Pisarka i dziennikarka Ece Temelkuran, która na skutek coraz śmielszej krytyki coraz bardziej niedemokratycznego reżimu w Turcji straciła pracę w gazecie, postanowiła przestrzec ludzi w krajach, gdzie kiełkuje autorytaryzm. Mówi, że mimo pojawiających się promyków nadziei, kiedy polityka zmierza w prawo, ​​wiele zachodnich demokracji znajduje się na niepewnym gruncie. Droga powrotna jest długa i wymaga od obywateli odzyskania godności, odnalezienia wiary w siebie, swoje demokracje, a także siebie nawzajem.

Beatrice White: W swojej książce How to Lose a Country robisz diagnozę współczesnego autorytaryzmu, który nie nadchodzi wraz z czołgami, ale raczej stopniowo przejmuje kontrolę. Czym charakteryzują się takie zjawiska? Jak postrzegasz ich najbardziej uderzające przejawy w dzisiejszej Europie?

Ece Temelkuran: Ta książka, nieco ironicznie, napisana została jako podręcznik dla potencjalnych dyktatorów. Ale daje też wgląd w to, co może się wydarzyć w Europie. W rzeczywistości jest to wezwanie do globalnej solidarności, ale skierowane głównie do krajów europejskich i Stanów Zjednoczonych, ponieważ kraje takie jak Indie, Turcja i Pakistan doskonale znają szaleńczy proces, w którym demokratyczny kraj ześlizguje się w kierunku polityki autorytarnej. A kraje zachodnie od dawna uważały demokrację za coś oczywistego – za bardzo ufają swoim instytucjom i tzw. demokratycznej kulturze.

Głównym przesłaniem książki jest, że autorytaryzm to zjawisko globalne, a autorytarni przywódcy uczą się od siebie nawzajem. Nie występują w mundurach, ale w zabawnych fryzurach, jak Boris Johnson i Donald Trump. Ludzie są dość skonsternowani, kiedy taka polityka zostaje zidentyfikowana jako faszyzm. A jednak powinniśmy nazywać ją faszyzmem, a nie populizmem czy autorytaryzmem. Ludzie często myślą, że faszyzm został całkowicie wymazany z Europy z końcem II wojny światowej. W rzeczywistości został po prostu pokonany na polu bitwy. Niewiele krajów – poza Niemcami – skonfrontowało się z własną historią faszyzmu.

Moim celem było ostrzec i pobudzić do działania społeczeństwa zachodnie, ponieważ w krajach takich jak Turcja jesteśmy wyczerpani. Autorytaryzm to nie tylko polityka – tworzy moralną korupcję i burzy podstawowy konsensus w społeczeństwach. Nadal potrzebujemy oporu kontestujących, zaniepokojonych mas na Zachodzie. Chodzi o próbę znalezienia sposobu zbudowania wspólnego języka, wspólnej narracji – abyśmy mogli razem przeciwstawić się tej nowej formie faszyzmu. Nie da mu rady ludność tylko jednego kraju. On wymaga globalnej solidarności.

BW: Przywódcy tacy jak Recep Tayyip Erdoğan i Donald Trump opanowali sztukę zawłaszczania demokratycznej retoryki: tylko ich zwycięstwa są prawdziwie demokratycznymi wynikami. W jaki sposób ci, którzy bronią demokratycznych zasad przed autorytaryzmem podchodzą do tego, że nawet demokratyczne koncepcje mogą być przedmiotem uzurpacji?

ET: To, co mówią, nie jest całkowicie nieprawdziwe. Tak, wygrywają wybory. Wygrywają przy urnie wyborczej, ale to tylko potwierdza kryzys reprezentacji, którego obecnie doświadczamy. Przez długie lata demokracja była zredukowana do urn wyborczych. Uderzającym przykładem tego może być kampania mająca na celu powstrzymanie inwazji na Irak w 2003 roku. Ulice były pełne ludzi przeciwnych wojnie, ale przywódcy i tak szli naprzód.

Kiedy moja książka ukazała się dwa lata temu z przekazem, który był ostrzeżeniami przed tym, co może nadejść – wiele osób odrzuciło ją jako traktującą o sytuacji wyjątkowej. Ale teraz ludzie w miejscach takich jak Wielka Brytania, Francja, Niemcy i USA wracają do niej. To pokazuje, jak w ciągu dwóch lat wszystkie te instytucje – i tak zwane dojrzałe demokracje – zaczęły tracić wiarę w siebie. Dzieje się to niezwykle szybko, na naszych oczach.

Proces ten można prześledzić znacznie dalej – do końca lat 70., kiedy Margaret Thatcher i Ronald Reagan deklarowali, że „nie ma alternatywy”. Potem, zwłaszcza po zimnej wojnie, demokracja stała się czymś administracyjnym, czymś, o co ktoś inny powinien się za nas zatroszczyć. W kierowaniu krajem chodziło o liczby – liczby przemawiające do liczb. Ludzie się już nie liczyli. Co robią ludzie, jeśli nie ma alternatywy? Żyją dalej. Tego od nich oczekiwano. Ale to nie nastąpiło przypadkiem. Lewica została stłumiona w każdym z tych krajów – czy to przez wojskowy zamach stanu, jak to miało miejsce w Turcji, czy przez Thatcher i Reagana toczących wojnę ze związkami zawodowymi.

Cała sfera polityczna przesunęła się na prawo. Musimy się z tym zmierzyć.

Bez elementów progresywnych w polityce i społeczeństwie nie ma kontroli i równowagi pod względem moralnym i politycznym. Pozostaje nam życie ze zmutowanym dzieckiem neoliberalnej polityki. Bez prawdziwej demokracji, która obejmuje sprawiedliwość społeczną, znajdujesz się w sytuacji, gdzie każdy może być samozwańczym „prawdziwym demokratą”.

Ten rodzaj „demokracji”, która jest nadal naszym obowiązującym stanem demokracji, wymaga apolitycznych mas. Więc tworzy ona wzór obywatela, który unika polityki, któremu wydaje się, że w demokracji chodzi jedynie o urnę wyborczą, że liczy się tylko polityka tożsamościowa, a wolność jest sprawą jednostki, i tak dalej. W konsekwencji takiego redukcjonizmu przybywa ludzi, którzy myślą, że jeśli pozbędą się Unii Europejskiej (szczególnie w Wielkiej Brytanii), to będą wolni, i będą „wielcy”. Ten paradygmat wciąż jest aktualny. Ale ludzie chcą zignorować moment historii, kiedy prawicowa polityka rozrosła się tak mocno, że stała się naszym stanem naturalnym. Kilka innych kryzysów rozgrywa się jednocześnie: kryzys kapitalizmu, demokracji, klimatu, i tak dalej. Te obawy mogą łatwo zostać upolitycznione i wykorzystane do mobilizacji przez prawicowych, populistycznych liderów, jeśli ludzie nie będą mieć rzeczywistej, dobrej alternatywy.

BW: Ale dziś wciąż jeszcze są ludzie na ulicach – prodemokratyczne ruchy w Hong Kongu, Rosji, Białorusi czy Myanmarze, na przykład. Ale także na Zachodzie – młodzi ludzie, szczególnie żądający sprawiedliwości społecznej, rasowej czy środowiskowej. Jak postrzegasz te ruchy?

ET: Jest znaczna różnorodność w tych ruchach, jeśli chodzi o ludzi, którzy wychodzą na ulicę, ich żądania, korzenie i języki. Ale widzę wspólną cechę charakterystyczną: wszędzie, na różne sposoby, ludzie domagają się godności. To część odpowiedzi na kryzys reprezentacji oraz inne kryzysy, z którymi się mierzymy. Jest coś bardzo podnoszącego na duchu w tych protestach i demonstracjach, które pojawiają się nawet podczas pandemii. Na całym świecie potrzeba wolności jest jeszcze silniejsza niż strach przed śmiercią. To pokazuje, że ludzie wciąż mają wiarę w swój gatunek. Mam nadzieję, że wszystkie te demonstracje będą się odbywać we wzajemnej solidarności, pod hasłem ludzkiej godności.

To nowe pokolenie jest bardzo wkurzone na wcześniejsze pokolenia. Dlaczego miałoby nie być? Wszystkie te kryzysy spadły im na głowę. Mają poczucie, że nic nie mogą stracić. Widzą hipokryzję i są cyniczni, sarkastyczni, i wściekli. Ale wciąż się targują – wciąż czegoś chcą i mają jasność czego. Jednak, jeśli nie zostaną wysłuchani, następne fale protestów mogą nie być tak wymowne.

BW: Ludzie są również na ulicach w demokracjach, w których podkopywane są podstawowe zasady. Szczególnie dotyczy to grup marginalizowanych, których prawa są zagrożone, na przykład kobiet. Jak widzisz ich rolę w ruchach oporu?

ET: To nie przypadek, że najbardziej zaciekły opór pochodzi z ruchów kobiecych. Jeśli – dosłownie – walczysz o swoje życie, walczysz zaciekle. Może się to wydawać odległym problemem kobietom na Zachodzie. Ale trzeba wziąć pod uwagę wszystko, co zdarzyło się w ostatnich latach, a wcześniej wydawało się nie do pomyślenia.

W krajach takich jak Turcja toczy się otwarta wojna z kobietami. Ale to było do przewidzenia, bo mizoginizm jest męskim odłamem faszyzmu. Kiedy do głosu dochodzi faszyzm, kobiety są kanarkami w kopalni węgla. To nie dlatego, że ich polityczne i moralne wyczucie jest bardziej wyostrzone niż męskie, ale dlatego, że faszyzm zawsze najpierw atakuje kobiety. I nie mówię tutaj jedynie o samych kobietach, ale o wszystkim, co postrzegane jest jako żeńskie. I sądzę, że faszyzm zostanie pokonany przez demontaż mizoginii. To zależy od kobiet, a one na całym świecie stają się teraz coraz bardziej świadome. W moim przekonaniu, jedynym inspirującym dziś głosem w polityce są młodzi ludzie, szczególnie młode kobiety.

BW: Protesty często prowadzą do zmiany sposobu robienia polityki. Jednym z efektów protestów w parku Gezi były oddolne zgromadzenia obywatelskie, które pojawiły się w mieście. Czy są sygnały, że klasyczna polityka może otworzyć się na tego rodzaju praktyki, jeśli ruchy społeczne będą nabierać siły?

ET: Tak, myślę że establishment polityczny zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli nie przyjmie tych ruchów, okaże się przestarzały, passé, a ostatecznie upadnie. Widzieliśmy, jak nowe organizmy polityczne wyłoniły się z ruchów w Hong Kongu, Stambule i Kairze. Ale one nie są kompatybilne z naszą aktualną demokracją reprezentatywną.

Jedyną drogą wyjścia z tego impasu, jaką widzę, są lokalni politycy. Progresywni burmistrzowie, gminy i lokalni politycy, którzy chcą poszukiwać nowych sposobów uprawiania polityki, są bardziej zdolni do nawiązania dialogu z tymi ruchami politycznymi. Gdyby nie protesty w parku Gezi, Ekrem İmamoğlu (centrolewicowy kandydat opozycyjnej partii CHP) nie wygrałby ponownie, kiedy powtórzono wybory na mera Stambułu w 2019 roku. To ci ludzie zorganizowali się i zmobilizowali innych do powtórzenia głosowania. Myślę, że te ruchy polityczne uczą nas poprzez swoje działania. Determinacja, upór i nieustępliwość, które sprawiają, że są tak ożywcze, mogą odświeżyć nasze instytucje polityczne – jeśli oczywiście te okażą się na to gotowe.

BW: W jaki sposób Zieloni i inne progresywne ugrupowania mogą sięgnąć poza własne kręgi, do szerszego społeczeństwa, unikając jednocześnie populistycznej retoryki i strategii stosowanych przez ich przeciwników?

ET: Żyjemy w erze strachu i dezintegracji. Faszyści bawią się emocjami i monopolizują je w swoim dyskursie. Myślę, że lewica w ogóle, ale Zieloni w szczególności, powinni myśleć o swoim politycznym związku z emocjami i wartościami. Przestać bać się emocji i nauczyć się na nowo rozmawiać z ludźmi, a także ze sobą nawzajem – o miłości, złości, strachu, a nawet wierze. Czym jest dla nas wiara? W co wierzymy? Co, jako ludzie o lewicowych poglądach, możemy powiedzieć o miłości? Albo o dumie? Widzę w progresywnej polityce wyuczony dystans do emocji. A jednak to właśnie próbują robić nowe organizmy polityczne: próbują wyrazić emocje. Dlatego są tak dynamiczne i tak zupełnie inne od zinstytucjonalizowanej i ugruntowanej polityki.

BW: Jako powieściopisarka przyglądasz się złożoności ludzkiej natury i motywacji. Jaką rolę może odegrać fikcja w zmianie naszej polityki i naszych społeczeństw oraz w zrozumieniu siebie nawzajem?

ET: Słowa – czy to polityczne, czy niepolityczne – nie zmieniają świata. Tylko ludzie, którzy wierzą w te słowa, mogą to zrobić. Nie da się zatem porównywać pisania o polityce z pisaniem fikcji w kategoriach oceny moralnej naszego wkładu w świat. Jeśli o mnie chodzi, moja powieść Women Who Blow on Knots (2017) była o wiele bardziej politycznie transformująca niż How to Lose A Country (2019). Zaletą fikcji jest to, że opowieść jest bardziej współczującą i angażującą formą komunikacji – czytelnikowi łatwiej jest zbliżyć się do pozornie apolitycznego pisarza. Następnie, w ramach, na które pozwala fikcja, pisarz może mówić o najbardziej kontrowersyjnych ideach i prawdzie w wymiarze absolutnym.

BW: Jako dziennikarka, która nieustannie zabierała głos, często spotykałaś się z osobami stojącymi za upadkiem demokracji w Turcji. Twoja nowa książka, Together, zachęca czytelnika, aby wybrał wiarę w ludzi, z którymi dzielimy planetę. Jak twoim zdaniem budować mosty, by wiara w siebie nawzajem była możliwa?

ET: Myślę, że pytanie „jak budować mosty” nie jest właściwym pytaniem. Czasami nie ma mostów. W polityce chodzi nie tylko o pokój i harmonię, ale też o konfrontację. Jednak wyrzuciliśmy ten sposób myślenia z naszej sfery politycznej. System polityczny nie lubi konfrontacji, nie chce antagonizmów. Dlatego ludzie muszą wierzyć, że nie ma alternatywy i nie ma już o co walczyć. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy i jak uznaliśmy to za normę. Wyjęliśmy walkę z naszego słownika, aby przetrwać.

