Strona główna » Artykuły » Publikacje » Felietony » Dwugłos o sztuce i przyrodzie: Słońce

Dwugłos o sztuce i przyrodzie: Słońce

Dominika Kieruzel i Monika Kostera prowadzą fascynujący dialog o słońcu, śledząc jego obecność w rewolucyjnych odkryciach naukowych, wielkich dziełach malarskich oraz intymnych, codziennych rytuałach. Od geometrycznej prostoty wykresów Kopernika po żarliwe barwy Van Gogha, autorki odkrywają słońce jako źródło rezonansu, które łączy chłodną astronomię z najgłębszą ludzką pasją i miłością.

Monika: Dominiko, jesteś artystką, a ja naukowczynią społeczną – porozmawiajmy o sztuce I przyrodzie. Nie w sensie teorii czy historii sztuki przedstawiającej naturę, ale o stanie świadomości, komunikowanym przez naturę wyobrażaną przez sztukę. Socjolog Hartmut Rosa pisze o rezonansie, czyli o szczególnej właściwości relacji człowieka ze światem. Jest to niejednoznaczny, nieliniowy sposób tworzenia więzi między istotami i rzeczami, które mogą być bliskie lub odległe. Rezonans sprawia, że uczestniczący w nim w zasadniczy sposób zmieniają się wzajemnie. Świat w ten sposób „mówi” do nas i słuchanie go sprawia, że pojawiają się doświadczenia nadające i tworzące sens. Nie da się go kupić, spowodować, wyprodukować, zaplanować – ale też nie jest przypadkiem, nie wydarza się mimo woli. Udział w nim wymaga dyscypliny, cierpliwości i świadomości. Dzięki rezonansowi możliwa jest regeneracja społeczeństw ludzkich. Jednym z potężnych nośników rezonansu jest sztuka. Dlatego nie jest to działalność czysto pięknoduchowska, lecz coś, co ma praktyczną moc generowania nowej energii.

Dominika: Ostatnio przeczytałam niezwykle inspirującą biografię Mikołaja Kopernika, autorstwa Stanisława Grzybowskiego. Kopernik zajmował się astronomią po godzinach więc,  jak też bywa u wielu artystów, jego najważniejsza praca nie była płatna. Chciałabym spojrzeć na pierwsze wydanie ‘O obrotach Ciał Niebieskich’  i rysunek wykonany przez Kopernika – wykres układu słonecznego, w  jego centrum słońce. Wykres jest bardzo prosty i coś w tej prostocie bardzo mnie pociąga. Ten rysunek jest podłożem naszego rozumienia świata, stelażem naszego mentalnego universum. Fascynująca jest myśl o przesunięciu percepcji z ruchomego słońca, do ruchomej Ziemi, o tym jak to się zadziało w jego głowie i o tym, że zrodziło się to z pracy, która była pasją, która, myślę, musiała być spontanicznym ruchem serca, ruchem umysłu.

Nicolai Copernici Torinensis De revolutionibus orbium coelestium, libri IV, Nuremberg, Iohannes Petreius, 1543

Monika: Bardzo piękna myśl ze stelażem. Kiedy zaczęłam myśleć o sztuce i słońcu to zobaczyłam przed oczami od razu wschody i zachody słońca Josepha Mallorda Williama Turnera. Na przykład The Scarlet Sunset przedstawia słońce zachodzące nad mostem. W tle kontury miejskich budynków, na pierwszym planie niewyraźne łódki – chyba rybacki port. Jednak to słońce jest tu bohaterem obrazu, ono jako jedyne zdaje się mieć cel i świadomość tego, co robi. Na tym obrazie słońce jest malarzem – tak jak mówisz, ono pracuje przy tym stelażu naszego uniwersum. Nie tylko maluje, ale też się podpisuje na wodzie. A może raczej jest to sztuka kaligrafii, jak w starej japońskiej tradycji shodō, która jest w gruncie rzeczy formą medytacji?

