Polski rząd uważa inwestycje w energetykę jądrową za jeden z filarów dekarbonizacji miksu energetycznego kraju. Czy to dobrze przemyślane rozwiązanie – a może jedynie zasłona dymna, mająca podtrzymać funkcjonowanie dotychczasowego, scentralizowanego systemu energetycznego, zdominowanego przez szereg dużych, państwowych spółek? Marcin Wrzos pyta o to byłego ministra środowiska, prof. Macieja Nowickiego.
Kontekst: Ze względów historycznych polski miks energetyczny przez długie lata pozostawał silnie uzależniony od węgla. Lokalne wydobycie gazu ziemnego nie było w stanie zaspokoić zapotrzebowania, co z kolei generowało dużą zależność od paliw kopalnych z Rosji. W ostatnich latach została ona zredukowana dzięki dywersyfikacji dostaw, np. Dzięki budowie terminali LNG na Bałtyku.
Ostatnie lata przyniosły zmiany w miksie energetycznym – tyle że spowodowane bardziej przez oddolne zainteresowanie energetyką odnawialną ze strony chcących wydawać mniej na energię prosumentów czy dążących do neutralności klimatycznej firm niż z powodu spójnej polityki rządowej. Obóz Zjednoczonej Prawicy, zdominowany przez Prawo i Sprawiedliwość, ma zróżnicowane podejście do polityki klimatycznej i odchodzenia od węgla, choć łączy do ogólny sceptycyzm wobec wzmacniania poziomu ambicji klimatycznych przez Unię Europejską.
Marcin Wrzos: Polska polityka energetyczna w dużej mierze zakłada zastąpienie węgla atomem. Na ile polska strategia wpisuje się w strategię dekarbonizacyjną UE?
Prof. Maciej Nowicki: Mam pewien problem z odpowiedzią na to pytanie. Założenia polskiej polityki energetycznej niedawno zostały zaktualizowane. Ministerstwo Środowiska przesłało do Rady Ministrów projekt, który ma zupełnie inne założenia niż dotychczasowa strategia. W momencie, w którym rozmawiamy, nie został on jednak przyjęty. Jako projekt ministerialny powinien on być poddany szerokim konsultacjom. Te się jednak nie odbyły, więc nie wiem jak mam do proponowanych zmian się odnieść. Muszę przyznać, że jest on zaskakująco progresywny. Nie wiem jak będzie przebiegał proces legislacyjny, ale bez wątpienia dotychczasowa polityka jest nieaktualna i pełna błędów. Nie odzwierciedla zachodzących w Polsce i na świecie procesów. Potrzebujemy bardzo realistycznej strategii rozwoju systemu energetycznego.
W jakim kierunku powinny iść zmiany?
Dostrzegam w Polsce niepokojącą propagandę, przedstawiającą energetykę jądrową jako panaceum na wszystkie nasze problemy. W moim przekonaniu założenie to jest całkowicie chybione. Takie podejście topi debatę na temat transformacji energetycznej. Rząd podejmuje jednostronne decyzje bez pytania społeczeństwa o zdanie. Decyzja nie była nawet przemyślana. Zdecydowano, że Amerykanie wybudują nam elektrownię o mocy 3000 megawatów, potem zdecydowano się zwiększyć ją dwukrotnie. Teraz mówi się już o 9000 megawatów. Rozpoczęły się poszukiwania lokalizacji dla elektrowni. Wiemy, że najpewniej będzie się ona znajdować gdzieś nad morzem.
Cały proces rozpoczęto od niewłaściwej strony. Na początku potrzebna była realistyczna strategia energetyczna, w której precyzyjnie określono by rolę energetyki jądrowej w systemie energetycznym. Potem należałoby zacząć szukać finansowania na stworzenie całego systemu. Dopiero wtedy zobaczylibyśmy, ile możemy wydać na jego modernizację, a ile na energię jądrową. Wtedy poznalibyśmy odpowiedź na pytanie o to, czy ma to w ogóle sens ekonomiczny.
A Pana zdaniem nie ma?
Polski rząd wybrał firmę Westinghouse Electric Company, która miała poważne kłopoty finansowe i była bliska bankructwa. Co więcej – wybrał ją bez przetargu na budowę elektrowni jądrowej. Nikt nie zadaje sobie kluczowych w takiej sytuacji pytań. Ile będzie kosztowała budowa elektrowni jądrowej? Ile będzie kosztowało wyprowadzenie mocy z tej elektrowni? Gdzie będzie zlokalizowane składowisko odpadów radioaktywnych?
Działania podejmowane przez polski rząd mają sens tylko jeśli analizuje się je z punktu widzenia podejmowanych działań PR-owych. Aby usatysfakcjonować stronę amerykańską zdecydowano, że elektrownię jądrową wybuduje Westinghouse. Kiedy decyzja została ogłoszona wszyscy zaczęli się zastanawiać nad tym, skąd weźmiemy na to pieniądze. Takie działania są szalenie nieodpowiedzialne, ponieważ energia jądrowa – i to mogę podkreślić z pełnym przekonaniem – jest w fazie inwestycyjnej zdecydowanie najdroższym ze wszystkich źródeł energii. Początkowo mówiło się, że pierwsza elektrownia może kosztować około 100 miliardów złotych, a planach wskazuje się na moc 6000 megawatów. Teraz jest 200 miliardów – wraz z wyprowadzeniem mocy oraz wszystkimi innymi elementami, które jeszcze podrożeją, uzyskujemy zupełnie horrendalną kwotę. Zdecydowanie większą niż zakładają aktualne szacunki. Nie konsultuje się decyzji o tej inwestycji ze społeczeństwem. Zamiast tego prowadzona jest propaganda, która ma budować dla niej poparcie społeczne.
Dlaczego budowa pierwszej elektrowni jądrowej nie ma sensu?
Spójrzmy na gigantyczną niekonsekwencję w działaniach obecnego rządu, który chce budować elektrownię o mocy 6000 megawatów nad Bałtykiem. Jednocześnie zapewnia, że będzie stawiać na budowę elektrowni wiatrowych na polskim wybrzeżu o łącznej mocy nawet 18 000 megawatów. W ten sposób uzyskamy na północy kraju gigantyczną nadwyżkę energii, z którą nie będzie wiadomo co zrobić. Jeśli przyjrzymy się zużyciu energii w Polsce zauważymy, że w północnej części naszego kraju zużywa się tylko 20% energii elektrycznej. Dla sieci energetycznych tak duża nadwyżka to ogromne wyzwanie. Energia z atomu jest w takim przypadku fatalnym wyborem, ponieważ reaktory muszą pracować całą dobę i nie nadają się do tego, aby zwiększać produkcję w bezwietrzne dni i zmniejszać, gdy wieje silny wiatr. Założenie, że te dwa źródła mogą się uzupełniać jest nierealistyczne.
Zanim Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory w 2015 roku partia ta była postrzegana jako niechętna energetyce jądrowej. Premier Beata Szydło mówiła wprost, że sprzeciwia się budowie elektrowni jądrowej. Co się stało, że nastąpiła tak daleko idąca zmiana?
Żyjemy w niestabilnych czasach i twierdzenie, że energetyka jądrowa zapewni Polsce bezpieczeństwo energetyczne trafia w społeczne lęki. Jednak, co najmniej z dwóch powodów, tak się nie stanie.
Jak bardzo jest to chybione stwierdzenie udowadnia wojna w Ukrainie. Elektrownie jądrowe stały się (wbrew prawu międzynarodowemu) celami dla rosyjskiej armii. Doskonałym przykładem jest elektrownia w Zaporożu, która została odłączona przez Rosjan od ukraińskiej sieci energetycznej. Jest ona ciągle wykorzystywana jako straszak ze względu na ogromną skalę potencjalnej katastrofy, którą można wywołać w bardzo łatwy sposób.
Paliwo jądrowe jest w Polsce w całości importowane z zagranicy. Uranu nie wydobywa się również na terenie Unii Europejskiej. Państwa Wspólnoty w 20% importują go z Rosji i w 20% ze znajdującego się pod silnym jej wpływem Kazachstanu. Budowa nowych elektrowni jądrowych może w jeszcze większym stopniu uzależnić nas od importu ze wschodu. W takim kontekście mówienie o bezpieczeństwie energetycznym brzmi jak ponury żart.
Czy potrzebujemy energii z atomu?
Przyszłością jest energetyka oparta na odnawialnych źródłach energii. Wytwarzanie energii w elektrowniach jądrowych jest całkowicie nieelastyczne – nie można go dostosować do zmiennego zapotrzebowania. Nie wiem, czy jest ona potrzebna w mikście energetycznym. Trudno dziś przewidzieć, czy będzie potrzebna za 15 czy 20 lat. Chętnie zobaczyłbym rzeczywiste wyliczania ekspertów, które pokazałyby, czy ekonomiczne i technologiczne wikłanie się w atom ma jeszcze sens.
Realnie rzecz biorąc energia z atomu może wypełnić pewną lukę, ale na pewno nie ma szans stać się panaceum na wszystkie bolączki polskiego systemu energetycznego. Nawet jeśli udałoby się wybudować elektrownię jądrową o mocy 9 000 megawatów to pokryje to nasze zapotrzebowania na energię w 20-25%. Musimy zaakceptować ten fakt i przestać traktować elektrownie jądrowe jako gwarancję bezpieczeństwa energetycznego. Uważam, że ich budowa miałaby sens tylko wtedy, gdy z realistycznej, fachowej analizy by wynikało, że za dwadzieścia lat odnawialne źródła energii nie będą w stanie w pełni pokryć zapotrzebowania i konieczne będzie uzupełnienie systemu energią jądrową.”
W sondażu Ministerstwa Klimatu i Środowiska z listopada 2022 r. wyszło, że ponad 86% ankietowanych wyraża poparcie dla elektrowni jądrowych w naszym kraju, a jedynie 10% jest przeciwnego zdania.
Nie wierzę w rzetelność tego sondażu. Nawet wszechobecna propaganda proatomowa nie mogła w tak krótkim czasie zmienić zdania Polaków w tej sprawie. Przypominam, że jeszcze kilka lat temu większość społeczeństwa była przeciwna budowie elektrowni jądrowej.
W Unii Europejskiej też można zaobserwować pewne ruchy, które próbują energetykę jądrową przywrócić do życia. Na popularności zyskują pomysły na uczynienie atomu częścią zielonej transformacji energetycznej. Na ile polityka polskiego rządu jest zgodna z polityką unijną?
Polska strategia z roku 2021, zapisana w dokumencie „Polityka energetyczna Polski do 2040 r.”, jest już nieaktualna. Zawarty w niej udział energii ze źródeł odnawialnych już wtedy był bardzo nierealistyczny. W dokumencie zapisano, że w 2030 roku fotowoltaika będzie miała moc 6000 megawatów, a tymczasem już w ubiegłym roku moc ta osiągnęła 12000 megawatów. Dodatkowo planowano utrzymanie przewagi węgla jako głównego źródła energii, a do miksu dodano energię z atomu, który miał być przeciwwagą dla rozwoju energetyki odnawialnej.
Czy energia ze źródeł odnawialnych jest w stanie wyprodukować wystarczającą dla Polski ilość energii?
Niemcy, które leżą na tej samej szerokości geograficznej i mają podobny klimat, już dziś wytwarzają z energii wiatrowej 60 000 megawatów, a z fotowoltaiki kolejne 60. To dwukrotnie więcej niż wynosi nasze całościowe zapotrzebowanie na energię. Oczywiście nie wystarczy zwiększać produkcji energii ze źródeł odnawialnych, potrzebne są równoległe prace nad przebudową systemu energetycznego. Do 2030 roku muszą powstać wielkogabarytowe magazyny energii, które zrównoważą fluktuacje w produkcji energii z wiatru i słońca. W tej chwili w Polsce mamy sto kilkadziesiąt biogazowni, a dla porównania w Niemczech jest ich 10 000. Musimy lepiej wykorzystywać nasz potencjał w tym zakresie. Biogazownie są znakomitym rozwiązaniem, ponieważ to gaz najlepiej współpracuje z OZE. W okresie przejściowym – do 2040 roku – być może warto by było wykorzystać zgazowanie węgla, aby w okresach niedoborów energii z OZE szybko uzupełnić brakującą moc.
Istnieją różne możliwości magazynowania energii. Na pewno musimy iść w kierunku gospodarki wodorowej. Zielony wodór jest najczystszym i najbardziej energetycznym paliwem. Technologia jest znana od dawna i dynamicznie się rozwija. Wodór będziemy mogli – podobnie jak w tej chwili metan – przesyłać rurociągami.
Czy w przypadku zmian w polskim systemie energetycznym można powiedzieć, że zapadają one w transparentny sposób i mają demokratyczną legitymizację?
Gdy mówimy o braku demokracji w Polsce to problem nie odnosi się tylko do sądów. Wpływa to również na sposób wydawania przez państwo pieniędzy. W ciągu 20 lat rząd wyda kwotę rzędu biliona złotych. To olbrzymie pieniądze – polskie społeczeństwo powinno być włączone w proces podejmowania decyzji w ich sprawie. Społeczności lokalne powinny wyrazić zgodę na budowę elektrowni jądrowej lub składowiska odpadów radioaktywnych na ich terenie.
Wiem, jak bardzo kontrowersyjna jest lokalizacja pierwszej elektrowni jądrowej. Ten kawałek polskiego wybrzeża jest naprawdę piękny. Okoliczni mieszkańcy obawiają się, że budowa elektrowni jądrowej będzie oznaczała koniec turystyki, która jest podstawą ich utrzymania. Nikt nie przyjedzie odpoczywać na plac budowy. Po zakończeniu prac turyści też raczej nie wrócą.
