Do 2011 r. płeć nie zajmowała formalnego miejsca w agendzie klimatycznej Organizacji Narodów Zjednoczonych. Obecnie ONZ chwali się mapami drogowymi, planami działania i programami pracy, mając nadzieję, że pobudzi kobiety do włączania się w krajowe i międzynarodowe działania na rzecz klimatu.
Mimo to rozkład płci w delegacjach na szczyty klimatyczne COP utrzymuje się na poziomie 75% mężczyzn i 25% kobiet. Zespół Wielkiej Brytanii, gospodarza szczytu COP26, był kierowany i zdominowany przez mężczyzn, podczas gdy wiele głosów z Globalnego Południa zostało wykluczonych z konferencji.
Profesor Karen Morrow wyjaśnia, jak wygląda podział ze względu na płeć w zarządzaniu klimatem i dlaczego sprawiedliwość płci ma kluczowe znaczenie w walce ze zmianą klimatu.
Jennifer Kwao: Jakie są skutki zmian klimatu powiązane z płcią?
Karen Morrow: Zmiany klimatu są powiązane z płcią, gdyż społeczeństwo, które je wywołuje, jest pełne nierówności płci, podobnie jak system gospodarczy i przemysł. Z raportu opublikowanego w „The Guardian” wynika, że ze 100 największych spółek FTSE notowanych na brytyjskiej giełdzie tylko osiem jest kierowanych przez kobiety. Również nauka jest uwarunkowana płcią, podobnie jak system Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (UNFCCC).
Najgorzej odczuwają skutki zmian klimatu ci, którzy najmniej się przyczynili do ich powstania, oni też najbardziej są narażeni na ryzyko, zwykle z powodu ubóstwa. W wielu częściach świata odpowiedzialność za produkcję i przygotowanie żywności spoczywa na kobietach. Dostarczanie wody to zazwyczaj również ich zadanie. Gdy zmiany klimatu utrudniają jego wykonanie, konsekwencje ponoszą kobiety. Z kolei dziewczęta zabierane są ze szkół, aby pomóc w domu, gdy wymagają tego problemy codziennego życia.
Zmiany klimatu są powiązane z płcią, gdyż społeczeństwo, które je wywołuje, jest pełne nierówności płci, podobnie jak system gospodarczy i przemysł.
Chociaż wpływ zmian klimatu jest wszędzie uwarunkowany płcią, są one doświadczane w bardzo odmienny sposób w różnych społeczeństwach. Na przykład przesiedlenia wiążą się z różnego rodzaju zagrożeniami – nie nazywamy ludzi uchodźcami klimatycznymi, choć właśnie nimi są. Opracowania na temat takich katastrof jak huragan Katrina pokazały, że kobiety mają najmniejszą możliwość zabezpieczenia się przed gwałtownymi zagrożeniami. W takich sytuacjach są narażone na przemoc domową, seksualną i na utratę niepewnych dochodów.
Analiza intersekcjonalna pokazuje również, że kobiety i społeczność LGBTQIA+ to osoby najbiedniejsze i najmniej odporne na wszelkiego rodzaju wstrząsy systemowe – czy to ekonomiczne, czy środowiskowe.
Dlaczego kwestia płci jest tak istotna światowych negocjacjach klimatycznych? O czym i o kim mówimy? Kogo pomijamy?
Kobiety nie miały oficjalnego statusu grupy interesariuszy w UNFCCC do 2011 r. Dopiero wtedy – prawie 20 lat po podpisaniu konwencji – go otrzymały. Rozpoczęto wówczas aktywne działania na rzecz zwiększenia udziału kobiet, choć postęp był niestabilny i ograniczony. Dla przykładu: od 2020 r. ogólna zmiana procentowa członkostwa kobiet w organach UNFCCC jest znikoma. A w 2020 r. tylko w składzie trzech z 16 organów było 50 procent lub więcej kobiet, w trzech było ich 40 procent lub więcej, w sześciu 30 procent lub więcej, a w czterech 20 procent lub mniej. Mówimy o reprezentacji, która naprawdę zaczęła się zwiększać dopiero po programie prac z Limy w 2014 r. i programie działań na rzecz równości płci.
W ONZ płeć jest nadal postrzegana jako kwestia dotycząca kobiet. Jednak podejście do zmian klimatu uwzględniające równość płci i sprawiedliwość względem płci musi mieć poparcie mężczyzn i musi obejmować osoby, które nie należą do dominującej grupy cispłciowej. Zmiany zachodzą u podstaw, ale równa reprezentacja to zmiana w zakresie praw człowieka, która jeszcze nie nastąpiła. Prawie pół wieku po wygłoszonym w Pekinie przemówieniu Hillary Clinton, w którym stwierdziła, że „prawa kobiet to prawa człowieka”, wciąż musimy walczyć o to, co powinno już obowiązywać.
Zmiany zachodzą u podstaw, ale równa reprezentacja to zmiana w zakresie praw człowieka, która jeszcze nie nastąpiła.
Powolne dochodzenie do sprawiedliwości płci już nie wystarczy. Zmiany klimatu są tak złożone i dalekosiężne, że jako gatunek okradamy się z różnych perspektyw, które mogą pomóc nam lepiej radzić sobie z wyzwaniami, które te zmiany przed nami stawiają. Pomija się talent i doświadczenie. Przykładem mogą być kobiety afrykańskie, które utrzymują swoje rodziny. Klimat dosłownie zmienia się wokół nich, muszą chodzić po drewno na dłuższe odległości i uprawiać inne rośliny niż dotąd, więc ogromnie dużo się nauczyły, pokonując mnóstwo trudności, ale przez wiele lat nie miały odpowiedniej platformy do dzielenia się nowo nabytą wiedzą i umiejętnościami.
Nasza siła bierze się z różnorodności, nie z jednolitości. Warto więc dostrzec, jak rdzenni mieszkańcy podejmują znacznie bardziej aktywną rolę, mówiąc: „Mamy rzeczy, których możemy was nauczyć!”, nie czekając, aż zostanie im narzucone coś, co nie pasuje do ich światopoglądu ani do środowiska, które bardzo, bardzo dobrze rozumieją.
Nasza siła bierze się z różnorodności, nie z jednolitości.
Dlaczego UNFCCC skupia się na ilościowym podejściu do reprezentacji? Liczby nawet nie pokazują większych zmian.
UNFCCC publikuje obecnie co roku raport dotyczący składu pod kątem płci. W raporcie z 2021 r. znalazło się bardzo odkrywcze studium, porównujące czas wystąpień na wirtualnych sesjach plenarnych i spotkaniach poświęconych technologii i finansom w okresie od maja do czerwca 2021 r. W raporcie zagregowano dane według płci i wieku, badając, kto przemawiał i jak długo. Wyniki są odkrywcze, mimo że liczenie czasu wystąpień jest dość tępym narzędziem.
Analizując osiem spotkań plenarnych, w raporcie zaobserwowano, że uczestniczyło w nich więcej kobiet. Format online ułatwiał obejście niektórych ograniczeń związanych z uczestnictwem w spotkaniach międzynarodowych, częstszych dla kobiet (na przykład obowiązki związane z opieką nad dziećmi). W posiedzeniach plenarnych mężczyźni stanowili 51 procent członków delegacji, ale 60 procent mówców, i przypadało na nich 63 procent czasu wystąpień. Po wyeliminowaniu przewodniczących sesji mężczyźni stanowili 60 procent przemawiających i zajmowali 74 procent czasu wystąpień. To wyraźny sygnał, jeśli chodzi o to, kto ma głos. Raport nie analizuje jednak tego, co mówiono, więc nie może nam powiedzieć, kto jaki miał wpływ na debatę. Możemy uważać, że ten, kto mówi więcej, będzie miał większe możliwości wpływania na wyniki – ale to zależy od tego, co mówi. Jeśli przewodniczysz sesji, będziesz mówić więcej, ale też często będziesz dbać o porządek obrad lub zapraszać innych do zabrania głosu. Poświęcasz czas i używasz słów, ale nie zmieniasz wyników.
Jak myślisz, dlaczego ONZ tak bardzo opiera się na pomiarach i wskaźnikach?
Jest to powszechna troska współczesnych społeczeństw. Jeśli spojrzeć na przykład na Cele Zrównoważonego Rozwoju, wskaźniki dla nich też opierają się na konkretnych miernikach. I często skupiają się na ilości, a nie na jakości, mimo że ostatecznie mają doprowadzić do zmian jakościowych. Tak więc nie jest to specyfiką UNFCCC.
Musimy też wziąć pod uwagę naturę prawa międzynarodowego i rolę UNFCCC. Jej sekretariat nie ma realnej władzy nad państwami członkowskimi. Nie można zmusić żadnego państwa do podjęcia właściwych działań. Nie można go nawet zmusić do przestrzegania praw człowieka, pod którymi się podpisało. Ale można je zawstydzić, gdy tego nie robi. Ustalone na szczeblu krajowym zobowiązania (NDC, krajowe plany redukcji emisji gazów cieplarnianych) są podobnym pomysłem, ponieważ zmuszają państwa do zapisania na papierze, jaki ich zdaniem będzie ich wkład. Dzięki temu można zmierzyć efekty działań, nie tylko ocenić gadanie.
Jeśli państwa nie będą się czuły zażenowane tym, że nie dbają o włączenie perspektywy równości płci do swoich działań i delegacji, utracimy tę dźwignię – nie będzie wstydu, który mógłby je zmotywować.
Czy podejście ilościowe wystarczy, aby zmusić państwa do zapewnienia reprezentatywności ich zespołów negocjacyjnych?
Chociaż uważam, że podejście ilościowe nigdy nie będzie wystarczające, stanowi ono przynajmniej podstawę do debaty opartą na faktach. Grupa interesariuszy gender (gender constituency) w UNFCCC wypracowała swoje miejsce, wykorzystując informacje merytoryczne do obrony swoich racji. Jest bardzo uparta i musiała taka być, ponieważ nie chce być postrzegana jako miękka, kobieca i kierowana emocjami w systemie opartym na dowodach.
Im bardziej te dyskusje są publiczne, tym lepiej. Nie sądzę, by ludzie zdawali sobie sprawę, jak bardzo prawo międzynarodowe i przestrzeń polityczna zdominowane są przez mężczyzn. Jednakże spójrzmy na parlamenty krajowe. Wracając do udziału kobiet w życiu publicznym, w polityce, ale także w zarządzaniu systemami państwowymi, jest to niezwykle problematyczne. W Wielkiej Brytanii ponad połowa studentów prawa to kobiety, a mimo to w naszych najwyższych sądach zasiada niewielka liczba kobiet.
Nie sądzę, by ludzie zdawali sobie sprawę, jak bardzo prawo międzynarodowe i przestrzeń polityczna zdominowane są przez mężczyzn.
W brytyjskim zespole na COP26 była tylko jedna kobieta na najwyższym stanowisku, natomiast wiele zaangażowanych na najniższych stanowiskach. Ta jedyna kobieta „przy górnym stole” została dodana dopiero pod wpływem publicznego oburzenia. Oznacza to, że brytyjskie przywództwo COP26 było zdominowane przez mężczyzn – to oni mówili i wpływali na decyzje.
To problem systemowy. Wspomniane kwestie zmieniają się bardzo powoli i jeśli nad nimi naprawdę się nie zastanowimy i nie ułatwimy odpowiednich zmian, aby mieć pewność, że uwzględniamy całą gamę ludzkich talentów i głosów, zubożymy nie tylko kobiety i osoby inne niż cispłciowe, ale wszystkich.
Porozmawiajmy o szczytach klimatycznych. Jakie rodzaje finansowania powinny być poddane dyskusji? I dlaczego to ważne, aby znalazły się one w agendzie?
Musimy się przyjrzeć wszystkim finansom, w tym dotacjom. Kiedyś przeczytałam coś, co mnie naprawdę przeraziło. Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) policzył subsydia na paliwa kopalne i obliczył, że w skali globalnej, według danych z 2020 r., dotowaliśmy paliwa kopalne kwotą 11 milionów dolarów na minutę. Nie wystarczy, że nasz dom płonie – płacimy koncernom paliw kopalnych za podsycanie tego ognia!
Powinniśmy mówić o niefinansowaniu wandalizmu klimatycznego. Wiemy, na czym polega problem, i to niedorzeczne, że płacimy – czy to w formie bezpośrednich dotacji, czy preferencyjnych podatków – wielkim koncernom paliw kopalnych, by nadal je produkowały. Nikt o tym nie mówi, a trzeba o tym mówić!
Musimy także dotrzymać obietnic i umożliwić krajom rozwijającym się uniknięcie naprawdę brudnych aspektów rozwoju, które wdrażaliśmy w przeszłości. Jeśli przestaniemy płacić wielkim koncernom paliw kopalnych za pogłębianie naszych problemów, zaoszczędzone w ten sposób pieniądze będzie można przeznaczyć na pomoc populacjom najbardziej dotkniętym zmianami klimatu. Musimy myśleć bardziej kreatywnie i holistycznie.
Musimy dotrzymać obietnic, aby umożliwić krajom uniknięcie naprawdę brudnych aspektów rozwoju, które wdrażaliśmy w przeszłości.
Zaprzestanie subsydiowania doprowadziłoby nas do kolejnego zagadnienia, o którym wszyscy mówią: jak się kształtuje ceny emisji dwutlenku węgla. Zgodnie z badaniem MFW, nikt na świecie nie jest w stanie prawidłowo oszacować nakładów przemysłu, nie mówiąc już o kosztach środowiskowych. Wdrożenie w pełni dokładnych i kompleksowych cen emisji dwutlenku węgla jest praktycznie niemożliwe, ale spowodowanie, że produkcja paliw kopalnych stanie się nieopłacalna, mogłoby przynajmniej zmniejszyć skalę problemu. Tak więc należy przyjrzeć się finansom, ale wszystkim, a nie tylko tym, które wyglądają obiecująco pod kątem generowania zysków. Nie każdy może na tym zarobić, ale obecnie każdy za to płaci.
Światowe Zgromadzenie Kobiet w oświadczeniu na COP26 wezwało do przyjęcia podejścia opartego na prawach człowieka i takiego podejścia do działań klimatycznych, które opierałoby się na przywództwie najbardziej narażonych społeczności oraz osób z całego spektrum płci. Jaką rolę mogą odegrać takie organizacje jak UE i ONZ w popularyzacji tych głosów i przyjmowaniu ich propozycji?
Musi być dobry przykład. Od tego należy zacząć. Nie tylko dawać głos, ale przede wszystkim umieszczać kobiety w komitetach. Może to zmienić charakter dyskusji i jej wyniki. Badania wykazały, że organy decyzyjne i parlamenty, w których zasiada więcej kobiet, odmiennie myślą o kwestiach środowiskowych i podejmują inne postanowienia.
Badania wykazały, że organy decyzyjne i parlamenty, w których zasiada więcej kobiet, odmiennie myślą o kwestiach środowiskowych i podejmują inne postanowienia.
Jedną z rzeczy, które możemy zrobić w krajach rozwiniętych, jest zapewnienie finansowania. Mamy pieniądze i ONZ ma zasoby. Staże nawet nas nie kosztują. Pokrycie kosztów utrzymania kogoś, kto będzie obserwował, jak te rzeczy działają, może mieć ogromny wpływ. Zapraszanie kobiet z całego świata do budynku i na salę, aby ułatwić naukę poprzez oglądanie, to naprawdę ważne.
Mentoring, szkolenie, budowanie potencjału. Mamy ogromne zasoby talentów wśród kobiet w ONZ i UE, które można wykorzystać do inspirowania i wyposażania innych kobiet. COVID-19 nauczył nas, co jest możliwe online. Korzystanie z większej liczby warsztatów online i podobnych rozwiązań – kursów mistrzowskich, szkół letnich, gdzie można się uczyć i uzyskać kwalifikacje lub certyfikat rzecznictwa klimatycznego lub analizy kwestii klimatycznych pod kątem płci – może wzmocnić wiele osób.
Wiele z tego, o czym mówisz, odnosi się do systemowego związku między zmianami klimatu a dyskryminacją. Jak w ogóle możemy zacząć demontować ten system?
Zaczynamy od nazwania go, od pokazania kształtu systemu i tego, co na niego wpływa. Wiemy oczywiście, że kobiety są uciszane na całym świecie, i wiemy, że to szkodzi nam wszystkim. Musimy więc nazwać to po imieniu.
Zrównoważenie środowiska naturalnego wymaga od nas holistycznego myślenia, podobnie jak sprawiedliwość społeczna. Nie możemy myśleć „w silosach”. Nie ma znaczenia, jak zaawansowane są nasze polityki – jeśli niektóre kraje zostają w tyle, wszyscy cierpimy. Musimy myśleć jako gatunek.