Dominika: Przepiękny Turner, to gwasz i akwarela na papierze, więc może malowana w plenerze? Myślałam dziś o tym obrazie zerkając na zachód słońca za oknem i pomyślałam o tym jak ważne są dla nas te zachody. David Mamet pisał, że dramatyzujemy pogodę, ale wydaje mi się, że to pogoda może być źródłem naszego zmysłu do dramaturgii. Podniesienie kurtyn w teatrze jest jak odsłonięcie zasłon rano. Tyle rzeczy dzieje się na niebie. A słońce jest głównym bohaterem. Jaki będzie dzisiaj dzień? Dźwięki z zewnątrz kiedy jest jeszcze ciemno, ptaki, samochody, czasem deszcz, a potem pierwsze światło i świat budzi się na nowo. Wieczorem uspokaja się, hipnotyzuje powoli i jednostajnie zmieniającymi się gradientami. Niedawno znowu zaczęły się długie zachody. To jest cudowne zjawisko. Zeszłego lata patrzyłyśmy na nie z maleńką Zosią prawie co wieczór. A dotyk słońca – tak, na wodzie to jest kaligrafia! Mój nauczyciel z Chelsea College of Art, Roger Ackling, rysował słońcem na znalezionych kawałkach drewna, robił to po prostu trzymając w dłoni szkło powiększające podczas gdy słońce świeciło mu przez ramię… Wynikały z tego magicznie wyglądające obiekty naznaczone czarnymi, wypalonymi, równoległymi liniami, z ogromem siły i elegancji. Każda praca reprezentowała czas spędzony w danym miejscu, np na plaży w Orkney lub Wybourne, każda była robiona w jedno posiedzenie. Zresztą interesował się również sztuką i kulturą japońską, a więc medytacja i kaligrafia na pewno są punktem stycznym. Roger miał niesamowicie spokojne i pogodne usposobienie. Powiedział mi że może zdarzyć się i tak, że to co robię będzie ważne tylko dla garstki ludzi na świecie, że nie ma w tym nic złego. Kluczowe jest, że płynie to ze mnie w naturalny sposób; odradzał zapędów aby kontrolować percepcję odbiorców. Często używał powiedzenia ‘prywatne rytuały mogą zmienić oblicze świata’. Uwielbiam to, wskazanie na praktykę spędzania czasu w prywatności z otoczeniem jako zalążek sztuki, ale też jako coś, co jest związane z byciem człowiekiem, byciem istotą żywą. Bycie świadkiem wschodów i zachodów słońca, taki przykład prywatnego rytuału…

Monika: nie znałam prac Rogera Acklinga, dziękuję za polecenie! Ależ to ciekawe – słońce świacące przez ramię… Przywodzi mi to na myśl obraz Pekki Halonena Zimowy krajobraz w świetle słonecznym, który przedstawia skandynawski zimowy las, młode drzewa i śnieg. Słońce nie jest na obrazie przedstawione, ale ono działa przez ramię malarza – widać długi niebieskie cienie na śniegu. Skandynawskie zimowe słońce jest jak anioł, który zstępuje czasami z nieba by wędrować razem z nami po ziemi. W grudniu, gdy dzień na dalekiej północy jest bardzo krótki, przez kilka godzin przesuwa się blisko przy linii horyzontu, rozświetlając śnieg na złoto i śmietankowo-biało, a wszystko, czego po drodze dotknie spływa długim, niebieskim cieniem. Obraz Halonena jest malowany wspólnie przez ludzkiego malarza i anioła, którzy pewnie są nieprawdopodobnie blisko siebie, jak na obrazie Rembrandta Święty Mateusz i Anioł. Halonen na tym obrazie wyraża – tak to widzę – ten rodzaj gościnności, o którym jest mowa w liście św. Pawła do Hebrajczyków, 13:2: „Nie zapominajmy też o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołom dali gościnę”. Ona otwiera nas na to, co poza nami przepływając przez nas, rozświetla nasz świat.

Dominika: Co za smakowita opowieść o zimowym słońcu finlandzkim. A Rembrandt jest moim najukochańszym malarzem. Wydaje mi się że często jego obrazy wyglądają tak jakby zakradały się do nich długie promienie słońca, takie właśnie jak o wschodzie lub zachodzie słońca. Jednocześnie światło nie odbija się od skóry człowieka ale magicznie aktywuje światło wewnętrzne, i te dwa światła spotykają się i łączą. A jeśli chodzi o gościnę, ostatnio zdałam sobie sprawę o czym jest opowieść o Marcie i Marii. W angielskim jest takie powiedzenie: ‘don’t let the great stand in the way of the good’, a u nas to ‘lepsze wrogiem dobrego’. Siedzenie i słuchanie jest dobre, byłoby lepiej gdyby było do tego świetne jedzenie i pięknie ubrany stół. Ale jeśli tylko na jedną z tych rzeczy starczy czasu? Więc, żeby móc usiąść razem, czy z ludźmi czy z innymi istotami, trzeba na chwilę przestać dążyć do celu, przestać dążyć do perfekcji. Zatrzymać się na tym co dobre. Wcale niełatwo, a może jest to właśnie coś co prowadzi do wspólnoty i inspiracji… Poczytuję teraz znowu ‘The Book of Hours’ Thomasa Mertona. On często wspomina słońce, np tu: ‘There is no way of telling people that they are all walking around shining like the sun.’ Książka jest ilustrowana rysunkami Johna Giulianiego, który również był benedyktynem, są tam różne wersje słońca z ludzką twarzą. Natomiast Giuliani malował również ikony przedstawiające rdzennych amerykanów. Aureola jest tam jak słońce z tyłu głowy. Być może przez aureolę świętość jest wyrażana tak: słońce jest ze mną (i za mną!)… Myślę teraz o tym jak trudno patrzeć bezpośrednio na słońce i o starotestamentowym Bogu, na którego nie można było spojrzeć….