W dyskusjach pojawia się często argument, że wraz z elektrownią pojawią się nowe miejsca pracy. Owszem, w okresie kilkunastu lat budowy będzie potrzebna ogromna ilość robotników, ale sama elektrownia będzie zautomatyzowana i na pracę będzie mogła liczyć tylko wysoko wykwalifikowana kadra, której notabene jeszcze nie mamy. Elektrownię będzie obsługiwać kilkaset osób, którzy w ogromnej większości przyjadą z zewnątrz. Mieszkańcy dostaną zdewastowane środowisko i brak perspektyw na przyszłość.
Czy 100% OZE jest możliwe?
To już się dzieje. Nie tylko na wsiach i w małych miasteczkach, gdzie zielona transformacja jest łatwiejsza, ale również w dużych miastach takich jak Bruksela, Haga, Hamburg czy Frankfurt nad Odrą. Opracowały one szczegółowe plany przejścia w całości na energetykę odnawialną do 2040 roku. Potrzeba do tego jedynie woli politycznej.
Czy wystarczy wola mieszkańców, kiedy na dobrą sprawę nie mamy planu transformacji energetycznej?
Bardzo trafnie pan zauważył, że to nie wystarczy. Co jest do tego potrzebne? Po pierwsze – wola polityczna. Nie taka na potrzeby kampanii wyborczej, że dzisiaj mówimy tak, a jutro się wycofujemy, tylko autentyczne przekonanie polityków, że OZE to jest przyszłość Polski, Europy i świata. Politycy muszą wiedzieć, że zmiany są konieczne ze względu na ocieplający się klimat i wyczerpywanie się paliw kopalnych. My w Polsce jesteśmy tylko małym kawałkiem świata, ale nie zwalnia nas to od myślenia długoterminowego. Aby OZE się rozwijało musi tak myśleć cała klasa polityczna – nie tylko rządzący.
Kiedy spełniony jest ten warunek pojawiają się sprzyjające warunki do tworzenia dobrego, stabilnego i sprzyjającego rozwojowi prawa. Pieniądze inwestorów nie pojawią się, jeśli prawo zmienia się co dwa lata. Dobrze pokazuje to tzw. ustawa odległościowa, która zahamowała rozwój energetyki wiatrowej w Polsce. Sektor rozwijał się bardzo szybko, ale w 2016 roku przyjęto zasadę 10H, zgodnie z którą turbiny wiatrowe mogą być budowane tylko w odległości dziesięciokrotności ich całkowitej wysokości. W praktyce oznacza to, że turbiny wiatrowe mogą być stawiane jedynie w odległości 1,5-2 km od budynków mieszkalnych, obiektów rolniczych oraz terenów podlegających ochronie. Kiedy pod naciskiem UE wydawało się, że odległość zostanie zmniejszona do 500 metrów, poprawka Marka Suskiego spowodowała zwiększenie jej do 700 metrów, co znacznie zmniejszyło możliwości instalowania elektrowni wiatrowych w naszym kraju.
Również rozwój fotowoltaiki przebiega raczej pomimo działań państwa niż dzięki nim. W 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość zagłosowało za ustawą o odnawialnych źródłach energii. Po przejęciu władzy diametralnie zmienił swoje podejście. Nowy rząd nie tylko uchwalił tzw. ustawę odległościową, ale również podjął działania, żeby zahamować rozwój fotowoltaiki.
To było niesamowite, bo wtedy PiS było jeszcze w opozycji – zagłosowało za małymi inwestycjami w energetykę słoneczną i wprowadziło pojęcie prosumenta. Po przejęciu władzy szybko się wycofali z popierania energetyki rozproszonej. Ta sytuacja doskonale pokazuje to, jak nie należy tworzyć prawa. W Polsce musimy zmienić paradygmat w podejściu do energetyki. Należy odejść od scentralizowanego systemu w kierunku energetyki rozproszonej. To jest konieczność i przyszłość energetyki. Prywatni inwestorzy chętnie zainwestują wówczas swoje pieniądze. Muszą mieć jednak pewność, że prawo nie będzie się co chwila zmieniać.
Zastanawiam się nad tym skąd w Polsce takie przywiązanie do modelu scentralizowanego?
Wynika to z roli spółek skarbu państwa. Ponieważ mają one strategiczne znaczenie dla polskiej gospodarki mają również realizować rządowe przedsięwzięcia i inwestycje. Można umieścić w nich wiele osób z politycznego nadania – niezależnie od tego, czy posiadają one stosowne kompetencje. To rodzaj politycznych łupów, ponieważ w takich spółkach można bardzo dobrze zarobić i wzmocnić swoją polityczną siłę. System zdecentralizowany jest niesłychanie trudny do sterowania przez rządzących. To w tym upatrywałbym źródeł oporu przed zdecentralizowaną energetyką obywatelską.
Zauważyłem, że ekspertami, z którymi najczęściej konsultuje się propozycje legislacyjne, są przedstawiciele spółek.
Owszem, traktuje się ich jako wybitnych ekspertów – a tymczasem są oni nominatami politycznymi, realizującymi interesy swojej formacji. Na czele największego przedsiębiorstwa w kraju znajduje się dziś osoba, która nie ma ku temu żadnych kwalifikacji. Nie jest słynnym ekonomistą, światowej sławy ekspertem branży naftowej, nie ma też wieloletniego doświadczenia w pracy w spółkach energetycznych. Jego najważniejszą zaletą jest to, że jest nasz.
Chciałem zapytać o dziedzictwo ruchu antyatomowego z lat osiemdziesiątych. Czy jest jeszcze ono widoczne w obecnej debacie publicznej?
O tym się już nie mówi – tak samo jak o Żarnowcu. Miałem swój udział w tym, że ta elektrownia nie powstała. Była to technologia radziecka, która była bardzo niebezpieczna, ponieważ nie posiadała odpowiednich zabezpieczeń na wypadek jakiejkolwiek awarii systemu. W tej chwili w debacie dominują inne wątki, nie wraca się już do Czarnobyla. Teraz odwołujemy się głównie do argumentów ekonomicznych. Technologie jądrowe stały się bezpieczniejsze, ale tym samym więcej kosztują. W ostatnich latach ceny reaktorów jądrowych wzrosły o 20%, a ceny fotowoltaiki w tym samym czasie spadły o 88%. To pokazuje, w jakim kierunku powinniśmy iść.
Dodatkowych argumentów dostarczają nam realizowane inwestycje. W Wielkiej Brytanii prąd z elektrowni w Hinkley Point będzie kosztował znacznie więcej niż ten do kupienia na brytyjskim rynku. Inwestycja zacznie się zwracać dopiero po 35 latach.
Padają argumenty, że energetyka jądrowa jest niskoemisyjna i dlatego warto ponosić dodatkowe koszty w imię ochrony klimatu. Nawet środowisko ekologiczne w Polsce zdaje się być w tej kwestii podzielone. Czy energetyka jądrowa jest dobra do klimatu?
Tak, bardzo często podnoszony jest argument niskoemisyjności energetyki jądrowej. Wielu ekologów w trosce o klimat przyjmuje ten punkt widzenia i stara się promować ten rodzaj pozyskiwania energii. Prawdą jest, że sama praca reaktorów jest zeroemisyjna. Jednak pozyskiwanie uranu już takie nie jest. W rudzie stanowi on tylko ułamek procenta. Do jego wzbogacenia potrzeba ogromnej ilości energii. Do tego dochodzi jeszcze równie wielkie zużycie wody i składowanie odpadów nuklearnych. To są problemy środowiskowe, o których powinniśmy pamiętać, zanim zaczniemy mówić o zeroemisyjności. Aby mieć pełny obraz trzeba prześledzić pełen proces wytwarzania energii – nie można ograniczać się wyłącznie do analizy pracy reaktora.
Chciałbym zwrócić również uwagę na inny aspekt. Przeznaczane na rozwój atomu w Polsce pieniądze mogłyby być wydawane na inne cele – w tym na rozwój OZE czy konieczny remont sieci energetycznej. Wiemy, że pierwsza elektrownia jądrowa może powstać w naszym kraju najwcześniej za 15 lat. To kluczowy okres dla dekarbonizacji gospodarki, tymczasem rząd wydaje ogromne sumy na atom, aby obecny system mógł trwać chociaż jeszcze kilka lat dłużej. Prowadzi nas to do katastrofy. Za 10 lat stracimy z systemu co najmniej 15 000 megawatów z bloków węglowych – będą musiały zostać wyłączone, ponieważ nie da się dalej ich eksploatować. W jaki sposób zapełnimy tę lukę i ile to będzie kosztować? Właśnie dlatego tak ważna jest rzetelna debata na temat systemu energetycznego w Polsce.
Na transformację energetyczną powinny być przeznaczane pieniądze z ETS, czyli systemu handlu emisjami. W Polsce pieniądze te trafiają do budżetu i za bardzo nie wiadomo na co są wydawane. Działania rządu są skrajnie nietransparentne. Zgodnie z unijnymi regulacjami 50% przychodów z handlu ETS powinno iść na OZE i oszczędność energii. Nie sądzę, żeby tak się działo. Moim zdaniem powinniśmy na ten cel przeznaczać 100% uzyskiwanych w ten sposób środków. W ramach tych działań należałoby również zmodernizować sieci przesyłowe, ponieważ jest to niezbędny warunek dla rozwoju energetyki rozproszonej opartej na OZE. Gdyby tak się działo byłbym spokojny, że nasz rząd sensownie te pieniądze wydaje.
Chciałbym zapytać o list otwarty do partii opozycyjnych w sprawie transformacji energetycznej, pod którym się pan podpisał. Czy ewentualna zmiana władzy w Polsce daje nadzieję na zmiany?
Pod listem podpisało się pięciu byłych ministrów, 20 dużych organizacji pozarządowych oraz wielu wybitnych naukowców. Jestem zasmucony, że żadna z partii politycznych nie odniosła się do niego. Z moich rozmów z politykami wynika, że partie opozycyjne są przychylne rozwojowi OZE. Jeśli dojdzie do zmiany rządu w Polsce po październikowych wyborach i powstanie rząd złożony z partii opozycyjnych to jestem spokojny, że zacznie powstawać dobre, stabilne i przyjazne dla energetyki odnawialnej prawo. O ile wśród partii opozycji demokratycznej panuje właściwe konsensus, że OZE ma być głównym źródłem pozyskiwania energii, to w niektórych ugrupowaniach widać również poparcie dla atomu. Partia Razem, która jest częścią lewicy, silnie popiera energetykę jądrową. Również w Platformie Obywatelskiej istnieje frakcja, która myśli podobnie. Partie często nie mają jednoznacznego stanowiska w tej sprawie. W tej chwili na sztandarach wypisane jest hasło, że atom jest panaceum na wszystko. Powstanie odpowiedzialnego rządu, który zacznie podejmować decyzje kierując się twardymi danymi – moim zdaniem – gwarantuje rozwój zielonej energetyki.
Dziś tak jednak nie jest. Dochodzi do kuriozalnej sytuacji, w której Prawo i Sprawiedliwość – w trosce o bezpieczeństwo energetyczne – chce wybudować 79 małych reaktorów modułowych (SMR) opartych na technologii, o której można powiedzieć, że będzie gotowa w perspektywie dekad. Pierwszy prototyp reaktora tego typu dopiero powstanie. Nie wiadomo jeszcze ile będzie kosztował, w jaki sposób gminy poradzą sobie z odpadami nuklearnymi, a nawet kiedy będzie mógł być wprowadzony do produkcji. Mówienie o rozproszonej energetyce jądrowej brzmi dobrze, ale w chwili obecnej jest tylko chwytem propagandowym używanym do tego, aby nie dopuścić do erozji scentralizowanego systemu energetycznego w Polsce.
Czy kwestie energetyczne mogą się stać ważną częścią kampanii wyborczej przed wyborami parlamentarnymi?
Niestety nie. Moim zdaniem kampanię zdominują kwestie socjalne, inflacja, ceny żywności i mieszkań. Z drożyzną spotykamy się na każdym kroku, to temat zajmujący teraz myśli Polek i Polaków. Na skutki zmian w systemie energetycznym należy patrzeć w perspektywie co najmniej kilku lat. Rządowi wystarczają ogólniki i pozorowane działania, które mają uwiarygadniać propagandę sukcesu obecnej ekipy. Kampanie wyborcze opierają się dziś na prostych i zrozumiałych dla każdego hasłach. Energetyka wymaga głębszej debaty. Owszem, mniejsze partie – takie jak PSL – mogą mówić o OZE, ponieważ fotowoltaika i biogazownie dla wyborców ludowców są bardzo ważne. Nie będzie to jednak ważny temat w kampanii wyborczej.
Na oficjalnej stronie rządowej poświęconej polskiemu programowi energetyki jądrowej napisano, że „budowa elektrowni jądrowej w Polsce to inwestycja strategiczna dla zrównoważonego rozwoju całego kraju”. Jak by to pan skomentował?
To typowy chwyt propagandowy, którego celem jest wypranie z treści bardzo jasno przecież zdefiniowanego terminu, jakim jest „zrównoważony rozwój”. Przyjmując zaproponowaną tutaj definicję łatwo dojść do absurdalnej tezy, że najlepszym sposobem na zapewnienie zrównoważonego rozwoju całego kraju jest węgiel.
W rządzie Tadeusza Mazowieckiego, który powstał po pierwszych częściowo wolnych wyborach w 1989 roku był pan wiceministrem ochrony środowiska, a po kolejnych wyborach w 1991 roku – ministrem ochrony środowiska, zasobów naturalnych i leśnictwa. W latach 2007–2010 z kolei ministrem środowiska. Co od tego czasu zmieniło się w Polsce na lepsze?
