne muszą być na nowo powoływane, co zależy od tego na ile przychylny radzie kobiet jest nowy włodarz.

Wyzwania przed którymi stoją Rady Kobiet

Rady kobiet nie mają łatwo, stoją przed nimi liczne wyzwania i trudności do pokonania.

Po pierwsze rady kobiet powstają tylko tam, gdzie lokalny włodarz i samorząd zechcą taką radę powołać. Rady kobiet nie mają bowiem umocowania prawnego takiego jak np. rady młodzieży, których uprawnienia regulują: ustawa o samorządzie gminnym, ustawa o samorządzie powiatowym, ustawa o samorządzie województwa i ustawa o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie. Ustawy te wyznaczają ramy prawne do powoływania młodzieżowych rad na poziomie gmin, powiatów i województw, wyposażając je w konkretne uprawnienia. Takich uprawnień niestety nie mają rady kobiet. W związku z tym zwykle brak jest także budżetu na działania rad kobiet, co oznacza dla zaangażowanych w niech kobiet jeszcze jedną nieodpłatną pracę. Między innymi dlatego niełatwo jest pozyskać większą liczbę kobiet chętnych do społecznego działania, trzeba więc doceniać i zatrzymać  każdą zaangażowaną kobiecą liderkę.

Dodatkową trudnością są różnice pokoleniowe: różne pokolenia kobiet mają różne wyobrażenia na temat równości płci. Muszą być więc budowane porozumienia i wspólne cele między pokoleniami kobiet.

Działania na rzecz równości na poziomie lokalnym

Wyniki ostatnich wyborów europejskich, ostatnich wyborów krajowych w wielu państwach UE, ale też wyborów lokalnych, wzbudzają obawy – partie konserwatywne i prawicowe zyskują na popularności. Istnieje obawa, że osiągnięcia w zakresie równouprawnienia mogą zostać zagrożone. Niepokój budzi również wzrost mowy nienawiści i przemocy wobec kobiet, również w nowych formach, jak cyberprzemoc. Tym bardziej ważne więc jest, aby zakładać rady kobiet wszędzie tam, gdzie jest to możliwe, kompensując w ten sposób odbieranie pola pro-kobiecym samorządom.

Konieczna jest konsekwencja w działaniach na rzecz równości i różnorodności w samorządach, aby wspierać samorządy w tworzeniu strategii i polityk opartych na prawach człowieka. Instytut Miast Praw Człowieka jest organizacją wspierającą, nagrodzoną za innowacyjne i konsekwentne działania na rzecz praw człowieka w miastach, w tym wspieranie samorządów we wdrażaniu planów równości płci. Rady kobiet też są ambasadorkami wdrażania lokalnych planów równości płci, będących wciąż rzadkością w Polsce.

W wielu obszarach, nierówności między kobietami i mężczyznami są wciąż znaczne, choć różnie się manifestują. Aby sytuacja uległa poprawie, kluczowymi narzędziami są: budowanie sieci kontaktów i wzajemne wspieranie się kobiet, m.in. poprzez programy mentorskie łączące doświadczone kobiety z aspirującymi. Rola nieformalnych spotkań i wspólnego spędzania czasu w budowaniu relacji jest nie do przecenienia.

Z przeprowadzonych badań wynika, że 62% kobiet zaangażowanych w radach deklaruje wysokie zaangażowanie w działalność rad. Wiele z nich (41%) postrzega radę kobiet jako trampolinę do dalszej aktywności politycznej. Kobiety chcą być bardziej widoczne w samorządach, mieć większy wpływ na kształt polityk lokalnych, ale ich reprezentacja w samorządach jest wciąż niewystarczająca.

Przykłady działań i praktyk wspierających na rzecz równości płci:

Działanie/praktyka

Opis

Podkładki z hasłami Wykorzystywanie podkładek pod piwo do obśmiewania stereotypów i promowania pozytywnego wizerunku kobiet
Spotkania przy jedzeniu Organizowanie nieformalnych spotkań przy wspólnym posiłku, sprzyjających budowaniu relacji
Programy mentorskie Łączenie doświadczonych kobiet z aspirującymi, wspieranie rozwoju i budowanie sieci
Współpraca ponad podziałami Angażowanie kobiet z różnych środowisk politycznych do wspólnej pracy
Promowanie planów równości płci Zachęcanie rad kobiet do promowania wdrażania planów równości płci w samorządach

Dobre praktyki Rad Kobiet

Rad kobiet jest wciąż niewiele, ale jednocześnie te, które już działają się jednoczą, wspierają, wymieniają doświadczeniami. Ogólnopolskie Prezydium Rad Kobiet reprezentuje je na zewnątrz, np. w kontaktach z Senatem i Sejmem RP. Uczestniczki panelu uwypukliły dobre praktyki wzmacniające skuteczność rad kobiet:

Dobra praktyka Opis
Różnorodność składu

 

Reprezentacja i wspólna komunikacja

 

Aktywizacja młodych kobiet

 

Różnorodność działań

 

 

Regulamin o wieloletniej

kadencji

Ważne, aby w radach kobiet były przedstawicielki różnych środowisk (biznes, sport, organizacje pozarządowe, itp.). Obecność kobiety z urzędu/administracji publicznej wspiera skuteczność działań rady.

Prezydium reprezentuje rady na zewnątrz, wspiera je w interweniowaniu i pisaniu pism do samorządów. Profil społecznościowy rad kobiet służy do informowania o ich działaniach i planach

Zachęcanie młodych kobiet, by nie bały się realizować swoich marzeń i przełamywać stereotypy. Tworzenie wzorców i przykładów inspirujących młode kobiety, np. poprzez prezentowanie nieznanych dotąd kobiecych postaci.

Organizowanie cyklicznych wydarzeń (np. tygodnie projektowe) łączących kobiety w różnym wieku. Podejmowanie niestereotypowych aktywności, jak zakładanie drużyn piłkarskich przez kobiety.

Aby zachować ciągłość działania pomimo zmieniającego się samorządu niektóre rady wypracowały mechanizm obronny ustanawiając regulamin o wieloletniej kadencji, tak aby rada miała kadencję dłuższą niż samorząd i nie wygasła wraz z końcem kadencji samorządu.

Doświadczenia z Saksonii

Susanne Köhler, przewodnicząca Saksońskiej Rady Kobiet przedstawiła narzędzie dla samorządów jakim jest Europejska Karta Równości kobiet i mężczyzn, do wdrożenia na poziomie lokalnym  lub regionalnym. W Niemczech 60 samorządów podpisało kartę, z czego 34 opracowały plany wdrażania karty.

Europejska Karta Równości

Samorządy mają swobodę wyboru kierunków i konkretnych działań, dostosowując je do lokalnych priorytetów. Dla miasta Lipska są to nauka (stworzono program mentorski), przeciwdziałanie przemocy ze względu na płeć (m.in. poprzez inwestycje w odpowiednie oswietlenie w miejscach stwarzających zagrożenie dla kobiet), lokalna gospodarka, walka ze stereotypami dotyczącymi płci i róznorodności, promowanie kobiet, aby zwiekszyć udział kobiet w lokalnej polityce, zintegrowany rozwój obszarów miejskich (analiza danych ze względu na płeć) oraz zdrowie.

Rekomendacje dla Polski

Musimy wspierać powstawanie nowych i skuteczne działanie już istniejących rad kobiet.

Dlatego samorządy powinny aktywnie wspierać powoływanie rad kobiet wszędzie tam, gdzie ich jeszcze nie ma, zapraszając do współpracy kobiece lokalne liderki. Istnieje nagroda „Samorząd Przyjazny Kobietom”, motywująca samorządy do działań na rzecz równości.

Dobrym instrumentem do wdrażania równości na poziomie gmin jest Europejska Karta Równości kobiet i mężczyzn. Samorządy, które podpisały kartę (60 w Niemczech, 22 w Polsce, w tym Wrocław i woj. lubuskie), powinny w ciągu 2 lat opracować plan jej wdrażania. Niestety samo podpisanie nie oznacza jeszcze wdrożenia.

Na poziomie krajowym musimy natomiast zabiegać o umocowanie prawne rad kobiet według podobnego modelu, jaki istnieje dla rad młodych.

Polska energetyka pobiła rekordy w zakresie odnawialnych źródeł energii i odnotowała silny spadek węgla w 2023 r. torując nowemu rządowi drogę do zielonej transformacji.

Raport zawierający analizę postępów Polski w transformacji energetycznej w 2023 r. oraz rekomendacje. Całość raportu do pobrania

„Nowy rząd stoi u progu być może najbardziej dynamicznego okresu w historii polskiego systemu energetycznego. Zaledwie kilka decyzji może skierować kraj w stronę regionalnego i europejskiego przywództwa oraz kwitnącej gospodarki napędzanej czystą energią. Nieumiejętne podejście do polityki klimatycznej może jednak popchnąć Polskę w kierunku długoterminowej zależności od importu paliw kopalnych, gwałtownie rosnących kosztów życia i upadającego przemysłu. Zabezpieczenie świetlanej przyszłości wymaga szybkiego działania – wyznaczenia ambitnych celów w zakresie odnawialnych źródeł energii, ustalenie realistycznej daty odejścia od węgla w 2035 r., aktualizacji dokumentów strategicznych oraz usunięcia wąskich gardeł w zakresie procedur administracyjnych i sieci.”

 

Raport zawierający analizę postępów Polski w transformacji energetycznej w 2023 r. oraz rekomendacje. Całość raportu do pobraniania na stronie:

(Ember-climate.org, Główny autor: dr Paweł Czyżak, Regional Lead, CEE)

 

 

 

Jan Paweł II nazwał Cywilizacją Śmierci współczesne społeczeństwa, przyzwalające na kontrolę urodzin. To genialna diagnoza charakteru naszej cywilizacji, choć z innych powodów.

Życie zmienia planetę

Ziemia od początku swojego istnienia podlega nieustannym przemianom – przesuwają się kontynenty, wypiętrzają góry, wybuchają wulkany i powstają gigantyczne czapy lodowe. W procesie tych przemian powstały unikalne w skali kosmicznej warunki dla powstania Życia. Jego istotą jest sposób organizacji materii, która w odróżnieniu od materii nieożywionej nie tylko podlega prawom fizyki, ale też je wykorzystuje. Karol Darwin, odkrywca praw rządzących Życiem nazwał je Ewolucją.

Ewolucja Życia na Ziemi doprowadziła do rozwoju różnorodnych form organizmów, które przyczyniły się do radykalnych zmian w składzie jej atmosfery. W ich efekcie stężenie CO2 spadło poniżej 0,3‰, a tlenu wzrosło do ponad 20%. Pochłaniany przez rośliny w procesie fotosyntezy CO2 przekształcał się w związki organiczne będące budulcem roślin i zwierząt. Obumarłe rośliny i zwierzęta w wyniku procesów geologicznych zamieniły się w złoża paliw kopalnych oraz w węglan wapnia, główny składnik skał wapiennych, będących surowcem do produkcji cementu.

Człowieczeństwo a dwutlenek węgla

Jednym z owoców Ewolucji i zmian składu atmosfery są zwierzęta stałocieplne, a wśród nich „korona stworzenia” – Człowiek. Jego cechą charakterystyczną jest rozwinięty centralny ośrodek sterowania – mózg. Jest on organem o największej intensywności przemian energetycznych, co wyraźnie widać na zdjęciach, w podczerwieni, ludzkiego ciała (pewnie dlatego dla wielu myślenie jest tak męczące, że wolą go unikać…).

