„Księżyc to coś w rodzaju kompasu w naszej ziemskiej podróży przez Kosmos. Gdzie właściwie jesteśmy, dokąd zmierzamy. Ale też szybkościomierz – jak szybko lecimy. Jak wszystko w Kosmosie, nasza podróż ma swoje tempo: dzienne, nocne”.

Dwugłos o przyrodzie i miłości
Monika Kostera i Joanna Średnicka

J: Czytałam kiedyś artykuł o roli Księżyca w powstaniu życia na Ziemi, w ukształtowaniu się na niej klimatu, jaki znamy. Cudowna wydała mi się jego rola stabilizatora naszego systemu; dyskretnie, zza chmurki pilnuje byśmy nie kręcili się za szybko, by życie toczyło się swoim rytmem. Nie tylko rozświetla więc noce, porządkuje czas i oswaja z cyklicznością przemian – od pełni do pełni, ale naprawdę jest fundamentalnie ważny w naszym życiu. Zaskoczyło mnie to. Totalnie nie znam się nie Kosmosie, wiem o Układzie Słonecznym tyle ile się wie po kilkunastu latach szkolnej edukacji. Czyli niewiele. I o ile Słońce było w mojej głowie zawsze integralnie splecione z Ziemią, z naszym życiem, to Księżyc po prostu był. Tajemniczy, piękny, ale raczej z funkcją wzniecania romantycznych uniesień; a tu proszę. Pomyślałam potem, że w organizacjach, które często badam i obserwuję, jest wielu ludzi, którzy pełnią taką właśnie harmonizującą funkcję Księżyca. Ale to temat na inną rozmowę, o organizacyjnych słońcach, gwiazdach i innych ciałach niebieskich. A Ty co myślisz o Księżycu?

M: O tak, splecione! Na wiele sposobów… i często myślę… Ale chyba wypada zacząć od momentu kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Księżyc, nie w sensie że wcześniej nie widziałam ale wtedy po raz pierwszy zwróciłam uwagę. To było w lipcu 1969, tuż po lądowaniu na Księżycu przez załogę Apollo 11 – moment takiej absolutnie fascynacji, byłam tak silnie na tym wydarzeniu skoncentrowana, że w jakiś sposób byłam tam z moim bohaterem Neilem. I potem patrzyłam na Księżyc i pamiętam wyraźnie – był w pełni za moim oknem, widziałam go leżąc w łóżku, ze świadomością, że oni tam są. Ja tu – oni tam. „Dobranoc”, powiedziałam całej załodze, nie tylko Neilowi, bo przecież wszyscy byli wspaniali, jak Czterej Pancerni. No, a potem cały kolejny rok bawiliśmy się z kolegami w astronautów. Czyli Księżyc był wtedy cudny ale niezbyt tajemniczy. Potem nie zajmował mnie zbyt mocno przez wiele lat aż do czasów nastoletnich kiedy faktycznie odkryłam że jest tajemniczy i magiczny. Lubiłam gapić się w Księżyc – odkryłam, jak bardzo niesamowite jest, że on świeci, oświetla Ziemię, tak jak Słońce. Ale w Słońce nie można się patrzeć nawet przez chwilę, a w Księżyc – ile tylko się chce. A w jaki sposób Tobie objawiła się tajemniczość Księżyca?

J: No wyobrażam sobie, że ta wyprawa na Księżyc to musiało być niesamowite przeżycie.  Gdy ja się urodziłam ten krok ludzkość miała już za sobą i jak teraz myślę, przechadzka po Księżycu wydawała mi się czymś no może nie zupełnie naturalnym, ale całkiem wyobrażalnym. Niemal jak elektryczność, woda w kranie czy samoloty; nieco tylko droższy w realizacji koncept. Nie mam tego doświadczenia dziejącej się magii i to w sumie pewnie oś biegnąca przez ludzkość, z której coś wynika. Taki filtr: czy pamiętasz ten moment, to uczucie patrzenia jak przekraczamy kolejną granicę niemożliwości? Ciekawe bardzo.

Magia księżyca… No dla mnie absolutnie porządkująca i dająca spokój jest cykliczność, którą wnosi. Uwielbiam od czasu do czasu zerkać w nocne niebo, i w tym dzikim biegu i chaosie świata widzieć gdzie jesteśmy. Jak daleko do pełni.

M: Tak! Masz rację, Księżyc to coś w rodzaju kompasu w naszej ziemskiej podróży przez Kosmos. Gdzie właściwie jesteśmy, dokąd zmierzamy. Ale też szybkościomierz – jak szybko lecimy. Jak wszystko w Kosmosie, nasza podróż ma swoje tempo: dzienne, nocne. Zawsze mi się wydaje, że w okolicach pełni przyspieszamy. W nowiu zwalniamy, i czas też wtedy płynie wolniej. Najbardziej szokuje mnie i wybija z równowagi taka sytuacja, gdy Księżyc widoczny jest w dzień. Wiem, że nie powinno być w tym nic szokującego, ale dla mnie jest to jakieś niestosowne, jakby ktoś biegał nago po mieście – zamiast nad morzem, nad rzeką, po lesie. Księżyc nie powinien robić takich żartów. To troszkę tak, jakby mi mówił od czasu do czasu: jestem naturystą, przyjmij to wreszcie. No, bo jeśli ktoś ma prawo być naturystą, a nawet patronem wszystkich naturystów – to kto, jeśli nie on? Ale i tak uważam, że stosowny świat dla Księżyca jest w nocy, nie w biały dzień.

Jest taki przecudny obraz łowickiej malarki Karoliny Matyjaszkowicz, Księżyc w pełni, gdzie sceneria jest typowo księżycowo-nocna. Na pierwszym planie kobieta w bladej sukni na siwym koniu, a za nią księżycowy krajobraz, magiczne kwiaty. Nad nimi Księżyc w nocnej aureoli, taki jak pojawia się tak na niebie, jak w snach. Matyjaszkowicz rozumie archetypiczność Księżyca wybitnie, jej obrazy księżycowych scenerii są rzeczywiście z pogranicza świata czuwania i snu. A Ty – masz swoje ulubione wyobrażenia Księżyca?

J: Na chyba jednak stary dobry Van Gogh i Gwieździsta Noc jest nie do wymazania. Wielokrotnie wpatrywałam się w ten obraz. Męczy mnie estetycznie – ostre zestawienie barw, te zapętlone wiry, a jednocześnie wciągam się zawsze w tę wielopoziomową opowieść. To ponoć jeden z niewielu obrazów Van Gogha namalowany całkowicie jako wytwór wyobraźni, nie z natury. Lubię noce w okolicy pełni, takie zresztą jak dziś 26/27 grudnia, gdy Księżycowe światło rozświetla okolicę: jest na tyle jasno, że widzisz zarysy budynków, konary drzew, sylwetki ludzi, ale na tyle ciemno by ukryć męczące szczegóły. Trochę jak przy świetle świecy, gdy ta sama przestrzeń, twarze, przedmioty stają się piękne i tajemnicze. Mam teorię, że księżycowe światło pobudza wyobraźnię. Umysł podpowiada mi wtedy to, czego nie widać, a jest możliwe, napływają marzenia, wielkie plany, pełne nadziei obrazy. Może stąd ta okołopełniowa bezsenność? Rozpędzamy się, by wejść w kolejny, twórczy cykl.

M: Prawda, ta liminalność, jaką daje światło Księżyca – jakby sprawiało, że stajemy się zdolni do patrzenia wprost w inne wymiary, których nie widzi się w zwykłym oświetleniu. Te rzeczy i energie o których wiemy lub przeczuwamy, że są, że mogą być wokół nas, ale nasze ograniczone zmysły nie pozwalają nam ich zobaczyć. Czasami dotykamy ich we śnie, czasami mamy wrażenie, że ocieramy się o nie, pojawiają się w wizji peryferyjnej i pozostawiają lekkie uczucie dyskomfortu, czasem strachu. Na ogół staramy się je zignorować, przypisując ich pojawienie się zmęczeniu albo stresowi. Księżyc wyprowadza je z marginesów i ze snów wprost w centralną wizję. Może dlatego sądzono, że ma związek z czasami, że jest ciałem niebieskim czarownic i szamanów. Oni nie bali się ani nie unikali tych wizji, wręcz przeciwnie. Zresztą podobnie jak wspomniany przez Ciebie Van Gogh, który zdaniem niektórych był psychicznie chory i proponują różne diagnozy, zdaniem innych miał jakiś problem, ale nie bardzo wiadomo co mu dolegało, bo jego obraz kliniczny jest bardzo niejasny. Niektórzy natomiast są zdania, że widział rzeczy w innych wymiarach w sposób prosty i oczywisty. Widział te same rzeczy co my, tylko inną wizją, jakby poszerzonymi zmysłami albo może czymś w rodzaju zmysłów wieloskalowych (wielko-oktawowych?). Francuski malarz i pisarz Frédéric Pajak pisze o Van Goghu, że sam był liminalną fazą, ogniwem między impresjonizmem i ekspresjonizmem. Pokazał nam prawdziwy świat, tak jak impresjoniści tyle że widziany przez siebie w wyjątkowo unikalny sposób. Nie tyle wyrażał samego siebie w swoich pracach, co próbował nam szczerze opowiedzieć, co widzi. Sęk w tym, że widział inaczej. Może obraz Księżyca jest szczególny, bo kto wiem, czy w nim nie przekracza tej granicy i nie dopowiada czegoś od samego siebie. Malował z gębi serca, nie z natury. A w sercu – Księżyc.


 

Wynik wyborów jest jednoznaczny i płynie z nich jasny wniosek: Polki i Polacy pragną zmiany. Nowe rozdanie polityczne jest doskonałą okazją żeby zerwać z instrumentalnym, nastawionym na zysk podejściem do przyrody. Nowa koalicja rządowa ma szansę przejść do historii.

Koalicja Obywatelska, Trzecia Droga i Lewica stają przed szansą zapisania się na kartach historii Polski jako pierwszy rząd, który w nowoczesny sposób podejdzie do naszych zasobów wodnych, rzek, jezior i mokradeł; nie jak do potencjalnego placu budowy nikomu niepotrzebnych projektów infrastrukturalnych, ale jak do wielofunkcyjnych przestrzeni, których wartość w rozwiązywaniu problemów powodzi, suszy i retencji oraz wiązania CO2 ma znaczenie ponadresortowe.

Zadaniem Rządu Rzeczpospolitej jest dbałość o godne warunki życia obywateli. Powietrze, którym oddychamy i zapewnienie dostępu do czystej wody, to warunki godnego życia absolutnie podstawowe. Dlatego z dużą nadzieją spoglądamy na zapisy umowy koalicyjnej o stałym monitoringu czystości rzek i ich renaturyzacji. Na potrzebę zapewnienia dostępu do czystej wody i na poprawę jakości zatrutych rzek zwrócił też uwagę w swoim exposé premier Donald Tusk. Zwiastuje to faktyczną zmianę traktowania naszych zasobów wodnych i samego pojęcia renaturyzacji.

Renaturyzacja to też inżynieria

Zwolennicy tradycyjnej regulacji rzek pokazują wykrzywiony obraz renaturyzacji jako bajań o powrocie ludzkości do nadrzecznych obozowisk i oddania się na pastwę żywiołu. Tymczasem renaturyzacja to również inwestycje dające miejsca pracy i inżynieria: nowocześniejsza, tańsza, biorąca pod uwagę warunki naturalne oraz interes obywateli. W dobie zderzenia z katastrofą klimatyczną i kryzysem różnorodności biologicznej jest to szczególnie istotne. Przejście od słów do czynów nie będzie jednak łatwe bez kilku fundamentalnych zmian. Ich zarys przedstawiliśmy niedawno w manifeście “Woda w kryzysie”. Polityczny zwrot jest dobrą okazją żeby przypomnieć jego najważniejsze punkty.

Reforma gospodarki wodnej potrzebna od zaraz

Polska potrzebuje gruntownej reformy gospodarki wodnej. Połączenie planowania i zarządzania wodą z administrowaniem nią jako majątkiem Skarbu Państwa rodzi patologię. Mamy do czynienia z nieszczęsnym mariażem PGW Wód Polskich z Ministerstwem Infrastruktury, z chaosem kompetencyjnym, gdzie kompetencje  administratora mieszają się z celami inwestora, tworzenie dokumentów strategicznych poddane jest presji doraźnego zysku, a dbałość o infrastrukturę hydrotechniczną mylona jest z dbałością o wodę. Ten dysfunkcjonalny układ naraża zasoby wodne Polski na niebezpieczeństwo. Blokuje obywatelkom i obywatelom dostęp do czystej  wody (98,9% wód jest w złym stanie!). Taki stan rzeczy doprowadził do zignorowania celów środowiskowych unijnej Ramowej Dyrektywy Wodnej, zgodnie z którą woda powinna być traktowana jako chronione dziedzictwo, a nie jak produkt handlowy, podlegający logice krótkoterminowego zysku.

Specustawa odrzańska do zmiany

Image-by-Alicja-from-Pixabay

Pod auspicjami Ministerstwa Infrastruktury, priorytetem gospodarki wodnej zawsze pozostawały inwestycje w infrastrukturę hydrotechniczną, żegluga towarowa i hydroenergetyka. Pozwolenia  wodnoprawne wydawane były z myślą o interesie wąskich grup interesu, a nie o środowisku i zabezpieczeniu dostępu do czystej wody dla  Polek i Polaków. Jaskrawym tego przykładem jest uchwalona krótko przed wyborami specustawa dla Odry. Ustawa ignoruje i przesuwa w czasie  rozwiązanie kluczowego dla jakości wód Odry problemu zanieczyszczenia i zasolenia rzek przez kopalnie. Ustawodawca zapomniał o naczelnej dla ochrony środowiska i sprawiedliwości społecznej zasadzie „zanieczyszczający płaci”, która obliguje podmioty gospodarcze do wynagrodzenia społeczeństwu i przyrodzie kosztów prowadzonej działalności. W zamian za to otrzymaliśmy listę betonowych inwestycji, która jest w większości sposobem na pogłębienie kryzysu wodnego i wyprowadzenie publicznych pieniędzy. Autorzy specustawy zignorowali ekspertyzy  oraz opinie naukowe, wskazujące że dalsza regulacja rzek zwiększa ryzyko wystąpienia katastrofy ekologicznej z jaką mieliśmy do czynienia latem 2022 roku w Odrze. Zasadę “zanieczyszczający płaci” łamie również zwolnienie elektrowni termicznych z licznych opłat związanych z poborem wód i odprowadzeniem ścieków  ciepłowniczych. Patologiczne jest również lokalizowanie elektrowni termicznych z wodochłonnymi systemami chłodzenia na obszarach niedoborów wód, co przyczynia się do pogłębienia kryzysu wodnego.

Koniec z Siarzewem i resztą złych planów

Rewizji wymagają też dokumenty planistyczne, w tym plany zarządzania ryzykiem powodziowym i plany gospodarowania wodami. Przewidziane w nich stopnie żeglugowe i bezsensowne zbiorniki spowodują dalszą degradację rzek ze szkodą dla obywateli. Niezbędne jest również zamknięcie raz na zawsze nieuzasadnionych gospodarczo oraz destrukcyjnych dla środowiska projektów jak zapora na Wiśle w Siarzewie i budowa drogi wodnej E40, łączącej Polskę, Białoruś i Ukrainę. Działania te będą wymagały odwagi politycznej sięgającej ponad partykularne interesy. Ufamy, że koalicjanci znajdą w sobie siłę i podejmą właściwe dla Polski decyzje, że skorzystają ze współczesnych doświadczeń w zakresie odbudowy naturalnej retencji i poprawy stanu ekologicznego wód.

Miejsce wody jest w Ministerstwie Klimatu i Środowiska

Uważamy, że jednym z pierwszych kroków nowego rządu powinno być zwrócenie kompetencji zarządzania wodami do Ministerstwa Klimatu i Środowiska, które ma inne cele niż Ministerstwo Infrastruktury. Troska o zbilansowanie gospodarki wodnej w zlewniach poprzez działania prośrodowiskowe i proklimatyczne, odpowiadające czekającym Polskę wyzwaniom najbliższych lat i dziesięcioleci, powinna mieć pierwszeństwo nad hydrobetonowymi kontraktami rodem z lat 60. i 70. Wskazówki systemowych rozwiązań można znaleźć we wspomnianym już tutaj manifeście oraz w “Białej księdze polski rzek”.

“Lex Knebel” do kosza  

Równie ważna jest przejrzystość działania instytucji i odwrócenie trendu, w który wpisało się niesławne “Lex Knebel”, czyli wprowadzona pod koniec rządów PiS ustawa utrudniająca uzyskiwanie informacji o środowisku i jego ochronie; ograniczająca partycypacje społeczną oraz wypaczająca sens ocen oddziaływania na środowisko. Jesteśmy przekonani, że rozwój kraju harmonijnie łączy się z poszanowaniem przyrody i obywateli. Partie koalicyjne podkreślały przed wyborami, że chcą jak największej przejrzystości i szerokiej współpracy z obywatelami. Usuwając “Lex Knebel” pokazałyby wyborcom, że walkę z autorytaryzmem na wszystkich szczeblach traktują poważnie.

Na koniec pragniemy podkreślić, że realizacja części powyższych postulatów i propozycji leży na wyciągnięcie ręki. Krajowy program renaturyzacji wód powierzchniowych już istnieje, pozostaje tylko przekazanie go do realizacji przez właściwą, być może nową komórkę ds. renaturyzacji w PGW Wody Polskie. To najlepsze dla przyrody i obywateli działanie, które może zostać podjęte bez zbędnej zwłoki i z szybkim rezultatem.

Mamy nadzieję, że najbliższe lata będą czasem szacunku i wzajemnego zrozumienia Rządu, Parlamentu i strony społecznej. Jako środowisko zajmujące się od szeregu lat obroną polskich rzek, jesteśmy gotowi uczestniczyć w konsultacjach społecznych i udzielać wsparcia eksperckiego w działaniach, które mają na celu zmianę na lepsze. Ze swojej strony proponujemy spotkanie z nową Ministrą Kllimatu i Środowiska, Panią Pauliną Hennig-Kloską celem omówienia najlepszych działań zarówno na pierwsze 100. dni rządu, jak i na całą kadencję.

Z poważaniem,

W imieniu Koalicji Ratujmy Rzeki:

Fundacja EkoRozwoju – Krzysztof Smolnicki, Prezes;
Fundacja Greenmind – Jacek Engel, Prezes Zarządu;
Fundacja WWF Polska – Piotr Nieznański, Ekspert ds. polityki środowiskowej
Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków – Justyna Choroś, Liderka zespołu zmian systemowych i rzecznictwa;
Sekcja Przyjaciół Raby Koła Raba Polskiego Związku Wędkarskiego – Paweł Augustynek Halny, Przewodniczący;
Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA – Radosław Gawlik, Prezes;
Stowarzyszenie Ekologiczno-Kulturalne Klub Gaja – Jacek Bożek, Prezes;
Towarzystwo na rzecz Ziemi – Karol Ciężak, Członek Zarządu;
Związek Stowarzyszeń Polska Zielona Sieć – Rafał Rykowski, Specjalista ds. komunikacji.

 

WWF jest niezależną organizacją ochrony środowiska wspieraną przez ponad 35 milionów ludzi, której globalna sieć jest aktywna w niemal 100 krajach. Naszą misją jest powstrzymanie degradacji środowiska naturalnego naszej planety i kształtowanie przyszłości, w której ludzie będą żyli w harmonii z przyrodą poprzez ochronę światowej różnorodności biologicznej, zrównoważone wykorzystanie zasobów odnawialnych oraz ograniczenie zanieczyszczenia i marnotrawstwa. Na stronie media.wwf.pl znajdziesz najnowsze informacje i materiały dla mediów.

Pierwsze 20 przydomowych biogazowni wybudowała u podnóża Kilimandżaro Fundacja Ekonomiczna Polska – Afryka Wschodnia. Na realizacji projektu współfinansowanego z rządowego programu Polska Pomoc korzysta nie tylko środowisko naturalne, ale również tanzańscy drobni rolnicy.

Budowa przydomowych biogazowni jest częścią dużego projektu, jaki od 2019 roku w Tanzanii realizuje we współpracy z regionalnie działającą u podnóża Kilimandżaro mleczarnią Kondiki Fundacja Ekonomiczna Polska – Afryka Wschodnia (PEAEF). W efekcie partnerom projektu finansowanego przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w ramach programu Polska Pomoc, udało się dokonać szeregu zmian zmieniających mleczarnię Kondiki z niewielkiego, lokalnego i wiejskiego „warsztatu przetwórczego” w małe, ale dobrze zorganizowane przedsiębiorstwo.

W latach 2019-2020 przeprowadziliśmy szereg inwestycji m.in. zwiększających zdolności magazynowania skupowanego mleka poprzez zakup w Polsce zbiorników schładzających mleko, uporządkowany został system sprzedaży produktów, zaprojektowana wizualizacja graficzna produktów, nowe opakowania i sieć sprzedaży w oparciu o własne małe hurtownie. Zbudowano też prosty system oczyszczania ścieków poprodukcyjnych, dokonano szeregu zmian w zakresie zarządzania finansami mleczarni – podkreśla prezes PEAEF Robert Zduńczyk. Kolejne działania – czasowo przerwane przez pandemię COVID-19 – kontynuowane były w 2022 i 2023 roku, w tym budowa pierwszych ponad 20 przydomowych biogazowni. – W efekcie z końcem 2023 roku skala skupu i sprzedaży mleka wzrosła z 1,5 tys. w 2019 do ok. 6 tys. litrów dziennie – podkreśla prezes Fundacji.

Potrzeba „dobrej energii”

Nieodzownych „produktem ubocznym” hodowli bydła jest obornik. Jak wynika z badań prowadzonych od 2001 r. przez Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu, każda pryzma obornika jest w zasadzie naturalną biogazownią, która emituje do atmosfery nie tylko metan (gaz cieplarniany 25-krotnie silniejszy niż CO2), ale także N2O, gaz 298 razy silniej działający od dwutlenku węgla. Jeśli jednak obornik rozkłada się w systemie zwanym beztlenową komorą fermentacyjną, gaz jest wychwytywany i może być wykorzystany do wytwarzania energii odnawialnej, którą z powodzeniem można stosować w gospodarstwach domowych. – Jednym z ważnych problemów, jakie dotykają mieszkańców Afryki, w tym także Tanzanii, jest ograniczony dostępu do energii, która wykorzystywana jest na potrzeby przygotowywania posiłków. Tanzania, choć posiada surowce energetyczne m.in. gaz ziemny i węgiel, to jednak korzysta z nich w małym stopniu ze względu na nierozwiniętą infrastrukturę ich wydobywania i dystrybucji. W ostatnich latach poprawił się dostęp do gazu w butlach, jednak jest on ciągle drogi dla przeciętnego Tanzańczyka. Wobec stale rosnących cen paliw i ograniczonego dostępu do nich, rodziny mieszkające na terenach rolniczych najczęściej pozyskują darmową biomasę z wycinki okolicznych drzew lub kupują węgiel drzewny produkowany w innych wylesianych przez to rejonach kraju. Choć drzewa w Afryce rosną zdecydowanie szybciej, to jednak dalej liczy się to w latach. Duży przyrost naturalny i przez to popyt na energię, przyczynia się zatem do szybkiego pustynnienia wielu obszarów. Jedną z alternatyw dla wycinki drzew mogą być właśnie przydomowe biogazownie, które pozwalają na uzyskanie niezależnego i taniego źródła energii – metanu wykorzystywanego na potrzeby gospodarstw domowych właśnie do gotowania posiłków – mówi Robert Zduńczyk.

Jak wyjaśnia prezes PEAEF gotowanie ciepłych posiłków jest głęboko zapisane w kulturze mieszkańców Afryki.

W środowisku, gdzie praktycznie cały rok dostępna jest świeża żywność, nie ma potrzeby jej innego przetwarzania i konserwowania, niż bieżące gotowanie. Wiąże się to ze stałą potrzebą zapewnienia gospodarstwom domowym opału, najczęściej właśnie drewna. I tu pojawia się dodatkowy kontekst problemu. Obowiązek ten spoczywa przede wszystkim na afrykańskich kobietach. Jest to dla nich nie tylko bardzo czasochłonne, ale często i niebezpieczne zajęcie. Nierzadko po drewno muszą udawać się daleko od swojego miejsca zamieszkania, podczas zbierania opału w lesie zdarza się, że padają ofiarą gwałtów lub atakowane są przez dzikie zwierzęta – mówi Robert Zduńczyk.

Praktyczny i pożyteczny proces fermentacji

Sam proces działania przydomowej biogazowni nie jest skomplikowany. Metan powstaje w wyniku rozkładu odchodów zwierzęcych. Gnojówkę miesza się z wodą i umieszcza w wybudowanych, szczelnie zamkniętych kulistych komorach fermentacyjnych, które z reguły zlokalizowane są na tyłach zagrody dla krów. Tam rozkładają ją naturalne bakterie, uwalniając metan. Gaz zbiera i spręża się w górnej części zbiornika, a następnie rurkami doprowadzany jest do gospodarstwa, gdzie poprzez spalanie dostarcza energii do gotowania, grzania wody, czy też oświetlenia domu. Co niemniej ważne – w procesie produkcji metanu powstaje również naturalny, bogaty w minerały nawóz, wykorzystywany w rolnictwie. – W wyniku działania bakterii, powstaje naturalny nawóz, który w stosunku do pierwotnego obornika, składa się z prostszych, a przez to łatwiej przyswajalnych elementów. Jest on następnie wykorzystywany przy uprawie m.in. bananów i kawy. Dzięki dodatkowemu nawożeniu tych upraw lepiej one rodzą, zwiększają się zbiory – podkreśla prezes Fundacji.

Mimo wielu początkowych obaw razem z mężem nie żałujemy tej decyzji. Po wybudowaniu przy naszym domu biogazowni zyskaliśmy nie tylko gaz potrzebny do gotowania w kuchni. Zyskałam również dodatkowy czas, który mogę poświęcić dla siebie i rodziny, a który wcześniej zabierały mi dalekie, męczące i często niebezpieczne wyprawy po drewno – podkreśla Theresia Shayo, jedna z rolniczek z wioski Mwika w regionie Kilimandżaro.

Na początku miałem wątpliwości, czy biogazownia będzie rzeczywiście działać i czy nie będą to wyrzucone pieniądze – mówi Sadikiel, mąż Theresii. – Ale gdy zrozumiałem, jak nieskomplikowany i naturalny jest to proces, dałem się przekonać. Dziś od dwóch lat gotowanie nic nas nie kosztuje.

Koszt budowy jednej instalacji biogazowej o wielkości komory 6 m3 to ok. 2 mln szylingów tanzańskich (ok. 4 tys. zł). Tanzańscy partnerzy projektu mogli skorzystać z 50 proc. bezzwrotnego dofinansowania budowy biogazowej inwestycji pochodzącego ze środków MSZ RP przekazanych PEAEF w ramach programu Polska Pomoc. Pozostałą część stanowiły ich środki własne pochodzące z prowadzonej działalności rolniczej lub kredytów bankowych.

Niektórzy zwolennicy spektakularnych technologii chroniących środowisko naturalne mówią, że skala pozytywnego oddziaływania takiej biogazowni w gospodarstwie posiadającym 3-4 krowy jest niewielka. Ale czy właśnie oparcie się na prostych i praktycznych rozwiązaniach i adresowanie dużych problemów przez tworzenie wielu punktów oddziaływania nie jest trwalszym sposobem na rozwój? Przykłady rolników z Kilimandżaro pokazują, że tak może być

zdjęcia: Gosia Zduńczyk


W edukacji czas ewolucji się skończył. Jeżeli chcemy mieć zdrowe, demokratyczne, kreatywne, wrażliwe na potrzeby innych i klimatu społeczeństwo, z którym liczy się cały świat, potrzebujemy zdecydowanych działań i ludzi, którzy zastąpią stary system edukacji, nowym na miarę współczesnych potrzeb.

Po pierwsze edukacja.

Po spektakularnym zwycięstwie demokracji w Polsce, trwa giełda stanowisk i ich prawdopodobnej obsady. Ministerstwo Edukacji jest ważną instytucją w tej grze. To najważniejsze ministerstwo w pakiecie, bo to od jego strategii zależy los naszych dzieci i pozycji naszego kraju w coraz bardziej złożonym świecie.

Najtęższe umysły naszego kraju, zrzeszone w SOS dla Edukacji przygotowywały się na ten historyczny moment od paru lat, szykując dla przeszłych rządzących pakiet zmian, bez których polska edukacja nie dokona koniecznych zmian uwalniających uczniowską kreatywność , dających nauczycielom niezbędną autonomię i przywracających im należne miejsce i prestiż. Wreszcie zwalniających rodziców z konieczności uzupełniania wiedzy dzieci poprzez korepetycje i zajęcia dodatkowe.

Wprawdzie nie ma jeszcze decyzji kto dostanie ministerstwo edukacji ale aby jak najlepiej wykorzystać czas w okresie interregnum, odbyło się pierwsze spotkanie polityczek nowej koalicji z SOS dla edukacji.

Wyniki tego spotkania są bardziej niż rozczarowujące.

Zdjęcie pochodzi ze strony Pixabay, autorka gloriak2700

Nie będzie szybkich zmian, będą powolne i przemyślane a szczegóły określi minister !!!! Na pewno nie wrócą gimnazja ani sześciolatki, rola kuratoriów zmieni się z kontrolnej na wspierającą, religia pozostanie w szkołach (ale w mniejszym zakresie, bo chce tego Trzecia Droga), odchudzone zostaną podstawy programowe (ale nikt nie umie powiedzieć, jak), powstanie instytucja Rzecznika Praw Ucznia (ale nie wiadomo jeszcze, jak i gdzie).

Generalnie widać, że niewiele działań jest ustalonych, a faktyczny kształt zmian będzie w bardzo dużym stopniu zależał od tego, kto zostanie ministrem i czy będzie on w stanie przekonać do swojej wizji kolegów z rządu. Rekomendacje SOS Dla Edukacji, podpisane przez przedstawicieli wszystkich partii nowej koalicji, nie staną się raczej programem rządu, lecz pozostaną pewnym istotnym instrumentem wpływu.

Dla kogoś, kto nie zna problemów edukacji obecne wyzwania polskiej szkoły kojarzą się z brakiem nauczycieli ( wg oficjalnych danych 25 tys), podwójnymi rocznikami, nierównym dostępem do dobrych szkół, absurdalnymi zmianami prawa oświatowego, indoktrynacją uczniów, powodującą konieczność korzystania z pomocy psychologów.
Wszystko się zgadza ale to tylko czubek góry lodowej potrzeb polskiej edukacji.

Dlaczego temat edukacji jest kluczowy?

Systemowi edukacji powierzamy nasz największy potencjał jakim są nasze dzieci a ostatecznie przyszłość Polski. To od systemu edukacji, a dokładnie od nauczycieli zależy czy jego efektem będą konkurujące ze sobą klony, maszyny do zdawania testów, obdarte z kreatywności i umiejętności samodzielnego myślenia z koniecznością wspierania się
psychologiem czy samodzielne, szczęśliwe jednostki podejmujące wyzwania przyszłości, rozumiejące potrzeby społeczne i środowiskowe, angażujące się w akcje charytatywne.

Neurodydaktyka i jej przepis na edukację.

Obecnie dominujący pruski system nauczania, zakładający jedyny słuszny sposób nauczania jakim jest edukacja transmisyjna czyli edukacja polegająca na przekazywaniu wiedzy przez nauczyciela przy zerowym zaangażowaniu uczniów, jest przeżytkiem. Po pierwsze dlatego, że w dobie internetu i sztucznej inteligencji nauczyciel przestał mieć już monopol na wiedzę. Po drugie neurodydaktyka, nowa dyscyplina opierająca się na badaniach mózgu, pokazała że proces uczenia się i zapamiętywania wymaga tworzenia nowych koncepcji pedagogicznych i systemu  edukacyjnego przyjaznego mózgowi i lepiej wykorzystującego jego silne strony. Mózgi nie zostały przystosowane do zapisywania informacji pochodzących z zewnątrz ale do ich przetwarzania, wyciągania z nich ogólnych reguł i rozwiązywania z ich pomocą problemów. Odejście od zewnętrznego sterowania jakim jest „wykład” nauczyciela jest warunkiem rozwinięcia samodzielności uczniów. Pisze o tym dr Marzena Żylińska w „Neurodydaktyka, nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”.

Nic tak silnie nie stymuluje rozwoju mózgu jak kreatywne zajmowanie się wszelkimi rodzajami sztuki. Dzieci powinny możliwie dużo śpiewać, tańczyć , lepić, rysować malować ale przede wszystkim bawić się z innymi dziećmi. Dziecko czuje silną więż z innymi i tęskni do przynależności. To uczucie powinno się pielęgnować i nie zmieniać
rówieśników we wrogów i konkurentów. Niezwykle ważnym i stymulującym elementem skutecznej edukacji jest atmosfera panująca w klasie; pochwała, uśmiech mają zbawienny wpływ na mózg uwalniając dopaminę, nagrodę dla tego organu.

Trzeba dzieci traktować z należytym szacunkiem i im towarzyszyć a nie okradać z dzieciństwa. System edukacyjny oparty na egzaminach przewidujący tylko jedno prawidłowe rozwiązanie zabija kreatywność.

Obecna szkoła z systemem ocen, egzaminów, sprawdzianów jest represyjna i ignorująca potrzeby dzieci i uczniów. Uczeń zamiast realizować swoje pomysły, realizuje tego czego się od niego oczekuje. Rodzice i nauczyciele mają swoje koncepcje czego powinno się nauczać a standardy nauczania ustala polityka, która wzory edukacji czerpie z ustalonych zasad.

Warto podejmując decyzje o zmianach w edukacji zadać sobie pytanie jakie są koszty społeczne ignorowania/niszczenia przez system edukacyjny uczniowskiej kreatywności, autonomii i innowacyjności?

Czy korzyści wynikające z obecnego systemu „produkcji konkurujących ze sobą klonów” są większe niż straty wynikające z ignorowania już powszechnej wiedzy w obszarze neurodydaktyki.

Aby wiedzieć o jaki potencjał rozgrywa się walka przeprowadzono w NASA USA badania zdolności myślenia dywergencyjnego zwanego poziomem geniuszu czyli myślenia logicznego, wykorzystującego wyobraźnię w kreowaniu rozwiązań, na różnych etapach życia i edukacji.

Badania objęło 1500 osób a wyniki przedstawiały się następująco: w przedziale 3-5 lat umiejętność myślenia dywergencyjnego posiadało 98% badanych, w przedziale 8-10 lat 32% a pomiędzy 13-15 rokiem
życia 10% badanych. Dodatkowo zbadano 25 tys. osób w wieku powyżej 25lat z efektem 2%. Niszczymy myślenie dywergencyjne ale nie tylko. Negatywne skutki obecnego systemu są nam wszystkim dobrze znane; setki uczniów
pilnie potrzebujących pomocy psychologicznej, perfekcyjnie rozwinięty system korepetycji najczęściej w szarej strefie warty skromnie licząc 10 mld PLN, sfrustrowani, niedopłaceni i niedocenieni nauczyciele, brak tolerancji dla różności, brak zrozumienia potrzeb społecznych w tym katastrofy klimatycznej, zagubienie w świecie mediów i fake newsów, brak samodzielności i umiejętności reagowania na zmiany, brak kompetencji przyszłości.

Chyba nie ma wątpliwości, że oparcie edukacji na powszechnej już wiedzy w obszarze neurodydaktyki, wyzwoli nadzwyczajny potencjał intelektualny, ograniczy zapotrzebowanie na psychologów, ograniczy albo zlikwiduje korepetycje, spowoduje, że uczniowie pokochają szkołę i naukę, że będą znajdowali w niej przyjemność a uczenie
permanentne stanie się niewymuszonym obyczajem.

Co i jak zmieniać w polskiej szkole?

Skrócony przepis na sukces to docenienie roli nauczycieli w procesie edukacji poprzez solidne podwyżki wynagrodzeń do 8 tys. netto minimum na wszystkich szczeblach edukacji i dostęp do szkoleń i podwyższania wiedzy. Czy rodzice wiedzą, że obecnie większość nauczycieli goni najniższą krajową a strona na FB „Nauczyciel zmienia zawód” pełna jest oświadczeń o zmianie zawodu. Wzrost prestiżu zawodu nauczyciela to warunek sine qua non. Konieczne jest zdecydowane ograniczenie zakresu podstawy nauczania. Podstawa programowa w obecnym wydaniu jest nie do zrealizowania bez korepetycji. Nie bez kozery o polskim systemie edukacji mówi się, że jest certyfikujący tzn. wydającym świadectwa ukończenia klasy lub szkoły podczas, podczas kiedy wiedza jest zdobywana poza system szkolnym.

Redukcja podstawy programowej to uzyskanie przestrzeni na kreatywność i pracę w teamie oraz na pracę indywidualną. Należy zrezygnować z ocen, dzwonków i egzaminów. To elementy podnoszące stres w procesie nauczania i nie wymagane przez obecne przepisy oświatowe. Nauczyciel powinien oceniać ale nie koniecznie
w formie wystawiania ocen. Trzeba zadbać o elementy demokracji w szkole, w której samorząd uczniowski bierze udział w podejmowaniu kluczowych decyzji dla szkoły. Dyskusja, debata, feedback powinny być stałymi elementami w procesie nauczania.

Szkoły powinny być wyposażone w nowoczesne pracownie nie tylko fizyczno-chemiczne ale muzyczne, warsztaty dla majsterkowiczów, kuchnię do gotowania a większość zajęć powinna odbywać się w
plenerze.

W edukacji czas ewolucji się skończył. Jeżeli chcemy mieć zdrowe, demokratyczne, kreatywne, wrażliwe na potrzeby innych i klimatu społeczeństwo, z którym liczy się cały świat, potrzebujemy zdecydowanych działań i ludzi, którzy zastąpią stary system edukacji, nowym na miarę współczesnych potrzeb.

Bardzo lubię chodzić wzdłuż rzek, a Ty – stać i patrzeć na rzeki… Czy coś jeszcze?

Dwugłos o przyrodzie i miłości
Monika Kostera i Joanna Średnicka

M: Jakiś czas temu odkryliśmy z mężem nadzwyczajną radość, jaką przynosi chodzenie wzdłuż rzek. Często w weekend wybieramy się na włóczęgę w towarzystwie jakiejś rzeki – małej lub dużej. Kiedy odwiedzamy nowe miasto, koniecznie idziemy spotkać przepływającą przez nie rzekę – czasami dwie lub więcej. No i dwa lata temu zamieszkaliśmy nad dużą rzeką – okna dużego pokoju wychodzą na rzekę. Kiedy rano wstaję, za rzeką wstaje słońce. Za to wieczorem zachodzące słońce odbija się w nurcie rzeki, przelatując nad blokami osiedla.

: No powiem Ci, że moja miłość do rzek jest chyba jeszcze w fazie nieuświadomionej. Na myśl o rzece, w sposób automatyczny pojawia się jakaś forma lęku, a im bardziej szukam w pamięci, buduję kolejne obrazy płynącej wartko wody, porywającej bezpowrotnie rzucony z mostu patyczek, to emocja ta się nasila. Z dzieciństwa pamiętam wiele historii o rwących, „zdradliwych” rzekach z wirami, których należy się strzec, i w których pod żadnym pozorem kąpać się nie wolno. Pamiętam kilka stanów zagrożenia powodziowego w Warszawie, nie pomaga też wspomnienie brudnej Wisły lat 90., z nieprzyjemnym unoszącym się wokół zapachem. Lubię za to na rzeki patrzeć z oddalenia, z góry, jak wijące się lśniące wstęgi; uwielbiam bezkresne rozlewiska, jak wczesną wiosną nad Biebrzą; gdy od wody oddziela mnie bezpieczna kępa bujnych trzcin i krzaków, a rzeka wtapia się w krajobraz.

M: Szybkie rzeki i dla mnie bywają niepokojące. Kiedy byłam mała, taką rzeką był Bug – jeździłyśmy tam czasami z Mamą na spacery. Wody Bugu wydawały mi się mroczne, splątane, nienasycone. Szczególnie dramatyczne wrażenie wywarły na mnie łąki nadbużańskie po wylaniu rzeki – wywrócone ogrodzenia, urywające się ludzkie drogi, rozkładające się truchła niewystarczająco szybkich gryzoni. Mama mówiła: człowiek powinien nauczyć się pokory wobec przyrody. To było bardzo straszne, ale też w jakiś sposób pięknie. Jednak wolę rzeki łaskawe. Niedawno przeczytałam wspaniały komiks francuskiego artysty Etienne Davodeau o Loarze. Rzeka jest tam główną bohaterką; wokół niej gromadzą się drzewa, ludzie, ptaki. Żyją i umierają. W wywiadzie o swojej nowej książce, autor wspominał, że Loara jest rzeką, o której mówi się, że płynie w tempie ludzkich kroków. Pojechaliśmy niedawno z mężem powłóczyć się nad Loarą i rzeczywiście, ona właśnie taka jest. Pozwala ludziom stawiać swoje kroki lekko, bezstresowo, pluszcze i mieni się do towarzystwa. Ale z książki wiem, że jest to złudne, jej nurt bywa wartki i potrafi porwać pływaka, unieść go w miejsce, gdzie wcale ni zamierzał trafić. Zdarza się jej tez wystąpić z brzegów i poprzenosić kawałki lądów z miejsca w miejsce, jak jakieś wielkie puzzle.

Bardzo lubię chodzić wzdłuż rzek, a Ty – stać i patrzeć na rzeki… Czy coś jeszcze?

J: Wiesz, skomplikowana sprawa. Czytam teraz fascynującą książkę „Rzeki”, Pawła Średzińskiego o rzekach, bagnach, torfowiskach rejonu Polski, który nazywa Mezopotamią, rozpościerającego się miedzy Biebrzą a Narwią. Autor dużo pisze o swoim dzieciństwie, o magicznych wędrówkach w okolicach podlaskich rzek, strumieni, mokradeł. O tym, jak bardzo w tych pierwszych latach życia był zwrócony ku rzece. Moje dzieciństwo rozgrywało się w Warszawie, a moją rzeką była Wisła. Szeroka, ciemna, zabetonowana i dość przeraźliwa. Czytając te magiczne opisy wypełnione rzeczną dziką zielonością, odkrywam, że nie mam takich wspomnień, buduję je dopiero teraz, chwytając co zostało z szaleńczo regulowanych i zabieranych naturze rzek. A one przecież są absolutnym początkiem – wokół rzek powstawały nasze społeczności, stanowiły naturalną barierę, punkty orientacyjne w świecie. Definiowały przestrzeń. Mamy jako gatunek tę kompulsywną potrzebę kontroli i opanowywania wszystkiego, zabetonowane i uregulowane koryta coraz częściej przypominają więc kanały, ludzkie wytwory a nie żywe ekosystemy. Ale czy w głębi duszy nie wzdychamy i tęsknimy za takimi obrazami, jak choćby ten, Orzeszkowej z końcówki XIX wieku?:

Z jednej strony widnokręgu wznosiły się niewielkie wzgórza z ciemniejącymi na nich borkami i gajami; z drugiej wysoki brzeg Niemna, piaszczystą ścianą wyrastający z zieloności ziemi a koroną ciemnego boru oderznięty od błękitnego nieba, ogromnym półkolem obejmował równinę rozległą i gładką, z której gdzieniegdzie tylko wyrastały dzikie, pękate grusze, stare, krzywe wierzby i samotne, słupiaste topole.

M: Tak! Tak, tak! Gdy spojrzę przez okno, to mam przed sobą taki właśnie widok – drzewa: krzywe, proste, pochyłe, złamane przez niedawną wichurę, we wszystkich kolorach jesieni. Złocą się krzaki porastające brzeg. Jak często w niedzielę rano, na brzegu siedzi wędkarz (jest zimno, on pewnie siedzi tam od świtu). Czasami pojawiają się amatorzy sportów rzecznych: wioślarze, kajakarze (z niezrozumiałych powodów zazwyczaj podczas największego oberwania chmury), małe zwrotne żaglówki, zdarzają się też motorówki i lekkie weekendowe statki wycieczkowe. W dniu powszednie często przepływają powoli wielkie transportowe barki – obciążone towarami w dół rzeki i lżejsze, z mniejszym zanurzeniem w górę rzeki. Bo Sekwana to rzeka pracująca.

Jest to także bogini (dowód żywy, że bogowie też mogą pracować!). Bogini Sequana jest celtyckim bóstwem znanym ze swoich cudów. Posiadała dar uzdrawiania i spełniania marzeń. Była jedną z wielu bogiń i bogów rzecznych – Galowie czcili rzeki. Do tej pory francuskie departamenty, miasta, ulice często biorą swoje nazwy od rzek. U źródeł Sekwany, w Source-Seine, było sanktuarium bogini i starożytni pielgrzymi, prawdopodobnie zarówno Galowie jak i Rzymianie, przybywali by złożyć ofiary. Sequana także udzielała rad jak dobrze żyć i przepowiadała przyszłość. Być może robi to do tej pory, kto wie? To najpiękniejsza rzeka jaką znam, poezja w postaci czystej. To o niej piszę w tym wierszu:

Błoto na butach

Niosę błoto na butach

z pól, z lasów, z drogi

nad rzeką.

Szło się prosto,

po lewej stronie drzewa

pełne wschodów i zachodów słońca.

Po prawej – rzeka, jak strzała.

Zawsze dokądś się trafi

kiedy się idzie przed siebie.

Może to o to chodzi

w powiedzeniu: być sobie

sterem i okrętem.

Szczególnie kiedy idę nad rzeką

bywam tym.

A teraz, kiedy sama nie wiem

gdzie jestem, niosę błoto

na butach.

(Warszawa, 2020)

J: Błoto na butach! Jechałam dziś pociągiem z Podlasia do Warszawy, z toną błota ba butach. Po drodze przecina się kilka rzeczek, i wreszcie Bug, Wisła. Cudowne obnażone, nieprzysłonięte roślinnością. Patrzyłam na listopadowy krajobraz, już zmrożony i przyprószony śniegiem. I miałam taką myśl, że listopad to najbardziej „uziemiający”, sprowadzający na ziemię miesiąc. Lubię ten przeszywający chłód, ubłocone buty, które w pewnym momencie przestają przeszkadzać; to miesiąc bez złudzeń, już nie złota polska jesień, a jeszcze nie grudniowe, świąteczne pobudzenie. Nie ma słonecznego dopalenia, zewnętrznego wsparcia. W listopadzie stajesz w prawdzie. Miesiąc bez filtrów i kulturowych upiększaczy Natura zwinęła się już w kłębek, nie ekscytuje, nie rozprasza i nie zachwyca w najbardziej oczywisty sposób. Dużo wokół ciemności, w której pojawiają się inne myśli. Często niewygodne, trudne, wybijające – wszak symbolicznie zaczynają listopad mistyczne Dziady, a kończą Andrzejki.


 

22 listopada Parlament Europejski odrzucił wniosek Komisji Europejskiej dotyczący ambitnego rozporządzenia w sprawie redukcji użycia pestycydów w Europie (SUR). Propozycja ta była pilna i niezbędna dla zapewnienia minimalnej ochrony obywateli UE i ekosystemów przed toksycznością pestycydów. Ten brak wsparcia stanowi poważny atak na Zielony Ład i interes publiczny. To smutny czas dla demokracji w UE w przededniu wyborów europejskich.

W wyniku głosowania, podczas którego usunięto większość kluczowych środków zawartych we wniosku, powstał tekst pozbawiony jakiejkolwiek treści. „Tysiące naukowców i miliony obywateli domagały się ograniczenia pestycydów w celu ochrony zdrowia i środowiska. Nie uwzględniając tych żądań, Parlament Europejski wysyła negatywny sygnał do wyborców na temat swojej zdolności do zajmowania się ważnymi kwestiami społecznymi. To oczywiste, że agrolobby przejęło kontrolę nad naszym Parlamentem” – powiedział dyrektor wykonawczy PAN Europe, Martin Dermine.

Partiom konserwatywnym i liberalnym udało się zablokować prace nad aktem prawnym o kluczowym znaczeniu dla obywateli UE, ekosystemów i długoterminowego bezpieczeństwa żywnościowego. Od czasu opublikowania Zielonego Ładu i propozycji SUR wielu europosłów próbowało doprowadzić do zniszczenia propozycji lub pozbawienia jej wszelkiej treści. Zwłaszcza Europejska Partia Ludowa była niezwykle aktywna, próbując zniszczyć ustawę o przywracaniu przyrody i SUR, i udając, że reprezentuje interesy rolników i mieszkańców obszarów rolniczych, podczas gdy robi dokładnie odwrotnie. Działania polityków i polityczek EPL ignorują znaczenie ekosystemów, długoterminowego bezpieczeństwa żywnościowego, zdrowia obywateli i żywotności obszarów rolniczych.

Źródło: Pesticide Action Network Europe

W niedzielę 12.11 sieć obiegł poruszający obrazek – nad ciałem przejechanego żubra stał inny członek jego stada, nie chcąc go opuścić. Żubr został potrącony i zabity na miejscu przez wojskową ciężarówkę. Kierowca nie poniesie konsekwencji, bo winą został obarczony… żubr!  

Potrącenie żubra przez wojskową ciężarówkę

Tego poranka obudziły nas smutne wieści – między 7 a 8 rano wojskowa ciężarówka potrąciła śmiertelnie żubra, który według relacji mieszkańców małej miejscowości w województwie podlaskim Stare Masiewo spokojnie spacerował przez wieś ze swoim przyjacielem ze stada. Dzięki wcześniejszym interwencjom mieszkańców, na prostej drodze prowadzącej przez wieś, wprowadzono jakiś czas temu ograniczenie prędkości do 30 km/h. Mieszkańców niepokoiła właśnie prędkość, z jaką przemieszczają się tędy samochody wojskowe. Według świadków natomiast to niemożliwe, żeby wspomniana ciężarówka jechała przepisowo, ponieważ samiec żubra (a te mogą osiągać wagę nawet 900 kg) był przez nią pchany lub przerzucony na kilkanaście metrów. Sam samochód zatrzymał się ponoć 20 metrów od zdarzenia (według relacji świadka, który był na miejscu przed tym, jak służby Białowieskiego Parku Narodowego zabrały ciało)(1).

Cała sprawą zajmuje się Żandarmeria Wojskowa, natomiast do mediów docierają głosy, że ich zdaniem żubr wyskoczył na drogę znienacka i kierowca nie zdążył zareagować. Jak komentują mieszkańcy – droga jest prosta, nie ma wokół niej drzew, widoczność tego poranka była dobra… Czy zatem żubra zabiła jego własna brawura czy brawura kierowcy, który jadąc przepisowo, zdążyłby zareagować(2)? Fundacja WWF Polska monitoruje sprawę!

Czy zwierzęta przechodzą żałobę?

Zdjęcie autora, pochodzi ze strony WWF pomagam,

O sprawie zrobiło się głośno w mediach głównie przez chwytające za serce zdjęcia i nagrania pokazujące reakcję przyjaciela przejechanego żubra. Stał on nad swoim towarzyszem i nawet gdy jego ciało zostało przygotowane do transportu, nie chciał go opuścić, ocierając się o niego i potrącając go nosem. To nasunęło wielu osobom do głowy pytanie, o które od lat spierają się naukowcy – czy zwierzęta są w stanie przeżywać ból po stracie członków stada i żałobę po nich?

Zdaniem części ekspertów tego rodzaju emocje występują jedynie u ludzi, ale zdaniem innych „to aroganckie myśleć, że jesteśmy jedynymi zwierzętami na Ziemi, które opłakują swoich zmarłych”. Przykładów na to, że niektóre zwierzęta odczuwają stratę bliskich, przeżywają żałobę, a nawet mają swoje rytuały pogrzebowe jest wiele! Słonie czy małpy wiele godzin czuwają nad swoimi zmarłymi. Wielokrotnie obserwowano np. szympansice, które nie chciały rozstać się ze swoimi martwymi dziećmi i tuliły je nawet po wielu tygodniach, gdy ciało zaczynało się rozkładać. Latem 2018 świat obiegła historia orki, która przez 17 dni i prawie 2000 km przenosiła ciało swojego zmarłego dziecka, mimo że chudła i słabła w tym czasie. W Zambii odnotowano przypadek matki-szympansicy, która czyściła swojemu zmarłemu dziecku zęby! Pokazuje to, że matki nie tylko nie potrafią się rozstać z ciałami swoich zmarłych dzieci, ale też troszczą się o nie nadal. To przynajmniej z pozoru całkowicie nieadaptacyjne zachowanie – w naturze przenoszenie zwłok czy opiekowanie się nimi stawia zwierzę w sytuacji zagrożenia choćby ze strony drapieżników. Narażanie się na takie ryzyko, być może świadczy o głębokich uczuciach, które pojawiają się u zwierząt.

Ciekawym przykładem przytaczanym przez wielu naukowców jest tak zwany „pogrzeb sroki”. Marc Bekoff, emerytowany profesor ekologii i biologii ewolucyjnej na University of Colorado w Boulder opisał zjawisko, którego był świadkiem – on i jego przyjaciel zaobserwowali 5 srok, z których jedna była martwa. Pozostałe po kolei podchodziły do niej , trącały ją dziobami i odchodziły. Niektóre z nich miały ze sobą nawet drobne patyki czy trawę, jakby niejako chciały pochować towarzysza (3).

Czy żubrów jest w Polsce coraz mniej?

Nie mamy pewności, czy zwierzęta przechodzą żałobę czy nie – spór trwa. Przykład żubrów ze Starego Masiewa nadaje się jednak jako jeden z argumentów w tej debacie.

Pamiętajmy, że żubr jest symbolem sukcesu ochrony przyrody na skalę światową! W 1919 roku zginął w naszym kraju ostatni osobnik, a już 10 lat później, dzięki staraniom przyrodników, żubry wróciły do Puszczy Białowieskiej. Od tamtego czasu to majestatyczne zwierzę wróciło nie tylko na Podlasie, ale też w inne rejony kraju, m.in. na Pomorze Zachodnie. Niestety sytuacja z Podlasia bardzo martwi, szczególnie w świetle danych, które przedstawialiśmy na początku tego roku odnośnie sytuacji w zachodniopomorskim, gdzie mimo starań przyrodników, jak alarmują przedstawiciele Zachodniopomorskiego Towarzystwa Przyrodniczego, rozwój populacji stanął w miejscu.  – komentuje Marta Chrzanowska, młodsza specjalistka ds. ochrony gatunków, Fundacja WWF Polska

W latach 2011-2020 populacja powiększała się średnio o ok. 27 osobników rocznie. Tymczasem w 2022 populacja żubrów wrosła zaledwie o 9 osobników. W tym samym roku ilość odnotowanych zgonów wynosiła 24, z czego 7 powiązana jest z kłusownictwem, a większość to właśnie (poza chorobami i przyczynami naturalnymi) wypadki komunikacyjne.

Artykuł ukazał się w serwisie wwf.pl i został opublikowany za zgodą Fundacji WWF Polska.

 

    1. Dlaczego agroekologia

Sercem agroekologii jest dzielenie się wiedzą – czerpanie z wiedzy i doświadczenia innych osób, ale też dzielenie się własnymi. Ta wymiana umożliwia naturalne tworzenie się wspólnot i społeczności. A ich aktywność jest nam potrzebna w obliczu kryzysów, z którymi przyszło nam się mierzyć w XXI wieku.

Dziś agroekologia łączy naukę, praktykę i ruch społeczny. Nie jest już tylko sposobem wytwarzania pożywienia, ponieważ obejmuje cały system żywnościowy od gleby po organizację społeczeństw ludzkich. Agroekologiczna produkcja żywności to współpraca z Naturą, ale i wydajność. To korzystanie z dobrodziejstwa nauki, która nieustannie bada i odkrywa zależności w przyrodzie, a także sprawdza bezpieczeństwo i wartość odżywczą pokarmów. Agroekologia to ruch społeczny, który dąży do aktywnego wpływania na politykę rolno-spożywczą, ponieważ to my wszyscy doświadczamy jej negatywnych skutków. Właśnie dlatego powinniśmy być częścią dyskusji i brać udział w podejmowaniu decyzji, by były jak najlepsze i uwzględniały potrzeby wszystkich istot.

W podejściu agroekologicznym ujęta jest potrzeba całościowej zmiany systemu żywnościowego – transformacji ekologicznej i społecznej, a także przeciwdziałanie negatywnym skutkom globalizacji. Motorem naszych działań powinna być myśl o przyszłych pokoleniach i ochrona tego, co cenne dla przetrwania życia na Ziemi.

    1. Słowem wstępu

Polska Szkoła Agroekologii jest kontynuacją dotychczasowych działań edukacyjnych prowadzonych pod szyldem Agro-Perma-Lab w metodologii szkół agroekologii, upowszechnianych przez włoską organizację Schola Campesina. Projektując Polską Szkołę Agroekologii zespół Fundacji Agro-Perma-Lab korzystał z wiedzy i doświadczenia zdobytych w dotychczasowych projektach edukacyjnych: Szkolenia Liderów Agroekologii (2019), Treningu Agro-Perma-Lab NASIONA (2021) i Kobiece Mosty (2023). Kontynuacja działań edukacyjnych Agro-Perma-Lab była możliwa dzięki współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla w Warszawie. Polska Szkoła Agroekologii to nie tylko działania edukacyjne, ale również sieciujące, mające na celu rozpowszechnienie wiedzy o agroekologicznym podejściu do rolnictwa i żywności. Zjazd odbył się w dniach 29.09. – 2.10.2023 roku w Ekologicznym Uniwersytecie Ludowym w Grzybowie.

    1. Kilka słów o rekrutacji

Rekrutacja na zjazd Polskiej Szkoły Agroekologii pokazała, że zapotrzebowanie na tego typu wydarzenie jest duże, wskazując na potencjał drzemiący w agroekologii. Prawie 50 osób potwierdziło chęć uczestniczenia, wypełniając formularz rekrutacyjny. W formularzu pojawiły się pytania między innymi o motywację do działania i pomysły na wykorzystanie nowej wiedzy w przyszłości.

Rekrutacja była skierowana do osób z różnych środowisk i w różnym stopniu powiązanych z żywnością i jej produkcją. Podsumowując, do wysyłania zgłoszeń zostały zaproszone wszystkie osoby zainteresowane zmianą systemu żywnościowego.

W zjeździe wzięło udział 17 osób z całej Polski, ze wsi i miast. Różnorodność osób uczestniczących zapewniła obfitość wiedzy i doświadczeń. Niektóre osoby zaczynały swoją przygodę z agroekologią. W grupie uczestniczek i uczestników były osoby, które reprezentowały różne środowiska m.in. akademickie, aktywistyczne, kultury i sztuki, ogrodnicze i rolnicze oraz przedsiębiorczynie i przedsiębiorcy.

    1. Metodologia szkół agroekologii

O szkołach agroekologii mówi się, że to szkoły bez ścian. Wiele zajęć odbywa się na zewnątrz, na gospodarstwach, w przyrodzie. Często są to szkoły” tworzone oddolnie.

Ważne są w nich relacje oparte na zaufaniu i tworzenie trwałych społeczności.

Fot.: Artur Szymański

Wiedza naukowa jest równie ważna jak wiedza i doświadczenie wnoszone przez osoby współtworzące i uczestniczące. Rolnicy mają praktyczne umiejętności wytwarzania pożywienia, aktywiści natomiast doświadczenie tworzenia społeczności żywnościowych i wywierania wpływu na system rolno-spożywczy, a naukowcy i badacze wnikliwe analizy i dane.

Projektując takie szkoły daje się dużo czasu na interakcje oraz usłyszenie głosu wszystkich osób. W różnych regionach świata te szkoły skupiają się wokół innych zagadnień, wynikających z lokalnych potrzeb społeczności.

W tym roku ruch społeczny kenijskich rolników, rybaków, pasterzy i konsumentów (The Kenyan Peasants League) zorganizował letnią szkołę agroekologii dla rolniczek i rolników. Pogłębiali swoją wiedzę o zachowywaniu nasion, użyźnianiu gleby oraz wzmacniali relacje. W Polsce dotychczasowe zjazdy szkół agroekologii skupiały różne środowiska i miały rolę wprowadzającą pojęcie agroekologii i tworzenie wokół niego społeczności.

Otwartość metodologii szkół agroekologii na lokalne uwarunkowania oraz korzystanie z wielu modeli uczenia się i dzielenia doświadczeniem, świetnie się u nas sprawdza.

    1. Program

Program Polskiej Szkoły Agroekologii skupiał się na doświadczaniu agroekologii oraz poznawaniu osób, które ją praktykują. Wybór miejsca zjazdu był nieprzypadkowy – Ekologiczny Uniwersytet Ludowy w Grzybowie to kolebka ruchów na rzecz lokalnej i ekologicznej żywności w Polsce. Odwiedziliśmy kilka gospodarstw, by zobaczyć różne formy wytwarzania żywności i relacji rolnik-konsument. Wchodziliśmy w głębokie interakcje z przyrodą, by poczuć naszą przynależność do niej. Poznawaliśmy siebie w grupie z uważnością i szacunkiem do wnoszonego doświadczenia i wiedzy.

Zgłębialiśmy agroekologię w wielu jej wymiarach i szukaliśmy naszych definicji, by lepiej ją zrozumieć. Przyglądaliśmy się agroekologicznym działaniom w Polsce i na świecie. Dużym zainteresowaniem cieszyły się dobre praktyki z Azji Centralnej, co pokazało jak wiele nas łączy, niezależnie od szerokości geograficznej.

Ogrodnictwo miejskie spotkało się z żywym zainteresowaniem i chęcią rozwijania tego ruchu. Zgłębialiśmy również system żywnościowy, rozbijając go na czynniki pierwsze, cofając się w czasie oraz tworząc scenariusze przyszłości.

Poznawaliśmy relacje pomiędzy zmianą klimatu a działaniami ludzi.

Pod lupę, dosłownie, wzięliśmy bioróżnorodność w krajobrazie rolniczym.

Wspólnie popracowaliśmy w ogrodzie oraz wyplataliśmy z wikliny, poznając tradycyjne rzemiosło. Nogi poczuły tradycje chłopskie w czasie potańcówki z kapelą Wowakin.

To połączenie różnych sposobów uczenia się z naciskiem na wyrażanie siebie, aktywne uczestnictwo oraz doświadczanie, dobrze się sprawdziło i nadal chcemy je eksplorować.

    1. Po stronie Natury

Celem Polskiej Szkoły Agroekologii była edukacja i networking na rzecz rozwoju agroekologii w Polsce. Z pewnością jest to działanie długoterminowe, ale mamy nadzieję, że udało nam się wesprzeć ten proces podczas zjazdu.

Wiele osób uczestniczących podkreślało na koniec tego czterodniowego spotkania, że wyjeżdżają wzmocnione, z dużą dawką energii do działania, z nadzieją. Również ze świadomością przynależności do społeczności, w której mogą swobodnie się uczyć i współpracować. Ta nadzieja rozświetla nam mroki. Daje nam motywację do działania.

Agroekologia stoi po stronie życia, również dostrzegania i celebrowania jego piękna i wielowymiarowości. To z całą pewnością udało się nam wdrożyć w trakcie Polskiej Szkoły Agroekologii.

Do zobaczenia na agroekologicznym szlaku!