W Polsce 30 lat temu prawie nikt nie mówił o odnawialnych źródeł energii. Byliśmy właściwie pionierami jeśli chodzi o promocję OZE. Wtedy to powstały pierwsze kotłownie na biomasę, pierwsze instalacje fotowoltaiczne i turbiny wiatrowe polskiej produkcji. Od tamtego czasu bardzo dużo się zmieniło – wtedy nikt jeszcze nie myślał o odejściu od węgla. W Polsce nie było ani jednej instalacji do odsiarczania węgla. Podczas spalania wszystko było emitowane do atmosfery.
Wielkim problemem była również ochrona wód. Połowa miast w Polsce nie miała wtedy oczyszczalni ścieków – w tym te największe, jak Warszawa czy Łódź. Byliśmy w tamtym czasie bardzo zanieczyszczonym krajem, być może najbardziej obok Związku Radzieckiego zanieczyszczonym w Europie. Zaczynaliśmy z niesamowicie niskiego poziomu. Pierwsze 3 lata rządów to było intensywne uchwalanie niezbędnego prawa. Wymyśliliśmy wówczas unikalny w świecie system funduszów ekologicznych. Potem zmiany trochę zwolniły i następnie – wraz z negocjacjami w sprawie przyjęcia Polski do Unii Europejskiej – znów przyspieszyły. Patrząc na to co się w tej chwili dzieje w Polsce jestem pewien, że gdybyśmy do UE nie wstąpili to stan środowiska byłby katastrofalny.
Artykuł ukazał się na łamach magazynu Green European Journal. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk materiału.
24 października członkowie Komisji Ochrony Środowiska Naturalnego, Zdrowia Publicznego i Bezpieczeństwa Żywności (ENVI) Parlamentu Europejskiego podtrzymali i częściowo poprawili wniosek Komisji Europejskiej dotyczący rozporządzenia w sprawie stosowania pestycydów (SUR). Przyjęty kompromisowy tekst zawiera pewne ulepszenia, ale nadal brakuje w nim kluczowych przepisów mających na celu ochronę obywateli i środowiska.
Ponieważ ENVI jest wiodącą komisją w tej sprawie, głosowanie stanowi kluczowy krok w procesie negocjacji w Parlamencie. Tekst zatwierdzony w ENVI (47 głosów za, 37 przeciw i 2 wstrzymujące się) uwzględnił kompromisowe poprawki opracowane i poparte przez większość Renew Europe, Lewicę (GUE/NGL), Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów oraz Zielonych/EFA.
Chociaż przyjęty tekst poprawia niektóre z aspektów wniosku Komisji, przepisy nadal nie spełniają kluczowych wymagań obywateli i naukowców”- mówi Natalija Svrtan, specjalistka ds. polityki w PAN Europe. „Interesy przemysłu rolnego wyrażane przez niektórych europosłów pod wieloma względami uniemożliwiły podejmowanie decyzji opartych na nauce i priorytetowe traktowanie interesu publicznego”.
Ważne jest to, że zatwierdzony tekst nadal wspiera rozporządzenie z prawnie wiążącymi definicjami i obowiązkami, pomimo usilnych starań, aby w pełni odrzucić propozycję, a nawet zmienić ją w dyrektywę.
Cel redukcji dla najbardziej niebezpiecznych pestycydów został zwiększony do 65%. Jest to postęp w stosunku do propozycji Komisji. Jednak substancje te muszą zostać wycofane tak szybko, jak to możliwe, a pełny zakaz jest konieczny najpóźniej do 2030 r.” – mówi Kristine De Schamphelaere, specjalista ds. polityki w PAN Europe. „Kluczowe znaczenie ma również, aby przegłosowany tekst utrzymywał wiążące przepisy dotyczące zintegrowanej ochrony przed szkodnikami i przepisy dotyczące poszczególnych upraw, tak aby rolnicy byli zobowiązani do priorytetowego stosowania metod zapobiegawczych i niechemicznych.
Przepisy dotyczące konkretnych upraw zostały pod pewnymi względami osłabione. W tekście znalazły się również bardzo potrzebne i ważne nowe przepisy dotyczące monitorowania pozostałości pestycydów i metabolitów w środowisku, a także u ludzi, importu i eksportu substancji czynnych i pestycydów oraz dostępu do wymiaru sprawiedliwości.
Z drugiej strony, tekst nie odnosi się do wysoce wadliwej metody obliczania redukcji pestycydów, tzw. zharmonizowanego wskaźnika ryzyka” – mówi Natalija Svrtan. „Ta przyjazna dla przemysłu metoda obliczania jest myląca i daje fałszywe wrażenie poprawy, podczas gdy nie ma żadnej!”.
Zmieniono również okres odniesienia dla obliczania redukcji z lat 2015-2017 na lata 2013-2017, obniżając tym samym poziom ambicji. Podczas gdy Komisja zaproponowała całkowity zakaz stosowania pestycydów na wszystkich obszarach wrażliwych, przegłosowany tekst dopuszcza produkty biokontroli i produkty dozwolone w rolnictwie ekologicznym, a także odstępstwa od zakazu stosowania innych substancji na obszarach wrażliwych. Ponadto niektóre obszary zostały usunięte z definicji, takie jak obszary wyznaczone „do ochrony siedlisk lub gatunków, w których utrzymanie lub poprawa stanu wód jest ważnym czynnikiem w ich ochronie” (część załącznika IV Ramowej Dyrektywy Wodnej). Tekst pozostawia państwom członkowskim decyzję o wskazaniu obszarów chronionych poza obszarami Natura 2000 jako obszarów wrażliwych.
Proponowane 3- lub 5-metrowe strefy buforowe wokół obszarów wrażliwych nie zapewnią skutecznej ochrony obywateli i różnorodności biologicznej. Wyraźnie pokazują to dane dotyczące przenoszenia pestycydów. W niedawnym sondażu IPSOS obywatele ponownie wyrazili szerokie poparcie dla ambitnych polityk dotyczących pestycydów, takich jak znacznie szersze strefy buforowe” – mówi Kristine De Schamphelaere.
PAN Europe uważa, że niezbędne jest, aby głosowanie plenarne (w połowie listopada) zajęło się pozostałymi istotnymi niedociągnięciami obecnego tekstu. Byłoby to odzwierciedleniem opartego na nauce procesu decyzyjnego i priorytetowego traktowania interesu publicznego, zgodnie z oczekiwaniami obywateli. Organizacje społeczeństwa obywatelskiego we wspólnym oświadczeniu przedstawiły ważne postulaty dotyczące skutecznego rozporządzenia ws. zrównoważonego stosowania pestycydów (SUR).
źródło: Informacja prasowa Pesticide Action Network Europe
W naszym kraju i na całym świecie dominuje obecnie zarządzanie, które same siebie lubi przedstawiać jako nowoczesne, a które opiera się nawet nie na zasadzie maksymalizacji zysku, lecz maksymalizacji zysku marginalnego (czyli imperatywu optymalizacji przyrostu zysku) i tak zwanego modelu Shareholder Value, czyli definiowania sukcesu organizacji przez wartość, jaką ma dla akcjonariuszy. Tymczasem takie działanie zarządcze krytykowane jest coraz bardziej powszechnie tak ze strony socjologii, filozofii jak i samych nauk zarządzania jako ponoszące odpowiedzialność za obecny poli-kryzys, czyli stan pogłębiających się kryzysów w wielu obszarach życia społecznego i planetarnego.
Dramatyczne zniszczenie żywego ekosystemu planety, rosnące nierówności, permanentne konflikty zbrojne i wojny, powszechne wypalenie społeczne – to są problemy, którym trzeba stawić czoła. Imperatyw wzrostu doprowadził do tego stanu rzeczy, ale degrowth, dewzrost, nie brzmi dla wielu osób angażująco jako hasło mające mobilizować do działania. Filozofowie systemowi tacy jak Bernard Stiegler proponują zamiast tego zmianę sensu wzrostu – zamiast ilościowego, finansowego, proponują wzrost jakości życia. Jako socjolożka zarzadzania myślę, że jest to sensowny i dobry cel na nowe czasy i należy dostroić doń odpowiednie zarządzanie, które pomoże skoncentrować się na tym celu. Zarządzanie dla wzrostu jakości życia – czyli po prostu zielone zarządzanie, bo taki jest kolor życia na naszej planecie.
Zaliczam się do tych naukowców, którzy są przekonani o tym, że zarządzanie naprawdę jest ważne. Ale właśnie dlatego musimy je radykalnie przemyśleć od nowa, by móc się wyzarządzać z katastrofalnej pułapką w jaką się, jako ludzkość, wpędziliśmy zarządzając tak jak w ostatnich dziesięcioleciach. Proponuję zielone podejście, czyli recykling idei już istniejących, trwałych i nastawionych na symbiozę z otoczeniem. Do tego dodam kilka nowych, by pokazać, jak można połączyć klasykę z prawdziwą nowoczesnością. A jednak się kręci!
W historii polskich wyborów nigdy wcześniej nie pojawiło się tyle haseł przyrodniczych i klimatycznych. Wszystkie partie i koalicje, które mają szansę wkrótce utworzyć rząd, składały w czasie kampanii deklaracje i zobowiązania dotyczące koniecznych zmian w kwestiach ochrony lasów, rzek, tworzenia i powiększania parków narodowych, niezbędnych reform instytucji zajmujących się ochroną środowiska. Większość Polek i Polaków poparła te postulaty, a teraz oczekuje ich pilnego i skutecznego wdrożenia.
Ostatnie osiem lat było trudnym czasem dla polskiej przyrody, a organizacje społeczne zajmujące się ochroną środowiska na każdym kroku napotykały brak chęci dialogu. Ukoronowaniem tej antyspołecznej polityki były: deklaracja rządu PiS, podjęta wbrew wyrokowi Trybunału Sprawiedliwości UE, odmawiająca społeczeństwu głosu w kwestii współdecydowania o lasach oraz przyjęte pod sam koniec kadencji Lex Knebel, praktycznie odbierający nam możliwość bronienia się przed szkodliwymi społecznie i środowiskowo inwestycjami.
Wszyscy oczekujemy, że te czasy nie powrócą, a szkodliwe regulacje i praktyki zostaną pilnie zmienione. Apelujemy do polityczek i polityków, od których odwagi, zaangażowania i poczucia odpowiedzialności za losy nas wszystkich zależy przyszłość całego kraju, aby pamiętali o składanych przed wyborami deklaracjach. To ostatni moment, aby ochronę przyrody w naszym kraju uczynić priorytetem.
Skuteczna ochrona zasobów naturalnych oraz zachowanie różnorodności biologicznej są niezbędne, by zapobiec katastrofie klimatycznej.
Jej początki zaczynamy odczuwać już teraz. Jeśli najwyższa dbałość o zasoby naturalne nie stanie się przedmiotem umowy koalicyjnej, jeśli debata dotycząca składu przyszłego rządu nie uwzględni kwesti związanych z ochroną środowiska, wówczas ucierpią nie tylko cenne ekosystemy i rzadkie gatunki roślin czy zwierząt. W niedalekiej przyszłości spadnie jakość naszego życia, a w dalszej perspektywie egzystencja nas i kolejnych pokoleń będzie zagrożona.
Liczne organizacje zajmujące się ochroną przyrody i walką o prawa zwierząt z nadzieją przyjęły wyniki wyborów. W szeregach partii, które najprawdopodobniej utworzą rząd, znajdują się polityczki i politycy zaangażowani w walkę o ojczystą przyrodę, którzy byli głosem słabszych na mównicy sejmowej i podczas posiedzeń komisji. Deklarujemy chęć bardzo szerokiej współpracy, która usprawni realizację przedwyborczych obietnic w kwestach środowiskowych.
Liczymy przy tym na to, że nowym szefem lub szefową resortu ochrony środowiska zostanie osoba nie tylko o odpowiedniej wiedzy, ale przede wszystkim empatii i wrażliwości. Osoba ta powinna być gwarantem realizacji ambitnego programu przyrodniczego, zadeklarowanego podczas kampanii wyborczej przez parte przyszłej koalicji rządzącej. Osoba niezależna od jakichkolwiek lobby związanych z eksploatacją zasobów przyrody. Osoba, która swoją postawą klarownie dowodzi, że dobro przyrody jest u niej na pierwszym miejscu i która będzie gotowa do podjęcia na nowo owocnej współpracy z organizacjami przyrodniczymi oraz naukowcami. Przekazanie resortu w ręce osoby, która związana jest z lobby leśnym, łowieckim lub hydrotechnicznym będzie oznaczało kontynuację
dotychczasowych sporów i utratę zaufania społecznego.
Przez wiele lat Lasy Państwowe i dyrekcje ochrony środowiska były w dużym stopniu rezerwuarem synekur politycznych. A powinny ekspertów rozumiejących i kochających dziką przyrodę. Czas najwyższy, żeby to zmienić. Troska o środowisko powinna znaleźć się ponad rozgrywkami politycznymi w imię przyszłości kolejnych pokoleń Polek i Polaków.
