na YouTube

Więcej niż artykuły

Rozmowy z ekspertami i podcasty na YouTube


                            Autorzy kanału Zielone Wiadomości na YouTube
Odwiedź kanał →
Strona główna » Artykuły » Publikacje » Felietony » Dwugłos o sztuce i przyrodzie: ludzka praca

Dwugłos o sztuce i przyrodzie: ludzka praca

Monika Kostera i Dominika Kieruzel zapraszają na fascynującą wędrówkę przez historię sztuki i ludzkiego wysiłku – od impresjonistycznych płócien i chłopskich pól, po wiktoriańskie oczyszczalnie ścieków. Przed wami niezwykły dwugłos o odzyskiwaniu sprawczości, godności spracowanych dłoni i zacieraniu granic między codziennym trudem a twórczą medytacją.

Crossness Pumping Station, kadr z filmu Roba Harrissa
Crossness Pumping Station, kadr z filmu Roba Harrissa

Monika: Dominiko, jesteś artystką, a ja naukowczynią społeczną – porozmawiajmy o sztuce i przyrodzie. Nie w sensie teorii czy historii sztuki przedstawiającej naturę, ale o stanie świadomości, komunikowanym przez naturę wyobrażaną przez sztukę. Socjolog Hartmut Rosa pisze o rezonansie, czyli o szczególnej właściwości relacji człowieka ze światem. Jest to niejednoznaczny, nieliniowy sposób tworzenia więzi między istotami i rzeczami, które mogą być bliskie lub odległe. Rezonans sprawia, że uczestniczący w nim w zasadniczy sposób zmieniają się wzajemnie. Świat w ten sposób „mówi” do nas i słuchanie go sprawia, że pojawiają się doświadczenia nadające i tworzące sens. Nie da się go kupić, spowodować, wyprodukować, zaplanować – ale też nie jest przypadkiem, nie wydarza się mimo woli. Udział w nim wymaga dyscypliny, cierpliwości i świadomości. Dzięki rezonansowi możliwa jest regeneracja społeczeństw ludzkich. Jednym z potężnych nośników rezonansu jest sztuka. Dlatego nie jest to działalność czysto pięknoduchowska, lecz coś, co ma praktyczną moc generowania nowej energii.

**

Przygotowuję się do kolejnej książki – wraz z współautorem będziemy pisać o pracy. W związku z tym niedawno wróciłam do jednego z moich ulubionych impresjonistycznych obrazów. Namalował go Gustave Caillebotte i przedstawia pracujących cykliniarzy. Ten obraz kojarzy mi się z innymi jego pracami przedstawiającymi wioślarzy. Jest w nich taka sama równowaga wysiłku i zadumy. Współczesny Caillebotte’owi francuski stolarz parkieciarz i filozof samouk Gabriel Gauny opisuje pracę niezależnego rzemieślnika jako połączenie rutyny i medytacji. Człowiek pracuje, ale jednocześnie chłonie widok ogrodu za oknem. I wysiłek i medytacyjny namysł stanowią nieodłączną część organicznej pracy. Jest to w zasadzie odwrotność wyalienowanej pracy przemysłowej jak na litografii George’a Grosza, gdzie fabryka jest ogromnym potworem pożerającym robotników. Ciekawe, co sztuka opowie nam o tym, czym jest ludzka praca – naturą czy zabijaniem natury?

Dominika: Acha! Przeciekawy temat! I co za pytanie… Pochodzę z rodziny rolniczej i w początkach mojego życia praca często wiązała się z zapatrzeniem i wyczuwaniem się w zmieniającą się przyrodę. Wiązała się również z „posiadaniem” tego co się robi czy też braniem za to odpowiedzialności (myślę o angielskim zwrocie ownership). Było zazwyczaj ciężko, szczególnie w latach dziewięćdziesiątych. W bardzo wielu aspektach to życie było dalekie od idylli, ale ziemia, kontakt z nią w jej cyklach, to było coś monumentalnego, czerstwe, żywe piękno. W szerszej rodzinie, niezależnie od zawodów, ktokolwiek mieszkał na wsi, uprawiał ziemię w jakiś sposób. W związku z tym realizm dziewiętnastowieczny jest mi bliski, a tam Babie Lato Chełmońskiego – bo jest w nim poczucie delektowania się przyrodą w trakcie pracy (wczoraj było babie lato!). Nawiązując też do twoich „Cykliniarzy”, były okresy kiedy zbierała się do pracy cała rodzina – wykopywanie ziemniaków albo praca przy plonach chrzanu, i to była właśnie taka wspólna rytmiczna praca. Był obowiązek wspólnego chodzenia do lasu na grzyby i jagody kiedy były w sezonie i wtedy zbierało się zapasy na cały rok. W „Zbierających kłosy” Jeana Francoisa Milleta kobiety właśnie pracują razem, zbierając resztki po plonach. Po francusku to Les Glaneurs a po angielsku Gleaners – więc w tych językach jest specyficzne słowo na tą profesję, zbierania resztek po plonach, zbierania tego co jeszcze można uratować. Rut ze starego testamentu, żeby zapewnić pożywienie sobie i swojej teściowej, zbierała kłosy po żniwiarzach. Na jednym polu pracował właściciel, jego pracownicy, dziewczęta zbierające kłosy i dopiero po nich kobieta z zewnątrz, i dla niej też znalazło się miejsce. Żniwa to taka niezwykła sytuacja, gdzie aby jak najwięcej uratować zbierają się różni ludzie i pracują, być może czasem wbrew swojej naturze, ale jednak pod dyktando natury… Agnes Varda zrobiła przepiękny film o współczesnych zbieraczach, np po giełdach owoców i warzyw, co i ja kiedyś robiłam w Londynie, na Battersea Fruit and Veg Market. Varda mówi o tradycji les glaneurs – o wspólnej pracy w naturze. W naszych czasach jest to często praca w pojedynkę, no i w mieście.

Monika: Piękno i trud pracy na roli – i ta staranność, która kojarzy mi się z nabożeństwem… Przywodzi mi to na myśl artystów skandynawskich malujących wieś. Skandynawscy chłopi mieli przez stulecia szczególnie trudne warunki pracy – klimat nie sprzyjał rolnictwu, ziemia była ciężka do uprawy. Dlatego zbierający kartofle na obrazie Erika Olsona łączą tę absolutną staranność, ogromny trud i triumf człowieka dobrze wykonującego swoją pracę w monumentalny sposób – tytuł Monument dla zbieraczy ziemniaków nie jest wcale na wyrost.

Odpoczynek skandynawskiego chłopa jest podobny jak w przecudnym Chełmońskim, którego przywołujesz, ale też inny – rolników Północy nie stać jest na tak totalne delektowanie się na jakie może pozwolić sobie polska rolniczka – pewnie z zamożnej wsi księżackiej pod Łowiczem (pochodził stamtąd Chełmoński a także część mojej rodziny). Norweski malarz Christian Skredsvig przedstawia tak wiejską Idyllę – zadowolony rolnik beztroskim krokiem idzie przez bujną trawę. Towarzyszy mu kotek (u Chełmońskiego mamy za to psa).

No właśnie, i w tym kontekście Les glaneurs et la glaneuse Agnes Vardy pokazuje coś szczególnie ważnego, o czym zbyt często nie pamięta się w publicznym dyskursie o pracy – nie jest to tylko wysiłek, czy nawet aktywność i refleksyjność, ale dialog z otoczeniem. Szczegółowe planowanie, narzucanie struktury, odbiera pracy wymiar spotkania, szczęścia, troski, który jest tak magnetycznym wątkiem tego filmu.

Ja wychowałam się częściowo w rodzinie robotniczej, więc rezonują ze mną szczególnie reprezentacje pracy rzemieślniczej i przemysłowej takie jak na przykład Kuźnia żelaza Josepha Wrighta z Derby, gdzie mamy wszystko razem: wysiłek, staranność, refleksję, odpoczynek, a nawet psa. I coś jeszcze – społeczny charakter pracy. Postaci na obrazie raczej nie rozmawiają ze sobą, w każdym razie nie intensywnie, a jednak są razem, tak jak parkieciarze Caillebotte’a.

Dominika: Bardzo mi się podoba to, co mówisz o pracy jako pewnego rodzaju spotkaniu ze światem. Parę lat temu usłyszałam wywiad z Michaelem Marmotem, epidemiologiem brytyjskim, który skonstruował dwa duże badania (Whitehall Study i Whitehall II Study) nad wpływem różnych czynników w środowisku pracy na długość życia. Te badania sugerują że bezpośredni wpływ na zdrowie i długość życia mają: wymagania, sprawczość i wsparcie. Tak więc najkorzystniejszą dla nas sytuacją, jeśli chodzi o pracę, są wysokie wymagania, wysoka sprawczość i wysokie wsparcie. Od bardzo dawna to za mną chodzi, bo myślę że mówi o godności człowieka. Jeżeli praca jest spotkaniem ze światem to ważne są dla nas wyzwanie tego spotkania (wymagania), siatka społeczna która daje bazę i bezpieczeństwo (wsparcie), a także intymność tego spotkania (sprawczość), czyli to że w tej wymianie nie ma pośredników, a więc mogą pojawiać się tam spontaniczne decyzje – coś co jest tak charakterystyczne dla zabawy. Mnie pod tym kątem bardzo inspiruje Crossness Pumping Station w Londynie – jedna z pierwszych oczyszczalni ścieków na świecie, obecnie posiadająca status muzeum. Co niezwykle ciekawe, budynek jest przepięknie ornamentalny, we wnętrzu jest trochę jak w katedrze, żeliwne ornamenty botaniczne były zaprojektowane przez Henri’ego Charles’a Driverera, architekta Crossness, który był zainspirowany między innymi przez Johna Ruskina i jego idee niezależnej, sprawczej pracy artysty. Przeszło sto lat po zbudowaniu Crossness budynek był zapomniany, nieużywany, niszczał. Grupa lokalnych mieszkańców udała się do władz i poprosiła o dostęp, zaoferowali że w zamian w wolnym czasie będą go odnawiać. Pracują tak już od ponad 30 lat, odrestaurowali najpiękniejsze części budynku i doprowadzili do tego że właśnie tego lata Crossness Pumping Station stała się pełnoprawnym muzeum. Jest tam wciąż około czterdziestu wolontariuszy i wolontariuszek; ci ludzie, przeważnie na emeryturze, wzięli odpowiedzialność za to miejsce, prowadzą je, pracują razem, jedzą wspólne obiady, wspólnie decydują o jego przyszłości. Pewnie że są spory, gdzie są ludzie są i konflikty. Ale jest to niezwykle inspirujące miejsce. Dla mnie jest uosobieniem pracy która jest właśnie naznaczona sprawczością, spotkaniem, odpowiedzialnością za swoje lokalne otoczenie. Mieszkałam w sąsiedztwie tego miejsca w Londynie, i parę lat temu zrobiłam o nich  dokument radiowy, mam do nich naprawdę ogromnie ciepłe uczucia. No i, co też ciekawe, w sercu tego wszystkiego jest system ścieków – czyli wspólne dobro; a sztuka i architektura wyrażają misję tego miejsca – inżynieria w służbie naturze i w służbie ludności.