Źródłem energii niezbędnej dla procesu myślenia jest glukoza. W komórkach mózgu poddana jest ona, opisanemu przez Hansa Krebsa, cyklowi reakcji chemicznych. W ich wyniku, oprócz energii jako produkt uboczny powstają H2O i CO2.

Dla zachowania ciągłości tego procesu produkty reakcji muszą być sprawnie usuwane z organizmu. Jest to poniekąd analogiczne do procesu spalania paliwa w silniku samochodowym, gdzie zatkanie rury wydechowej zatrzymuje jego pracę. „Rurą wydechową” mózgu są płuca. Tam w pęcherzykach płucnych zachodzi proces wymiany gazowej, w ramach której związany z hemoglobiną CO2 jest wymieniany na O2. Siłą napędową tego procesu jest różnica ciśnień parcjalnych CO2 we krwi i w powietrzu wdychanym: im niższe jest stężenie CO2 w powietrzu, tym skuteczniej usuwany jest on z mózgu, a my sprawniej myślimy. Przy stężeniu CO2 powyżej 1‰ wyraźnie spada nasza sprawność intelektualna, a stężenie powyżej 3‰ sprawia, że jesteśmy już tylko Homo …bez Sapiens.

Technosfera – nowotwór biosfery

Produktem ludzkiego myślenia jest Cywilizacja. Tworzy ona wokół ludzi technosferę, która niweluje ograniczenia, jakie dla ekspansji każdego gatunku stanowią dostępne zasoby i selekcja naturalna, utrzymujące równowagę w biosferze. Rosnąca technosfera stała się „rakiem” biosfery, z której czerpie potrzebne dla swojego wzrostu zasoby, równocześnie ją niszcząc. W ciągu ostatnich stu latach w wyniku rozwoju Cywilizacji Przemysłowej napędzanej energią pozyskaną z paliw kopalnych proces ten nabrał katastrofalnego przyśpieszenia. W konsekwencji procesów cywilizacyjnych biomasa wszystkich ludzi i zwierząt gospodarskich stanowi już niewyobrażalne 98% masy wszystkich ssaków lądowych. Dodatkowo masowe wydobycie i spalanie paliw kopalnych cofnęły wywołane przez Ewolucję zmiany w atmosferze Ziemi.

Od początku rewolucji przemysłowej w XIX w. stężenie CO2 wzrosło z poziomu 0,28‰, typowego dla ewolucji naszego gatunku do 0,42‰, i dalej szybko rośnie. Wzrost stężenia CO2 w powietrzu hamuje dopływ energii do mózgu i powoduje spadek inteligencji.

Katastrofa klimatyczna

Dwutlenek węgla jest gazem cieplarnianym. Wzrost jego stężenia w atmosferze powoduje, katastrofalne z ludzkiego punktu widzenia, podwyższenie temperatury na Ziemi. Jego skutkiem będzie m.in. podniesienie poziomu światowego oceanu i tym samym zniszczenie znacznej części technosfery, która upodobała sobie jego wybrzeża i jest domem miliardów ludzi. Ponadto wzrost temperatury uczyni znaczną część lądów niezdatnymi do życia dla zwierząt stałocieplnych. Oznacza to w istocie zagładę resztek dzikiej przyrody i załamanie się ekosystemu, którego częścią sami jesteśmy. A to koniec Ludzkości, bo wątpię, czy zdołamy do tego czasu przenieść naszą świadomość na twarde dyski komputerów i rozpocząć nową erę Ewolucji Materii Nieożywionej.

Wielkie Wymieranie

Obserwowane obecnie masowe wymieranie gatunków pokazuje, że nasza triumfująca Cywilizacja Przemysłowa jest dla biosfery tym samym, co każda z pięciu dotychczasowych kosmiczno-geologicznych katastrof. Zahamowanie tego kolejnego procesu zagłady jest być może jeszcze możliwe, ale pod warunkiem użycia zasobów, jakimi dysponuje Ludzkość w celu zaprzestania spalania paliw kopalnych, powstrzymania wzrostu stężenia CO2 oraz uruchomienia mechanizmów jego usuwania z atmosfery. Jeśli chcemy przetrwać, musimy to zrobić radykalnie szybciej niż robiła to do tej pory Ewolucja. Bez tego podzielimy los dinozaurów. W Szóstym Wielkim Wymieraniu.

U źródeł zła

Obecnie przytłaczająca większość zasobów Ziemi wykorzystywana jest do zaspokajania pragnień stworzonych przez przemysł kreowania marzeń – reklamę i marketing. Niewielki ułamek Ludzkości, w pogoni za narzuconymi przez media pragnieniami, dewastuje planetę, pozbawiając przytłaczającą większość szans na realizację podstawowych potrzeb. Ten powszechny porządek opiera się na kulcie pieniądza. Jego najwyższym prawem jest święte prawo własności. Chroni ono gargantuiczne bogactwa znikomej mniejszość, jaką stanowią właściciele kapitału. Siłą napędową tego porządku świata jest chciwość – najwyższa cnota wyznawców kultu pieniądza. Jest on dla nich wartością nadrzędną i równocześnie miarą wszelkich innych wartości. Jeśli wbrew temu kultowi nie ograniczymy produkcji do poziomu wynikającego z ludzkich potrzeb w rozumieniu Abrahama Maslowa, zdewastujemy biosferę, a to oznacza zagładę współczesnych społeczeństw.

Fot. mwering/Pixabay

Zmiana porządku świata może jednak nastąpić wyłącznie za zgodą jego właścicieli, czyli kilku powiązanych z sobą największych funduszy inwestycyjnych. Tylko że musiałby one dokonać rzeczy prawie niemożliwej: wyrzec się fundamentu swego istnienia – chciwości. Gorzka pociecha to ta, że zagłada nie oszczędzi właścicieli kapitału. Projekt ewakuacji na Marsa jest, ze względu na nasze fizjologiczne uzależnienie od biosfery, czystą iluzją.

Cywilizacja Śmierci

Porównując skutki rozwoju Cywilizacji Przemysłowej do Ewolucji widzimy, że są one dokładnie odwrotne. Nasza Przemysłowa Cywilizacja jest przeciwieństwem Ewolucji. Wydobywamy spod ziemi paliwa kopalne, zwiększamy stężenie CO2 w atmosferze i redukujemy różnorodność biologiczną. Tak więc jeśli Ewolucja oznacza Życie, to Cywilizacja Przemysłowa oznacza Śmierć.Jan Paweł II miał więc w sumie rację: zbudowaliśmy Cywilizację Śmierci, choć nie kontrola urodzin jest jej symptomem. Wygląda na to, że Homo Sapiens zaczyna być coraz mniej Sapiens. Jako zbiorowość zdajemy się reprezentować poziom refleksji niższy od drożdży, które dopóty zmieniają cukier na alkohol, dopóki ten ich nie zabije. Amen

Ilustracje wygenerowane przez Canva.com

 

 

 

Mimo poparcia społecznego i wielu prób wprowadzenia zakazu chowu zwierząt na futra w Polsce, nadal go nie ma. Okrutnie zabija się w tym celu miliony lisów, norek, jenotów, czy królików. Lobby futrzarskie jak do tej pory wygrywa z prozwierzęcymi aktywistkami i polityczkami. Zmiana rządów w wyniku wyborów 2023 roku spowodowała, że odżyły nadzieje na wprowadzenie niezbędnych zmian w prawie.

Jedną z organizacji walczących o zakaz chowu zwierząt na futra w Polsce są Otwarte Klatki. Tym razem organizacja sięgnęła po inną niż zazwyczaj metodę działania. 23 maja 2024 roku w warszawskiej Kinotece odbyła się premiera filmu dokumentalnego „Poza widokiem, na skraju lasu”. Opowiada on historię aktywistów śledczych Stowarzyszenia Otwarte Klatki, którzy ujawniają warunki panujące na fermach futrzarskich i walczą o wprowadzenie w Polsce zakazu takiej hodowli. Film jest już dostępny online – można go obejrzeć na stronie www.pozawidokiem.pl.

Na pytania związane z filmem i działaniami  Otwatych Klatek odpowiedziała dla Zielonych Wiadomości Dyrektorka ds. Śledztw i bohaterka filmu Bogna Wiltowska.

Zielone Wiadomości: Skąd pomysł na film i motywacja do działania w tej formie?

Bogna Wiltowska: Od kilkunastu lat prowadzimy działania na rzecz zakończenia hodowli zwierząt na futro w Polsce. Na przestrzeni lat udokumentowaliśmy i opublikowaliśmy materiały pokazujące rzeczywistość na fermach lisów, norek i jenotów. Wiele z nich odbiło się szerokim echem w mediach. Jednocześnie cały czas mieliśmy poczucie, że to nie wystarcza. Chcieliśmy żeby to było coś więcej niż nudny dokument z “gadającymi głowami”. Zależało nam żeby w nieszablonowy sposób opowiedzieć nie tylko o zwierzętach, ale również o ludziach, którzy działają w ich imieniu. Jest to również uniwersalna historia o nadziei i determinacji, co sprawia, że nawet osoby raczej niezainteresowane kwestiami ochrony zwierząt, znajdą w tym filmie coś dla siebie. Kwestia cierpienia jest pokazana w sposób bardzo minimalistyczny i symboliczny, bo zależało nam na dotarciu do jak najszerszej publiczności, stąd unikaliśmy epatowania drastycznymi obrazami. Takich treści jest wystarczająco wiele gdzie indziej, uznaliśmy więc, że nie ma sensu koncentrowania się na tym. Intencją było również pokazanie nieco innej strony działania dla zwierząt: opieki nad uratowanymi zwierzętami, trochę kulis pracy śledczej czy działań politycznych. Nie brakuje wątków humorystycznych, które są przeciwwagą dla jednak trudnego tematu.

ZW: Dlaczego premiera filmu odbyła się właśnie teraz?

BW: Realizacja filmu trwała 3 lata. Moglibyśmy kontynuować prace nad nim przez kolejne miesiące ale w pewnym momencie musieliśmy powiedzieć “stop” i zakończyć zdjęcia. Okazji do ich realizacji nie brakowało: cały czas prowadzimy intensywne działania śledcze, interwencyjne, trwają postępowania sądowe w których walczymy o ukaranie sprawców znęcania się nad zwierzętami. Jednocześnie to był bardzo intensywny czas: odbyły się wybory, zmienił się rząd i rzeczywistość polityczna. To ma niebagatelny wpływ na kwestie ochrony zwierząt w Polsce, bo zależy nam na trwałych zmianach systemowych, a te z kolei są zależne od polityki. Pojawiła się nowa szansa na wprowadzenie zakazu hodowli zwierząt na futro w Polsce. To idealny moment żeby przedstawić tę historię. Premiera filmu odbyła się pod koniec maja, a kilka tygodni później posłanka Zielonych, Małgorzata Tracz, złożyła w Sejmie nowy projekt zakazu.

ZW: Jak radzą sobie osoby aktywistyczne przez wiele lat zwalczające przemysł futrzarski?