Wioletta Olejarczyk, Barbara Kurek

Fundacja Agro-Perma-Lab

Projekt Polska Szkoła Agroekologii powstał we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla w Warszawie.

Komitet doradczy UE nie zgadza się z Komisją Europejską w sprawie nowego oznakowania GMO, zakładającego równoważność nowych GMO z roślinami konwencjonalnymi.

Europejski Komitet Ekonomiczno-Społeczny (EKES) jest organem doradczym i opiniodawczym Unii Europejskiej, Rady i Komisji, który składa się z przedstawicieli pracodawców, związków zawodowych oraz organizacji społecznych, zawodowych, gospodarczych i kulturalnych. EKES wydał użyteczną opinię krytyczną w sprawie wniosku Komisji Europejskiej dotyczącego deregulacji nowych GMO. Oprócz obowiązkowego frazesu o wspieraniu innowacji w zakresie odmian roślin i konkurencyjności, Komitet nie zgadza się z Komisją w kilku ważnych kwestiach. W szczególności EKES domaga się:

  • jakiegoś rodzaju etykietowania roślin kategorii 1 NGT (nowe techniki genomowe lub nowe GMO), w tym dla konsumentów. Komisja chce jedynie etykietowania nasion, a Parlament zaproponował odrzucenie nawet tego;
  • uregulowania kwestii koegzystencji na szczeblu UE, aby uniknąć stosowania różnych przepisów przez państwa członkowskie (Komisja chciała pozostawić to państwom członkowskim, aby rozstrzygnęły tę kwestię pomiędzy sobą);
  • utworzenia tradycyjnego europejskiego banku nasion, który byłby wolny od GMO, jako gwarancji suwerenności żywnościowej;
  • zdelegalizowania zestawów GMO/CRISPR „zrób to sam”, które nieprofesjonaliści mogliby kupić w Internecie;
  • utrzymania zasady ostrożności („ponieważ istnieje naukowa niepewność co do globalnego wpływu NGT”) i zasady odwracalności („w celu odwrócenia lub złagodzenia wszelkich szkód, gdyby działania regulowane przez Komisję miały negatywne skutki”);
  • analizy ryzyka i korzyści mającej zastosowanie 10 lat po wprowadzeniu nowych technik.

Opinia EKES-u odrzuca stanowisko Komisji i przemysłu, że nowe GMO są równoważne z konwencjonalnymi roślinami, co nazywa „nierealistycznym uproszczeniem” opartym na błędnym założeniu, że dotyczy to tylko genu będącego przedmiotem zainteresowania. Opinia sprawia jednak wrażenie, że niezamierzone mutacje w nowych roślinach zmodyfikowanych genetycznie będą oceniane nawet w przypadku GMO kategorii 1, choć nasza własna lektura wniosku Komisji nie daje nam takiej pewności. Opinia EKES-u słusznie wskazuje, że w nowych GMO pozostają ślady obcego DNA, i że niezamierzone mutacje nie są eliminowane poprzez krzyżowanie wsteczne.

Uwagi GMWatch do opinii EKES-u

źródło: GMWatch newsletter

Opinia EKES: https://www.eesc.europa.eu/en/our-work/opinions-information-reports/opinions/plants-produced-new-genomic-techniques

Tak, psy mają niezwykłą terapeutyczną moc. Jest na pewno mnóstwo badań naukowych, potwierdzających zbawienny wpływ psio-ludzkiej, symbiotycznej przyjaźni na nasze zdrowie.

Dwugłos o przyrodzie i miłości
Monika Kostera i Joanna Średnicka

J: Za każdym razem, gdy patrzę na zwiniętą w kłębek na łóżku Zwrotkę (psicę, która mieszka z nami)i patrzę w jej sarnie oczy, nie mogę nadziwić  się jak długą drogę, jako gatunki odbyliśmy, by tak się zbliżyć. Jest przecież coś mocno nieoczywistego w fakcie, że ona nie rzuca mi się do gardła, a cała scena rozgrywa się w centrum dużego miasta, na moim łóżku. Wyobrażam sobie, że  zajęło to psim stadom całe dekady, stulecia, tysiąclecia by szukając pożywienia zbliżyć się do ludzkich domostw, zbudować zaufanie, wcisnąć się przez drzwi i wreszcie trafić na kanapy. Pewnie tak to przebiegało? Kocham psy, bezwarunkowo, dużo uczę się obserwując je, to jak budują relacje, zaufanie, jak odwzajemniają emocje.  A Ty czego ostatnio nauczyłaś się od psa?

M: Uczę się od psów na moim osiedlu swobodnej towarzyskości, bez zobowiązań. Idę dróżką i podbiega do mnie pies, kręcąc ogonek i podnosząc z sympatią głowę. Głaszczę psa. Zaraz za nim pojawia się człowiek. Bez oporu i bez zmiany wyrazu twarzy przenoszę wzrok na twarz, która na wejściu nie wyraża zbyt wielkiego entuzjazmu, ale skoro już spojrzałam, i skoro mam na twarzy uśmiech między mną a psem to zostawiam go tam i mówię „Dzień dobry”. Człowiek odpowiada i uśmiecha się. Pies wije się z radości, że znów udało mu się wprowadzić troszkę pokoju na świecie. Pies jest szczęśliwy i ciągnie swojego człowieka dalej. Jego celem nie jest sprawianie, że ludzie zaczną prowadzić nudne konwersacje, przy których trzeba będzie niecierpliwie pociągać za smyczkę. Tym niech się ludzie zajmują sami, jeśli chcą. Rolą psa jest iść przez świat towarzysko – tu pomerdać, tam poszczekać, gdzie indziej znów poniuchać. Pies zdaje się mówić całym swoim ciałem: „człowieku! Pamiętaj, że nie jesteś sam!”.

W czasie pandemii wiele studentek i studentów opowiadało mi, że tylko dzięki swojemu psu nie oszalało z samotności. Jak to wtedy było ze Zwrotką?

J: Zwrotka przede wszystkim była tym przywilejem, dzięki któremu przez kilka restrykcyjnych dni czy tygodni można było wychodzić na dłuższy spacer…Tak, psy mają niezwykłą terapeutyczną moc. Jest na pewno mnóstwo badań naukowych, potwierdzających zbawienny wpływ psio-ludzkiej, symbiotycznej przyjaźni na nasze zdrowie. Począwszy od uodparniania dzieci na alergeny (jest ponoć jakaś silna korelacja między domem z psią sierścią, a niższym poziomem uczuleń), przez pobudzający krążenie spacerowy ruch, aż do kojącej mocy głaskania i tarmoszenia. Lubię też myśleć o psach, czy raczej stosunku do nich, jak o świetnej soczewce, przez którą można zajrzeć do ludzkiej duszy. Jest tu absolutnie wszystko – od ogromnej troski o inną istotę, bezbronne zwierzę, przez symbiotyczny układ, aż do okrucieństwa trudnego do wyobrażenia. Ta psio-ludzka relacja jest pełna paradoksów. Jedni je kupują za duże pieniądze ( i kochają) inni nie wyobrażają sobie transakcji zakupu przyjaciela. Bardzo rozsądna polityka sterylizacji psów nie rodowodowych, jako walki z bezdomnością, w pełni zrealizowana przyniosłaby brak bezdomności, ale w dystopijnym świecie bez kundelków. Wyobrażasz sobie świat bez kundelków??? Mnóstwo w tych psich historiach odcieni szarości, nie tylko sierściowej.

M: O, nie!! To byłby świat okropny, pozbawiony radości! Kundelek jest kwintesencją psa, psem najbardziej psim, samym w sobie. Kundelek jest wolnością, taką prawdziwą, o jakiej ludzie nie śmieją nawet marzyć. Pewien mój kolega opowiedział mi dawno temu taką oto historię i natychmiast bardzo go polubiłam i jest moim przyjaciele do tej pory (jeśli to czytasz Andrzeju, to pozdrawiam serdecznie!). Otóż szedł sobie ulicą małego miasteczka i zobaczył wywrócony śmietnik, a z niego wystawał kosmaty ogon który obracał się energicznie na wszystkie strony. Kiedy podszedł bliżej, wyjrzał na niego na chwilkę szpiczasty psi pysk, po czym znów zniknął w środku, a ogon wywijał jak dyrygent jakiejś zaczarowanej orkiestry. Kundelek ma w nosie, co sobie ludzik o nim pomyśli, ale jednocześnie w jakiś sposób w głębi serca wie, że nie da się go nie lubić.

Ale nie powiem, żebym nie lubiła też rasowych piesków. Spotkałam wiele sympatycznych labciów i bokserków, a w dzieciństwie byłam wielka fanką filmowych gwiazd – Szarika i Cywila. Nie powiem, i dziś zdarza mi się oglądać jakiś serial tylko ze względu na występującego w nim psa. A Ty, masz jakieś swoje psie gwiazdy, psich bohaterów filmów i opowieści?

J: No ba! Całe mnóstwo z bohaterów z dzieciństwa to właśnie psy. Lassie, czyli zjawiskowa, długowłosa Collie, czy ekipa dalmatyńczyków z bajki Disneya, też w wersji książkowej, którą rytualnie czytałam podczas każdej choroby; a że byłam dość chorowita to pamiętam, że przestałam liczyć przy czternastym razie. Uwielbiałam szczególnie te książki i bajki, w których świat opowiadany jest z perspektywy psa. Te wszystkie zadziwienia na różne nasze ludzkie oczywistości. Do dziś włącza mi się czasem ten tryb, nie wiem czemu, szczególnie w metrze. Obserwuję sobie sytuację oczami rozciągniętej pod siedzeniem Zwrotki. Ona i my, korzystamy z tej samej przestrzeni, w jakiejś sporej części nasze fizyczne, emocjonalne potrzeby są podobne. Ale te wszystkie wyrafinowane wytwory ludzkiego świata: dziwne ubrania, dodatki, cała warstwa mody. Zwrotka by pewnie ograniczyła ubiór do ciepłego wdzianka, jeśli już. Buty. Zupełna aberracja, po co chować łapy w coś takiego? Obcasy, sznurowadła, torba taka, owaka. No i wszyscy skupieni na telefonach, nikt się nie rozgląda, nie bada terenu, nie wącha. Cóż za uśpiona czujność, odłączenie od zmysłów! Mnóstwo warstw naszej kultury i cywilizacyjnych oczywistości musi wydawać się, z perspektywy psa, zupełnym absurdem. Lubię tak czasem popatrzeć na świat, po wyjściu z podziemi odetchnąć głębiej i spojrzeć w niebo, poczuć ziemię pod stopami, poczuć wilgoć na twarzy. Nie wiem, może w tym zatłoczonym miejskim zgiełku, ta psia optyka podłącza mnie jakoś pod system Ziemi, wyrywa na chwilę z kołowrotka?

M: Tak, dokładnie też tak to widzę! Pies jako uziemiacz energetyczny, w sensie że taki łącznik między poziomem ludzi i zwierząt a poziomem traw i stokrotek. Jest taki fantastyczny obraz jednego z moich ulubionych malarzy post-impresjonistów, Pierre’a Bonnarda pod tytułem „Kobieta w sukni w białe kropki”. Przedstawia tytułową postać kobiecą w czerwonej sukience, faktycznie w duże białe grochy. Postać sprawia wrażenie, jakby lekko wznosiła się do góry – być może jest to odzwierciedlenie nastroju bohaterki, albo może atmosfery spaceru i zabawy z wielkim wyczuciem przedstawionej przez artystę. Nad głową kobiety, strojnej w duży kwiecisty kapelusz, wznoszą się gałęzie drzewa, tworząc jakby aureolę. Natomiast źródło tej dobrej energii znajduje się u boku kobiety – to jasno-beżowy pies, kundelek, z pyskiem ekstatycznie wzniesionym w górę. Wszystko w psie jest wysokoenergetyczne: powiewające uszy, przednie łapy, puszysty ogon skierowany w dół, ale entuzjastycznie falujący. Pies jest wcieloną medytacją radości, nie jest to żadna poza, pies nie myśli, jak go widzą ani nie interesuje go żadna gra pozorów. Dosłownie łączy ze sobą „to co w górze” i „to co w dole”. Wiadomo, że hermetyczna zasada powiązania głosi: „jak na górze, tak i na dole”. Zasada ta definiuje więź między sferą ducha a płaszczyzną fizyczną. Patrząc na obraz Bonnarda rozumiemy, co sprawia, że te dwie sfery w ludzkiej rzeczywistości czasami łączą się ze sobą. Zawdzięczamy to psom – psy są przewodnikami dla ludzi więcej niż w jednym sensie.

J: No tak, wszak nie kto inny jak Cerber, trzygłowy pies, strzeże wejścia do Hadesu. Zastanawiam się tylko, jak udało się nam dobrnąć do końca rozmowy o psach, nie wspominając o kotach! Cudowne wyzwolenie z odwiecznej dychotomii.