Zaakceptowaliśmy naszą zmniejszoną przestrzeń do istnienia. Ale jeśli zamiast tego zdamy sobie sprawę, że nas pobili i że jesteśmy z tego powodu wściekli, może to być punkt wyjścia do zrobienia czegoś. W polityce chodzi niestety o walkę. Byłoby miło, gdyby walka dotyczyła tylko słów, ale czasami tak nie jest.
Dlatego wracam do porażki. Kiedy jesteś pokonany, jakoś legitymizujesz, normalizujesz porażkę, a potem zaczynasz pytać, jak możemy budować mosty. Pokonamy ich. Muszą zostać powstrzymani. Jak doszliśmy do tego, że zadajemy pytanie o współżycie z faszyzmem? To jest złe pytanie! To są kluczowe pytania dominującej ideologii.

———

Beatrice White jest zastępczynią redaktora Green European Journal. Wcześniej pracowała dla codziennej gazety w Stambule oraz w brytyjskiej Izbie Lordów. Jest członkinią Partii Zielonych Anglii i Walii i zasiada w jej międzynarodowym komitecie.

Ece Temelkuran to wielokrotnie nagradzana turecka powieściopisarz i komentator polityczny. Za powieść Women Who Blow on Knots zdobyła nagrodę First Book Award na Międzynarodowym Festiwalu Książki w Edynburgu (Parthian Books, 2017). Jest autorką cieszącej się międzynarodowym uznaniem książki How to Lose a Country (Fourth Estate, 2019). Jej najnowsza książka to Together (Harper Collins, 2021).

Wywiad pierwotnie ukazał się w Green European Journal. Angielska wersja dostępna jest tutaj: https://www.greeneuropeanjournal.eu/backs-against-the-wall-bringing-the-fight-back/

Tłumaczenie: Joanna Perzyna


 

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) nałożył na Polskę dzienną karę w wysokości 500 000 euro za niezaprzestanie wydobycia kopalni węgla Turów w gminie Bogatynia. TSUE tym samym ma na celu zmobilizowanie do przestrzegania prawa UE polskiego rządu i operatora kopalni – spółki PGE.

Decyzja sądu jest odpowiedzią na wniosek rządu czeskiego o nałożenie kary w wysokości 5 milionów euro dziennie dla Polski, za każdy dzień, w którym kopalnia działa z naruszeniem zakazu. Trybunał obniżył wymiar kary dziennej dziesięciokrotnie w stosunku do wniosku czeskiego rządu, ale i tak będzie ona dotkliwa dla polskich podatników.

Polska i Czechy prowadzą negocjacje w sprawie działalności kontrowersyjnej kopalni od czasu złożenia przez Czechy pozwu. Rozprawa w sprawie pozwu czeskiego rządu przeciwko Polsce ma się rozpocząć 9 listopada – po tym, jak sąd zatwierdził wniosek Polski o przyspieszenie procedury. Ostateczny wyrok TSUE spodziewany jest na wiosnę 2022 r. Po wyroku kary finansowe będą wycofane. Rząd polski znajduje się obecnie w trudnym położeniu. Od obietnic Premiera Morawieckiego minęły ponad 3 miesiące, a wciąż nie ma umowy z Czechami zawierającej wycofanie pozwu do TSUE. Czeka nas płacenie kar ok. 70 mln zł miesięcznie lub wstrzymanie działalności kopalni i elektrowni. Kara, która została dziś nałożona, zacznie być naliczana od czasu formalnego doręczenia orzeczenia polskim władzom. Jeśli rząd będzie się uchylał od płacenia kar to wówczas mogą zostać uszczuplone unijne fundusze dla naszego kraju.

Oprócz kar, które będą płacić polscy podatnicy, Komisja Europejska potwierdziła również, że region zgorzelecki, gdzie funkcjonuje kopalnia i elektrownia Turów, straci miliony z europejskich funduszy, ponieważ rząd i PGE nalegają na datę zamknięcia kompleksu dopiero w 2044 roku – nie wykazując tym samym zamiaru rozpoczęcia transformacji energetycznej jeszcze w tej dekadzie.

– Może wreszcie pora zweryfikować politykę wobec węgla brunatnego w Turowie, zastosować się do orzeczenia TSUE, zakończyć umowę z Czechami oraz stworzyć plan transformacji dla Turoszowa obejmujący wykorzystanie ponad 1 mld zł środków unijnych. Spodziewamy się wyroku TSUE, który da Polsce 7-10 lat na odejście od węgla w tym rejonie i uzyskania na to zgody sąsiadów oraz Komisji Europejskiej, a także lokalnej społeczności, dla której nagłe zamknięcie kompleksu energetycznego to „czarny sen” – mówi Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA.

– Komisja Europejska nie może pozwolić ani rządom, ani firmom na działanie poza prawem UE. Musi wykorzystać dostępne środki, takie jak wstrzymanie unijnych funduszy na rzecz sprawiedliwej transformacji, aby ukarać Polskę – twierdzi Petra Urbanova, prawniczka czeskiej fundacji Frank Bold.

– TSUE pokazał właśnie polskim władzom i rządowi żółtą kartkę. Wcześniej w maju wysłał wyraźny sygnał, że w staraniach o przedłużenie wydobycia z odkrywki Turów do 2044 roku Polska popełnia faul za faulem. Kierowanie się bardzo wąsko pojętym rachunkiem ekonomicznym i analizowanie konfliktu wokół odkrywki Turów przez pryzmat interesów PGE oraz elektoratu PiS nieuchronnie zbliża nas do otrzymania czerwonej kartki. Może ona mieć różne postaci, ale z pewnością będzie dla Polski oraz polskiego budżetu bardziej kosztowna niż dziś zasądzone przez TSUE kary – komentuje Kuba Gogolewski, koordynator projektów Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”.

– Za decyzje polskiego rządu zapłaci każdy z nas. Nie możemy się zgadzać, aby za nieudolne negocjacje, szkody w środowisku i nieprzestrzeganie prawa płacili obywatele i samorządy. W czasie, gdy ratownicy medyczni walczą o podwyżki, polscy politycy nie potrafią zadbać o budżet własnego kraju – dodaje Paweł Pomian, członek zarządu EKO-UNII.

Photo: Turow_credit_Greenpeace_Ruben Neugebauer_1(2)

 prof MOTTO:
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.

Doskonała uczelnia, Polska 2021. Ze specjalnych funduszy odpalane są inicjatywy badawcze w ramach których pracownicy występują o finansowanie nowych projektów. Powszechnie celebrowana idea głosi, że trzeba koniecznie zmobilizować młodych żeby publikowali za punkty. Niektóre projekty wyglądają nawet ciekawie. Ale trzeba je zrealizować, trzeba wiedzieć jak. Trzeba wiedzieć po co, jaki jest wkład w naukę. Trzeba czytać i wiedzieć, co i gdzie już zostało powiedziane – a co jeszcze nie. Trzeba też umieć opublikować to wszystko co się obiecało, „w prestiżowych międzynarodowych pismach”. Trzeba wiedzieć jakie to pisma. W jaki sposób publikować. Jednakowoż formują się grupki badaczy. Często rzeczywiście składające się młodych – sukces. Zdobywają fundusze, wszyscy im gratulują. Ale co dalej, co dalej??? Etatowi badacze wynajmują na czas projektu studentów i ex-studentów, czasami na zlecenie, ale bywa że za darmo, „dla prestiżu”, takich, którzy wiedzą jak robić badania i którzy chyba coś napiszą. Ale tych ludzi się nie zatrudnia. Nie ma dla nich etatów. Dla etatowych są gratulacje, są sukcesy, są „pieniążki”, może będą „punkciki”. I o to chodzi? Zaraz, zaraz…

Co z wkładem w wiedzę? Nikt o tym nie mówi… teraz trzeba mieć punkty. Na istniejące już projekty i badania nie ma wsparcia ani struktur. Co ludzie w ogóle badają, czy ktoś to wie? Co z tego wynika, czy są jakieś seminaria, dyskusje, wymiany myśli? A co się dzieje, gdy ktoś faktycznie coś opublikuje? Oprócz znanych nam nie od dziś Złotych Neronów, którzy tak jak byli, tak są celebrowani za wszystko. Niektóre wartościowe publikacje w ogóle od razu „idą na przemiał” – są przemieniane w punkty, nie mówi się nic o ich treści. Podsypuje się nimi drzewo z pieniążkami, które idą tam gdzie idą – w górę, do Neronów. System się sam wyżywi, po to żeby gra mogła się toczyć dalej.

A mogłyby być, z tych istniejących badań, o wiele lepsze tematy badawcze, bo faktycznie realizowane, ba całe projekty dla całych zespołów. Ale gra w punkty nie jest grą, na której korzystają badania, badacze czy nauka. Jest to gra, której zasad łatwiej się nauczyć, niż jak robić badania. I którą łatwo jest zarządzać. W taki sposób zarządzać każdy może (jeden lepiej, drugi gorzej). Jak taśma montażowa sprawiała, że produkcja samochodów stała się tańsza i prostsza (i bezgranicznie nudna), tak parametryzacja powoduje, że produkcja czegokolwiek staje się równie prosta jak produkcja gwoździ. I efekt jest taki, że ze wszystkiego wychodzi mądrość jak gwoździe, z nauki też. Jest to część trwającej od wielu dziesięcioleci fali audytyzacji. Badacze na świecie przeprowadzili wiele dobrych badań, pokazujących, w różnych obszarach życia społecznego, również w akademii. Wiemy z nich, że parametryzacja nauki powoduje eksplozję gierek, takich jak kółka wzajemnych cytowań (a ileż dworskiej mikropolityki wokół tych kółek! jakiż potencjał dla mobbingu i kolesiostwa), drastyczne obniżenie jakości badań (bo trzeba szybko „zapunktować”, a potem i tak nikt tego nie czyta, bo to nie jest punktowane i nikt nie ma na to czasu, a nawet jakby miał to większość tych produktów nie nadaje się do czytania). Do tego dochodzą oszustwa i przekręty – wzrost ilości plagiatów i autoplagiatów. W innych krajach bywa to mniej lub bardziej energicznie tępione, ale w Polsce autoplagiatorstwo się już w zasadzie znormalizowało, ludzie bez krygowania walą te same teksty kilka, a nawet kilkanaście razy w różnych pismach, bywa, że nie zmieniają tytułów. Pojawiają się mistrzowie gatunku, tacy, którzy np. publikują ten sam tekst, powołując się w kolejnych wersjach na samego siebie z poprzedniej wersji, która zawiera cytowanie do jeszcze poprzedniej… nie wynaleziono u nas prochu, perpetuum mobile i owszem. Młodzi, „dla których to wszystko jest robione” patrzą, uczą się… i demoralizują. Do tego w dochodzą atrakcje takie, jak podawanie indeksów z… sufiksu (jak nazywa tę część ciała moja koleżanka filolożka klasyczna). Kto może sobie na to pozwolić (ze względów mikropolitycznych), gra w to, w co wygrywa, czyli np. podaje „H-Index” z google scholara lub innych równie poważanych źródeł – to tak jakby mierzyć naukę ilością lajków na fejsie (my tu śmichu chichu, a jak znam życie, to jakiś Neron już to robi).

Wielu młodych polskich uczonych popierało i nadal popiera parametryzację, bo myślą, że wreszcie zostaną docenieni, że teraz będzie twarda obiektywna miara. Dobry zwyczaj w akademii mówi, by nie wierzyć we wszystkie cuda na patyku, tylko najpierw poczytać o badaniach. A badania są.

Niektóre to klasyka. Stare dobre prawo Goodharta z ubiegłego stulecia mówi, że miara, która staje się celem, przestaje być dobrą miarą. Polski uczony Witold Kieżun zademonstrował dodatkowo, że gdy cele jednostek się zautonomizują, to następuje przesunięcie celów – dobro wspólne zostaje zaniedbane, każdy zajmuje się osiąganiem własnych korzyści. Nauka jest dobrem wspólnym. I te stare prawidłowości potwierdzają nowsze badania prowadzone w różnych krajach.

Co więcej, w naszym kraju nawet te osobiste korzyści są wątpliwe dla większości zwykłych akademickich zjadaczy chleba. Podczas gdy w Wielkiej Brytanii badacz zabiera swoje punkty ze sobą, gdy zmienia pracę, to w Polsce pozostają w miejscu zatrudnienia. Uczony może się przenieść w nowe miejsce w skarpetkach, z logiem albo bez loga ex-pracodawcy, jak woli.

To co jest produkowane w ten sposób to nie nauka, ale czysta entropia. Dwóch uczonych, Mats Alvesson i Yiannis Gabriel, pytają – co by się stało, gdyby nagle jakiś kataklizm spowodował, że wykasuje się z wszystkich serwerów 80% losowych publikacji z nauk społecznych z ostatnich 20 lat. Czy świat się zawali? Czy Extinction Rebellion zorganizuje żałobne marsze we wszystkich większych miastach świata?

A Wy, jak sądzicie?

———————-

Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.

Największe światowe firmy technologiczne i platformy dystrybucji, takie jak Microsoft, Amazon, Google i Facebook, zaczęły wchodzić do sektora żywnościowego. Prowadzi to do silnej integracji pomiędzy przedsiębiorstwami zaopatrującymi rolników w produkty (pestycydy, traktory, drony itp.), a tymi, które kontrolują przepływ danych i mają dostęp do konsumentów żywności.

Kilka lat temu japońska firma technologiczna Fujitsu zbudowała pilotażową farmę wertykalną na działce w pobliżu Hanoi. Ta zaawansowana technologicznie farma, która przypomina bardziej fabrykę, produkuje sałatę na szczelnie zapełnionych półkach w całkowicie zamkniętej szklarni high-tech zarządzanej przez centralne komputery w Japonii. Komputery są połączone z chmurą, którą Fujitsu prowadzi we współpracy z jednym z największych japońskich przedsiębiorstw zajmujących się sprzedażą detaliczną, Aeon. Farma sprawia imponujące wrażenie, ale jednocześnie wprawia w zakłopotanie – tak ogromną ilość zasobów i energii przeznacza się na wyprodukowanie kilku tacek taniej sałaty.

Wątpliwa opłacalność ekonomiczna wertykalnego rolnictwa nie zmniejszyła jego atrakcyjności dla Doliny Krzemowej. Od 2004 r. start-upy rolnictwa wertykalnego otrzymały 1,8 miliarda dolarów od inwestorów w sektorze zaawansowanych technologii, takich jak założyciel Amazona Jeff Bezos i japoński SoftBank. Jest to suma większa od całości rocznych obrotów bezpośrednich inwestycji zagranicznych w sektorze rolnictwa. Jednak pomimo tak olbrzymiego dopływu gotówki, zbudowane przez te firmy farmy high-tech, zajmują na całym świecie mizerne 30 hektarów. To trochę za mało, żeby przekształcić globalną produkcję żywności.

Zaledwie parę kroków od swojej farmy wertykalnej na przedmieściach Hanoi Fujitsu pilotuje inną farmę, która ukazuje inną, bardziej realistyczną wizję działania przedsiębiorstw technologicznych w sektorze rolnictwa. To gospodarstwo znajduje się na zwykłym, położonym na zewnątrz polu i jest nie do odróżnienia od innych gospodarstw. Jedyna znacząca różnica polega na tym, że wszyscy robotnicy na farmie Fujitsu nie rozstają się z dostarczonymi przez firmę smartfonami, a każdy ich ruch jest monitorowany. Ich godziny pracy, wydajność i zastosowane środki produkcji są starannie rejestrowane na chmurze firmy w Japonii. Fujitsu wykorzystuje najnowszą cyfrową technologię w służbie odwiecznego korporacyjnego imperatywu maksymalizacji wyzysku pracowników.

Farma Fujitsu w Hanoi, Wietnam (2016). Żródło: GRAIN

Najważniejsze, by nie dać się omamić hałaśliwiej reklamie firm technologicznych. Tak, to prawda, że cyfrowe technologie mogą być wykorzystane z pożytkiem dla rolników, konsumentów, pracowników gospodarstw i środowiska. Jednak technologia nie rozwija się w bańce, lecz jest kształtowana przez pieniądze i władzę – które są ekstremalnie skoncentrowane w sektorze zaawansowanych technologii. W epoce, w której zaledwie kilka korporacji ma bezprecedensową kontrolę nad danymi, komunikacją i systemem żywnościowym, rolnictwo cyfrowe rozwinie się w sposób, który zwiększy ich władzę i zyski – chyba że zorganizujemy się i podejmiemy zdecydowane działania, aby temu zapobiec.

Zbieranie danych

W świecie cyfrowych technologii władza opiera się na danych – zdolności do zbierania i przetwarzania ogromnych ilości informacji. Tak więc, podobnie jak w innych sektorach gospodarki, wielkie korporacje – zarówno firmy technologiczne, jak i dostawcy usług telekomunikacyjnych, sieci sprzedaży detalicznej, przedsiębiorstwa wytwarzające artykuły spożywcze, agrobiznesy czy banki – starają się zebrać tak dużo danych jak to tylko możliwe ze wszystkich węzłów systemu żywnościowego i znaleźć sposoby na zarobienie na nich. Te starania stają się coraz bardziej zintegrowane poprzez korporacyjne partnerstwa, fuzje i przejęcia, stwarzając warunki dla o wiele gruntowniejszego i całkowitego przejęcia kontroli nad systemem żywnościowym przez wielkie korporacje.

Najpotężniejszymi graczami są tutaj zdecydowanie globalne korporacje technologiczne, znane jako Big Tech. Są one nowicjuszami w rolnictwie, ale zaczynają w nie potężnie inwestować, szczególnie w cyfrowe platformy informacyjne, które są powiązane z ich usługami w chmurze.

Na przykład Microsoft rozbudowuje swoją cyfrową platformę rolniczą zwaną Azure FarmBeats, która działa poprzez należącą do tej firmy potężną globalną technologię chmury, Azure. Zadaniem platformy jest dostarczanie rolnikom w czasie rzeczywistym danych i analiz dotyczących stanu ich gleb i wód, wzrostu upraw, sytuacji związanej ze szkodnikami i chorobami roślin oraz nadchodzących zmian pogodowych i klimatycznych. Wartość tych informacji zależy od ilości i jakości danych, które Microsoft może zebrać i przeanalizować za pomocą algorytmów. To właśnie z tego powodu firma współpracuje z czołowymi przedsiębiorstwami produkującymi drony rolnicze i czujniki pomiarowe, a także firmami rozwijającymi technologie umożliwiające odbieranie i działanie na podstawie informacji wysyłanych z FarmBeats; w zaawansowanych technologicznie ciągnikach, dronach do oprysków pestycydami i innych maszynach połączonych z chmurą Azure.

Jednocześnie Microsoft integruje ze swoją platformą zlokalizowany w USA start-up Climate Edge. Climate Edge określa się jako „pośrednik w handlu danymi dla rozwijającego się sektora rolnego”. Gromadzi on dane o drobnych rolnikach dostarczane przez doradców rolniczych, organizacje pozarządowe, przedsiębiorstwa i naukowców, którzy korzystają z jego platformy, a następnie sprzedaje te informacje firmom ubezpieczeniowym, organom certyfikującym, sprzedawcom pestycydów, wielkim przedsiębiorstwom spożywczym takim jak Unilever, jak również NGO’som, które potrzebują dowodów, że ich projekty pozwoliły na zwiększenie plonów.

Przedsiębiorstwa agrobiznesowe, szczególnie te, które sprzedają nasiona, pestycydy i nawozy, uzyskują dzięki współpracy z Big Tech znacznie lepszą pozycję wyjściową. Wszyscy najwięksi gracze w sektorze mają aplikacje pokrywające miliony hektarów ziemi uprawnej, poprzez które rolnicy dostarczają im danych w zamian za porady i zniżki na zastosowanie ich produktów. Największe światowe przedsiębiorstwo pestycydowo-nasienne, Bayer twierdzi, że jego aplikacja jest już używana na farmach zajmujących ponad 24 mln ha w obu Amerykach i w Europie.

Bayer, podobnie jak inne firmy agrobiznesowe, musi dzierżawić potrzebną mu do prowadzenia aplikacji cyfrową infrastrukturę od jednego z globalnych przedsiębiorstw Big Tech kontrolujących usługi w chmurze. W tym przypadku jest to największa światowa platforma tego rodzaju usług, Amazon Web Services. Amazon, tak jak Microsoft, rozwija własną cyfrową platformę rolniczą, która potencjalnie może wykorzystywać dane zbierane przez Bayer i inne przedsiębiorstwa korzystające z jego usług w chmurze. Z tego powodu ma nad nimi ogromną przewagę, nie tylko w związku z ilością danych, do których ma dostęp, lecz również z powodu zdolności ich analizowania i ostatecznie czerpania z tego zysków. Logika jest zatem taka, że następuje coraz większa integracja pomiędzy przedsiębiorstwami zaopatrującymi rolników w środki produkcji, a tymi, które kontrolują przepływ danych.

Chmura na horyzoncie

Amazon i Microsoft nie są jedynymi firmami zbierającymi dane cyfrowe poprzez zbudowane przez siebie platformy komunikacyjne, aby móc sprzedać je producentom pestycydów i innym podmiotom, które chcą mieć możliwość wpływu na wybory rolników. Czołowym dostarczycielem usług doradczych świadczonych za pomocą aplikacji „chatbot” dla drobnych rolników w Kenii jest firma Arifu, która współpracuje z międzynarodowym koncernem nasiennym i chemicznym, Syngentą. Arifu twierdzi, że jego platforma cyfrowa „tworzy sprzężenie zwrotne, generując zapotrzebowanie na nasiona Syngenty…Dzięki Arifu mogą dotrzeć do dużej populacji potencjalnych klientów, unikając zatrudnienia drogich i trudnych do znalezienia przedstawicieli w terenie”. Ale oszczędności na kosztach producentów środków produkcji są tylko wierzchołkiem góry lodowej zysków, które mogą osiągnąć ci, którzy kontrolują rosnąca przestrzeń cyfrowego rolnictwa.

Arifu jest obecnie częścią większej platformy cyfrowej o nazwie Digifarm, prowadzonej przez kenijski oddział międzynarodowej firmy telekomunikacyjnej Vodafone, Safaricom. Digifarm świadczy usługi „chatbot” dla milionów drobnych rolników w Kenii, sprzedaje im środki produkcji i ubezpieczenia upraw, oferuje kredyty oraz kupuje i sprzedaje ich produkty – a wszystko to za pośrednictwem narodowej cyfrowej platformy finansowej Safaricomu, M-PESA. Safaricom pobiera opłaty za każdą transakcję.

Digifarm i podobne platformy w innych częściach świata są chwalone za udostępnianie usług finansowych mieszkańcom terenów wiejskich, którzy w przeciwnym razie nie mieliby do nich dostępu (tzw. „udzielanie pożyczek osobom bez zdolności kredytowej). Ale jest to jedynie zasłona dla tego, co rzeczywiście się dzieje.Te platformy nie uznają wiedzy drobnych rolników i ich różnorodnych odmian nasion i gatunków zwierząt za wystarczające zabezpieczenie kredytu. Aby uzyskać zdolność kredytową, rolnicy muszą dostosować się do systemu – muszą kupować środki produkcji, które są promowane i sprzedawane na kredyt (wysoko oprocentowany), stosować się do „porad” wirtualnego „chatbota”, aby uzyskać prawo do ubezpieczenia plonów (za które muszą zapłacić), sprzedawać firmie swoje plony (po cenach niepodlegających negocjacjom) i przyjmować zapłatę za pomocą aplikacji (za co jest pobierana opłata)). Każda pomyłka może spowodować utratę zdolności kredytowej i dostępu do środków finansowych oraz rynku. Jest to rolnictwo kontraktowe na ogromną skalę.

Nowi pośrednicy

Inną rzekomą korzyścią z tych powstających platform cyfrowych dla rolników ma być eliminacja uzależnienia od „pośredników”.To prawda, że rolnicy znajdują twórcze sposoby, aby sprzedawać swoje produkty bezpośrednio do konsumentów, używając w tym celu platform cyfrowych, szczególnie podczas obecnej pandemii COVID-19, i użycie technologii cyfrowych ma duży potencjał wzmocnienia ich pozycji negocjacyjnej, zwłaszcza jeśli robią to poprzez kooperatywy i inne struktury wspólnotowe. Ale nawet w tym przypadku ludzie nadal potrzebują pracy „pośredników”, takiej jak odbieranie, dystrybucja i sprzedaż produktów wytwarzanych w gospodarstwach, i w dużej części świata praca ta jest nadal wykonywana przez miliony drobnych kupców i sprzedawców, z których większość to kobiety, sprzedające żywność w pobliskich miastach.

Byłoby wspaniale, gdyby platformy cyfrowe mogły być zaprojektowane z myślą o pomocy tym dwóm stronom – rolnikom i drobnym kupcom – w lepszej komunikacji i koordynacji łańcuchów żywnościowych, a także w eliminacji chciwych korporacji i karteli, które często zakłócają wymianę. Nie leży to jednak w interesie koncernów rozwijających dzisiejsze platformy cyfrowe. Firmy te będą używały tych platform w celu narzucenia swoich cen rolnikom oraz podporządkowania pracowników szerokiego sektora dystrybucji żywności kontroli ich niewidzialnych centrów dowodzenia.

Twiga Foods jest jednym z wielu nowych agro-technologicznych przedsiębiorstw ufundowanych w ramach programu Microsoftu 4Africa. Firma ta została założona przez amerykańskiego naukowca, który badając rynki hurtowe w Nairobi, nabrał przekonania, że ogromny potencjał tkwi w bezpośrednim łączeniu rolników z drobnymi kupcami, przy ominięciu potężnych karteli. Przy wsparciu Banku Światowego, Microsoftu i innych funduszy venture capital, Twiga Foods zbudował flotę ciężarówek, aby odbierać żywność od rolników, a następnie dostarczać ją bezpośrednio do sieci drobnych sprzedawców w mieście. Wszystkie transakcje, w tym płatności, są aranżowane przez telefony komórkowe i odbywają się na platformie cyfrowej Microsoftu i przy użyciu usług w chmurze Azure. xiii

Początkowy sukces Twiga Foods przyciągnął uwagę większych przedsiębiorstw, poszukujących sposobów na wejście na rosnący w szybkim tempie rynek konsumencki Afryki. Goldman Sachs i francuska rodzina, do której należą supermarkety Auchan, kupiły znaczne udziały w tym przedsiębiorstwie. Twiga nawiązał współpracę z innym wiodącym dostarczycielem usług w chmurze – IBM, aby stworzyć system bankowości elektronicznej dla swoich sprzedawców. W ostatnim okresie Twiga rozpoczął współpracę z największym detalistą online w Kenii, co oznacza, że teraz sprzedaje żywność bezpośrednio konsumentom, eliminując drobnych kupców, chociaż powstał po to, aby im służyć. Firma ogłosiła również niedawno, że zamierza pomóc gwałtownie rozwijającej się sieci supermarketów Auchan w wejściu na rynek Wschodniej Afryki.

Twiga zwiększył być może wydajność kenijskiego systemu dystrybucji żywności, ale na uzyskanych oszczędnościach nie skorzystali ani rolnicy, ani drobni kupcy. Najistotniejszym skutkiem działalności firmy było przemodelowanie systemu dystrybucji żywności w sposób umożliwiający, przy użyciu tej samej siły roboczej, akumulację większych zysków dla korporacji.

Ścieżka, którą korporacje prowadzą cyfrowe rolnictwo i dystrybucję żywności, dostosowuje się do szerszych zmian w handlu detalicznym. Pandemia COVID-19 przyspiesza zmianę w kierunku handlu online, którą przedsiębiorstwa Big Tech agresywnie forsują już od wielu lat.

W Indiach, gdzie od lata toczy się ciężka walka, aby nie wpuścić do kraju wielkich sieci handlu detalicznego, korporacje kolonizują teraz przestrzeń sprzedaży detalicznej poprzez handel elektroniczny. Walmart wkroczył do Indii przejmując w 2016 r. za sumę 3,3 mld dolarów internetowy start-up detaliczny Jet.com, a następnie w 2018 r. za 16 mld dolarów największą indyjską platformę handlu internetowego, Flipkart. Amazon nie pozostaje daleko w tyle. Dzisiaj Walmart i Amazon kontrolują prawie dwie trzecie indyjskiego sektora cyfrowej sprzedaży detalicznej.

Ekspansja korporacyjnej sprzedaży online stanowi bezpośrednie zagrożenie dla milionów domokrążców, drobnych kupców i sprzedawców, małych tradycyjnych sklepów spożywczych i sklepów rodzinnych. Amazon i Walmart stosują ceny dumpingowe, duże upusty i inne nieuczciwe praktyki biznesowe, aby przyciągnąć konsumentów do swoich platform online. Kiedy te dwie firmy w ciągu zaledwie sześciu dni podczas festiwalu Divali sprzedały towary za ponad 3 miliardy dolarów, drobni indyjscy sprzedawcy detaliczni zaapelowali o bojkot zakupów online.

Również inne korporacje próbują uzyskać dla siebie kawałek indyjskiego szybko rozwijającego się rynku cyfrowego handlu detalicznego. W 2020 r. Facebook i amerykański gigant rynku public equity KKR zainwestowały ponad 7 miliardów dolarów w Reliance Jio – sklep internetowy jednego z największych indyjskich przedsiębiorstw handlu detalicznego. Klienci będą wkrótce mogli kupować w Reliance Jio za pośrednictwem należącej do Facebooka aplikacji WhatsApp.

W jaki sposób Big Tech i sztuczna inteligencja kontrolują nasze zakupy

Wielkie platformy dystrybucji żywności coraz częściej używają programów sztucznej inteligencji (AI], aby przewidywać nasze preferencje żywnościowe i spowodować, byśmy kupowali więcej.
Will Broome jest założycielem Ubamarket, brytyjskiej firmy, która opracowuje aplikacje umożliwiające ludziom płacenie za towary za pomocą telefonów komórkowych, sporządzanie list i skanowanie produktów w celu poznania ich składników i alergenów. „Nasze systemy AI śledzą raczej wzorce zachowania ludzi niż ich konkretne zakupy, i im więcej kupujesz, tym więcej AI wie o twoich upodobaniach’ – mówi Broome. „Moduł AI jest zaprojektowany w taki sposób, żeby mógł robić nie tylko oczywiste rzeczy, ale aby uczył się w miarę jak za tobą podąża i potrafił przewidywać, co będziesz chciał zrobić”.

Konsultant handlu detalicznego Daniel Burke z firmy Blick Rothenberg nazywa to „świętym Graalem…opracować profil klientów i zasugerować im produkt zanim sami uświadomią sobie, że jest to coś, czego chcieli”.

Kiedy w 2017 r. Amazon kupił Whole Food Markets, wiodącą sieć sklepów ze zdrową żywnością z ponad 400 sklepami w całych Stanach Zjednoczonych, wszystkim ludziom związanym z tą branżą przeszły ciarki po plecach. Amazon chce, abyś kupował online, ale wszystko mu jedno, czy chcesz, żeby żywność dostarczono do twojego domu, czy też wolisz odebrać ją w sklepie – mogą teraz zrobić jedno i drugie. Nie ulega wątpliwości, że wkrótce będą próbowali nakłonić cię do kupienia konkretnych towarów, w oparciu o informacje na temat twoich preferencji, które zgromadzili w swoich gigantycznych bazach danych.

Według grupy badawczej Gartner, ponad dwie trzecie wielkich detalistów na całym świecie albo posługuje się już sztuczną inteligencją, albo planuje wkrótce ją zainstalować.

Konsumentom, którzy lubią tego rodzaju usługi, wszystko to może wydawać się bardzo wygodne i miłe, ale jest jeszcze lepsze dla korporacji, gdyż ludzie zwykle kupują więcej w odpowiedzi na spersonalizowaną zachętę. Poważne obawy budzi również przechodzeniu spersonalizowanych profili związanych z zakupami do głównego nurtu. Kto kontroluje niewyobrażalne ilości zebranych danych, kto jest ich właścicielem, i co się z nimi dalej dzieje? „Doświadczenia konsumentów szybko stają się nową walutą’ – twierdzi Gartner.xviii Tak więc twoje preferencje mogą już być gdzieś na sprzedaż dla tego, kto da więcej. A co, jeśli profilowanie ludzi opiera się na ich rasie, statusie społeczno-ekonomicznym lub preferencjach seksualnych? I co się stanie z małymi sklepami spożywczymi i lokalnymi targowiskami, których nie stać na sztuczną inteligencję?

(na podstawie: https://www.bbc.com/news/technology-54522442)

Sklep Amazon Go. Żródło: Shinya Suzuki Flickr

Cyfrowe rolnictwo z korzyścią dla ludzi?

Kto mógłby mieć coś przeciwko temu, że dzięki aplikacji w swoich telefonach rolnicy mogą dowiedzieć się więcej o żyzności swojej gleby i zdrowiu uprawianych na niej roślin? Albo przeciwko usługom umożliwiającym bardziej bezpośredni kontakt z rynkami i konsumentami, aby sprzedać im produkty z gospodarstw? Problem w tym: kto kontroluje dane i kto udziela porad? To jest zasadnicze z istotnych pytań dotyczących bezpieczeństwa tych rozwijających się szybko systemów dla użytkowników, i tego, w jaki sposób mogą one ułatwić korporacyjne zmowy, oszustwa podatkowe i inne przestępstwa. Ponadto warto przyjrzeć się wpływowi samych cyfrowych technologii na wiedzę i praktyki lokalnych rolników.

Istnieje dużo inicjatyw, które mają na celu przełamanie uzależnienia od narzucanych dzisiaj rolnikom zaawansowanych technologii i kontrolowanych przez korporacje usług cyfrowych. Jedną z nich jest „FarmHack”, ogólnoświatowa społeczność rolników, którzy budują i ulepszają swoje narzędzia, jak również dzielą się w otwarty sposób informacjami na ten temat w Internecie. Liczne sieci „rolnik do rolnika” (farmer-to-farmer) rozrosły się jak grzyby po deszczu na całym świecie, wiele z nich używa narzędzi cyfrowych do komunikacji. Niedawnym przykładem posłużenia się narzędziami cyfrowymi przez rolników w celu dostarczenia produktów do konsumentów było zorganizowanie przez nich alternatywnych rynków, gdy kryzys związany z COVID-19 doprowadził do zamknięcia oficjalnych kanałów dystrybucji żywności.

Są to wszystko wspaniałe inicjatywy i zasługują na nasze pełne poparcie. Pozostaje pytanie, czy zdołają przetrzymać szturm platform i usług, rozwijanych i upowszechnianych przez korporacje, które są silnie ukierunkowane na rolnictwo przemysłowe. Faworyzują one stosowanie substancji chemicznym i drogich maszyn, a także produkcję dóbr dla kupców korporacyjnych, a nie na lokalne rynki. Sprzyjają centralizacji, koncentracji i ujednoliceniu, jak również mają skłonność do nadużyć i monopolizacji. Z tego powodu pogłębią one tylko jeszcze bardziej wielorakie kryzysy, które nękają globalny system żywnościowy.

To korporacyjne przejmowanie rolnictwa cyfrowego musi się spotkać ze zdecydowanym oporem, wszędzie. Aby było to możliwe, producenci żywności (rolnicy, rybacy drobni detaliści, uliczni sprzedawcy żywności i inni) muszą pracować wspólnie wraz ze wszystkimi innymi, aby zakończyć władzę gigantów technologicznych i ich miliarderów, i walczyć o realizację innej wizji – takiej, która opiera się na demokratycznym i różnorodnym współudziale w procesie produkcji oraz dzieleniu się wiedzą i informacjami.

Tłumaczenie i opracowanie: Jan Skoczylas na podstawie raportu GRAIN: Digital control: how Big Tech moves into food and farming (and what it means)

Tłumaczenie całego raportu w formacie pdf : https://zielonewiadomosci.pl/wp-content/uploads/Cyfrowa-kontrola-jak-Big-Tech-wkracza-do-sektora-rolno-spozywczego-i-co-to-oznacza.pdf

 

Jaką rolę powinien odegrać Europejski Zielony Ład w ochronie bioróżnorodności i działaniach na rzecz dzikiej przyrody? Green REV Institute zaprasza na debatę „Europejski Zielony Ład & Wspólna Polityka Rolna vs. bioróżnorodność i dzika przyroda” organizowaną w ramach projektu finansowanego ze środków European Climate Foundation.

W debacie głos zabiorą:

🗣 ROBERT JURSZO – dziennikarz działu Klimat i Środowisko „Wyborczej”, publicysta, zafascynowany relacjami między ludźmi a przyrodą – o roli mediów we wdrażaniu unijnych polityk klimatycznych oraz roli mediów w kształtowaniu świadomości i wiedzy zielonego społeczeństwa obywatelskiego;
🗣 ŁUCJA KUDŁA – licealistka, aktywistka – o wykorzystaniu szansy młodzieżowych ruchów klimatycznych oraz o zaangażowaniu osób młodych w debatę.
🗣 MARIA STANISZEWSKA – prezeska Polskiego Klubu Ekologicznego, ekspertka w zakresie zrównoważonego rolnictwa – o Wspólnej Polityce Rolnej a przeciwdziałaniu spadkowi bioróżnorodności.
🗣 PROF. MARCIN URBANIAK – kognitywista, działacz Klubu Gaja, Fair Trade, Polskiego Towarzystwa Etycznego – o edukacji klimatycznej dla bioróżnorodności oraz roli nas, obywateli i obywatelek w odnowie bioróżnorodności.
🗣 ADAM WAJRAK – aktywista, dziennikarz, pisarz, mieszkaniec Puszczy Białowieskiej – o dzikiej przyrodzie i obowiązkach i zadaniach decydentów i decydentek.
Z udziałem gości i gościni specjalnej:
👤 AUGUSTYN MIKOS – działacz Inicjatywy Dzikie Karpaty, aktywista i kampanier – o Europejskim Zielonym Ładzie jako rozwiązaniu dla dzikiej przyrody.
👤 MAYA OZBAYOGLU – aktywistka klimatyczna o tym, dlaczego zdecydowała się pozwać skarb państwa .
👤 DANIEL PETRYCZKIEWICZ – fotograf, bloger, aktywista, pasjonat rzeczy małych, dzikich i lokalnych – o perspektywie lokalnej i o przepisach unijnych, które dotykają codzienność wszystkich z nas.

Projekt został objęty matronatem/patronatem: Zielone Wiadomości, Magazyn Istota, Ekowyborca, Szymon Bujalski – Dziennikarz dla Klimatu.

Link do wydarzenia: https://www.facebook.com/events/499003127844493/

Debata będzie tłumaczona na polski język migowy.


 

MOTTO
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.

Staram się nie czytać opinii studenckich przy ocenie zajęć. Zamieszczone w tym trybie, tak pochwały, jak inwektywy, nie są dla nauczyciela akademickiego budujące, rozdymają tylko nasze ego, które w tym fachu dobrze jest ograniczać. Te ankiety to żaden feedback, lecz akademicki booking.com, system który obecnie obowiązuje niemal powszechnie we wszystkim co zyskało w neoliberalizmie status „usług”. Rozdęte ego to efekt tego typu ocen (nie jestem przekonana, że uboczny). Nieczytanie ich to BHP.

Akademicki booking.com nie rozwija. Nie pomaga ulepszyć zajęć. Żeby ulepszyć zajęcia, często staram się sama przeprowadzać ocenę, głównie opisową i dotycząca konkretnych elementów programu. Odkąd mamy ankiety studenckie, bardzo mało kto ma czas i energię, by takie oceny pisać. Dlatego w tym roku (kurs z metodologii) sprytnie zadałam obowiązkową pracę (niestety bez anonimowości, ale i tak przydatną), w postaci krótkiej pracy domowej na temat: „Czy pod wpływem tych zajęć zmieniły się Pani preferencje metodologiczne; jeśli tak – to w jaki sposób i co szczególnie wpłynęło na zmianę?” Dostałam mnóstwo bardzo pożytecznych uwag, komentarzy, spostrzeżeń, nie tylko dotyczących tego, co robiłam na zajęciach, ale co można by zrobić – i jak studenci się uczą.

Co do ankiet, to mam taki anegdotyczny (ale jakiż typowy!) dowód na to, że te oceny nie mają się nijak do procesu uczenia się/ nauczania. Jakiś czas temu prowadziłam dwa kursy. Jeden totalnie położyłam (choć starałam się, by był dobry). Na zaliczeniach okazało się, że studenci z całych zajęć pamiętają wyłącznie filmiki, które im puszczałam. Nic innego – ani jaki temat miały ilustrować, ani co z nich wynika, ani jak się do siebie mają. Pisali w odpowiedziach: Niebo nad Berlinem, Spółdzielnia straszydeł, Kot Filemon. I tyle. Drugi poprowadziłam prosto ku gwiazdom – studenci przygotowali projekty, które pokazały, że nie tylko zrozumieli, ale mieli własne poglądy i umieli je naukowo wyrazić. W ocenie obu kursów studenci byli bardzo sympatyczni i uprzejmi. Z obu miałam takie same wysokie oceny i takież entuzjastyczne komentarze. Tak, kochani, ja też was strasznie lubię! Ale czy do tego potrzebny jest anonimowy system ankiet, demoralizujący obie strony? Czy nie możemy swojej wzajemnej sympatii wyrazić inaczej – dobrym spojrzeniem, uśmiechem, wspólną konsumpcją czekoladek na ostatnich zajęciach?

Natomiast prawdziwa, merytoryczna ocena zajęć jest bardzo potrzebna. Powinna to być taka ocena, która trzyma ego w ryzach, ani go nie pasie, ani katuje (to na jedno wychodzi w dłuższym okresie), ale za to pomaga nam ciągle poprawiać, zmieniać, budować procesy dydaktyczne, pomaga nam uczyć się jak być lepszym nauczycielem.

To co najbardziej przeszkadza w tworzeniu takich systemów ocen, to władza. Władza w ogóle przeszkadza w konstruktywnym ocenianiu. Pamiętam te czasy, gdy to wykładowca miał jednostronną i absolutną władzę. Byłam świadkiem sytuacji, gdy egzaminator głośnawo komentował wygląd egzaminowanej studentki („Ma złą twarz”), gdy profesor wywalał indeksy studentów przez okno (a co!). Poklepywanie studentek po tyłku nie miało zawsze związku, jak to się dzisiaj sądzi, z erotomanią, to była czysta żywa demonstracja władzy. Weź zaliczaj w takich warunkach. To były koszmary tamtych czasów, odrażające zachowania wynikające z pozycji władzy  i ugruntowujące tę pozycję.