BW: Przez te wszystkie lata przez organizację przewinęły się setki osób. Część odeszła z różnych powodów: również przez wypalenie. Działalność na rzecz zwierząt wymaga dużej determinacji i cierpliwości. To nie jest sprint, nie możemy liczyć na efekty od razu. To nie jest również maraton. To raczej rodzaj długodystansowej sztafety, gdzie potrzeba jest wielu rąk na pokładzie. Kiedy kilkanaście lat temu opublikowaliśmy pierwsze śledztwo i opinia publiczna w Polsce po raz pierwszy dowiedziała się jak wygląda rzeczywistość ferm futrzarskich, wydawało się, że ten zakazanie tego okrutnego biznesu to kwestia kilku-, może góra dziesięciu lat. Tymczasem rozmawiamy o tym kilkanaście lat później, w Sejmie mamy złożony siódmy (!) projekt zakazujący hodowli zwierząt na futro. Dlatego działaczom i działaczkom towarzyszą różne, czasami bardzo trudne emocje: rozczarowanie, żal. Jednak są również te pozytywne momenty: uratowane z piekła fermy zwierzę, które odzyskuje radość życia w azylu, zamknięta ferma, wyrok skazujący za znęcanie się nad zwierzętami, dobre słowa od osób, które nas wspierają… To wszystko daje dużą motywację do działania. Najważniejszy jest jednak cel: zakaz hodowli zwierząt na futro w Polsce. Wiemy, że jest to osiągalne. Już 20 krajów w Europie, w tym wszyscy nasi sąsiedzi nie licząc Rosji, Białorusi i ogarniętej wojną Ukrainy, wprowadzili takie przepisy. Nie walczymy więc o rewolucję, tylko o to żeby Polska w kwestii ochrony zwierząt nadążała za cywilizowanym światem.

ZW: Co może zrobić osoba, która zobaczy film i chciałaby włączyć się w działanie?

BW: Na stronie filmu www.pozawidokiem.pl jest możliwość zostawienia adresu email. Skontaktujemy się z każdą osobą, która wyrazi chęć działania. Mówi się, że zwierzęta nie mają głosu. Dlatego potrzebują sojuszniczek i sojuszników, którzy przemówią w ich imieniu. To są często bardzo proste gesty i działania, które czasami nawet nie wymagają wychodzenia z domu czy poświęcania jakichś zasobów: udostępnienie treści, wysłanie maila do polityka ze swojego regionu to tylko przykładowe formy działania. Jest ich oczywiście znacznie więcej, dlatego zachęcam każdą osobę, której nie jest obojętny los zwierząt, do kontaktu z nami.

ZW: Czy OK mają pomysł jak dotrzeć do osób spoza bańki? W Polsce wciąż są niestety miłośnicy futer i osoby które własne zyski przekładają nad życie i cierpienie zwierząt. Część może wciąż nie wie, że obszyta futrem kurtka, czy pompon to tragedia lisa czy jenota.

BW: Zdecydowana większość produkcji futer idzie na eksport, przede wszystkim na rynki azjatyckie. W Polsce grono osób, które nosi futra naturalne jest naprawdę niewielkie. Kiedyś, idąc ulicami, zupełną normą było to, że mijaliśmy sklepy z futrami. Obecnie ich praktycznie nie ma. Zmieniła się moda i rynek. Światowe marki takie jak np. Prada czy Gucci, które wpływają na trendy, zrezygnowały z wykorzystywania futer naturalnych w swoich kolekcjach. Powodem była nie tylko presja konsumencka. Najlepsi projektanci nie chcieli pracować z tak nieetycznym materiałem. Jako społeczeństwo mamy obecnie zdecydowanie większą świadomość oraz empatię. Oczywiście cały czas są osoby, które nie mają wiedzy w jaki sposób takie produkty powstają. Dlatego nieustannie prowadzimy kampanie informacyjne, używamy różnych argumentów. Jeśli do kogoś nie trafia argument o niepotrzebnym cierpieniu zwierząt, to są również kwestie środowiskowe: futra naturalne wcale nie są eko. W procesie ich obróbki używane są toksyczne i szkodliwe substancje. Same fermy również są obciążeniem dla środowiska: produkują duże ilości odpadów, wpływają negatywnie na jakość wód gruntowych, powietrza, są wylęgarnią insektów. Również ucieczki zwierząt z ferm, które nierzadko się zdarzają, są bardzo niebezpieczne dla naszego ekosystemu. Norka amerykańska jest gatunkiem inwazyjnym, który potrafi zrobić spustoszenie w przyrodzie. Nie ma naturalnego wroga, znalazła sobie u nas niszę ekologiczną w której doskonale się czuje. Niestety jest śmiertelnym zagrożeniem dla chronionych gatunków ptaków. Ale fermy futrzarskie to również ogromny problem dla lokalnych społeczności, które żyją w pobliżu. Wspominałam o zanieczyszczeniu powietrza, wód gruntowych czy insektach. Nie jest to obojętne dla tysięcy rodzin, które mieszkają w takim sąsiedztwie. To są prawdziwe ludzkie dramaty: ktoś musiał zlikwidować agroturystykę i zamknąć biznes, inne osoby są uwięzione we własnych domach bo ilość much i smród sprawiają, że nie da się odpocząć na dworze. Takich historii jest bardzo wiele, a za każdą stoi jakiś ludzki dramat.

ZW: Jak do tej pory nie udało się wprowadzić niezbędnych zmian prawnych, aby wprowadzić zakaz chowu zwierząt na futra. Jakie są szanse na ich wprowadzenie obecnie? Co można zrobić, żeby zagwarantować większość niezbędną do wprowadzenia zakazu w Sejmie?

BW: Za fermami futrzarskimi stoi przede wszystkim lobbing przedsiębiorców z Holandii i Danii, którzy przenieśli swoje krwawe biznesy do Polski, bo we własnych krajach musieli albo zamknąć albo ograniczyć działalność. Polscy hodowcy likwidują swoje fermy, bo nie są w stanie wytrzymać takiej konkurencji i słabej koniunktury. Dlatego w ciągu kilku ostatnich lat z mapy Polski zniknęło kilkaset ferm. To bardzo dobra wiadomość. To nie jest już tak silna branża jak wiele lat temu. Oprócz odpływu samych konsumentów i globalnego spadku zainteresowania futrami naturalnymi, na ten stan rzeczy miała również wpływ pandemia, która dotknęła fermy norek nie tylko ekonomicznie, bo zostały zerwane międzynarodowe łańcuchy dostaw (głównie do Chin), ale również fizycznie, bo okazało się, że norki również mogą zachorować na koronawirusa, co zdziesiątkowało stada. Obecnie wojna w Ukrainie i embargo na dobra luksusowe do Rosji sprawia, że zamknął się kolejny duży rynek zbytu. To najlepszy czas żeby wprowadzić zakaz hodowli zwierząt na futro. Oczekuje tego nasze społeczeństwo: poparcie dla takich przepisów jest stałe od lat i utrzymuje się na poziomie 70%. Wierzymy, że politycy i polityczki w końcu zdobędą się na odwagę i zagłosują za. To są przepisy, które są korzystne również dla polskich przedsiębiorców: projekt zakłada wypłatę rekompensat za zamknięcie ferm. To sprawiedliwa transformacja. Liczymy więc, że posłowie i posłanki, którzy byli przeciwni przy poprzednich próbach, uwzględnią te argumenty. Jesteśmy dobrej myśli: pod projektem Małgorzaty Tracz podpisało się ponad 120 parlamentarzystów różnych ugrupowań, mimo, że formalnie wymagane było tylko 15. To symboliczny, ale bardzo ważny gest. Liczymy więc na jak najszybsze procedowanie ustawy. Każdy rok zwłoki to oznacza kolejne zwierzęta, które będą żyły i umierały w ogromnym cierpieniu.

ZW: Dziękuję za rozmowę. 

Oficjalny plakat filmu Poza widokiem, na skraju lasu.

 

Autorka: Aleksandra Kołeczek, aktywistka na rzecz zwierząt i mniejszości. Członkini Zielonych.

Zakładana na 2050 r. zeromisyjność energetyki może być zrealizowana na dwa sposoby. Pierwszy z nich to 100% OZE, drugi to OZE+atom, którego prognozowany udział nie przekracza kilkunastu procent miksu energetycznego.

Oznacza to, że z atomem czy bez przytłaczająca większość energii będzie pochodzić ze źródeł pogodozależnych.

Szybkiemu rozwojowi energetyki OZE towarzyszy jeszcze szybszy spadek jej wyrównanego kosztu energii (ang. LCOE – levelized cost of electricity), co bezpośrednio przekłada się na spadek jej ceny rynkowej. LCOE to wskaźnik pozwalający na porównanie kosztów wytworzenia różnych źródeł energii uwzgledniający nakłady inwestycyjne na budowę, koszty operacyjne, czyli serwis i koszty paliwa oraz ilość energii wyprodukowanej w czasie życia instalacji. Zatem LCOE=(nakłady +koszty operacyjne )/ilość wyprodukowanej energii. Czyli LCOE to kwota, za którą inwestor musi sprzedać swoją energię przy standardowej stopie dyskonta, żeby „wyjść na swoje” – jak sprzeda drożej, zarobi; jak sprzedawałby taniej, dokładałby do interesu.

Na wykresie poniżej mamy światowe zmiany LCOE w czasie ostatnich 15 lat

Średnie koszty produkcji energii elektrycznej w latach 2009–2023. Źródło: Bloomberg NEF, 2023

Należy podkreślić, że lokalnie wartości LCOE mogą być mocno odmienne, bo np. liczba godzin słonecznych, a więc wolumen wyprodukowanej energii w Hiszpani będzie dwa razy wyższy niż w Polsce, a z kolei koszt węgla w Polsce będzie radykalnie wyższy niż w krajach, gdzie pochodzi on z kopalni odkrywkowych. Tym niemniej z wykresu wynika, że koszt energii z OZE jest już niższy niż energii z paliw kopalnych nawet bez uwzględnienia nakładanych w Europie opłat emisyjnych.

Nie zmienia to faktu, że bardzo niskim kosztom OZE towarzyszą dwie niekorzystne ich cechy: brak generacji, gdy nie świeci i nie wieje, oraz jej nadmiar przy bardzo wietrznej lub słonecznej pogodzie. Przy korzystnych warunkach atmosferycznych OZE produkują nadmiar energii i jej cena może przybierać nawet ujemne wartości. Jeśli zatem rozbudujemy magazyny energii do wielkości wystarczającej dla zakumulowania nadwyżek, to koszt magazynowania wynikający z nakładów inwestycyjnych będzie pomniejszony o ujemną cenę ładowanej energii.

Na wykresie poniżej dynamika spadku kosztów baterii litowo jonowych w ostatnim dziesięcioleciu.

Źródło: BloombergNEF

Wykres pokazuje dynamikę spadku cen kontrowersyjnych ekologicznie baterii litowych. Ale na horyzoncie widać wiele innowacyjnych technologii radykalnie mniej uciążliwych dla środowiska o konkurencyjnych cenach. Będą one miały podobną dynamikę spadku cen wraz z umasowieniem produkcji. Zresztą już w tym roku na rynku chińskim cena wielkoskalowych magazynów bateryjnych BESS (ang. Battery Energy Storage System) spadła poniżej 100$/kWh co przy średnim czasie życia baterii wynoszącym 5000 cykli ładowania oznacza 20$ kosztu kapitałowego na 1 MWh czyli 80zł/MWh. Należy oczekiwać, że w najbliższych latach cena ta spodnie poniżej 50żł/MWh. Co ważne, wielkie baterie mogą służyć do stabilizacji systemu elektroenergetycznego, czyli zapewniać tzw. usługi systemowe. Należy podkreślić, w kontekście kilkunastoletniego cyklu inwestycyjnego EJ, że zarówno ceny baterii jak i ich trwałość systematycznie się poprawiają, podczas gdy ceny inwestycyjne EJ stale rosną. Tym samym należy się spodziewać, że w momencie oddania do użytku energia z EJ będzie radykalnie droższa od energii z magazynów.

