Justyna Markoff: Ile lat ma twoja butelka?

Michał Paca: Ja bez przerwy gubię swoje butelki, ale mogę powiedzieć, że przez ostatnie sześć lat, kupiłem cztery butelki plastikowe. Więc patrząc statystycznie – w ciągu tych lat, jakby, nie kupiłem tysiąca dwustu butelek plastikowych.

Masz na myśli średnią liczbę kupionych butelek przez obywatela Polski?

Dokładnie – dwieście dwadzieścia rocznie na łebka. Tak nam wypada średnia! Produkujemy rocznie aż osiem miliardów butelek (plastikowych). Prawdziwemu recyklingowi nie podlegają żadne butelki. To nie jest tak, jak myślimy o recyklingu, że coś się dzieje again, again i again…. Niestety, ale zapis dyrektywy po ogromnym lobbingu koncernów zajmujących się produkcją plastików jest właśnie taki, że recyklingiem jest również to, że coś wyprodukujemy i jeszcze raz zrobimy z niego – nawet coś innego – a później pójdzie do spalenia. Taki proces nazywamy dziś recyklingiem – FAŁSZYWYM. W przypadku plastiku większość produktów z plastiku trafia w cykl właśnie takiego fałszywego recyklingu.

Rozumiem. Czyli według ciebie kluczem jest – mniejsza nie tylko produkcja, ale przede wszystkim zmniejszenie używania plastiku lub dalej – niewytwarzanie śmieci na poziomie konsumenckim.

Jedyna rzecz, która ma sens, do której powinniśmy być zachęcani, to byśmy się skupili na tym, jak nie wytwarzać śmieci. Nie mamy dziś większego zadania, bardziej wartościowego. Jednak to stoi w sprzeczności z modelem gospodarczym, w którym żyjemy. Konsumpcja jest kluczowym elementem tego, żeby zbierać podatki. Im większa konsumpcja, a co za tym idzie – produkcja odpadów – tym większe podatki. W pewnym sensie możemy uprościć tę myśl i powiedzieć, że państwo zarabia na tym, że niszczymy środowisko. Im większa konsumpcja, tym większe niszczenie środowiska. System ten jest bardzo głęboko przeżarty przestarzałymi rozwiązaniami, które nas trzymają i utrudniają realne zmiany.

Jak byś się odniósł do najnowszego raportu, który mówi, że zostało nam realnie trzy lata aby zacząć działać, wprowadzić konkretne systemy, aby nie doprowadzić do upadku naszej planety.

Skupmy się na poziomie indywidualnym. Poziom globalny można odbierać, jako wyjątkowo przygnębiający, w którym każdy z nas przygotowuje się do katastrofy. Myślenie o tym jest fatalne. Zdecydowanie lepiej jest się skupić nad tym, na co mamy wpływ, z czego korzystamy, jak dbamy o planetę, aby zachować ją dla kolejnych pokoleń. To może przynosić wiele radości i przyjemności. Jeśli się tego nauczymy i spojrzymy poprzez swoje działania – na szerszą perspektywę – zaczniemy być gotowi do ponoszenia pewnego poziomu dyskomfortu w codzienności, w imię pielęgnowania planety dla kolejnych pokoleń.

Czy uważasz, że nasz kraj jest już na tym etapie, że można o tym myśleć indywidualnie, czy raczej to powinno być narzucane – jak w przypadku może mało miłej analogii – mam na myśli palenie papierosów. Jeszcze niedawno istniało przyzwolenie na palenie dosłownie wszędzie: w barach, w restauracjach, przy dzieciach, nawet u lekarza. Po wprowadzeniu odgórnego zakazu, a co za tym idzie konsekwencji w postaci mandatów – nawet, gdy przez moment ludzie się buntowali – dziś wszyscy są nagle szczęśliwi z tego. Ale musiała być to zmiana właśnie globalna, odgórna i systemowa.

Ja nie lubię zakazów, ale bardzo lubię to jak efektywnie działa ją rozwiązania systemowe, wyposażone przede wszystkim w wysokie kary. Lub inaczej mówiąc – koszty. Jeżeli coś szkodzi planecie, szkodzi przyszłym pokoleniom, to to powinno być drogie i to bardzo drogie. Ale przy tym – mimo wszystko dostępne. System powinien motywować nas do tego, żebyśmy nie wybierali opakowań jednorazowych. System powinien piętnować jednorazowość. To znaczy – jako konsumenci – powinniśmy być zachęcani do zakupów, pozbawionych plastiku. Ale jednocześnie, jeśli mamy ochotę, aby każdy produkt był jednak zafoliowany – powinniśmy do każdego produktu, opakowanego w plastik dopłacić. Tak, aby wyjeżdżając ze sklepu mieć świadomość, że co najmniej 10% ceny jego zakupów to koszt śmieci. To też jest budowanie świadomości – to czy naśmiecę czy nie, zaczyna się już podczas naszych wyborów konsumenckich. Jednocześnie niestety uważam, że żyjemy w systemie, który jest stworzony tak, aby korporacje musiały jak najmniej zmieniać – dopiero pod naciskiem konsumentów. Dlatego to do nas, oddolnie należy ruch zmiany.

Właśnie to jest moja następna myśl. Wracamy do przerzucenia odpowiedzialność tylko na indywidualne decyzje. Twój szerszy plan zakłada jednak, aby całość zarządzania odpadami się zmieniła. Jednak, gdzie leży odpowiedzialność firm?
Odpowiedzialność firm jest w pewnym sensie iluzją. Myślimy, że teraz Coca Cola będzie miała o miliard dolarów mniejsze zyski rocznie w Europie, bo my jej każemy, zagrozimy itp. Zrzucą wszystko na klientów. Firmy muszą generować zysk i zawsze będą. Tak więc zróbmy tak, żeby opłacało im się chronić środowisko., Ale nie angażując trzydzieści sześć milionów ludzi w „doktoraty o segregacji odpadów”, gdzie codziennie muszą się zastanawiać – co do którego kubła wrzucić. Najważniejsze jest niewytwarzanie odpadów. Od dwudziestu lat nie uczymy narodu tego, jak być oszczędnym. Jednak tutaj trzeba odwrócić myślenie o śmieciach. To nie zyski- a koszty.

W tym kontekście jeszcze chcę Ci zadać kilka pytań: Wiemy, czym Ukraina miała być dla Polski, jeżeli chodzi o śmieci. Jednak sytuacja się zmieniła. I co w związku z tym? Co się wydarzy? Gdzie i na kogo przerzucone zostaną koszty? Znowu wrócimy do Chin?

Na ten moment Turcja jest państwem, które chętnie przyjmuje europejskie śmieci. Teoretycznie jadą tam do recyklingu. Myślimy, że wszystko, co tam wysłaliśmy zamianę jest w surowiec, ale tak nie jest. Część spalają, część idzie do nielegalnych wysypisk.

Czy widzisz tu szansę na rozliczenie dla rządu za nieodpowiedzianą politykę odpadową?

Tak na prawdę – to nie. Gdzieś koło 2008 roku nagle zostaliśmy liderem recyklingu w Europie. Przepisy pozwoliły na to, że jako recykling klasyfikowaliśmy minerały, które udało nam się wyciągnąć ze zmieszanych odpadów komunalnych. I te minerały wykorzystywaliśmy do zapełniania wyrobisk po kopalniach pisaku. To było uznawane za recykling. Nie trzeba było długo czekać, aż się okazało, że 50% odpadów z Warszawy ma charakter mineralny. Dlaczego? Bo firmy rozdrabniały te odpady, puszczały przez sitko o dwudziestocentymetrowym oczku i mówiły „ że jak przejdzie przez takie oczko, to to musi być minerał”. Potem przez lata w ramach tego procederu, mniej lub bardziej legalnego, wepchaliśmy pod ziemię ok. dwadzieścia milionów ton odpadów i przysypaliśmy to ziemią. To nie jest tak, że „ przysypałem i nie widać”. Z tych wszystkich odpadów, wydzielają się jony azotu. I te substancje są trujące dla nas. Są rakotwórcze. To problem dla wszystkich pokoleń.

W takim razie – jaka jest szansa dla plastikowych śmieci, aby je wykorzystać, jak np. szkło?

Co roku produkujemy 400mln ton plastiku. Z czego 100mln to opakowania. Nie widzę innej opcji poradzenia sobie z plastikiem, niż ograniczenia jego konsumpcji. Ale to oznacza, że wchodząc do sklepu musimy zacząć wybierać rzeczy zapakowane przez naturę. Paradoks polega na tym, że jeżeli wejdziemy do sklepu dzisiaj i wyjdziemy stamtąd z rzeczami, które nie mają opakowań, to są najzdrowsze rzeczy. Ale dzisiaj jest to poza horyzontem widzenia rządzących.