Teraz koło fortuny się odwróciło i to student ma władzę. W wielu uczelniach od wyników booking.coma  zależy przedłużenie pracy nauczyciela, bądź nie przedłużenie. Do tego dochodzą instytucjonalne praktyki dyscyplinujące. Ale to nie dziesiątki zadowolonych z kursu koleżanki osób mają moc sprawczą. Ma ją jeden jedyny student, który skomentował kurs wulgarną uwagą. I dlatego koleżanka dostała reprymendę od władz. A jakże, ona, nie student. Nie miała mocy cała grupa, która cieszyła się z tego, ile nowych rzeczy nauczył ich kolega, ale ten jeden (szkodliwy kretyn), który napisał donos, że kolega powoływał się „zbyt często” na Marksa – i to koledze władzy robiły kłopoty, zamiast odpowiedzieć studentowi, że trzeba się uczyć, a nie pisać donosy.

Koło fortuny z władzą ma tę ciekawą cechę, że jakkolwiek się nie obróci, to produkuje syf i mizerię. Według starej szkoły, wykładowca miał pełnię władzy, bo „wiedział”. Guzik warta taka wiedza, gdy ten co ma ją przekazywać, zachowuje się jak trep. Według nowej szkoły student na zawsze rację, bo student to klient i konsumuje. Jest to równie debilna idea.

Uczenie się z konsumowaniem nie ma nic wspólnego. To proces raczej podobny do operacji na otwartym mózgu. Bywa nieprzyjemny a na pewno jest bardzo, bardzo wrażliwy. Wprowadzanie na salę operacyjną czy to koszar, czy to bazaru, nie jest dobrym pomysłem.

———————-

Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.

MOTTO
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.

Polska akademia opiera się na plotce. Jest jak wielki magiel, gdzie każda plotka nabiera znaczenia określającego prawdę i wartości. W tym świecie zwykli ludzie starają się przede wszystkim niczym nie wyróżniać. I tu już pojawia się pierwszy zasadniczy problem – nauka polega na wyróżnianiu się, a właściwie na wnoszeniu oryginalnego wkładu, w rygorystyczny i uporządkowany sposób.

W tym świecie działają drapieżniki. W każdym systemie będą działać, bo taka ich natura. Jednak w kulturze feudalnej przyjmują charakterystyczną postać Jagona. Zajmują się strategicznym nadawaniem plotek, tak by dosięgły właściwych uszu. Niektóre są wymyślone, nikt i tak nie sprawdza, a gdy raz się je przyjmie – koniec człowieka. Niektóre zawierają tak zwane ziarno tak zwanej prawdy. Wszyscy natychmiast pędzą tam, gdzie wskażą Jagonowie i zaczynają się ostracyzmy, marginalizacje, zorganizowane akcje wykluczenia.

Nikt nie patrzy na Jagonowy palec, ani na resztę samych Jagonów. A ci ludzie robią różne rzeczy: zajmują się grubym mobbingiem, sadystycznym, dobierają sobie służalcze dwory, poniżają regularnie innych ludzi, śpią z cudzymi mężami i żonami, tak dla sportu, śpią ze studentami – wcale nie z miłości, piją na umór – i nie jest to piękne. To, za co prześladują innych, wskazanych przez siebie, to na ogół zwykłe życie. To, co oni sami robią, jest grube. Ale to i tak nic, w porównaniu z tym, co robią nauce: plagiaty, słabe i złe badania, wprowadzanie w błąd młodszych (jest całe wielkie pokolenie polskich naukowców, które jest głęboko i święcie przekonane, że nauka polega na mierności i biurokratycznym języku, i że należy tę naukę robić – a nauka porządna i rzetelna jest nieprawidłowa i niebezpieczna), kupują i sprzedają awanse, recenzje (na ogół za władzę i dostęp do środków instytucji, np. w zamian za zobowiązania), stosują kryteria mikropolityczne, a nie naukowe przy decyzjach naukowych… and much, much more, jak mawiają bracia Anglosasi.

Pozostali milczą bo wstyd im straszliwie. Wstyd jest jednym z potężnych i dyscyplinujących uczuć społecznych. Jest potrzebny i pożyteczny, bo wytycza granice poza własnym nosem, poza ego. Używany jest przez wiele dynamik społecznych, między innymi przez dynamikę ostracyzmu.

Ostracyzm jest potężnym mechanizmem presji grupowej. Służy do eliminowania niepożądanych postaw i zachowań. Jest to mechanizm charakterystyczny dla wspólnot z silnymi zasadami oraz dla organizacji kolegialnych, które stosują go po to, by bronić się przed inwazją zewnętrznych dynamik, które mogą je zdestabilizować lub skolonizować. Polega na systematycznym marginalizowaniu osób, które łamią kluczowe zasady i zagrażają spójności – odsuwaniu ich od miejsc w strukturach, gdzie mieliby sprawczość, blokowaniu decyzyjności, minimalizowaniu i nie wykorzystywaniu efektów pracy. Te efekty osiągane są przy pomocy działań nieformalnych przez systematyczne ignorowanie, niewchodzenie w interakcje, koleżeńskie pomijanie.

W polskim środowisku naukowym ostracyzm stosowany jest często wobec osób, które popadły w niełaskę władz (formalnych lub nieformalnych) lub towarzyskich grup po to, by wykluczyć i dać przykład innym co się stanie jeśli będą się wyłamywać z systemu wzajemnych koncesji wzmacniającego władzę formalną lub nieformalną w społeczności. Mechanizm ostracyzmu nie powinien być stosowany w tym celu w akademii, jest to wręcz wbrew jego wspólnotowej roli. W starożytnej Grecji ostracyzm polegał na tym, że obywatele podejrzani o skłonność do tyranii byli poddawani wygnaniu z miasta. Niestety w patriarchalnym i „sfeudalizowanym” środowisku władza i jej kulturowe pochodne, takie jak zawiść, zazdrość, strach, staje się wewnętrzną normą. Jest to wielka patologia, z którą należy walczyć, ponieważ psuje wartości akademickie i może zagrażać dobru nauki.

Praca osoby ostracyzowanej jest minimalizowana lub wręcz staje się „niewidzialna”. Nie ma to związku z punktami, one wcale nie są tak obiektywne, jak niektórzy się spodziewali. We wszystkim co osoba ostracyzowana, robi znajdowane są błędy. Dostaje niezasłużenie krytyczne albo nawet negatywne recenzje za prace lepsze niż nagradzane prace nieostracyzowanych kolegów. Takie działania mogą poważnie utrudnić pracę. Często atakowani są też studenci (magistranci, doktoranci) tej osoby, nawet, jeśli zasługują na nagrodę. Atakowanie osób zależnych od osoby ostracyzowanej to jest wyższy, bardziej mroczny stopień tego zjawiska – niestety w polskiej akademii bardzo rozpowszechniony. Osoby, które ostracyzowana uważała za dobrych znajomych, nawet za przyjaciół, będą się od niej odwracać – niektórzy rozmawiają z nią w cztery oczy, ale już nie, jeśli pojawi się osoba trzecia. Może się też zdarzyć, że znajomi przerywają rozmowy z nią, nawet prowadzone na osobności. To są wyjątkowo trudne sytuacje.

Ostracyzm niesie straszne konsekwencje dla osób mu poddanych. Może zniszczyć człowieka. Nigdy nie zostawia osób nieporuszonymi. Gdy stosowany jest agresywnie, może wyrządzić wielkie szkody i bardzo trudno jest mu się oprzeć (być może jest to wręcz niemożliwe). Ostracyzm dlatego jest tak groźny, bo eroduje a nawet niszczy poczucie godności osobistej człowieka. Przekroczenie pewnych granic sprawia, że ludzie tracą chęć do życia, umiejętności społeczne, empatię. Te granice są różne dla różnych ludzi, ale groźba jest realna dla wszystkich, nawet najbardziej zaprawionych w boju starych dysydentów, którzy – bywa – są w stanie zobaczyć w sytuacji elementy ironiczne. Nikt nie jest odporny na ostracyzm, nawet socjopaci. Właśnie dlatego jest to mechanizm tak potężny – i tak skuteczny.

Teraz wyobraźmy sobie akademię, gdzie stosowany jest nie wobec dysydentów, tylko tak, jak w oryginalnym zamierzeniu – wobec podejrzanych o skłonność do tyranii…

———————-

Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.

Z Pawłem Łatuszką, członkiem powołanej przez Swiatłanę Cichanouską Rady Koordynacyjnej rozmawia Roderick Kefferpütz.

Roderick Kefferpütz: Białoruskie protesty rozpoczęły się jeszcze przed wyborami, które odbyły się w sierpniu 2020 roku. Po tym, gdy Łukaszenko sfałszował ich wynik doszło do prawdziwej eksplozji. Może Pan wytłumaczy, w jaki sposób ten ruch na rzecz demokracji się narodził i urósł w siłę?

Paweł Łatuszka: Artem Sakow, Dzmitry Popau, Pawieł Siewiaryniec, Aliaksandr Szabalin, Uładzimir Cyganowicz.

(chwila milczenia)

Naszą rozmowę chcę zacząć od tych pięciu nazwisk. W Białorusi mamy dziś 362 więźniów politycznych. Postanowiłem rozpoczynać swoje wywiady, przypominając o ich walce i konkretnych, stojących za nią osobach. Europa powinna je zna.

Sfałszowane wybory były pierwszą iskrą zapalną. Kolejną była związana z nimi, realizowana na masową skalę przemoc. Pamiętam, gdy doszło do wyłączenia Internetu i trzydniowej blokady informacyjnej. Kiedy sieć włączono z powrotem na swój telefon otrzymałem ogromną ilość wiadomości – filmów i zdjęć – dokumentujących policyjną przemoc. To było okropne.

Wtedy to Mińsk i cała Białoruś ruszyły na ulice. Rząd zdecydował się odpowiedzieć na te protesty jeszcze większą przemocą. Szacujemy, że w ostatnich 8 miesiącach zamordowano 9 osób, aresztowano i przetrzymywano 35 tysięcy. ONZ potwierdził 4,6 tysiąca przypadków tortur. Do aresztu trafiło 500 dziennikarzy. Można by tak długo wymienia.

Białorusini czują się zdradzeni i wściekli. Domagamy się naszej wolności. Jesteśmy jedynym krajem w Europie, w którym żyje się w cieniu dyktatury.

RK: Białoruski ruch na rzecz demokracji wyróżnia się z dwóch powodów – istotnej roli, jaką odgrywają w nim kobiety oraz zaangażowania osób ze świata kultury i sztuki, w tym teatru. Czy może Pan wyjaśnić te dwa trendy i to, co wniosły one do tej walki?

PŁ: Faktycznie, wyróżniają one nasz ruch. Na czele protestów stoją trzy kobiety. Odważyły się one stanąć w obronie swoich mężów, rodzin i najbliższych. Roznieciły płomień, dzięki któremu inni nabrali odwagi, by postąpić podobnie. Pamiętam, że widziałem je w telewizji i zacząłem się zastanawia
: czy gdyby moja żona walczyła za mnie, to ja walczyłbym za nią? Oczywiście, że tak! Stały się one zatem inspiracją również dla mężczyzn.

Jako były minister kultury oraz dyrektor białoruskiego Teatru Narodowego jestem szczególnie dumny z postawy świata kultury. Przeszło 600 osób, pracujących w tym sektorze, poddanych zostało represjom – aresztowi, zwolnieniu z pracy czy zakazowi udziału w wydarzeniach kulturalnych. Część z nich wciąż znajduje się za kratami. Pracownicy sektora kultury stanęli na czele protestów obok przedstawicieli innych grup – studentów, wykładowców uniwersyteckich, sportowców, pracowników, osób młodych i starych. Wszyscy razem dla kraju.

RK. Media społecznościowe odegrały szczególnie istotną rolę w tych protestach.

PŁ: Owszem – były dla nas narzędziami wolności. Dzięki Telegramowi, Youtube, Facebookowi czy Twitterowi docieraliśmy do najróżniejszych Białorusinów. Reżim to rozumie. Znajdujemy się obecnie w stanie wojny informacyjnej. Na początku ją wygrywaliśmy, teraz jednak władze przechodzą do kontrofensywy. Blokują kanały na Telegramie, kneblują niemal wszystkie media lokalne, a nawet zdejmują nasze konto na Instagramie. Od maja minister do spraw informacji może zamknąć praktycznie każde medium. Nie potrzebuje do tego żadnej decyzji sądowej. Prokurator generalny może z kolei oskarżyć je o działania ekstremistyczne.

Chcę, by osoby czytające ten wywiad zdawały sobie sprawę z tego, że białoruskie społeczeństwo obywatelskie przestało istnie. Nie ma wolnej prasy, wolności słowa, prawa do protestu czy opcji założenia własnej partii politycznej. Zamiast tego widzimy tylko represje. Białoruś odcina się od wszystkiego. We wrześniu wszystkie europejskie media poświęcały sporo uwagi naszym wielkim demonstracjom. Dziś z kolei ciężko znaleźć jakieś doniesienia z kraju.

RK: Jesteśmy w środku pandemii. Cykle newsowe przemijają, a uwaga to dziś towar deficytowy. W jaki sposób podtrzymać w takich warunkach żywotność ruchu?

PŁ: To dziś kluczowa kwestia. Uważam, że wciąż mamy do czynienia z czynnikiem szoku, który powinien stymulować działania wśród europejskich polityków. Masowe represje i związana z nimi brutalność ma bezprecedensowy w skali europejskiej charakter. Łukaszenko przekroczył wszelkie, możliwe do wyobrażenia granice. Dał nawet machinie państwowej licencję na zabijanie. Zmienił prawo, dzięki czemu policja ma prawo do użycia broni przeciwko pokojowym demonstrantom. Nie ma dla niego ani przyszłości, ani drogi odwrotu. Nie możemy wrócić do biznesu takiego jak zwykle.

Istnieje zatem tylko jedna opcja: zwycięstwo. Walczymy, starając się utrzymać grunt. W Białorusinach tkwi olbrzymi potencjał, wynikający z ich emocji. Są dziś jednocześnie wściekli i przestraszeni. Musimy być zdolni do ponownych protestów – i kiedy już nastąpią to będą one ogromne. To od nich zależeć będzie przyszłość Białorusi. Reszta Europy musi okazać swoje wsparcie. Apeluję o nie jak Europejczyk do innych Europejczyków.