Uzupełnieniem systemu energetycznego zbudowanego na bazie pogodozależnych źródeł OZE i magazynowania energii elektrycznej powinny być magazyny ciepła (niskotemperaturowego dla celów CO/CWU oraz wysokotemperaturowego dla przemysłu). Na tym tle niezwykle atrakcyjną technologią jest szczytowa kogeneracja energii elektrycznej z biometanu. Może ona wykorzystywać istniejącą infrastrukturę gazową, w tym najtańszą technologię magazynowania energii, jaką są już istniejące magazyny gazu ziemnego. Ponadto jest to najbardziej ekonomiczna droga transformacji od ciepłownictwa na węglu do energetyki zeroemisyjnej. W ramach tej transformacji nowo instalowane w ciepłowniach i elektrociepłowniach turbiny gazowe z kotłami odzysknicowymi zastępowałyby kotły węglowe. Ich czas pracy ulegałby skróceniu w miarę rozwoju inwestycji w OZE i magazyny ciepła. Równolegle w sieci gazowej będzie wzrastał udział procentowy biometanu. Na końcu procesu transformacji ciepłownictwa turbiny gazowe pracowałyby jako szczytowe źródło energii zasilane biometanem.

„Znaj proporcjum mocium Panie”

Nie jesteśmy samotną wyspą i warto w polityce gospodarczej obserwować światowe trendy, by nie być jak pijak za kierownicą, która słysząc komunikat w samochodowym radiu, że jakiś wariat jedzie pod prąd, bełkocze: nie jeden… tu są sami wariaci!

Światowa Gospodarka wykładniczo zwiększa nakłady na transformacje energetyczną. Wśród tych nakładów znajdujemy także te na EJ, przy czym utrzymują się one na stałym poziomie. W 2023 roku stanowiły one zaledwie około 5% nakładów na OZE i 2% całości nakładów na transformacje energetyczną.

Globalne inwestycje w transformację energetyczną

 Źródło BloombergNEF

Polska polityka zdaje się iść w innym kierunku niż światowy trend.

Dowodem na to są wydatki na cele klimatyczne z aukcji uprawnień do emisji CO2.

Gdybyśmy chcieli utrzymać się w światowym trendzie proporcji nakładów na różnie źródła zeroemisyjnej energii, to wydając w 2022 r. na program jądrowy 4 mld zł, na OZE powinniśmy przeznaczyć 76 mld zł. Tak jednak nie jest, co oznacza, że z jakiś irracjonalnych powodów zamiast w efektywne ekonomicznie inwestycje w poprawę efektywności energetycznej, baterie i OZE postanowiliśmy zainwestować w program jądrowy. Jedyną korzyść, jaką dostrzegam w tej inwestycji, to łatwość pozyskania przez decydentów ogromnych prowizji. Chciałbym wierzyć, że za tą polityką stoi przekupstwo i chciwość elit, a nie głupota. Bo rządy głupców są groźniejsze niż łapowników.

Międzynarodowa Konkurencyjność Gospodarki

Niski koszt energii z OZE i jej niski ślad węglowy powodują, że wzrasta międzynarodowa konkurencyjność gospodarek o dużym udziale OZE. Wynika to z istotnego udziału energii w kosztach produkcji w wielu dziedzinach przemysłu i uwzględniania w produktach śladu węglowego, który jest przedmiotem opłat i innych restrykcji na rynkach państw rozwiniętych. Międzynarodowa konkurencyjność gospodarki oznacza, że towary przez nią produkowane są atrakcyjne cenowo przy godziwych marżach. Dodatni bilans handlu zagranicznego przy wysokich marżach pozwala na import kluczowych dla gospodarki surowców i komponentów. W konsekwencji energetyka opierająca się na OZE ma kluczowe znaczenie dla dobrostanu społeczeństwa.

Ile zapłacimy za polską elektrownie atomową

Lokalne uwarunkowania kosztów energii LCOE dotyczą także EJ. Inny będzie koszt budowy w Francji, Anglii czy USA, gdzie od dziesiątków lat funkcjonuje przemysł atomowy, a inny w Polsce, gdzie nie ma po nim śladu. Jak podaje Dariusz Szwed z portalu Świadomy Inwestor firma Westinghouse w ramach rozbudowy elektrowni Vogtle w stanie Georgia w USA buduje od 2009 roku takie same jak oferowane Polsce dwa reaktory AP1000. W latach 2009-2024 koszty tej inwestycji wzrosły o 250% z 14 do 35 miliardów USD, a termin realizacji wydłużył się niemal dwukrotnie. Amerykańska inwestycja Westinghouse to jedynie rozbudowa istniejącej elektrowni na dojrzałym rynku przemysłu atomowego z potężnym zapleczem naukowym i kadrowym. W Polsce to inwestycja w lesie przy nadmorskiej plaży bez infrastruktury i jakiegokolwiek krajowego zaplecza przemysłu atomowego.

Nie istnieją zatem żadne przesłanki, które pozwalają sadzić, że w Polsce uda się zrealizować taką inwestycje sprawniej niż w USA. Zatem należy oczekiwać, że w huraoptymistycznym scenariuszu ostateczny koszt budowy elektrowni w Choczewie szacowany wstępnie na 115 mld zł na końcu procesu przekroczy, 115*2,5 = 245 mld zł, a termin ukończenia zbliży się do 2050 roku. Należy podkreślić, że przekroczenia kosztów budowy i terminów realizacji są na tym rynku raczej regułą niż wyjątkiem. Do kosztów inwestycji należy, w obecnym czasie, dodać ogromne koszty obrony przeciw rakietowej i przeciw dronowej oraz zabezpieczenia przed atakami hybrydowymi.

Energetyka jądrowa to zły interes, dlatego nie kredytują go żadne komercyjne instytucje finansowe, jeżeli zabezpieczeniem kredytu ma być sama inwestycja. Polska stara się o kredyt na finansowanie EJ, ale będzie to kredyt z gwarancją rządową, czyli nieakceptowane przez biznes ryzyko inwestycyjne w całości zostanie przerzucone na społeczeństwo.

Ile stracimy?

Polska, podobnie jak każdy kraj na świecie ma ograniczone możliwości inwestycyjne. Ostatnio są one jeszcze znacząco pomniejszone w związku z ogromnymi wydatkami na zbrojenia. Dlatego każdą złotówkę inwestycyjną należy oglądać dwa razy i inwestować w to, co daje szybki zwrot nakładów i dzięki czemu może być komercyjnie finansowane. Przy uproszczeniu procedur inwestycyjnych wiatraki na lądzie i magazyny energii elektrycznej i cieplnej mogą powstać w 2÷4 lata i od tego momentu generować przychody. Źródłem tych przychodów, jeśli chodzi o magazyny energii może być chociażby zmniejszenie marnotrawstwa energii z OZE. W tym roku do 20 maja zmarnowaliśmy ok. 400 GWh energii z OZE. Przyjmując cenę energii 500 zł/MWh straciliśmy, bo nie mamy odpowiedniej ilości baterii czy innych magazynów, blisko 200 mln zł. Ale największą stratą będzie ograniczenie środków na głęboką termomodernizację, która nie tylko prowadzi do szybkiego zwrotu nakładów, ale też jest najefektywniejszym i najbardziej niezawodnym sposobem budowania bezpieczeństwa energetycznego.

Szkodliwa w każdym aspekcie

EJ nie jest kompatybilna z OZE, bo ze względu na koszty inwestycyjne i utrzymania ma jakikolwiek sens jedynie wtedy, gdy pracuje bez przerwy, czyli w podstawie. Udział EJ w planowanym miksie energetycznym na poziomie 3 GW o tyle samo, czyli nieistotnie, zmniejsza problem okresowego deficytu podaży energii OZE. Ponadto, jak wykazałem powyżej, kosztem wielokrotnie wyższym niż energia z baterii. Zatem EJ praktycznie nie rozwiązuje problemów pogodozależności OZE. Natomiast pracująca w podstawie EJ będzie wypierała z rynku radykalnie tańszą energię OZE. Mimo jej niewielkiego udziału w całej podaży energii spowoduje wzrost średnich cen. ze szkodą dla gospodarki.

Ponadto decyzja o budowie EJ jest szkodliwa także dlatego, że:

  •  ogromne nakłady na jej budowę konkurują z inwestycjami w efektywność energetyczną, OZE i magazyny energii o radykalnie krótszym czasie zwrotu nakładów i krótszym czasie budowy,
  • paliwo do EJ musi być importowane, co niesie nie tylko ryzyko skokowego wzrostu cen, ale także bezpieczeństwa dostaw,
  • w „czasach przedwojennych”, ma ona negatywny wpływ na bezpieczeństwo Katastrofa EJ to niewyobrażalne straty. Dlatego konieczna jest niezawodna ochrona przed rakietowymi atakami z powietrza i atakami hybrydowymi. To zaś wymaga wielu systemów obrony o ogromnych kosztach. W konsekwencji zostaną pozbawione ochrony mniej wrażliwe, ale także bardzo ważne społecznie cele lub ograniczone inne inwestycje związane z obronnością kraju.

W konsekwencji budowa EJ oddala perspektywę osiągnięcia neutralności klimatycznej – jedynego pretekstu dla jej budowy. Pochłonie gigantyczne nakłady, które nigdy się nie zwrócą, przez co pozbawi nas środków na wiele ważnych społecznie celów. A jeśli, nie daj Boże, kiedykolwiek zostanie uruchomiona, pozbawi nas szansy na tanią energię i osłabi bezpieczeństwo narodowe wobec potencjalnej rosyjskiej agresji.

Raimundo Labbe, niemalże w pojedynkę przekształcił zwyczajną chilijską wioskę w permakulturową, solidarną mikrospołeczność. W jaki sposób udało mu się to osiągnąć i jak działa owa utopia z drugiego końca świata?

Przenieśmy się na chwilę do Chile, do małego miasteczka Curanipe, znajdującego się na wybrzeżu Pacyfiku w południowym regionie Maule (co oznacza „deszczowy” w języku mapudungun, lokalnej ludności Mapuche). Curanipe to spokojna miejscowość, która większość zysków czerpie z rybołóstwa i śladowej turystyki. Corocznie odwiedza ją spora grupa surferów, którzy cenią sobie tutejsze wysokie fale i piękne, piaszczyste plaże. W centrum jest kilka restauracji oraz maleńki plac. Nie brakuje też portu, kościoła, targowiska i kilku mniejszych sklepów. Bazę naclegową zapewniają raptem dwa nieduże hotele, a dużo bardziej popularnym rozwiązaniem wśród przyjezdnych jest odpoczynek na polu campingowym, lub wynajmowanie maleńkich drewnianych domków na obrzeżach miasteczka, blisko morza i natury.