 

APEL do polityków o dobrą i sprawiedliwą, opartą na wiedzy eksperckiej, edukację

Historyczne zwycięstwo demokracji w Polsce w wyborach sprzed ponad dwóch tygodni, to nadzwyczajna okazja i przestrzeń do podjęcia przez nowy rząd kluczowych decyzji o przyszłości Polski. Dotyczy to szczególnie jednej, najważniejszej sfery naszego państwa jakim jest edukacja. O strategicznym znaczeniu tego obszaru świadczy fakt, iż wszystkie walczące o władze ugrupowania niosły na swoich sztandarach programy edukacyjne.

System oświaty, w tym edukacja, jest jednym z głównych elementów funkcjonowania społeczeństwa, mającym bezpośredni wpływ na przyszły kształt krajowej polityki, gospodarki i społeczeństwa. Jeżeli mądrze i odpowiedzialnie uzbroimy naszych uczniów w skuteczne narzędzia do zmiany naszej rzeczywistości na lepsze i wykształcimy w nich pozytywne cechy, to możemy być spokojni o przyszłość samych uczniów, Polski i planety.

Patologia, którą trzeba zmienić

Sytuacja, którą mamy obecnie w edukacji wskazuje, że marnujemy dziecięcy potencjał, zanieczyszczamy umysły uczniów niepotrzebnymi i szkodliwymi koncepcjami. Te zjawiska nasiliły się w szczególności po objęciu władzy przez partię PIS, która odkrywając jak ważnym obszarem jest edukacja, podjęła szereg działań, w tym masowej indoktrynacji, której celem było wychowanie na swoje potrzeby społeczeństwa podporządkowanego, wierzącego w mity historyczne, niewspółpracującego, nietolerancyjnego i wrogiego wszelkiemu postępowi. Taka polityka dotknęła nie tylko uczniów ale i nauczycieli, masowo uciekających z zawodu oraz rodziców, którzy są zmuszeni do ponoszenia ogromnych kosztów będących skutkiem wadliwego systemu, na pomoc psychologiczną dla dzieci oraz uzupełnianie wiedzy w postaci korepetycji, kursów i innych.

Doszło do absurdalnej sytuacji, w której o przyszłości Polski i losie naszych dzieci decydował jednoosobowo minister Czarnek!!!!

 

Szkoła marzeń

Przejęcie władzy przez demokratyczną opozycję, to przestrzeń do realizacji edukacyjnych programów partyjnych, które w zasadniczych punktach są zbieżne.

Wszystkie partyjne programy mówią o odpolitycznieniu edukacji i oparciu jej o aktualną wiedzę, którą dostarczyć mogą eksperci/praktycy. To eksperci, których w Polsce jest wystarczająco dużo, jako ciało doradcze przyszłego ministerstwa edukacji, powinni odpowiedzieć na podstawowe pytanie jaki jest cel edukacji: przekazanie wiedzy, czy wykształcenie umiejętności, wychowanie, przygotowanie do życia w społeczeństwie, wykształcenie poczucia własnej wartości? Warto, a nawet trzeba pomyśleć jak mierzyć założone parametry. Na pewno nie testami, które nie pokazują tego co najważniejsze czyli samodzielności, krytycznego myślenia, tolerancji, współpracy.

Przekazywanie wiedzy jest na dzisiaj w polskim systemie jednym z podstawowych celów edukacji. W badaniach przeprowadzonych dla Forum Obywatelskiego Rozwoju, wynika, że polska szkoła uczy z zasadzie tylko suchej teorii i to w dodatku przestarzałej. Prawie 40% absolwentów polskich szkól nie korzysta ze zdobytej w szkole wiedzy, twierdząc, że był to czas kompletnie stracony. Wyuczone w szkole wzory są mało przydatne w przypadku życiowej potrzeby np.: ból głowy czy zrozumienie dlaczego należy chodzić na wybory.

Dlatego proces edukacji należy uzupełnić o kompetencje miękkie, czyli zdolności psychospołeczne takie jak zdolności interpersonalne, asertywność i pewność siebie, odporność na stres, samodzielne myślenie, praca w zespole. Dla współczesnych pracodawców te miękkie umiejętności są stokroć ważniejsze niż wyuczona, nieaktualna wiedza. Tę można uzupełnić szybkim szkoleniem, podczas kiedy wymienionych cech absolwent może tak łatwo już nie opanować.

Potrzebni eksperci

Co zatem powinno być celem edukacji/oświaty? Jeszcze niedawno celem było przygotowanie do samodzielności ale w dzisiejszym dynamicznym otoczeniu należy zmodyfikować tę definicję o przygotowaniu absolwentów do życia w przyszłości, wykształcenia umiejętności i dostosowania się do szybko zmieniających się realiów. Cytując amerykańskiego filozofa Erica Hoffera: „Człowiek uczący się podbije świat a nauczony przekona się , jak doskonale został przygotowany do życia w świecie, którego już nie ma”.

Apeluję do polityków, którzy myślą o przejęciu w Polsce władzy, aby potraktować edukację w szczególny sposób. Ministerstwo edukacji to zbiorowa odpowiedzialność wszystkich zwycięskich partii, które powinny wspólnie z ekspertami podjąć decyzję jakich obywateli system powinien kształcić. Realizacja tej decyzji powinna być oddana w ręce specjalistów, którzy czekają na taki moment z gotowymi projektami. „Budząca się szkoła” i jej założycielka Marzena Żylińska od lat promuje szkołę przyjazną, skupioną na potrzebach uczniów, bez ocen, klasówek i dzwonka. Te ideę realizuje już kilkadziesiąt szkół w Polsce. Podobnych inicjatyw w polskim Sejmie jest bardzo dużo, a eksperci są znani partiom, chociażby ze współtworzenia programów edukacyjnych. Skorzystajmy z tej wiedzy i uwolnijmy największy potencjał Polski jakim są nasze dzieci i ich nieskończona kreatywność.

Dla nauczycieli większa autonomia, godziwe zarobki i szacunek

Przy wprowadzaniu zmian w edukacji nie zapominajmy o najważniejszym, kluczowym elemencie gry o sprawiedliwą i nowoczesną edukację, jakim są nauczyciele. To oni doświadczyli w obecnym systemie szeregu upokorzeń, restrykcji i ograniczeń. Trudno realizować zadania w tak trudnym otoczeniu, zarabiając nieco ponad minimalne wynagrodzenie. Proponowana 30% podwyżka nie powstrzyma odchodzących z zawodu i nie zachęci do studiów pedagogicznych. W Niemczech zarobki nauczyciela to średnio 5 tys. EUR miesięcznie. Dlatego postuluję, aby zrobić krok milowy i zwiększyć wynagrodzenia do 8 tys. PLN/miesiąc ( netto). Czy ktoś z czytelników podjął by się tak odpowiedzialnego zadania jak kształcenie przyszłych pokoleń za 4 tys. PLN brutto?

Ostatnie wybory zwróciły mi wiarę w mądrość polskiego społeczeństwa. Wierzą, że w tym najważniejszym dla Polskie temacie również jej nie zabraknie.

Można. Jeśli się jest bezkręgowcem¹. Złożonym żywym organizmom i złożonym systemom nie radzę próbować funkcjonować bez wspierającej ramy, na której opierają się delikatne, powiązane ze sobą elementy.

Dotyczy to także organizacji. Obecna moda na „organizacje innowacyjne” i na projekty, które mają być sposobem na trwałe działanie jest szkodliwa i niezgodna z naukową wiedzą o strukturyzacji i strukturach. Wrócę za chwilę do metafory organizmu, ale teraz użyję nieco staroświecko brzmiącej, ale kiedyś bardzo popularnej metafory organizacji jako orkiestry. Jeszcze w latach 1980tych mówiło się i pisało, że organizacja jest jak idealnie zgrana orkiestra symfoniczna. Jeśli by przyjąć taką optykę, to obecnie organizacje nie są bynajmniej bardziej „nowoczesne”, ale przypominają raczej kakofonię przypadkowo dobranych instrumentów – ładnie wyglądających, być może drogich, lecz wydających przykry blaszany dźwięk dziadowskiej orkiestry. Nie są jednak dziadowską orkiestrą, bo tam często panuje radość wspólnego grania, a tymczasem współczesne miejsca pracy naukowcy z różnych krajów opisują jako pozbawione w katastrofalnym stopniu nie tylko radości, ale zwykłego zadowolenia z pracy. Sięgnięcie do klasyki nauk o zarządzaniu może pomóc nam poradzić sobie z obecną plagą organizatorskich dysonansów.

W naukach społecznych nie ma praw natury, ale czasami społeczne konstrukty zbliżają się – na jakiś czas – swoją regularnością do zjawisk przyrody. Takim niemalże-prawem w naukach zarządzania było kiedyś hasło structure follows strategy. O ile strategia była jakby utworem do wspólnego zagrania, to struktura odpowiednio nastrojoną orkiestrą. Odpowiedzialny kierownik, czy, jak później przyjęło się mówić – menedżer – czuwał nad tym, by całość gotowa była do gry. Mówił o tym jeden z twórców naukowego zarządzania, polski ekonomista Karol Adamiecki, formułując w latach 1920tych prawa harmonii doboru, harmonii działania organów pracy zbiorowej. W jakimś stopniu menedżer mógł wpływać na dobór instrumentów, czyli dokonywać reorganizacji. Nie powinien był tego robić zbyt często ani zbyt radykalnie, bo najważniejsza była realizacja głównego celu organizacji, a więc należało przede wszystkim zachować harmonijną spójność – ale miał taką możliwość. Różne szkoły nauk zarządzania podpowiadały, w jaki sposób reorganizować, strukturyzować. Jednym z kluczowych uczonych reprezentujących ten punkt widzenia był Alfred Chandler, który głosił, że sposoby współdziałania muszą być dostosowane do kierunku i priorytetów organizacji. Inni, za Jamesem Quinnem, przekonywali, że sensowne jest mówienie o zależności odwrotnej – to struktura jest pierwsza, a dobry strateg stopniowo (inkrementalnie) dostosowuje strategię do istniejących wzorców współpracy. Tak czy owak, struktura była zawsze dla zarządzania na tyle centralna, że żartowano sobie, iż praca menedżerska polega na ciągłym dostrajaniu struktur i strategii. Gdy w latach 1980tych pracowałam jako praktykantka w dużej szwedzkiej korporacji trafiłam na kluczowy moment restrukturyzacji firmy. Szef personalny wyjaśnił mi zasady tego wielkiego przedsięwzięcia i, w celach edukacyjnych, pozwolił mi siedzieć na zebraniach i szkoleniach, jakie z tej okazji się odbywały. Firma produkowała dwa typy urządzeń budowlanych: jedne przeznaczone były dla użytkowników indywidualnych, do małych prac w domu i na działce, a drugie – to wielkie maszyny drogowe, kupowane przez instytucje państwowe do wielkich projektów budowalnych. Sęk w tym, że firma wykazywała nierówne wyniki, wahające się z koniunkturą (tyle, że odwrotnie – gdy koniunktura była słaba, firma miała dobre wyniki, a gdy mocna – słabe). Działo się tak dlatego, że kluczowy produkt tego przedsiębiorstwa stanowiły wielkie urządzenia, które przynosiły stabilny, choć cykliczny dochód – państwo zamawiało je wtedy, gdy dla wyrównania koniunktury podejmowało inwestycje infrastrukturalne w słabszych gospodarczo momentach cyklu. Było to akceptowalne w bardziej stabilnych czasach, gdy granice państw właściwie chroniły krajowe przedsiębiorstwa przed konkurencją ze strony międzynarodowych gigantów. Czasy właśnie się zmieniły, następowała deregulacja i globalizacja. Zarząd postanowił wdrożyć strategię mobilizującą w bardziej pełny sposób potencjał organizacji i zabezpieczyć się w ten sposób przed wtargnięciem na jej tradycyjne rynki przez firmy zagraniczne. Dotąd działano tak, by jak najlepiej długookresowo zabezpieczyć dochody. Kluczowym produktem były wielkie urządzenia, które przynosiły stabilny choć cykliczny dochód – państwo zamawiało je wtedy, gdy dla wyrównania koniunktury podejmowało inwestycje infrastrukturalne w słabszych gospodarczo momentach cyklu. Jednak potrzebne było coś co działałoby cały czas. Zarząd opracował nową strategię – duże urządzenia nadal będą sprzedawane, jednak firma ma zmobilizować potencjał produkcji i sprzedaży mniejszych maszyn, które można sprzedawać stale, niezależnie od fazy koniunktury gospodarczej, ale w całkiem inny sposób, przy użyciu innych technik marketingowych, w innych punktach i przy wykorzystaniu całkiem odmiennych relacji z klientami. Do realizacji tej strategii potrzebna była nowa struktura. Na ten właśnie moment trafiłam. Firmę dzielono na dwie względnie niezależne dywizje: maszyn wielkich i maszyn małych. Każda miała przyjąć właściwe dla siebie formy i zasady działania. Każda miała być nieco inaczej oceniana i w każdej ludzie mieli rozwijać odmienne kompetencje. Dyrektor personalny tłumaczył mi, jak bardzo ważne jest w tej chwili, by pogodzić dwie kluczowe sprawy: by skierować odpowiednich ludzi do właściwych dywizji, tak by ich umiejętności zostały jak najpełniej wykorzystane oraz by zachować w miarę możliwości istniejące struktury współpracy, w ramach których ludziom dobrze się razem pracowało. Jego dział pracował intensywnie nad przygotowaniem takich map i starał się chronić istniejące jednostki i zespoły. „Firma to ludzie”, powtarzał znany i ceniony wtedy slogan, „czyli firma to także kontakty pracowników, relacje w pracy, grupy współpracowników, które lubią razem pracować”. Strategia personalna, którą jego zespół opracowywał była więc silnie związana z istniejącą strukturą, a jednocześnie miała wskazać kierunki rozwoju struktury pasującej do nowej głównej strategii korporacji. Oprócz map najważniejszym narzędziem były szkolenia, którym czasami mogłam się przysłuchiwać. Zapamiętałam sporo prezentacji ze strony zarządu, ale też inne sposoby komunikacji – reprezentacji zespołów załogi przygotowywali swoje własne postulaty i projekty i przedstawiali je podczas szkolenia, a zarząd słuchał i korygował zgodnie z nimi swoje plany. Rzeczywiście, przypominało to troszkę pracę stroiciela instrumentów w skomplikowanej orkiestrze, przenoszącej się z jednego otoczenia w inne, o odmiennych parametrach wilgotności, ciepła itd.