Monika: To bardzo piękne! Te ikony, świętość, na którą nie można spojrzeć… Pomyślałam o słońcu Williama Blake’a na akwareli The Sun in his Wrath, czyli słońce w swoim gniewie. Wszystkie postaci, także personifikacja słońca, są łagodne, trudno zauważyć tytułowy gniew. Raczej widoczna jest energia unosząca w górę, ku prawemu górnemu rogowi, postać na słonecznej kuli, jakby wstrzykująca pęd w stosunkowo spokojny przepływ w dole: rzeki, liści, relacji między postaciami. Dwie centralne postacie, odziane w zwiewne szaty, idą powoli, ręka w rękę, kontemplacyjnie. Jedna z nich ma niewielką aureolę nad głową, wpisującą się w słoneczną eksplozję u góry obrazu. Po bokach mniejsze, również kontemplacyjne postaci, zdają się odbijać światło słoneczne. Światło odbija się też od połączonych dłoni dwóch centralnych kobiet i od książki trzymanej przez jedną z nich w ręku. Dla mnie to jest jakby ilustracją tego, o czym piszesz o ludziach świecących jak słońce. To wspaniałe zdanie, piękne ikony – i cudna myśl. Jesteśmy bateriami słonecznymi, słońc ziemskich i nieziemskich.

Dominika: No właśnie, energia! Życie! Zdałam sobie sprawę, że od jakichś dwudziestu lat nie opalałam się. Możliwe, że w pewnym momencie wydało mi się to próżne, albo niewystarczająco produktywne. Ale na wakacjach u babci, na obozach opalanie się było czymś niezwykłym, atmosferycznym, aktywnością totalnie inną od wszystkich. Można było tak kiedyś, położyć się i leżeć w słońcu. Nagle wkradało się jakieś oszołomienie i wszystko było bardziej wyraziste: dźwięki, kolory, czas płynął wolniej, sączył się… NIebezpieczeństwa tej aktywności to swoją drogą, ale dotyk słońca na skórze jest czymś nieporównywalnym. Patrzę teraz na ołtarz domowy z Echnatonem i Nefertiti. Promienie słoneczne kończą się dłońmi, a niektóre z nich trzymają symbol życia. Fantastycznie dosłowny dotyk słońca.

Fragment statuetki przedstawiającej Echnatona i Nefertiti, Pergamon Museum, Berlin, 1530 BCE, fot. Monika Kostera

Monika: Ach! To jest coś pięknego, bardzo mocno rezonuje ze mną! Słońce symbolizujące miłość, tworzenie więzi. Kilka lat temu byliśmy w Starym Muzeum w Berlinie, gdzie podziwialiśmy między innymi sztukę z tego okresu i niezwykle mnie poruszył maleńki fragment który pozostał po figurce przedstawiającej Echnatona i Nefertiti – dwie połączone dłonie…

Zostały tylko one, a jednak, odnoszę wrażenie, to jest najważniejsze z całości, z historii wielkiej i małej. Co zostało złączone w ten sposób, nie ulega rozdzieleniu, nie podlega prawu entropii. To ważne, bo entropii ulega wszystko, co ziemskie – „z prochu powstałeś, w proch się obrócisz”.  Najwyraźniej miłość jest więcej niż tylko ziemska…

Co znów przywodzi mi na myśl Van Gogha – mówiłyśmy już o jego wizjach we wcześniejszej rozmowie, te o kwiatach. Teraz jednak myślę o obrazie przedstawiającym wierzby w zachodzącym słońcu. Tu promienie słońca łączą ze sobą wszystko, co żywe: niebo i ziemię, drzewa i trawy, nawet dwie proste równoległe rzeki w oddali – a jak wiadomo proste równoległe łączą się dopiero w nieskończoności. Ten obraz pokazuje więc tę samą zasadę co wyżej – złączenie – ale w odniesieniu do całego krajobrazu, nie do osób ludzkich. To tak jak mówił święty Franciszek z Asyżu – przyroda jest przejawianiem się Boga w świecie, życie to ślady przechadzającego się wśród nas Boga.

Vincent Van Gogh, 'Wierzby w Zachodzącym Słońcu’, olej na płótnie, 1888

Dominika: Uśmiecham się do tego.

Co jakiś czas w tym miesiącu nachodziła mnie myśl, że słońce jest czymś zbyt potężnym, aby o nim pisać. Że język jest zbyt drobny, lub też nasza forma zbyt krótka. Ale w obrazach i symbolach wydarza się coś bardzo ciekawego: patrzę na zestawienie wykresu Kopernika i dłoni Nefertiti i Akehnatona, i myślę, że słońce gdzieś tam jest, pomiędzy astronomią a miłością, płonące żywą pasją, budzące w nas namiętność i zamiłowanie do życia.

Odkryj więcej z Zielone Wiadomości

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej