MOTTO:
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Skoro mamy merytokrację i zarządzanie różnorodnością w jednej wspaniałej pigułce – także w akademii jest to naszym celem i ideałem – to czemu, do stu tysięcy mizerii, wszyscy ludzie sukcesu są bardziej podobni do siebie niż żołnierze terakotowej armii Pierwszego Cesarza Qin?
Zauważyliście jak bardzo podobni są do siebie „sławni i wielcy ludzie” naszych czasów? Autorytety? Eksperci? Elity? Niby mamy te wszystkie „różnorodności” i o tym się ciągle mówi, jaki to postęp, że takie kategorie jak: „kobieta”, „czarnoskóry”, „LGBT” są reprezentowane w ważnych instytucjach społecznych, że trzeba dołożyć wszelkich starań, by ich udział procentowy był jak najwyższy. Ale gdzie mamy dzisiaj tych wszystkich Johnów Bergerów, Pole Negri, Himilsbachów, Piafki, Armstrongów, gdzie Kariny Boye, gdzie Fridy Kahlo? Gdzie są te wszystkie perły znalezione, odkryte, wspierane przez mentorów i odkrywców talentów? Gdzie te burzliwe życiorysy, wielkie próby i kolosalne błędy, niecenzuralne biografie, nieposkromione marzenia? Czyż nie jest miło i spokojnie w elitach, a poza nimi burzy się i wichrzy tłuszcza? Czyż może wręcz nie jest tak, że ta sama warstwa społeczna wypączkowała swoje własne różnorodności: klony-kobiety, klony-czaroskórych, klony-lewicowców, klony-postępowców? Obsadza nimi wolne miejsca, może nawet na pięknych i szczytnych zasadach parytetów. Ale jednak – w świecie gdzie „najlepsi wygrywają” i panuje diversity management wszyscy są zadziwiająco house clean i kończą te same szkoły.
Prawdziwa różnorodność wymaga pracy systemu i jego otwartości na własne marginesy, na to co odmienne, niespodziewane, nieprawdopodobne. Prawdziwy postęp społeczny polega na demokratyzacji i używaniu wielu talii kart, nie na dobieraniu mniejszości z tej samej talii. Powinna istnieć funkcja społeczna polegająca na poszukiwaniu osób z wartościowym potencjałem do wykonywania pracy w różnych ważnych dla systemu miejscach, takich jak akademia. Powinno się szukać szeroko i głęboko – to jest prawdziwe zarządzanie różnorodnością. Na różnych marginesach, w różnych przestrzeniach, które pomijane były w tradycyjnej akademii. To jest demokratyzacja. Merytokracja ani jednego, ani drugiego nie zapewni. Socjolog Michael Young ukuł ten termin jako opis indywidualistycznej dystopii o ostrych i twardych podziałach między klasami. Co więcej, taki system tworzy szczególny rodzaj negatywnej kultury, charakterystyczny dla współczesnej akademii, także polskiej.
Ludzie, którzy wygrywają w merytokratycznych wyścigach – „winnersi” – bywa, że czują podświadomie, że coś się nie zgadza, że wygrywają nie w tym, w czym startowali. Są różne sposoby żeby sobie radzić z tym dysonansem. Farmaceutyki to jeden z nich, poza tym stare i nowe używki, pomysły na ugłaskanie pustki takie jak impostor syndrome (to się leczy, a lecząc płaci, a nie uczy i pracuje, żeby przestać być „impostorem”). W Polsce często dochodzi do tego agresja, impuls by nie patrząc w tę stronę skąd pochodzą inne głosy, sięgnąć i zabić. Nie widząc efektu prawdziwej pracy w dziedzinie gdzie jest się „winnersem” (prawda, że lepsze słówko niż „dziaders”?), można bardziej zawzięcie próbować udawać, że jest się najlepszym i zasłużonym. Gdy wszyscy królowie ubrani są w takie same nowe szaty, cały biznes mody opiera się na tym, jak skutecznie oczyszczono z dzieci ulice miast.
Inna metoda to nagrody i wyróżnienia za wszystko, łącznie z rzeczami, które jeszcze niedawno były honorowe. Jest to praca społeczna dla społeczności i spłacanie długu wobec społeczności, połączone z uczeniem się profesji. Jakiś czas temu powstał pomysł, by wystawiać dyplomy uznania za każdą wspólnotową działalność. Jest to coś w rodzaju uścisku dłoni prezesa i jako takie ma swój sens. Jednak w momencie, gdy czyni się z tego brylantowe osiągnięcie, którym elita się szczyci i za które jest obsypywana nagrodami (takie nagrody wysyłają bardzo silny sygnał w system: „idźcie tą drogą”, o nagrodach napisze innym razem). To poprawia samopoczucie elitom – nawet nie muszą już „cierpieć” na impostor syndrome. Ale za jaką cenę? Nieważne, tej ceny nie muszą płacić oni, płacimy my wszyscy, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nie wiemy, czego nam ubywa, nie wiemy w jakiej walucie. A co z oczu, to z serca. W głębokim znieczuleniu i z daleka od dzieci mogących wykrzyczeć to i owo pod adresem paradujących monarchów, budujemy terakotową armię.
–––––––––––
Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.
Na świecie utrzymują się anomalnie wysokie temperatury. Potwierdzają to pomiary, które w lipcu przeprowadził Copernicus. Globalne temperatury były tylko nieznacznie niższe od rekordowych pomiarów dokonywanych w analogicznym okresie 2019 i 2016 roku.
Mapa i podane wartości danych pochodzą ze zbioru danych ERA5 ECMWF Copernicus Climate Change Service. Średnie powierzchniowe temperatury w regionie europejskim dotyczą tylko lądu z następującymi granicami długości/szerokości geograficznej: 25W-40E, 34N-72N.
Temperatura powietrza na powierzchni:
– Lipiec 2021 podobnie jak lipiec ubiegłego roku 2020 są na trzecim miejscu jako najcieplejszy lipiec na świecie w historii pomiarów, mniej niż 0,1°C chłodniejsze, niż lipiec 2019 r. i lipiec 2016 r.
– Był to drugi najcieplejszy lipiec w historii pomiarów dla Europy
– Fale upałów wystąpiły od Bałtyku po wschodnią część Morza Śródziemnego
– Zachodnia Ameryka Północna nadal doświadczała anomalnie wysokich temperatur; części Dalekiego Wschodu również były znacznie powyżej średniej

Anomalia temperatury powierzchniowej powietrza w lipcu 2021 r. w stosunku do średniej lipcowej z okresu 1991-2020. Źródło danych: ERA5. Źródło: Copernicus Climate Change Service/ECMWF.
The Copernicus Climate Change Service zastosował się do zalecenia Światowej Organizacji Meteorologicznej (WMO), aby wykorzystać ostatni 30-letni okres do obliczania średnich klimatycznych i zmienił się na okres referencyjny 1991-2020 w Biuletynach Klimatycznych C3S obejmujących styczeń 2021 r. Dla przejrzystości przedstawiono liczby i grafiki zarówno dla nowego, jak i poprzedniego okresu (1981-2010).
The Copernicus Climate Change Service C3S), realizowany przez Europejskie Centrum Prognoz Średnioterminowych na zlecenie Unii Europejskiej, rutynowo publikuje comiesięczne biuletyny klimatyczne informujące o obserwowanych zmianach w globalnej temperaturze powietrza o powierzchni, pokrywie lodowej morskiej i zmiennych hydrologicznych. Wszystkie zgłoszone odkrycia opierają się na analizach komputerowych wykorzystujących miliardy pomiarów z satelitów, statków, samolotów i stacji pogodowych na całym świecie.
Więcej informacji na temat zmiennych klimatycznych w lipcu oraz aktualizacje klimatu z poprzednich miesięcy, a także grafiki w wysokiej rozdzielczości można pobrać tutaj: https://climate.copernicus.eu/monthly-climate-bulletins
Fot. Ralph W. lambrecht
MOTTO
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Za co nas, naukowców społecznych z centralnej (i wschodniej) Europy cenią w świecie? Hmm, pewnie za to, że wreszcie „mamy indeksy”? Że „publikujemy coraz lepiej, w „żurnalach”? Albo, że „zapełniamy sloty”? Zaraz zaraz, na pewno za lajki w gugleskolarze! Za „zlikwidowanie akademickiego planktonu”? Za „wejście w pierwsze setki rankingów”? Zimno, zimno, zimno, nie trzeba klimatyzacji ani nawet lodówki. Może jednak za coś innego… Tak wygląda wielka pochwała pracy naukowej opublikowanej przez uczonego z Polski przez wybitnie szanowanego uczonego:
„Publikacja uosabia umysł uczonego w stylu środkowoeuropejskim, nie ograniczonego granicami tematycznymi i bibliometrią, który wykorzystuje nauki społeczne jako sposób myślenia o tym, co to znaczy być człowiekiem, jak społeczeństwo jest i jakie można sobie wyobrazić”.
Tak, to jest pochwała. Próżno doszukiwać się tu ironii ani cynizmu więc czytajmy tak, jak jest napisane. Słowo po słowie i powoli. Te słowa zostały napisane niedawno, mimo że idea „wschodnioeuropejskiego uczonego” o której mowa już od bardzo dawna nie występuje w rzeczywistości materialnej. Ale nadal jest żywotną częścią akademickiego imaginarium. Wschodnioeuropejska uczona, erudytka i humanistka, człek żyjący wśród idei, oddany nauce, dla którego są sprawy, które nie mają miary. Ktoś z odwagą myślenia, kto umie widzieć dalej, bo nie ograniczają go granice dyscyplin. Ktoś, komu przyszłość ludzkości leży na sercu bardziej niż własna kariera.
Takich przebłysków z innego świata widziałam i nadal widuję sporo, i wcale nie tylko wśród starszych zachodnich akademików. Wprawdzie już bardzo dawno tak nie jest, że wschodnioeuropejscy uczeni zatrudniani są na pniu – ba, na ogół wypadają bez recenzji poza pulę – ale to nie uczeni w ostateczności dokonują selekcji i nie ich normy i wartości są wiodące w zachodniej akademii. Gdyby były, to być może częściej by się zdarzało to, co było normą w latach 1980-tych, czyli zachodni książę pada na kolana przed wschodnioeuropejskim Kopciuszkiem. Ta uroda nadal się śni po nocach. Dlaczego? Bo, używając języka podejścia systemowego francuskiego filozofia Bernarda Stieglera, to były ogródki negentropii – czegoś całkiem innego, niespodziewanego, co przynosi nadzieję na zwycięstwo bioróżnorodności i życia nad ujednoliceniem przez procesy entropii, nad zoptymalizowaną jednostajnością prochu, nad śmiercią.
Co jakiś czas miewamy w Polsce nadal takie przebłyski świetlistych ogrodów. Przykład? Proszę bardzo: mieliśmy do niedawna coś, co było piękne i dobre, i co wywoływało głęboki szacunek u zachodnich kolegów – osobną dyscyplinę naukową zwaną nauki o zarządzaniu w dziedzinie nauk humanistycznych. Był to negentropijny ogródek, instytucja pasująca idealnie do definicji powyżej, stworzona przez środowisko naukowe wokół prof. Emila Orzechowskiego z Krakowa, zorientowana na badania organizacji kultury i sztuki oraz zarządzania opartego na wartościach Oświeceniowego humanizmu. Programy edukacyjne też były bardzo ciekawe. Składały się na nie kursy z filozofii, kulturoznawstwa, filmoznawstwa, a także z zarządzania pojętego inaczej, niż w większości innych polskich uczelni. Ustawa 2.0 zlikwidowała tę dyscyplinę, bez protestów ze strony środowiska, a jej specyfika i odrębność ulega szybkiej i nieodwracalnej erozji.
Jeśli nie likwidowaniem tego co oryginalne i polskie, to czym, w takim razie, powinna się zajmować polityka akademicka (a czym nie zajmowała się w naszym kraju bodajże nigdy, przynajmniej za mojej pamięci)? Przede wszystkim uzgadnianiem standardów i dbaniem o międzynarodowe uznanie naszych stopni i tytułów naukowych. Czyż nie byłoby pięknie, gdyby nie trzeba było zdobywać uprawnień profesorskich od nowa w każdym kraju, gdzie bierze się udział w konkursie? Gdyby inne kraje, gdzie istnieje habilitacja, z marszu uznawały polską habilitację? Podobnie jak ukończone studia drugiego stopnia liczą się we wszystkich krajach Europy? Albo gdyby nas szanowano za to co mamy: polski profesor, polska doktor habilitowana, każdy Francuz by wiedział, że co najmniej równie dobra gwarancja jakości jak rodzime tytuły? Po co komu tytuły w innym wpisie. Ale nie – lepiej położyć się na pleckach i pokazać brzuszek: „och, och, jacy jesteśmy beznadziejni, najgorsi na świecie, nie warci żeby nas kopnąć, bo na Zachodzie wszystko jest fajne, a u nas wszystko niefajne”.
Nieodmiennie nie ma nic bardziej polskiego niż paw i papuga. Oczywiście metaforyczne, bo żywe zwierzątka są śliczne i Bogu ducha winne.
–––––––––––
Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.
W polskich lasach coraz częściej stosowane są opryski szkodliwymi pestycydami z grupy neonikotynoidów. Ich dramatyczne skutki dla pszczół miodnych zostały gruntownie zbadane, dużo mniej wiadomo o tym, jak opryski wpływają na kondycję leśnych owadów zapylających. Dlatego tegoroczna, dziewiąta już akcja społeczna Greenpeace Adoptuj Pszczołę skupi się szczególnie na pomocy leśnym zapylaczom. W akcji można wziąć udział na stronie adoptujpszczole.pl.
Jak w innych ekosystemach, tak i w lesie zapylacze są podstawą różnorodności biologicznej. Ponadto to właśnie dzięki nim możemy cieszyć się dorodniejszymi i smaczniejszymi malinami, jeżynami czy jagodami.
– Liczba wszystkich pszczół hodowanych przez człowieka stanowi ułamek procenta wszystkich pszczół dziko żyjących, które występują w środowisku naturalnym. Zapylaczy innych niż pszczoły jest naprawdę bardzo dużo. Mamy setki gatunków muchówek, motyli i chrząszczy, które również pełnią podobną rolę jak pszczoły. Większość z nich to drobne owady, ale o olbrzymim znaczeniu dla przyrody. Wiele gatunków zapylaczy jest związanych z konkretnymi gatunkami roślin, które dla pszczoły miodnej nie są interesujące. Bez nich takie rośliny nam po prostu zginą – powiedział dr Lech Krzysztofiak z Wigierskiego Parku Narodowego.
– W dobie dramatycznej utraty różnorodności biologicznej i silnej chemizacji rolnictwa lasy powinny być naturalnymi, bezpiecznymi dla owadów ostojami. Niestety, również tam dosięgają je zabójcze opryski substancjami takimi jak neonikotynoidy, które stosowane są w lasach na coraz większą skalę. Dlatego w tegorocznej akcji Adoptuj Pszczołę łączymy siły, by zadbać o dom leśnych zapylaczy – powiedziała Magdalena Figura z Greenpeace.
Opryski substancjami niebezpiecznymi dla zapylaczy prowadzone są w ramach gospodarki leśnej bez regularnych badań skutków i często przy znikomej kontroli. Co więcej, z roku na rok zwiększa się powierzchnia opryskiwanych lasów – przez ostatnie 10 lat wzrosła ona około 20-krotnie. Opryski prowadzone są głównie z samolotów, substancjami z grupy neonikotynoidów (np. środkiem o nazwie Mospilan 20), których szkodliwy wpływ np. na pszczoły miodne jest świetnie rozpoznany.
– Niestety, w odniesieniu do dzikich zapylaczy brak dokładnych badań tego wpływu. To musi się zmienić! Dlatego będziemy nie tylko działać na rzecz zaprzestania szkodliwych oprysków w lasach, ale wraz z naukowcami sprawdzimy, jak sytuacja leśnych zapylaczy wygląda w Polsce. Przeanalizujemy dotychczasowy stan wiedzy, określimy braki i wskażemy, co jest potrzebne, by i dzikie zapylacze były odpowiednio chronione. Pozbawione szkodliwej chemii środowisko leśne to szansa na ich przetrwanie i poprawę zdrowotności – powiedziała Magdalena Figura.
Dotychczasowe badania pokazują, że substancje czynne stosowane w opryskach utrzymają się się przez długi czas w liściach drzew i ściółce. W czasie trwania oprysków i przez określony czas po ich zakończeniu obowiązuje zakaz wstępu do lasu.
– Dlatego w ramach naszej akcji zwracamy głównie uwagę właśnie na dzikie zapylacze. Ich świat jest znacznie mniej znany, wpływ czynników środowiskowych i pestycydów na ich kondycję słabiej zbadany. Wiemy jednak, że giną w zastraszającym tempie, a my musimy coś z tym zrobić – dodała Magdalena Figura.
Dzięki tysiącom Polek i Polaków wspierających akcję Adoptuj Pszczołę Greenpeace od 2013 roku podjął już wiele działań na rzecz owadów zapylających. Pomoc leśnym zapylaczom to kolejny etap budowania Polski przyjaznej tym owadom. W poprzednich latach powstały hotele dla dzikich zapylaczy, odbudowana została pszczela populacja w Przyczynie Dolnej, przeprowadzono badania nad sytuacją owadów zapylających oraz wpływem, jaki mają na nie pestycydy, we współpracy z samorządem miasta Łodzi, powstaje modelowe miejskie miejsce przyjazne owadom i ludziom, a także tworzona jest Sieć Życia – czyli sieć miejsc przyjaznych zapylaczom. Bardzo ważnym efektem Adoptuj Pszczołę jest również stworzona przez naukowców i naukowczynie, Narodowa Strategia Ochrony Owadów Zapylających, która zostanie w tym roku uzupełniona o rekomendacje związane z obszarami leśnymi.
Wszelkie informacje na temat akcji znajdują się na stronie adoptujpszczole.pl. Tam również każda chętna osoba może dołączyć do działań Greenpeace na rzecz pszczół, motyli i innych zapylaczy. Najłatwiej można to zrobić poprzez wirtualne adopcje pszczół.
Źródło: Greenpeace Polska
Fot. Matthias Zomer
MOTTO:
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Jeszcze nigdy nie zaszkodził mi w mojej pracy żaden akademicki leń. Wielokrotnie zdarzało się jednakowoż, że szkodzili mi ambitni akademiccy pracusie. Bywało, że bardzo poważnie. Potrzebuję spokoju do pracy, warunków pracy zgodnych z wymogami BHP mojej profesji. Potrzebuję mieć własny pokój w budowlach i korytarzach akademii. Tacy jak ja, którym nikt przy zdrowych zmysłach nie odmówi pracowitości, wymagamy, absolutnie wymagamy, by nam nie przeszkadzano przy pracy frenetycznym hałasowaniem rozmaitymi doskonałymi strategiami produktywności i sukcesu.
Istnieją liczne bajdy podmiejskie o facecie, który jako publikacje oddawał przełożonym stos papierów, zawierający puste kartki. Oraz klechdy o gościu, który chwalił się, że może nie opublikować absolutnie nic w ciągu 10 lat i nikt go nie zwolni (owszem taka dykteryjka istniała dawno dawno temu, za siedmioma lasami historii, ale była o wolności akademickiej; czy ktoś jeszcze pamięta, co to jest wolność akademicka? i nie, nie chodzi tylko o deklarowanie poglądów politycznych przez akademików). Zewsząd, tak ze środka jak i z zewnątrz środowiska, słyszy się wciąż, że przywilej, że śrubę przykręcić, za mordę chwycić i zmusić do wydajnego publikowania – bo lenie, bo nieroby, bo akademia musi wykazać społeczeństwu, że coś produkuje. Bo: miernoty i odciąć finansowanie.
W efekcie wylądowaliśmy w naszych czasach z akademią cierpiącą na ADHD. Produkujemy jak szaleni, tryskamy permanentnym uderzeniowym strumieniem tekstów, gdzie chwalimy się gigantycznym ich znaczeniem dla praktyki i poznania (impact). Jednocześnie nigdy nie mieliśmy chyba jeszcze tak znikomego wpływu na cokolwiek, prócz własnego wypalenia zawodowego. Tych tekstów nikt nie czyta, nawet inni akademicy, i są na to solidne badania. Piszemy ciągle to samo lub jakieś do połowy przemyślane banały. W Polsce autoplagiat, czyli publikowanie tego samego w różnych albo nawet identycznych wersjach (w innych krajach wstyd lub nawet karalne wykroczenie) właściwie się znormalizował, nikt się tym nie gorszy, nikt tego nie sprawdza. We wszelkich formularzach oceny widnieją rozmaite rubryki sprawdzające produktywność: ilość tego czy innego, tekstów, punktów, powołań. Nie istnieje miejsce na to, co warunkuje sensowne pisanie i publikowanie, a co zajmuje dużo czasu. Czas na czytanie, myślenie, dojrzewanie, dyskutowanie tekstów z innymi, na popełnianie błędów. Wreszcie, badania naukowe mają swoje wymagania, które na ogół nie licują w żaden sposób z wymogiem ciągłe produktywności. Badania jakościowe to badania procesów, więc nie mają prawa zająć mało czasu, bo inaczej wychodzą badania bylejakościowe. Badania ilościowe mają przetestować hipotezę, więc nie mogą dziać się na skróty i prowadzić wyłącznie do weryfikacji. Jeśli prowadzą, to są zafałszowane.
A że część z nas prochu nie wymyśli? Albo że wymyśli a potem przez 10 lat będzie czytać i dyskutować? Czy to naprawdę jest problem? Utrzymanie nas wszystkich, „pracusiów” i „leni”, wcale nie jest aż tak strasznie drogie. Zawsze tak było i jest to normalne, że tylko niewiele spośród nas to wielcy odkrywcy. I jeśli już to raz, dwa razy w życiu, nie codziennie, do jasnej Anielki. Większość środowiska nie jest i nie musi odkrywać radu, ale może poszukiwać, czytać, dyskutować, uczyć na tym zaawansowanym poziomie innych jak szukać i rozpoznawać, że się coś odkryło. Tak było zawsze i jest to naturalna cecha naturalnego żywego systemu, jakim jest akademia. Dopóki nie przeszkadzają w pracy sobie i innym, bezproduktywni też do tego systemu należą. Nie mówiąc już o tym, że często z różnych powodów publikujemy zrywami a potem milczymy przez wiele lat (jeśli dobre niebiosa i inni ludzie na to nam pozwolą) – bo trzeba przepracować, przemyśleć, pozwolić dojrzeć. Kto w ogóle potrafi dziś odróżnić ziarno od plew bez użycia tego generatora plew jakim są parametry (o nich innym razem)? Ile z tego co teraz z siebie, za przeproszeniem, wydalamy, zostanie po nas za 50, 100 lat? I czy na pewno będą to te rzeczy, które nagradza obecny system oceny i wartościowania? W tej presji na publikowanie nie chodzi o budowanie nauki, bo mało kto zajmuje się tym problemem wśród jej propagatorów. Nie, chodzi o zdyscyplinowanie środowiska, wyrugowanie „przywilejów”.