Przybycie nieznajomego idealisty

Malownicze Curanipe, archiwum własne

Nieco ponad dekadę temu, do tej malowniczej wioski wprowadził się Raimundo Labbe. Raimundo pochodzi ze stolicy Chile, Santiago, jednak gdy był młodym dzieckiem, jego rodzice postanowili przeprowadzić się na drugi kraniec świata, szukając szczęścia w Nowej Zelandii po tym, jak ich firma w ojczyźnie zbankrutowała. Zamieszkali oni na siedem lat w Porirura, jednym z najbardziej zaludnionych regionów, charakteryzującym się najwyższym odsetkiem osób mówiących w języku samoańskim. Zderzenie z innym etosem pracy i odmiennym podejściem do życia, na zawsze zmieniło Raimundo. Nowozelandzki system edukacyjny był inspirujący, zachęcał do samodzielnego myślenia, uczył jak czerpać wiedzę i stymulować rozwój z wykorzystaniem różnic kulturowychwśród uczniów. Taka forma zdobywania wiedzy była dla niego czystą przyjemnością. Problemy zaczęły się, gdy po powrocie do kraju musiał odnaleźć się w szkolnictwie chilijskim, nastawionym na wykuwanie na pamięć formułek, jak mówi sam Raimundo, bez większych szans na głębsze zrozumienie przekazywanych treści.

Z tego też powodu, po ukończeniu szkoły średniej, Raimundo zdecydował się na powrót do drugiej ojczyzny i studiowanie na Nowozelandzkim Uniwersytecie Waikato. Na przedmiot swoich studiów wybrał Nauki o Ziemi, a jako specjalizację – permakulturę i biokonstrukcję. Fascynowały go naturalne sposoby rekonstrukcji gleby.

Pierwsze poważne, życiowe decyzje

Jako absolwent, stanął przed trudnym wyborem. Mógł pozostać w Nowej Zelandii i próbować stworzyć projekt permakulturowy w tym drogim kraju, w którym, poza wyzwaniami finansowymi, przepisy ściśle regulują jak powinna wyglądać każda farma, nie pozostawiając rolnikom wiele przestrzeni na kreatywność. Mógł też wrócić do Chile, gdzie poza tradycyjnym wielkopowierzchniowym rolnictwem nic innego nie istniało. Zdecydował się na tą drugą opcję, jednak zamiast dostosowywać się do głównego nurtu, zaczął nowy projekt, którego głównym celem było wymyślenie od podstaw innowacyjnego systemu rolniczego, zmianę roli ziemi, kształtu pracy rolników i, w pewnym stopniu, lokalnego społeczeństwa.

Port w Curanipe, archiwum własne

Port w Curanipe, archiwum własne

Wybór padł na Curanipe, które stanowiło wyzwanie pod wieloma względami: dekady temu wielkie firmy przekształciły lokalne lasy w przytłaczające monokultury, których jedynym celem była produkcja drewna. Ziemia była głęboko zasolona po ogromnym tsunami z 2010 roku, a turystyka surferska powoli konwertowała społeczeństwo, w nastawione na usługi, kosztem rolnictwa. “Lubię surfować, ale zdaję sobie sprawę jakie szkody surfing wyrządził kulturze wiejskiej”, mówił.

 

Mozolne początki kooperatywy

Raimundo wybudował niewielki drewniany domek na ziemiach rodzinnych i zainicjował rekultywację gleby. W międzyczasie, zaczął poznawać osoby o podobnych celach, żeby nieco później wspólnie z nimi założyć kooperatywę “Huertas a Deo”.

Nazwa “Huertas a deo”, w dosłownym tłumaczeniu oznacza „ogrody na palec”, czyli ogrody autostopowe (od „a dedo”). Nazwa wzieła się od pierwszej inicjatywy, która pozwoliła na rozwój organizacji. Raimundo zauważył, że do miasteczka przyjeżdża wiele samochodów dostawczych, zaopatrujących lokalne sklepy. Zazwyczaj wracały one do miast zupełnie puste. Postanowił zaoferować kierowcom, że jeżeli w drogę powrotną wezmą kilka skrzyń z lokalnymi warzywami na sprzedaż, to zwróci im pieniądze za benzynę. Pozytywny odbiór projektu zmotywował go do działania, zapoznania z lokalnymi mikrorolnikami, zbudowania bazy klientów, opracowania trasy… Był rok 2013-ty, pierwsze eko warzywa wyruszyły w świat autostopem.

Zrównoważone Rolnictwo dla Społeczności
Huertas a Deo - przygotowanie paczek na wysyłkę. Archiwum własne

Huertas a Deo – przygotowanie paczek na wysyłkę

Przyjechałem do Curanipe cztery lata później, w 2017 roku, pomagając w pracy Raimundo przez dwa miesiące i poznając resztę stałej ekipy, którą w tamtym momencie tworzyło sześciu pracowników i kilku wolontariuszy. Zanim dotarłem do miasteczka, cały proces dystrybucji lokalnych produktów osiągnął perfekcję. Raimundo czerpał garściami z rozwiązań, które wynaleziono w Japonii i nazwano profesjonalnie „Zrównoważonym Rolnictwem dla Społeczności”. W projekcie brało udział trzydzieści domostw z większymi lub mniejszymi ogrodami – każde z nich produkujące inne odmiany warzyw i owoców. Mieszkańcy okolicznych miast, jak również Santiago, raz w tygodniu mogli zamówić na stronie internetowej Huertas a Deo jedną z trzech przesyłek – małe, średnie lub duże pudło z produktami. Strona nie wyszczególniała jakie produkty spożywcze będą dostarczone, jednak konsument miał gwarancję, że będą to owoce i warzywa sezonowe, zawsze najwyższej jakości, produkowane w zrównoważony sposób, bez użycia pestycydów lub sztucznych nawozów. Transportem zajmowała się profesjonalna firma Pullman Cargo, a zysk był dystrybuowany po równo między wszystkich mikrorolników. Przebiegiem całej procedury zajmował się Felipe, młody pracownik z którego twarzy nigdy nie spływał uśmiech.

Domowy nawóz dla wszystkich
Pepe

Pepa i Rodri przygotowują kompost

Poza pakowaniem pudeł, moja praca polegała między innymi na przygotowywaniu nawozów. Wraz z Pepa i Rodri – parą Mapuche, która współtworzy projekt, ruszyliśmy konno na jedną z należących do nich działek na niewielkim wzgórzu. Po chwili nadjechała furgonetka wypełniona resztkami jedzenia. Jeden z projektów Huertas a Deo zakłada współpracę z lokalnymi restauracjami, które oddają resztki spożywcze w zamian za kilka świeżych warzyw. Huertas zajmuje się przygotowywaniem kompostu, a później rozdaje go za darmo lokalnym rolnikom biorącym udział w projekcie.

Zaczęliśmy przygotowywać naturalny nawóz, począwszy od selekcji resztek, które mogłyby zaszkodzić kompostowi lub spowolnić proces jego produkcji. Starsze kupki sprawdzaliśmy, mieszaliśmy, zgarnialiśmy to, co rozgrzebały pomagające w procesie kompostowania kury, w końcu pakowaliśmy w worki już gotowe, czarne nawozy, by rozwieźć je po okolicznych wiejskich domach. O zmierzchu, szczęśliwi z przebiegu produktywnego dnia, kładliśmy się na kocu, spoglądaliśmy w gwiazdy i rozmawialiśmy o wszechświecie oraz Matce Naturze, Ñuke Mapu.

Warzywa sąsiada w przydomowym spożywczaku

Pepa i Rodri zadbali również o to, by w okolicznych sklepach sprzedawano lokalne produkty. “Do niedawna było tak, że trzy domy od spożywczaka ktoś miał kury, a w sklepie sprzedawano jaja z megakurników oddalonych od Curanipe o setki kilometrów, albo brojlery importowane z innego kraju”, mówili. Ta sytuacja generowała ogromny ślad węglowy i działała na niekorzyść ekonomiczną lokalnej społeczności. Poprzez skontaktowanie producentów i sprzedawców, dzisiaj pieniądze trafiają do mikrorolników, a sklepy zaopatrują się w produkty, pochodzące z farm oddalonych nie więcej niż trzydzieści kilometrów od punktu sprzedaży. Ceny produktów są niższe, a ich jakość nieporównywalnie wyższa.

Pomocna dłoń przy najmłodszych roślinach

Praca w szkółce Erica

Kolejnego dnia pomagałem innemu pracownikowi, Ericowi, który odpowiadał przede wszystkim za szklarnie i coś w rodzaju szkółki leśnej. Eric wytłumaczył mi, że po tsunami w 2010 roku, zasolenie ziemi zniszczyło doszczętnie lokalną florę. Proces rekonstrukcji gleby trwał latami i w zasadzie, w niektórych miejscach nadal się nie skończył. Gdy jednak odsolono pierwsze działki, powstało pytanie – jak odtworzyć dawną bioróżnorodność? Mieszkańcy, mając pełne zaufanie do Huertas a Deo, zaczęli przynosić nasiona roslin, a to znalezione gdzieś na strychach, a to pozyskane z innych części kraju gdzie pojedyncze okazy indygeniczne roślin jeszcze się zachowały. Chcieli pomóc, lecz sami nie wiedzieli w jaki sposób je rozmnożyć i jak sprawić by przetrwały one najbardziej wrażliwy okres rozwoju – kiełkowanie i pierwsze miesiące wzrostu.

Eric zajmuje się tym osobiście, a potem sadzonki umieszcza w glebie, lub oddaje w ręce właścicieli nasion. Każdy może skorzystać za darmo z usług jego szkółki i nie koniecznie muszą to być okazy, które planowo mają powrócić na łono natury lub zmieniać monokultury leśne w zdywersyfikowane biosfery. Rolnicy, posiadający nasiona starych odmian warzyw i owoców, zagrożonych wyparciem przez szybciej rosnące oraz dające bardziej obfite plony GMO, również mogą liczyć na jego pomoc.

Poza szkółką, Eric od czasu do czasu jedzie za miasto do lokalnego tartaku, skąd otrzymuje za darmo wióry drewna, które później rozda osobom, mającym kurniki lub sady. Sam też ma kilka kur. W ramach podziękowania za przekazywanie cennej wiedzy zbudujemy mu więc z kilkoma innymi wolontariuszami niewielki kurnik.

A po pracy, odpoczynek i szkolenia

Szkolenie z permakultury dla lokalnej społeczności

Zespół który poznałem kilka lat temu zamyka jeszcze Gaston, który odpowiada za prowadzenie niewielkiego pola campingowego dla surferów. Huerta a Deo musi się z czegoś utrzymywać, a zyski ze sprzedaży produktów rolnych w zdecydowanej większości trafiają w ręce społeczności. Potrzeba dodatkowych dochodów i naturalnym sposobem na ich pozyskanie wydaje się turystyka, połączona z surfingiem, który wszyscy pracownicy Huertas a Deo praktykują po godzinach. Gaston stawia na zrównoważoną turystykę – camping ma niewielki ślad węglowy, a goście jeszcze przed przyjazdem wiedzą, że wybierając to miejsce, wspierają projekt ekologiczny i lokalną kooperatywę.