Monika: Praca dla dobra wspólnego, czyli najlepsze na co nas stać i co pojawia się czasami – choć rzadko – w historii ludzkości, a jednak sprawia, że ta historia jest czymś więcej, niż narracją o egoizmie, władzy, chciwości i małostkowości. Ale jednak można sobie zadać pytanie – po co takie cudne zdobienia, ta eksplozja twórczości w miejscu tak mało widocznym (i mało estetycznym) jak oczyszczalnia ścieków? Remigiusz Okraska w pięknym (choć zbyt mało czytanym) blogu poświęconym mało znanym winom z mało znanych winnic, wyjaśnia po co są takie perły smaku dalekie od komercyjnych autostrad. Przytacza następującą anegdotkę, którą wyczytał

… u Johna Lukacsa. Architekt Ödön Lechner zaprojektował w XIX wieku m.in. kilka monumentalnych budynków publicznych, głównie w Budapeszcie, choć także m.in. w Kecskemécie i Bratysławie. Słynął z tego, że jego projekty miały wiele wymyślnych i kosztownych zdobień, w tym takich, których w zasadzie nie można było zobaczyć z niemal żadnej perspektywy zwyczajnego ruchu miejskiego. „Po co są te ozdoby” – zapytał ktoś kiedyś Lechnera. – „Kto je zobaczy?”. – „Ptaki” – odpowiedział Lechner. Ot i rozwiązanie zagadki, choć zapewne wciąż nie dla wszystkich jasnej (Literki Butelki Kilometry, 2024).

Nasz dwugłos też nie ma wielu czytelników. Na pewno czytają go Redaktorzy, którzy zaopatrują teksty w piękne komentarze. Ale poza tym teksty nie zdobywają w mediach społecznościowych wielu lajków, a ich widoczność jest znikoma. Po co więc piszemy?

Myślę, że – przynajmniej w moim przypadku – najlepszej odpowiedzi udziela William, Blake, o którym też wcześniej mówiłyśmy w Jerusalem:

Muszę stworzyć własny system albo stać się niewolnikiem systemu stworzonego przez kogoś innego. Nie będę analizował ani porównywał: moim zadaniem jest tworzyć.

Blake, obecnie czczony jako geniusz i wizjoner, zresztą w czasie swego życia znajdował się na marginesie, nie miał zbyt wielu czytelników, a jego wspaniałe ręcznie iluminowane wydania własnych dzieł wzięły się z tego, że nikt inny nie chciał ich wydać. A propos tego, co powiedział i tematu naszej rozmowy, myślę, że portret Blake’a autorstwa Thomasa Philipsa, przedstawia bardzo pięknie pracę twórczą. Blake trzyma w dłoni pióro, ale nie zajmuje się wykonywaniem grafiki, tylko trwa w zamyśleniu…

Dominika: Wiesz myślę że ta praca dla dobra wspólnego wcale nie jest taka rzadka. Muhammad Yunus uważa że to jest głęboko w nas i że ta właśnie narracja o chciwości i egoizmie prowadzi do fałszywej, bardzo wąskiej definicji człowieka, polegając na tej definicji ludzie dążą do takiego życia które wcale nie daje im szczęścia. No właśnie – a cudne zdobienia – masz rację i ja o tym nie pomyślałam w ogóle, że piękno Crossness właściwie w głównej mierze było i jest dla ludzi którzy tam pracują. Kiedy oczyszczalnia została zbudowana, te obszary nadrzeczne były zupełnie niezamieszkałe, dlatego wybudowano tam mieszkania dla pracowników, którzy osiedlili się tam z rodzinami.

To co mówisz jest mi niezwykle bliskie. To co najpiękniejsze w sztuce i w wielu innych dziedzinach również, to to co rodzi się z poruszenia serca, i w takiej pracy naprawdę jest wolność i piękno spotkania ze światem, pomimo czasem bardzo trudnych warunków.

Kojarzy mi się to z książką o której od Ciebie wiem – Liesure, The Basis of Culture, Josefa Piepera’, czyli Wypoczynek jako podstawa kultury. Fantastyczny esej (który zdaje się był napisany jako wykład). Pieper pisze nie o pracy, ale o wypoczynku. To taka okazja w której jesteśmy i otwieramy się na otoczenie, słuchamy, właściwie pozwalamy rzeczom (rozumianym wielowymiarowo) przyjść do nas. Bycie człowiekiem na Ziemi, tu jest meritum.