Sieci są najważniejsze. Grupa interesariuszy gender w UNFCCC stworzyła sieci, których użyła do uzasadnienia swojego istnienia. Wykorzystała tworzenie sojuszy do budowania feministycznego podejścia, ponieważ nie wszystkie kobiety są takie same. Razem uznały, że w tym systemie wszyscy jesteśmy mniejszościami, więc uczenie się od siebie nawzajem i budowanie solidarności jest jednym ze sposobów, w jaki możemy zacząć go rozmontowywać.
Zmiany klimatyczne dotyczą nie tylko nauki i przemysłu, ale także ludzi i promowania świadomego ekologicznie podejścia do tego, co to znaczy być człowiekiem. Do tej pory niszczyliśmy wszystko dookoła dla krótkoterminowych korzyści. Teraz to nas zniszczy jako gatunek, jeśli nie zmienimy podejścia. Badania z zakresu psychologii behawioralnej z ostatnich lat pokazują, że możemy pozbyć się toksycznych sposobów bycia w świecie. Musimy uczyć się od południowoamerykańskich działaczy na rzecz praw natury i od kosmologii ludów rdzennych, które przypominają nam, że natura jest tam, gdzie jest nasz wspólny początek.
Artykuł został opublikowany w www.greeneuropeanjournal.eu 27 października 2021 r., przed szczytem klimatycznym COP26 w Glasgow. Nic nie stracił od tamtej pory ze swojej wartości merytorycznej i aktualności, dlatego – wobec ewidentnego niedosytu publikacji na temat zmiany klimatu w kontekście płci – publikujemy wywiad za zgodą Green European Foundation.
Tłumaczenie: Ewa Sufin-Jacquemart
Projekt zrealizowany przez Green European Foundation przy wsparciu Fundacji Strefa Zieleni oraz przy wsparciu finansowym Parlamentu Europejskiego dla Green European Foundation.
„Morze jest potężniejsze niż nasze ludzkie statki i aspiracje. Dobrze pokazuje to opowieść o Odyseuszu, który z powodu klątwy z Posejdona i przez to nie może wrócić do domu”.
Dwugłos o przyrodzie i miłości
Monika Kostera i Joanna Średnicka
J: Długo się zbierałam by dorzucić nam do katalogu morze, bo wydawał mi się ten obiekt westchnień wyjątkowo banalny. Kocham morze, i to miłością tak ślepą, że wyjście poza wszechogarniający zachwyt i jakąś bardziej wyrafinowaną refleksja nie jest łatwe. To uczucie, gdy przez pachnące sosnami wydmy docieram do miejsca z którego widać wzburzone fale, gdy czuć słony zapach wiatru, gdy piach wdziera się do butów, gdy wreszcie możesz je zdjąć i poczuć ziarenka na bosej stopie. Morze chłonę wszystkimi zmysłami. Też tak masz? Nigdy nie mieszkałam na wybrzeżu, zobaczenie Bałtyku – bo to zdecydodowanie najbardziej morskie z moich mórz – oznacza wyprawę. Planowanie, oczekiwanie i radość ze spotkania. Zdarzyło mi się kilkakrotknie poszukać pretekstu by wsiąć w pociąg i wybrać się na Hel. Uwielbiam w sumie to, że jest daleko, że nie mam go pod nosem, że w dniu rozstania zaczynam sobie marzyć o kolejnym powrocie. A jaka jest Twoja morska miłość?
M: Ja czuję to samo co Ty, morze jest nadzwyczajne! Ciągnie mnie do niego w taki sposób, jak dziecko ciągnie do matki. Wakacje spędzamy z mężem zawsze wędrując z plecakami i staramy się planować trasę tak, żeby spotkać morze, choćby na jeden dzień. Wchodzę wtedy cała do morza, z głową, zanurzam się, a jeśli się nie da, bo jesteśmy w drodze, to przynajmniej po granice krótkich spodenek. Kiedyś weszłam tak do Atlantyku – zmoczył mnie całą. Moim ukochanym morzem jest Mare Nostrum, ciepłe i świetliste, choć zdaję sobie sprawę z tego, że potrafi być równie groźne jak mroczny Bałtyk. Z Bałtykiem mam relację typu: „to skomplikowane.” Mieszkałam nad nim kiedyś i były to dla mnie trudne lata. Był nawet taki czas, że w jasne dni mogłam go zobaczyć z okna. Jasne dni prawie wcale się nie zdarzały. W mroczne, wietrze, desczowe wieczory, które zdarzały się prawie stale, chodziłyśmy z przyjaciółką nad morze „na papierosa”. Był taki moment, gdy wiatr, może i ląd mieszały się razem, splatały w takie czarne, przenikające się wzajemnie fale. Totalna liminalność. To nie jest metafora – obie to widziałyśmy naprawdę. Do tego dołączałyśmy dym z naszych papierosów. Miałyśmy po kilkanaście lat i patrzyłybyśmy nie tylko samymi oczami. Też masz swoje ukochane morze?
J: Fascynowały mnie zawsze morza z przypływami i odpływami. Na Bałtyku są one skromniutkie, w zasadzie niedostrzegalne, ale takie Morze Północne na przykład zbliżające i oddalające się do holenderskich wybrzeży… Lubię bezwarunkową cykliczność tego procesu. To jednak ten typ relacji, w której muszę zachować dystans i bezpieczną odległość. Nie mogę żeglować po morzu, choroba morska totalnie zwala mnie z nóg. Mam takie wspomnienie z tygodniowego morskiego rejsu, jedynego w życiu, wśród greckich wysp. Obłędny błękit wody i nieba, słońce, malownicze zatoczki. Było to na swój sposób intersujące, doświadczyć ekstremalnej reakcji swojego ciała na falujący morski ruch, w tym nieziemsko pięknym otoczeniu. Zajęło mi kilka godzin pogodzenie się z tym stanem: przyjęcie, że nic nie da się zrobić, że pełnym wyzwoleniem będzie dopiero zejście na ląd. Można różnymi sposobami próbować zapobiegać wystąpieniu choroby morskiej, ale jak już się zacznie, to nic nie poradzisz. To było też społecznie i estetycznie trudne. Tak się złożyło, że byłam jedyną osobą na niewielkim jachcie, która tego doświadczała w takiej skali. Początkowo mocno krępujące doświadczenie, nie możesz uciec, jesteś obnażona w swej słabości. W pewnym momencie odpuszczasz i cielesność bierze górę nad konwencją. Pielęgnuje to wspomnienie i wracam do niego często w różnych sytuacjach społecznych, gdy trzeba pokornie i cierpliwie zmierzyć się z własną niemocą wobec czegoś większego.
M: O, tak, wiem o czym mówisz – to oddychanie wielkich mórz! W ubiegłym roku pojechaliśmy na wyspę Ouessant położoną na Atlantyku u zachodniego krańca Francji. Mieszkaliśmy tuż nad morzem, z widokiem na bezkres pełen wzburzonych fal. Bliżej nas był odpływ, rybackie łódki leżały pochylone na piasku. W ciągu kilku dni wraz ze zmianą fazy księżyca – zbierało się na pełnię – zatoczka zaczynała się wypełniać wodą, łódki podnosiły się. Ouessant jest pierwszym kawałkiem lądu widzianym przez statki płynące z Ameryki. Aby wpłynąć do kanału La Manche trzeba ominąć wyspę. W tym miejscu sztormy i wichury są bardzo częste, niezwykle ciężko nawigować więc pełno tu wraków. Pobudowano 5 latarni morskich co robi szczególnie niesamowite wrażenie na meleńskiej wyspie o niespełna tysiącu mieszkańców. To naprawdę wyspa oceanu i wichrów. Czuliśmy respekt, czuliśmy się tu ich gośćmi. Na wsypę dostaliśmy się promem – mały stateczek miotany na wszytkie strony potężnym wiatrem, szczeglónie w jedną stronę wyglądało jakby statek był piłką w odbijanie której zabawiały się morze i niebo. Jechała z nami grupa alinistów, wyglądających na prawdziwych twardzieli, z linami i pełnym sprzętem. Pochorował się cały statek, w alpinistami włącznie – a ja nie. Miała zapalenie zatok tak potężne, że czułam się, jakby moja głowa była zalana betonem. Było to bardzo przekre uczucie, ale w przypadku sztormu akurat zdaje się pomogło mi względnie spokojnie przepłynąć po wzburzonym morzu. Paradoksalnie – czułam się źle, ale w kontekście rozszalałych fal całkiem nieźle, zwłaszcza w porównaniu z innymi. Tak, tak jak mówisz, nasze ciała pokazują, jak jesteśmy mali i jak bardzo jesteśmy częścią większych kontekstów. Atlantyk zresztą okazał się dla mnie łaskawy, podobnie jak bakterie w moich zatokach – i jedno i drugie odpuściło w drodze powrotnej. Morze było dość łagodne i przyjazne, a jak czułam lekki dysonans między moim ciałem a jego ogromnym organizmem.
Morze jest potężniejsze niż nasze ludzkie statki i aspiracje. Dobrze pokazuje to opowieść o Odyseuszu, który z powodu klątwy z Posejdona i przez to nie może wrócić do domu. Kiedy byłam mała lubiłam czytać o wyprawach morskich. Uwielbiałam Odyseję, znacznie bardziej niż wojenną Iliadę. Moją ulubiona morską książką było chyba Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi Juliusza Verne’a. A Ty, lubiłaś, lubisz takie opowieści?
J: Mnie absolutnie fascynowały zawsze globusy, mapy i historie morskich wypraw podróżników, poszukujących – z ich perspektywy – nowych lądów. Taki Kolumb na przykład. No bohater dzieciństwa. Ta europocentryczna optyka towarzyszyła mi zresztą zadziwiająco długo. Wciąż pamiętam gdy pierwszy raz, chyba już na studiach zobaczyłam mapy przedstawiające świat – otoczone oceanami kontynenty – oczami osoby z Indii czy Australii. To było jedno z tych silnych doświdczeń, które zmieniają bezpowrotnie twoje postrzeganie i rozumienie rzeczywistości. Nie mogłam jakoś wtedy naiwnie pojąć, dlaczego od takiego ćwiczenia nie zaczynają się szkolne lekcje historii, próba zrozumienia dziejów naszej cywilizacji, ustawienia się jakoś wobec realcji z innymi, zamorskimi krainami. Dlaczego nikt mi tego wcześniej nie pokazał, zastanawiałam się? Już po latach widzę, że mapa świata, czyli pewien mentalny model jego postrzegania przez ludzi, w zależności od ich drogi, pochodzenia, wartości to plastyczna i użyteczna metafora. Banalna skądinąd myśl, że każdy z nas ma ją na swój swosób inną: gdzie indziej widzi centrum, peryferie, wrogów i przyjaciół, szanse i zagrożenia. Mi pomaga. Dobre usupełnienie dla pierwiastka Kolumba- odkrywcy w każdym z nas. Bo kocham mieć jakiś Hel w zasięgu kilku godzin jazdy. Gdy jak on, kilka stuleci wcześniej stoisz na krańcu lądu, patrzysz w bezkres i marzysz o jakimś innym świecie.
Odcinek 6.
Poprzedni odcinek: Houston, będziemy mieć problem
Trudno było wymyślić nam na Wydziale ciekawszą wyprawę niż w miejsce pierwszego znanego strajku w dziejach ludzkości. Do misji wybrano prymusów: byli to Miszala i Pat. Znaleźli się, w roli terminujących młodych skrybów, w dolinie w zachodnich Tebach, w osadzie robotników pracujących przy grobowcach faraonów. W starożytnym Egipcie zdarzało się, że skrybami były kobiety i zajmowały się rachunkowością i administracją, ale bywały też kapłankami i lekarkami. Miszala i Pat, po gruntownej edukacji w staroegipskim systemie pisma, mieli pracować jako kandydaci na nauczycieli. Taki zawód miał najwięcej sensu, bo nie czynił z nich automatycznie nadzorców z jednej strony, a z drugiej – nie musieli pracować fizycznie z robotnikami. Pat bardzo nie lubi pracować fizycznie, więc kategorycznie zaznaczyła, że nie będzie nic murować ani nosić podczas tej wyprawy. Pat mówi, że jej ulubionym sportem ekstremalnym jest czytanie. W sam raz na skrybę – stwierdzili opiekuni naukowi i stąd taka rola w terenie.
Osada nazywała się Set-Ma’at, Miejsce Prawdy. Jednak tę prawdę owiewała pewna tajemnica: osada była państwowym sekretem, nie mówiono o niej głośno. Tamtejsi robotnicy wiedzieli zbyt dużo, a więc byli zbyt cenni.
Uwielbiający wszelkich masonów i inne tajemnice Miszala mógł być szczęśliwy i dumny, ale wolał narzekać, że to już nie czasy wznoszenia piramid.
– To się trafiło innym, tym kujonom z pokolenia naszych wykładowców – utyskiwał.
– Nie marudź – kręciła głową Pat – Każdy by się z tobą zamienił. – Pomyśl o Dobrowoju i Damroce którzy musieli jechać do średniowiecznej Islandii. Nawet sprzed Althingu, mój drogi amigo.
– Ale ja naprawdę sądziłem, że zobaczymy w budowie jakąś piramidę! – okazało się, że Miszala, choć prymus, niezbyt dobrze znał okres historyczny, do którego przenieśli się wehikułem czasu.
– Zobaczysz, jak budowano groby w Dolinie Królów. Kropka – odparła Pat.
– Ale ja chcę piramid!
– To wracaj na Wydział budować makiety i tam sobie marudź o piramidach – uciszyła go. Zrobiło jej się jednak żal prymusa-nieuka i opowiedziała mu pokrótce, że w czasach, w których wylądowali, Egipt niespecjalnie było już stać na takie cuda świata jak piramidy. Zmieniły się nieco koncepcje religijne. Faraon mniej już był bogiem, a bardziej opiekunem swojego ludu. A poza tym trudno było przeskoczyć piramidy w Gizie, więc po co kolejnym faraonom marnować siły i środki? Żeby pokazać się, że są gorsi od Cheopsa, Chefrena czy Mykerinosa?
– Poza tym podziemne groby w Dolinie Królów łatwiej upilnować przed rabusiami – zakończyła Pat.
Nie uciszyło to jednak marudnego Miszali. Niebawem znalazł kolejny problem. Sekrety sekretami ale życie tu znacznie różniło się od świata gier i filmów. Powolne, nudne, żmudne, bez większych emocji. Robotnicy nazywali się pokornie Sługami Miejsca Prawdy i żyli skromnie. Wszystko mieli zagwarantowane, a nie żądali wiele: zadowalali się zaspokojeniem im wiktu i opierunku. Dostawali zboże, ryby, warzywa, owoce, ubrania, drewno na opał. Czasem piwo i oliwę. Z rzadka sól i mięso.
– Nie dziwię się, że to musiało doprowadzić do strajku. Co za nuda, potrzebowali trochę akcji! – syczał Miszala, sącząc cienkie piwo. Pat pokiwała głową. Co za bezmiar ignorancji za publiczne fundusze! Robotnicy nie zastrajkowali z nudy, lecz dlatego, że pewnego dnia w 29 roku panowania faraona Ramzesa III nawet ich skromne potrzeby nie zostały zaspokojone. Słaby poziom wiedzy Miszali wynikał jednak nie stąd, że nic się nie uczył, ale że uczył się głównie ciekawych rzeczy. Czyli tego, co miało trochę akcji. A co na naszych studiach miało trochę akcji? Historia gier i filmów oczywiście, choć w tych czasach była nadal niedoceniana i nie miała nawet własnego instytutu. Miszala argumentował, że historia gier i filmów ma wielką przyszłość. Tymczasem przebywali jednak w przeszłości gdzie robotnicy byli poważnie wkurzeni, z czego zwierzyli się młodym kandydatom na skrybów. Szczególnie chętnie zwierzali się skrybini, bo myśleli, że zostanie kapłanką i może przez to będą mieli fory nie tyle u bóstwa, co w świątyni, gdzie mają dużo prowiantu. Wreszcie zebrali się razem i udali pod chatę nadzorcy z tą samą skargą co wcześniej, tyle że bardziej stanowczo sformułowaną.
– Już dwadzieścia dni miesiąca minęło, a my wciąż nie dostaliśmy jedzenia. Ile to jeszcze potrwa? – denerwowali się. Przyniosło to skutek. Nadzorca pofatygował się do pobliskiej świątyni jednego ze zmarłych faraonów i wydobył stamtąd odpowiednią ilość zboża.
Miszala, dla odmiany, zaczął sarkać, że marny i krótki ten pierwszy strajk. Lecz okazało się, że to dopiero początek. Kilka miesięcy później sytuacja zaczęła się dynamicznie rozwijać, niemal jak wartka akcja w grach i filmach. Tym razem Słudzy Miejsca Prawdy nie czekali już na szefa, tylko sami pofatygowali się do pobliskich świątyń po zaopatrzenie. Zasypali kapłanów i strażników skargami, w które uważnie wsłuchiwała się Pat.
– My, słudzy Miejsca Prawdy, Jesteśmy głodni i spragnieni! Nie mamy co włożyć do garnka, nie mamy czego nałożyć na kark!
– Faraon musi o tym się dowiedzieć! On by do tego nie dopuścił!
– Wierzymy, że faraon, który obronił nas przed najazdem, obroni nas też przed głodem.
Pat pamiętała, że w 1178 roku p.n.e. Ramzes odparł inwazję tzw. Ludów Morza. Ba, poradził sobie nie tylko z atakami obcych, ale też z wywołaną zmianami klimatycznymi klęską nieurodzaju. Podczas gdy wokół pod ciosami mieczy, od palącego słońca i innych problemów runęły imperia Hetytów, Mykeńczyków i Asyryjczyków, Egipt przetrwał.
W podzięce bogom, Ramzes III odnawiał świątynie i budował pomniki. Finansował to z łupów z wypraw do obcych krain. Jednak z czasem i jego poddani zaczęli odczuwać ciężar sukcesów faraona. To były tysiące mężczyzn zabranych na wojnę, którzy już nie wrócili. Brakło rąk do pracy w czasach, gdy klimat stawał się coraz bardziej wymagający. A przy niknących zasobach mnożyły się przypadki korupcji urzędników. Te problemy w końcu dotarły także do tajnej osady Set-Ma’at.
– Naprawdę wierzycie, że faraon obroni nas przed głodem? – nie dowierzał jeden z mówców na zebraniu starszyzny robotników.
– Taki ma obowiązek – odparł cieszący się szacunkiem starszy oczytany skryba – Ma czuwać nad tym, żeby w kraju nad Nilem wszystko funkcjonowało harmonijnie. A my mamy obowiązek być mu posłuszni…
– Posłuchaj mądralo, nie ty jeden potrafisz tu czytać. Ja wiem, że nasz król ma dbać, by każdy znał swoje miejsce i obowiązki, by nikt nikomu nie utrudniał życia – odezwał się, ku zdziwieniu Pat, kobiecy głos – Tymczasem mój mąż poszedł wczoraj na żebry pod świątynię. Powiedzieli mu, że mają mirrę, miedź i brąz, ale te nie będą mu smakować. Wrócił tak wyczerpany i głodny, że leży teraz w malignie…
– Cichaj, kobieto! – uciszył ją inny z robotników. – Rzecz w tym, że my chodzimy na skargi do urzędników i kapłanów, a oni poprzez swoich zwierzchników powinni dać znać faraonowi. Nie robią jednak tego ze strachu, że skończyliby u krokodyli! Faraon nic nie wie, nic nie zrobi!
– Ach ta bajka o dobrym faraonie i złych wezyrach – mruknął ktoś. Kłótnia zaczęła się na dobre. Pat i Miszala zarejestrowali ją na paznokciowym dyktafonie, a potem odtworzyli i omówili w swojej chacie. Jako terminujący skrybowie mieli do dyspozycji całkiem miło urządzoną chatkę, plus, oczywiście nowo opracowaną kompaktową toaletę ze śluzą czasową. Prócz względów związanych z komfortem badaczy, wnioskując o przyznanie im tego nowoczesnego udogodnienia powołali się też na przyczyny ekologiczne. Egipcjanie mają wystarczająco dużo własnych nawozów, a inne epoki, na przykład smutne lata dwudzieste XXI wieku, wymagają dodatkowego użyźniania i gnojenia.
– Wiesz, co – odezwał się Miszala – rozmawiałem z takim jednym i on powiedział, że wie, jak sobie z tym wszystkim poradzą. Po prostu włamią się do grobowców, zabiorą stamtąd złoto i klejnoty, sprzedadzą na lewo i będę mieli na jedzenie.
– Gadanie – odparła Pat.
– To chyba tym razem ty jesteś niedoinformowana – triumfował Miszala – Była tu już taka afera, jakiś czas temu. Całe rodziny były zamieszane w kradzieże.
Ta informacja zaniepokoiła Pat. Oczyma wyobraźni widziała już jak pod pretekstem karania rabusiów wioskę atakują i wyrzynają hordy najemników wysłane przez jakiegoś rozsierdzonego wezyra. Ale podręczniki o tym nie wspominały, więc chyba nie miała się czego bać? Sama nie wiedziała…
Dzień później sytuacja się zaogniła. Robotnicy poszerzyli protest i odcięli oficjelom wszelki dostęp do Doliny Królów.
– Zobaczymy, co nasza wierchuszka powie teraz, gdy nie będzie mogła składać ofiar za zmarłych. Może wreszcie otrzeźwieje! – rozpowiadali przywódcy strajku.
– A co, jeśli was zaatakują? – podzieliła się swoimi obawami Pat.
– Zapewniam, że nim nas powalą, rozwalimy niejeden królewski grobowiec – usłyszała w odpowiedzi.
Nie tego oczekiwała.
– Wiesz co, Miszala, powinniśmy chyba wracać. Robi się niebezpiecznie – stwierdziła w chacie. – Znów będą jakieś jazdy i kurs z etyki badawczej rozbudują do sześciu pełnych semestrów.
– Jak to? – zdziwił się Miszala. – Przecież znasz przebieg wydarzeń z podręcznika? Za twoją namową zajrzałem tam i przeczytałem, że wszyscy w końcu się dogadają, chociaż potrwa to ze trzy lata. Faraon niczego się nie dowie, potem zginie w pałacowym zamachu. Robotnicy zaś poznają, że mają realną siłę. Nie będą już się sprzeciwiać tylko zakłóceniom w dostawach żywności, ale będą też występować przeciw korupcji i niesprawiedliwości.
– Tak? – Pat uniosła brew. – Aż dziw, że nie powołali tu komuny egipskiej…
– Co masz na myśli?
– Że pachnie mi tu krwią. Nasz strajk opisało ledwie jedno źródło. A co, jeśli trochę mijało się z prawdą? Co, jeśli robotnicy zostali krwawo spacyfikowani i dlatego „dogadali się” z nadzorcami i urzędnikami?
– Cykasz się?
– Tak.
– To wracaj. Ja zostaję – odparł Miszala.
Pat wróciła na Wydział i napisała pracę, która spotkała się z dość życzliwymi opiniami. Miszala doczekał końca strajku robotników, w międzyczasie po kryjomu infiltrując z rabusiami pobliskie groby. Na zakończenie ruszył nawet do Gizy, by włamać się do Wielkiej Piramidy. Po powrocie na Wydział został oczywiście wyrzucony ze studiów. Liczył się z tym. Napisał książkę, która wygrała konkurs Rady Kultury w kategorii opowieści przygodowe dla młodzieży trudnej i otrzymała przydział środków do dalszego opracowania. Na podstawie książki powstała gra, która przyniosła Miszali wielką sławę i odznaczenie Złoty Krokus Zasługi na Wielkim Kongresie Międzynarodówki Ekomunistycznej. Miszala przeniósł się do samej Brasílii, gdzie dotąd mieszka w zaprojektowanej przez siebie świetlistej eko-piramidzie i gdzie odwiedzają go stale tłumy fanów i fanek. Można powiedzieć, że to on wygenerował współczesną modę na wszystko, co egipskie.
Jednak to dzięki tej modzie udało się, wiele lat później, doktorantce Pat, wówczas już doświadczonej profesor, otrzymać zgodę na ambitne badania w tym samym miejscu i czasie. Dzięki nim powstał system Nil-12, który trwale odwraca skutki zmian klimatycznych wygenerowanych w słusznie minionej epoce Antropocenu. Już znaleźli się oczywiście dziennikarze, którzy nową epokę zaczynają nazywać „Nilocenem”. Niedawno w wywiadzie dla Zielonej Prawdy profesor Pat wyraziła nieśmiało nadzieję, że zapanuje wkrótce moda na geologię i ludzie wreszcie dowiedzą się, że epoki geologiczne trwają troszkę dłużej niż kilkadziesiąt lat…
Trzy pierwsze odcinki cyklu można przeczytać w Nowym Obywatelu.
Światowa Organizacja Meteorologiczna (WMO) ogłosiła, że rok 2023 został uznany za najcieplejszy w historii pomiarów, ze średnią temperaturą globalną przewyższającą o 1,45±0,12°C poziom sprzed ery przemysłowej. Choć Porozumienie Paryskie w sprawie zmian klimatu, mające na celu ograniczenie długoterminowego wzrostu temperatur do nie więcej niż 1,5°C powyżej poziomu przedprzemysłowego odnosi się do średniej wieloletniej,
a nie do pojedynczego roku, fakt zbliżenia się do tego progu w 2023 należy uznać za niepokojący.
Analizy WMO, wykonane na podstawie sześciu zbiorów danych przygotowywanych przez wiodące centra badawcze (Met Office Hadley Centre (HadCRUT5), NOAA (NOAAGlobalTemp), NASA GISS (GISTEMP), Berkeley Earth, Japońska Agencja Meteorologiczna (reanaliza JRA-55) oraz reanaliza Copernicus Climate Change Service), pokazują, że w 2023 r. średnia roczna temperatura na świecie wyniosła 1,45 ± 0,12°C powyżej poziomu przedprzemysłowego (1850–1900). W każdym miesiącu od czerwca do grudnia padały nowe rekordy temperatur. Dodatkowo lipiec i sierpień były dwoma najgorętszymi miesiącami w historii pomiarów.
– Zmiana klimatu to największe wyzwanie, przed jakim stoi ludzkość. Dotyka nas wszystkich, zwłaszcza tych najbardziej bezbronnych – powiedziała prof. Celeste Saulo, Sekretarz Generalna WMO. – Nie możemy sobie pozwolić na dłuższe czekanie. Już podejmujemy działania, ale musimy zrobić więcej i to szybko. Musimy drastycznie ograniczyć emisję gazów cieplarnianych i przyspieszyć przejście na odnawialne źródła energii ¹.
Pamiętajmy, że od lat 80. XX w. każda dekada jest cieplejsza od poprzedniej. Ostatnie dziewięć lat było najcieplejszymi w historii. Lata 2016 (silne El Niño) i 2020 zostały już wcześniej sklasyfikowane jako najcieplejsze w historii, z temperaturą 1,29 ±0,12°C i 1,27 ±0,12°C powyżej epoki przedindustrialnej. Z raportu WMO wynika, że z uwzględnieniem marginesu niepewności średnia dziesięcioletnia w latach 2014–2023 była o 1,20 ±0,12°C wyższa od średniej z lat 1850–1900².
Temperatury w Polsce
W Polsce podobnie jak w wielu innych regionach świata, odnotowano znaczne odchylenia od historycznych norm temperaturowych. W 2023 roku również w naszym kraju zanotowano rekordowo wysokie temperatury w różnych miesiącach. Jak podawał IMGW-PIB, tego roku odnotowano trzy najważniejsze rekordy w polskiej meteorologii: najwyższa temperatura w styczniu, najcieplejszy wrzesień, najwyższa temperatura w październiku³ . Analiza średnich rocznych temperatur przygotowana przez ekspertów z Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego ukazuje wyraźne zmiany temperatury w ostatnich kilkudziesięciu latach. Niezależnie od wahań międzyrocznych, przebieg anomalii wskazuje na wyraźny wzrost temperatury średniej, zanotowanej na obszarze całej Polski. Od początku XXI średnia roczna temperatura była w większości przypadków wyższa niż średnia z okresu 1981- 20174
– Wyraźnie zarysowują się trendy zmian temperatur ekstremalnych i częstości ich występowania. Liczba dni upalnych wzrosła od jednostkowych przypadków na początku lat 80-tych XX w. do wartości kilku lub nawet kilkunastu dni w roku. Zwiększyła się również liczba nocy tropikalnych, tj. przypadków, w których najniższa temperatura w ciągu doby nie spada poniżej 20°C. Wzrosły też temperatury okresu zimowego – komentuje dr hab. inż. Joanna Strużewska, Kierownik Zakładu Modelowania Atmosfery i Klimatu IOŚ-PIB.
Naukowcy z IOŚ-PIB opracowali raport „Zmiany temperatury i opadu na obszarze Polski w warunkach przyszłego klimatu do 2100 roku”, w którym poza analizą danych z ostatnich kilkudziesięciu lat, prezentowane są prognozy zmian klimatu dla Polski do końca stulecia dla dwóch scenariuszy rozwoju opartych o założenia 5-tego Raportu Oceny Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC). Wynika z niego, że największe zmiany są prognozowane w miesiącach zimowych (grudzień, styczeń, luty) oraz letnich (czerwiec, lipiec, sierpień). Dodatkowo w połowie stulecia największe wzrosty temperatury mogą wystąpić na wschodzie i północnym-wschodzie Polski. Wzrost temperatury do roku 2060 wynosić ma średnio od ok 1°C (RCP4.5) do 1,2°C (RCP8.5)5
Wzrost średniej rocznej temperatury wynika zarówno ze zwiększenia się liczby dni gorących, jak i z redukcji liczby dni mroźnych. W wyniku wzrostu temperatur w chłodnej porze roku zmniejszy się liczba dni przymrozkowych. Efekt? Brak śniegu, który pełni wiele istotnych funkcji wpływających na środowisko naturalne, klimat, a także życie społeczne. Należy pamiętać, że warstwa śniegu działa jako izolator termiczny, chroniąc rośliny, zwierzęta i
glebę przed ekstremalnymi temperaturami. Pokrywając powierzchnię, redukuje utratę ciepła z gleby i zabezpiecza rośliny przed niskimi temperaturami. Ponadto śnieg, jako skumulowane opady atmosferyczne, stanowi ważne źródło wody dla wielu obszarów. Wiosną, w miarę topnienia śniegu, uwalnia się woda, zasilając rzeki, strumienie i jeziora. Nie bez znaczenia jest również jego rola w turystyce i rekreacji. Obszary górskie i regiony, gdzie zimą występuje śnieg, stają się popularnymi kierunkami turystycznymi, nie tylko ze względu na sporty zimowe, ale także spacery krajoznawcze, czy korzystanie ze śnieżnych atrakcji, takich jak np. w kulig. Sztuczne naśnieżanie stoku narciarskiego to koszt nawet 30 tys. zł dziennie6, co jest wydatkiem, który nie każde przedsiębiorstwo będzie mogło ponieść. W konsekwencji duża część ośrodków może przestać funkcjonować, a ceny usług radykalnie wzrosną.
Co dalej?
Najnowsze dane potwierdzają alarmujące trendy związane z ociepleniem klimatu, wymagając pilnych działań na szczeblu globalnym i lokalnym. Według raportu WMO z maja 2023 roku istnieje 66% prawdopodobieństwo, że przynajmniej jeden rok w okresie od 2023 do 2027 będzie charakteryzować się średnią temperaturą przekraczającą o 1,5°C wartość średnią z okresu przedprzemysłowego (1850-1900)7 W świetle tego uzasadnione są rosnące obawy dotyczące globalnego ocieplenia i zmian klimatu. Realne ryzyko przekroczenia istotnego progu temperaturowego w nadchodzących latach stawia społeczność międzynarodową przed wyzwaniem zrównoważonego rozwoju, a skutki zmian klimatu stają się coraz bardziej widoczne na całym świecie.
1 https://wmo.int/media/news/wmo-confirms-2023-smashes-global-temperature-record
2 https://wmo.int/media/news/wmo-confirms-2023-smashes-global-temperature-record
3. https://twitter.com/IMGW_CMM/status/1709524541981020364?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweete
mbed%7Ctwterm%5E1709524541981020364%7Ctwgr%5E949d2d33b939a5da33df033e9e234b5d2c6cabdf%7
Ctwcon%5Es1_&ref_url=https%3A%2F%2Fsmoglab.pl%2Fza-nami-najgoretszy-wrzesien-i-poczatek-
pazdziernika-z-rekordem-szalony-rok-w-polsce%2
4 https://ios.edu.pl/wp-content/uploads/2022/12/raport-skrocony-260121.pdf
5 Umiarkowany scenariusz RCP4.5 zakłada dalszy wzrost stężeń CO2, odpowiednio do 540 ppm w r. 2100 oraz
osiągnięcie wymuszenia radiacyjnego na poziomie 4.5 W/m2, zaś scenariusz ekstrapolacyjny RCP8.5 odpowiada
wzrostowi stężeń CO2 do 940 ppm w r. 2100 i ciągły wzrost wymuszenia radiacyjnego do poziomu 8.5 W/m2.
6 https://www.money.pl/gospodarka/gorale-zalamuja-rece-przed-feriami-ulge-przyniesie-tylko-snieg-co-z-
turystami-6854484584971168a.html
7 https://hadleyserver.metoffice.gov.uk/wmolc/WMO_GADCU_2023-2027.pdf
Materiał opublikowany dzięki Instytutowi Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego
Institute of Environmental Protection – National Research Institute
Odcinek 5.
Poprzedni odcinek: Badanie w Watykanie
Dzięki tym wybitnym idiotom Smyszce i Żylikowi, którzy prawie spowodowali Zmianę Historii (aż musieli interweniować członkowie senatu), kursy z etyki z 60 godzin rozpanoszyły się do 360. Co więcej, doktoranci dostali absolutny szlaban na spotykanie się z jakimikolwiek kluczowymi postaciami historycznymi. Pech chciał, że mieliśmy już w kieszeni zgodę na badanie misji Apollo, lecz zgoda została cofnięta. Nawet nie pozwolono nam zbadać super sympatycznego Chrisa Hadfielda, kanadyjskiego astronauty i pisarza, który uczestniczył w kilku misjach i nagrał piosenkę Davida Bowie na pokładzie statku kosmicznego. Odkąd loty w kosmos są zabronione z powodów ekologicznych, mamy wyłącznie możliwość badania ich w przeszłości, więc naprawdę, szkoda. Dziękujemy Wam koleżanko i kolego! Dziękujemy bardzo, porra.
Musieliśmy stonować nasz opis badań i w końcu dostaliśmy zgodę – ufff – na zbadanie ośrodka obliczeniowego, który opracowywał oprogramowanie lotu dla misji Apollo 11. Dostaliśmy – my, czyli Czasław i Jagna – absolutny zakaz nawet patrzenia na przyszłych astronautów. Mieliśmy skoncentrować się na tym, jak przygotowywane było oprogramowanie, jak przebiegała współpraca tych prekursorów informatyki, jak pisano kod, jak zgłaszano innowacyjne wnioski. Wszystko niezwykle ciekawe i bardzo ważne: bez tego programu nie byłoby lotu na Księżyc ani słynnego spaceru Neila Armstronga po Srebrnym Globie.
W ogóle był to niesamowity czas. W Paryżu rewolucja 1968 roku, która promieniowała właściwie na cały świat, zaczęła się na uniwersytecie w Nanterre. Lada moment miał być koncert w Woodstock, który przedefiniował kulturę na długie lata, być może na zawsze. Zamordowano wielkiego świętego Kościoła Ekumenicznego, Martina Luthera Kinga i budzącego sympatię bojownika o pokój Roberta Kennedy’ego. Masakra ludności cywilnej w My Lai przez wojsko amerykańskie wywołała szok. W Brazylii pierwszy zryw rewolucyjny przeciwko dyktaturze – też zapoczątkowany przez studentów. Echa Praskiej Wiosny. Czkawka po marcowych migdałach w Polsce. Nie obawialiśmy się nudy.
Nie obyło się jednak bez utrudnień. Okazało się, że musieliśmy wcielić się w osoby sporo młodsze, bo nasi promotorzy stanowczo sprzeciwiali się angażowaniu nas w poważniejsze projekty z przeszłości, więc wchodził w grę tylko etat stażysty. W tamtych czasach doktorant raczej nie był stażystą w poważnych instytucjach naukowych, tylko etatowym pracownikiem, więc musieliśmy udawać studentów. Na szczęście wyglądamy młodo i pięknie, więc problem polegał tylko na odgrywaniu dużo mniej mądrych, niż naprawdę jesteśmy. Jagna zaopatrzyła się w jeansy, koraliki i bluzki z falbankami. Czasiek wskoczył w identyczne spodnie i koraliki, miał jedwabną bandankę i kolorowy T-shirt z dużym symbolem pokoju. Trochę się śmiał, że jest chodzącą reklamą Partii Pokoju, ale w sumie nie za bardzo mu to przeszkadzało. Oboje mieliśmy okrągłe kolorowe okulary, co bardzo nam było na rękę, bo w okularach można było zmieścić sporo współczesnej elektroniki, między innymi komunikatorki i energometry. Ze spadkiem energii zresztą nie mieliśmy żadnych problemów, w naszej badanej epoce aż dudniło od przeróżnych energii politycznych, społecznych i twórczych.
Czasiek natychmiast po przybyciu na miejsce i wmeldowaniu się do akademika kupił gitarę, którą pomalował w kwiatki, i zaczął pozować z nią na korytarzach, przyciągając spojrzenia równie jak on długowłosych dziewczyn. Przedstawiał się jako Jim, bezczelnie dodając samowolnie Morrison, mimo że zgodnie z wnioskiem miało się nazywać Johnson. Jagna za to przyjęła imię Grace Slick (choć miało być Jackson), bo i jej edukacja muzyczna nie poszła na marne. Zamieszkała w sąsiednim akademiku z trzema koleżankami w pokoju, co było bardzo cenne etnograficznie, bo od razu hurtem mieliśmy trzy wysoce zmotywowane do dzielenia się absolutnie wszystkim informantki. Niepotrzebny ten kurs o motywowaniu informantów (tu się zgadzamy w pełni z raportem Smyszki i Żelika). Jak ktoś nie umie motywować informantów, to niech nauczy się hodować różne miłe roślinki w doniczkach. Nasze oba akademiki były pełne miłej zieleni, jak prawdziwe szklarnie.
Czasami chodzimy na wykłady – studiujemy fizykę. Tu wszyscy są mega wyluzowani, nie ma ani jednego kursu z etyki, można nie przychodzić na zajęcia, bo nikt nie sprawdza listy, nawet analogowo. Wszyscy studenci cały czas rozmawiają o polityce i większość ma takie same poglądy, jak my. Więc jesteśmy popularni. W pozostałe dni pracujemy w laboratorium NASA i prowadzimy nasze właściwe badania.
– Ej, a wiecie, że to całe planowane lądowanie na Księżycu to ściema? Nie będzie żadnego człowieka na Księżycu. To pic na wodę, fotomontaż, który filmuje Kubrick – usłyszeliśmy któregoś wieczora wśród ziołowych oparów od ziomka noszącego ksywę Jaszczur.
– Że co? – zdziwiliśmy się.
– No Kubrick. Stanley Kubrick. Ten od „Odysei kosmicznej”. Do kina nie chodzicie? – syknął Jaszczur.
Wzruszyliśmy ramionami. Oczywiście, że znaliśmy reżysera i jego dzieło z lekcji historii. I znaliśmy teorię spiskową dotycząca Apollo 11 i Księżyca. Sądziliśmy jednak, że powstała parę lat po lądowaniu, a nie przed!
– To jedna wielka ściema. Zapamiętajcie moje słowa. Wiem, co mówię, bo moja dziewczyna Betty pracuje na tym planie filmowym – pytlował Jaszczur.
– Serio?
– Ba. Dla niepoznaki nazwali ten film „Samice z Księżyca atakują”.
– Ej, przecież to brzmi jak nazwa filmu porno – Jim Czasiek aż zachłysnął się piwem.
– A co, mieli go nazwać „Udawane lądowanie na Srebrnym Globie”? – obruszył się Jaszczur.
– Trudno w to uwierzyć.
– To wam udowodnię, zobaczycie! – wściekł się Jaszczur i bez słowa nas opuścił.
Dwa dni później wrócił stropiony. Betty wyznała mu, że naprawdę postanowiła zostać gwiazdą porno, ale wstydziła mu się powiedzieć. Dlatego wymyśliła historyjkę z lądowaniem na Księżycu.
Zawstydzonemu Jaszczurowi to wystarczyło. Tym razem to jednak my byliśmy niedowiarkami. Coś nam w tej historii nie pasowało. Dziewczyna z branży porno postanowiła zakamuflować przed chłopakiem podjętą ścieżkę kariery podpierając się teorią spiskową, której nie mogła znać, bo w 1968 roku jeszcze nie powstała?
To było tak dziwne, że porzuciliśmy dotychczasowe plany. Postanowiliśmy poznać Betty i samemu ocenić jej wiarygodność. Okazałą się sympatyczną, długowłosą pieguską w okularach, pozbawioną ekstrawagancji, wręcz skromną „dziewczyną z sąsiedztwa”, jak kiedyś mawiano. Podczas wieczorku zapoznawczego wypiliśmy kilka piw, powdychaliśmy trochę „wynalazków” Jaszczura, posłuchaliśmy psychodelicznej muzyki, ale przede wszystkim uważnie obserwowaliśmy. A przynajmniej tak nam się wydawało. Nic podejrzanego bowiem nie wypatrzyliśmy. Może dlatego, że przesadziliśmy z używkami? Dowodem była Jagna.
– Co ty masz na sobie? – zaśmiał się Jim Czasiek rano, przy śniadaniu.
– W sensie? – poprawiła okulary na nosie.
– No właśnie. Właśnie tam. Co masz na nosie?
– Okulary.
– To są pingle Betty. Najarałaś się i przez pomyłkę… – Jim Czasiek nagle spoważniał – Zostawiłaś jej nasz sprzęt! Będzie chryja! O w mordę! Wyrzucą nas! Koniec! Koniec z karierą naukową, z doktoratem, żegnaj przyszły profesorze Czaśku, czeka cię co najwyżej kariera archeologa muzealnego trzeciej kategorii…
– Przestań – przerwała mu Jagna poważnym tonem.
– Jak mam przestać, jak przez ciebie cały naukowy projekt diabli wzięli! – panikował Czasiek, coraz żałośniej odróżniając się od Jima Morrisona.
– Przestań! – krzyknęła Jagna. – Dasz mi w końcu coś powiedzieć?
– A co to zmieni?
– Tak, doszło do jakiejś głupiej pomyłki, podmianki. Mam na nosie okulary Betty – odparła Jagna. – Ale wszystko działa. W nich też jest energometr.
– Że co?! – Czasiek aż podskoczył na kwiecistej sofie.
– Betty najwyraźniej jest jedną z nas.
Czaśka-Jima zatkało, co było miłym widokiem. Trwaj chwilo, aż się chciało zakrzyknąć. Ale się tego nie zrobiło, ponieważ Czasiek wykonał skok jak jego pseudo-imiennik na scenie w Kopenhadze, prawie zawisając w powietrzu. Nie wydał jednak z siebie żadnego poetyckiego okrzyku, tylko zerwał Jagnie z głowy okulary niczym rasowy chuligan.
– Nie przyjechaliśmy tu po to, żeby zostać zadymiarzami – wyjaśniła Jagna, a jej mina sprawiła wrażenie (wyłącznie na Czaśku, co należy zaznaczyć), jakby wykładała etykę badawczą.
Potem zajęli się porównywaniem okularów, sprawdzaniem opcji i wersji oprogramowania. Zdecydowanie, znajome urządzenia. Wszystko się zgadza. A jednak wersje jakieś inne. Może beta. A może?… Ta ostatnia myśl odrobinkę ich zmroziła. Jak mawiał Jaszczur: jeśli nie wiesz co robić, zapal skręta. Zapalili. A potem wpadli znajomi i wyciągnęli ich na koncert poezji śpiewanej, który, jak się później okazało, nie do końca legalnie zorganizowano w kantynie uniwersyteckiej. Były z tego jakieś kłopoty, ale niewielkie. Przecież wszyscy na uniwerku super wyluzowani.
Graliśmy na gitarach, tańczyliśmy, śpiewaliśmy poezję. Nagle wstała Betty, która wyglądała dość zajebiście w Jagnowych okularach i zaczęła deklamować.
– O merda, co ona tam opowiada? – zaniepokoił się dyskretnie Czasiek.
– Ano merda. Ona recytuje moje notatki – wyjaśniła spokojnie Jagna. A następnie wybuchła niepowstrzymanym śmiechem i nie dało się z nią dogadać aż do następnego dnia. Wtedy to obudziła waleniem w drzwi nie tylko Czaśka, ale cały jego pokój (a niebiosa wiedzą, że nie było to łatwym zadaniem) i w ogóle połowę męskiego akademika.
– Popatrz, co przyszło! – machała papierem, na którym widać było jakieś bardzo analogowe wydruki, co z trudem wnikało w utrudzony poetycko mózg Czaśka. – Wyjebali nas. Eles nos expulsaram do trabalho.
– Trabalho? Eee, to nic takiego. Staż jak staż. My już nie badamy tych informatyków i tak, nie wiem czy zauważyłaś – ziewnął Czasiek.
– Nie zauważyłam, bo nie zadałeś sobie trudu, mamucie, żeby ze mną porozmawiać! – piekliła się Jagna. – Co jest z twoją głową? Cofasz się w rozwoju? Zachowujesz się jak jaskiniowiec!
– Wyluzuj – wtrącił łagodnie rozkudłany Czaśkowy współlokator.
– Wyluzuj – dodała Betty, która jakimś cudem też tutaj się znalazła. Nawet bardzo tutaj, bo właśnie wynurzyła się spod Czaśkowej kołdry.
– Wyluzuj – uśmiechnął się spontanicznie Czasiek.
Trzy pierwsze odcinki cyklu można przeczytać w Nowym Obywatelu.
„Bardzo lubię te nasze rozmowy, przypominają mi ile jest w świecie rzeczy do kochania. O grzybach bym pewnie w pierwszym odruchu nie pomyślała, ale wystarczy odrobina wysiłku i już umysł szaleje w morzu grzybowych skojarzeń i wspomnień”.
Dwugłos o przyrodzie i miłości
Monika Kostera i Joanna Średnicka
M: Nie wiem jak Ty, ale ja jestem zafascynowana grzybami. Być może w nietypowy sposób, bo nie przepadam za potrawami z grzybów. Grzyby interesują mnie jako bardzo zagadkowe żywe organizmy. Nawet te „zwykłe” leśne są w gruncie rzeczy nadzwyczajne. Lubię je tropić i podziwiać. Często chodzimy z mężem po lesie i w grzybiarskim sezonie wygląda to tak, że przed nami i za nami chodzą z koszyczkami grzybiarze, którzy co i rusz wskakują w gąszcz i wracają potem na ścieżkę z kolejnym zebranym okazem. Ja też daję susa w bok, gdy wypatrzę grzyba, ale go nie ścinam, tylko podchodzę blisko i fotografuję. Mam cały zestaw zdjęć grzybów jadalnych i niejadalnych. W moim hobby bardzo wygodne jest to, że nie muszę ich odróżniać – fotograficznie „zbieram” je wszystkie, więc kocham je równo wszystkie. Może nawet bardziej te jadowite, bo bywają szczególnie piękne, a podziwianie ich, nawet z bardzo bliska nie może spowodować zatrucia. A co Ty myślisz o grzybach?

fot. Joanna Średnicka
J: Bardzo lubię te nasze rozmowy, przypominają mi ile jest w świecie rzeczy do kochania. O grzybach bym pewnie w pierwszym odruchu nie pomyślała, ale wystarczy odrobina wysiłku i już umysł szaleje w morzu grzybowych skojarzeń i wspomnień. Zawsze fascynował mnie rytuał ich zbierania. Jesienne wyczekiwanie czy już są, rodzinna wyprawa, opracowywanie strategii, nutka rywalizacji o najlepsze prawdziwki, potem godziny czyszczenia, krojenia, suszenia, i szykowania w gotowości do Wigilii. Ja nigdy się sama w to zbieranie nie wkręciłam, nie szło mi za dobrze, nudziło mnie samo poszukiwanie grzybów, ale lubiłam ten jesienny zryw energetyczny, wilgotne leśne powietrze, niespieszną wędrówkę w ciszy. Dużo dziś wiemy o dobroczynnym wpływie lasu na nasze zdrowie, a nawet o wartości kontaktu z bakteriami glebowymi dla naszego systemu nerwowego. Jest też jakaś magia w tym zbierackim rytuale: grzyby to poza ziołami, owocami leśnymi chyba ostatni rodzaj pożywienia, którego nie uprawiamy, który jest autentycznie wspólnym dobrem. Wyrasta swobodnie, w wolności. Po który każdy może sięgnąć.
M: O tak! Przyznam Ci się, że nienawidzę rywalizacji, jeśli o coś jest konkurencja to zniechęca mnie to do próbowania, by to osiągnąć, tak jak podobno złe perfumy działają na osoby szukające kogoś do pokochania. Rywalizacja – to są moje „złe perfumy”. Ale to wspólne zbieranie grzybów było w stanie nawet mnie, nielubiącą potraw z grzybów, zachęcić do grzybiarstwa. Razem ze znajomymi, z rodziną, chodziłam nieraz po lesie i zbierałam grzyby, których potem wcale nie jadłam. Nie interesowało mnie, czy wygrałam, czy nie – ale w tym przypadku ułożenie moich trofeów obok ich było czymś bardzo satysfakcjonującym. Taka świadomość, że Wigilia dzięki nam znów się odbędzie. Wiesz, nie dopowiedziałam sobie wcześniej nigdy tego w ten sposób, ale to jest prawda, tak właśnie było. Zbierając te grzyby na jesieni, umożliwialiśmy Wigilię, troszkę tak jak szwedzcy chłopi umożliwiali powrót słońca i lata swoimi tańcami wokół pierwszo-majowego ogniska.
Ale grzyby to nie tylko te zbierane przez nas – jadalne (albo nie daj Boże! trujące). To ogromne królestwo przeróżnych osobników, wykraczające poza świat roślin. Ich rola jest nieoceniona – między innymi, nauka mówi, że drzewa i inne rośliny w lesie komunikują się ze sobą przy pomocy różnych grzybów i grzybni. Wchodzą chętnie w symbiozę z różnymi organizmami. Ty też masz takie skojarzenia – grzyby- spółdzielcy?
J: No na pewno kojarzą mi się z organizmami występującymi w dużych skupiskach. Jak spotkasz jednego rydza, to wiadomo, że warto rozejrzeć się, bo wokół będzie ich więcej. Pamiętam, że rozmawiałyśmy kiedyś o nadziei w życiu społecznym, już nie wiem o czym dokładnie dyskutowałyśmy, ale użyłaś metafory grzybni do opisu zalążków społecznej zmiany. Gdy w wielu miejscach jednocześnie kiełkuje coś nowego, pozornie niezależne zdarzenia łączą się w niewidzialnej sieci, i za jakiś czas mamy szansę na prawdziwą zmianę. Na całe pole rydzów. Bardzo mi ten obraz podziemnej grzybni utkwił w pamięci. Często do nie go sięgam, próbując zrozumieć wiele procesów społecznych, i z nadzieją obserwując pozornie drobne i nieznaczące, ale powtarzające się w różnych miejscach zalążki czegoś nowego. Jeszcze a propos grzybów – leśnych spółdzielców, okazuje się, że bywają też bardzo użyteczne w ochronie drzew przed wycinką. Niektóre ich gatunki, które lokują się w okolicy, czy szczególnie na martwych kłodach, są prawnie chronione, co zabezpiecza też okoliczne drzewa. Taka wielowymiarowa współzależność.
M: O, tak! Metafora grzybni pochodzi z mojego terenu badawczego – badałam wtedy etnograficznie organizacje alternatywne, w tym spółdzielnię założoną przez anarchistów. To oni mówili, że ich sposób współdziałania jest podobny do dynamiki grzybni. Starają się znaleźć ekosystemy z którymi mogą współpracować i zawsze coś, jakąś wiedzę, przenoszą z jednego miejsca w drugie. Służą za komunikatorów, łączą i pomagają innym współdziałać.

fot. Jared Gradinger
Jared Gradinger – artysta, o który wspominałam wcześniej, tworzący małe ekosystemy i czasami „szczepi” je grzybami. Na przykład stworzył wraz z Shelley Etkin, Almem Gnista, Stefanem Rusconi i Angelą Schubot „chatę pełną życia”, którą zamieszkują grzyby i grzybnie. Jared mówi, że grzyby teraz same się w chacie organizują. Jednym z przesłań tego dzieła sztuki jest niejednoznaczność czasu. Zegary ludzkie są tradycyjnie oparte ruchu ciał niebieskich i na porach roku. W epoce przemysłowej oderwały się od otoczenia i stały się czysto mechaniczne, abstrakcyjne. Obserwowanie chaty może nam pomóc zrozumieć inne żywe czasy. Grzyby robią to całkiem bezstresowo. Nie trzeba argumentów w postaci katastrof naturalnych, powodzi, huraganu, żeby pokazać potęgę i inność pulsu przyrody. Dzięki grzybom, jeśli mamy minimum chęci by się czegoś nauczyć, możemy to pojąć naszą wrażliwością estetyczną. No i też to o czym mówisz – grzyby zabezpieczają drzewa. Co więcej, w podłożu muszą być różne grzybnie, by chciał tam rosnąć las, czy pewne typy lasów. W pewnym sensie grzyby jakby pomagają roślinom pozostawać ze sobą w relacji ze sobą.

fot. Robert McMurray
Jest to wspaniale widoczne w fotografiach brytyjskiego artysty Roberta McMurray’a. Jego fotografie grzybów są pełne wyrazu i podobne do jego charakterystycznych scen ulicznych, przedstawiających ludzi będących częścią czegoś o wiele większego, czego sens przeczuwamy, ale nie potrafimy go zwerbalizować.
A Ty, czy masz jakieś swoje ulubione dzieło sztuki o grzybach?
J: W zasadzie to mam, choć pośrednio. Pojawia się w ciekawy sposób grzybobranie u Mickiewicza, w Panu Tadeuszu. Choć tak naprawdę to siedzi mi ono najbardziej w głowie zamknięte w żartobliwym komentarzu Norwida, o bohaterach epopei Mickiewicza: „zresztą: awanturniki, facecjonisci, gawędziarze, pasibrzuchy, którzy jedzą, piją, grzyby zbierają i czekają, aż Francuzi zrobią im ojczyznę..” Czy jakoś tak. Często i dużo rozmyślam o naszej narodowej duszy, spieram się w myślach zarówno z tymi megalomańskimi wyobrażeniami, jak i autostereotypami, które wbijają w poczucie niemocy. Kilka lat temu przyklaskiwałam chyba ochoczo Norwidowi, dziś skłonna jestem szukać kompromisu: na pewno można pięknie połączyć branie odpowiedzialności za los wspólnoty z niespiesznym czasem w lesie, na grzybach i celebrując kulturę stołu; z Francuzami?
Informacja prasowa.
2 lutego obchodzimy Światowy Dzień Mokradeł. World Wetland Day – święto upamiętniające podpisanie Konwencji Ramsarskiej 2 lutego 1971 roku. W tym roku w ramach Akcji Czysta Odra i Akcji Czysta Wisła nie tylko sprzątamy największe polskie rzeki, ale rozpoczynamy też akcje na terenie wiślanych i odrzańskich mokradeł. Mokradła to nie tylko jedna z ostatnich ostoi bioróżnorodności, miejsce życia wielu rzadkich gatunków, to także ogromny rezerwuar wody, niezwykle istotny z punktu widzenia walki ze zmianami klimatu, powodziami i suszą.
Przez wieki ludzie osuszali bagna, moczary, trzęsawiska i inne tereny podmokłe. Panowała opinia, że to bezwartościowe nieużytki a nawet źródło niebezpieczeństw oraz chorób. Obecnie naukowcy mają całkowicie inną opinię. Szczególnie w dobie zmian i ocieplania klimatu mokradła, rozlewiska, doliny rzeczne są kluczowe w walce z efektami globalnego ocieplenia. Bez mokradeł i naturalnych rzek tracimy zasoby wody pitnej, coraz częściej zagrażają nam powodzie i jedocześnie świat pustynnieje. Mokradła pomagają walczyć z kryzysem klimatycznym, bo ochładzają one teren, kumulują wodę oraz zatrzymują dwutlenek węgla lepiej niż lasy tropikalne! W skali globalnej torfowiska magazynują dwa razy więcej dwutlenku węgla niż światowe lasy. Tereny podmokłe są zatem kluczowymi ekosystemami, które należy nie tylko zachowywać, ale odtwarzać i renaturyzować! Żyje i rozmnaża się na nich do 40 proc. gatunków na naszej planecie. Oczyszczają one również wodę, chronią przed powodziami. Mokradła to naturalne zbiorniki retencyjne. O wiele skuteczniej niż sztuczne zbiorniki magazynują wodę oraz wpływają regulująco na odpływ wód w rzekach i glebach. Mokradła i złoża torfowe, zatrzymujące wody roztopowe, obniżają również odpływ z wezbrań i wiosennych powodzi. Mokradła i torfowiska wydłużają cykl obiegu wody i poprawiają bilans wodny kraju. Dzięki mokradłom podpiętrzana jest warstwa wodonośna w glebie, co zwiększa zasoby wód podziemnych i chroni lasy przed wysychaniem i pożarami. W Polsce, jak wynika z danych Instytutu Melioracji i Użytków Zielonych, mokradła występują na powierzchni ok. 4,4 mln ha, co stanowi niemal 14 proc. kraju. Z tego 4 proc. zajmują torfowiska o powierzchni większej niż 1 ha. We wszystkich torfowiskach zmagazynowanych jest 35 mld m3 wody, czyli dwukrotnie więcej niż we wszystkich polskich jeziorach!
Dodatkowe informacje Dominik Dobrowolski, ekolog
Odcinek 4.
Poprzedni odcinek: Studium w londyńskiej słocie
Nauczeni niełatwym doświadczeniem Luby, która o mało się nie udusiła w gorsecie w wiktoriańskim Londynie, zaczęliśmy być ostrożni. Nawet nie myśleliśmy o tym, by kolejna z nas, Smysława, startowała w etnograficzną podróż do Watykanu sprzed ponad tysiąca lat w kobiecych ciuszkach z tamtych czasów. Owszem, gorsety nie były jeszcze w modzie. Suknie mieli nawet fajne, złego słowa nie powiemy. Ale nie suknie były wtedy problemem. Problemem było być kobietą.
Tak więc oboje, Smyszka i Żelik, przezornie wystartowaliśmy od razu w stroju męskim, a konkretnie mnisim. Żelibrat strasznie się denerwował, że będzie musiał wygolić sobie głowę, ale nasza promotorka wyjaśniła nam, że benedyktyńska tonsura była aktem równościowym – we wczesnym średniowieczu tylko mężczyźni z klas wyższych nosili długie włosy. Im niższy status, tym krótsze włosy – niewolnicy mieli głowy golone na zero. Włosy odrosną, a zawsze miło jest sabotować hierarchie. Taki mnich w ogóle był raczej niezłym kontestatorem społecznym w tamtych czasach. Klasztory benedyktyńskie nie miały scentralizowanej władzy i rządziły się jak autonomiczne komuny. Dla takiej sprawy można poświęcić włosy.
Żeby nie budzić zbyt wielkich podejrzeń, wcieliliśmy się w rolę pielgrzymów do świętego miasta. W towarzystwie sympatycznego osiołka i z poważną wałówą z naszych czasów zamaskowaną jako suchary i inne tradycyjne formy prowiantu, ruszyliśmy w drogę. Wcale nie z Francji, skąd niby mieliśmy wyruszyć, ale z pobliskiego wybrzeża Morza Śródziemnego, co i tak było niezłą wędrówką w tych – powiedzmy to szczerze – dzikich czasach. Piękno i świeżość natury kompensowały nam tylko po części skutki ataków owadów na nasze nazbyt cywilizowane skóry. Przy czym mnisi strój i tak sprawdzał się nieźle w roli moskitiery. Osiołkowi wędrówka się podobała bardziej niż nam.
A czasy w Stolicy Piotrowej były srogie. W 882 roku papież Jan VIII został najpierw przytruty przez swój dwór, a potem zatłuczony niczym półżywy szczur. Potem Hadrian III zmarł w niejasnych okolicznościach. Z kolei w 897 roku Stefan VI został uwięziony i uduszony po tym, jak wygrzebał trupa swojego znienawidzonego poprzednika na Tronie Piotrowym, osądził, poćwiartował i wrzucił do Tybru. Obalony i zamordowany został także Leon V w 904 roku. A także Jana X ćwierć wieku później, uduszony poduszką. Nie z własnej woli zszedł też z tego świata Jan XI w 935 roku. Krwawą wisienką na torcie był zaś w 964 roku Jan XII, zapalony hazardzista, bardziej od mszy ceniący grę w kości i przygody w alkowie. Ostatniej z nich nie przeżył: albo dostał udaru podczas łóżkowych igraszek albo nakrył go i pozbawił życia mąż kobiety, z którą ów „Ojciec Święty” miał romans.
Jak Kościół przetrwał ten okres i nie upadł? Chyba to nie papieże w tym czasie zarządzali. Nie wygląda też na to, by miały jakąś ważną decyzyjną rolę komitety, kolektywy, czy rady, pod jakąkolwiek właściwą epoce nazwą. Kto lub co zapewniał więc minimum stabilizacji całej firmie? Oto jest pytanie dla młodych naukowców, zajmujących się etnografią organizacji! Przepytywanie w czasach zgonów było jednak zbyt ryzykowne, nawet nasz osiołek musiał o tym wiedzieć. Dlatego wybraliśmy czas po zejściu Jana XII, gdy sytuacja nieco się uspokoiła. A przynajmniej tak nam się wydawało. Naszym informantem został niejaki Sanderus Starszy. Ów przedsiębiorczy człowiek dostarczał kościołom relikwie, które po drugim soborze nicejskim w 787 roku musiały obowiązkowo znaleźć się na stanie każdej chrześcijańskiej świątyni. Gdy go spotkaliśmy, zacny Sanderus miał na sprzedaż m.in. kopytko osiołka, którym Święta Rodzina uciekła do Egiptu (dziwne, że mimo upływu stuleci wyglądało identycznie jak kopytko naszego własnego kłapoucha), pióro ze skrzydeł archanioła Gabriela (wyglądało zadziwiająco podobnie do piór miejskich gołębi), a także olej, w którym poganie chcieli usmażyć św. Jana (chyba niejadalny), pot wylany przez św. Jerzego w walce ze smokiem (skromna fiolka) oraz szczebel z drabiny, o której śnił biblijny Jakub (bez komentarza). Pomyślicie, że Sanderus to mało wiarygodny informator, skoro miał na zbyciu takie cuda, pamiętajcie jednak, że w Średniowieczu relikwią było to, co zetknęło się ze świętym oryginałem, zawierało jego cząstkę lub po prostu na niego wyglądało. Troszkę tak jak w naszych czasach fragmenty kodu używanego przez Juliana Assange. Wielki Julian mógł ich nigdy nie widzieć na oczy – ale ktoś tam gdzieś tam w szeroko pojętej współpracy z nim stworzył, więc – co dalej wszyscy wiecie. Po kilku głębszych szklanicach piwa (dobre mieli w tamtych czasach trzeba to przyznać!) nasz handlarz wcale tego nie krył. A że był rzymianinem z dziada pradziada, szybko zdradził nam, kto naprawdę rządził, gdy papieże zmieniali się jak w kalejdoskopie. – Moi kochani, przecież każdy wie, że niewiasty! – żachnął się.
– Niewiasty? – odparliśmy ze zdziwieniem. – Ale przecież nie kobiety, który widzimy tu dookoła jako posługaczki.
– Oczywiście, że nie – skrzywił się Sanderus Starszy. – Chodzi o wpływową panią Teodorę i jej córkę Marozję. To one, wykorzystując wszelkie środki dostępne… hehe… niewiastom i arystokratkom, zmieniały Ojców Świętych jak rękawiczki. Aż w końcu osadziły na nim kogoś z własnego rodu: 21-latka, który przyjął imię Jana XI. To był syn Marozji i wnuk Teodory. Lecz w końcu je także ktoś wykończył.
Tym samym Sanderus potwierdził to, o czym czytaliśmy już w książkach poświęconych pornokracji, jak nazwali historycy okres, gdy w Stolicy Piotrowej pierwsze skrzypce grały wpływowe intrygantki i kurtyzany. Lecz nasz handlarz zaskoczył nas czymś jeszcze.
– Nie ma już sensu tego wspominać. To tylko kolejny dowód, że kobiety nie nadają się do rządzenia. Wcześniej dostaliśmy lekcję z papieżycą Joanną i nie wyciągnęliśmy z tego odpowiednich wniosków – powiedział.
– Z papieżycą Joanną? – znów udaliśmy, że nic nie wiemy. Przy czym, dzięki temu, że Smyszka ćwiczyła samokontrolę, nie wypaliła Sanderusowi co myśli o stwierdzeniach typu, że kobiety nie umieją rządzić. Niniejszym zaświadczamy, że zajęcia z samokontroli przydają się bardziej, niż seminarium o etycznym motywowaniu informantów. Nasz był zmotywowany tym bardziej, im więcej wypił piwa.
– Na rdzę z kluczy świętego Piotra! – Sanderus Starszy aż podskoczył na drewnianej ławie – Skąd żeście przybyli braciszkowie, że brak wam tak podstawowej wiedzy. Wszak nieco ponad sto lat temu przybył do Rzymu z Aten niejaki Jan Anglicus…
– Anglicus? Z Aten?
– Anglicus czy Angelicus, już nie pomnę. Ważne, że nikt nie mógł mu dorównać w dyskusji o teologii, w gramatyce i retoryce. Wszyscy byli pod takim wrażeniem, że obrano Jana papieżem. Sprawa się rypła, gdy podczas jednej z procesji zaczął wydawać nieprzystojne jęki, po czym na oczach swej świty zaczął rodzić. Okazało się, że tak naprawdę Jan był Joanną, a za sprawą jednego ze swych dworzan zaszedł w ciążę. Papieżyca nie przeżyła jednak porodu.
– To znaczy? –dopytaliśmy.
Sanderus tylko uśmiechnął się krzywo.
– Papieżyca zmarła w połogu, czy skończyła jak Teodora i Marozja? – naciskaliśmy.
– Wszystkie kobiety są siebie warte. Głupie i zarozumiałe, aż w końcu źle kończą – odparł Sanderus Starszy. Smyszka miała zaliczoną samokontrolę celująco, więc tylko wzniosła oczy do góry, jakby się modliła. Handlarz bezstresowo kontynuował pijany wywód – Każdy wam to powie: nieważne, czy handlarz, czy kleryk czy biskup.
I tak chyba natrafiliśmy na ślad tego, co sprawiło, że Kościół przetrwał. Konserwatyzm i zarządzanie przez wskazanie kozła ofiarnego. To drugie później zostało rozsławione jako neoliberalne zarządzanie kulturą korporacji. Prekursorski projekt z pierwszego tysiąclecia dodatkowo zastosował fanatyczne uprzedzenia wobec kobiet, na które zrzucono winę za błędy i wypaczenia Kościoła. Przy okazji na wieki taki styl zarządzania tą najważniejszą wówczas firmą zamknął im drogę do wszelkich urzędów, w ogóle.
Zdołowani i zniesmaczeni wróciliśmy do domu dla pielgrzymów. Wewnątrz zastaliśmy w naszej izbie nieznanego wcześniej pątnika. Wyglądający na przybysza z dalekiej północy, ubrany dość skromnie, miał ze sobą wór, w którym coś głośno pobrzękiwało.
– Braciszkowie – powiedział nam. – Jestem Jozin z Bazin, dworzanin księżnej Dubravki. Przybywam z daleka, z północnych ziem nad rzeką Vistulą. Pomóżcie proszę.
– Chętnie. Co możemy zrobić?
– Wysłano mnie ze skromnym podarkiem dla Ojca Świętego Jana XII…
Uśmiechnęliśmy się lekko, wyobrażając, jak podarek zostaje przegrany podczas gry w kości w alkowie jakiejś mężatki, ale nasz rozmówca tego nie zauważył.
– Kiedy ledwie ruszyłem w drogę – kontynuował pielgrzym – dobiegły mnie słuchy, że jest już kolejny następca św. Piotra: Leon VIII. Słałem listy, zasięgałem języka, wydawałem pieniądze od mej pani, aż w końcu dowiedziałem się, przez jakich dworzan można doczekać się do niego audiencji. Kiedy jednak byłem w połowie drogi, okazało się, że to już nieaktualne. Następcą św. Piotra był już Benedykt V. Mądrzy duchowni z dworu cesarskiego, z którymi się kontaktowałem i zapłaciłem za protekcję, wszystko mi wyłożyli. Kiedy jednak wydałem kolejne pieniądze i stanąłem w świętym mieście, sytuacja znów się zmieniła. Rządzi już Jan XIII, a na dodatek wieść gminna niesie, że nie wiadomo, jak długo to potrwa. Straciłem już świtę i szaty, został mi tylko ten worek, a potrzebuje wsparcia i ochrony.
– Z naszej strony? Hmm… służymy, nie tylko modlitwą… I spokojnie, to wokół to tylko intrygi i wojenki, czasy trucia i duszenia papieży właściwie już minęły – pocieszyliśmy nieszczęśnika. – A Jan XIII ma wsparcie niemieckiego cesarza, łatwo władzy nie odda.
– To dobrze, to dobrze – pielgrzym znów zabrzęczał swoim workiem ze skarbami. – Mam dla niego podarek i prośbę.
– Zdradzisz nam, jaką? – zapytaliśmy.
– Trzeba ochrzcić kraj nad Vistulą. Inaczej wcześniej od papieża zrobią to misjonarze z Konstantynopola i Rzym straci wpływy na wschodzie…
– Serio? – zmarszczyliśmy się.
– No dobra – Jozin zmrużył oko. – Trzeba ukrócić nad Vistulą dzikie obyczaje. Skończyć z pogańskimi bałwanami, z kapłankami pożal się Boże i z tymi wszystkimi dziewuchami, które ani myślą dochowywać dziewictwa przed ślubem. Włos się na głowie jeży!
Smyszka poklepała się z zakłopotaniem po tonsurze. Żelik przeprosił i poszedł nakarmić osiołka, który wydał z siebie przeciągły dźwięk.
– No, ładna historia – powiedział Żelik do osiołka, bo potrzebował empatii w tym stresującym momencie dziejów – Wiemy wszak wszyscy, co się wydarzy. Osiołek znów zaryczał i popatrzył na niego z empatią. Jakby też wiedział i też żałował, choć i tak jedyne aspiracje, jakie mógł mieć, to wizja, że ktoś oprawi w złoto jego kopytko.
W sumie chyba żadna rewelacja jako życiowa ambicja. Choć, po namyśle… nie, nie zamierzaliśmy handlować organami naszego osiołka. Ale dzięki tej relikwijnej inspiracji przyszedł nam do głowy pewien pomysł. Po co papieżowi rozmowa z prawdziwym Jozinem z Bazin, o którym i tak nikt nigdy nie usłyszy, a który struje mu jeśli nie ciało cykutą, to umysł mizoginiczną propagandą. Prawdziwy Jozin może zająć się czymś bardziej pożytecznym, na przykład piciem piwa. A tymczasem Jozin równie prawdziwy jak relikwie Sanderusa, czyli Smyszka, może udawać Czecha przed świątobliwym obliczem. Nic nieetycznego nie robimy. Nawet przeciwnie – poniekąd my lepiej znamy kraj nad Vistulą niż smętny Czech z podmokłych nizin. I tak Dubravka dostanie do wykonania znaną wszystkim historyczną misję, i tak misja się powiedzie. Tylko po co na wejściu obciążać dzielną księżnę odium ponurych bagiennych plotek i pomówień wymierzonych w krajanki przyszłego męża? Nie lepiej, żeby dostała od papieża list z jakimiś bardziej rozsądnymi sugestiami? Chrześcijaństwo ma wszak rewolucyjnie równościowy potencjał, więc tak lepiej pasuje. Historii to nie zmieni, ale może zadzieje się ona w milszy sposób i w lepszych nastrojach. Tak uradziliśmy i zabraliśmy się do realizacji naszego planu.
Pierwszy punkt idzie znakomicie – polega na ululaniu Jozina. Zajął się tym Żelik. Bardzo sprawnie. Następnie już tylko ma utrzymać go w stanie permanentnego ululania aż do wykonania akcji przez Smyszkę, która w roli czeskiego duchownego wbija na audiencję do Ojca Świętego z wiadomym podarkiem i, a jakże, wiadomą prośbą. Tylko przedstawioną troszkę inaczej. Czechowi zerwie się film i wtedy powie mu się, że spotkał papieża, wykonał misję, tylko nic nie pamięta bo jest pijusem, co jest zgodne z prawdą, a więc całkowicie etyczne.
Więc uruchamiamy punkt drugi. Elokwentna Smyszka, machając workiem ze złotem, uzyskuje swoje wielkie pięć minut przed papieskim tronem. A na dźwięk brzęczącego złota, papież nadstawia ucha. Jak zawsze w watykańskiej korporacji.
Poprzedni odcinek cyklu można przeczytać w Nowym Obywatelu: Studium w londyńskiej słocie
Szanowny Panie Premierze,
W trosce o przyszłość naszych rzek i całego środowiska naturalnego zwracamy się do Pana z apelem o pilne przeniesienie kompetencji zarządzania wodami z Ministerstwa Infrastruktury do Ministerstwa Klimatu i Środowiska. Dział administracji rządowej „gospodarka wodna” powinien być nadzorowany przez ministra właściwego ds. środowiska. Tylko to pozwoli na sprawną realizację zapowiadanych przed wyborami i w Pańskim expose działań, mających na celu ochronę i poprawę kondycji zasobów wodnych naszego kraju.
Przez lata, również w okresie rządów koalicji PO-PSL (2007-2015) ministrem właściwym ds. gospodarki wodnej był minister środowiska. Prawo i Sprawiedliwość całkowicie podporządkowało cele gospodarki wodnej utylitarnym celom żeglugi śródlądowej, przesuwając ten dział najpierw do Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, a po jego likwidacji – do Ministerstwa Infrastruktury. Skutek takiego podejścia to pogarszający się stan naszych wód powierzchniowych – obecnie stan 98,9% polskich rzek nie spełnia wymaganych norm. Emanacją degradacji rzek była śmierć ponad 200 milionów ryb, małż, ślimaków w Odrze latem 2022 r. Jak czytamy w raporcie NIK podsumowującym działania instytucji publicznych w czasie katastrofy na Odrze „kryzys obnażył brak troski państwa o stan wód”.
Nie może być inaczej, skoro działania i związane z tym wydatki Ministerstwa Infrastruktury oraz podległego mu Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie koncentrowały się na regulacjach rzek i inwestycjach służących żegludze, a nie ochronie wód. Niestety mamy wrażenie, że po zmianie władzy sprawy idą w podobnym kierunku – zwracaliśmy już na to uwagę rządzącej Koalicji komentując wydatki w dziale 22 Gospodarka wodna planowane przez Ministerstwo Infrastruktury w budżecie na 2024 r.
Panie Premierze,
W dobie katastrofy klimatycznej Polki i Polacy nie potrzebują “wodnych barkostrad” za 200 mld zł, ani zapór na Wiśle i Odrze. Potrzebujemy odtwarzania mokradeł, zdrowych rzek i jezior, potrzebujemy dostępu do czystej wody. Realizacja zobowiązań Koalicji 15 października dotyczących renaturyzacji ekosystemów wodnych, czy monitoringu i poprawy jakości wody w rzekach wymaga zdecydowanych reformatorskich rozwiązań. Bez radykalnych zmian organizacyjnych, bez nowych liderów nie uwikłanych w dotychczasową betonową gospodarkę wodną ministra Marka Gróbarczyka i jego środowiska, nie da się przeprowadzić reformy polityki wodnej państwa. Bez niej władza wodna, będzie kontynuować realizację megalomańskich hydrobetonowych kontraktów rodem z ubiegłego wieku. A społeczeństwo zamiast czystej wody będzie miało kolejne rzeczne katastrofy.
Panie Premierze,
Liczymy, że podobnie jak w sprawie Lasów Państwowych, osobiście zainicjuje Pan zmiany w zarządzaniu krajowymi zasobami wodnymi. Pierwszy krok w reformie gospodarki wodnej jest prosty, wymaga jedynie woli politycznej i Rozporządzenia Prezesa Rady Ministrów wydanego na podstawie art. 33 ustawy o Radzie Ministrów.
Dlatego jako Koalicja Ratujmy Rzeki, skupiająca 53 organizacje pozarządowe i kilkadziesiąt członkiń i członków indywidualnych (naukowcy, eksperci, aktywiści, artyści) apelujemy o bezzwłoczne przywrócenie nadzoru nad działem administracji rządowej gospodarka wodna do kompetencji ministra klimatu i środowiska. W ten sposób planowanie, zarządzanie, monitoring i ochrona wód znajdą się w jednym resorcie i zostaną oddzielone od gospodarczego korzystania z wód.
W przypadku zainicjowania rzeczywistych zmian Koalicja deklaruje współpracę z nową „władzą wodną” i udział w reformowaniu gospodarowania wodami w naszym kraju.
Z wyrazami szacunku,
w imieniu Koalicji Ratujmy Rzeki:
Fundacja EkoRozwoju – Krzysztof Smolnicki, Prezes;
Fundacja Greenmind – Jacek Engel, Prezes Zarządu;
Fundacja WWF Polska – Piotr Nieznański, Ekspert ds. polityki środowiskowej;
Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków – Justyna Choroś, Liderka zespołu zmian systemowych i rzecznictwa;
Sekcja Przyjaciół Raby Koła Raba Polskiego Związku Wędkarskiego – Paweł Augustynek Halny, Przewodniczący;
Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA – Radosław Gawlik, Prezes;
Stowarzyszenie Ekologiczno-Kulturalne Klub Gaja – Jacek Bożek, Prezes;
Towarzystwo na rzecz Ziemi – Karol Ciężak, Członek Zarządu;
Związek Stowarzyszeń Polska Zielona Sieć – Rafał Rykowski, Specjalista ds. komunikacji
Materiał pochodzi z notatyki prasowej opracowanej na podstawie Raportu o globalnych wydarzeniach klimatycznych w 2023 przedstawionego 9 stycznia 2024 roku.

Wzrost globalnej temperatury powierzchniowej powietrza(1) względem średniej dla lat 1850-1900, wyznaczonego przedprzemysłowego okresu referencyjnego, na podstawie kilku globalnych zbiorów danych temperatur, pokazany jako 5-letnie średnie od 1850 (lewa strona) i jako średnie roczne od 1967 (prawa strona).
Źródło: C3S/ECMWF.
POBIERZ OBRAZ / POBIERZ DANE Z LEWEGO WYKRESU / POBIERZ DANE Z PRAWEGO WYKRESU
Globalne temperatury w roku 2023 osiągnęły wyjątkowo wysokie poziomy. Usługa monitorowania zmian klimatu Copernicus (C3S), prowadzona przez Europejskie Centrum Średnioterminowych Prognoz Pogody w imieniu Komisji Europejskiej i finansowana z UE, monitorowała kilka kluczowych wskaźników klimatycznych przez cały rok, informując o rekordowo wysokich warunkach, takich jak najgorętszy miesiąc w historii i codzienne globalne średnie temperatury krótkotrwale, które przekraczały poziomy przedprzemysłowe o ponad 2°C. Niespotykane globalne temperatury od czerwca spowodowały, że 2023 stał się najcieplejszym rokiem w historii. Ubiegły rok bez problemu wyprzedził dotychczas najcieplejszy sezon 2016. Raport o globalnych wydarzeniach klimatycznych w 2023 roku, został oparty głównie na danych z reanalizy ERA5- przedstawia on ogólne podsumowanie najważniejszych ekstremalnych zjawisk klimatycznych oraz głównych czynników, które za nimi stoją. Należą do nich między innymi koncentracje gazów cieplarnianych, El Niño i inne naturalne zmiany.

Anomalia temperatury powietrza przy powierzchni dla 2023 roku w stosunku do średniej z okresu referencyjnego 1991-2020.
Źródło danych: ERA5. Dzięki uprzejmości: C3S/ECMWF.
POBIERZ OBRAZ / POBIERZ DANE
Najważniejsze informacje o temperaturach powietrza na powierzchni:
-> 2023 został potwierdzony jako najcieplejszy kalendarzowy rok w stosunku do globalnych danych temperatur sięgających 1850 roku.
-> Średnia globalna temperatura w 2023 roku wyniosła 14,98°C, była o 0,17°C wyższa niż poprzednia najwyższa roczna wartość w 2016 roku.
-> 2023 był o 0,60°C cieplejszy niż średnia z lat 1991-2020 i o 1,48°C cieplejszy niż poziom przedprzemysłowy z okresu 1850-1900.
-> Prawdopodobnym jest, że 12-miesięczny okres, który zakończy się w styczniu lub lutym 2024, przekroczy 1,5°C powyżej poziomu przedprzemysłowego.
-> 2023 to pierwszy rok w historii, w którym temperatura każdego dnia była wyższa o 1°C od poziomu przedprzemysłowego z lat 1850-1900. Blisko 50% dni były o ponad 1,5°C cieplejsze niż poziom 1850-1900, a dwa dni w listopadzie były, po raz pierwszy, o ponad 2°C cieplejsze.
-> Średnie roczne temperatury powietrza były najwyższe w historii lub zbliżały się do najwyższych w większości obszarów wszystkich basenów oceanicznych i wszystkich kontynentów z wyjątkiem Australii.
-> Każdy miesiąc od czerwca do grudnia 2023 roku był cieplejszy niż odpowiadający mu miesiąc w poprzednich latach.
-> Lipiec i sierpień 2023 były najcieplejszymi miesiącami w historii. Borealne lato (czerwiec-sierpień) było również najcieplejszym sezonem w historii.
-> Wrzesień 2023 był miesiącem z odchyleniami temperatury powyżej średniej z lat 1991–2020, większymi niż jakikolwiek inny miesiąc w zbiorze danych ERA5.
-> Grudzień 2023 był najcieplejszym grudniem w historii pomiarów, ze średnią temperaturą wynoszącą 13,51°C, czyli o 0,85°C powyżej średniej z lat 1991-2020 i 1,78°C więcej niż średni poziom temperatury w latach 1850-1900 dla tego miesiąca. Szczegółowe informacje dotyczące grudnia znajdują się w miesięcznym biuletynie.
Najważniejsze informacje o temperaturach powierzchni mórz (SST):
-> Globalne średnie temperatury powierzchni morza (SST) utrzymywały się na niezwykle wysokim poziomie, osiągając rekordowe wyniki dla danej pory roku w sezonie od kwietnia do grudnia.
-> W 2023 roku wystąpiło zjawisko pogodowe El Niño, co oznacza, że La Niña dobiegła końca. Przejście to miało miejsce wiosną ubiegłego roku, przy czym WMO ogłosiło początek El Niño na początku lipca.
-> Wysokie SST w większości basenów oceanicznych, a w szczególności na Atlantyku Północnym, odegrały ważną rolę w rekordowo wysokich globalnych SST.
-> Bezprecedensowe SST były związane z falą upałów morskich na całym świecie, w tym w częściach Morza Śródziemnego, Zatoki Meksykańskiej i Karaibów, Oceanu Indyjskiego i Północnego Pacyfiku oraz w większości Atlantyku Północnego.
Najważniejsze informacje o temperaturze w Europie:
-> 2023 był drugim najcieplejszym rokiem dla Europy: o 1,02°C powyżej średniej z lat 1991-2020, o 0,17°C chłodniejszym niż 2020.
-> Temperatury w Europie utrzymywały się powyżej średniej przez 11 miesięcy 2023 roku, a wrzesień był najcieplejszym wrześniem w historii pomiarów.
-> Europejska zima (grudzień 2022 – luty 2023) była drugą najcieplejszą zimą w historii.
-> Średnia temperatura europejskiego lata (czerwiec-sierpień) wyniosła 19,63°C; o 0,83°C powyżej średniej, sprawiając, że było to piąte najcieplejsze lato w historii.
-> Europejska jesień (wrzesień-listopad) miała średnią temperaturę 10,96°C, czyli o 1,43°C powyżej średniej. W rezultacie była to druga najcieplejsza jesień w historii, tylko o 0,03°C chłodniejsza niż jesień 2020 roku.
Pozostałe zjawiska, które miały miejsce w 2023 roku:
-> Rok 2023 był niezwykły dla lodu morskiego na Antarktydzie: osiągnął on rekordowo niski poziom jak na tę porę roku w ciągu 8 miesięcy. Zarówno dzienne, jak i miesięczne zasięgi osiągnęły rekordowe minima w lutym 2023 roku.
-> Zasięg lodu morskiego Arktyki w marcu, w momencie jego rocznego maksimum, był jednym z czterech najniższych dla tego okresu w roku w historii pomiarów satelitarnych. Roczne minimum we wrześniu było szóstym najniższym.
-> Atmosferyczne stężenia dwutlenku węgla i metanu nadal wzrastały i osiągnęły rekordowe poziomy w 2023 roku, osiągając odpowiednio 419 ppm i 1902 ppb. Poziom dwutlenku węgla był wyższy o 2,4 ppm, a metanu o 11 ppb wyższy niż w 2022 roku.
-> Na całym świecie odnotowano dużą liczbę ekstremalnych zdarzeń klimatycznych, w tym fale upałów, powodzie, susze i pożary lasów. Szacunkowe globalne emisje węgla z pożarów w 2023 roku wzrosły o 30% w porównaniu z 2022 rokiem, głównie z powodu utrzymujących się pożarów w Kanadzie.
Mauro Facchini, Dyrektor ds. Obserwacji Ziemi w Dyrekcji Generalnej ds. Przemysłu Obronnego i Przestrzeni Kosmicznej Komisji Europejskiej, komentuje: „Dzięki działaniom programu Copernicus wiedzieliśmy, że 2023 rok nie przyniesie dobrych wiadomości. Przedstawione dane to kolejny dowód na coraz bardziej zauważalne skutki zmian klimatycznych. Dlatego Unia Europejska, w oparciu o dostępne dane naukowe, zgodziła się na redukcję emisji o 55% do 2030 roku. Program Copernicus, finansowany przez Komisję Europejską, jest jednym z najlepszych dostępnych narzędzi, które pomagają kierować naszymi działaniami na rzecz klimatu, utrzymują nas na drodze do osiągnięcia celów Porozumienia Paryskiego i przyspieszają zieloną transformację.”
Samantha Burgess, Zastępca Dyrektora Copernicus Climate Change Service: „2023 był wyjątkowym rokiem klimatycznych rekordów. Nie tylko jest on najcieplejszym rokiem w historii, ale jest także pierwszym rokiem, w którym wszystkie dni były o ponad 1°C cieplejsze niż okres przedprzemysłowy. Temperatury w 2023 roku prawdopodobnie przekroczyły te z jakiegokolwiek okresu od co najmniej 100 000 lat.”
Carlo Buontempo, Dyrektor Copernicus Climate Change Service, dodaje: „Obserwowane przez nas w ostatnich miesiącach ekstrema są dramatycznym świadectwem tego, jak bardzo oddaliliśmy się od klimatu, w którym rozwijała się nasza cywilizacja. Ma to głębokie znaczenie dla założeń Porozumienia Paryskiego i całej ludzkości. Jeśli chcemy skutecznie zarządzać portfelem ryzyka klimatycznego, musimy zdekarbonizować gospodarkę, jednocześnie korzystając z danych i wiedzy klimatycznej, które posiadamy, aby przygotować się na przyszłość.”
Copernicus jest częścią programu kosmicznego realizowanego i finansowanego przez Unię Europejską; jest flagowym programem obserwacji Ziemi, który dostarcza danych z 6 obszarów takich jak: Atmosfera, Zmiany Klimatyczne, Zarządzanie Kryzysowe, Ląd, Morza i Bezpieczeństwo. Program ten udostępnia bezpłatnie dane operacyjne i usługi, zapewniając użytkownikom rzetelne i aktualne informacje związane z naszą planetą i środowiskiem. Program jest koordynowany i zarządzany przez Komisję Europejską oraz realizowany we współpracy, między innymi, z Państwami Członkowskimi, Europejską Agencją Kosmiczną (ESA), Europejską Organizacją Eksploatacji Satelitów Meteorologicznych (EUMETSAT), Europejskim Centrum Średnioterminowych Prognoz Pogody (ECMWF), agencjami UE oraz Mercator Ocean.
W 2023 roku na całym świecie zostały odnotowane rekordowo wysokie temperatury powierzchniowe powietrza
Jeden z pierwszych sygnałów w danych temperaturowych zapowiadających anomalie w 2023 roku pojawił się na początku czerwca, kiedy anomalie temperatur względem poziomu przedprzemysłowego z lat 1850-1900 osiągały 1,5°C przez kilka kolejnych dni z rzędu. Chociaż nie była to pierwsza sytuacja, kiedy dzienna anomalia osiągnęła taki poziom, nigdy wcześniej nie miało to miejsca o tej porze roku. Przez resztę 2023 roku, globalne dzienne anomalie temperatury stały się regularnym zjawiskiem, do tego stopnia, że przez prawie 50% dni w 2023 roku temperatura przekraczała poziom 1,5°C powyżej odnotowanego w latach 1850-1900.
Nie oznacza to, że przekroczone zostały granice ustalone przez Porozumienie Paryskie (odnoszą się one do okresu co najmniej 20 lat, kiedy średnia anomalia temperatury była przekraczana), ale stanowi to negatywny precedens.

Dzienna globalna temperatura powierzchni powietrza względem średniej z lat 1850–1900, wyznaczonego okresu przedprzemysłowego dla roku 2023. Wykres przedstawia wzrost temperatur w trzech zakresach: 1–1,5°C (oś pomarańczowa), 1,5–2°C (oś czerwona) i powyżej 2°C (kolor karmazynowy).
Źródło: ERA5. Dzięki uprzejmości: C3S/ECMWF
POBIERZ OBRAZ / POBIERZ DANE
Temperatury powierzchni morza (SST): poza El Niño
Między innymi, kluczowym czynnikiem powodującym wyjątkowo wysokie temperatury powietrza, które notowano na świecie w 2023 roku, były bezprecedensowo wysokie temperatury oceanów. Średnia globalna temperatura powierzchni morza(2) od kwietnia do grudnia była najwyższa w zestawie danych ERA5.
Jednym z głównych czynników, który tłumaczy te wysokie temperatury, jest oscylacja południowa El Niño (ENSO), która jest wzorem zmienności klimatu. W rezultacie, temperatury oceanu w centralnym i wschodnim tropikalnym Pacyfiku zmieniają się z chłodniejszych (La Niña) na cieplejsze (El Niño). Zjawisko ENSO wpływa na temperaturę i wzorce pogodowe na całym świecie. W pierwszych miesiącach 2023 roku La Niña dobiegła końca, a zjawisko El Niño zaczęło się rozwijać. WMO ogłosiła nadejście El Niño w lipcu, po czym nasilało się ono przez resztę roku.
El Niño sam w sobie nie wyjaśnia jednak wzrostu temperatur oceanu, ponieważ wysokie SST poza równikowym obszarem Pacyfiku także znacznie przyczyniły się do rekordowo wysokich globalnych SST.

Wpływ szerokości geograficznych na miesięczne globalne anomalie temperatury powierzchniowej powietrza względem okresu referencyjnego 1991–2020, przedstawiony oddzielnie dla regionów lądowych i morskich. Wpływ każdego regionu jest określany na podstawie obszaru, jaki zajmuje na powierzchni Ziemi i został wyróżniony określonym kolorem na wykresach słupkowych.
Źródło: ERA5. Dzięki uprzejmości: C3S/ECMWF
POBIERZ OBRAZ / POBIERZ DANE
Morskie fale upałów w 2023 roku były częstym zjawiskiem w wielu zbiornikach wodnych na całym świecie, wpływając na regiony takie jak obszary Morza Śródziemnego, Zatoki Meksykańskiej i Karaibów, Oceanu Indyjskiego i Północnego Pacyfiku, a także dużą część Północnego Atlantyku. W dłuższej perspektywie na anomalie związane z ciepłem mogło również wpłynąć kilka czynników lub je wzmocnić, w tym ciepło pochodzące z głębszych poziomów oceanu.
Gazy cieplarniane

Miesięczne globalne średnie stężenie atmosferycznego dwutlenku węgla (CO2; lewa strona) i metanu (CH4; prawa strona) w kolumnowo uśrednionej koncentracji z satelitów dla lat 2003-2023 (szara krzywa) i 12-miesięczna średnia (czerwona krzywa). Źródło danych: C3S/Obs4MIPs (v4.5) konsolidowane (2003–2022) oraz wstępne dane w niemal czasie rzeczywistym CAMS (2023) zapisy GOSAT (CH4) i GOSAT-2 (CO2). Zakres przestrzenny: 60S – 60N nad lądem.
Źródło: C3S/CAMS/ECMWF/University of Bremen/SRON.
POBIERZ OBRAZ / POBIERZ DANE
Stężenie gazów cieplarnianych w 2023 roku osiągnęło najwyższe poziomy w historii pomiarów przeprowadzonych w atmosferze według C3S i Usługi monitorowania zmian klimatu Copernicus (CAMS). Stężenie dwutlenku węgla wzrosło o 2,4 ppm, a stężenie metanu wzrosło o 11 ppb w ciągu ostatniego roku. W 2023 roczne szacunkowe stężenie atmosferyczne dwutlenku węgla wyniosło 419 ppm, a metanu 1902 ppb. Tempo wzrostu stężenia dwutlenku węgla było podobne do obserwowanego w ostatnich latach. Tempo wzrostu metanu pozostało wysokie, ale było niższe niż w ostatnich 3 latach.
Przypisy:
1. Używając terminu „temperatura”, mamy na myśli temperaturę blisko powierzchni Ziemi, stąd termin „temperatury powierzchniowe powietrza”. Dla powierzchni lądowych termin ten zazwyczaj odnosi się do temperatury powietrza na wysokości 2 metrów nad powierzchnią. Dla powierzchni oceanu może dotyczyć to temperatury powietrza na wysokości 2 metrów, jak i temperatury powierzchni oceanu lub morza. Jest to uzależnione od używanego zestawu danych.
2. Prezentowane wnioski dotyczące globalnych temperatur powierzchni morza (SST) opierają się na danych SST z ERA5 uśrednionych dla obszaru 60°S–60°N. Należy zauważyć, że dane SST z ERA5 są szacunkowymi temperaturami oceanu na głębokości około 10 metrów (określanej jako temperatura podstawowa). Wyniki, np. data osiągnięcia najwyższej wartości w 2023 roku, mogą różnić się od innych analiz SST dostarczających szacunkowych temperatur na różnych głębokościach, takich jak 20 cm głębokości dla OISST NOAA.
Przez ostatnie trzydzieści lat używaliśmy zarządzania strategicznego do rozboju. Udało się. Teraz użyjmy do odnowy, odbudowy i zielonej przyszłości. Też się może udać.
1983.
Studiowałam zarządzanie w Szwecji, na Uniwersytecie w Lund, na ostatnim roku odbywaliśmy praktyki w firmach. Trafiłam do działu personalnego, gdzie troszkę się uczyłam, ale jak chyba każdy praktykant świata, niezależnie od miejsca i czasu, zajmowałam się głównie szredowaniem dokumentów. Student praktykant to bowiem najmniej ważna postać w każdej firmie, jak wtedy mawialiśmy z kolegami, „mniej niż szreder”. To były jednak takie czasy i takie miejsce, gdzie praktykantowi uczciwie płacono. I w ogóle było mi dobrze na praktyce, podobnie jak większości kolegów, żyło mi się dostatnio.
„Nasza firma jest zamożna”, mawiał mój szef, „nie oszczędzamy na pracownikach”. Wskazywał materiały biurowe, ciastka, kawę, mówił: „Proszę, bierz sobie zeszyt, długopis, częstuj się ciastkiem, kseruj sobie, co ci się przyda na studiach”. Szef spytał też pewnego pięknego dnia, czy nie potrzebuję przypadkiem biletu miesięcznego. Potrzebowałam. Natychmiast znalazł się dla mnie bilet, i to na wszystkie linie regionalnych pociągów i autobusów. W mojej świadomości królował wtedy obraz wyniesiony ze studiów i z doświadczeń – korporacja raczej nudna, ale hojna, dostatnia; dom, gdzie każdy się ogrzeje i posili. Korporacji nie da się zaskoczyć, bo jak świetny szachista ma plan na każdą ewentualność, zawsze w odwodzie wyjście, zawsze w zapasie zasoby. Wiedziałam ze studiów, że na tym właśnie polega zarządzanie strategiczne. Szanowałam.
1990.
Zarządzanie zrobiło się modne, szefowie przestali być miłymi nudziarzami spędzającymi czas w wytłumionych od dźwięków gabinetach (i hulającymi troszkę miśkowato po polach golfowych w wolnym czasie) i zmienili się w supergwiazdy na okładkach kolorowych pism. Wyzywająco patrzyli w twarz czytelnikom, niczym sam Marlon Brando (aczkolwiek często mniej urokliwie). Były wczesne lata transformacji w Polsce i siedziałam na szkoleniu z nowoczesnych metod zarządzania. Siedziałam w roli badaczki. Konsultant, brytyjski Polonus, prowadził szkolenie dla doświadczonych polskich dyrektorów, siedzących jak ciche baranki w ławkach, i rozprawiał o tym, że można zaoszczędzić parę groszy na każdym produkcie opakowanym w papier, a nie, jak dotąd, w kartonik. Gdy to się zsumuje w tysiące, setki tysięcy, to oszczędność jest gigantyczna. Słuchałam bez sympatii. No bo jak to? To nie może być serio. Korporacja to arystokracja, to gest, to szczodrość. Jakże to tak, oszczędzać na klientach, żałować im? To musi być jakaś pomyłka, to się nie przyjmie. Na podstawie swoich badań napisałam tekst traktujący o mizerii tej zarządzaniowej krucjaty. O tym, jak chytrzy i skąpi cwaniacy z Zachodu próbują uczyć starych, doświadczonych szefów z Europy Wschodniej, jak zarządzać, oferując im tanie świecidełka w zamian za wszystko, co mieli najcenniejszego. Nie pojęłam, że to też jest strategia.
2019.
Wielka Brytania. Wszystko jest wyśrubowane do obłędu, do bólu. Nie ma nigdzie żadnego luzu, wszystko działa na ostatnim tchu, na pych. Wszystkiego zawsze brakuje, materiały zużyte, narzędzia ledwie dyszą, czas przebukowany aż trzeszczy. Tylko ludzie są w tym systemie elastyczni, coraz częściej pozbawieni nawet etatów, muszą dokonywać bardzo daleko posuniętych poświęceń, by życie codzienne jakoś się toczyło. Wszystko jest just-in-time, nie ma zapasów. Gdy sprekaryzowany maszynista zachoruje tak ciężko, że nie da rady zwlec się do pracy, pociąg nie pojedzie. Gdy „samozatrudniony” rozwoziciel zakupów ugrzęźnie w korku, zablokuje się cały plan rozwozu i nie ma komu nawet go przeprogramować. Niepełnosprawna, która zamówiła dostawę ze spożywczaka, na próżno wydzwania z pytaniami pod podany w zamówieniu numer. Tam nikt nie wie, co się dzieje. Gdy w budynku, gdzie mieszkasz, jest awaria ciepłej wody, trzeba dzwonić do call centeru w najlepszym razie w innej części kraju, a prawdopodobnie w Indiach (bo firma tak może zaoszczędzić dodatkowy ułamek grosika). Nikt, z kim rozmawiasz, nie wie, o co chodzi. Trzeba wszystko tłumaczyć od nowa za każdym razem, gdy po odstaniu kosztownej telefonicznej kolejki wreszcie udaje się z kimś porozmawiać. Osoba, z którą rozmawiasz, nie wie, że awaria jest w całym budynku, i traktuje zgłoszenie jak indywidualny problem dzwoniącego „klienta”. Obiecuje wysłać „inżyniera”, czyli sprekaryzowanego, zestresowanego do szaleństwa hydraulika. Już za tydzień. O której godzinie? Nie wiadomo. Że nie wolno ci się zwolnić z pracy na cały dzień? „No, ale co ja na to poradzę?”.
No, faktycznie – co? Człowiek, z którym rozmawiasz, nie widział dzieci od wielu miesięcy, bo gdy wraca do domu, one dawno śpią. W głowie huczy mu bezustannie od bezsensownych rozmów z ludźmi z obcego kraju, którzy czegoś od niego chcą, krzyczą na niego w sprawach osiedla, którego nigdy nie widział na oczy. Możemy go ocenić na skali od 1 do 5 w nieodłącznej ankiecie telefonicznej po zakończeniu rozmowy. Odreagować frustrację, wlepić pałę, człowiekowi pewno polecą po wypłacie. Kto ponosi za to odpowiedzialność? A co to takiego? Czy wyniknie z tego poprawa usług? No nie, przecież to by za drogo kosztowało („klienta”, czyli ciebie). Co jeszcze? „Inżynier” dojechał koło północy, bo urwało mu się koło – drogi dziurawe, miesiącami pozastawiane ogrodzeniami głoszącymi „udoskonalenia”. Był szary na twarzy. Powiedział, że awaria i nie da się naprawić w twoim mieszkaniu, bo pochodzi od czegoś większego, gdzieś dalej. Gdy szukasz informacji na stronie zoutsource’owanej firmy, która zajmuje się na twoim osiedlu naprawami, noszącej jakąś przefajną nazwę – dajmy na to, Radosne Życie – natrafiasz na strategię, a także wizję korporacyjną opartą na zasadach: „równość, różnorodność, inkluzja”. Firma zapewnia, że ma do tych zasad pasję i że strategia ta jest realizowana we wszystkich jej działaniach. Ale to chyba nie jest prawdziwa strategia, to jakiś żałosny blef. Na stronie widnieją obrazy roześmianych ekstatycznie osób. Już się do tego przyzwyczaiłeś, wszystkie reklamy od wielu lat szczerzą do ciebie zęby.
Co łączy te trzy przykłady? Strategia. We wszystkich przypadkach w centrum uwagi jest zarządzanie strategiczne. W pierwszym przykładzie jest to strategia, o jakiej pisano na podstawie badań naukowych. Tacy wybitni badacze jak James G. March (współautor noblisty Herberta Simona), Karl Weick, Henry Mintzberg czy Krzysztof Obłój opisywali strategię organizacji jako sztukę działania w warunkach niepewności. Głosili potrzebę posiadania scenariuszy działania i zapewnienia zapasu bądź luzu strategicznego, który umożliwiłby szybkie przestawienie się z jednej ścieżki na inną, gdyby zaszła taka potrzeba.
Drugi przypadek to strategia popularna w epoce tak zwanej transformacji, polegająca na cięciu kosztów. Wszystko miałoby być teraz lean, zwinne, odchudzone. Średni szczebel zarządzania miał iść na zieloną trawkę, poszukiwano wszędzie niepotrzebnych nadmiarów, które można by wyciąć (tak jak w 2018 roku administracja prezydenta USA rozwiązała zespół przygotowujący scenariusze na wypadek zagrożenia pandemią, bo ludzie siedzieli, pobierali płace i nic nie robili) i na tym zaoszczędzić. Sęk w tym, że takie działania wynikały z mody, podczas gdy badacze wymienieni wcześniej ciągle ostrzegali, że to się nie skończy dobrze. Karl Weick ukazywał co najmniej od trzydziestu lat niebezpieczeństwo takiego działania – gdy systemy są zbyt ściśle sprzężone, argumentował, stają się podatne na katastrofy.
Trzeci przypadek to wycyzelowana do perfekcji, do doskonałości (nowomowa zarządcza ukochała to słowo), strategia rzucania sloganami i jednoczesnego drenowania zasobów, żerowania na dobru wspólnym, na czasie i prywatnym poświęceniu ludzi. Nowomowa tryska słowami, które wszyscy nazbyt dobrze znamy z mediów i wypowiedzi „ekspertów”: misja, produktywność, innowacyjność, projekty, przedsiębiorczość. Tymczasem, w tej chwili trzeźwości, jaka na nas wszystkich teraz spadła, widać wyraźnie, co rzeczywiście się przez czas tego ględzenia działo. To, co australijski profesor zarządzania Peter Fleming określa prosto a trafnie – wreckage economics, ekonomia rozboju.
Puls rozwałki towarzyszy neoliberalnemu zarządzaniu. A przecież nie musi tak być, to nie jest jedyna możliwa strategia, ani nawet nie „jedynie słuszna”. To jedna z możliwych i w dodatku patologiczna. Jest wiele innych możliwości. Między innymi także strategie zielone, humanitarne, sprawiedliwe. Jak przypomina jeden z najwybitniejszych żyjących teoretyków zarządzania strategicznego, kanadyjski profesor Henry Mintzberg, najpierw należy zadbać o to, by organizacje znów stały się sterowne, „zarządzalne”. Obecnie dominuje model shareholder value – jest to jest jeden z najgroźniejszych patogenów naszych czasów. Polega na oderwaniu własności od jądra działalności organizacji i wiąże się z finansjalizacja. Sektor finansowy, który, jak głoszą ekonomiści tacy jak Mariana Mazzucato, sam nie wytwarza realnej wartości, został w ostatnich dekadach systemowo uczyniony głównym twórcą wartości gospodarczej. W modelu chodzi o wartość dla akcjonariuszy, na ogół bezosobowych i anonimowych funduszy inwestycyjnych, która ma być dostarczana inwestorom-właścicielom kapitału. Ceny akcji rosną, dokonuje się takich operacji, które to umożliwiają, pomnażają finansową wartość księgową, zaniedbując sferę realną, czyli co przedsiębiorstwa naprawdę produkują, w jakich warunkach ludzie pracują, co się dzieje ze środowiskiem naturalnym. Profesor zarządzania i finansów Prem Sikka przestrzega, że jest to model wybitnie szkodliwy w długim i w średnim okresie. Sprawia, że akcjonariusze współczesnych korporacji są właścicielami kapitału „fikcyjnego”, który różni się od kapitału „rzeczywistego”. Taki system wywiera ogromną presję na rynki i inne ważne instytucje. Posiadacze kapitału stale kupują i sprzedają akcje (lub obligacje) w pogoni za krótkoterminowymi zyskami. Okres posiadania udziałów stale się kurczy, akcjonariusze są coraz bardziej rozproszeni. To sprawia, że – jak argumentuje Mintzberg – system staje się niekontrolowalny, zarządzający nie mogą kontrolować organizacji. Strategia w tych warunkach polega na dostosowywaniu się pasywnym do warunków, jakie dyktują fundusze. To sprawia, że mamy do czynienia de facto z gospodarką rabunkową, mającą na celu nawet nie zysk ale jego marginalną maksymalizację. Jest to imperatyw wzrostu ilościowego, za wszelką cenę – ciągłego przyrostu dochodów. W takich warunkach nie sposób się wyłamać i zarządzać strategicznie w jakikolwiek sposób odmienny od tych zewnętrznych warunków. Jednak, głosi Mintzberg, jeśli własność jest kontrolowana przez zarządzających, np. w firmie rodzinnej lub spółdzielni, to inne zarządzanie strategiczne jest możliwe. To nawet nie jest koniecznie strategia „de-wzrostu” lecz wzrostu: jakości życia, sensu, radości.
Neoliberalny rozbój spowodował spustoszenie, w którym się właśnie, jako ludzkość, zaczynamy się budzić: świat rażących nierówności, tragicznego wyniszczenia środowiska naturalnego, wreszcie pandemii. To wygląda katastrofalnie i jest to stan katastrofy. Ale na szczęście nie oznacza to, że musimy pogodzić się z nieuchronnym końcem ludzkości czy nawet cywilizacji. W obliczu katastrofalnych zagrożeń należy obmyślić strategie, które pozwolą nam wydostać się z pułapki, w jakiej się znajdujemy. Przez ostatnie trzydzieści lat używaliśmy zarządzania strategicznego do rozboju. Udało się. Teraz użyjmy do odnowy, odbudowy i zielonej przyszłości. Też się może udać.
Starsza wersja została opublikowana jako: Monika Kostera (2020) „Strategia rozboju, strategia ratunku”, Magazyn Kontakt, 2/43, s. 143-145. Dziękujemy Redakcji Magazynu Kontakt za zgodę na ponowne opublikowanie wersji nowszej!
Artykuł ukazał się w ramach cyklu zielone zarządzanie.
Ogród na dachu pozwala użytecznie wykorzystać przestrzeń i stworzyć tętniącą życiem oazę w betonowej dżungli. W zależności od rodzaju dachu pełen roślin ogród stanowi miejską enklawę dla ptaków i owadów, ale również dla nas może być miejscem schronienia od miejskiego zgiełku.
Dlaczego ogród na dachu to dobry pomysł?
Stworzenie ogrodu na dachu to nadanie życia martwej przestrzeni. Zielony dach żyje, zwiększając biologicznie czynną powierzchnię i daje dogodne warunki do życia i rozmnażania się roślin, owadów, a nawet małych zwierząt. Rośliny gromadzą wodę, zwiększając wilgotność powietrza oraz je filtrują, dzięki czemu otoczenie jest bardziej przyjazne dla ludzi.
Zielona roślinność nie nagrzewa się tak jak beton lub inne formy pokrycia dachu. Ogród obniża w ten sposób temperaturę otoczenia i przeciwdziała powstawaniu typowych dla miast wysp ciepła.
Ogród na dachu daje też możliwość stworzenia coraz bardziej popularnych hoteli dla pszczół i owadów lub domków lęgowych dla ptaków z gatunków przyjaznych człowiekowi np. jeżyków, które skutecznie walczącą z plagami komarów. Taki ogród daje znacznie większe możliwości niż ogród na balkonie.

Fot: Tymon Wysocki/Bigstock
Niestety założenie ogrodu na dachu nie jest łatwe ze względu na ograniczoną powierzchnię, cienką warstwę podłoża, a także konieczność przetransportowania na dach wszystkich warstw podłoża, roślin, narzędzi, elementów dekoracyjnych i mebli.
Jaki dach nadaje się na założenie ogrodu?
Ogrody zakładane są najczęściej na dachach budynków w miastach. Mogą być one tworzone na budynkach mieszkalnych, ale również obiektach użyteczności publicznej, biurowcach, czy obiektach handlowych. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby mały ogród założyć również na dachu garażu, budynku gospodarczego, czy wiaty śmietnikowej. Takie enklawy zieleni będą odgrywać rolę ekologiczną, ale również estetyczną.
W każdym przypadku, przed rozpoczęciem prac, musimy się upewnić, że dach wytrzyma dodatkowe obciążenie. Konstrukcja dachu musi być solidna, a w niektórych przypadkach będzie konieczne wykonanie dodatkowych wzmocnień. Obciążenie jednego metra kwadratowego dachu może wynieść od kilkudziesięciu do ponad stu kilogramów. Będzie ono jeszcze większe po opadach deszczu. Trzeba pamiętać, że podłoże będzie zatrzymywać wodę, co jest korzystne, jednak w znaczny sposób obciąża konstrukcję.
Przygotowanie projektu warto zlecić specjaliście, który zweryfikuje parametry techniczne dachu i jeśli będzie to konieczne, skontaktuje się z nadzorem budowlanym. Niezbędne będzie również uzyskanie zgody zarządcy budynku lub wspólnoty mieszkaniowej.
Ogród można utworzyć nie tylko na dachu płaskim, ale również skośnym, o niewielkim stopniu nachylenia (do około 20%-25% spadku).

Fot. Freepik
Główne rodzaje ogrodów na dachu
Duży dach, który chcemy wykorzystywać do celów rekreacyjnych, jak typowy ogród to tzw. intensywny dach zielony. Możemy na nim zasadzić trawy, rośliny ozdobne, krzewy, a nawet drzewa. Na dachu możemy wydzielić część do odpoczynku, przygotować ścieżki i wykorzystać meble ogrodowe. O zieleń na takim dachu musimy dbać jak w każdym innym ogrodzie.
Inną opcją jest dach ekstensywny, który nie jest przeznaczony do wypoczynku. Pełni on funkcję dekoracyjną i ekologiczną. Użyjemy na nim inny rodzaj roślinności, której nie trzeba systematycznie pielęgnować. Są to rośliny wieloletnie, odporne na różne warunki pogodowe i zjawiska atmosferyczne. Nie są jednak odporne na deptanie, dla tego po dachu tego typu nie będziemy chodzić.

Fot. Freepik
Przygotowanie dachu
Rozważanie założenia ogrodu na dachu najlepiej rozpocząć już w fazie projektu budowli. W tym momencie łatwiej jest zaplanować niezbędną konstrukcję i niezbędne wzmocnienia. Istnieje także możliwość adaptacji istniejącej konstrukcji po weryfikacji nośności dachu. Aranżację ogrodu można przeprowadzić samodzielnie lub skorzystać z pomocy architekta krajobrazu, który opracuje profesjonalny projekt. Analogicznie postępujemy z przygotowaniem podłoża – można je zaaranżować własnoręcznie lub zdecydować się na gotowe rozwiązania, które ułatwiają prace ogrodowe i sprzyjają rozwojowi posadzonych roślin.
Jednym z najważniejszych elementów jest hydroizolacja. Będzie ona stanowić bazę dla kolejnych warstw podłoża. Aby uniknąć przecieków na niższe kondygnacje, hydroizolacja musi być położona na całej powierzchni dachu, nawet tam, gdzie nie przewidujemy roślin. Jej zadaniem jest ochrona przed przedostawaniem się wody, więc musi być wykonana solidnie. Do tego celu wykorzystuje się najczęściej papę bitumiczną, folię na bazie kauczuku syntetycznego lub grubą folię PCV.
Na izolacji układamy warstwę ochronną z geowłókniny. Jej zadaniem będzie zabezpieczenie hydroizolacji przed korzeniami roślin.
Kolejna warstwa to drenaż, który będzie odpowiedzialny za odprowadzenie nadmiaru nagromadzonej wody do rynien, lub zbiorników gromadzących wodę do późniejszego wykorzystania. Do tego celu wykorzystujemy najczęściej żwir, keramzyt lub specjalnie przygotowane maty. Na drenażu układamy warstwę filtrującą. Chroni ona przed zanieczyszczeniami warstwy ułożone pod nią. Zadanie to bardzo dobrze spełnia geowłóknina, która uniemożliwi przedostawanie się niżej podłoża i zapychanie w ten sposób drenażu.
Ostatnia warstwa to tzw. warstwa wegetacyjna, czyli podłoże, na którym będą rosnąć nasze rośliny. Najczęściej jest to mieszanka humusu i żwiru lub keramzytu. Warstwa podłoża jest uzależniona od rodzaju roślin i wynosi około 20 cm w przypadku dachów ekstensywnych i nawet 35 cm dla roślin na dachach intensywnych.
Dobór roślin
Dobrze przygotowany ogród na dachu cechuje bujna, soczysta i gęsta roślinność. Na dachu ekstensywnym przyjmą się gatunki łatwe w utrzymaniu, odporne na wahania temperatur oraz suszę. Zalecane są:
- mchy,
- porosty,
- rojniki,
- rozchodniki,
- trawa.
Większe możliwości daje nam dach intensywny. Rośliny możemy dobierać wg własnych preferencji, doświadczenia w hodowli oraz czasu, który możemy poświęcić na pielęgnację.
Dobrym rozwiązaniem będą:
- trawy ozdobne,
- mchy,
- kolorowe i ozdobne byliny,
- liliowce,
- jeżówki,
- rozchodniki,
- lawenda,
- werbena,
- aromatyczne zioła.
Aranżując miejsce do odpoczynku warto pomyśleć o roślinach z kolorowymi kwiatami o intensywnym zapachu oraz pnączach, którymi możemy pokryć ściany, kominy lub inne elementy konstrukcyjne występujące na dachu.
W zależności od wielkości ogrodu i konstrukcji dachu możemy pomyśleć również o niewysokich krzewach takich jak hortensje czy róże, a nawet wybranych gatunkach drzew. Mogą być one sadzone bezpośrednio na wcześniej przygotowanym podłożu albo w specjalnych donicach.
Pielęgnacja ogrodu na dachu
Każdy ogród musi być pielęgnowany, szczególnie w pierwszych latach po jego założeniu. Nawet jeśli wybierzemy mniej wymagające rośliny, to w pierwszych sezonach musimy je zabezpieczać przed suszą i mrozem. Z dachu musimy usuwać samosiejki i suche liście, a trawy muszą być regularnie koszone i nawożone.
Po kilku latach rośliny będą miały już rozbudowany system korzeniowy, trwale związany z podłożem i w przypadku dachów ekstensywnych powinny być samowystarczalne. To oznacza, że nie będą wymagały naszej opieki poza kilkoma podstawowymi zabiegami pielęgnacyjnymi kilka razy do roku.
Pielęgnacja ogrodu intensywnego nie będzie się wiele różniła od dbania o tradycyjny, gruntowy ogród. Sposób i intensywność zabiegów musi być dopasowana do uprawianych przez nas gatunków roślin.
__________________
Artykuł sponsorowany:
Nieruchomosci-online.pl