Raimundo nadzoruje wszystkie te działania, przeprowadza spotkania organizacyjne i zajmuje się darmowymi szkoleniami z permakultury, dzieląc się z lokalną społecznością doświadczeniem i wiedzą nabytą na uczelni. To o tyle ważne, że dostęp do edukacji wyższej w Chile jest odpłatny. Uniwersytety są sprywatyzowane, a średni koszt zdobycia dyplomu często jest wyższy niż czesne na uczelni w Stanach Zjednoczonych. Bez szkoleń Raimundo, dostęp do wiedzy dla wielu z tych osób byłby zupełnie niemożliwy.

Szkolenia nie zaczęły się od pierwszego roku działania Huertas a Deo. Najpierw trzeba było zdobyć zaufanie lokalnej społecznności. Raimundo zależało, żeby nie był postrzegany jako młody miastowy, który przyjeżdża na wieś się wymądrzać. Dziś, gdy nie ma już domostwa rolniczego, któremu Huertas a Deo nie pomogłoby w jakiś sposób, jego lider cieszy się niekwestionowanym oddaniem. Sam jestem świadkiem jak przed i po szkoleniach jest on obściskiwany przez starsze panie i częstowany domowymi wypiekami.

Świetlana przyszłość niecodziennego projektu

Cztery lata po tym jak wyjadę z pięknego miasteczka Curanipe, Huertas a Deo zorganizuje jeszcze cotygodniowe ogromne targowisko ekologiczne. W planach będzie też utworzenie ogrodów leśnych, produkujących żywność przy minimalnej ilości nakładu pracy. Przyszłość Huertas a Deo wydaje się obiecująca, a ilość wolontariuszy z całego świata, którzy zatrzymują się u nich na kilka miesięcy by zdobyć praktyczą wiedzę, daje nadzieję, że koncept permakultury w stylu Raimundo zostanie spopularyzowany wśród młodego pokolenia również poza granicami Chile.

Dokładnie pół roku temu Argentyna wybrała na swojego prezydenta prawicowego ultra libertarianina, Javiera Milei, zmieniając kierunek rozwoju z ostatnich dekad o 180 stopni.

Co zmotywowało społeczeństwo do tak drastycznej zmiany i jak kraj zmienia się pod rządami osoby, widzącej zagrożenie w feminizmie i lewicy oraz negującej istnienie kryzysu klimatycznego?

Argentyna – kraj o zapachu soczystej wołowiny Angus, smażonej na grillu i serwowanej z aromatycznym sosem chimichurri. Teren rozbrzmiewających się zewsząd dźwięków tango, lub charakteryzującego mniejsze miejscowości swojskiego chamame, chętnie słuchanego przez gauchos, przemierzających konno pampę. Państwo rozkochane w piłce nożnej do tego stopnia, że zwycięstwo w World Cup na kilka dni sparaliżowało kraj przez tłum z radości tańczący na ulicach. Kraj liberalny i postępowy, któremu rozwiązań prawnych mogłyby pozazdrościć wszelkie europejskie państwa, bez wyjątku.

Uniwersytety są tutaj darmowe i oferują usługi na bardzo wysokim poziomie. W światowych rankingach Uniwersytet Buenos Aires wyprzedza wszystkie uczelnie w Polsce. Studenci zjeżdżają się do nich z całego regionu, przede wszystkim z okolicznej Brazylii i z Chile, gdzie za wykształcenie wyższe trzeba sporo zapłacić.

Służba zdrowia, choć zdecentralizowana, w każdym regionie działa zadowalająco. Argentyńczycy mogą skorzystać z odpłatnego prywatnego ubezpieczenia, którego ceny częściowo kontrolowane są przez państwo,  albo, bez ubezpieczenia, udać się do dowolnego szpitala. Opieka zdrowotna, poza podstawami, obejmuje między innymi darmowy dostęp do środków antykoncepcyjnych lub, od niedawna, do PrEP dla osób z grupy wysokiego ryzyka zakażenia wirusem HIV. Świadomość społeczna na temat zdrowia jest na bardzo wysokim poziomie. Ruch antyszczepionkowców w zasadzie nie istniał w tym kraju, a poziom szczepień przeciw COVID w pierwszym roku od ich wprowadzenia, osiągnął poziom 91% (dla porównania, w Polsce 61%).

Prawo aborcyjne od 2020 roku zezwala na przerwanie ciąży do 14-tego tygodnia (o przełomowych zmianach pisałem w jednym z poprzednich numerów „Zielonych Wiadomości”). Poza Urugwajem, nie ma w Ameryce Południowej innego państwa z tak liberalną ustawą jak Argentyńska.

Walka z machismo i z przemocą wobec kobiet, a także dyskryminacją osób nieheteronormatywnych jest wzorcowa. Od 2019 roku działa w kraju dedykowane tym problemom Ministerstwo Kobiet, Płci I Różnorodności i chociaż kraj boryka się nadal z ogromnymi problemami, szczególnie w bardziej konserwatywnych prowincjach, jak Salta, Jujuy lub Formosa, liczba aktów przemocy wobec kobiet spadła do drugiego najniższego wskaźnika na kontynencie, zaraz po Chile.

Osoby nieheteronormatywne w kraju mają dostęp do małżeństw jednopłciowych od 2010 roku, dokumentów z wpisaną płcią „X” dla osób niebinarnych od 2021 roku i gwarancją 1% miejsc na uczelniach oraz państwowych stanowiskach pracy dla osób transpłciowych, co ma zapobiegać ich wykluczeniu ze społeczeństwa. Język inkluzywny, neutralny płciowo, z roku na rok staje się coraz bardziej powszechny. Używa się go na ulicach, podczas wydarzeń kulturalnych, a niekiedy nawet w urzędach. Powoli rozpoczyna się debata na temat rodzin poliamorycznych, reprezentowanych w showbiznesie i popkulturze. Najpopularniejszym serialem telewizyjnym w kraju jest obecnie argentyński „Felices los seis”, mówiący o monogamicznym chłopaku z prowincji zakochanym w mieszkańce Buenos Aires, która żyje wraz ze swoimi partnerami w szczęśliwej poliamorycznej rodzinie.

Walka z ubóstwem przyjmuje wiele twarzy. Poza pomocą społeczną i dofinansowaniami do zakupu żywności, państwo argentyńskie inwestuje w program darmowego, powszechnego dostępu do internetu we wszystkich miastach i wioskach, co ma zapobiegać wykluczeniu cyfrowemu, dba o to, by poza przetrwaniem, mieszkańcy Argentyny mieli dostęp do bardzo taniej albo darmowej rozrywki, budując w niemal każdej wiosce baseny, lub pola campingowe z miejscem na grilla, oraz dofinansowuje transport publiczny. Jeszcze do niedawna bilet autobusowy w stolicy kosztował niecałe 20 groszy.

Drastyczny skręt w prawo

Końcem listopada ubiegłego roku, wydarzyła się rzecz niesamowita – wybory prezydenckie w kraju zwyciężył Javier Milei, ultraprawicowy libertarianin, miłośnik Jaira Bolsonaro i Donalda Trumpa, między innymi zrównujący feminizm z zarazą i postulujący wprowadzenie prawa do posiadania broni. Wybór ten wydawał się absurdalny i zupełnie nie odpowiadający rzeczywistym poglądom Argentyńczyków.

Dlaczego więc do tego zwycięstwa doszło?

Argentyna od lat boryka się z ogromnym kryzysem ekonomicznym, na który dodatkowo nałożyły się problemy gospodarcze wynikające z pandemii, która uderzyła ze szczególną siłą w branżę turystyczną, usługi i najmniejsze przedsiębiorstwa. Galopująca inflacja w 2023 roku  osiągnęła poziom 211%, poziom ubóstwa wyniósł ponad 40%, a skrajnego ubóstwa przekroczył 9%. Oznacza to, że niemal co drugi Argentyńczyk nie miał wystarczająco dużo pieniędzy by zaspokoić podstawowe potrzeby żywieniowe i codziennie odczuwał głód, prawie co dziesiąty skrajnie głodował i był zagrożony bezdomnością. Wpisane w argentyńską tradycję wołowe asado lub nawet kilka plasterków sera, stały się towarami luksusowymi.

Podczas wyborów prezydenckich, spośród pięciu kandydatów, rzeczywiście liczących się było trzech: Sergio Massa z lewicowej partii peronistycznej, która do tej pory sprawowała rządy, Patricia Bullrich z głównej opozycyjnej partii prawicowej oraz Javier Milei, nowa postać w polityce, która kreowała się na zbawcę mającego rozbić wcześniejszy duopol partyjny i rozprawić się z polityczno-ekonomiczną “kastą”. Społeczeństwo, zmęczone kryzysem którego nie udawało się opanować ani lewicy ani prawicy, naprzemiennie wymieniającej się władzą, szukało nowych rozwiązań i spoglądało na Milei bardziej przychylnym okiem.

Głosowanie jako bunt, lub wybór „mniejszego zła”

Gdy do drugiej tury wyborów przeszedł Massa i Milei, emocje sięgnęły zenitu. Większość wyborców głosowała w kontrze do drugiego kandydata. Ci, którzy chcieli zwycięstwa Massa, podkreślali, że to mniejsze zło, bowiem Milei jest niebezpiecznym oszołomem, którego poglądy są seksistowskie, homofobiczne i zwyczajnie niebezpieczne (szczególne zagrożenie widziano w jego propozycji prywatyzacji służby zdrowia i edukacji, wprowadzenia powszechnego dostępu do broni, wspominano również o jego wypowiedziach jakoby handel organami lub dziećmi powinien być legalny w ramach kapitalistycznego libertarianizmu). Ekonomiczny postulat Milei by zdolaryzować państwo i pozbyć się lokalnej waluty Peso Argentyńskiego, zwolennicy Massa uważali za nierealny do wprowadzenia zabieg populistyczny. Wszak w kraju brakowało dolarów, lokalne kantory nie działały, a osoby chcące oszczędzać w obcej walucie, musiały zaopatrywać się w nią na czarnym rynku, za trzykrotność wartości oficjalnego kursu.

Javier Milei. Źródło: Wikimedia

Zwolennicy Milei zaznaczali, że Massa był Ministrem Gospodarki podczas największego kryzysu ekonomicznego w kraju i wystawienie jego kandydatury to potwarz dla Argentyńczyków. Twierdzili albo że media kreują Milei na wariata, a jego rzeczywiste poglądy są dużo bardziej łagodne, albo że nowy prezydent skupi się na poprawie gospodarki i nie wprowadzi mało popularnych zmian społecznych (wyborców rzeczywiście powielających wszystkie poglądy kandydata była garstka). Mówiono też, że w sytuacji kryzysowej każdy nowy kandydat będzie lepszy od polityków, którzy mieli już szansę sprawowania władzy i którzy nie podołali zadaniu.

W drugiej turze wyborów, Javierowi Milei pomogło oficjalne wsparcie prawicowej kandydatki Patrycji Bullrich, za co polityczka została później nagrodzona teczką Ministry Bezpieczeństwa.