W sztuce współczesnej bywa tak że praca staje się przewalaniem gór referencji jak piasku z jednej kupy na drugą, a cisza i słuchanie są używane strategicznie, po to na przykład żeby wyprodukować świeżość, która jednak jest chwytna. Tak i mnie uczono, choć nie zawsze. Kultura nas pcha w takim kierunku. Ale przecież jest w tym duża doza bezsensu. No bo po co? Odpychanie tego pytania może prowadzić do takiego błądzenia jakie się we współczesnej sztuce pojawia. Kiedy nie wiadomo gdzie iść, łatwo jest po prostu pójść za tłumem, a dla mnie, w kontekście sztuki, okazało się że tłum ślepo dążył do sukcesu, do rozpoznawalności, do aprobaty. Niewiele jest na końcu tego. A musimy wierzyć że możemy przez swoją pracę ocierać się o jakieś głębokie prawdy, o jakieś głębokie wspólne życie. A więc pozwalanie rzeczom przyjść jest jak oddech, i potrzebujemy go do bycia żywymi w naszym otoczeniu. Może i też dlatego piszemy, bo to jest taka praca która jest wypoczynkiem, musi być po części słuchaniem, a więc jest i oddychaniem.

Załączam pracę z corocznej wystawy w Southbank Centre w Londynie – Koestler Prize, czyli nagrody dla artystów w zamkniętych instytucjach jak np więzienia. Bardzo byłam w swoich pracach również zainspirowana szczególnie rzeźbą z mydła. A day in a life of soap w bardzo dziwny sposób mi się z naszymi tematami wiąże. Co myślisz?

Monika: Wspaniałe prace! Dostałam od Ciebie jedną z Twoich rzeźb z mydła – bardzo ją lubię. Przedstawia dłoń. Materiał, jakim jest mydło, w ogóle kojarzy mi się z dłońmi, a szare mydło, w którym rzeźbiłaś sprawia, że przed oczami staje mi obraz mojego dziadka Jana, robotnika, myjącego spracowane dłonie takim właśnie szarym mydłem. Myśląc dalej – znasz na pewno przecudne prace małżeństwa Henryka i Janiny Mierzeckich, którzy w latach 20. i 30. XX wieku dokumentowali spracowane dłonie pacjentów lwowskiej Kasy Chorych. Powstały w ten sposób album to o wiele więcej niż atlas schorzeń – to zapis absolutnego piękna pracującej dłoni. Prawdziwe piękno to nie to samo co łatwa ładność, ani modny wygląd, wizerunki gwiazd i gwiazdeczek instagrama. To raczej coś, co poraża. Doświadczenie piękna jest transcendentne – nie ma nic wspólnego z utartymi opiniami, co inni na ten temat myślą i piszą, jak głoszą kanony, co nakazuje myśleć i mówić dobry gust. To coś, przed czym staje się staje w zachwyceniu, nawet jeśli nikt inny tego nie czuje i nie rozumie, czego właściwie nie da się wyrazić słowami. To, co sprawia, że czuje się, że życie jest prawdą. Dłonie pracujące na fotografiach Mierzeckich i dłonie mojego dziadka są piękne w tym właśnie sensie.