Czyli na dzień dzisiejszy nie widzisz szansy, by pozbyć się tego plastiku? Czyli trzeba finansować rozwój technologiczny, jakieś innowacyjne pomysły?

Myślę, że ciekawym rozwiązaniem, wartym wspierania, są sklepy, gdzie możemy iść z własnymi pojemnikami. Jednak bardziej wierzę w to, że mechanizm finansowy jest wszystkim czego potrzebujemy. Bo wszelkie przepisy da się obejść. Wiemy już, że korporacje szykują się na to, żeby robić butelki z plastiku z kukurydzy, bo takie się będą wymykały takim opłatą które planuje wprowadzić UE. Zaniedbujemy tym samym fakt, że efekt będzie taki, że Brazylia będzie wycinała lasy, bo teraz będzie sadziła materiał na plastik. Musimy sprawić, że niszczenie środowiska było bardzo, ale to bardzo drogie drogie dla wszystkich. I wtedy możliwa będzie jakaś zmiana.

Zatem Tobie, sobie i nam wszystkim życzę, abyśmy doczekali się, aż przyjdzie rząd, który zrozumie, że podstawowym i najważniejszym obowiązkiem – jak sam wspomniałeś – jest ochrona środowiska.

 

 

Wywiad został wydany dzięki dofinansowaniu z UE w ramach projektu „Pedagogy for Change”, realizowanego przez Fundację Wytwórnia Inicjatyw Twórczych.

Wywiad odzwierciedla jedynie stanowisko autorów i Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za jej treść.

Kiedy przyglądamy się kryzysowi energetycznemu, coraz większej popularności skrajnej prawicy i narastającym katastrofom klimatycznym, z którymi musi się zmierzyć świat, wspólny wątek kolonialnego wyzysku może nie wydawać się oczywisty. Na obrzeżach festiwalu Ecopolis rozmawiamy z uznanym pisarzem Amitavem Ghoshem, który prezentuje historyczną perspektywę światowych wydarzeń – od powodzi w Pakistanie do wojny w Ukrainie – oraz zadań stojących przed zielonymi i progresywnymi siłami.

„Green European Journal”: W sierpniu tego roku Pakistan dotknęły powodzie, które zmusiły 50 milionów ludzi do opuszczenia domów i zabiły ponad 1500 osób. Minie kilka miesięcy, zanim woda opadnie. Jest Pan pisarzem z południowej Azji, który dużo pisał o skutkach zmiany klimatu dla tego regionu. Jaki jest Pana punkt widzenia na te powodzie i reakcję społeczności międzynarodowej?

Amitav Gosh: Klęski na Globalnym Południu są rzadko zauważane, ale było jasne, że ostatnia powódź w Pakistanie przyciągnęła uwagę wielu osób. Może z powodu jej skali, ale wydaje się, że wywarła wpływ na ludzi na całym świecie. Czy to wystarczy? Nie sądzę. Wziąwszy pod uwagę rozmiar tej katastrofy, powinna się ona znaleźć wszędzie na pierwszych stronach gazet i w czołówkach wiadomości.

Tę katastrofę dało się przewidzieć, ponieważ było wiele jej zwiastunów w latach 2010 i 2012. Po Antarktydzie Pakistan ma najwięcej lodowców – ponad 700. Himalajskie lodowce topią się w niewiarygodnym tempie. Widzieliśmy też ten sam problem podczas przerażających wylewów jezior lodowcowych zatapiających wioski w Indiach.

Pakistan jest wyjątkowo źle przygotowany do radzenia sobie z powodzią taką jak ta. Gdziekolwiek zdarzają się katastrofy klimatyczne – zarówno na Globalnej Północy, jak i na Globalnym Południu – sytuację ogromnie pogarszają historyczne ingerencje w krajobraz naturalny. Jednym z powodów przesiedlenia tak wielu osób w czasie ostatniej powodzi w Pakistanie jest to, że w czasach kolonialnych wielu koczowników, którzy poruszali się z rytmem rzeki, zmuszono do osiedlenia się nad jej brzegami. Dla reżymów kolonialnych i współczesnych systemów ukierunkowanych na rozwój jakiekolwiek formy koczownictwa stanowią ogromną zniewagę. Chcą one, żeby ludzie byli stabilni i osiadli. Tereny, na których osiedliły się te społeczności, miały bardzo dziwny system własności ziemi, ponieważ Brytyjczycy rozdali ogromne jej połacie pendżabskim arystokratom, aby utrzymać ich poparcie.

Jest to jeszcze jeden przykład tego, jak antropocentryczne interwencje w przeszłości dramatycznie pogłębiają klimatyczne katastrofy. Wielu pakistańskich działaczy domaga się reparacji, a niedawne powodzie spotęgowały apele o odszkodowania za poniesione straty i szkody, ale zobaczymy, co z tego wyniknie.

W książce The Nutmeg’s Curse (Klątwa gałki muszkatałowej) używa Pan terminu science fiction „terraformowanie” (ang. terraforming), aby opisać, w jaki sposób imperium zmieniło ukształtowanie terenów na świecie. Czy nie doceniamy tego, jak bardzo kolonializm przekształcił ziemię i sposoby, w jakie jest ona uporządkowana i zamieszkiwana?

Absolutnie. Najbardziej sterraformowaną częścią Indii jest Pendżab, gdzie Brytyjczycy zbudowali wiele kanałów i rozdali olbrzymie ilości ziemi. Dlaczego? Ponieważ chcieli utrzymać poparcie swoich pendżabskich żołnierzy – najemników, bardzo im potrzebne po wielkim indyjskim powstaniu przeciwko rządom kolonialnym w 1857 roku.

To intensywne terraformowanie zostało pogłębione przez interwencje Zielonej Rewolucji, zwłaszcza po stronie indyjskiej. Obecnie w tej części północnych Indii rozgrywa się cicha katastrofa. Od lat 50. ubiegłego wieku rolnicy pompują wodę kopalną, korzystając z subsydiowanej energii elektrycznej. Dziś warstwa wodonośna jest całkowicie wyczerpana, a tradycyjne formy nawadniania, stosowane przed brytyjskimi kanałami, zostały zaniedbane. Rolnictwo w tym regionie stanie się wkrótce niemożliwe.

Amerykański historyk Mike Davies w swojej książce Late Victorian Holocaust opisuje, jak brytyjski imperializm zniszczył wszystkie mechanizmy i instytucje, które od dawna istniały w południowej Azji i służyły do zwalczania głodu i  zarządzania wodą.

To prawda. Zostały one zniszczone w imię ideologii wolnego handlu. W przeszłości indyjscy królowie przygotowywali się do klęsk głodu i reagowali na nie poprzez potężne interwencje państwa: dystrybucję żywności, magazynowanie zapasów i tak dalej. Brytyjczycy, gdy głód się powiększał, dosłownie odmówili zrobienia czegokolwiek, co kolidowałoby z prawami wolnego handlu. Organizacjom charytatywnym nie wolno było interweniować, dokładnie tak jak obecnie w Ameryce, gdzie ludziom zakazuje się rozdawania żywności bezdomnym.

Europa doświadcza dzisiaj głębokiego kryzysu energetycznego, ponieważ zasoby importowane z innych części świata, od których jest zależna, nie są już łatwo dostępne z powodu wojny i sankcji, a także dlatego, że inne kraje również ich potrzebują. Czy dziedzictwo kolonializmu i eksploatacji odbija się teraz na krajach zachodnich?

Im bardziej przyglądam się światu, tym wyraźniej widzę, że praktyki kolonialne, które były przedtem stosowane wobec ludności kolonizowanych regionów, są teraz wdrażane w krajach macierzystych. Na przykład obecny rząd brytyjski ponownie subsydiuje firmy z branży paliw kopalnych, jednocześnie zmuszając ludzi do ponoszenia kosztów podwyżki cen energii. Epidemia uzależnienia od opioidów w USA niepokojąco przypomina to, co Wielka Brytania i USA zrobiły w Chinach w XIX wieku. Wielkie koncerny farmaceutyczne, które zaczęły namierzać wrażliwe grupy społeczne w regionach górniczych i przemysłowych, stosują te same łupieskie praktyki, co dawne elity kolonialne. To ta sama logika, która uznaje niektórych ludzi za zbędnych. Te same grupy doświadczą również najboleśniej skutków zmiany klimatu. Kto zapłaci za zmuszenie ludzi do opuszczenia domów w wyniku katastrofalnej powodzi w Le Marche we wrześniu tego roku? Podczas wyborów we Włoszech prawie o tym nie mówiono.