Czy przywilejem jest noszenie okularów przez spawacza? Ochronników słuchu przez pracownika obsługującego młot pneumatyczny? Ergonomiczne podnoszenie pacjentki przez pielęgniarkę? A może to, o czym piszę tutaj nie jest przywilejem, tylko czymś, co naprawdę jest nam potrzebne do pracy? I może my wiemy lepiej co jest a co nie jest – a nie obserwujący i wrogi nam często zewnętrzny decydent? Bo praca twórcza i naukowa wiąże się z użyciem zarówno umysłu jak i ciała w określony sposób, na tyle brutalnego i zakładającego wykraczanie poza społeczne ramy bez oczywistej własnej korzyści, że wiele i wielu z nas targa, wypacza, tarmosi? Jeśli akademicy nie wyglądają na osoby „normalne”, to może właśnie na tym to polega? (a ci najbardziej pośród nas normalni – może nie zawsze tworzą naukę aż tak zachwycającą jak ich autorzy?). Istnieje takie piękne szwedzkie słowo: arbetsro. Oznacza spokój, pokój dla pracy. Zakończmy wojnę z pracownikami i wciągnijmy na maszty flagi pokoju.
Po kilku miesiącach od odrzucenia kontrowersyjnego projektu nowelizacji Ustawy o lasach, Lex Izera powrócił w nowej odsłonie jako rządowa specustawa. Po błyskawicznym ominięciu kilku etapów legislacyjnych, w środę 21 lipca odbyło się pierwsze czytanie projektu w Sejmie. Projekt został przegłosowany większością głosów.
Rządowy projekt ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych ze specjalnym przeznaczeniem gruntów leśnych (druk sejmowy nr 1394) ma umożliwić zamianę lasów, gruntów i innych nieruchomości Skarbu Państwa pozostających w zarządzie Lasów Państwowych na inne nieruchomości. Ustawa ma ułatwić prowadzenie na gruntach leśnych inwestycji, które „służą upowszechnianiu nowych technologii oraz poprawie jakości powietrza”, ale też „strategicznej produkcji dla obronności państwa, wysokich technologii elektronicznych i procesorów, elektromobilności, innowacyjnej technologii wodorowej, lotnictwa, motoryzacji oraz przemysłu tworzyw sztucznych”.
Jak wynika z opinii prawnej Fundacji Frank Bold, zrzeszającej prawników działających na rzecz ochrony środowiska, poprawiony przez rząd projekt nadal zawiera poważne wady prawne i powinien zostać w całości odrzucony.
Projekt może być niezgodny z prawem europejskim, prowadząc do udzielenia pomocy publicznej, i grozi powstaniem szkód materialnych po stronie Skarbu Państwa, czyli nas wszystkich. Dopuszcza on zamianę gruntów leśnych o wysokiej wartości na grunty o niższej wartości i zwalnia nowych właścicieli ze wszelkich opłat i odszkodowań za wycinkę drzew, przez co straty Skarbu Państwa mogą sięgać kilkuset milionów złotych. Samo zwolnienie z opłat rocznych to kwota rzędu 60 do 750 milionów złotych w zależności od jakości lasu. Co więcej, proponowane przepisy w żaden sposób nie gwarantują, że na nabytych w drodze ustawy gruntach będzie można efektywnie prowadzić gospodarkę leśną. Lex Izera nadal jest bublem prawnym i powinien zostać odrzucony przez Sejm – mówi Bartosz Kwiatkowski, dyrektor Fundacji Frank Bold.
Inwestycje w elektromobilność czy w zieloną energię są konieczne dla ochrony klimatu i rząd powinien je stymulować. Jednak nie powinno się to odbywać kosztem lasów, które są naszym naturalnym sojusznikiem w walce z kryzysem klimatycznym i kryzysem przyrodniczym. Rząd zachowuje się tak, jakby w Polsce brakowało terenów pod inwestycje i trzeba było wycinać pod nie lasy, a przecież tak nie jest – komentuje Anna Ogniewska z Greenpeace Polska.
W trakcie środowego posiedzenia połączonych sejmowych komisji środowiska i gospodarki organizacje pozarządowe nie zostały dopuszczone do głosu. Projekt ominął również kilka etapów procedury legislacyjnej.
Sposób procedowania ustawy jest skandaliczny i jawnie uderza w społeczeństwo obywatelskie. Wiedząc, jak duży sprzeciw społeczny wywołały wcześniejsze projekty poselskie, rząd świadomie zrezygnował z przeprowadzenia konsultacji społecznych. Strona społeczna nie została również dopuszczona do głosu w trakcie pierwszego czytania projektu w Sejmie, a wniosek o wysłuchanie publiczne odrzucono. W połączeniu z instrumentalnym tworzeniem tej ustawy pod konkretne inwestycje, projekt pokazuje, że prawo stanowi dla projektodawcy narzędzie faworyzowania wielkiego biznesu kosztem przyrody i ogółu społeczeństwa – ocenia Monika Stasiak ze Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot.
Tutaj można przeczytać szczegółową opinię prawną Fundacji Frank Bold na temat projektu Lex Izera.
Źródło: Pracownia na rzecz Wszystkich Istot
Fot. Dominik Werner
FEnIKS (Fundusze Europejskie na Infrastrukturę, Klimat i Środowisko) to największy program w ramach siedmioletniej perspektywy budżetowej całej Unii Europejskiej. Opiewa na kwotę ponad 25 mld EURO i jest nawet większy od części grantowej Krajowego Planu Odbudowy. Właśnie zakończyły się konsultacje społeczne w jego sprawie. Przedstawiony na nich projekt jest daleki od doskonałości.
Stanowisko ws programu FEnIKS 07.2021_projekt
Zdaniem Polskiej Zielonej Sieci, Młodzieżowego Strajku Klimatycznego i Koalicji Ratujmy Rzeki to może być stracona szansa na przeciwdziałanie zmianom klimatu. I to jedna z ostatnich.
– Ponieważ raporty naukowe sygnalizują nieustannie pogarszający się stan klimatu, to może być ostatni budżet UE, w którym mamy realną szansę na zahamowanie tych zmian – czytamy w stanowisku PZS, MSK i KRR.
Od ogółu…
Mimo, że FEnIKS to krajowy program operacyjny, zawiera mniej szczegółów niż Umowa Partnerstwa. A powinien ją rozwijać i konkretyzować. Nawet ten zbyt ogólny projekt programu ma swoje mocne strony: zawiera wiele rozwiązań, które pomogą ograniczyć emisje gazów cieplarnianych, np. potrzebne inwestycje w transport szynowy czy zeroemisyjny transport miejski.
Niestety jego podstawową wadą jest to, że kwestie klimatu nie stanowią strategicznego celu programu. Towarzyszą jedynie wielkim inwestycjom infrastrukturalnym. Brak konkretów utrudnia ocenę faktycznego wpływu planowanych, wartych miliardy euro inwestycji, na realizację celów klimatycznych. Nie ma nawet rzetelnej oceny, czy program nie narusza unijnej zasady „nie czyń poważnych szkód” (DNSH). Mówi ona o tym, że żadne działania finansowane ze środków unijnych nie mogą pogarszać stanu środowiska naturalnego i przyczyniać się do eskalacji kryzysu klimatycznego.
Jak wskazują autorzy Stanowiska: Unia do realizacji celów Europejskiego Zielonego Ładu dąży z coraz większą determinacją. Dowodem na to jest pakiet przepisów Fit for 55, ogłoszony 14 lipca tego roku. Zawiera on propozycje konkretnych zmian w prawie unijnym, zmian prowadzących do osiągnięcia redukcji emisji gazów cieplarnianych o 55 proc. do 2030 roku. Niestety, program FEnIKs w ogóle się do tych celów nie odnosi. Brakuje ich zarówno w części ogólnej, opisującej program, jak i w przypadku propozycji konkretnych działań.
Do szczegółu…
Jedną z najbardziej kontrowersyjnychpropozycji w projekcie FEnIKS są gigantyczne wydatki na autostrady, sięgające 6,5 mld euro. To niemal ¼ wartości całego programu. Dla porównania, na zachowanie bioróżnorodności przeznaczono zaledwie 150 mln euro, choć to właśnie ten obszar powinien być jednym z głównych priorytetów FenIKS-a. Niestety takich nietrafionych koncepcji jest w projekcie więcej.
● ENERGIA
FEnIKS skupia się np. na potrzebach przedsiębiorstw sektora energetyki, zamiast na zwiększaniu efektywności energetycznej i wyzwaniach zielonej transformacji energetycznej kraju. Już w poprzedniej perspektywie finansowej, w POIiŚ, przedsiębiorstwa zajmujące się dystrybucją gazu były największymi beneficjentami środków unijnych! To krzywdzące wobec prosumentów zbiorowych i społeczności energetycznych, które bazują na odnawialnych źródłach energii (OZE). A obowiązek wspierania rozwoju wszystkich typów prosumentów energii z OZE wynika z unijnej dyrektywy RED II, z której wdrożeniem Polska spóźnia się już miesiąc..
● TRANSPORT
Projekt niestety koncentruje się na budowie dróg, na rozwoju żeglugi śródlądowej, a nie na realizacji unijnej strategii na rzecz zrównoważonej i inteligentnej mobilności, która jest częścią Europejskiego Zielonego Ładu. Strategia ta stawia na kolej i na inne formy nisko- i zero emisyjnego transportu. Projekt FEnIKS nie uwzględnia, że po wybudowanych z pieniędzy unijnych autostradach w Polsce jeszcze długo jeździć będą przede wszystkim pojazdy spalinowe, a to oznacza wzrost emisji nawet o 20%, podczas gdy potrzebny jest realny ich spadek.
● GOSPODARKA ODPADAMI
Autorzy projektu zarezerwowali na selektywną zbiórkę odpadów środki finansowe zupełnie nieadekwatne do potrzeb – 89,5 mln zł. Rząd proponuje wydać nieproporcjonalnie duże środki na jedną instalację, która przyczyni się do zwiększenia poziomu recyklingu odpadów komunalnych o 0,78%, gdy te same środki wydane na niezbędne zakłady przetwarzania bioodpadów pozwoliłyby na osiągnięcie dziesięciokrotnie większego efektu.
● RÓŻNORODNOŚĆ BIOLOGICZNA
Bezcelowe z gospodarczego punktu widzenia plany dotyczą rzek. Elektrownie wodne i szlaki żeglugowe nigdy nie zwrócą poniesionych kosztów, zniszczą za to ekosystemy rzeczne. FEnIKS nie wzmacnia też ochrony lasów, od lat osłabianej w Polsce.
● EDUKACJA KLIMATYCZNA
Została potraktowana marginalnie. Nie da się walczyć z kryzysem klimatycznym bez zwiększania świadomości obywateli co do zmian klimatu.
Walka z katastrofą klimatyczną to dla Unii sprawa priorytetowa. Najwyższy czas, żeby Polska zaczęła poważnie do tego podchodzić. Zwłaszcza kiedy planuje wydawanie unijnych pieniędzy.
Źródło: Polska Zielona Sieć
Fot. Markus Spiske
MOTTO
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Drugi wpis w dzienniku dotyczy jednego z ważniejszych elementów akademii, z którym spotkał się każdy, kto miał z nią do czynienia, czy to jako naukowczyni, czy studentka – recenzji.
Recenzje w akademii nie dotyczą człowieka. Dotyczą wkładu w wiedzę. Nie ma nic do rzeczy, czy ktoś jest miły, czy nie, czy jest bratanicą ministra, czy nigdy w życiu nie widziała go na oczy, czy jest elegancki, czy jest szmaciarzem amatorem. Nie ma nic do rzeczy, czy recezentka lubi człeka, czy nienawidzi, czy chce wesprzeć z całego serca, czy pragnie by pogrążył się w mrokach Niflheimu. Kiedy się recenzuje, jest się akuszerką idei. Materia, na której się pracuje jest subtelnie ożywiona i ponadczasowa, jest dobrem wspólnym pokoleń i cywilizacji, co najmniej od czasów Sokratesa i Axiothei – to nauka. Nauka jest krwiobiegiem uczenia się ludzkości. Odpowiedzialność recenzenta jest aż tak wielka. Ale również zadanie recenzowania jest aż tak ludzkie.
Bowiem rzeczą ludzką jest uczenie się. Może jest to to, co nas wyróżnia. Nie tylko jako rodzaj ludzki, ale jako osoby przynależące do tego rodzaju. Recenzja jest z jednej strony elementem ważnego procesu wspólnego zarządzania dobrem wspólnym, a z drugiej – okazją do uczenia się. Uczy się zarówno osoba recenzująca, jak i recenzowana osoba. Dla tej pierwszej jest to przywilej, dla drugiej – obowiązek.
We współczesnej polskiej akademii recenzja jest korespondencją dworską. Przede wszystkim dotyczy pozycji mikropolitycznych adresata i autora. Bywa (dość często) plugawie osobista. Jest częścią misternego systemu, ale nie nauki – lecz strategii politycznych na różnych poziomach. Bywa, że pisze się ją bez czytania tekstu, którego powinna dotyczyć. Bywa, że używa się jadowitego bądź dętego polityczego języka, niemającego żadnego związku z rozmową (argumentacją, polemiką, inspiracją, rezonansem) naukową. W efekcie adresat polskiej recenzji często się obraża, a recenzent – często obraża adresata. Żaden wkład w wiedzę naukową z tego nie wynika. Używając języka nauki i przyjmując rolę recenzentki polskich tratwowych recenzji akademickich powiem tak: te recenzje nie spełniają swojego zadania, a nawet mogą przeciwdziałać jego realizacji.
W moim życiu zawodowym miałam wiele okazji do uczenia się, ale najlepszą z nich chyba były recenzje moich tekstów, które dostałam w międzynarodowych pismach naukowych w latach 1990tych. Międzynarodowe pisma mają jednak od jakiegoś czasu swoje problemy i są to problemy gigantyczne. Częściowo także dotyczą recenzji. Ale zostawię je sobie na przyszłe okazje wpisów do tego dziennika, chcę zająć się w pierwszej kolejności naszym własnym okrętem. Miałam wielkie szczęście do polskich recenzji, które otrzymałam na stopnie i tytuły – ale zdaję sobie sprawę z tego, że zawdzięczam to w bardzo dużej mierze oldschoolowym recenzentom. Byli staranni, uważni, mieli szacunek dla recenzowanych tekstów. Miewali też wysoką kulturę słowa. Zwracali uwagę na błędy i wskazywali, jak je poprawić. Zwracali też uwagę na to, co wartościowe i oryginalne w recenzowanej pracy. Do artykułów pisanych do polskich pism już takiego szczęścia często nie miałam. I widziałam niektóre recenzje pisane młodszym pokoleniom polskich naukowczyń przez inne postaci i w innym duchu – niestety widziałam. Polskie recenzje naukowe obecnie to mocne narzędzie sprawowania władzy. I tyle.
Jednak recenzowanie jest formą służby dla dobra wspólnego. Nie ma powodu by pobierać za nie dodatkowe wynagrodzenie. Nie ma też żadnego powodu, by się tym chwalić i czynić z tego wielki sukces zawodowy. Wymaga pokory i umiejętności poskramiania swoich emocji, afektów i ambicji. Jest jednym z głównych zadań, gdzie natychmiast widoczne są efekty mojej ulubionej maksymy: nic nie powoduje w akademii tak wielu nieszczęść jak przerost ambicji przy niedostatku dyscypliny.
A jednak taki proces recenzowania jaki mamy obecnie czegoś uczy, systemowo, bigtime. Uczy, że nieważne co się robi, ważne, kim się jest (na zasadzie: „pan nie wiesz kto ja jestem”) i z kim się gra. Od czasu do czasu, gdy recenzuje się kogoś „nieważnego” można go „zaorać”, żeby sobie ulżyć po wszystkich upokorzeniach, których się doznało. Uczy, że „teraz na mnie kolej”. Uczy, że inni są o wiele głupsi/ bardziej odrażający/ bardziej oszukują a jednak mają wielkie sukcesy – więc ja, starając się wszystko robić dobrze, jestem samotną idiotką.
Dziwimy się, że akurat te umiejętności są na tratwie tak rozwinięte? W sumie jest w tym dobra wiadomość – uczenie się ma moc. Pomyśleć co to by było, gdybyśmy uczyli się rzeczy dokładnie wręcz odwrotnych?
Raport z badania w polskich szkołach podstawowych na temat działań nakierowanych na kształtowanie postaw proekologicznych u uczniów i form stosowanych w tym procesie.
Raport_Fundacja Nasza Ziemia 2021
Działająca od 1994 roku Fundacja Nasza Ziemia, w pilotażowym badaniu ankietowym, zrealizowanym w ramach projektu „Lekcja Nieśmiecenia” pod koniec roku szkolnego 2020/2021, uzyskała wiedzę na temat działań kształtujących postawy proekologiczne wśród uczniów. 936 ważnych odpowiedzi, na podstawie których powstał raport, można uznać za wart uwagi głos środowiska pedagogicznego oraz podstawę do dalszych pogłębionych badań i analiz. Wśród respondentów 48,1 proc. stanowiły szkoły miejskie, a 51,9 proc. szkoły wiejskie o różnej wielkości.
Sprzątać świat, czy nie sprzątać?
W tym roku po raz 28 Fundacja Nasza Ziemia będzie koordynować największą, ekologiczną akcję w Polsce – Sprzątanie Świata-Polska. Wśród respondentów badania aż 93 proc. uczestniczyło w niej przynajmniej raz, 58 proc. bierze w niej udział co roku, a 28 proc. deklaruje, że sprzątało swoje otoczenie w ramach tej Akcji wiele razy. Jak pokazują wyniki, ogromna większość badanych szkół zetknęła się aktywnie z Akcją prowadzoną przez Fundację Nasza Ziemia. Niemal 60 proc. szkół rokrocznie powraca do Akcji i co roku sprząta świat wraz z Fundacją. W Akcji Sprzątanie Świata chodzi o to, by nie śmiecić w naturze. Kto więc raz wziął w niej udział, będzie wiedział jak bardzo szkodzi Matce Ziemi każdy wyrzucony bezmyślnie śmieć. To doskonała praktyczna lekcja nieśmiecenia. Cieszy nas, że nauczyciele to potwierdzają i wraz z nami uwrażliwiają kolejne pokolenia Polaków na poszanowanie środowiska przyrodniczego.
Czego potrzebują nauczyciele?
92.9 proc. ankietowanych deklaruje, że prowadzi działania kształtujące prawidłowe postawy uczniów wobec środowiska przyrodniczego, zaś 96 proc. respondentów zgadza się z opinią, że edukacja ekologiczna powinna być prowadzona na wszystkich etapach edukacyjnych, poczynając od edukacji wczesnoszkolnej. Jednak, by przygotować kolejne pokolenia do prawidłowego funkcjonowania w środowisku przyrodniczym, nauczyciele różnych przedmiotów (bo edukacja proekologiczna rozłożona jest na wiele z nich) potrzebują wsparcia oraz dostępu do dobrych, opartych na najnowszych badaniach i wiedzy, materiałów dydaktycznych i pomocy naukowych, które jednocześnie będą dostosowane do poziomu i zainteresowań uczniów. 79 proc. ankietowanych uważa, iż materiałom teoretycznym powinny towarzyszyć odpowiednie pomoce dydaktyczne. Okazuje się, iż połowa badanych (52proc.) deklaruje, że w ostatnich dwóch latach w pracy z uczniami korzystała z bezpłatnych materiałów edukacyjnych z zakresu edukacji ekologicznej, a niezwykle cenne okazały się dla nich gry edukacyjne dostosowane do poziomu wiekowego uczniów (65,5 proc.); gotowe ćwiczenia w formie kart pracy do wykorzystania na zajęciach przedmiotowych, dostosowane do obowiązującej podstawy programowej (63 proc.), czy filmy i animacje (59 proc.). Grupa respondentów, która nie korzystała w swojej pracy z materiałów edukacyjnych, jako główny powód wskazała fakt, iż ich nie otrzymała. To dla Fundacji Nasza Ziemia wyraźny sygnał, aby skuteczniej docierać z ekologicznymi materiałami edukacyjnymi do tego środowiska.
Jak uczymy dzieci segregowania odpadów?
Z badania wynika, że niezbyt konsekwentnie. Część szkół (przeszło co dziesiąta wśród badanych), mimo, że uczy o potrzebie segregowania odpadów, nie prowadzi selektywnej zbiórki śmieci w swojej placówce. A to oznacza, że uczniowie widzą inny wzorzec w praktyce niż w teorii. Wśród 109 placówek z tej grupy aż 71,5 proc. wskazuje, że dzieje się tak dlatego, że brakuje im odpowiednich pojemników. Z kolei prawie 38 proc. jako barierę wskazuje to, że to nie oni jako placówka oświatowa decydują o sposobie segregacji i odbioru odpadów oraz o umowach, lecz gmina, w której działa szkoła. Wprawdzie dotyczy to 41 na 936 przebadanych placówek, ale zasygnalizowany został być może jakiś problem systemowy. Z punktu widzenia Fundacji Nasza Ziemia oba wskazane przez respondentów powody warte są głębszego zdiagnozowania oraz poszukania rozwiązań.
Skąd nauczyciele pozyskują materiały z zakresu edukacji ekologicznej?
Z badania wynika, iż istnieje wiele możliwości otrzymania wartościowych i przydatnych materiałów wspomagających edukację ekologiczną w szkołach. Respondenci w przeważającym odsetku wymienili ekologiczne organizacje pozarządowe – fundacje i stowarzyszenia (54,7 proc.) zaś na drugim miejscu pojawiły się media zajmujące się tą tematyką (22,7 proc.). Zaskakujący a zarazem wart dalszej analizy okazał się niewielki odsetek badanych, którzy jako źródło wskazali uczelnie wyższe (jedynie 1,2 proc.). Nawet komercyjne firmy były częściej wymienianym przez respondentów źródłem uzyskiwania ekologicznych pomocy dydaktycznych (4,5 proc.). Fundacja Nasza Ziemia od 27 lat współpracuje z mediami z wielką satysfakcją i pozytywnym efektem. Chętnie więc poddalibyśmy wspólnie z zainteresowanymi mediami ten obszar pilotażu głębszej analizie. W tym kontekście interesujące może się okazać zbadanie i opisanie źródeł, z jakich korzystają dziennikarze przy tworzeniu ekologicznych materiałów, a także udział materiałów przez nich przygotowanych, w ogólnej puli treści poruszających te tematy (w tym w mediach społecznościowych).