Sygnatariusze:
(aktualna lista organizacji przyrodniczych i ruchów społecznych: htps://listotwartyprzyrodnikow.pl/)
# Nazwa organizacji lub ruchu społecznego
1 Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków
2 Fundacja Niech Żyją!
3 Lasy i Obywatele
4 Greenpeace
5 Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot
6 Międzynarodowy Ruch Na Rzecz Zwierząt – Viva!
7 Extinction Rebellion Polska
8 Otwarte Klatki
9 Fundacja Dziedzictwo Przyrodnicze
10 Ośrodek Działań Ekologicznych „Źródła”
11 Stowarzyszenie dla natury „Wilk”
12 Jestem na pTAK!
13 Fundacja na Rzecz Prawnej Ochrony Zwierząt i Kontroli Obywatelskiej „Lex Nova”
14 Fundacja Psubraty
15 Towarzystwo Przyrodnicze „Bocian”
16 Humane Society International
17 Green Rev Insitute
18 Fundacja The Climate Lab
19 Fundacja Frank Bold
20 Eko-unia
21 Empatia
22 Obóz dla Puszczy
23 Fundacja FOTA4Climate
24 OTOZ Animals
25 Dziki Ruch Oporu
26 Fundacja Aquila
27 Fundacja Albatros
28 Alarm dla Klimatu
29 Klub Gaja
30 Noga w Łapę
31 Towarzystwo Przyrodnicze „Dubelt”
32 Fundacja Dzika Polska
33 Ekowyborca
34 Stowarzyszenie Nasz Bóbr
35 Polskie Towarzystwo Ochrony Ptaków
36 IUS Animalia
37 Strefa Zieleni
38 Fundacja Azyl
39 Fundacja Alter Eko
40 Fundacja Las Naturalny
41 Fundacja Siła Lasu!
42 Inicjatywa Dzikie Karpaty
43 Kuszlewicz w imieniu zwierząt i przyrody
44 Zielone Wiadomości
45 Górnośląskie Towarzystwo Przyrodnicze
46 Mondo Cane
47 Związek Polskich Fotografów Przyrody
48 Zakład Ekologii Behawioralnej Uniwersytetu Wrocławskiego
49 Grupa Badawcza Ptaków Wodnych KULING
50 Śląskie Towarzystwo Ornitologiczne
51 Fundacja Ochrony Zwierząt i Środowiska „Lex Nova”
52 Sadyba Mazury
53 Fundacja Szklane Pułapki
54 Towarzystwo dla Natury i Człowieka
55 Towarzystwo Przyrodnicze ‘Kawka’
56 Grupa Badawcza Sobibór
57 Opolskie Towarzystwo Przyrodnicze
58 Stepnicka Organizacja Turystyczna Nie Tylko Dla Orłów
59 Fundacja Alarmowy Fundusz Nadziei na Życie
60 Stowarzyszenie MODrzew, Monitoring Obywatelski Drzew
61 Fundacja dla Przyrody
62 Fundacja Dziko
63 Wschodniopomorskie Koło Terenowe Klubu Przyrodników
64 Inicjatywa Między Drzewami
65 Dzika Ochota
66 Fundacja Klub Myśli Ekologicznej
67 Fundacja Zielone Kujawy
68 Stowarzyszenie Leubuzzi
69 Stowarzyszenie Ochrony Sów
70 Towarzystwo Przyrodnicze ALAUDA
71 Future Food 4 Climate
72 Stowarzyszenie Przyjaciół i Sympatyków Ekologii Zielona Ziemia
73 Fundacja Jurajski Park Narodowy
74 Fundacja Łąka
75 Piekarskie Stowarzyszenie Przyrodników
76 Stowarzyszenie Partnerstwo Dzikie Mazury
77 Inicjatywa „Nasz Rzecznik”
78 Koalicja Las Jest Nasz
79 Basta!
80 Fundacja Leśna Grupa
81 Towarzystwo Badań i Ochrony Przyrody
82 Fundacja Rozwoju Ekologicznego I Ochrony Środowiska EKO-LUBUSZ
83 Inicjatywa z Natury Rzeczy
84 Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-PRZYJEZIERZE
85 Podkarpackie Towarzystwo Przyrodników Wolne Rzeki
86 Fundacja EkoRozwoju
87 Towarzystwo Herpetologiczne NATRIX
88 ZaDrzew ZaKrzew
89 Fundacja Aeris Futuro
90 Fundacja GAP Polska – Plan Globalnego Działania na rzecz Ziemi
91 Rodzice dla klimatu
92 Stowarzyszenie Nasz Las Tulecki
93 Stowarzyszenie Harcerski Ruch Ochrony Środowiska im. św. Franciszka z Asyżu
94 Lokalna Grupa d/s Ochrony Wilka Na Wysoczyźnie Elbląskiej
95 Zielone Światło
96 Lubelski Stary Gaj i Dąbrowa
97 Fundacja Szkatułka
98 Stowarzyszenie Ekoskop
99 Przygody z przyrodą
100 Stowarzyszenie Kocham Polesie
101 Towarzystwo Przyjaciół Szumina i Wywłoki
102 Fundacja Ptasie Horyzonty
103 Fundacja Ratuj Ryby
104 Fundacja Ludzie z Natury
105 Fundacja JeKo „Jak Jeż z Kotem”
106 Fundacja Ratujmy Ptaki
107 Stowarzyszenie „Życie na Pola!”
108 Ruch Miejski Zielona Góra
109 Dzika Inicjatywa
110 Ziemskie Dzieci
111 Stowarzyszenie Koalicja Zazieleń Poznań
112 Stowarzyszenie na rzecz ochrony przyrody i krajobrzu Dolina Wrześnicy
113 Inicjatywa SupraśLAS
114 Fundacja Bycie w Lesie
115 Stowarzyszenie Radomianie Dla Demokracji
116 Inicjatywa Lasy Lublinieckie
117 Fundacja Inicjatyw Społecznych Impuls
118 Fundacja Brzeźnica
119 Wrocławska Przyroda
120 Stowarzyszenie Zielono wokoło
121 Stowarzyszenie Prawo do Przyrody
122 Stowarzyszenie Wolne Miasto Giżycko
123 Inicjatywa Społeczna Zielony Zgierz
124 Stowarzyszenie Małyssak
125 Inicjatywa „Zachem – bomba ekologiczna Bydgoszczy”
126 Inicjatywa „Szlaban dla wycinki” w Chojnowskim Parku Krajobrazowym
127 Inicjatywa „Las Kabacki”
128 Ratujmy jezioro Reczynek
129 Szepcząca z Drzewami
130 Pani z Pszyry
131 Ełk – tu sadzę
132 Lipa warszawska
133 Inicjatywa Mieszkańców „Chojnice 2025/2075 dla Ochrony Lasku Miejskiego, Doliny
Strugi Jarcewskiej i Jarcewskiej Alei Drzew”
134 Wilk Strażnik Natury
135 Leśna Polana i Przyjaciele
136 Lubelski Alarm Smogowy
137 Mokudo Kąpiele Leśne
138 Inicjatywa Jakub Lenkiewicz & Przyjaciele
139 Dziad Borowy
140 Babka Natura
141 Dzikoprzygody
142 Komitet Społeczny Ratujmy Las Mokrzański
143 Inicjatywa GminniAktywiści
144 Stowarzyszenie Żywica
145 Społeczny Komitet Ochrony Julianowa
146 Fundacja „Bajkowy Las”
147 MichMar Birds Usługi Przyrodnicze
Prawdziwy pomidor jest dziełem niebiańskim. Po słoweńsku nazywa się paradižnik – pasująca nazwa, prawda?
Dwugłos o przyrodzie i miłości
Monika Kostera i Joanna Średnicka
M: Kiedy byłam mała, w telewizji nadawano powtórki kultowego Kabaretu Starszych Panów. Lubiłam piosenki z tego kabaretu a najbardziej cieszyłam się, kiedy pojawiał się na scenie Wiesław Michnikowski, który ze smętną miną deklarował swoją miłość do pomidorów:
Minął sierpień minął wrzesień znów październik i ta jesień
Rozpostarła melancholii mglisty woal
Nie żałuję letnich dzionków róż poziomek i skowronków
Lecz jednego jedynego jest mi żal
Addio pomidory addio ulubione
Słoneczka zachodzące za mój zimowy stół…
O, jak bardzo sympatyzowałam z tą zatroskaną postacią, nawet jeśli nie do końca zgadzałam się z brakiem żalu za poziomkami. Ale pomidory były wtedy – i nadal – najlepszym i najwierniejszym wyrazem lata. Lato uśmiecha się do nas najpełniej przecudnym, gorącym od słońca pomidorem! Gdy jesienią znikają z krzaczków, mam zawsze ochotę zaśpiewać Addio pomidory (i często faktycznie to robię). Ty też tak masz?
J: Powiem Ci, że ciekawa sprawa z tym pomidorem. Uświadomiłam sobie, że z nimi jest zupełnie inaczej niż z innymi sezonowymi warzywami i owocami. W jakiejś wersji towarzyszą mi przez cały rok, co usypia czujność na ich „sezonowość”. Czerwcowe truskawki, potem maliny, szparagi i kolejne porzeczki, agresty i inne śliwki mają w mojej głowie swoje miejsca w kalendarzu. Czekam na nie, a potem tęsknię gdy odchodzą. Pomidor, ten aromatyczny, mięsisty i cudownie pachnący pojawia się niespodzianie i znika też znienacka, zastąpiony przez wytwory pomidoropodobne. I tak sobie myślę, może w pomidorze jest sporo szerszej prawdy o globalnym świecie? Niby wszystko i zawsze jest dostępne, ale doświadczeń prawdziwie poruszających zmysły nie ma na wyciągnięcie ręki. Przychodzą gdy nadchodzi ich czas?
M: Kiedy byłam mała, pomagałam czasami Dziadkowi podlewać wieczorem pomidory. Pachniały na krzaczkach prawdziwie niebiańsko, takim czystym letnim wieczorem, z psami szczekającymi w oddali i światłem spływającym łagodnie przez liście jabłoni. Pomidory trzeba podlewać delikatnie, inaczej niż, dajmy na to, marchewkę. Pomidory nasiąkają powoli słońcem i żarzą się jak małe słoneczka między zielonymi listkami. Są na krzaczku ciepłe w dotyku. Czasami urywały się ze swoich delikatnych gałązek i tedy Babcia zbierała i kładła na parapecie, by dojrzały do końca. To takie cudowne baterie słoneczne na kolację. Może dlatego nie umiem się dać nabrać na to coś z supermarketu co nazywa się „pomidor” ale smakuje i pachnie mokrą watą. Wolę nie jeść pomidorów wcale niż konsumować te sztuczne twory. Masz rację, to są twory pomidoropodobne – produkty przemysłowe.
Prawdziwy pomidor jest dziełem niebiańskim. Po słoweńsku nazywa się paradižnik – pasująca nazwa, prawda? Słyszałam taką ładną legendę – kiedy Adam i Ewa zostali wygnani z Edenu, Ewa szybko zerwała z krzaczka pomidorka i przemyciła z rajskiego ogrodu do swego ziemskiego ogródka. Najbardziej lubię surowe pomidory, chociaż sosy i zupy pomidorowe to też przecudna sprawa. A Ty?
J: O tak! Surowe w wersji lokalnej z cebulą, albo włoskiej z mozzarellą, bazylią i oliwą w każdej ilości. I sosy. Koleżanka powiedziała mi kiedyś, że ona jest z tych, którzy nie lubią sosów na bazie pomidorów, ale śmietany. Uśmiechnęłam się w duchu na myśl o takim podziale ludzkości. A pomidory, o tak! Kapryśne są w uprawie. Podjęłam nawet kiedyś własna próbę; wszystko szło wyśmienicie. Wyrosły bujne łodygi, piękne liście i cudownie obfite owoce. Krzaki uginały się pod ich ciężarem. Kilka dni dzieliło mnie od przemiany wersji zielonej w piękne, dojrzałe i gotowe do jedzenia pomidory. I nagle, z dnia na dzień wszystkie zachorowały. Kilkadziesiąt kilogramów pomidorowej tragedii. Poczerniało wszystko: liście, owoce, łodygi. Nadeszła, jak się dowiedziałam od lokalnych ekspertek, zabójcza dla pomidorów „zaraza ziemniaka”. Smutne to było bardzo. Poczułam na mojej mikroskopijnej plantacji, jak dużym wyzwaniem jest wydać na świat zdrowego, nie-przemysłowego pomidora! Za rzadko chyba o tym myślimy. Okrutny jest model zakupów, w którym w promocyjnych cenach kupuje się duże ilości żywności, często niemożliwe do przetworzenia i zjedzenia, nim nadejdzie jej czas. Marnujemy tony wszystkiego. Jest coś przeraźliwego w tych załadowanych jedzeniem koszach, czekających w kolejkach do supermarketowych kas. Zupełnie inaczej jest na szczęście wciąż na lokalnych straganach. Wzrusza mnie widok osób, szczególnie starszych, wybierających pieczołowicie owoce i warzywa. Trzy jabłka, dwie cebulki, pięć pomidorów, garstkę śliwek… I różnorodność odmian. To chyba nasza namiastka zrywania z krzaczka?
M: O, tak, te pomidory nierówne, pękate, troszkę krzywe rozłożone na straganach – i też w wiejskich sklepach – aż zapraszają, żeby je dotknąć. Masz rację, że to nasza namiastka krzaczka, ale taka uczciwa, nie wyrób krzaczkopodobny – bo krzaczki pozostają w domyśle. Te stragany to jakby streszczenia całej krzaczkowej opowieści wzrastania, kwitnięcia, dojrzewania…
A jaki jest Twój ulubiony utwór, wiersz albo obraz o pomidorach? Mój jest antytezą najbardziej znanego, czyli „Campbell’s Soup Cans” Andy Warholla. Te puszki są produktami, właśnie z takiego marnotrawczego wózka, o którym mówiłaś. Mój ulubiony to obraz Paula Gauguina „Martwa natura z pomidorami”. Gauguin chyba tak samo kochał pomidory jak my, bo one są tak cudownie kuszące na tym obrazie, że ma się ochotę ich dotknąć – krzywe, przerośnięte, przejrzałe. Całe szczęście, że obok nich na stole leży nóż, bo można sobie wyobrazić, że byłby się wgryźć w taki pomidor, to eksplodowałby na nas i na cały stół. Prosto z ogródka Demeter, święto urodzaju, klimat festynowy. Ma wręcz w sobie coś erotycznego – może sprawia to biały, lekko pomięty obrus, zsuwający się ze stołu jak pościel z łóżka. Przywodzi na myśl piosenkę, którą śpiewał Michnikowski.
J: A wiesz, że szukam w głowie i szukam, i szukam, i nic. Pustka. Nie mam żadnego pomidora w głowie, chyba nie utkwił mi żaden konkretny utwór o nich. Za to kolor, ceglano-pomidorowy natychmiast zabiera mnie w południowe rejony, a szczególnie do starogreckich waz, naczyń, dzbanów, w których ognisty pomarańcz przenika się z eleganckim, czarnym tłem.