W Europie dostrzegam narastający gniew wobec klasy politycznej. Widzieliśmy to już kilka lat temu wraz z ruchem „żółtych kamizelek”. Myślę, że przed końcem tej zimy będziemy świadkami różnego rodzaju powstań ludowych w całej Europie. Niestety sądzę, że będą się one przejawiać w sposób dający pożywkę skrajnej prawicy.

Partie skrajnie prawicowe były głównymi zwycięzcami zarówno w szwedzkich, jak i włoskich wyborach. Nie ulega wątpliwości, że żyjemy w czasach kryzysów i niepewności, ale czy można wykazać związek między samym kryzysem ekologicznym a gniewem, który wykorzystują te partie?

Oczywiście. Jedną z rzeczy, która rzuca się w oczy, gdy rozglądamy się dzisiaj po świecie, jest to, że nawet przy ociepleniu o 1,3 stopnia obserwujemy ogromne zakłócenia. Nie tylko w systemach fizycznych czy gospodarczych, lecz także politycznych.

Wielką Brytanię od wieków uważano za bastion stabilności. Kto mógłby przypuścić, że w ciągu zaledwie czterech lub pięciu lat Brexit zainicjuje dogłębną destabilizację tego kraju? Co spowodowało Brexit? Migracja, a między migracją a zmianą klimatu istnieje oczywisty i coraz silniejszy związek. Z demograficznego punktu widzenia liczba imigrantów udających się do Wielkiej Brytanii może nie była ogromna, ale wystarczająca do wywołania powszechnego poczucia pewnego rodzaju fundamentalnej niestabilności. Do tego stopnia, że wiele decyzji podjętych przez dużą liczbę Brytyjczyków wydaje się nie do wytłumaczenia. Po prostu nie da się ich umieścić w ramach standardowej polityki.

„Jedno z niebezpieczeństw związanych z technokracją polega na tym, że nie można wykorzystać ogólnego niezadowolenia z klasy politycznej, ponieważ jest się z nią całkowicie utożsamianym”.

Ten brak stabilności będzie narastał, co wzmocni prawicę. Ludzie lewicy – i mam tutaj na myśli również Zielonych – jakiś czas temu zdecydowali się na zbliżenie do technokratycznego centrum. Zaczęli przybierać poważne, zapracowane miny i poruszać arcyważne polityczne tematy, by ustalić swoją pozycję jako wiarygodnych polityków i administratorów. Oczywiście sprawowanie władzy i zarządzanie należy traktować poważnie. Ale gdy pomijamy impuls polityczny, pojawia się problem. Jedno z niebezpieczeństw związanych z technokracją polega na tym, że nie można wykorzystać ogólnego niezadowolenia z klasy politycznej, ponieważ jest się z nią całkowicie utożsamianym.

Natomiast ludzie prawicy uprawiają politykę opartą na silnych emocjach. Tworzą symbole i wykorzystując media społecznościowe, uruchomili działającą non stop machinę oburzenia. Wydaje się, że lewicy brakuje wyobraźni i nie jest w stanie wykorzystać energii młodych aktywistów klimatycznych. Czy zamierzacie przekonywać ludzi, że wasza gadanina rozwiąże te problemy? Każdy może się rozejrzeć wokół i zobaczyć, że tak się nie dzieje.

Korzenie zielonej polityki sięgają ruchów kontrkulturowych z lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Czy sądzi Pan, że mogła ona zbyt daleko odchylić się od idealizmu w stronę pragmatyzmu?

Ruchy z lat 60. i 70. próbowały się zająć industrialnym wyścigiem szczurów, który stworzył przemysłową machinę zagłady. Wiele z tych obaw żywiły osoby związane z kontrkulturą. Na przykład Allen Ginsberg, jeden z wielkich ojców chrzestnych ruchu hipisowskiego, mówił o zmianach klimatu jeszcze w latach 70. Ale z czasem Zieloni założyli garnitury, krawaty i umyli ręce od kontrkultury.

Kiedy patrzymy teraz w przeszłość, wydaje się, że był to błąd, ponieważ nie potrafią dziś wykorzystać energii młodych. Podróżowałem niedawno po Włoszech – zarówno Extinction Rebellion, jak i Piątki dla Przyszłości są tam bardzo mocne. Uczestniczy w nich ogromna liczba młodych ludzi, ale nie przekłada się to na taką siłę polityczną, jaką powinny mieć. Prawica zagarnęła grunt pod wyrazistą politykę antyestablishmentową. To prawdziwa ironia, ponieważ to, co robi prawica – nie tylko we Włoszech, ale wszędzie, w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych – to posługiwanie się populizmem, aby przekazać wszystko wielkim korporacjom i miliarderom.

W The Nutmeg’s Curse apeluje Pan o bardziej „witalistyczną politykę”, która uznaje wartość całego życia na Ziemi i różni się krańcowo od postrzegania świata w kategoriach ekonomicznych. W Ameryce Północnej i innych częściach świata istnieją kultury rdzenne, które wnoszą odmienne spojrzenie na życie, byt i tak dalej. Ale większość społeczeństw europejskich jest mocno zurbanizowana i industrialna, jeśli nie postindustrialna. Czy nie jest o wiele trudniej stworzyć witalistyczną politykę, gdy jej podstawy, które mogły istnieć na przykład w tradycjach chłopskich, zostały utracone?

To prawda, że w Europie mamy do czynienia z całkowitym rozdźwiękiem między życiem, jakie ludzie prowadzą dzisiaj, a życiem związanym z ziemią, jakie prowadzili jeszcze nawet jedno pokolenie wstecz. Najbardziej wyraźnie widać to we Francji. Do tego rozdźwięku przyczyniła się również Unia Europejska, realizując politykę rolną opartą na centralizacji i uprzemysłowieniu. Stworzono zachęty do zajęcia się rolnictwem przemysłowym, mimo że jest ono wysoce niezrównoważone, co widzimy na przykładzie kryzysu azotowego w Holandii. Drobni rolnicy z trudem wiążą koniec z końcem i nie mając innego wyjścia, zmuszeni są podążać ścieżką rolnictwa przemysłowego.

Nastąpiło ogromne pęknięcie i ludzie widzą, że sprawy w Europie i na całym Zachodzie poszły w dramatycznie złym kierunku. Następuje odrodzenie religii i wierzeń skupionych na ziemi. Kontrkultura istnieje, tylko nie osiągnęła jeszcze masy krytycznej. W czasach błyskawicznej komunikacji może to nastąpić bardzo szybko i zaskoczyć nas wszystkich.

Strajki zainspirowane przez Gretę Thunberg rozprzestrzeniły się po całym świecie w ciągu zaledwie kilku tygodni i miesięcy, więc istnieje potencjał…

Nie wiemy, czy tak się stanie, ale moim zdaniem jest to możliwe. Na razie można mieć wrażenie, że sprzysięga się przeciwko nam historia. Ruch klimatyczny nabierał rozpędu przez cały 2019 rok, a jego szczyt nastąpił w 2020 roku. Następnie wybuchła pandemia i zmusiła wszystkich, by wrócili do swoich odizolowanych, małych zakątków. Zbiorowe ruchy stały się niemożliwe, a ludzie zostali zmuszeni do wycofania się do swoich wewnętrznych przestrzeni. Myślę, że zostanie to kiedyś uznane za prawdziwą katastrofę historyczną. Uczy nas to również, że wiele zdarzeń historycznych jest w gruncie rzeczy kwestią przypadku lub uwarunkowań. Kto wie, jak ten ruch mógłby się rozwinąć?

Jeszcze większą katastrofą jest wojna na Ukrainie. Nie tylko odciągnęła całą uwagę od kryzysu klimatycznego, ale także dała nowe życie przemysłowi paliw kopalnych. Wydaje się, że każdy niepewny krok, który robimy do przodu, prowadzi do dziesięciu kroków wstecz. Jeśli w przyszłości będą jeszcze historycy, uznają dzisiejsze czasy za okres, w którym wypadki i różne uwarunkowania stale pogłębiały kryzys.

Rozmawiamy w przeddzień COP27, który odbędzie się w Egipcie. W zeszłym roku w Glasgow złożono wiele pięknych obietnic, ale teraz wydaje się, że świat jest bardziej niż kiedykolwiek podzielony. Jak Pan ocenia stan globalnej polityki klimatycznej?

Nie wolno nam się łudzić. Kiedy patrzymy na to, co dzieje się na świecie, nie możemy ulegać fantazjom. Jeszcze przed Glasgow było całkowicie jasne, że instytucje globalne praktycznie się rozpadły. Pandemia miała z tym wiele wspólnego – niezdolność światowej społeczności do stworzenia globalnych i sprawiedliwych systemów dystrybucji szczepionek jest dowodem na całkowity rozpad instytucji globalnych.

Trzech z najważniejszych graczy: Xi Jinping, Władimir Putin i Jair Bolsonaro nie pojawiło się na COP26. Bolsonaro dosłownie zadrwił sobie ze spotkania w Glasgow. Był w tym czasie we Włoszech, mógł przyjechać, ale tego nie zrobił. COP26 zakończył się jako pewnego rodzaju widowisko dla anglosfery. To wszystko, czym był – przedstawieniem. Poczynione obietnice mają się nijak do palącej potrzeby działania.

Jesteśmy w gruncie rzeczy świadkami wielkiego rozpadu globalnego porządku na nowe bloki władzy. Xi Jinping wycofał się ze współpracy klimatycznej z USA. Chiny i Rosja to dwoje z największych graczy w tym całym scenariuszu, a jak można oczekiwać, że kraje, które są objęte poważnymi sankcjami, zechcą współpracować w innych kwestiach? To po prostu nie jest realne.

Jedyną nadzieją są ruchy młodzieżowe. Jednak powinniśmy na to patrzeć nie w kategoriach nadziei i rozpaczy, lecz obowiązku i tego, co nadal trzeba robić. Ale to nie wymaga od nas zaprzeczania rzeczywistej sytuacji.

————————————————————————————————————————

Amitav Gosh urodził się w Kalkucie, a dorastał w Indiach, Bangladeszu i Sri Lance. Jest autorem dwóch książek non fiction, zbioru esejów i dziesięciu powieści. W 2018 roku został pierwszym anglojęzycznym pisarzem, który otrzymał najwyższe indyjskie wyróżnienie literackie – Jnanpith Award. Jego najnowsza publikacja to powieść Gun Island.

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

źródło: Green European Journal

 

 

 

Autor Sonia Otfinowska | EURACTIV.pl

Pierwsze kontrowersyjne słowa Manfreda Webera, które stały się przyczynkiem do oskarżeń o ingerencję w polską politykę, padły w lipcowym wywiadzie dla „Frankurter Allgemezine Zeitung”.

– Jesteśmy jedyną siłą, która może zastąpić PiS w Polsce i poprowadzić kraj z powrotem do Europy – stwierdził niemiecki polityk. Słowa te odnosiły się do Europejskiej Partii Ludowej, czyli frakcji, w której znajduje się polska delegacja PO i PSL, jednak przez PiS zostały zinterpretowane jako próba wpływania na politykę naszego kraju.

Przedstawiciele PiS zaczęli przekonywać, że istnieje „Grupa Webera”, która miałaby zrzeszać polityków powiązanych z szefem Europejskiej Partii Ludowej. W pierwszej kolejności zaliczono do niej Donalda Tuska, poprzednika Webera, a obecnie szefa PO.

W tamtym wywiadzie Weber postawił też trzy warunki, które pozwalają ludowcom na współpracę z innymi ugrupowaniami – to opowiedzenie się „za Europą”, „za Ukrainą” i „za praworządnością”.

Mniej więcej to samo szef EPL powtórzył jeszcze raz w sierpniowej rozmowie z telewizją ZDF, dodając, że każda partia, które akceptuje te zasady, może być partnerem tej frakcji. „Wszyscy inni, którzy tego nie przestrzegają, jak niemiecka AfD, Le Pen we Francji czy PiS w Polsce, są dla nas przeciwnikami i będą przez nas zwalczani”, wskazał.

Apel o debatę i uchwała w Sejmie

Tym razem politycy PiS nie poprzestali na krytyce Webera w mediach społecznościowych. Premier Mateusz Morawiecki wezwał go do debaty, proponując nawet datę – 2 października.  „Chcę powiedzieć, że miarka się przebrała. Jako premier polskiego rządu, który reprezentuje większość sejmową wybraną w demokratycznych wyborach, nie pozwolę, by wybory Polaków były tak szkalowane”, stwierdził.

W ten wtorek (15 sierpnia) klub PiS złożył natomiast projekt uchwały dotyczącej walki z obcą ingerencją w proces wyborczy.  Za taką uznano „militarny język deklaracji polityków mieniących się wzorem europejskości” i „uzurpatorski charakter wszelkich ambicji kształtowania polskiej sceny politycznej przez czynniki i wpływy zewnętrzne”.

W dokumencie przytoczono wypowiedzi Webera, podkreślając, że począwszy od roku 2015  rząd PiS jest przedmiotem „nieustających ataków ze strony ugrupowań dominujących na unijnej scenie politycznej”, a „istotną rolę w tej akcji odgrywają politycy niemieccy”.

– Rzeczpospolita Polska wszelką obcą ingerencję w polski proces wyborczy uznaje za akt wrogi wobec państwa polskiego i będzie ją zdecydowanie zwalczać – stwierdzono.

– Ta uchwała jest tak durna, że głupszej próby odwracania uwagi od realnych problemów Polaków – od drożyzny, kryzysu mieszkaniowego, problemów z edukacją i ochroną zdrowia – nie było chyba od czasu, kiedy PiS próbował wmówić Polakom, że UE zmusi nas do jedzenia robaków – mówił podczas czwartkowej debaty poseł Lewicy Maciej Konieczny.

Zapisy uchwały krytykowali też inni parlamentarzyści, wskazując m.in., że jej przyjęcie obniża rangę Sejmu oraz nie bierze pod uwagę konsekwencji, jakie niosą ze sobą padające w niej stwierdzenia. I tak w dokumencie części państw wytknięto, że są „młodymi demokracjami” o „silnych tradycjach autorytarnych i totalitarnych”. „Zastanówcie się, co pomyślą Niemcy, Francuzi czy Hiszpanie”, mówił poseł KO Sławomir Nitras.

– Mówienie, że będzie się budowało zaporę ogniową, że się będzie kogoś zwalczać (…) to jest przekroczenie granic – argumentował jednak sprawozdawca projektu poseł PiS Radosław Fogiel. W wieczornym bloku głosowań głosami Prawa i Sprawiedliwości Sejm najpierw odrzucił wniosek o odrzucenie uchwały, a potem przyjął cały dokument. Poparło go 234 posłów, przeciw było 175, a 10 osób wstrzymało się od głosu.

Notatka prasowa

Prawie połowa uczestników ubiegłorocznej, czwartej edycji globalnego badania „Who Cares, Who Does?” (tłum. “Komu zależy, a komu nie?”) deklaruje, że pandemia COVID-19 uświadomiła im, jak ważny jest zrównoważony rozwój w podejmowaniu codziennych decyzji.

W raporcie, przeprowadzonym przez Kantar na 90 tysiącach respondentów w 26 krajach, gospodarstwa domowe podzielono na trzy kategorie w oparciu o ich proekologiczne zachowania. Dobrą wiadomością jest to, że najbardziej powiększyła się (z 16 do 22% w ciągu dwóch lat) grupa osób, która w największym stopniu troszczy się o środowisko i podejmuje wiele wysiłku w celu zmniejszenia ilości wytwarzanych odpadów. Kolejne 40% stanowią osoby, które martwią się o środowisko, ale nie podejmują zbyt wielu działań w celu zmniejszenia ilości odpadów z tworzyw sztucznych w swoim otoczeniu. Ostatnią, prawie tak samo liczną grupą (38%) tworzą gospodarstwa domowe, których przedstawiciele w niewielkim stopniu lub wcale nie interesują się środowiskiem i nie podejmują żadnych kroków w celu zmniejszenia ilości odpadów. Jednocześnie zauważalna jest wyraźna zmiana pokoleniowa w kierunku coraz większej świadomości ekologicznej i gotowości do wybierania produktów bardziej przyjaznych dla środowiska mimo ich często wyższej ceny.

Do pierwszej z wymienionych wcześniej grup zaliczają się głównie milenialsi, którzy stanowią największy odsetek (36%) w grupie osób świadomych ekologicznie, podczas gdy najmniej jest wśród nich przedstawicieli tzw. cichego pokolenia (4%), czyli ich dziadków i babć urodzonych w latach 30. i 40. Najmłodsze pokolenie Z, mimo dużej wiedzy i zaangażowania, to w większości wciąż nastolatki, które mają bardziej ograniczoną siłę nabywczą. Aktualnie najwięcej więc zależy od milenialsów, czyli w dużej mierze młodych rodziców. Pojawienie się dzieci ma największy wpływ na zmianę ich nawyków zakupowych w kierunku bardziej odpowiedzialnym środowiskowo.

Młodzi rodzice przeżywają często szokujące zderzenie z rzeczywistością w postaci ogromnej liczby produktów jednorazowych dla dzieci oraz jeszcze większej ilości odpadów generowanych w trakcie opieki nad niemowlęciem. Według ostrożnych szacunków międzynarodowej Agencji Ochrony Środowiska (EPA) na jedno dziecko w okresie pieluchowania przypada co najmniej 5 tysięcy zużytych pieluch, które trafiają w większości do odpadów zmieszanych, a następnie na wysypisko śmieci. 7% odpadów wytwarzanych przez gospodarstwa domowe na całym świecie stanowią zużyte pieluszki, z których zdecydowana większość to produkty jednorazowe rozkładające się ponad 100 lat. Ich zawartość to nie tylko odchody, ale także cały szereg chemikaliów – między innymi dioksyny, ftalaty (substancja toksyczna, szczególnie niebezpieczna dla dzieci) oraz związki bakteriobójcze.

Nic więc dziwnego, że pod presją rodziców-użytkowników pieluch wiele firm i instytucji badawczych na całym świecie szuka rozwiązań mogących ograniczyć skalę problemu. Stosowanie jednorazowych pieluch wygrywa z alternatywą, jaką jest wielopieluchowanie, przez ogromną łatwość i wygodę użytkowania, ale przez ich złożoną strukturę recykling jest bardzo trudny do realizacji. Wśród najciekawszych eksperymentów w tym obszarze jest prototyp maszyny stworzony przez zespół naukowców z tajwańskiego Uniwersytetu Chung Hua, która w ciągu godziny jest w stanie przekształcić 100 kilogramów zużytych pieluch w surowce wtórne. Urządzenie może być używane w miejscach, w których zużywa się dużo pieluch, na przykład w szpitalach. Od powszechnego stosowania tego typu rozwiązań wciąż jednak dzieli nas wiele lat. Na szczęście na rynku, w tym w Polsce, pojawiły się już pieluszki jednorazowe o bardziej naturalnym składzie i wyższym stopniu biodegradacji. Do ich produkcji wykorzystywane jest najczęściej wysokiej jakości włókno bambusowe lub bawełna organiczna.

“Nasze pieluszki stworzyliśmy z myślą o dzieciach i ich przyszłości. Cały czas szukamy odnawialnych materiałów i staramy się dbać zarówno o maksymalną ochronę delikatnej skóry dziecka, jak i zmniejszać zanieczyszczenie środowiska” – tłumaczy Anna Kubielska, współzałożycielka polskiej marki Bambiboo produkującej pieluchy o zminimalizowanym negatywnym wpływie na środowisko. We wszystkich jednorazowych pieluszkach marka stosuje wyłącznie materiały pochodzenia roślinnego przy skórze i biopochodną, całkowicie bezchlorową pulpę drzewną pochodzącą z odpowiedzialnie zarządzanych lasów.

Coraz bardziej ekologiczne nawyki dotyczące produktów codziennego użytku to nie tylko moda, ale i konieczność, zwłaszcza dla rodziców dzieci w okresie pieluchowania. Na szczęście dostępnych rozwiązań jest coraz więcej w odpowiedzi na rosnące oczekiwania konsumentów. Nikt nie chce przecież skazać swoich dzieci na życie na zaśmieconej i zatrutej planecie.

„Wszystkie prawdziwe ścieżki wiodą przez góry”, pisze Gary Snyder w Sutrze Szarego Niedźwiedzia. Słowa poety słyszy we mnie coś, co natychmiast wzywa do żarliwego przytakiwania, ale też śle dalej, każe dodać, że ścieżki prawdziwe, takie ścieżki zatem, którymi warto chodzić, którym warto dać się prowadzić, nie tylko kierują z dala od od autostrad i wszelkich szos, od miejskich arterii i wiejskich ulic i brukowanych alejek suburbii, ale także spychają z gościńców w wertepy, podskarpia i urwiska, na stoki i bagna, na manowce – między chwasty, zioła, dzikie kwiaty latem albo jesienią grzyby – w samosiejkę, w zarośla – i pod drzewa. Ścieżka, na której warto się zgubić, wiedzie, gubi, błądzi i znajduje się pod drzewami, między drzewami i ponad drzewami.

Nie da się tędy jechać – nieważne czy samochodem, czy rowerem – trzeba iść, czasem wspiąć się albo przykucnąć, czasem czołgać. Nie wystarczą nogi, potrzebne są też ręce, i pod drodze (ale tu nie ma dróg. Na trasie – ale nie ma żadnej trasy, ani ludzi, którzy wytyczyliby szlaki. Zresztą – po drodze, na trasie, na szlaku – dokąd?) niebo i ziemia będą się przeplatać i zamieniać miejscami, zawijać w siebie i w siebie nawzajem; konar będzie mylić się z korzeniem, stawać korzeniem, korzeń będzie stawać się konarem.

Ścieżki, którymi Snyder prowadzi swoja czytelniczkę, wiodą przez góry ku górom – i ku tajemnicy gór: Skąd w ogóle ludzie na perciach? Skąd, jak to kiedyś ujął Michael E. Zimmerman, studenci z Heideggerem w garści na górskim szlaku (ale też: skąd ucieczki z biura w Bieszczady, wypady z wnukami na słowackie grzyby, rodzinne weekendówki w wysokich Tatrach?) Co nieprzekonująco tylko wyjaśni maczystowka poza czy środowiskowa moda? Odpowiedzi źle się szuka na papierze, a nie gdzieś w samych górach, i gorzej jeszcze starać się ją ująć tak, jakby była miejscem, a nie – ścieżką właśnie; źle zresztą może, że na słowem zadane pytanie chce się odpowiedzieć słowem, że w związku z tym sama próba odpowiedzi niesie ryzyko stania się próbą znalezienia odpowiedzi, która zna swoje ramy, i w nich spoczywa – albo która pytanie albo temat chce wyczerpać. Żeby odebrać część mocy tym sprzeniewierzeniom, Snyder wysyła czytelnika w góry (zu den Bergen selbst!), ale też wywodzi nas na bezdroża dzikiej kultury mitu, podania i legendy – poza rubieże świata, który człowiek czyni sobie poddanym, poza królestwo słońca, upraw, i liczb, w ciemność matecznika; pomaga zabłądzić gdzieś blisko – mówiąc Buberem – samego serca mitu, czyli pierwotnej relacji z Innym: Góry są. Łącznik ontologiczny wymawia bezradność pojęć. Góry są; żyją; są życiem pełnym obecności, różnorakim, nieskończenie podmiotowym; są światem, który nas widzi. Góry, każde góry, żyją życiem, które wymyka się naszym ładom, prawom i kategoriom – życiem, którego nie da się przeniknąć, czy nawet na chwilę ogarnąć, spojrzeniem – i które na nas patrzy, zauważa nas, patrzy w nas, spojrzeniem, które niesie i wyjawia Inność, swoją i naszą, bo widząc nas, odsłania przed nami także i rąbek naszej Inności, fundamentalnej Inności nas samych wobec nas samych.

Nic w tym pewnie niepowszedniego, bo w końcu każda Inność wykracza poza nas i to, co nasze, i wykroczeniem tym przynosi swoje dary. Górska Inność jest może o tyle bardziej namacalna niż wiele innych Inności, że nie tylko rejestry jej głębi są, często gwałtownie, nie-ludzkie – ludzki nie jest też jej czas, i jest to coś, co się czuje, tak jak nie sposób nie czuć, choćby i niejasnym wrażeniem, że w górach jesteśmy na jej łasce, i koniec końców zdać się na nią musimy: tak jak pustynia albo ocean, góry pozostają światem, którego ludzcy mieszkańcy zawsze wiedzą, że są i zawsze będą gośćmi.

Jeśli podarunki odczucia horyzontu, które dotyka w nas nieswojości, nieswojskości, nieswoistości – odczucia naszego kresu i skończoności, które nie tylko otwiera ku wyjawieniu, ale również takim otwarciem z czegoś nas wyzwala („O, w górach człowiek czuje się swobodny”, mówi jeden z głosów w Ziemi Jałowej Eliota – wyrazy, uczono mnie, zupełnie pozbawione znaczenia, pustosłowie, które ma wypełnić nieznośną ciszę) – wręcza nam każdy więcej-niż-tylko-ludzki świat, znajdziemy je oczywiście pośród drzew, w cieniu gałęzi i liści i igieł. Nie wiem, gdzie biegnie granica między górami i puszczą, puszczą i lasem, lasem i zagajnikiem; nie ufam definicjom, parkanom i murom, które zdaje się oddzielać ogród od lasu, samotne drzewo od ogrodu. Każdy las skrywa stoki gór; każdy ogród przyrzeka puszczę; każde drzewo, nawet w środku największej metropolii, składa obietnicę lasu. A jednak, dziś, las i drzewo jako przebłysk lasu, jego wspomnienie-zapowiedź, obdarowuje nas też inaczej – wrażeniem innych końców, krańców, progów; pozwala odnaleźć nieco inną pokorę. Drzewa i lasy nie potrafią już upostaciawiać tego, co nas przeżyje; nie wypowiadają niezawodności, trwałości, niezmienności; brzemię alegoryzowania naturalnych mocy odnowy przęjał po nich perz. Udzielają niepewnego schronienia. Spokój, którym się dzielą, jest już zawsze w październikowej tonacji. Zostawiają osobliwe powidoki: Wyżłobienia kory, w których wnękach czuje się próchno; umęczoną akrobatykę gałęzi i witek; dziuple pełne martwych owadów; krzywy pień, który rzuca cień wichury. Sny drzew pełgają w mroku pod ściółką.

Dar drzew jest dziś wgłębieniem. Hojność, która przynależy już ich światu, bierze się z nieprzebranego bogactwa niemocy, bezradności i potrzeby: szczodrość drzew to szeroki gest nieskończonej bezbronności. Las ułomnie tylko osłania nas przed żywiołem, który znaczy także jego kres – osłania nas gestem swojej kruchości, głębokiego wyczerpania, gestem prośby o pomoc, o opiekę, o troskę. Woła o schronienie bardziej niż chroni; jest wezwaniem do czynu bardziej niż czynem; wołaniem o głos bardziej niż głosem.

Drzewa obdzielają nas dotykiem swojej nicości. Dotyk ten przejmuje. Jest dotkliwy i przenika do żywego, bo drzewa, powierzając nam w ten sposób swoją istotną słabość, budzą w nas, w naszym ciele, bezsłowne wspomnienie zależności, pamięć samego szpiku kostnego o tym, że jesteśmy od zawsze odpowiedzialni za więcej-niż-tylko-ludzkie życie w całej bezkresnej nietrwałości jego przejawień – i wobec niego. (Znów łącznik ontologiczny: Pod drzewami jest podszyt, runo leśne, pełna grzybów ściółka; pod drzewami są zwierzęta.) Podarek takiego dotknięcia wydziedzicza, pozbawia i odbiera: niweczy wygodę dotychczasowości, rozwiewa złudzenie spokoju, wymazuje skrypt ról, w które wrośliśmy, spopiela papier samotności i autonomii, na którym skrypt ten się pisał. Porusza inną jeszcze Innością – która wzywa, poza myślą i zamieszkałym rozumem, gdzieś w ciemnych trzewiach, by pozwolić się nie-ludzkiemu życiu dotknąć, by je dostrzec, widzieć, by wziąć je pod opiekę, by troszczyć się o nie i o nie dbać, by go strzec, zwłaszcza teraz, w chwili, kiedy jego istnienie tak bardzo zależy od nas i wisi na włosku, kiedy i nasze przeżycie jest niepewne jak nigdy dotąd, by, zatem, zacząć przeczuwać coś z dogłębnego pokrewieństwa wszystkiego, co wątłe, chwiejne, i wiotkie, i, może, coś z lekkości brzemienia, słodyczy jarzma, jakim bliskość ta obarcza nas od zawsze.


 

Zakaz fotografowania pociągów i samolotów jest kolejnym przykładem tego, że obecna władza składa się z ludzi mentalnie osadzonych w PRL-u. Nowelizacja ustawy o obronie ojczyzny uchwalona przez sejm 7 lipca 2023 roku uderza nie tylko w miłośników powietrznego i torowego transportu. Przepisy są tak ogólnikowe, że pod słowo infrastruktura krytyczna można podciągnąć wszystkie obiekty w tym zabytki. To zarządca takiej krytycznej infrastruktury może umieścić tabliczkę o zakazie fotografowania. Kiedyś głównym nośnikiem rejestracji obrazu był aparat i kamera nie było internetu oraz mediów społecznościowych.

Przepisy ograniczające możliwość utrwalania czy fotografowania pociągów czy dworców mogły mieć sens, ale dawno temu. Dziś kiedy technologia poszła do przodu, a na Google Maps widać z góry każdy zakątek ziemi trudno jest zrozumieć, co kierowało autorami nowelizacji przepisów? Miłośnicy kolei zachodzą w głowę jak ograniczenia będą wcielane w życie. Od kilku miesięcy można zaobserwować działania służb: ABW, policji i SOK-stów wymierzoną w osoby uwieczniające pociągi. Doszło do zatrzymania jednego z nich przez funkcjonariuszy ABW, który kilka tygodni temu fotografował pociąg w okolicach Gdańska. Nie był to rosyjski agent, tylko osoba zajmująca się od lat hobbystycznie fotografowaniem transportu na torach. Niezależnie od tego czy przepisy nowelizacji wejdą w życie przed jesiennymi wyborami do parlamentu odzwierciedlają stan naszych elit politycznych.

Kiedy sejm uchwalał absurdalne zaostrzenie prawa opozycja wstrzymała się od głosu a jedynym posłem który wyraził sprzeciw był Artur Dziambor. Ironia! Były poseł zamordystycznej partii jaką jest „Konfederacja” zagłosował inaczej niż jego była „wolnościowa” partia. Posłowie prorosyjskiej partii (jaką jest „Konfederacja”) są za karaniem miłośników kolei, gdy sami wychwalają politykę Kremla. Mówią tyle o wolności a tak naprawdę miłują zamordyzm. Kolejny paradoks! Inni posłowie opozycji na każdym kroku nieustannie pieją z oburzenia kiedy władza działa na szkodę obywateli, a w tym wypadku milczą. Także media „wolnościowe” nie odnoszą się do tego. Nowelizacja jest kolejnym bublem prawnym, nie ma co do tego wątpliwości. Na przykład na przystanku kolejowym w Słubiach nie będzie można fotografować pociągu czy to pasażerskiego czy towarowego, a na stacji kolejowej w niemieckim Fürstenwalde nad Sprewą (położonym od granicy ponad 40 km) te same składy z Polski będzie można nagrywać. To gdzie logika w nowelizacji prawa o obronie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej? Owszem na zdjęciach czy filmach zrobionych zagranicą nie będzie uwieczniona infrastruktura polskich kolei. Pociągi jednak nadal będą te same, co nie uchroni ich przed akcjami dywersyjnymi obcych służb. Zresztą szpiedzy nie nagrywają pociągów od lat, nie umieszczają ich na YouTube czy innych mediach społecznościowych. Działają zgoła inaczej niż nam to próbuje wmówić władza. Poza Polską żaden kraj UE ani NATO nie wprowadził tak absurdalnych przepisów. Nawet państwa nadbałtyckie graniczące z Białorusią, czy granicząca z Ukrainą Słowacja nie wprowadzają tego typu ograniczeń dla miłośników kolei.

Co z imprezami okolicznościowymi organizowanymi przez „TurKol” czy parowozownie w Wolsztynie? Przecież filmowanie i nagrywanie jest nieodłączną częścią tych imprez. Przepisy zawarte w nowelizacji są tak ogólne, jak wszystkie ustawy powstałe z inicjatywy PiS-u. Szczucie na miłośników lotnictwa czy kolei to kolejny „sukces” prawicy w ciągu ostatnich ośmiu lat. Czekajmy zatem na kolejne absurdy w wykonaniu obecnej władzy. Szczególnie teraz kiedy nie jest w stanie zapewnić nam bezpieczeństwa. Sięga po najprostsze sposoby i sprowadzają nas do świata w którym już byliśmy. To dopiero początek, a nie koniec zakazów i nakazów wkraczających już dalece w naszą prywatną przestrzeń. Nagrywanie pociągów lub fotografowanie nigdy nie było groźne dla kraju. Kryminalizowanie miłośników kolei lub innych osób fotografujących się przed miejscami uważanymi za infrastrukturę krytyczną przyniesie odwrotny skutek od zamierzonego. Być może sporo osób mając dość marnych zarobków, kiepskiej (ogłupiającej) pracy, braku perspektywy na przyszłość i ograniczeń jakie mieli obywatele PRL-u opuści ten kraj na zawsze. Zostaną tylko wierni władzy, a to niekoniecznie może jej się spodobać.