Badanie prowadzono w ramach I edycji projektu „Lekcja Nieśmiecenia”, realizowanego przez Fundację Nasza Ziemia we współpracy z firmą Henkel Polska. Celem projektu jest wspieranie szkół w procesie edukacji ekologicznej związanej z segregacją odpadów. W pierwszej edycji projektu 20 szkół podstawowych mogło wygrać w konkursie edukacyjną stację do segregacji odpadów. Rozdanie nagród odbędzie się już w nowym roku szkolnym 2021/2022.
Źródło: Fundacja Nasza Ziemia
Fot. EDUCATIONAL SPACES
Społeczności lokalne, które przez całe lata borykały się z zagrożeniem budową kopalni odkrywkowych, mierzą się z kolejnym problemem. Na terenach, gdzie występują udokumentowane złoża węgla brunatnego[1], mieszkańcy i samorządowcy często spotykają się z odmową uzgodnienia warunków zabudowy czy rozpoczęcia inwestycji komunalnych przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska.
Problem dotyczy głównie gmin wiejskich (np. z regionu legnickiego), gdzie mieszkańcy nie mogą budować domów, a samorządowcy inwestować w niezbędną infrastrukturę[2]), a w których niegdyś planowano budowę kopalni odkrywkowych. Ale nie tylko. Są też regiony, których mieszkańcom nawet nie śniło się, że ich działki znajdują się na złożach węgla. Dowiadują się o tym w momencie, kiedy planują budowę i dostają ministerialną odmowę.
Problem nasilił się w ostatnim czasie. Do Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE” coraz częściej docierają sygnały od zszokowanych mieszkańców. Ich oburzenie jest tym większe, że trudno zgadnąć jakim kluczem kierują się urzędnicy. „200 metrów dalej gdzie również są te złoża, warunki zabudowy zostały wydane” — napisała do nas mieszkanka gminy Trzcianka, która otrzymała odmowę.
— Energetyka węglowa jest w odwrocie, odkrywki są zamykane, od ponad dekady w Polsce nie powstała żadna nowa kopalnia węgla brunatnego. Co zatem chcą chronić ministerialni urzędnicy? — komentuje Tomasz Waśniewski, prezes Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”. — Uważamy, że odbieranie mieszkańcom prawa do budowy na ich własnych działkach blokowanie władzom gmin i społecznościom lokalnym możliwości rozwojowych z powodu występowania tam nikomu niepotrzebnych złóż węgla, jest rażąco niesprawiedliwe. Dlatego poprosiliśmy o przygotowanie opinii prawnej, która może stać się pomocnym narzędziem w walce z krzywdzącymi przepisami.
Opinia pt. „Kompetencje organu administracji geologicznej w zakresie uzgodnienia decyzji celu publicznego oraz decyzji o warunkach zabudowy w postępowaniu administracyjnym” zostanie zaprezentowana przez autora Sebastiana Czwojdę 22 lipca podczas webinaru „Ochrona złoża. Czy węgiel brunatny powinien podlegać specjalnej ochronie?”, na który zapraszamy serdecznie samorządowców, mieszkańców i dziennikarzy zainteresowanych problemem.
— Racjonalne gospodarowanie złożem i kompleksowe wykorzystanie kopalin może prowadzić również do takiego rozwiązania, w którym złoże nigdy nie będzie eksploatowane — pisze Sebastian Czwojda, radca prawny w Kancelarii „Primum Lex”, były burmistrz miasta i gminy Krobia. — Dopóki nie zostanie wyznaczony obszar i teren górniczy, wszelkie ograniczenia dla lokalnej społeczności, wiążące się zakazem zabudowy, rozwojem infrastruktury gospodarczej, przyrodniczej czy możliwością lokalizacji inwestycji celu publicznego spowodują konkretne straty i ograniczenie potencjału rozwojowego lokalnej społeczności.
Więcej informacji o webinarze:
Odniesienia:
- W Polsce znajduje się 91 udokumentowanych złóż węgla brunatnego, na terenie 8 województw http://geoportal.pgi.gov.pl/css/surowce/images/2020/bilans_2020.pdf
- https://wroclaw.tvp.pl/54290451/ochrona-zloza-surowca-z-ktorego-rezygnuje-cala-europa
Photo by Mika Baumeister on Unsplash.
Rolnictwo jest zbyt istotną kwestią, by pozostawić ją w rękach… No właśnie – czyich? Wydaje się, że uczestnicy debaty, która odbyła się 1 lipca pod hasłem “Pakt Społeczny dla Polskiego Rolnictwa”, nie mieliby wątpliwości: czyichkolwiek. Ani wolny rynek, ani sami tylko politycy nie stawią czoła oczekiwaniom i wyzwaniom, z jakimi mierzą się obszary wiejskie w trzecim dziesięcioleciu XXI wieku.
Debata zorganizowana przez Koalicję Żywa Ziemia wraz z Koalicją Klimatyczną, Koalicją Rolnictwo dla Przyrody oraz Koalicją Ratujmy Rzeki pokazała, że przemiany, które muszą nastąpić w polskim rolnictwie, są kluczowe z punktu widzenia społeczeństwa (tak konsumentów, jak rolników), zapewnienia trwałości produkcji (ochrony środowiska i zasobów), a także niwelowania nierówności społecznych na obszarach wiejskich oraz dbania o krajobraz i klimat. To sprawy zbyt ważkie, by pozostawiać je mechanizmom rynkowym czy kaprysom dynamiki kadencji politycznych. Potrzeba nam Paktu Społecznego.
Debata, w założeniu organizatorów, miała zapoczątkować cykl rozmów i prac nad wizją rolnictwa, która uwzględni potrzeby wielu interesariuszy. Podsumowując ją profesor Zbigniew Karaczun mówił o tym, co łączy wszystkie głosy, które można było usłyszeć podczas rozmów: wszyscy chcemy polskiej żywności wysokiej jakości, dostarczanej na stoły polskich konsumentów, a także wszyscy chcemy żywotnych obszarów wiejskich. To ważny wniosek dla debaty, którą profesor rozpoczął kreśląc wizję wyzwań, jakie przed rolnictwem stawia zmiana klimatu – potrzebą adaptacji do zmieniających się warunków pogodowych i klimatycznych oraz koniecznością ograniczenia pochodzących z rolnictwa czynników, które tę zmianę napędzają.
Pomysł budowania szerokiego porozumienia – Paktu Społecznego – a także termin, który został wybrany na przeprowadzenie pierwszego spotkania, nie są przypadkowe. Dobiegają końca rozmowy o kształcie Wspólnej Polityki Rolnej (WPR), która obowiązywać będzie od 2023 roku. Z czerwcowego (2021) raportu Europejskiego Trybunału Obrachunkowego wiemy, że dotychczasowa WPR nie przyczyniła się w żaden sposób do redukcji emisji pochodzenia rolniczego, choć na ten cel przeznaczono ¼ jej budżetu. Cele z zakresu redukcji emisji i ochrony różnorodności biologicznej zostały jasno wyznaczone przez Europejski Zielony Ład oraz strategię “Od pola do stołu” i strategię na rzecz ochrony różnorodności biologicznej. Jednak w nowej perspektywie WPR wiele decyzji dotyczących konkretnych działań, zobowiązań i płatności, z których będą mogli skorzystać rolnicy, pozostawiono państwom członkowskim. Każdy z krajów przygotowuje Plan Strategiczny (PS), który określi szczegółowe zasady wdrażania polityki rolnej i transferu środków. Polski jest już po pierwszej fazie konsultacji, w których strona społeczna zgłosiła prawie 4 tys. uwag. Jego druga wersja powinna ukazać się jeszcze latem.