RK: W jaki sposób Europa może pomóc?

PŁ: Istnieją dwa, powiązane ze sobą sposoby. Po pierwsze – na krótszą metę potrzebne są efektywne sankcje, mające realny wpływ na reżim Łukaszenki. Muszą mieć ograniczony zakres czasowy, bo nie chodzi w nich o to, by zrujnować białoruską gospodarkę.

Od protestów minęło jednak 8 miesięcy i wciąż z tego typu sankcjami nie mamy do czynienia. W niedawnym badaniu opinii 64% osób na Białorusi opowiedziało się za wykluczeniem kraju z systemu płatności międzynarodowych SWIFT. Byłaby to sankcja o największym możliwym wpływie. Jeśli nie karzesz działań Łukaszenki to tak naprawdę udzielasz im swego wsparcia. Osoby mieszkające na Białorusi proszą o nie. Nie mają ochoty dłużej żyć w dyktaturze. Jeśli ktoś sądzi, że sankcje popchną kraj w objęcia Rosji to się myli. Proces ten dzieje się niezależnie od sankcji. Przy obecnym kursie władz za 2-3 lata zupełnie przestaniemy być suwerenni. Właśnie dlatego chodzi tu o przyszłość Białorusi.

Publicznie apelowałem o działanie do Josepa Borella, wysokiego przedstawiciela Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa. Do dziś nie pozostał on bez odpowiedzi. UE dyskutuje na temat kolejnego pakietu sankcji, ale nie chodzi o to ile takich pakietów się dyskutuje i przyjmuje, ale jaka jest ich treść. Czy sankcjami objęci są pomniejsi urzędnicy i drugorzędne firmy, czy może uderza się tam, gdzie to boli?

Słyszałem głosy, że sankcje nie są instrumentem wpływu i nie przyniosą żadnych rezultatów. Oczywiście – jeśli nie zastosuje się odpowiednich sankcji. Byłem członkiem białoruskiego rządu. Potrzebujemy twardych, a nie kosmetycznych działań.

Potrzebujemy też międzynarodowej konferencji politycznej na najwyższym szczeblu, która umożliwi przedyskutowanie sytuacji Białorusi.

RK: Tajlandia, Mjanma, Rosja, Hong Kong. Na całym świecie jesteśmy świadkami protestów na rzecz demokracji i wolności. Co je łączy, a co dzieli?

PŁ: Dzieli je jedna, kluczowa sprawa. Białoruś jest częścią Europy. Białoruski problem to europejski problem. To nie tylko europejski kryzys polityczny, ale wręcz cywilizacyjny. Wydarzenia w Białorusi stoją z zupełnej sprzeczności do wartości, takich jak prawa człowieka i pragnienie wolności, które reprezentować ma Europa. Białoruś jest dla niej wyzwaniem o historycznym znaczeniu.

Paweł Łatuszka był niegdyś wysoko postawionym członkiem białoruskich struktur rządowych – widział zatem system władzy prezydenta Aleksandra Łukaszaenki od środka. Po tym, gdy ustawione wyniki wyborów doprowadziły do olbrzymich protestów, dołączył on do szeregów przeciwników reżimu. Dziś, z perspektywy osoby zmuszonej do wyjazdu z kraju, opowiada o wysiłkach na rzecz podtrzymania żywotności białoruskiego ruchu prodemokratycznego, jego wyjątkowym charakterze oraz naglącej potrzebie europejskiej solidarności z jego działaniami.

Wywiad pierwotnie ukazał się w Green European Journal. Angielska wersja dostępna jest tutaj: https://www.greeneuropeanjournal.eu/belaruss-struggle-for-democracy/

Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek


 

MOTTO:

Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.

Czy istnieje coś bardziej neokolonialnego niż polska akademia samobiczująca się z powodu niskich pozycji naszych uniwersytetów w tzw. rankingach? Jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości co do tego, to pomyślmy. Po co? O jakie rankingi tu chodzi i dlaczego zależy nam na tym, by być wysoko w nich uplasowanymi? Według jakich kryteriów są sporządzane? Dlaczego akurat te kryteria są dla nas ważne, a nie jakieś inne? Np. czy nie interesowałyby nas przypadkiem bardziej rankingi według kryterium najlepszego pracodawcy, najstarszego uniwersytetu, uniwersytetu najbardziej oryginalnego? Jeśli nie, to dlaczego? Rankingi jak wiadomo służą temu, by ktoś wygrał i ktoś przegrał. Jeśli się nie rywalizuje o tę samą stawkę, to branie udziału w nich jest – czyż nie? – wejściem do gry po to, by ktoś inny mógł wygrać.

Tak się składa, że obecnie dominujące rankingi uczelni są narzędziem zarządzania marką. Marką zarządza się po to, by najwięcej zarobić na swojej marce w warunkach konkurencyjnego rynku. Marka ma wartość finansową – pozwala na generowanie większych przychodów niż gdyby miał markę mniej znaną. Marka dzisiejszych czasów – sfinasjalizowana – ma niewiele wspólnego z tym, co ludziom kojarzy się na ogół ze słowem „marka”, czyli gwarancja solidności, jakości, przestrzegania procedur. To wszystko cechy marki jako zarządzania strategicznego rodem z ubiegłego stulecia, wraz z półmityczną opowieścią o pracowniku Hondy który poprawiał wycieraczki mijanych po drodze hond, bo nie mógł znieść żadnej niedoskonałości w produkcie, wobec którego czuł oddanie i lojalność. Dzisiaj markowe produkty wytwarza się gdzie indziej niż mieszczą się siedziby firm, nierzadko w sweatshopach, nierzadko produkują je biedacy i dzieci, o których nikt nie dba i którzy nie mają czasu ani warunków na emocjonalne angażowanie się w estetykę wycieraczek. Marki są obecnie bytem samym w sobie, abstrakcyjną wartością finansową. Są ważne dla korporacji dla których osiągnięcie przychodów lub znaczenie wartości finansowej jest istotne.

Anglosaskie uczelnie, które konkurują o środki z czesnego studentów (w zasadniczej mierze azjatyckich), pragną, po pierwsze, wyróżnić się czymś w warunkach totalnego ujednolicenia (dlaczego student z Chin ma zapłacić Uniwersytetowi w Sheffield raczej niż w Manchester?) i mają w tym wyraźny interes (nawet jeśli nie ma on z nauką nic wspólnego). Jaki jest interes polskiej uczelni publicznej? Bo jaki jest interes anglosaskich w tym, by polskie uniwersytety przyłączyły się do konkurencji jest sprawą dość prostą – będzie z kim za darmo wygrywać. Plasowanie się wysoko w rankingach to bardzo drogi program marketingowo-zarządczy i nie stać nas na to. Pochłania gigantyczne koszty i wymaga niezwykle rozwiniętej specjalistycznej administracji (uczelnie brytyjskie zatrudniają na ogół więcej administratorów niż pracowników naukowo-dydaktycznych). To już jest bardziej prawdopodobne, że nasza drużyna piłkarska stanie na podium…. No właśnie.

Nie mówiąc już o tym, że można zadać sobie pytanie, czy w ogóle jest nam to potrzebne. Uczelnie nastawione na strategiczne zarządzanie swoją wartością finansową, czyli przede wszystkim uniwersytety brytyjskie i amerykańskie, są mistrzami w zarządzaniu marką, bo wiąże się to z korzyścią finansową. Dzieje się to kosztem utraty tożsamości i społecznego uprawomocnienia. Jeśli u nas biadoli się coraz częściej, że uniwersytety są zbytkiem i załamuje ręce nad tym, po co w ogóle są uniwersytety i że ludzie nie szanują uczonych, to pamiętajmy, że nadal w rankingach (sic!) zawodów profesor plasuje się w Polsce wysoko. Wyżej, niż biznesmen, którego pragniemy, by uczony naśladował. Może zamiast śnić o dołączeniu do gigantów biznesu edukacji wyższej, sensowniej byłoby zastanowić się nad tym, kim jesteśmy, skąd przybywamy i dokąd zmierzamy. Może wtedy łatwiej byłoby nam uzasadnić po co nam środki publiczne na naukę i edukację wyższą i jak zamierzamy je wydać. Bo troszkę głupio zainwestować mnóstwo publicznych pieniędzy w świetlany cel, jakim jest umożliwienie anglosaskiemu HE-biznesowi (Higher Education business) wygranej w bardziej eleganckim stylu w konkurencji na rynku przezeń stworzonym, zdefiniowanym i zdominowanym.

A więc na pytanie: po co nam rankingi? Mamy stosunkowo jasną odpowiedź – po to, żeby przegrać. Pozostaje pytanie: dlaczego akurat te? Istnieją bowiem różne, choć możemy o tym niewiele wiedzieć (niewiedza nie usprawiedliwia jednak nikogo w branży która, nomen omen, zajmuje się nauką i edukacją). Do niedawna polska akademia była wysoko plasowana w pewnym rankingu. Otóż był to raport, sporządzony w 2016 roku przez Terrence’a Karrana i Lucy Mallinson, dotyczący wolności akademickich według zasad Magna Charta Universitatum z roku 1988 podpisanych w Bolonii przez 80 europejskich uniwersytetów, a zdefiniowanych przez UNESCO w 1997 roku w ramach Rekomendacji w sprawie statusu kadry nauczycielskiej szkolnictwa wyższego. Polska akademia zajmowała wysokie miejsca w rankingach zawartych w tym raporcie, znacznie wyższe, niż uczelnie np. brytyjskie (to było 5 lat temu – już nie kwalifikuje się na takie miejsca).

Co zamienił stryjek tym razem na kijek? W dodatku kijek pocienkowany, który, jak wiadomo, niełatwo jest potem pogrubasić.

——————-

Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.

O przebudowie przestarzałej sieci energetycznej w Polsce i potrzebie szerokiego uwzględnienia w tych działaniach prosumenckiej energetyki odnawialnej z Bernardem Swoczyną, który zajmuje się tematem magazynowania energii w Fundacji WWF Polska, rozmawia Przemysław Stępień.

Przemysław Stępień: Wielkimi krokami zbliża się reforma systemu prosumenckiego. Przynajmniej takie są zapowiedzi, ale nie do końca wiadomo, co jeszcze z tego wyniknie. Widać wielki ruch na rynku i firmy fotowoltaiczne mnożą się jak grzyby po deszczu. Tymczasem rząd chce teraz wcisnąć hamulec. Na ile obawy o wpływy PGE czy o stabilność sieci są uzasadnione?

Bernard Swoczyna: Obawy o wpływy PGE są uzasadnione, ale z zupełnie innego powodu. Fotowoltaiki ciągle mamy w Polsce mało, a panele produkują prąd tylko przez niewielką część czasu. Natomiast wpływy PGE są zagrożone przede wszystkim dlatego, że w tej chwili PGE ma bardzo dużo elektrowni węglowych, które po prostu będą przynosiły straty. Wynika to wprost z tego, że węgiel powoduje duże emisje dwutlenku węgla, a cena uprawnień do emisji dwutlenku węgla rośnie. Zwłaszcza że już coraz mniej tych uprawnień jest przekazywanych spółkom energetycznym za darmo. Zatem PGE ma większy kłopot z węglem niż z fotowoltaiką. W tej chwili zresztą próbuje pozbyć się tych elektrowni węglowych poprzez oddanie ich do nowej państwowej spółki zwanej NABE.

Jeśli chodzi o stabilność sieci, to owszem, w niektórych miejscach jest problem z nadmiarem rozproszonej generacji, ale ten problem jest bardzo lokalny. Problem występuje na poziomie sieci niskiego napięcia, na poziomie krótkich odcinków kabli, tych, które doprowadzają prąd bezpośrednio do domów albo wyprowadzają z domu. Czyli mówiąc krótko: na niektórych obszarach, np. na osiedlach domków jednorodzinnych, jeśli na każdym domku jest panel fotowoltaiczny, sieć nie jest przystosowana do tego, żeby każdy jednocześnie odprowadzał do sieci maksymalną moc przyłączeniową. Sieć jest zaprojektowana tak, że nie wszyscy zużywają maksimum prądu naraz. Albo nie wszyscy produkują maksimum prądu na raz. Natomiast w momencie, gdy na każdym domu się pojawi panel fotowoltaiczny, to lokalnie – powtarzam, lokalnie – może być to problemem.

Niestety, nasza sieć energetyczna jest przestarzała, niedoinwestowana, i to powinno się zmienić. Powinniśmy inwestować w naszą sieć nie tylko po to, żeby móc szerzej korzystać z fotowoltaiki, ale też po prostu żebyśmy mieli niezawodne dostawy prądu. A z tym jest problem na wielu obszarach Polski.

PS: W swoim ostatnim artykule w Wysokim Napięciu wspominałeś o dotowaniu magazynów energii, które byłyby wsparciem dla sieci. Trochę też wynikałoby z tego, co mówi PGE, że oni by chcieli zachęcić ludzi do budowania magazynów energii i żeby funkcjonowały w tandemie z fotowoltaiką. W Niemczech takich prosumentów z własnymi magazynami mamy już kilkaset tysięcy, a w Polsce praktycznie jeszcze nie istnieją. Jak widzisz rozwój tej branży w Polsce? I jaka powinna być rola rządu?

BS: Przede wszystkim w Niemczech są zupełnie inne warunki wsparcia prosumentów. To znaczy w Niemczech nigdy nie wprowadzono takiego jak w Polsce systemu „upustów”, który dla prosumentów jest prosty i korzystny. Polski system wsparcia powoduje, że magazynowanie energii u siebie po prostu się nie opłaca, bo można „magazynować energię w sieci”. Poza tym w Niemczech cena prądu jest wyższa, a to wynika z tego, że prąd jest obłożony wyższymi podatkami. Dlatego w Niemczech korzystanie z własnego prądu po prostu bardziej się opłaca.

Niemiecki właściciel paneli dostaje bardzo niewiele za prąd oddany do sieci, a jednocześnie za pobór z sieci płaci dwa razy więcej niż Polak. Więc w Niemczech konsumentom opłaca się inwestować magazyny energii na własne potrzeby i szacuje się, że tylko w tym roku przybędzie tam tych magazynów energii ok. 150 tysięcy. Czyli to się naprawdę dobrze rozwija, a przy okazji ceny magazynów spadają. W Polsce te magazyny energii też by się przydały. Natomiast jaki powinien być rozwój tej branży i jaka powinna być rola rządu? W Niemczech rozpoczęto od tego, że były dotacje do zakupu magazynów energii, choć nie były one zbyt duże. W Polsce przynajmniej na początku też nie obędzie się bez dotacji, bo rynek musi jakoś wystartować, a przecież ceny prądu dla zwykłych odbiorców są niższe niż w Niemczech.