Dwugłos o przyrodzie i miłości
Monika Kostera i Joanna Średnicka

M: Kocham drzewa, bo dają nam prawdziwie bezwarunkową miłość. Nie potrzebują nic, żadnego powodu, nawet więzów krwi, hormonów, żeby kochać. Wychowały mnie dwa piękne drzewa – orzech i dąb. Orzech rósł pod domem moich dziadków i stawiano pod nim mój wózek, a potem sama spędzałam pod nim całe dni. Żadne drzewo nie daje takiego światła jak orzech. Przez liście orzecha przepływa światło w kolorze czystej miłości. A dąb spotkałam, gdy byłam starsza. Rósł na górce i wychowywał mnie na dzielnego człowieka. Wchodziłam na jego gałęzie i patrzyłam bardzo daleko w dal, a on pomagał mi być wyższą i widzieć dużo. Żadnego z tych drzew dzisiaj już nie ma. Została po nich czysta miłość, bez Freuda, bez ambicji, po prostu coś, czego zawsze mogę dotknąć, kiedy jest ciemno i źle. A Ty, dlaczego kochasz drzewa?

J: No wiesz, że ja wszędzie widzę Romantyzm, więc i z miłością do drzew nie może być inaczej. Marcin Król napisał kiedyś, że nie może oprzeć się wrażeniu jaki robi na nim widok wierzby płaczącej wśród pól; też tak nam. Zawsze jak wracam do Polski ze świata, to one, wśród naszej ” fali łąk szumiących”, przypominają mi, że jestem w domu. I jarzębiny, obrastały wejście do domu w którym mieszkała babcia. Im dłużej o tym myślę, to w kwestii drzew jestem jednak ogromną tradycjonalistką. Uwielbiam te stare, lokalne gatunki, korzeniami wrośnięte głęboko, które pamiętam z dzieciństwa. Zabawne, prawda?

M: Tak, zabawne i wspaniałe! Czytam właśnie piękną książkę o Colette autorstwa Pauline Dreyfus. Tam jest dużo o roślinach, dużo o drzewach. Pisarka spędziła wśród drzew (i na drzewach) dobrą część swojego dzieciństwa. Myślałam o tym, jak niezwykle ważne są drzewa w opowieściach różnych pisarzy i poetów. Na przykład jeden z moich ulubionych, W.S. Merwin w wierszu „Native Trees”, czyli „rodzone drzewa”, pisze o tym jak w dzieciństwa pokazywał drzewa i pytał rodziców o ich imiona, ale one w ogóle nie umieli zobaczyć tego, co on im wskazywał. Czy tylko dzieci widzą drzewa naprawdę? Inny wspaniały przykład spotkania dziecka z drzewem to ostatnie sceny filmu „Himalaya” Erica Valli, gdzie mały chłopiec z tybetańskiego plemienia zamieszkującego tereny położone tak wysoko, że właściwie nic większego tam nie rośnie, po raz pierwszy spotyka drzewo i natychmiast wspina się na jego konary. Dzieci zdają się umieć odpowiadać drzewom spontanicznie, w sposób, jaki nie jest już dostępny dorosłym… Chyba, że spotykamy drzewa, które kojarzą nam się z dzieciństwem.

Czy zdarza Ci się teraz, gdy jesteś dorosła, mówić do drzewa? Ja mam tu w sąsiedztwie orzech, któremu zawsze mówię „dzień dobry”.

J: Mówić mi się chyba nie zdarza, ale słucham ich z uwagą. A dzieci i drzewa… Obserwowałam ostatnio nasze bliźniaki, mają teraz nieco ponad 4 lata, i dla nich drzewa są rzeczywiście najbardziej naturalnym miejscem do zabawy. Jak i dla psicy Zwrotki. Rozłożyste konary aż proszą by się na nie wspinać, a w upalny dzień skryć przed słońcem. No i czy jest ważniejsze zadanie człowieka niż rzucanie psu patyka, wygrzebanego ze sterty liści? Drzewa łączą gatunki i pokolenia. Gałęzie, szyszki, kasztany, kora, patyki, liście przeróżnych kształtów. Można z tego wyczarować coś wspaniałego do zabawy, co w nas dorosłych przywołuje wspomnienia z dzieciństwa i beztroskich wakacji u babci. Kto na widok kasztana nie myśli o jesiennym ludziku z nóżkami z zapałek? A propos zapałek. Zastanawiam się coraz częściej jak pogodzić tę moją coraz bardziej uświadomioną miłość do żywych drzew, z równie silną słabością do drewnianych wytworów?

M: Ja też to mam… myślę, że można – drzewa to część wspólnego dobra, o które powinniśmy nauczyć się znów dbać. Można pozyskiwać drewno w sposób, który pozwala na gospodarkę zrównoważoną, odnawialną. A drewno jest wspaniałym materiałem. Mam bardzo dużo drewnianych przedmiotów w domu. Między innymi wspaniały choć strasznie prosty wyrób z drzewa oliwkowego wytworzonych przez znaną postać, rzemieślnika z Polyrinii na Krecie. Nazywał się Giorgios Tsichlakis, był trochę stolarzem, trochę artystą i trochę filozofem. Umarł kilka tygodni temu. W tym bardzo zwykłym, domowym przedmiocie wykonanym przez niego – łopatka kuchenna – zawarta jest filozofia, rzemiosło i sztuka. I oprócz tego coś, czego w ogóle nie umiem nazwać, tekstura tego przedmiotu, coś co dzieje się w kontakcie palców ręki z gładkim drewnem. Taka radość ręki, coś jakby poczucie przynależności. Wiem, wielkie słowa do bardzo zwykłej rzeczy, ale powiedziałam, że nie wiem jak to wyrazić. A Ty, też tak masz?

J: No zdecydowanie! Radość ręki, ale i radość stopy w kontakcie z drewnianą podłogą. Uwielbiam. Lektura Poetyki Przestrzeni francuskiego filozofa Gastona Bachelarda, bardzo pomogła mi w zrozumieniu i intelektualnym przyjęciu tych dość niezwykłych doznań w kontakcie z przedmiotami z drewna. Już w samych słowach: drewniana szafa, łopatka kuchenna z drzewa oliwkowego, dębowa podłoga… jest wielowymiarowa głębia, poetyckie opowieści, które zjawiają się na samą myśl, a ożywają w fizycznym kontakcie. Weźmy szafę…”Szafa i jej półki, sekretera i jej szuflady, kufer z podwójnym dnem są – pisze Bachelard – prawdziwymi organami sekretnego życia psychicznego. Bez tych i paru innych, równie ważnych „przedmiotów” naszemu intymnemu życiu brakowałoby modelu intymności.” Myślę, że drewno tworzy tę intymność w szczególny sposób. Otoczeni bezfakturową, maszynową gładkością plastiku coraz bardziej chyba potrzebujemy chropowatych, drewnianych doznań.

M: Nic dziwnego, że kochamy drzewa…
_Drzewa_
Wzdłuż naszych dróg i domów
One wiedzą, kim jesteśmy
I skąd przybywamy


 

Polska – można by pomyśleć, że to kraj schabowym i golonką płynący. I jeszcze kilka lat temu tak było (lub może zdawało się, że jest?). W lokalnych restauracjach wegetarianie jedli jedynie pierogi ruskie z frytkami, a weganie to już w ogóle mogli tylko się przyglądać. Okazjonalnie na stole pojawiała się jakaś surówka. Dzisiaj jednak obserwujemy rosnącą popularność restauracji wegetariańskich i wegańskich, a w pozostałych opcje wege stają się raczej zasadą niż wyjątkiem. Ponadto, często restauracje z kuchnią bezmięsną utrzymują jakość na wysokim poziomie.

Warszawska kuchnia roślinna

Najbardziej wyrazistym przykładem jest oczywiście Warszawa. Być może zaskoczeniem będzie dla niektórych, że polska stolica jest swego rodzaju rajem dla wegan i wegetarian. W 2022 roku Warszawa znalazła się na 9. miejscu najbardziej przyjaznych weganom miast na świecie według Happy Cow¹. Obok niej wysokie miejsca zajęły również takie miasta jak Londyn, Singapur czy Los Angeles, które już chyba bardziej nam się kojarzą z kuchnią bezmięsną. Happy Cow w swoim uzasadnieniu dla Warszawy zwróciło szczególną uwagę na gęstość tychże restauracji. I faktycznie, jako mieszkanki stolicy możemy potwierdzić, że restauracje z opcjami wegańskimi można znaleźć na każdym rogu i jest w czym przebierać.