W debacie dotyczącej Paktu Społecznego dla Polskiego Rolnictwa wzięli udział przedstawiciele centralnych organów władzy państwowej, posłowie, rolnicy, przedstawiciele świata nauki, organizacji rolniczych, związków branżowych oraz organizacji działających na rzecz ochrony środowiska. Każdy starał się reprezentować głos i interesy swojego środowiska, co nieraz wywoływało polemikę i gorącą dyskusję. Ten wielogłos dał jednak szanse na wzajemne usłyszenie różnych opinii w szerszym kontekście. Była przestrzeń, by rozmawiać o tym, czy kilkuhektarowe gospodarstwa mogą prowadzić zrównoważoną i prosperującą produkcję? Jakie wsparcie jest potrzebne, by rolnictwo ekologiczne mogło się w Polsce rozwijać, zgodnie z unijną strategią “Od pola do Stołu”, która zakłada osiągnięcie 25% powierzchni upraw w produkcji ekologicznej do 2030 roku, skoro Polska ma obecnie 3,4% i odsetek ten systematycznie spada? Albo czy Polska za priorytet powinna uznać ochronę zasobów – wody, gleby, różnorodności biologicznej – czy też zwiększanie krajowej bazy białkowej z myślą o rozwoju produkcji zwierzęcej?
To nie są pytania, na które da się znaleźć odpowiedź podczas jednego spotkania. Jednak zadawane odważnie, wobec wielogłosu poglądów i opinii czy interesów, mają szanse pokazywać, jak wielu kwestii dotyka rolnictwo, i jakie konsekwencje ma wybór konkretnych polityk w zakresie rozwoju sektora. Oraz, że konsekwencje te dotykają nie tylko rolników, ale nas wszystkich – dlatego potrzebujemy Paktu Społecznego dla Polskiego Rolnictwa. Do pracy nad Paktem chcielibyśmy wrócić jesienią. Będą organizowane spotkania robocze z udziałem uczestników lipcowej debaty i innych gości reprezentujących różne środowiska i poglądy. Na tych spotkaniach będziemy zadawać już konkretne pytania i wspólnie wypracowywać rozwiązania.
Źródło: Koalicja Żywa Ziemia
MOTTO:
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Na pierwszy rzut proponuję ważny element, który stanowi nieoczywistą część złożonego systemu nauki – wydawnictwa. Żeby nie zataczać kręgów zbyt szeroko w materii, która i tak jest beznadziejnie szeroka, skoncentrujmy się na polskiej sytuacji wydawniczej.
Niemal wszystkie polskie wydawnictwa naukowe od co najmniej 8 lat publikują prawie wyłącznie na zasadach „vanity press”, czyli za wysoką opłatą. Bardzo często nie próbują potem nawet tych książek sprzedać. Nie istnieje polityka wydawnicza, polegająca na systematycznym budowaniu wiedzy przez redaktorów, (którzy powinni być równie kompetentni naukowo jak publikowani autorzy), wyszukiwaniu nowych wartościowych obszarów (do tego potrzebna wiedza i kontakty bardziej ekstensywne, niż posiada większość publikowanych autorów), prowadzeniu wybranych, szczególnie cennych dla wydawnictwa autorów (do tego potrzebne jest budowanie więzi i stabilność).
Ja np. przestałam praktycznie publikować po polsku, bo nie mam takich środków. Wolę publikować za darmo za granicą – ba, tam nawet dostaję jakieś grosze w ramach royalties. Bardzo niewielkie ostatnimi czasy – a gdy zaczynałam pracę ludzie z takich honorariów żyli dostatnio – i ja miałam na to nadzieję. Zresztą z polskich książkowych również żyło się dobrze, jeszcze załapałam się na jakąś końcówkę tego na początku lat 1990-tych.
Polskie wydawnictwa naukowe często nie prowadzą aktywnie tych publikacji. Raczej obowiązuje zasada „klient – nasz pan” i wydaje się cokolwiek „klient” przyniesie, bywa, że bez redakcji, a bywa, że próby ewidentnej redakcji są przez „klienta” traktowane jako obraza majestatu (przechodzą ewidentne błędy).
Wiedza na temat tego, co publikować, również dyktowana jest opiniami środowisk dysponujących środkami i wpływami. Tłumaczone są te pozycje, które te środowiska uznają za stosowne. Pomijana jest cała reszta. Z punktu widzenia osoby, która troszkę wie o naukach zarządzania na świecie wygląda to prawie (tragi-)komicznie – w Polsce panuje coś w rodzaju niemal całkowitego zaćmienia, prawie że nie istnieje zasadnicza część wiedzy z tej dziedziny.
W ten sposób polska nauka staje się całkowicie kolonialna, publikowanie książek jest pasywne, nikt nie próbuje mieć pomysłu na to, dokąd zmierzamy, ani kim jesteśmy. Zbyt wiele za to jest pomysłów na to, skąd przybywamy i one też zazwyczaj mają z nauką wiele wspólnego.
Bardzo często – a podobnie jest w sztuce – osoby posiadające dostęp do środków po prostu „same sobie artystami”, zajmują różne puste nisze, wydają swoich „poetów”, „młode gwiazdy”, „odkrywców”. Nikt nie szuka już „ukrytych pereł”, nie wysila się żeby znaleźć to cenne ziarno, które gdzieś tam jest – w terenie, w szkole, na przedmieściach, i które może przynieść coś, co naprawdę poruszy i przyniesie nadzieję (negentropia). Poszukiwaniami zajmowały się instytucje, których dziś nie ma bo „każdy sam sobie sterem” i trzeba „samemu zasłużyć” – co w praktyce realizuje się zazwyczaj tak jak tu opisuję (jakoś wyjątkowo podobni do siebie w naszych czasach ci „najzdolniejsi i najlepsi”, nieprawdaż?). Zresztą publiczność też już nie wie, jak być poruszona, ludzie nie mają na to czasu i nie mają wyćwiczonej wyobraźni. Sztuka jest źródłem sensu, ale nie jest powietrzem i nie oddycha się nią instynktownie, trzeba mieć czynne receptory. Podobnie z nauką – jest źródłem nadziei, ale by ją przyjąć trzeba mieć wielką odwagę myślenia i dyscyplinę uczenia się. Media i coraz bardziej także edukacja zajmują się czymś zupełnie innym niż rozwijaniem tych umiejętności.
W wielu dyscyplinach wypadło naszemu krajowi w ten sposób coś koło trzech dekad wiedzy. W tej chwili już chyba nie do odzyskania, chyba że pojawi się jakiś super ambitny projekt, z poważnym finansowaniem i instytucjonalnym wsparciem i zacznie porządkować stan bliski chaosowi. Nic jednak już nie naprawi tego, że niektórych autorów, niektóre kierunki, niektóre idee można było przez te lata wspierać, budować, czy używając odrażającego języka, który obecnie obowiązuje – ale może w ten sposób uda mi się przekazać sedno sprawy – „inwestować w nie”. To wszystko przepadło i se ne vrati.
Jeśli ktoś myśli sobie, że nic nie szkodzi, bo świat i tak dla młodych, to niech najpierw stuknie się w głowę, a potem zastanowi z czego ci młodzi mają tworzyć ten świat? Z tego prochu dużo nie stworzą.
–––––––––––
Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.