Czy rzeczywiście Milei skupia się wyłącznie na sprawach ekonomicznych, pozostawiając ciężko wypracowany postęp społeczny w spokoju? I czy jego rozwiązania gospodarcze, oparte na drastycznych cięciach budżetowych i dążeniu do dolaryzacji kraju się sprawdzają? Mija właśnie pół roku od rozpoczęcia jego prezydentury, jest to więc dobry moment na podsumowanie jego dotychczasowych działań i spojrzenie krytycznym okiem na to, w jaki sposób Argentyna się zmienia. A społeczeństwo zmieniło się bardzo…

Radykalne poglądy wkraczają na salony

Już w pierwszych tygodniach od zmiany władzy, niewidoczna dotąd ultraprawicowa mniejszość w kraju poczuła się bardzo ośmielona i zaczęła jawnie prezentować swoje poglądy. Ci, którzy do tej pory narzekali na imigrantów lub queerowe osoby wyłącznie w domowym zaciszu, poczuli, że swoje radykalne poglądy mogą prezentować w przestrzeni miejskiej. Przez cztery lata mieszkania w Argentynie nie usłyszałem ani jednego ksenofobicznego komentarza. W pierwszym tygodniu panowania Javiera Milei dwukrotnie zasugerowano mi w brutalny sposób powrót do kraju z którego pochodzę,, w tym raz rozradowany mężczyzna dodatkowo splunął na mnie w transporcie publicznym. Moi przyjaciele doświadczyli tego samego – Wenezuelski kolega, pracujący jako taksówkarz został poinformowany, że osoby takie jak on niszczą Argentynę, czarnoskóra koleżanka z Brazylii, wychodząc na spacer z psem, została nazwana małpą, która powinna spakować walizki i wracać do domu. Nieheteronormatywne znajome osoby, nawet w najbardziej liberalnym Buenos Aires, trzymając swoich partnerów za rękę na ulicy, coraz częściej słyszeli homofobiczne okrzyki z przejeżdżających samochodów lub dźwięk klaksonów – rzecz, która w Argentynie nie zdarzyła się niemal nigdy, przynajmniej od piętnastu lat. Po niecałym miesiącu radykalne zachowania najbardziej konserwatywnej części społeczeństwa zaczęły ucichać i zapewne wszystko wróciłoby do normy, gdyby rząd nie działał na nich w ciągły stymulujący sposób.

10 grudnia Javier Milei zamknął Ministerstwo Kobiet, Płci I Różnorodności, tłumacząc iż jest zbędne i generuje dodatkowe koszty, a państwo przecież musi oszczędzać . Przy okazji porównał feminizm do socjalizmu, z którym należy walczyć. Niedługo potem zamknięto Narodowy Instytut Przeciwdziałania Dyskryminacji, Ksenofobii i Rasizmu. Język inkluzywny został zakazany w urzędach i określony elementem składowym “kultu ideologii gender”, zaprzestano przestrzegać gwarantowania 1% miejsc pracy dla osób transpłciowych, a nowo powołani ministrowie zaczęli wypowiadać do kamer homofobiczne obrzydliwości, jakoby naturalnym dla mężczyzny było odczuwać odruch wymiotny na widok dwóch całujących się gejów (seksistowsko dodając, że lesbijki to już inna kwestia i czasami miło popatrzeć). Zagrożona jest też refundacja leków dla osób zakażonych wirusem HIV. Póki co, dzięki oporowi społecznemu, nie usunięto całkowicie refundacji, jednak Milei zapowiada drastyczne cięcia wszystkich dotacji, w tym bardzo drogich leków dla osób pozytywnych. To, de facto, skazanie tysięcy chorych z najniższego szczebla ekonomicznego na pewną śmierć.

Homofobia rządu bezustannie stymuluje do działań garstkę najbardziej radykalnych mieszkańców. W momencie pisania tego artykułu kraj przeżywa szok po napaści sąsiada na dwie pary lesbijek. Zostały one tak dotkliwie pobite, że wszystkie cztery wylądowały w szpitalu. Trzy do tej pory zmarły, czwarta nadal walczy o życie.

Wysłać kobiety z powrotem do kuchni

Wzrasta też przemoc stosowana wobec kobiet. Milei nie tylko zamyka ministerstwa i instytucje, które mają chronić ich prawa, ale sam reprezentuje postawy, z którymi jeszcze do niedawna kraj walczył i za które karał innych obywateli. Najlepszym przykładem może być wywiad z prezydentem w popularnym programie na żywo „Gente Opiniando”, w którym zdenerwowany przebiegiem konwersacji prezydent, zwraca się do dziennikarki ze słowami „Mógłbym wziąć broń 9 mm i podstawić Ci ją do głowy”. Kobieta zdenerwowana opuszcza studio.

Milei nie kryje, że kolejnym krokiem który zamierza wprowadzić, będzie zakaz aborcji. Na razie zdaje się, że społeczeństwo stawia zbyt duży opór by można do tego doprowadzić, ale każde kolejne przekraczanie wcześniejszych granic tego, co dopuszczalne, nastawione są na powolną inżynierię społeczną i stopniowe zmienianie postaw argentyńczyków na bardziej konserwatywne.

Nie dla biednego dyplom, a biednych coraz więcej…

Zagrożeni mogą też czuć się studenci. Zapowiedzi wprowadzenia odpłatnego szkolnictwa wyższego nie powinny nikogo dziwić, bowiem stanowiły postulat Milei w trakcie kampanii wyborczej, jednak społeczeństwo zdaje się być zszokowane, że nowy prezydent wprowadza w życie swoje obietnice. Ostatnie protesty przeciwko prywatyzacji uczelni wyprowadziły na ulice dziesiątki tysięcy młodych ludzi. Prezydent wydaje się jednak nie przejmować zbytnio oporem społeczeństwa. Wielokrotnie podkreślał w wywiadach, że protestujący chcą bronić statusu quo, bowiem na nim korzystają, są częścią kasty (określenie „kasta” ewoluowała – dawniej oznaczała bogatych polityków z poprzedniej kadencji, dziś imigrantów, osób korzystających z pomocy społecznej i, w zasadzie, wszystkich przeciwników Milei). Padł nawet pomysł by zdelegalizować wszelkie zgromadzenia powyżej trzech osób, które nie uzyskają zgody na manifestację, co zaowocowało tysiącami memów o przyjaciołach wychodzących na piwo lub rodzinach chcących spotkać się w parku na pikniku i proszących prezydenta na piśmie o „zezwolenie na zgromadzenie”.

Wyborcy, liczący że prezydent zajmie się wyłącznie ekonomią i nie odważy się cofnąć o kilka dekad postępu w Argentynie, mogą czuć się zawiedzeni. Milei robi to, co zapowiadał że będzie robić, a zmiany wprowadza w trybie ekspresowym.

Sytuacja ekonomiczna kraju również się nie poprawia. W zasadzie znacząco się pogorszyła, co prezydent kwituje słowami “by było lepiej, będziemy musieli przez jakiś czas zaciskać pasa”. W celu obniżenia inflacji i zgromadzenia dolarów niezbędnych do zmiany waluty kraju, wprowadzono szereg ustaw, które jawnie mają doprowadzić do pogorszenia sytuacji klasy średniej i wymuszenia na argentyńczykach wyprzedania dolarów trzymanych w domach. Znacząco podwyższono oficjalny kurs dolara, zamrożono wszystkie pensje, zrezygnowano z regulacji określających maksymalne podwyżki czynszu, anulowano regulację cen ubezpieczeń społecznych, zniesiono większość dotacji…

Gdy pensji nie starcza na trzy posiłki

W efekcie, cena dolara na czarnym rynku zatrzymała się w miejscu. Nikogo nie stać na wykupywanie obcej waluty w celach oszczędnościowych. Pensja minimalna nadal oscyluje w granicach 180 dolarów, mediana, mocno zawyżona przez mieszkańców stolicy, zarabiających lepiej niż reszta kraju, wynosi 450 USD. W międzyczasie ceny transportu publicznego podskoczyły w przeciągu kilku miesięcy ze wspomnianych wcześniej w tekście 20 groszy do pięciu złotych za bilet autobusowy. Osoba zarabiająca minimalną pensję, wydaje teraz 25% swojego wynagrodzenia na same podróże z- i do pracy. Ceny mieszkań poszybowały w górę – stara kawalerka do remontu, oddalona od centrum Buenos Aires, to koszt minimum 300 dolarów, a kontrakty często wzmiankują o podnoszeniu cen w trzymiesięcznych interwałach czasowych. Opłaty za gaz, elektryczność, wodę, bez refundacji, sięgają stu dolarów. Ubezpieczenie zdrowotne staje się towarem luksusowym, dostępnym tylko dla wybranych, co może odciążyć służbę zdrowia, która boryka się z tak znaczącym nie dofinansowaniem, że niedawno jeden z pracowników szpitala w wywiadzie ulicznym stwierdził, że brakuje pieniędzy na zakup podstawowych leków i niebawem stanie przed zadaniem informowania osób chorych na raka, że ich chemioterapia nie może być kontynuowana.

Milei poświęcił klasę średnią, wiedząc iż jego program naprawy gospodarczej kraju będzie finansowany z ich oszczędności. Co jednak z najuboższymi, którzy stanowią 40% społeczeństwa? W zasadzie pozostawiono ich w sytuacji zagrażającej przetrwaniu. Dzisiejsze Buenos Aires to smutny obraz, w którym ogrom ludzi szuka pożywienia lub części na sprzedaż w większości ulicznych koszy na śmieci. To miasto, w którym półpuste restauracje coraz częściej rezygnują z wystawiania stolików na zewnątrz, bowiem klienci w trakcie posiłku potrafią być pięciokrotnie zaczepieni przez różne osoby proszące o drobne, lub kawałek chleba z ich talerza. To ogromna aglomeracja, w której na ulicach mieszkają nawet wykształceni dwujęzyczni obywatele, czytający rozpadające się w ich rękach książki, siedząc na chodniku.

Dochody na rodzinę składającą się z dwojga dorosłych i dwojga dzieci. Źródło: x.com

Inflacja w tym roku przyspieszyła osiągając 250% w skali roku i zyskując miano najwyższej na świecie. Ceny konsumpcyjne tylko z miesiąca na miesiąc podskoczyły ostatnio o 15%. Argentyńczycy, choć przywykli do takiej sytuacji, zawsze posiadali spadochron ochronny pod postacią wsparcia socjalnego i podwyżek pensji o wysokość inflacji kilka razy do roku. Dziś, pozbawieni tego wsparcia, z dnia na dzień zmagają się z coraz trudniejszą do okiełznania codziennością.

Jaka przyszłość czeka Argentynę? Trudno powiedzieć. Część społeczeństwa wsłuchuje się w głos nowego prezydenta jak w głos niekwestionowanego guru, powtarzając za nim, że wysoka inflacja i ekstremalnie trudna sytuacja ekonomiczna w kraju to zarówno wina poprzedniego rządu, jak i cena, którą wszyscy muszą zapłacić, żeby wspólnie posprzątać nieporządek nagromadzony w kraju przez wiele lat. Ci, którzy z Milei się nie zgadzają, gdy tylko ich na to stać, wyjeżdżają z kraju, lub coraz częściej wychodzą na ulice protestować. Wściekłość narodu narasta. W przeszłości, w Argentynie, kryzysy ekonomiczne doprowadziły do zamieszek, masowych protestów, a nawet zmian prezydentów, ewakuujących się w pośpiechu helikopterami ze swoich oblężonych pałaców. Zaskakujące, że Milei nie uczy się na błędach historii własnego kraju, lub historii najnowszej swojego sąsiada, Chile, gdzie podobne do niedawno wprowadzonych podwyżek cen transportu publicznego, zaowocowały przewrotem społecznym, krwawym buntem przeciwko policji i wojsku, a ostatecznie, doprowadziły do zmiany prezydenta i rozpisania referendum mającego wprowadzić nową konstytucję.