Powodem, dla którego ci starzy menedżerowie tak szanowali struktury, było rzeczywiste, potwierdzone praktyką i nauką (nie tylko nauką o zarządzaniu) ich znaczenie. Struktura społeczna to jedna z podstawowych ram pozwalających ludziom współdziałać i porozumiewać się społecznie. Zawiera role społeczne i relacje między nimi, choć bardzo rzadko przyjmuje postać sformalizowaną. To raczej zestaw przyjmowanych jako oczywistych wzorców życia społecznego, ewoluujący w czasie, przyjmujący różne kulturowe postaci. Uczymy się tych wzorców od małego. Gdy dorastamy, wiemy kto jest kim w dorosłym świecie, jak należy się zachowywać wobec różnych postaci i w różnych sytuacjach. Na przykład, wiemy, po czym poznać w przychodni lekarkę, czego po niej oczekiwać, jak się do niej zwracać – i jak ona będzie się zwracać do nas i czego po nas będzie oczekiwać. Role społeczne to niepisane zasady, nasze miejsce w społeczeństwie. Dzięki nim świat społeczny jest względnie przewidywalny, a funkcjonowanie ludzi w różnych sytuacjach przebiega według zasad, które znane są, mniej więcej, wszystkim na wejściu. Jest to widoczne, gdy zmieniamy miejsce pobytu, wyjeżdżamy do innego kraju. Tam wszystko jest troszkę inne i zajmuje nam sporo czasu „wejście w system”, nie tylko dlatego, że trzeba nauczyć się języka, ale także tych właśnie niepisanych zasad: przez które drzwi wsiada się do autobusu? Co się stanie gdy się jedzie na gapę, czy zapłaci się karę? Czy spotka się z potępieniem współpasażerów? Czy jeśli ktoś nam mówi, że jesteśmy u niego mile widziani, to znaczy, że zostaliśmy zaproszeni na obiad do domu do tej osoby, czy jest to zwykły zwrot grzecznościowy? I wiele innych, mniejszych i większych reguł, które wszyscy miejscowi znają, a przybyszowi wydają się obce, może dziwne albo nawet szokujące. Gdy przyswoimy te zasady wiemy, czego po kim oczekiwać, ale także, jakie są granice swobody naszego postępowania, czy to chwilowo, na co dzień, czy „życiowo”, w sensie do czego możemy aspirować, czy z córki chłopskiej mogę zostać nauczycielką, lekarką? Czy będąc kobietą mogę marzyć o zawodzie policjantki, polityczki, księdza? Istnieją jeszcze bardziej podstawowe wzorce, będące jakby fundamentami do budowy struktur społecznych, określające podstawowe „zasady gry”, czyli, na przykład, społeczne rozumienie, w danym miejscu i czasie, sensu bycia policjantem, politykiem, księdzem, czy sensu czegoś takiego jak zawód, profesja, wreszcie – praca, kobieta, awans społeczny. Gdy działają sprawnie, przyjmowane jako oczywiste, niekwestionowane i niepoddawane w wątpliwość. Ludzie po prostu, w danym miejscu i czasie, wiedzą „jak jest”, dzięki temu istnieje poczucie ładu i sensu społecznego. Instytucje stabilizują społeczeństwo.

Razem względnie trwałe struktury i instytucje sprawiają, że współpraca nie polega za każdym razem od negocjowaniu i ustalaniu wszystkiego od nowa. Zapewniają wzorce upraszczające nieskończenie złożony świat i ograniczają to, co możliwe i dopuszczalne. Dzieje się tak dlatego, że opierają się na mechanizmie ludzkiego radzenia sobie ze złożonością świata. Mechanizm ten znany jest jako typifikacja i polega na kompletowaniu w pamięci zestawów wiedzy określającej to, „co jest typowe”. Pomija się w tej sposób nieregularności, specyficzne przypadki, indywidualności, na zasadzie prawomocnej społecznie stereotypizacji. Takie przyjmowane z góry i zgrubnie kategorie ograniczają spontaniczność naszych przeżyć, sprawiają, że odkąd je stosujemy w życiu codziennym świat staje się bardziej przewidywalny ale i bardziej nudny. Dzieci typifikują znacznie mniej niż dorośli i potrafią zadziwić się nad każdym cieniem na ścianie i każdym napotkanym pieskiem. Dorośli tracą tę niewinność, lecz w zamian uzyskują zdolność do szybkiego, automatycznego decydowania.

Ceną stabilizacji bywa także usztywnienie, blokujące szanse życiowe niektórych osób, np. w tradycyjnych społeczeństwach kobietom może być trudno zastać lekarką. Superstabilne struktury mogą być opresyjne i marnotrawne przez to, że blokują awanse „niewłaściwych” kategorii pracowników, np. kobiet, osób pochodzących z niższych klas społecznych, czy pochodzących z mniejszości, którym społeczeństwo odmawia pełni praw obywatelskich. Strukturalna dyskryminacja to też bezpośredni efekt stabilności struktur. Struktury stabilne miewają poza tym także problemy z reagowaniem na sygnały z otoczenia, np. hierarchiczna i stateczna firma może nie odbierać sygnałów od klientów, którzy zainteresowani są nowymi produktami i w ten sposób może tracić udziały w rynku na korzyść firm bardziej elastycznych i przedsiębiorczych. Odpowiedzią na to może być wdrożenie struktury organicznej, jak rekomendują dwaj szkoccy uczeni: Tom Burns i George Stalker, czyli zdecentralizowane, skoncentrowane wokół zespołów. Uprawnienia decyzyjne delegowane są na dół organizacji, tam, gdzie pracownicy mają bezpośredni kontakt z klientami, obywatelami, czy innymi zainteresowanymi osobami. Unika się nadmiernej formalizacji i opiera zasady działania raczej na relacjach i tradycjach. Elastyczność działania takich struktur jest bardzo duża, ale polega na dużej stabilności relacji, tradycji zatrudnienia. Struktury organiczne muszą rozwijać się – organicznie, czyli w zrównoważony sposób, wynikający z wewnętrznych dynamik społecznych i pragnienia przetrwania. Np. przywódcy nieformalni, czyli szanowane przez załogę osoby są w ramach takich struktur preferowane jako formalni szefowie. Słabością takiej struktury jest to, że sprawdza się raczej w małych organizacjach albo wymaga opracowania mechanizmów kontroli wielu małych, niezależnych jednostek, co nie jest łatwym zadaniem, jeśli pragnie się zachować ich niezależność.

Wielki północno-amerykański uczony Karl Weick proponuje podobne rozwiązanie, sprawdzające się tak w małych, jak w dużych organizacjach – loosely coupled systems czyli luźno powiązane systemy. Jest to struktura doskonale nadająca się do współczesnego świata, nowoczesna, a zrazem oparta na tradycjach (np. tradycyjne uniwersytety przed falą neoliberalizacji). W ramach tego typu struktur jednostki są powiązane ze sobą w sposób luźny, czyli każda interakcja wymaga określenia warunków i mało jest przyjmowanych założeń co do jej efektów, czyli każdą sytuację traktuje się indywidualnie i jest się w stanie szybko dostosować działania do nowych wydarzeń Np. dobry lutnik nigdy nie wytwarza identycznych skrzypiec dwukrotnie – bo każdy materiał jest troszkę inny i każdy skrzypek zamawiający instrument ma inny temperament. Takie struktury są zdecentralizowane i często funkcje i zakres odpowiedzialności jednostek powtarzają się (redundancja). Są strukturami odpornymi na turbulencje w otoczeniu i sprzyjającymi rozwojowi w wysoce zmiennym i burzliwym otoczeniu dzięki swej zdolności do adaptacji bez kompromisów na efekcie i jakości. Są to także struktury bardziej ekologicznie trwałe, bo pozwalają na lepszą i bliższą współpracę z otoczeniem, a więc pozwalają reagować na sygnały zeń płynące, także dotyczące przestrzeni i środowiska naturalnego. Organizacja jest bardziej uzależniona od tych sygnałów, niż od wytycznych i wskaźników płynących z góry. Nie dają one jednak efektu maksymalizacji zysków akcjonariuszy – dlatego zostały w ostatnich czasach zarzucone, nawet na uniwersytetach, gdzie przetrwały szczególnie długo.

Modne obecnie tzw. struktury płaskie nie są godne polecenia. Polegają one na likwidacji szczebla średniego co, jak przypomina słynny kanadyjski profesor zarządzania, Henry Mintzberg, jest całkiem arbitralnym cięciem, obniżającym koszty, ale utrudniającym sensowne zarządzanie. Rozpiętość kierowania, czyli ilość pracowników przypadających na jednego szefa zwiększa się, co zwiększa anonimowość. Poza tym pracownicy i jednostki organizacyjne stają się uzależnieni od szefów wyższego szczebla, którym rzadko zależy na mniejszych jednostkach i zespołach. Od tego, czy menedżerowie są życzliwi, czy też socjopatyczni zależy bezpośrednio sytuacja wielu osób. Kiedyś szef średniego szczebla był buforem między pracownikiem a wyższym szczeblem. Likwidacja średniego szczebla zarządzania przypomina amputację tylnej łapy czworonoga z myślą o oszczędnościach. Powoduje to większe obciążenie kręgosłupa, uzależnia sprawność zwierzęcia od idealnej sprawności pozostałych łap i odbiera mu przyjemność hasania po łąkach.

W ogóle nie jest strukturą tzw. struktura projektowa i innowacyjna, opierająca się na sprekaryzowanych pracownikach na umowach zlecenie, bez stałego etatu. Projekt nie jest strukturą, bo choć ma cel (innowacje, odmiana), to nie posiada trwałej zasady i wzorców. Natomiast my, ludzie, musimy mieć struktury i instytucje, aby funkcjonować jako społeczeństwa, społeczności i organizacje. Musimy też mieć odmieńców, nowatorów, artystów, proroków i wizjonerów, którzy działają poza strukturami i pokazują nam możliwości, które w strukturach nie są zawarte i których na co dzień nie dostrzegamy. Stąd biorą się innowacje. Ale nie możemy być wszyscy nowatorami, bo wtedy każda najdrobniejsza kolektywna czynność pochłania gigantyczną energię pojedynczych osób i całego społeczeństwa. Co więcej, w rozregulowanym świecie mnożą się mroczni innowatorzy, czyli gangi, mafie, przestępczy oligarchowie.

Struktura projektowa” przypomina ssaka całkowicie pozbawionego kręgosłupa. Że takie spotworniałe stworzenie w ogóle funkcjonuje graniczy z cudem. Cała energia, jaką posiada pochodzi częściowo z desperacji pracowników, którzy przy pomocy żebraczej przedsiębiorczości walczą o środki do życia; a częściowo od zarządzających, którzy kierują tym wszystkim, zaprzęgając takie motywacje jak żądza władzy i chciwość. Nic w tym dziwnego, że takie organizacje pozbawione są także kręgosłupa moralnego – wszelkie odwołania do wartości muszą, w tych warunkach, trącić fałszem i manipulacją.

1. Starsza wersja została opublikowana jako: Monika Kostera (2020) „Czy można żyć bez kręgosłupa?”, Magazyn Kontakt, 3/44, s. 94-99. Dziękujemy Redakcji Magazynu Kontakt za zgodę na ponowne opublikowanie wersji nowszej!

Artykuł ukazał się w ramach cyklu zielone zarządzanie.