Jeszcze zwróćmy uwagę na to, że w Niemczech te magazyny energii służą przede wszystkim do tego, żeby odbiorca prądu zużywał swój prąd na własne potrzeby. A w Polsce można dodatkowo by pomyśleć o tym, żeby świadczyły usługi dla sieci, jeśli w tejże sieci wydarzy się coś niespodziewanego. Weźmy na przykład sytuację sprzed kilku tygodni, gdy w ułamku sekundy awaria odcięła od sieci prawie całą elektrownię Bełchatów. Albo występujące normalnie w ciągu doby duże skoki zapotrzebowania. Praktycznie codziennie jest tak, że w ciągu dnia ta fotowoltaika daje dużo energii, natomiast wieczorem słońce zachodzi, a ludzie ciągle potrzebują dużo prądu. W tej chwili operator sieci przesyłowej, czyli PSE, na te kilka godzin każe zwiększać produkcję prądu w elektrowniach węglowych, ale można by pomyśleć o takim rozwiązaniu, w którym domowe magazyny byłyby sterowane przez PSE i dawały prąd na te kilka wieczornych godzin, gdy włączamy światło i siadamy przed telewizorem. Wtedy operator sieci miałby z tego korzyść i konsumenci też potencjalnie mogliby mieć z tego korzyści.

PS: W Australii coraz szerzej upowszechniane jest rozwiązanie wspólnotowych magazynów energii. Nawiązywał też do tego twój artykuł. Czy byłaby to jakaś opcja, żeby stawiać takie magazyny osiedlowe czy dzielnicowe? To operator sieci dystrybucyjnej budowałby takie lokalne magazyny energii, a nie prosument. Czy pomogłoby to zwiększyć przepustowość?

BS: Pomogłoby, jednak zgodnie z prawem Unii Europejskiej operatorowi systemu dystrybucyjnego nie wolno posiadać magazynów energii, bo jako właściciel sieci byłby naturalnym monopolistą. I z nikim by się nie chciał dzielić odpowiedzialnością. Natomiast operator na pewno może kontraktować tego typu usługi u innych firm czy osób. W związku z tym jest to jak najbardziej dobre rozwiązanie. Zwłaszcza że w Polsce największy problem z siecią energetyczną mamy w tej chwili na tych ostatnich kilometrach kabla, które doprowadzają prąd bezpośrednio do naszych domów. Więc im mniejsze są te magazyny energii, im bliżej nas, tym bardziej pomagają.

PS: W pokrewnym temacie: jak pan widzi kierunki rozwoju ciepłownictwa w Polsce? Jak będzie wyglądać proces dekarbonizacji? Wielkoskalowe pompy ciepła, geotermia, magazyny cieplne? Na razie w Polsce wszystko idzie siłą rozpędu prywatnie u prosumentów, w domach i mieszkaniach, gdzie już dosyć masowo ludzie sami inwestują i przerzucają się na pompy ciepła.

BS: No właśnie. Nie ma żadnych rozwiązań systemowych, a polski system ciepłowniczy wymaga praktycznie całkowitej zmiany. W tej chwili większość miejskich systemów ciepłowniczych – małych czy dużych – wykorzystuje węgiel lub gaz ziemny. Wiadomo, że ciepłownie i elektrociepłownie będą musiały odejść od tych paliw. W przypadku małych ciepłowni mamy produkcję ciepła bez produkcji prądu, co jest nieefektywne. Więc jeszcze trzeba pomyśleć o skojarzeniu tej produkcji prądu z produkcją ciepła. No i wreszcie wśród osób indywidualnych, które nie są podłączone do żadnej sieci ciepłowniczej, większość ciągle korzysta z węgla i gazu.

Stanowi to więc trudne wyzwanie, ale zwróćmy uwagę, że można je bardzo ułatwić po pierwsze poprzez termomodernizację, dzięki czemu ciepła potrzeba znacznie mniej, a po drugie dzięki wykorzystaniu przede wszystkim lokalnych surowców. W wielu miejscach w Polsce jest dość dobry potencjał do rozwoju geotermii: m.in. Podhale, zachodnia Polska i część Wielkopolski. Więc tam, gdzie są do tego warunki, jest to bardzo dobre źródło ciepła.

W pozostałych miejscach – częściowo właśnie wielkoskalowe pompy ciepła, a częściowo wykorzystanie jakichś surowców opartych o biomasę czy biogaz. Pamiętajmy, że tutaj trzeba szczególnie zwracać uwagę, żeby to była biomasa zrównoważona, np. z wykorzystaniem odpadów z rolnictwa, a nie dedykowanej produkcji rolniczej w monokulturach. Najważniejsza jednak jest oszczędność ciepła. Każde ciepło kosztuje, czy to z węgla, gazu, biomasy czy geotermii, więc im mniej tego ciepła potrzebujemy, tym po prostu mniej będzie to nas kosztowało.

PS: Spójrzmy teraz w przyszłość. Dużo się mówi o tym, że magazynów energii nie ma albo nie ma ich na wymaganą skalę. Obserwując zmiany na rynku magazynów energii, jakie stawiasz prognozy na najbliższe 5-15 lat? Sceptycy mówią, że nie da się tego przeskalować na potrzeby transformacji energetycznej i pozostajemy zależni od energetyki konwencjonalnej, szczególnie gazu jako rezerwy mocy. A twoim zdaniem?

BS: Popatrzmy na to, co już się dzieje: ceny magazynów spadają na łeb na szyję, i to od 20-30 lat. Na początku tego stulecia magazyny energii były zaporowo drogie i samochody elektryczne, jeśli były, albo wykorzystywały mało wydajne akumulatory kwasowo-ołowiowe i miały osiągi Melexa, albo były kosmicznie drogie. Dziesięć lat temu, gdy Tesla wprowadziła pierwszy nowoczesny samochód elektryczny, czyli Tesla Roadster, kosztował on 100 tysięcy dolarów. Obecnie Tesla Model 3 kosztuje 50 tysięcy dolarów, a przy tym jest większy, bardziej komfortowy i ma nieporównanie lepsze osiągi w większości kategorii. Ten postęp jest naprawdę gigantyczny. Cena spadła dokładnie o połowę za większe auto. Sama cena baterii musiała spaść przynajmniej kilkakrotnie.

W tej chwili w Chinach paczka baterii do autobusu elektrycznego kosztuje na poziomie 100 dolarów za kilowatogodzinę pojemności. Małe domowe magazyny energii – już łącznie z montażem i podłączeniem – kilka lat temu w Niemczech kosztowały 1000 euro za kWh, teraz 700. Czyli widzimy, że te ceny spadają bardzo szybko, a najbardziej cena samego urządzenia.

Czy w przypadku samochodów elektrycznych, czy w przypadku magazynów zainstalowanych w domach, coraz większą część kosztów stanowi cena samych pozostałych komponentów samochodowych czy robocizny. Czyli widać, że cena samego magazynu energii spada niezwykle szybko. Za 10-15 lat cena magazynu energii będzie na tyle niska, że również w krajach takich jak Polska opłacać się będzie ich stawianie na masową skalę, i to bez dopłat. Dotyczy to zarówno dużych magazynów sieciowych, jak i takich małych u odbiorców końcowych, choć zależy to od tego, jaki będzie system rozliczeń. Te magazyny po prostu będą opłacalne.

Podobnie było na przykład z energią wiatrową i słoneczną, najpierw się do niej dopłacało, a potem staniała na tyle, że dziś opłaca się z niej korzystać nawet bez dopłat. Te źródła energii stają się już powszechne również w Ameryce Południowej, w krajach Bliskiego Wschodu, w Indiach, Australii… Nie dlatego, że wszystkie te kraje nagle chcą być ekologiczne. Weźmy Rosję czy Arabię Saudyjską: one raczej nie patrzą na ochronę środowiska, ale po prostu na korzyści biznesowe.

Tak samo będzie z magazynami energii. Na pewno będą stosowane na coraz większą skalę. Natomiast jeśli chodzi o węgiel czy gaz, to w przeciągu 10-15 lat nie znikną całkowicie ze świata. Zwłaszcza w krajach rozwijających się będą ciągle wykorzystywane. Jednak ich cena jest dość wysoka i będzie rosła, bo zawsze najpierw zaczyna się eksploatację od najlepszych złóż, po czym sięga się po te trudniej dostępne, a więc droższe. To będzie jakimś hamulcem w rozwoju tych krajów biedniejszych. W Polsce powinniśmy dbać o to, żeby znaleźć się wśród tych, którzy będą korzystać na transformacji energetycznej, a nie biedniejszych krajów, które na zapóźnieniu energetycznym stracą.

PS: Twój wywód zainspirował mnie do zadania pytania o kraje globalnego południa. Czy nie może być jednak tak, że dojdzie do jakiegoś skoku cywilizacyjnego? Ominą ten etap węglowy i od razu przejdą na energetykę słoneczną i wiatrową? W końcu wiele z tych krajów ma do tego idealne warunki.

BS: Zdecydowanie tak. Na przykład w Afryce na dużą skalę już się tak dzieje, w miejscach, gdzie nie ma struktury energetycznej. Tam ludzie po raz pierwszy w życiu otrzymują dostęp do prądu właśnie dzięki odnawialnym źródłom energii. Najważniejszą technologią jest oczywiście fotowoltaika. Oprócz tego dobudowywane są małe magazyny energii wystarczające do zasilenia najbardziej podstawowych urządzeń: lodówek, telefonów komórkowych. Oczywiście ludzie w Afryce zużywają mniej prądu niż my, więc można powiedzieć, że im jest łatwiej, bo nie muszą od razu osiągać tak wysokiego poziomu zużycia prądu. Natomiast tam rozwija się to od podstaw, i to w charakterze off-grid.

Podobnie było z telefonami. Są kraje w Afryce, w których w ogóle nie ma telefonii stacjonarnej, ale jest telefonia komórkowa. Albo np. nie ma w ogóle w obiegu tradycyjnej waluty, a ludzie płacą impulsami do telefonii komórkowej. Wymieniają się minutami czy SMS-ami, i w ten sposób płacą za warzywa na targu. Mamy więc tutaj do czynienia z regionami, które wydają się mało rozwinięte pod względem rozwiązań cyfrowych czy energetycznych, a de facto są w absolutnej awangardzie współczesnego świata.

PS: Czy są jakieś technologie magazynowania, które budzą twoją szczególną nadzieję? Dlaczego?

BS: Jest kilka takich technologii, ale na pewno bardzo duże znaczenie będą miały technologie, które już znamy i które już są wykorzystywane, np. baterie litowo-jonowe. Te same, które mamy w telefonach komórkowych, laptopach czy w samochodach elektrycznych. One bardzo szybko tanieją i w zasadzie już stały się podstawową technologią magazynowania energii. W najbliższych latach na pewno jeszcze się rozwiną, jeszcze bardziej stanieją, zwłaszcza pewna ich odmiana – tzw. baterie LFP (litowo-żelazowo-fosforanowe). To jest w tej chwili jedna z najtańszych technologii, a w dodatku te ogniwa mają bardzo dużą żywotność – od 2 tysięcy do nawet 10 tysięcy cykli! Wielokrotnie więcej, niż klasyczne. Można sobie wyobrazić, że gdybyśmy mieli telefon z taką baterią, który byśmy ładowali co dwa dni, miałby on żywotność od 12 do 60 lat. Mówimy tutaj o naprawdę nadzwyczaj długiej żywotności.

Tego typu baterie mogą być stosowane np. w autobusach elektrycznych, gdzie sama bateria przeżyje autobus, albo właśnie do magazynowania energii z fotowoltaiki. Wtedy taka bateria starcza na 15 i więcej lat. Można powiedzieć, że wtedy faktycznie jest ona podporą systemu energetycznego na przyszłość.

Jeśli chodzi o inne technologie, duże nadzieje wiążę z bateriami przepływowymi, np. wanadowymi, dlatego że one mają dość prostą konstrukcję i dużą pojemność. Co ważne, można je bardzo łatwo rozbudowywać. Mamy do czynienia z dwoma zbiornikami z ciekłym elektrolitem: w jednym zbiorniku gromadzimy elektrolit naładowany, a w drugim rozładowany. Pomiędzy nimi jest ogniwo, które dostarcza prąd lub go odbiera przy przepływie w jedną lub drugą stronę. Na dobrą sprawę, jeśli chcemy powiększyć taką baterię, wystarczy dostawić dodatkowy zbiornik i już mamy więcej tego elektrolitu. Więc to jest taka technologia, która jest łatwa do rozbudowy, a jej produkcja jest bardzo elastyczna. Wyobraźmy sobie, że gdzieś potrzebujemy nagle więcej energii, bo trwa sezon turystyczny, odbywa się jakiś festiwal, który wymaga dużo zasilania, a nie mamy tam mocnego przyłącza energetycznego. Przyjeżdża taka bateria o odpowiedniej pojemności, która zasila miasteczko przez dzień lub dwa. Jeśli potrzeba więcej energii, przyjeżdża dodatkowa cysterna z elektrolitami, a potem to wszystko można zapakować na ciężarówki i przewieźć w inne miejsce. Pod tym względem jest to technologia, która jest naprawdę bardzo wygodna.

Kolejnym przykładem jest magazynowanie energii cieplnej. Jak ogrzewamy dom pompą ciepła, przez większą część sezonu grzewczego ta pompa nie musi działać z maksymalną mocą. Dobrze by było, żeby była uruchomiona wtedy, kiedy prądu w sieci mamy nadmiar, czyli np. w nocy, i wtedy to ciepło mogłoby być przechowywane w kubaturze budynku. Dostosowanie poboru do możliwości sieci jest jedną z najważniejszych rzeczy. Na pewno bardzo nam to pomoże przy przejściu w większym stopniu na odnawialne źródła energii czy podczas ostatecznego wycofywania energetyki węglowej i gazowej z Polski.

PS: A jaka tu rola dla bioenergii?