Politycy i lobbyści przemysłu rolno-spożywczego posługują się gwałtownie rosnącymi w następstwie inwazji Rosji na Ukrainę cenami pszenicy, aby usprawiedliwić nieustanny atak na unijne plany ograniczenia stosowania pestycydów, twierdzą Olivier De Schutter i Jennifer Clapp.
Olivier De Schutter jest współprzewodniczącym Międzynarodowego Panelu Ekspertów ws. Zrównoważonych Systemów Żywnościowych (IPES-Food), byłym specjalnym sprawozdawcą ONZ ds. skrajnego ubóstwa i praw człowieka, i profesorem Katolickiego Uniwersytetu w Leuven; Jennifer Clapp jest specjalistką ds. bezpieczeństwa żywnościowego, wiceprzewodniczącą Panelu Ekspertów Wysokiego Szczebla ONZ ds. bezpieczeństwa żywnościowego i odżywiania, a także profesorem Uniwersytetu Waterloo w Kanadzie.
W 2022 r. nagłówki gazet zapełniała panika związana z niedoborem żywności na świecie w wyniku inwazji Rosji na Ukrainę. Kiedy Rosja zablokowała ukraiński eksport zboża na Morzu Czarnym, ceny pszenicy poszybowały do rekordowych poziomów.
Politycy i lobby rolno-spożywcze wykorzystali tę sytuację do uzasadnienia ciągłego ataku na unijne plany ograniczenia stosowania pestycydów, twierdząc, że utrzymanie obecnego poziomu zużycia chemikaliów jest konieczne dla zapewnienia bezpieczeństwa żywnościowego.
Teraz, rok później, pojawiła się zupełnie inna historia. Rolnicy w Polsce, Rumunii i Bułgarii są oburzeni nadmiarem ukraińskiego zboża rzuconego na ich próg. W konsekwencji polski minister rolnictwa Henryk Kowalczyk został zmuszony do złożenia dymisji, a polscy rolnicy protestowali podczas pierwszej od rozpoczęcia wojny oficjalnej wizyty prezydenta Zelenskiego w Warszawie.
Rolnicy ci mają powody, by czuć się poszkodowani. Duża część ukraińskich zbiorów zboża została przekierowana na tory, a wszystkie taryfy i kontyngenty do UE zostały zniesione, aby zapewnić, że zboże nie zostanie uwięzione i nie zmarnuje się. Bezprecedensowy napływ ukraińskiej pszenicy, o wartości 1,17 miliarda euro, trafił do sąsiednich krajów UE, wywołując spadek lokalnych cen i sprawiając, że produkty wielu rolników zalegają w magazynach.
W założeniu pszenica miała przejechać przez te państwa tranzytem w drodze na rynki międzynarodowe. Jednak ze względu na brak możliwości transportowych i problemy z infrastrukturą kolejową, znaczna jej część pozostała w krajach sąsiadujących z Ukrainą, zabierając miejsce w silosach i trafiając na rynek lokalny. Przyczyniło się do tego również zmniejszenie zapotrzebowania z krajów Północnej Afryki, które musiały ograniczyć import żywności, ponieważ ich gospodarki osłabły w wyniku zwiększenia stóp procentowych.
Powstaje więc pytanie: czy mamy do czynienia ze zbyt małą produkcją żywności, czy też jest jej za dużo?
Odpowiedź brzmi: z żadną z nich. Nadmiar zboża na rynkach w Polsce, Rumunii i Bułgarii pokazuje, że dzisiejszy kryzys związany z cenami żywności nie jest, i nigdy nie był, rezultatem jej niedoboru. Przyczyną problemu jest niewłaściwa dystrybucja i dysfunkcyjne rynki.
Dzisiaj cierpią polscy rolnicy, gdyż ich dochody gwałtownie spadły. Ale dysfunkcja rynków żywnościowych jest zjawiskiem globalnym. Od dziesięcioleci rolnicy z wielu krajów globalnego Południa są w podobny sposób wyniszczani przez wysyp na ich rynki taniej żywności z krajów zachodnich, które subsydiują produkcję i eksport żywności.
Wiele z tych krajów uzależniło się od importu żywności, co sprawia, że są szczególnie wrażliwe na zakłócenia na światowym rynku. Kraje te borykają się obecnie z rosnącymi rachunkami za import żywności i gwałtownie wzrastającymi kwotami spłat zadłużenia, co grozi nowymi falami głodu, nawet w sytuacji, gdy w Europie występuje nadmiar zboża.
Tego rodzaju zjawiska są rezultatem wadliwego przemysłowego systemu żywnościowego, w którym priorytetem jest nadprodukcja kilku podstawowych towarów żywnościowych dla zglobalizowanych łańcuchów dostaw just-in-time; i który sprzyja monopolizacji przez zaledwie garstkę przedsiębiorstw rolno-spożywczych – takich jak giganci zbożowi, którzy w ubiegłym roku, gdy rynki żywnościowe ogarnęło szaleństwo, odnotowali rekordowe zyski,.
Jest to model, który systematycznie zawodzi, kiedy trzeba dostarczyć żywność tam, gdzie jest rzeczywiście jest potrzebna, i który nie potrafi zapobiec narastaniu głodu ani zapewnić stabilnego dochodu rolnikom.
Ponadto oparte na tych filarach koncentracji systemy żywnościowe są nie tylko niezwykle podatne na wstrząsy takie jak wojna, zmiana klimatu i niestabilność finansowa. Są one również narażone na cykle koniunkturalne, które zwykle prowadzą do zatorów, nadwyżek i niestabilności, co szkodzi rolnikom i konsumentom na całym świecie.
Poszkodowani rolnicy we wschodnich regionach UE zasługują na natychmiastowe rekompensaty. Środki na ten cel mogłyby pochodzić z podatku od zysków nadzwyczajnych nałożonego na gigantów zbożowych, którzy osiągnęli rekordowe zyski, gdy ceny żywności gwałtownie wzrosły.
Należy dołożyć więcej starań, aby zboże mogło wyjechać z Ukrainy oraz z Rumunii, Polski i Bułgarii – i to do miejsc, które go potrzebują, czyli do regionów o wysokim stopniu braku bezpieczeństwa żywnościowego. Nie powinno być ono zrzucane na lokalne rynki, ani podawane świniom i krowom.
Ale nadszedł również czas, by decydenci polityczni przyznali, że przemysłowy system żywnościowy nie zapewnia trwałego bezpieczeństwa żywnościowego ani stabilności finansowej rolników. Produkowanie coraz więcej i więcej oraz eksploatacja zasobów naturalnych w celu uzyskania większych plonów w imię „bezpieczeństwa żywnościowego” to przepis na ciągły chaos. Trzeba zakończyć wyścig do dna i przestać nastawiać rolników przeciwko sobie.
Tak, zawsze będziemy potrzebowali sprawiedliwego handlu. Ale nasz system żywnościowy musi zostać całkowicie przekształcony i zdywersyfikowany, aby był o wiele bardziej odporny na wstrząsy i mniej podatny na szkodliwe cykle koniunkturalne, bańki spekulacyjne i dumping.
Rolnicy muszą mieć możliwość wytwarzania o wiele bardziej zróżnicowanej żywności na bardziej lokalne i regionalne rynki.
Muszą też otrzymywać od konsumentów uczciwą i stabilną cenę.
Olivier De Schutter, Jennifer Clapp
Tłumaczenie: Jan Skoczylas
źródło: Euractive
To taki film, po którym milczysz długo rozpamiętując spędzoną w nim każdą chwilę, który niemal możesz dotknąć, bo jesteś w jego wnętrzu.
To taki film, który poraża prawdą o człowieczeństwie, prawdą o jego budowaniu i utracie, prawdą o współczesnym świecie – złym i dobrym w najróżniejszych odcieniach szarości.
To wreszcie film o tym, że honoru i przyzwoitości nie nakłada się na siebie razem z mundurem, czy jakimkolwiek innym ubraniem.
Siedziałem w kinie i bezradnie patrzyłem na wszechobecną bezsilność, która wyrywa się krzykiem z każdej sceny, robiąc przy okazji rachunek sumienia własnych zaniechań, jak pewnie każdy z nas, kogo ból i cierpienie dotykają do kości. Tak mierzymy się z własną obojętnością i musimy z nią żyć. Już na zawsze.
Bezsilność jest tu zresztą kluczowa, bo w tej matni, gdzie ordynarna siła władzy – czy to w mundurach, czy garniturach – jest wszechpotęgą i nie ma żadnej instancji odwoławczej, spotykasz ludzi w lesie, na komisariacie, na drodze, którzy zderzają się bezlitosną machiną, która wbrew składanym przysięgom nie strzeże „honoru, godności i dobrego imienia służby”.
Choć przecież i tam buduje się człowieczeństwo. Ono się buduje i traci w każdym z nas, ciągle, a Agnieszka Holland śledzi ten proces z niezwykłym skupieniem i dokładnością – od ratowania do odczłowieczania. I tak, słusznie skojarzycie wiele scen z obrazami tragedii Holocaustu, bo przecież mechanizm odczłowieczania – by łatwej zabierać godność, a na koniec życie – nie został wymyślony dzisiaj.
„Zielona granica” to film okrutny, gdzie każda przypadkowa decyzja może być ostateczna i taką w rzeczywistości jest, to film o wyszarpywaniu bezcennych kawałków człowieczeństwa i pielęgnowaniu ich niczym najpiękniejszy skarb – często bez celu i nadziei, ale z wiarą, że każda uratowana cząstka świata czyni go lepszym, to film o nas samych – aktywnych, obojętnych, okrutnych.
To czarno-biały film, w którym nic nie jest czarno białe.
I gdy tak siedzimy w kinie pamiętajmy, że musimy walczyć o ludzi, którzy nie potrafią i nie mogą walczyć o siebie. I że idzie kolejna zimna jesień, a po niej przyjdzie mroźna zima, a przecież „naszym pierwszym obowiązkiem jest człowieczeństwo”.
PS.
*„Straż Graniczna – szanuje prawa i godność innych osób, ich wartości kulturowe, symbole, język, obyczaje i tradycje”
„Policjant we wszystkich swoich działaniach ma obowiązek poszanowania godności ludzkiej oraz przestrzegania i ochrony praw człowieka, w szczególności wyrażający się w:
1. respektowaniu prawa każdego człowieka do życia;
2. zakazie inicjowania, stosowania lub tolerowania tortur bądź nieludzkiego lub poniżającego traktowania albo karania.”
* Zasady etyki Straży Granicznej i Policji.
Juliusz Adel: Od ostatniej naszej rozmowy (12 listopada 2020 https://zielonewiadomosci.pl/tematy/zdrowie/dobry-gen/) minęło trochę czasu. W między czasie zaszły u ciebie duże zmiany, czy mógłbyś przedstawić je czytelnikom?
Andrzej W. Cwetsch: Rzeczywiście minęło sporo czasu. Pracę w Paryżu zakończyłem jakiś rok po naszej ostatniej rozmowie. W grudniu 2021 otrzymałem grant od regionalnego rządu Walencji na otwarcie swojej pierwszej małej grupy badawczej i rozpoczęcie prac w Instytucie Biologii i Biomedycyny, który działa przy Uniwersytecie Walenckim.
J. A.: Czym zajmuje się ten instytut?
A. W. C.: Instytut działa na wielu płaszczyznach i próbuje połączyć różne dyscypliny, które ostatecznie mają się przenikać i wzajemnie uzupełniać. Mamy naukowców pracujących w dyscyplinach takich jak botanika, mykologia, mikrobiologia, genetyka, fizjologia i medycyna. Wspólne seminaria pomagają nam uczyć się do siebie na wzajem metod badawczych jak i również śledzić najnowsze osiągnięcia odmiennych, choć w brew pozorom nie tak dalekich od siebie dziedzinach. Niektóre, mechanizmy czy ścieżki sygnalizacyjne są bardzo podobne, a zdarza się że identyczne we wszystkich organizmach. Stąd, ciągłą potrzeba współpracy, a nie zamykania się jedynie w swojej dziedzinie. Czego nienawidzę.
J. A.: Czym ty zajmujesz się w ramach swojej pracy?
A. W. C.: Moje projekty mają na celu identyfikację roli białek adhezyjnych w schorzeniach takich jak epilepsja i autyzm u dzieci we wczesnym rozwoju. Pacjenci cierpiący na wcześniej wymienione choroby bardzo często posiadają mutacje w genach odpowiedzialnych za produkcję takich białek. Białka adhezyjne działają troszkę jak odcisk palca komórki. Są na jej powierzchni i pozwalają komórkom się na wzajem identyfikować i komunikować, a w czasie formowania się mózgu „wędrować” w miejsce, do którego dana komórka jest przypisana. Gdy mamy mutacje w genie odpowiedzialnym za produkcję jednego z takich białek, mózg rozwija się w sposób nieprawidłowy co powoduje dezorganizację połączeń nerwowych i w konsekwencji epilepsję, autyzm lub/i niedorozwój intelektualny.
J. A.: Jaka jest różnica między twoimi badaniami w Paryskim instytucie a tym w Walencji?
A. W. C.: Pogoda… Postanowiłem raz na zawsze pożegnać się z deszczem i zimnem. Od jakiegoś czasu to ja decyduje kiedy chcę marznąć, a nie pogoda. A tak na poważnie, to wróciłem troszkę do tego co robiłem w czasie doktoratu i w czym czuję się najlepiej. Praca, w której można bezpośrednio przejść od identyfikacji mutacji u pacjenta, testami in vitro-na komórkach, później praca ze zwierzętami i identyfikacja potencjalnej terapii dla małych dzieciaków.
