Na szczęście przyroda i sztuka zanurzone są w czasie, a jednocześnie istnieją poza nim. Nieraz rzucają wyzwanie zastanemu porządkowi, który bywa niszczący (jak rośliny przebijające się ku słońcu poprzez gruzy różnych kamiennych pustyń uczynionych przez człowieka) ale też wprowadzają swój porządek przypominający człowiekowi o jego naturze i harmonii. Dlatego, też korzystając z atmosfery tworzonej przez dialogi Moniki z Dominiką gdy „przyszedł” do mnie tekst o górach, poskramiam ciekawość i wracam jeszcze do poprzedniej rozmowy, o słońcu.
Miałem już wcześniej „post scriptum” do tamtego tekstu zarysowane na poziomie miłego wrażenia, jak zawsze powstającego u mnie po lekturze dialogów naukowczyni i artystki. Jednak wydarzenia z rejonu kryzysu uniwersytetów, które zbiegły się z moją lekturą, a które dotknęły osoby tak wrażliwe i twórcze, jak rozmówczynie „Zielonych Wiadomości” spowodowały, że porzuciłem niedokończone refleksje by na miarę swych skromnych sił wesprzeć wspomniane osoby krzywdzone przez instytucję. Ot, sytuacja psychologa oscylującego między światem idei i całkiem realną ludzką krzywdą, często powodowaną przez złe, niszczycielskie idee.
Ale to doświadczenie tylko chwilowe. Wracam do dialogu o słońcu. Wracają też wrażenia, jakie zawdzięczam temu tekstowi. Był on, a i nadal jest, dla mnie przede wszystkim zaproszeniem do spokojnego odpoczynku w promieniach słońca, wśród znajomych obrazów Turnera, Rembrandta i van Gogha (choć jak zwykle nie brak wspomnienia artystów, o których słyszę po raz pierwszy).
W dialogu o słońcu pełnym głosem mówi także nauka, poprzez refleksję Dominiki nad biografią Kopernika. Myślę, że nie przez przypadek, to właśnie artystka zaprasza naukę do rozmów o sztuce. Monika od wielu lat dopomina się, by doceniać wartość ścisłego przenikania się pracy naukowej i działalności artystycznej (przy zachowaniu poznawczych autonomii obydwu dziedzin), ale dopiero spojrzenie „z zewnątrz” pomaga doświadczyć pełni takiego splotu. Przypomina się myśl metodologiczna ks. Michała Hellera, włączającego do całość nauk, łącznie z ścisłymi, do humanistyki (jako aktywności głęboko ludzkiej), a także zwracającego uwagę na sympatyczny szczegół, iż źródłem hipotez naukowych, weryfikowanych następnie za pomocą wyrafinowanych procedur metodologicznych, bywają sny. Warto przypomnieć choćby polskich matematyków, humanistów ze szkoły lwowsko-warszawskiej, takich jak Hugo Steinhaus, jeden z twórców matematyki stosowanej, a zarazem autor ślicznych aforyzmów.
Niedawno uświadomiłem sobie w rozmowie z koleżanką germanistką, która równocześnie z wysublimowaną analizą kategorii literackiego i obrazkowego przedstawiania wojny, pisze ikony oraz zajmuje się metaloplastyką, że sztuka dla naukowca nie jest dodatkiem, ale jest formą uprawiania nauki, budowania naukowego świata. Sztuka, realizowana bądź kontemplowana przez naukowca stanowi nie tylko źródło pomysłów (co świetnie pokazał film „Oppenheimer” na przykładzie głównego bohatera), ale także broni naukę przed banałem. Sztuka, jak słońce, daje promienie oświetlające i ocieplające zmagania badacza z mrokami niewiedzy. Oświetla też i ociepla refleksję nad sensem przemian, niesionych przez naukę.
Turner, o którym wspomina Monika to dla mnie autor przede wszystkim jednego obrazu: „Ostatniej drogi Temeraire’a”. Oglądałem to dzieło jako licealista w londyńskiej Nationall Gallery. Do dzisiaj wyznaczył mi horyzonty refleksji o przemianach idei i aplikacji naukowych. U Turnera to był żaglowiec holowany przez statek parowy. Dziś to jest oczywiście AI. A dopiero teraz, po lekturze dialogu Moniki z Dominiką uświadomiłem sobie, jak istotną rolę odgrywa na tym obrazie słońce unoszące się nad horyzontem, ocieplając całą scenę, nie ujmując jej nic z dramatyzmu Tak i teraz twórczość artystyczna stwarza nadzieję ocieplenia, a zarazem zdynamizowania dyskusji o AI w całej dramatyczności (przy przyjęciu szekspirowskiego rozumienia tego przymiotnika) związanych z nią realiów, szans i zagrożeń.
Słońce przypomina również o rzeczywistości pustyni, często będącej konsekwencją nieprzemyślanych działań człowieka. Ale nawet pustynia nie musi być końcem. Są przecież ludzie, którzy żyją także na niej. Wielki pasjonat człowieka w malarstwie, jak piszą o nim autorzy wystawy zapowiadanej właśnie w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej, Józef Czapski, potrafił także, na kartach „Tumultu i widm”, zachwycać się kolorami pustyń mijanych podczas drogi z wygnania. Ale przede wszystkim zachwycał się kolorytem spotykanych ludzi. Może więc wspomniana wystawa stanie się miejscem spotkań różnych osób ponad podziałami, które chcą podjąć refleksję nad pustynią i człowiekiem w naszych czasach. A także odpocząć w cieniu, a może raczej promieniach rysunków i obrazów Czapskiego?
Zacząłem moje pod scriptum wspominając o odpoczynku. Bo właśnie odpoczynek od dawna nieodmiennie kojarzy mi się ze słońcem. To był początek lat 90. ubiegłego stulecia. Jako młody akademik miałem okazję uczestniczyć w Letnim Uniwersytecie na trzech holenderskich uczelniach. Stanowiło to jedną z nie tak częstych wciąż okazji wyjazdu do krajów „zza żelaznej kurtyny”, która dopiero co opadła. Organizatorzy zadbali także o dni wolne. Jeden z nich spędziłem z koleżankami i kolegami na wizycie w Muzeum Rembrandta. Przy następnym dniu wolnym mieliśmy dylemat, czy pojechać rowerami „do van Gohga” czy „skoczyć” za pobliską belgijską granicę, by pobawić się w mało znanym wówczas Polakom parku Disneyland. Czytelnicy „Zielonych wiadomości’ na pewno domyślają się, co wybraliśmy. Do dziś mam lekkie akademickie poczucie winy, ale przede wszystkim pamiętam oświetlone słońcem kolory drogi i kolory zabawy na miejscu. Zupełnie jak z obrazów van Gogha.