Co roku, kiedy spotykam pierwsze jerzyki macham do nich obiema rękami i pokrzykuję: „dzień dobry! witajcie!” A one odmachują skrzydełkami i odpowiadają. Dopóki są z nami, zdarza mi się dość często gapić się w górę. One wyrażają to, czego ja nie potrafię – radość z bycia tu, wdzięczność za świetlistość, za niebieskość, za bycie w związku z innymi istotami. Dzięki nim lato jest, dla mnie, w całości świętem współistnienia. Czy Ty też masz swoje ulubione ptaki?

Dwugłos o przyrodzie i miłości
Monika Kostera i Joanna Średnicka

M: Teraz, na samym początku maja, jest ten czas, kiedy jak co roku czekam i patrzę w niebo. Gdziekolwiek jestem, spoglądam w niebo, mam kawałek świadomości czuwający w peryferyjnej wizji, w nadziei, że je zobaczę. Choć wcale nie muszę, bo gdy się pojawią, natychmiast je słyszę, nawet siedząc w domu przez zamknięte okno. Ich charakterystyczne nawoływania są dla mnie okrzykami powitania i radości. Co roku, kiedy spotykam pierwsze jerzyki macham do nich obiema rękami i pokrzykuję: „dzień dobry! witajcie!” A one odmachują skrzydełkami i odpowiadają. Dopóki są z nami, zdarza mi się dość często gapić się w górę. One wyrażają to, czego ja nie potrafię – radość z bycia tu, wdzięczność za świetlistość, za niebieskość, za bycie w związku z innymi istotami. Dzięki nim lato jest, dla mnie, w całości świętem współistnienia. Czy Ty też masz swoje ulubione ptaki?

J: Lubię krukowate, choć bywają dość przeraźliwe i groźne.  Wrony, kawki, gawrony. Lubię obserwować jak działają, fascynujące jest jak zbliżyły się do człowieka, przeglądają nasze śmietniki i odpadki, świdrują tym swoim czarnym wzrokiem, jak przyuważą smakowity kąsek. Albo zrzucają orzech pod koła jadących samochodów, by dostać się do zawartości.  Jak dorastałam w Warszawie mój ptasi świat kończył się na nich, szpakach, wróblach, gołębiach, może jeszcze egzotycznych  sikorkach w Łazienkach. Miejskie ptaki, niemal oswojone, w większości , ciemne i ponuro-dostojne. W gęstej zabudowie rzadko widać dużo nieba, rzadko patrzy się w górę, trudno uchwycić przeloty, odloty, sezonowe ptasie podróże.

M: No właśnie, ja chodzę i gapię się w niebo – wyobraź sobie, że po tym ja napisałam o jerzykach, wyszłam na dwór i zobaczyłam moje pierwsze w ty mroku jerzyki! Teraz widzę je często, ale kosztem stresującego pieszego życia, bo ciągle ktoś na mnie wchodzi albo, co gorsza, wjeżdża, muszę uskakiwać w ostatniej chwili przed hulajnogami i rowerzystami wiozącymi pizzę na elektrycznych rowerach. Ale warto! Jerzynie tam w górze machają skrzydełkami, wykrzykują do siebie – i może też do mnie – niebieskie pozdrowienia. Aż sama czuję, że frunę z nimi. Ale lubię też inne ptaki i czasami spotykam je w mieście. Mam moje tajne ścieżki gdzie jest mnóstwo chaszczy i tam rządzą ptaki. Mam zainstalowaną fajną apkę – Merlin, ona pomaga mi rozpoznawać ptaki ale ma tylko angielskie nazwy, więc nie zawsze wiem jak one nazywają się po polsku. Kiedyś spotkałam pustułkę niedaleko mojej pracy i miałam takie prawie nabożne uczucie, że ona wyróżnia mnie będąc tam właśnie wtedy – takie wrażenie fuksa jak pewnie bywa wygrana na loterii ( nie wiem, nigdy nie wygrywam, nawet wtedy gdy połowa losów to losy wygrane).

J: Zawsze jest dobry pretekst i moment by sobie ponarzekać na system edukacji, więc nie oprę się tej  pokusie.  Zastanawiam się od dawna, czemu po z grubsza 8 latach regularnej edukacji biologicznej (nie licząc pierwszych klas podstawówki), nie jestem w stanie sprawnie rozpoznawać szerszego ptasiego grona, całkiem niewiele wiem o ich życiu, podróżach, obyczajach? Przecież to taki fascynujący świat! To tak oczywiste i naturalne, że nie wierzyłam, by ktoś wpadł na pomysł, by biologii, przynajmniej na pierwszym etapie nie uczyć właśnie w terenie, pokazując okoliczne drzewa, ptaki, kwiaty. I wyobraź sobie, że tak właśnie jest zaplanowane w rozporządzeniu dotyczącym podstawy  programowej: „edukacja przyrodnicza, powinna być realizowana przede wszystkim w naturalnym środowisku poza szkołą” ! Co więcej jak pięknie analiza ptasich wędrówek nadaje się na przykład do zgłębiania geografii. Wyobrażałam sobie ostatnio zadziwienie urodzonego na polskim Podlasiu  bociana, który odkrywa w swojej pierwszej afrykańskiej wyprawie konie w paski, czy długoszyje stwory sięgające konarów drzew. Fascynujące, jak idee nie są wcielane w życie, zabijane przez narosłe na nich systemy, przemęczone organizacje, presje (na wynik, tu akurat pewnie na szkolnych  egzaminach?).  Nie starcza czasu na to, co najbardziej sensowne?

M: Strasznie podoba mi się ta wizja – bociana Polaka obieżyświata! Teraz będę tak o nich zawsze myśleć. Nasz rodak pewnego dnia wzbija się w niebo i leci daleko, od świata łaciatych krówek przez kraje gdzie biegają kosmate mangalice, wybrzeża gdzie spacerują żółwie greckie w elegancki wzorek – aż do kraju koni w paski! Wiesz, myślę sobie, że może to właśnie dlatego, że zbyt rzadko uczymy się przyrody w naturalnym środowisku my, istoty ludzkie, potrafimy mieć taki niski poziom empatii wobec innych istot żywych. Wszak uczymy się, że są one tylko zdjęciami i formułkami w książkach!

Miejskie ptaki robią co mogą, żeby być naszymi nauczycielami, krygującymi te błędy formalnej edukacji. Weźmy takie mewy na szwedzkim wybrzeżu – nie tylko cały czas coś tam gadają nad naszymi głowami, ale czasami bezstresowo częstują się naszą bułką z wegańskim hotdogiem – to mi się kiedyś zdarzyło w Göteborgu. Albo wróble, które próbują konkurować z nudnym, brzęczącym budzikiem – często bardzo skutecznie. Często ostatnio jestem im wdzięczna, gdy mnie obudzą przed męczącym sygnałem elektronicznej pobudki. Że już nie wspomnę o zasługach zaokiennego pierwiosnka zwyczajnego, który pilnuje, by nie trzymać studentów za długo w sali wykładowej. Myślę, że ptaki w ogóle uczą nas wielu potrzebnych rzeczy – od patrzenia w górę począwszy, a na lekcji biologicznej empatii skończywszy.

No i bardzo lubię kury. Taki nieromantyczny, domowy ptak, ale z jaką pogodą ducha! Nic dziwnego, że łowicka sztuka ludowa jest pełna obrazów kurek i kogutów. A Ty, czy lubisz też jakieś ptaki domowe?

J: O tak, kury i koguty są świetne. Uwielbiam ten ich – może tylko pozornie? – chaotyczny, nawet lekko neurotyczny  pląs w poszukiwaniu ziaren. Uroczo zmykają też przeganiane przez gospodarzy, gdy wlezą gdzie nie trzeba. Nie wyobrażam sobie wsi, bez porannego piania koguta.  Chyba  jednak jest w tych  kurach trochę romantyzmu?  No i są też gęsi. Od kiedy poznałam historię ich rzymskich zasług i potencjał obronny,  marzę o nobliwej,  wędrującej po ogródku gęsi. Gdyby jeszcze tak lubiła pogryzać trawnik… To by dopiero było coś!


 

Koalicja “Kobiety dla Klimatu” mobilizuje feministki do działania na rzecz ochrony klimatu.  Koalicja powstała jako rezultat działań przeciwko ubóstwu energetycznemu kobiet w Polsce.

Koalicja mówi o sobie: w 2023 roku, jako Akcja Demokracja, zaczęłyśmy realizować projekt oparty na badaniach Instytutu Badań Strukturalnych*, tworząc koalicję aktywistek feministycznych, klimatycznych, działaczek, badaczek naukowych i reprezentantek różnych organizacji i instytucji działających na rzecz kobiet i klimatu.

Stworzyłyśmy manifest przeciwko ubóstwu energetycznemu kobiet w Polsce oraz zaplanowałyśmy szereg działań, które rozszerzyłyśmy o kolejne tematy m.in. o: edukację, politykę transportową, kwestię wzmocnienia potencjału młodych dorosłych oraz dziewcząt, prawa zwierząt, politykę społeczną (problem luki płacowej, system emerytalny).

Według danych GUS z 2021 ok. 3 mln polskich gospodarstw domowych jest prowadzonych przez samotnie mieszkającą kobietę lub matkę sprawującą nad kimś opiekę. Wśród tych gospodarstw 350 tysięcy, czyli 12%, zgodnie z Raportem IBS* z 2023 roku, doświadcza problemu ubóstwa energetycznego. Raport ten opisuje trudy dnia codziennego osób zmagających się z wyżej wspomnianymi problemami. Po zapoznaniu się z nimi, wraz z koalicjantkami, wyodrębniłyśmy problemy, z jakimi mierzą się kobiety w Polsce. Te utrudnienia łączą się z następstwami katastrofy klimatycznej lub w przyszłości mogą się z nią łączyć.OK

Zachęcamy do dołączenia do naszej koalicji.
Budujemy ruch kobiet dla klimatu, ponieważ to my, kobiety, ponosimy największe konsekwencje katastrofy klimatycznej, zarazem najbardziej się o klimat troszcząc!

Kongres Kobiety dla Klimatu będzie wielkim wydarzeniem łączącym działaczki z ruchów feministycznych, klimatycznych oraz ruchów pro-zwierzęcych!

Już 7 września 2024 roku o godzinie 12:00 w Warszawie rozpocznie się kongres, podczas którego planowane są  debaty z prominentnymi działaczkami, koncert zespołu Alfah Femmes oraz wystawa prac Elwiry Sztetner, artystyki ekofeministycznej.

Będziemy rozmawiać o tym dlaczego klimat jest ważny dla kobiet, czy ubóstwo energetyczne ma twarz kobiety oraz co łączy prawa zwierząt pozaludzkich z prawami kobiet.

Wejściówki oraz więcej informacji na temat dołączenia do naszych działań, wkrótce pojawi się na dedykowanej stronie inicjatywy. Chcesz wiedzieć więcej na temat koalicji i dotychczasowych działań? Kliknij TU.

#Ekofeminizm
————————

* Ubóstwo energetyczne kobiet w Polsce, Instytut Badań Strukturalnych, 2023, Joanna Mazurkiewicz, Aleksandra Prusak, Jakub Sokołowski, Jan Frankowski

Źródło: notka prasowa Koalicji Kobiety dla Klimatu