J. A.: Co daje tobie „paliwo” do wytężonej pracy, badań?
A. W. C.: Wyniki. Nie ma dla naukowca lepszego paliwa niż wyniki, które uchylają wrąbka tajemnicy i pozwalają iść dalej z badaniem.
J. A.: Kiedy wspominasz o procesie od pacjenta do terapii to jak to wygląda?
A. W. C.: Zazwyczaj literatura naukową dostarcza nam wiedzy o identyfikacji mutacji u pacjentów cierpiących z powodu autyzmu lub/i epilepsji. Niestety, wielokrotnie te dwa schorzenia idą w parze. Głόwnym zadaniem jest sprawdzić czy dana mutacja może mieć wpływ na komórkę i w jakim stopniu upośledza jej funkcję. W dużym uproszczeniu, generujemy sekwencję DNA z tą właśnie mutacją, wprowadzamy do neuronów i obserwujemy jaki jest efekt. Kiedy widzimy, że mutacja upośledza jej funkcję możemy przejść do badań na zwierzętach, gdzie jesteśmy w stanie przeprowadzić testy na zachowania autystyczne, epilepsję czy pamięć.
J. A.: Jak długo to trwa?
A. W. C.: Nie ma opcji, że naukowiec wstaje sobie rano i myśli sobie: a dziś to wezmę sobie mysz i nastrzyknę ją jakimś środkiem i zobaczymy co się stanie. Sama faza testów in vitro, niezbędna do przejścia do fazy in vivo to dobry rok -jak ma się szczęście, a wierz mi, że rzadko się je ma w nauce… Potem trzeba uzyskać zgodę na przeprowadzenie badań na zwierzętach. Zdobyć licencję komisji bioetycznej co trwa czasem pół roku. Projekt musi być zatwierdzony przez weterynarza, komisję złożona z naukowców, wysłanników ministerstwa nauki i skonsultowany z obrońcami praw zwierząt. Trzeba również przygotować krótki opis badania dla osób z poza środowiska naukowego, tak by mogły zrozumieć istotę i potrzebę użycia zwierząt w konkretnym badaniu. Jest to dość uciążliwe szczerze mówiąc, ale doskonale rozumiem czemu to służy.
J. A.: Czy przedstawiciele komisji bioetycznej, lekarze weterynarii, czy też obrońcy praw zwierząt mają możliwość skontrolować wasze działanie na dowolnym etapie badań?
A. W. C.: Tak, są również niezapowiedziane kontrole. Co więcej szefowie zwierzętarni podlegają odpowiedzialności karnej. Dlatego tez mocno kontrolują to co się dzieje.
J. A.: Jaki jest Twój stosunek do badań na zwierzętach?
A. W. C.: Powiem wprost, że stały się częścią mojej pracy zawodowej. Co nie oznacza, że nie mam szacunku do zwierząt, czy co gorsza uważam, że należy poluzować zasady. Niemniej, warto przypomnieć, że nikt kto nie przejdzie wielotygodniowych treningów obchodzenia się ze zwierzętami, nie może nawet dotknąć myszy laboratoryjnej. Później, co roku każdy kto pracuje ze zwierzętami musi się doszkalać. W moim przypadku to dwadzieścia godzin rocznie. Ktoś powie, no dobrze, to jest na papierze, a rzeczywistość rzeczywistością. I tu muszę powiedzieć, że dużo w tej materii zawdzięczamy akcjom obrońców praw zwierząt, którzy niejednokrotnie złapali nieuczciwych naukowców działających wbrew tym zasadom. To dzięki nim, my, badacze pilnujemy się nawzajem, a za przekroczenie uprawnień zawieszane są pozwolenia na funkcjonowanie laboratoriów.
J. A.: Genetycznie człowiekowi najbliżej jest do goryla, ale badań na nich z reguły się nie prowadzi. Prowadzi się badania na myszach, szczurach, królikach, psach. itd. Czy w związku z tak różną budową DNA, badanie wykonane na tych zwierzętach laboratoryjnych jest wiarygodne?
A. W. C.: Bardzo dobre pytanie. Zacznę od tego, że „modele zwierzęce” do pracy nad rozwojem lub chorobami np. układu nerwowego przeprowadza się również na organizmach niższych od myszy. Setki laboratoriów pracuję na nicieniu C. Elegans, który zawiera odpowiedniki około dwóch trzecich wszystkich ludzkich genów chorobowych. Po drodze mamy też kolejnego ważnego gracza (choć malutkiego), czyli muszki owocowe u których znajdziemy prawie 75 procent genów wywołujących choroby u ludzi. Potem wskakuje rybka Danio pręgowany u którego 84 procent genów jest powiązanych z chorobami człowieka ma swój odpowiednik. Jeżeli problem nie może być rozwiązany na tym poziomie, wtedy przenosimy się na np. mysz. Czemu mysz, a nie goryl? Wiadomo, że chodzi o aspekt etyczny, bliskość gatunkową i poziom zaawansowania emocjonalnego tych zwierząt. Czy goryl i inne naczelne są nam bliższe pod względem genetycznym niż myszy? Tu Cię zaskoczę, myszy i ludzie mają wspólne około 97,5 procent swojego roboczego DNA, tylko o jeden procent mniej niż szympansy i ludzie. Prawie wszystkie geny u myszy mają takie same funkcję jak geny u ludzi. Oznacza to, że rozwijamy się w ten sam sposób z komórki jajowej i nasienia, mamy te same narządy (serce, mózg, płuca, nerki itp.), a także podobny układ krążeniowy, rozrodczy, trawienny, hormonalny i nerwowy. Stąd badania nad mutacjami w genach u ludzi przeprowadzone na myszy są bardzo miarodajne. Kiedy spojrzymy na statystyki (poza nicieniami i muszkami owocowymi które że względów obliczeniowych nie są ujęte w prezentowanej statystyce) to np. w 2020 roku w Hiszpanii myszy, ptaki i ryby stanowiły ogółem 88% zwierząt użytych w badaniach, a psy, koty i małpy stanowiły jedynie 0,13% całości.
J. A.: Jakie testy na zwierzętach najczęściej wykonujesz?
A. W. C.: W zależności od pytania na które chcę odpowiedzieć. By zbadać czy daną mutacja ma wpływ na pamięć (związek z niedorozwojem umysłowym) przeprowadza się prosty test. Mysz wprowadzana jest do pudełka z trzema obiektami. Każdy ma inny kształt. Mogą to być na przykład trzy różne klocki. Myszy są niesamowicie ciekawskie, więc od razu podchodzą, wąchają i wspinają się na te trzy elementy. Po paru minutach eksploracji mysz wraca na noc do swojego miejsca. Następnego dnia wraca do tego samego pudełka, gdzie obiekty są w tych samych pozycjach, ale jeden zostaje zastąpiony nowym. Mysz, która ma pamięć działająca w sposób poprawny pójdzie zbadać nowy obiekt w pudełku, bo jest ciekawska i pamięta pozostałe z dnia poprzedniego. My mierzymy czas spędzony na eksploracji każdego z klocków. Myszy z zaburzeniami pamięci będą badać od nową wszystkie trzy obiekty jakby nic się nie zmieniło.
J. A.: Jak można sprawdzić czy mysz ma autyzm… czy to w ogóle możliwe do zbadania?
A. W. C.: Jedyne co możemy stwierdzić to to czy mysz prezentuje zachowanie podobne do autyzmu. Takie jak izolacja czy niechęć do poznawania innych, nowych osobników. Dla przykładu, małe myszy cały czas nawołują swoją mamę. Robią to używając niesłyszalnego dla naszego ucha tonu. Niemniej jest aparatura by to zmierzyć (częstotliwość nawoływań czy ich długość). Kiedy oddalimy taką małą mysz od gniazda z mama ta powinna zacząć nawoływać mamę. Myszy, które preferują izolację niż integrację nie będą nawoływać mamy lub będą to robic rzadziej i mniej intensywnie. Inny test to poznawanie nowych osobników. Mysz z natury chcę się integrować z nowymi osobnikami. Dlatego by zmierzyć czy mysz jest ‘towarzyska’ wkłada się ja do klatki, gdzie ma w jednej komorze znana współtowarzyszkę z klatki, a w drugiej nową mysz z nieznanej jej grupy. Zdrowa mysz powinna spędzić więcej czasu na integracji z nowym osobnikiem.
J. A.: Pewne składniki mogą być dobrze przyswajane przez jedną osobę i powodować alergię u drugiej. Rozwój, umiejętność uczenia się, zachowania w grupie też są różne. Jeżeli u tego samego gatunku występują takie różnice to jak uzasadnić wykonywanie badań na tak odmiennych od ludzkich organizmach?

Uniwersytet w Walencji.
A. W. C.: Kiedy wytwarza się żywność, fabrykuje się ją dla ogółu populacji. Dopiero później, dobieramy osobne produkty dla wąskiej grupy uczulonej na gluten, laktozę czy orzeszki. Kiedy projektuje się ubrania, projektuje się je w standardowych rozmiarach, które można znaleźć w danym kraju. Później jak coś nie gra, idziemy do krawcowej przerobić spodnie. W szkołach zajęcia odbywają się w ramach podstawy programowej. Uczeń potrzebujący dodatkowej pomocy wskoczy na korepetycje lub nauczanie indywidualne. Myślę, że trzeba przecierać szlaki, dla zrozumienia istoty funkcjonowania naszego organizmu na ogólnym wzorcu. Niemniej, chciałbym nieco odwrócić to pytanie. Nauka, niejednokrotnie, dzięki modelom zwierzęcym zajmuje się właśnie tymi którzy odstają od ogółu. Bardzo często mamy do czynienia z pacjentami, którzy posiadają mutacje w genie i są jedynym znanym przypadkiem w kraju. Poszukiwania w światowej bazie danych wskazują na jeszcze dziesięciu lub piętnastu chorych np. w Azji czy Ameryce. Czy warto wygenerować mysz z mutacja takiego genu, by pomoc zrozumieć genezę choroby, którą wykryliśmy u tak malej ilości pacjentów na świecie ? Tak, a mysz laboratoryjna użyta na potrzeby tych kilku wyjątkowych osób jest przykładem badań, które odstają od bardziej „standardowych” schorzeń.
J. A.: Słuchając ciebie odnoszę wrażenie, że swoje zwierzęta laboratoryjne traktujesz jak domowe. Nie jest to dobre określenie, ale nie wiem jak nazwać twój stosunek do tych myszy, … przyjaźnie(?), w sensie, że traktujesz je przyjaźnie? Na pewno można określić godnie. Bo chyba tak można nazwać twój stosunek do nich?
A. W. C.: Oczywiście. Zdaje sobie sprawę z tego jak bardzo przysługują się nauce. Staramy się zapewniać im jak najlepsze warunki bo od dobrostanu zwierząt zależą również dobre powtarzalne wyniki. Myślę, że łatwo zrozumieć że zwierzęta żyjące w stresie, niedożywione, czy w złych warunkach sanitarnych nie są w stanie dać nam miarodajnych wyników. Dlatego też staramy się jak możemy. Kupujemy tunele, klocki i inne obiekty do klatek by zapewnić im rozrywkę i stymulację. Myszy mają też swoje ulubione przegryzki poza standardowym jedzeniem. Są to najczęściej ziarna słonecznika, czy nawet czekolada.
J. A.: Czy mając takie podejście do zwierząt nie miewasz czasami ochoty oszczędzić im kolejnych badań?
A. W. C.: Gdyby szefowa zwierzętarni zobaczyła że wynoszę mysz w kieszeni to pożegnałbym się z praca (śmiech). A na poważnie to oczywiście, że tak. Bardzo lubię szczury. Uważam, że są bardzo inteligentne, przyjazne i bardzo szybko przywiązują się do ludzi. Może kiedyś, na zakończenie kariery ukradnę jednego.
J. A.: Ten wywiad w pewien sposób mnie uspokoił. Czekam jednak na całkowite wyeliminowanie zwierząt z laboratoriów. Dziękuję za rozmowę.
A. W. C.: Ja również czekam na ten dzień. Dziękuję.
Wczoraj przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zaprezentowała swoje przemówienie, z którego wynika, że Komisja Europejska opóźnia bezprecedensowe zobowiązanie do wycofania hodowli klatkowej, które złożyła w odpowiedzi na Europejską Inicjatywę Obywatelską „End the Cage Age / Koniec Epoki Klatkowej” popartą przez niemal 1,4 miliona obywatelek i obywateli.
Compassion in World Farming Polska uznaje to za skandaliczny przejaw lekceważenia obywatelskiego zaangażowania w czasach, gdy ludzie tracą zaufanie do UE. Organizacja zapewnia, że będzie sprawdzać wszystkie dostępne opcje, aby dopilnować, że UE spełni wolę swoich obywateli.
Unia Europejska pod naciskiem lobby agrobiznesu
W poniedziałek w tym tygodniu „Financial Times” poinformował, że UE rozważa rezygnację z planów wprowadzenia bardziej rygorystycznych przepisów w zakresie dobrostanu zwierząt, w tym wycofania hodowli klatkowej.
W dzisiejszym przemówieniu na temat priorytetów Unii Europejskiej na następny rok, przewodnicząca von der Leyen nie wspomniała o planach przedstawienia nowych przepisów. Podążając za żądaniami lobby wielkiego agrobiznesu, ogłosiła plan „większego dialogu” w tej sprawie.
Wszystko to pomimo niekończących się konsultacji, spotkań i opinii naukowych w ciągu ostatnich wielu lat, które wskazały konieczność wycofania hodowli klatkowej, a także pracy dziesiątek tysięcy obywateli, którzy wnieśli swój wkład w proces kształtowania nowego prawa. Urzędnicy Komisji poświęcili znaczne zasoby i fundusze publiczne na przygotowanie projektów ustaw, które mają być odroczone.