BS: Na pewno bardzo pożyteczne byłoby lepsze zarządzanie energią z biomasy: biogazem, biomasa energetyczną czy bioetanolem. W tej chwili większość elektrowni na biomasę czy biogaz działa przez cały czas z maksymalną mocą. To jest może tańsze pod względem kosztów inwestycyjnych, natomiast w ten sposób nie pomagają one w bilansowaniu sieci. Nie dostosowują swojej produkcji do zapotrzebowania. Tę odnawialną energię musimy wykorzystywać bardzo rozsądnie.

Pamiętajmy, że nie mamy jej za dużo, bo musimy zachować znaczną część powierzchni kraju pod uprawę żywności czy też poszerzać obszary chronione przyrodniczo. Dobrze by było, żeby ta cenna bioenergia, która ma wiele zalet, bo jest np. dostępna na żądanie, była wykorzystywana do produkcji prądu wtedy, kiedy jest najcenniejsza i kiedy tego prądu potrzebujemy najwięcej. To jest taka kolejna technologia magazynowania energii, która byłaby bardzo przydatna.

PS: Magazynowanie energii jest więc konieczne dla dekarbonizacji?

BS: Trzeba szeroko podkreślać, że magazynowanie energii jest potrzebne. A im szybciej się tę branżę rozwinie w Polsce, tym po prostu bardziej na tym skorzystamy, zarówno technologicznie, jak i w kontekście osiągania celów klimatycznych.

PS: A czy widać w tym zakresie jakąś zmianę podejścia u decydentów?

BS: Na razie zapowiedzi dotyczą innego sposobu rozliczania prosumentów. Ci, którzy podłączą instalacje fotowoltaiczne do końca roku, jeszcze skorzystają z korzystnego i wygodnego systemu upustów. Potem będzie można tylko sprzedawać nadwyżki energii do agregatora po cenie znacznie niższej niż cena późniejszego poboru energii z sieci.

PS: Wydaje się, że do serca sobie wzięli zakładane w PEP 2040 osiągnięcie 5-7 GW fotowoltaiki do 2030 roku i w związku z tym zamierzają włączyć hamulce z końcem roku.

BS: Wygląda na to, że niestety tak. Nadwyżka energii od właściciela paneli ma być sprzedawana do tak zwanego „agregatora”. Rząd bardzo mocno ogranicza możliwość stania się takim agregatorem. Można powiedzieć, że narzuca dość mocne ograniczenie na to, które firmy mogą zajmować się obrotem energią elektryczną. To trochę dusi ten rynek. Niedługo może być tak, że energią będą mogli handlować tylko ci, którzy już to robią, czyli wielkie spółki energetyczne. W tym zakresie przydałoby się uproszczenie przepisów.

PS: Tym bardziej, że w najbliższym czasie nie ma żadnych innych perspektyw na nowe źródła energii, więc zamiast utrudniać rozwój alternatywnych źródeł energii i rozwiązań wspierających, powinni je upraszczać.

BS: Będzie duży problem po 2025 roku. Wtedy kończy się obecne wsparcie z rynku mocy, więc na dobrą sprawę większość elektrowni węglowych z dnia na dzień przestanie być opłacalna. Jeśli pozostaną one w strukturze spółek energetycznych, to spółki te będą zagrożone bankructwem. Jeśli z kolei zgodnie z zapowiedziami zostaną przeniesione do NABE, okaże się, że od 2025 roku musimy rokrocznie dopłacać jakieś ogromne sumy do elektrowni węglowych, które będą własnością Skarbu Państwa.

PS: Dziękuję bardzo za rozmowę.

MOTTO:

Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.

Jednym z układów w pokerze w polskiej akademii jest ręka znana jako Polak Wielki Zagranicą. Jest to odpowiednik pokera, hasło-klucz do stratosferycznej kariery. Nic dziwnego, że jego tajemnica jest strzeżone z taką zaciekłością. W sumie stosunkowo łatwo jest sprawdzić, co się dzieje – oczywiście, jeśli ktoś wie, czego szukać i gdzie. Ale jeśli wie, to na ogół siedzi cicho i gra w to samo, bo pewnie trzeba być frajerem żeby z tego zrezygnować, albo żeby się narażać zabierając głos? Albo mieć inny system wartości. Wbrew pozorom, sporo polskich uczonych ma inne wartości niż akademiccy pokerzyści i obchodzi ich nauka – nie chcą grać w pokera, w ogóle nie chcą w nic grać, tylko spokojnie pracować. Rozjuszeni pokerzyści przeszkadzają jednak w pracy. Zerknijmy więc na tych graczy. Jak to jest że ci Wielcy Zagranicą tak często są za granicą praktycznie nieznani? Ba, jak to jest, że to co oni opowiadają, że zagranicą się dzieje, często nie ma rąk, ani nóg ani nie trzyma się kupy?

Odpowiedź jest w gruncie rzeczy prosta. Gra w pokera nie bez powodu kojarzy się z blefem. Ci Wielcy często blefują aż dudni, mniej lub bardziej elegancko, naciągają fakty, bezczelnie dopisują sobie afiliacje, ze zbiorowego projektu wyciosują w CV visiting professorshipy, wciskają się na stypendia dla dla młodych pracowników nauki, a potem głoszą, że byli na profesorskim megawypasie, cytują durne strony fejsbukowe, tak jakby naprawdę znali sławne zagraniczne koleżanki i kolegów i jakby sobie przy piwie pogadywali to o „żurnalach”, to o tym, kto z kim śpi. Opowiadają legendy o tym, jak to znana zagraniczna uczelnia prosiła ich, by się na niej zatrudnili, oczywiście na stanowisku profesora (takie rzeczy może się i zdarzały w latach 1980, teraz na każde stanowisko są dziesiątki, a nawet setki kandydatów i polskie podania nie bywają nawet „longlistowane” głównie z powodu braku jakiejkolwiek polityki akademickiej naszego państwa od kilkudziesięciu lat). Bywa, że wchodzą w wielki świat postkolonialnym półgębkiem, publikując z kimś znanym tekst, który potem jest cytowany przez pokolenia doktorantów i wystukują sobie parametry – jednak nie chce im się nauczyć, jak naprawdę pisać i publikować, ani uczestniczyć w życiu środowiska, więc dalej jadą już na wyłącznie gapę. Wyjeżdżają za publiczne pieniądze swoich polskich uczelni na staże i konferencje, plotą trzy po trzy, nikt ich nie słucha, a potem wracają i odpowiadają o swoich niebotycznych sukcesach. Trudno się dziwić. To nadal jest najprostszy przepis na sukces.

Swoich prawdziwie wielkich zagranicą Polacy nie lubią, skazują na naukową banicję – bo Żyd, bo baba, bo o co tu kurka chodzi. Niestety, trzeba czytać, żeby na bieżąco rozumieć „o co cho” w nauce, a komu by się chciało? O ileż łatwiej bez czytania wielbić celebrysorów, co to wypowiadają się w gazetach na każdy możliwy temat. Jesteśmy po prostu narodem prekursorów feniomenu cancel culture. Mistrzowie kancelacji przy rosole. Jeszcze gorzej jest z tymi Polakami, którzy nigdzie nie są szczególnie sławni, ale za to autentycznie uczestniczą w życiu naukowym zagranicą, na zaproszenie i z finansowaniem z zagranicznych instytucji akademii. Elity polskiej akademii wychodzą po prostu z siebie, by ich jakoś uciszyć, unieważnić, „zniknąć”. Nie jest to szczególnie dziwne w kontekście tego co napisałam tu wyżej. Ich głos jest poważnym zagrożeniem dla blefujących graczy. Jeszcze – nie daj Boże! – ktoś usłyszy, posłucha, a potem sam sprawdzi i zobaczy, co naprawdę ściskają w garści ci wszyscy pokerowi Polacy Wielcy Zagranicą.

To nie jest, niestety, tylko parada złotych Neronów, na którą można przymknąć oczy, albo nawet się z niej pośmiać i wrócić do własnej pracy. Przede wszystkim to potwornie demoralizuje. System celebrujący fałsz, zań nagradzający, wysyła mocne i bardzo niewłaściwe sygnały uczestnikom. Co bardziej sprytni szybko się uczą naśladować Neroniczne wzorce – o wiele szybciej niż zajmuje nauka pisania porządnego tekstu. Pozostali mają do wyboru cichą desperację, wieczne rozgoryczenie, albo znalezienie sobie innej pracy. Poza tym ktoś tych Neronów musi dźwigać na swych barkach. Oni sami nie tylko autentycznie nie mają jak się ruszać, ani nie mają w tym kierunku skłonności. Robią to inni, na ogół sprekaryzowani i młodsi uczestnicy systemu. Uczelnia zapisuje się na milion doskonałych programów sukcesu zwieńczonych megapublikacjami w superpismach. Ktoś jednak musi te badania wykonać i te teksty napisać. Z projektowych środków zatrudnia się na groszową umowę zlecenie lub na nędzny czas określony osoby, które wiedzą jak to zrobić i które to zrobią. Zrobią i mogą odejść (wiemy z brzydkiego przysłowia, o kim tak mówiono – to jest ta właśnie rola społeczna). Neronowie zostaną i będą obsypani złotymi nagrodami, honorami, zaszczytami, pieniędzmi – ponownie, bo już gratulowano im gdy dostali te programy i projekty do realizowania. Dostaną pod opiekę kolejne instytucje i struktury, będą uczyć innych jak robić badania, jak pisać teksty, jak publikować. Będą puszyć się i wystawiać pierś do kolejnych nagród. Prekaryjni pracownicy, którzy wykonali całą pracę znikną, pójdą sobie gdzieś, może do korpo, może w niebyt. Może za granicę. I znowu nikt nie powie „sprawdzam”, a zresztą – kto za kilka lat będzie jeszcze wiedział, czym się różni kareta asów od dwóch par. Co jest asem, a co nie definiuje ten, kto został nagrodzony za asy. I tyle.

–––––––––––

Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.

9 sierpnia 2021 roku opublikowany został raport Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu ONZ (IPCC). Organizacje pozarządowe, powołując się na głos naukowców z IPCC, wysłały list otwarty do prezesa Polskiej Grupy Energetycznej, z odezwą do Ministra Aktywów Państwowych oraz Ministra Klimatu i Środowiska. Żądają podjęcia natychmiastowych działań, w celu ochrony przyszłości Polski. Dzisiaj wiemy, że zapewnienie bezpiecznej przyszłości dla nas i dla naszych dzieci oznacza podanie daty zamknięcia kopalni i elektrowni Turów zgodnej z wytycznymi raportu.

W opublikowanym w poniedziałek raporcie IPCC wyraźnie wybrzmiało jedno: czas na opóźnianie zmian już dawno minął. Nasza przyszłość zależy od działań, które zaczniemy teraz. Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres podkreślił, że kraje OECD muszą zaprzestać budowy nowych elektrowni węglowych od przyszłego roku i całkowicie zrezygnować z węgla do roku 2030.

To jednoznaczny sygnał dla państw takich jak Polska, która zapomina, że należąc do OECD, nie jest już krajem biednym, ani na dorobku. Trwanie przy węglu dłużej niż do 2030 roku oznacza skazanie nas wszystkich (także z krajów od Polski dużo biedniejszych) na tragiczne konsekwencje katastrofy klimatycznej, których przedsmak obserwujemy już dziś: przedłużające się okresy suszy, pożary, powodzie, zakwaszenie oceanów, podnoszenie poziomu mórz i oceanów itp.

Rząd nie może dłużej udawać, że nas problem nie dotyczy. Tymczasem do raportu IPCC nie odniosły się w żaden sposób ani spółka skarbu państwa PGE, ani przedstawiciele polskiego rządu. W oficjalnym komunikacie Ministerstwa Klimatu i Środowiska nie ma słowa o działaniach, jakie w najbliższym czasie podejmie Polska, by ograniczyć emisję gazów cieplarnianych w sektorze elektroenergetycznym.

W stanowisku przesłanym do redakcji „Gazety Wyborczej” ministerstwo powołuje się m.in. na pakiet „Fit for 55″ Unii Europejskiej. Nie wspomina jednak w jaki sposób zamierza spełnić wymagania zawarte w pakiecie, skoro rząd wciąż uparcie planuje wydobycie węgla kamiennego do 2049 roku i brunatnego (z kopalni Turów) do 2044 roku.

– Raport IPCC nie pozostawia wątpliwości: Turów musi zakończyć pracę najpóźniej do 2030 roku. Konieczna jest też analiza kosztów wyłączenia elektrowni i kopalni Turów z końcem 2026 roku. Dlatego wzywamy PGE i polskich polityków do zajęcia odpowiedzialnego stanowiska. Wiele złych decyzji podjęto w sprawie Turowa, ale wciąż jeszcze nie jest za późno na zmiany – komentuje Kuba Gogolewski, koordynator projektów w Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”. – Ani rząd, ani PGE nie przedstawiło do tej pory nawet analizy kosztów zakończenia pracy kompleksu turowskiego do 2026 lub 2030. Także w ramach dyskusji o przekazaniu elektrowni i kopalni węglowych (w tym kompleksu turowskiego) do NABE nie pojawiały się daty odejścia od węgla zgodne z naukowym konsensusem dotyczącym klimatu.

– Naukowcy z Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu mówią jasno, że kraje takie jak Polska muszą całkowicie zrezygnować z węgla do roku 2030. Region Bogatyni ma więc niewiele czasu, żeby przestawić się na zieloną energię, stworzyć nowe miejsca pracy dla osób zatrudnionych w PGE i rozwijać nowe gałęzie przemysłu. W takiej transformacji może pomóc stworzony do tego unijny Fundusz Sprawiedliwej Transformacji, jednak bez jasnej daty zamknięcia Turowa – wcześniejszej niż rok 2044 – region nie ma szans na otrzymanie tych funduszy – podkreśla Katarzyna Kubiczek, koordynatorka projektów w Stowarzyszeniu Ekologicznym EKO-UNIA.

– Świat się gotuje, a kryzys klimatyczny zabija życie na naszej planecie. Raport IPCC daje nam nadzieję, że uniknięcie czarnego scenariusza nadal jest możliwe, o ile szybko odejdziemy od spalania węgla. Dlatego pozwaliśmy PGE GiEK – właściciela m.in. kopalni odkrywkowej i elektrowni w Turowie – i na sali sądowej będziemy domagać się odejścia koncernu od węgla najpóźniej do 2030 roku – dodaje Katarzyna Guzek z Greenpeace.

LIST DO POBRANIA

Photo: Wolkenkratzer, CC BY-SA 4.0, via Wikimedia Commons