Dominika: Wow, nie znałam tych prac… masz rację, absolutnie, a tak ciężko jest powiedzieć coś tak prostego. I chyba dlatego że Twoje słowa nasycone są wiarą, a to właśnie jest dziś chyba rzadkie. Nie myślę o tym w kontekście religijnym ale… zaczęłam właśnie czytać książkę od Ciebie, Over to You – listy Johna Bergera i jego syna Yvesa, i John Berger właśnie o takiej wierze pisze, pisze o tym że malowanie jest jak zadawanie pytań jedno po drugim, i że w tym kryje się wiara że gdzieś jest na nie odpowiedź. On to mówi w kontekście martwych natur Giorgio Morandiego. I to jest bardzo ciekawe, taka klasyczna praca artysty – martwe natury, wypełniona pytaniami bez słów. On ma rację, dla mnie jest w malowaniu, w rzeźbie i w rysunku coś takiego – postawa pytającego. Otwarte dłonie z fotografii Mierzeckich też zadają pytania, są pełne tajemnicy ale i zapraszają, nie do analizy słowami, ale do takiego intymnego, głębokiego, emocjonalnego kontaktu z życiem, z drugą osobą, ze światem. Pytania i piękno. I to osadzone w fizyczności. Wysyłam niezwykle wzruszające dla mnie Macierzyństwo Wyspiańskiego, bo to wiąże się z pracą, chociaż samo w sobie pracą nie jest. Macierzyństwo może zawierać prawie nadludzki wysiłek, ale jednak praca nie jest jego istotą. Choć jest teraz tak prze-ekspertyzowe, że można mieć wrażenie że jest odwrotnie, że to tylko i wyłącznie praca. A w tym obrazie jest i codzienność i niezwykłość intymności, ale też i poczucie bezpieczeństwa, i relaksu które jest dalekie tej obecnej neurotyczności macierzyństwa, które jest… jak mówisz… zarządzane w najdrobniejszych detalach. Próbuje się je odciągnąć od tego aspektu spotkania, bezpośredniości, intymności. Pisząc o tym zaczynam mieć wrażenie, że praca i wypoczynek nie są od siebie zupełnie odseparowane… że muszą się ściśle przeplatać…

Kobieta karmi piersią niemowlę

Macierzyństwo, Stanisław Wyspiański, 1902, pastela na papierze, 62.5cm x 46,5cm

Monika: Tak, to jest chyba sedno prawdy, którą wyjawia sztuka na temat ludzkiej pracy – i w ogóle praca artystów jako taka. To zacieranie granic między twórcą a tworzeniem, dosłowne wchodzenie do środka w proces twórczy, poza swoje ja – a właściwie jakby ugniatanie świata przez pracujące ręce. Widać to wspaniale na przykładzie pracy rzeźbiarza. Spójrz na drugie zdjęcie – Brian Holland przy pracy – wygląda w jakiś sposób podobnie do Macierzyństwa,  zarówno jego troskliwość jak i dłonie stapiające się w jedno z materiałem i tym, co z tego materiału wyrasta. Jego rzeźby przedstawiające wodę i brzeg lądu mówią tyle samo o przyrodzie którą przedstawiają, jej żywiołowości, zmienności, dążeniu do czegoś, co Johann Wolfgang von Goethe określał mianem Urform, pra-kształty, archetypy. Ale też nadal mają w sobie rezonans poruszony przez ręce artysty… Pracujemy w taki organiczny sposób po to, by wpisać się w świat, by pozwolić światu wpisać się nas, by porozmawiać ze światem w języku Urformen, archetypów.

Umieszczone obrazy

  1. Crossness Pumping Station, kadr z filmu Roba Harrissa
  2. Macierzyństwo, Stanisław Wyspiański, 1902, pastela na papierze, 62.5cm x 46,5cm

 

Autorzy

Dominika Kieruzel

Dominika Kieruzel zajmuje się sztuką wizualną: rzeźbą, instalacją i malarstwem, a także kuratorstwem i niezależną publikacją. Do 2025 roku mieszkała i pracowała w Thamesmead w Londynie, gdzie była związana z organizacją Bow Arts. Studiowała sztuki piękne w Chelsea
College of Arts and Design i Performans w Goldsmiths University w Londynie. W 2018 roku stworzyła kuratorsko-publicystyczny projekt kosmoss.co.uk. Aktualnie mieszka w Polsce.

Monika Kostera

Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.