To zdrada obywateli
To, co się dzisiaj stało, jest skandaliczne. Komisja Europejska nie dotrzymała słowa, że zapewni zwierzętom godne życie, uginając się pod żądaniami lobby agrobiznesu i opóźniając wprowadzenie nowych przepisów dotyczących dobrostanu zwierząt – powiedziała Małgorzata Szadkowska, prezeska Compassion in World Farming Polska i członkini komitetu obywatelskiego inicjatywy „Koniec Epoki Klatkowej”.
Europejska Inicjatywa Obywatelska „Koniec Epoki Klatkowej to jedyna inicjatywa, co do której Komisja Europejska zdecydowanie zobowiązała się do działania, mimo że to narzędzie demokracji obywatelskiej istnieje od ponad dekady. Niedotrzymanie tego zobowiązania jest wyraźną porażką demokracji i przejawem lekceważenia zaangażowania obywatelskiego – kontynuowała Małgorzata Szadkowska.
Komisja Europejska zdradziła zaufanie swoich obywateli. W związku z tym sprawdzamy teraz wszystkie dostępne opcje, aby zapewnić, że UE spełni wyraźną wolę obywateli – podsumowała.
Historyczne zobowiązanie Komisji
Dwa lata temu Komisja Europejska zobowiązała się do zaprzestania stosowania klatek w hodowli zwierząt w odpowiedzi na Europejską Inicjatywę Obywatelską „End the Cage Age / Koniec Epoki Klatkowej”, którą zainicjowała i koordynowała fundacja Compassion in World Farming.
Było to pierwsze takie zobowiązanie od czasu wprowadzenia przez UE tego narzędzia demokracji ponad dziesięć lat temu. Komisja wskazała wtedy, że dokona przeglądu unijnych przepisów dotyczących dobrostanu zwierząt w trzecim kwartale 2023 r.
więcej: Compassion in the World Farming Polska
„Przyznam Ci się, że jestem trochę leśną neofitką. Uczę się go pełniej doświadczać, chłonąć, poznawać”.
Dwugłos o przyrodzie i miłości
Monika Kostera i Joanna Średnicka
J: Rozmawiałyśmy ostatnio o tym, że kochamy drzewa, a co czujesz do lasu?
Mnie napełnia całą masą uczuć. Po polsku nie ma chyba jednego słowa by oddać pełne znaczeń angielskiego „awe”, w którym groza łączy się z podziwem, niepokój przeplata z poczuciem obcowania ze sferą duchową, z czymś większym, ważnym i nie do końca pojętym. A to właśnie czuję wchodząc w ciszy do starego, monumentalnego lasu. Nie chyba zresztą ja jedyna, cudownie poetycko Mickiewicz w IV księdze Pana Tadeusza oddaje nastrój spotkania z Puszczą. Weźmy choćby kilka pierwszych wersów:
Któż zbadał puszcz litewskich przepastne krainy,
Aż do samego środka, do jądra gęstwiny?
Rybak ledwie u brzegów nawiedza dno morza;
Myśliwiec krąży koło puszcz litewskich łoża,
Zna je ledwie po wierzchu, ich postać, ich lice,
Lecz obce mu ich wnętrzne serca tajemnice:
Wieść tylko albo bajka wie, co się w nich dzieje.
Bo gdybyś przeszedł bory i podszyte knieje,
Trafisz w głębi na wielki wał pniów, kłód, korzeni,
Obronny trzęsawicą, tysiącem strumieni
I siecią zielsk zarosłych, i kopcami mrowisk,
Gniazdami os, szerszeniów, kłębami wężowisk.
Przyznam Ci się, że jestem trochę leśną neofitką. Uczę się go pełniej doświadczać, chłonąć, poznawać.
A Ty, co widzisz, gdy zamykasz oczy i mówisz: LAS?
M: Cudny Mickiewicz – masz rację, to jest taki zachwyt, który trudno jest wyrazić zwykłą prozą. W czasie wakacji sporo wędrujemy z mężem po lesie. Kilka dni temu szliśmy przez las iglasty, który pachniał jak świątynia. Kościoły katolickie na Sycylii i ortodoksyjne w Grecji pachną w ten sposób. Jest w nich takie samo światło, niby przyćmione ale w taki sposób, który pozwala rozbłysnąć wizji peryferyjnej – tej, która ćmi na obrzeżach doświadczenia ale nie ma własnej możliwości koncentracji, fokusu. W świątyni siedzi się lub stoi w nawie, a przez las się idzie, co daje większą świadomość tego, że cokolwiek to jest, co prawie się w ten sposób widzi, pozostaje nieuchwytne, niemożliwe do osiągnięcia, zrealizowania czy określenia. Idąc, przypomniałam sobie mojego dziadka Jana. Babcia Weronika była bardzo wierząca, a dziadek chodził do kościoła tylko w główne święta, a i wtedy wolał siedzieć na zewnątrz pod drzewem. Babia próbowała dziadka skłonić do częstszego chodzenia na mszę. Odpowiadał jej: „Weronia, nie gniewaj się, ale dla mnie najlepszy kościół to iść nad rzekę, iść do lasu.”
J: No leśnie sacrum. Byłam ostatnio na fantastycznym wykładzie Katarzyny Simonienko, a teraz czytam jej książkę o mocy lasu, jego uzdrawiającym wpływie na nasze zdrowie, stan ducha i umysłu. Okazuje się, że nauka potwierdza obecnie intuicje dziadka Jana. W leśnych olejkach, w glebie, w korze drzew, w grzybach, leśnych dźwiękach, w deszczowym powietrzu jest mnóstwo czystego dobra, które w pozytywny sposób wpływa na wiele z parametrów naszego zdrowia (jak ciśnienie, kortyzol, stres itp.). Są kraje, np. Szkocja czy Kanada, gdzie od kilku lat lekarze zapisują tzw. zielone recepty, czyli spacery po lesie, lako uzupełnienie tradycyjnych terapii. Jesteśmy gatunkiem leśnym, zwłaszcza w tej części świata nasi przodkowie żyli blisko lasów, rzek, strumieni. Dostęp do lasu, świeżej wody to ewolucyjna potrzeba, w której różne podsystemy organizmu odbierają komunikat: jest dobrze, jest woda, jest życie, jest las – jest jedzenie. Ostatnie dwieście lat, obietnicą industrializacji i miejskiego stylu odcięło nas od tego matecznika. Niby wiem od dawna, że las to życie, piękno, harmonia, ale uświadomienie sobie, jak bardzo biologicznie i psychologicznie jesteśmy z nim związani robi na mnie ostatnio duże wrażenie. Mamy jeszcze w Polsce ten luksus, że zostało kilka miejsc, puszcz i rezerwatów prawdziwie dzikich, pierwotnych, mickiewiczowskich. Trzeba zrobić wszystko, by to wspólne dobro ocalić.
M: O, tak! Bez lasu zginiemy marnie. Ekosystem nie przeżyje utraty lasu. Las nie jest żadnym luksusem, jest naszym domem, z którego się wywodzimy i który przez ogromnie długi czas nas utrzymywał. Nadal utrzymuje, bo produkuje tlen, który ludzie zużywają w zastraszającym tempie, jakby nie miał żadnej wartości. A przecież jego wartość nie daje się wyrazić za pomocą żadnych miar, bo to jest atmosfera, która umożliwia życie na naszej planecie. Mówi się: nie było nas, był las, nie będzie nas, będzie las. Tylko, że coraz mniej tego lasu, a naszych różnych produkcji, w tym fabryk produkujących drewno – coraz więcej.
Bo nie wystarczy nasadzić drzew, a już zwłaszcza „zasobów drewna”, żeby móc mówić o lesie. Las to nie tylko drzewa, nie tylko ściółka. To cały ekosystem. Na przykład – grzyby. Różne, te które zbieramy do koszyczka i wielka ilość niewidocznych dla nas grzybni, grzybków i zarodników. Amerykańsko-niemiecki artysta interdyscyplinarny Jared Gradinger tworzy często małe ekosystemy, gdzie człowiek jest tak samo widzem i uczestnikiem, jak są nimi rośliny i owady. Jedna z jego prac to opuszczona drewniana chatka w Helsinkach, którą artysta „zaszczepił” grzybniami tak, by pięknie i naturalnie wrastała w otaczający ją las. Ma być piękna dla lasu i dla ludzi. Wewnątrz artysta wstawił stare piano, na którym grają różne grzyby, powoli pomagając mu także wrosnąć w las. Grzyby zabierają chatkę bardzo powoli z powrotem do lasu, pozwalając ludziom na spotkanie z tym procesem leśnego odchodzenia, decywilizowania, które jest balsamicznie łagodne i wrażliwe. Przede wszystkim – jest żywe.
J: absolutnie piękne. Wiesz powraca ostatnio do mnie taka myśl że może Las pomoże nam znowu odbudować wspólnotę? Wokół lasu gromadzi się ostatnio coraz więcej energii. Myślę że zaczęło się to podczas pandemii, gdy pod presją, przytłoczeni i osamotnieni poszukiwaliśmy miejsc wytchnienia, miejsc zielonych i z dala od miast. Na nowo odkryliśmy Las? Dziś jest w Polsce mnóstwo lokalnych grup ludzi którzy organizują się wokół lasów; urządzają spacery leśne, podpatrują ptaki, wędrują wspólnie, , dyskutują w social mediach. Pamiętam, że w dzieciństwie las był dla mnie raczej dodatkiem do czegoś: do jeziora, do morza do grzybów. Teraz jest zupełnie inaczej, kocham Las, za bycie po prostu lasem. czy wracamy do korzeni? Nie chcemy żeby wycinano nam ukochane kawałki puszczy czy podmiejskich zagajników. Podobno istnieje nawet jakiś rodzaj depresji po stracie swojego ukochanego lasu, tego do którego chodziliśmy przez lata na spacery z psem, z którym mamy dobre wspomnienia i skojarzenia. Jeśli on znika, bo został potraktowany jako źródło surowca, to odczuwamy duży smutek i złość. Okazuje się, że jest mnóstwo ludzi którzy w takich momentach zaczynają organizować się, szukają kontaktu z innymi, którzy są w podobnej sytuacji, uaktywniają się i angażują obywatelsko.. To jest bardzo ciekawy ruch oddolnych inicjatyw: w obronie lasu, w walce to co zostało. Mnie to napawa dużą nadzieją, może wokół lasu odbudujemy wspólnotę? Może jest tym z naszych , kurczących się, wspólnych dóbr, które połączy nas, bo nie jest tak abstrakcyjne jak klimat czy nawet woda, której jeszcze wciąż w wielu miejscach nie brakuje. Las jest czymś namacalnym czymś co było bliskie, a czego może jutro nie być. I tu akurat dokładnie wiadomo co trzeba zrobić. Przestać ciąć…
M: Tak, to prawda! Las może nam pomóc odbudować wspólnotę i poczucie zakorzenienia. W lesie naprawdę można się zgubić – bywa, że nasze urządzenia tracą zasięg, tak jak w czasie naszej niedawnej wędrówki z mężem – weszliśmy a taką głębię, że moja komórka nie pokazywała żadnej sieci, ale za to na naszej drodze pojawiła się sarna. Zatrzymaliśmy się i ona się zatrzymała, popatrzyliśmy na siebie przez chwilę. Potem bez pośpiechu, tak jak się skacze do ulubionej rzeki, dała susa w gąszcz.
Las jest jednym z niewielu miejsc, gdzie (na ogół) nie ma żadnych kamer ani innych urządzeń monitorujących. Dwadzieścia-kilka lat temu gdy zaczęły się pojawiać w miejscach publicznych, ludzie reagowali na tę obecność, były społeczne inicjatywy polegające na organizowaniu przedstawień tanecznych przed kamerami CCTV w ramach protestu przeciwko inwazji z nasze życie. Obecnie kamery są wszechobecne i generalnie przestaliśmy protestować, przyjmujemy ich obecność jako oczywistą na osiedlach, w szkołach, w salach wykładowych, w miejscach pracy, w parkach, w sklepach, w muzeach, w kawiarniach… Jest bardzo niewiele miejsc, gdzie nikt nas ciągle nie nagrywa, nie podgląda. Jednym takim miejscem jest las. Jest przy tym wyjątkowy. Nie jesteśmy tam śledzeni, ale nie jesteśmy sami – patrzą na nas ciągle oczy ptaków, zwierząt, owadów, ze wszystkich stron. Nie mamy pojęcia co widzą. Są żywą obecnością, w którą nasza własna obecność zapada tak intensywnie, że w lesie naprawdę można – się odnaleźć.
Zapraszamy na kolejny Marsz Wyzwolenia Zwierząt – zbiórka pod Pałacem Kultury, sobota, 2. września, godz. 13:30.

Marsz Wyzwolenia Zwierząt
Żyjemy w społeczeństwie, które pozbawia zwierzęta ich indywidualności i odmawia im wolności, uważając je za dobra konsumpcyjne, których jedynym celem przyjścia na świat, jest zaspokajanie naszych potrzeb.
Dla wielu, nadanie im praw, zamyka się w pojęciu „dobrostanu”, oznaczającego złagodzenie cierpienia i zagwarantowanie im odpowiedniej przestrzeni, „komfortu” podczas transportu i „ludzkiej” śmierci w czasie uboju, a przecież dobre warunki życia zwierząt nie wystarczą, aby mieć pewność, że zagwarantowane są komuś prawa.
Status quo , który przypisuje człowiekowi prawo do „używania” zwierząt do najróżniejszych celów i który nigdy nie jest kwestionowany, ponieważ w społecznościach dominuje wizja gatunkowizmu.
Eksploatacja zwierząt jest tak głęboko zakorzenioną praktyką w naszym społeczeństwie, że często pozostaje niezauważona, tworząc tło praktycznie każdej naszej codziennej działalności. Jednak w cywilizowanym społeczeństwie zwierzęta inne niż ludzie powinny mieć szereg niezbywalnych praw, które nie powinny rozróżniać zwierząt kategorii A i zwierząt kategorii B, gwarantując każdemu na równi godność i szacunek.
Zwierzęta inne niż ludzie, mają prawo do nie bycia uważanych za niczyją własność. Dotyczy to oczywiście wszystkich zwierząt.
Zwierzęta inne niż ludzie, mają prawo do nie bycia pozbawianych wolności. Nigdy nie powinny stanowić ogniwa w dzisiejszym szalonym i brutalnym systemie żywieniowym. Nigdy nie powinny zabawiać znudzonej publiczności w cyrku czy zoo. Mają prawo, już nigdy nie być ofiarami próżności człowieka.
Ich narodziny i życie, już nigdy więcej, nie powinny być uwarunkowane przez człowieka.
Musimy przeciwstawić się pozycji dominacji naszego gatunku nad innymi, którą samozwańczo postanowiliśmy sobie przypisać i zrozumieć, iż odbieranie praw innym, jest niesprawiedliwe i niemoralne.
Damy temu świadectwo 2 września w Warszawie.
Naszą obecnością dajmy świadectwo sprzeciwu przeciwko niesprawiedliwości jaka się dokonuje na niczemu winnych czujących istotach.
Nasz głos, nasze działania, nasza determinacja, mogą zerwać te kajdany.
Triumf ludzkiej myśli, jakim było kolejne już w dziejach lądowanie statku kosmicznego na srebrnym globie, tym razem będący sukcesem Indii, powinien mnie jako wyznawcę nauki bardzo cieszyć. Jednak tym razem cieszy mniej.
Myślę, że naprawdę trudno chyba o głośniejszy chichot historii, niż ten, który powinien obecnie dźwięczeć w uszach ludzkości nad tezą Francisa Fukuyamy, z jego słynnej książki „The End of History and the Last Man”.
Fukuyama ogłosił, iż wygaśnięcie politycznych sporów, które pod koniec XX wieku miały być generowane właściwie wyłącznie przez konflikt pomiędzy dwiema historiozoficznymi wizjami świata (liberalną i komunistyczną), koniec zimnej wojny i triumf demokratyczno-wolnorynkowej doktryny miały nieść kres nie tylko jedynemu, jak wtedy sądzono, potencjalnie „atomowemu” zagrożeniu dla świata, ale też być początkiem panświatowego okresu liberalnego dostatku i spokoju
Ach, ten neoliberalizm. Założenie, że konsumpcja i nieopanowany rozwój będzie napędzać kolejne gospodarki świata, prowadząc je ku demokratycznemu dostatkowi.
Ledwie trzy lata od upadku Muru Berlińskiego miał miejsce Szczyt Ziemi w Rio de Janeiro. Był wynikiem znanego naukowcom od końca lat siedemdziesiątych wpływu spalania kopalin na klimat, a co za tym idzie – na losy świata. Oczywiście, w zakresie ustaleń profilaktyki klimatycznej fiasko goniło fiasko. Organizowane cyklicznie konferencje klimatyczne kończyły się porażką, a nadzieje związane z Porozumieniem Paryskim, prawie ćwierć wieku po Rio, okazały się płonne.

Fot: livingfeinthelou (Pixabay.com)
Bo świat zachłysnął się na kilka dziesięcioleci od ogłoszenia „The End of History” ideą ekonomicznego zysku i poszerzania granic demokracji. Co do demokracji, to trudno się nawet dziwić, szkoda tylko, że u poinformowanych zresztą decydentów naszej rzeczywistości zabrakło refleksji nad coraz częstszymi doniesieniami z licznych kół naukowych o istotnych zagrożeniach. Tych, które niosą w pakiecie, we wcale nie aż tak odległej przyszłości, zmiany klimatyczne. Kiedy fakt ciągłego podwyższania się średniej światowej temperatury został odnotowany przez mainstream jakąś dekadę temu, to raczej w wysoce naiwnej wersji, iż dopiero w perspektywie odległych pokoleń wzrastająca temperatura spowoduje topnienie lodowców i podniesienie poziomu światowych oceanów. Konsekwencją będzie zalanie Wenecji, Miami czy też Gdańska. A przecież wystarczy przenieść te miasta na wyższe tereny, co w historii świata już się zdarzało.
No nie wystarczy, bo scenariusz jest inny. Prognozowany jest „niewielki”, zdawałoby się, wzrost temperatury, „tylko” o 2 do 5 stopni Celsjusza w porównaniu do tej z początków ery industrialnej. Oczywiście, wiąże się to z topnieniem lodowców. Tylko że drastyczne podniesienie się poziomu praoceanów będzie jedną z ostatnich odsłon czekającej nas hekatomby.
Nasza planeta działa jak szwajcarski zegarek, rozciągnięty między biegunami. Nawet drobny wzrost temperatury na Ziemi i uwalnianie przez to niewielkiego początkowo procentu wód skumulowanych w Arktyce, na Antarktydzie i w najwyższych masywach górskich świata jest jak ziarenka piasku wrzucone w dopasowane co do setnych milimetra, delikatne trybiki superprecyzyjnej maszynerii.
Nim tsunami rodem z hollywoodzkich produkcji wtargną kiedyś w ulice Nowego Jorku, Petersburga i śródmieścia Gdyni, czekają nas widowiska nie mniej spektakularne i nie mniej straszne. Wzrost światowej temperatury nawet o 2 – 3 stopnie w skali stulecia trudno odnotować zwykłemu mieszkańcowi planety. To, co rzeczywiście będzie miało konsekwencje, to postępująca deregulacja klimatu, niekoniecznie łącząca się ze wzrostem ciepła na planecie. Trudno w szczegółach przewidzieć scenariusze katastrof. Będą to naprzemienne okresy gigantycznych suszy, poprzedzielanych niespotykanymi deszczami i powodziami, oraz następujące po sobie okresy skrajnych temperatur, od tropikalnych upałów, trwających miesiące, po długie okresy arktycznych mrozów. Wszystko to w szerokich rejonach klimatu dotąd umiarkowanego. W tym czasie obszary równikowe naszego świata staną się rejonami nie nadającymi się do zamieszkania. To spowoduje migracje na nieznaną dotąd w dziejach ludzkości skalę.
Nawet te obecnie bardzo jeszcze bezpieczne obszary, jakimi jest Europa i Północna Ameryka, będą pustoszyć z powietrza potężne tornada, a od spodu podziemne osuwiska pochłaniające całe dzielnice miast i wsie. Osuwiska spowodowane rozrastaniem się podziemnych cieków wodnych i wynikającą stąd destabilizacją gruntu.
Do najbardziej rozwiniętych krajów świata napłyną setki milionów „nielegalnych” przybyszy. To spowoduje, nawet w statecznych demokracjach liberalnych, napięcia społeczne i wybuch populizmu, a co za tym idzie militarno-polityczne konsekwencje, przy których Władimir Putin, Donald Trump czy naszego rodzimego chowu Jarosław Kaczyński będą ckliwym wspomnieniem niedawno minionego, bezpiecznego jeszcze świata.
Osobom wierzącym, iż rozwój nauki pozwoli zapobiegać tym problemom w przyszłości, chcę przypomnieć, jak już obecnie kwestie ekologiczne i demograficzne potrafi całkowicie przesłonić i zepchnąć na plan dalszy bieżąca polityka i aktualne trudności z demokracją lub uchodźstwem. Tymczasem to, co nas czeka, to armagedon w porównaniu z obecnymi klopotami na tym polu.
Problemy z klimatem i postępujące zanikanie pór roku spowodują też potężne kłopoty z dostawami żywności – już obecnie sprowadzanej według najdziwniejszych konstelacji geograficznych, dyktowanych bieżącą polityką i zyskiem.
W tym momencie światowy ekosystem, już i tak zniszczony przez człowieka, zacznie zanikać. Obecnie przeważająca część większych ssaków to człowiek wraz z hodowanymi przez niego stworzeniami, przeznaczonymi do konsumpcji. Na tym polu w okresie od początku ery industrializacji nastąpiło całkowite odwrócenie proporcji procentowych. Jeszcze w XIX wieku ludzie wraz ze swoim inwentarzem stanowili tylko dodatek do całej masy wolno żyjących stworzeń; obecnie to dzikie zwierzęta zaczynają być tylko dodatkiem do stworzeń cierpiących w tzw. hodowli przemysłowej i areału pól dostarczających żywności zwierzętom hodowlanym.

Wylesianie w Polsce. Fot Juliusz Adel
Postępuje wycinka puszcz i lasów w obszarze równikowym, głównie pod potrzeby wysiewu rozrastającej się błyskawicznie monokultury roślinnej. Monokultury produkującej paszę dla wyżywienia setek miliardów tusz wieprzowych, wołowych i drobiu na stoły Europejczyków i Amerykanów oraz naśladujących ich sposób życia elit innych części świata. To dodatkowo nakręca zmiany klimatyczne. Podobnie jak „niespodzianki” kryjące się pod topniejącą wieczną zmarzliną Syberii.
Ktoś powie, że to już się dzieje. Nie, to dopiero początki, które skończą się nie tylko tym, że klimat na Ziemi stanie się niemalże niemożliwy do przeżycia; błyskawicznie wyzwolą też niesnaski pomiędzy społeczeństwami na niespotykaną do tej pory, krwawą skalę. Uruchomienie podówczas arsenału nuklearnego, obecnego w coraz większej liczbie krajów świata, jest wielce prawdopodobne.
Co więcej, machina zmian klimatycznych, im bardziej się rozkręci, tym mocniej będzie eskalować. Zanim na planetę powróci harmonia, miną tysiące, a raczej dziesiątki tysięcy lat. Nie jest to horyzont czasowy, który ludzkość, a raczej jej wybrańcy mogliby „przeczekać” w jakichś schronach, zgodnie z masową wyobraźnią rodem z filmów science fiction. Zresztą po co?
To, co ostatnio zaprząta masową wyobraźnię, to nie bliska perspektywa końca ludzkiej cywilizacji, tylko strach przed „sztuczną inteligencją” oraz dywagacje moralne wobec mocno wątpliwej możliwości stworzenia syntetycznej świadomości. Algorytmy sterujące coraz większymi obszarami naszego życia rzeczywiście mogłyby nam zagrozić – poprzez błędy programistów będących ich twórcami. Myślę, że po prostu zagrozić nie zdążą.
Człowiek jako gatunek okazał się bardzo sprawną „małpą wynalazczą”, pozbawioną jednak szerokiej świadomości oraz powszechnej pośród swoich przedstawicieli potrzeby współdziałania dla dobra ogółu. Człowiek nie potrafi opanować egoistycznego stawiania swoich potrzeb na pierwszym planie, nie ma też potrzeby przetrwania pogłębionej rzeczywistą inteligencją. A czy nie tego należałoby się po nim spodziewać, obserwując jego zdolności adaptacyjne i konstruktorskie? Człowiek to raczej inżynier samobójca, który potrafi konstruować przede wszystkim własne cywilizacje, zawsze ulegające widowiskowym zagładom, z naszą obecną kulturą globalną na czele.
Brak nam pogłębionej etyki, co powoduje, że jesteśmy absolutnie najokrutniejszymi stworzeniami w dziejach Ziemi. Włączając w to zestawienie nawet najdrapieżniejsze z dinozaurów. Bezrefleksyjnie niszcząc planetę, na której nie żyjemy sami, udowadniamy bycie najgorszym z istniejących na niej kiedykolwiek pasożytów – w dodatku bez typowej dla wielu takich organizmów tendencji do zachowania żywiciela dla własnego przetrwania.
Ludzka etyka nadal roztrząsa niemal wyłącznie problemy własnej seksualności i wyobrażeń religijnych, miast uznać, że w obecnej sytuacji niemoralny jest głównie brak ograniczeń w jedzeniu mięsa z hodowli przemysłowej i nadużywanie dla własnej wygody paliw kopalnych. Choćby poprzez masowe podróżowanie samochodami i samolotami gdzie popadnie oraz nieopanowaną chęć konsumpcji.
Czy w tej sytuacji może cieszyć kolejny sukces sondy na księżyc? Czy naprawdę może istnieć jakaś korzyść z potencjalnej eksploracji srebrnego globu? Skoro nie jesteśmy w stanie rozsądnie gospodarzyć na Ziemi? Mało prawdopodobne jest, żebyśmy w tym krótkim czasie, jaki jeszcze pozostał ludzkości, czerpali jakichkolwiek korzyści z dóbr na jakiejkolwiek innej planecie.
Czy gdyby człowiek był rzeczywiście homo „sapiens”, jak sugeruje nadana nam przez samych siebie nazwa gatunku, nasza nauka miast planów „podboju kosmosu” nie skupiłaby się przede wszystkim na znalezieniu sposobu na zapobieżenie zmianom klimatycznym? Na pomocy dla doświadczającej już obecnie tych zmian ludności zamieszkującej regiony równika, na powszechnej edukacji promującej styl życia o niskim śladzie węglowym?
Za setki tysięcy lat planeta Ziemia, po XXI-wiecznej zagładzie większej części flory i fauny, odrodzi się z szóstego już w dziejach planety okresu wymierania. Tym razem wymierania ery antropocenu. Tak jak to było ostatnio 66 milionów lat temu, po upadku meteorytu kładącego kres dinozaurom ery mezozoiku. Zapewne, po milionach lat, życie wyewoluuje nowe, wyższe formy istnienia. Być może z owadów, na przykład z mrówek, które już teraz mają bardzo społeczne formy zachowań gatunkowych…
Tego ostatniego akurat nie wiemy. Wiemy tylko, jak w słowach starego, chińskiego przekleństwa, że właśnie nasze pokolenia, tu i teraz, żyją w najciekawszych możliwych czasach ostatecznego schyłku wszystkich ludzkich cywilizacji.