W Warszawie możemy znaleźć szeroki wachlarz restauracji z kuchnią bezmięsną. Wegańskie sushi, kuchnia śródziemnomorska, bliskowschodnia, wege burgery – to tylko kilka propozycji dla osób na diecie wegańskiej i wegetariańskiej. Przykładowo dużym powodzeniem może się pochwalić wege burgerownia Krowarzywa, która co chwilę otwiera nowe lokale. Warto w tym miejscu również wspomnieć, że popularnością cieszy się również tradycyjnie polska kuchnia – zarówno ta z założenia wegetariańska (pierogi, naleśniki, kopytka i inne frykasy) jak i ta w formie zweganizowanej (roślinne schabowe czy gołąbki).

Podobne tendencje widać również w pozostałych większych miastach w Polsce. Kraków, Wrocław, Łódź czy Poznań też mogą pochwalić się ciekawymi propozycjami kuchni bezmięsnej i roślinnej. Restauracje takie jak Falla, Zjadliwości czy House of Seitan stają się coraz bardziej cenionymi miejscami na kulinarnej mapie Polski.

Czy to oznacza, że coraz więcej Polaków to wegetarianie lub weganie? Niekoniecznie. Według CBOS odsetek osób niejedzących mięsa od 2010 roku to wciąż 1%². Być może w takim razie wielu Polaków to po prostu mniej lub bardziej świadomi fleksitarianie…

Czym jest fleksitarianizm? Nazwa z angielskiego flexible wskazuje na elastyczność w spożywaniu mięsa. Pojęcie to może obejmować zarówno dominującą dietę roślinną z okazjonalnym spożywaniem mięsa (np. na rodzinnych spotkaniach lub wyjściach ze znajomymi), jak i ogólne ograniczanie mięsa w swojej diecie. To drugie odzwierciedla badanie CBOS z 2019 “Jak zdrowo odżywiają się Polacy?”, w którym zanotowano wzrost odsetka badanych jedzących mięso sporadycznie (kilka razy w miesiącu lub rzadziej)³. Fleksitarianizm wydaje się być zatem ciekawą alternatywą dla polskiego podejścia “zjedz mięso, zostaw ziemniaczki”. Polacy chcący ograniczyć spożywanie mięsa lub produktów odzwierzęcych mogą dzięki niemu spokojnie dążyć do ideałów wegetarianizmu bez poczucia wielkiej zdrady stanu po zjedzeniu okazjonalnego mielonego u babci (a kto zna polskie babcie, wie, że trudno od ich mielonych uciec).

W takim razie pozostaje już pytanie: Dlaczego Warszawa jest tak wysoko w rankingu Happy Cow, skoro przecież tradycyjny polski obiad to schabowy z ziemniaczkami? Skąd ta moda na wegetarianizm i weganizm w Polsce? I czy to w ogóle jest moda?

Krótka historia polskiej kuchni bezmięsnej

Odpowiadając na powyższe pytanie sięgnijmy do historii. Przyglądając się kuchni polskiej na przestrzeni wieków możemy zauważyć, że potrawy bezmięsne były w niej wyraźnie obecne przez cały czas. Tym, co się jednak zmieniało były motywacje stojące za włączaniem ich do jadłospisu w poszczególnych okresach.

Wśród produktów spożywanych przez zamieszkujące ziemie polskie plemiona dominowały zbiory leśne, zboża i strączki. Mięso pojawiało się wtedy jedynie okazjonalnie, bardziej w formie dodatku niż głównego składnika. Produkty zbożowe stanowiły też rdzeń kuchni piastowskiej. W tym czasie pojawiły się pierwsze wypieki drożdżowe oraz pierogi. Z kolei czasy Jagiellonów to okres bogaty w potrawki z kapusty i grochu, które z biegiem lat ewoluowały do dobrze znanego nam dziś bigosu4. Dobór składników wynikał wtedy wprost z ich geograficznej dostępności – stosowano to, co można było pozyskać lokalnie. Wiele ze znanych nam obecnie produktów nie zostało wtedy jeszcze sprowadzonych do kraju, więc spożywczy patriotyzm lokalny był jedyną dostępną opcją.

Przechodząc do kuchni staropolskiej, przydatny będzie zaproponowany przez Elżbietę Brzozowską podział na pięć kategorii w oparciu o przynależność klasową i związany z nią status majątkowy. Autorka wyróżnia kolejno kuchnię luksusową, pańską, średnią, podstawową oraz kuchnię biedoty miejskiej5. Jedną z głównych różnic między nimi jest dostęp do mięsa – lepsza sytuacja materialna umożliwiała nie tylko zakup mięsa w większej ilości, ale też lepszej jakości. Z punktu widzenia wpływu na rozwój kuchni wegetariańskiej najważniejsze będą dwie ostatnie kategorie, których punkt centralny stanowiły kasze, dania mączne, warzywa czy nabiał, a mięso – jako towar luksusowy – urozmaicało tylko świąteczne posiłki.

W rozważaniach o bezmięsnej kuchni polskiej warto wspomnieć też o aspekcie religijnym, czyli o wprowadzonych w XVII w. postach. Obecnie post jakościowy ogranicza się do niespożywania mięsa, jednak początkowo rozumiany był szerzej i obejmował także produkty pochodzenia zwierzęcego, takie jak mleko, sery czy jaja6. Wkład chrześcijańskich postów w rozwój wegetarianizmu musimy jednak traktować bardzo ostrożnie, gdyż stosowane tutaj pojęcie mięsa nie obejmuje ryb. Podział ten do dziś zdaje się pokutować w świadomości Polaków, doprowadzając czasem do podawania ryby jako opcji wegetariańskiej, bo przecież “ryba to nie mięso”.

Szczególnym czasem dla ograniczania konsumpcji mięsa był XX w., kiedy to stało się ono nie tylko kwestią żywieniową, ale też polityczną. Na początku okresu powojennego popyt na mięso systematycznie wzrastał, zwłaszcza na to lepsze gatunkowo. Zastępowano nim słoninę wykorzystywaną dotychczas jako skwarki do kapusty i ziemniaków. Trend ten szybko jednak się zatrzymał, kiedy to tempo wzrostu produkcji mięsa okazało się zbyt wolne dla szybkiego przyrostu demograficznego, dając tym samym początek „polskiemu problemowi mięsnemu”. Ilość mięsa przypadająca na osobę znacząco się w tym czasie zmniejszyła. Przykładem tego były stołówki pracownicze, które ograniczyły jego ilość w serwowanych porcjach do 20g kostki mięsnej. Nie obyło się to bez niezadowolenia i protestów ze strony osób z nich korzystających, wszak robotnik mięso jeść musi!7.

Próbą odgórnego rozwiązania niedoboru mięsa były tzw. „bezmięsne poniedziałki” wprowadzone zarządzeniem Ministerstwa Handlu Wewnętrznego z 30 lipca 1959 r. Na jego mocy w tym dniu tygodnia zamykane były sklepy mięsne, a stołówki, bary i restauracje podawały tylko dania jarskie8. Dodatkowo w 1981 r. wprowadzono system kartkowy, starając się odgórnie rozdzielić dostępność mięsa. Siłą rzeczy był to więc czas (wymuszonego) rozkwitu kuchni bezmięsnej, co dodatkowo utrudnione było przez ogólne niedobory dostępnych w sklepach produktów spożywczych. Jednak, jak wiemy – Polak potrafi – więc i z tym sobie poradził.

Podsumowanie, czyli wczoraj a dziś kuchni bezmięsnej

Chociaż czasem możemy odnieść wrażenie, że dzisiejsza kuchnia polska mięsem stoi, to dania bezmięsne nie są w niej ani nowością, ani niczym nadzwyczajnym. Jak wynika z poprzedniej części, z różnych powodów pojawiały się one już we wcześniejszych okresach naszej historii. Skrótowo przeglądając dzieje kuchni polskiej nie próbowałyśmy jednak przedstawić historii polskiego wegetarianizmu, która jest tematem znacznie szerszym. Chodziło nam tylko o pokazanie, jak to, co jedli nasi przodkowie mogło ułatwić stworzenie dzisiejszej przestrzeni dla osób w mięsie niegustujących, lokując tym samym Warszawę tak wysoko w wege-rankingach. Większy wkład historii widzimy jednak w kuchni wegetariańskiej niż wegańskiej, bo tym, co szczególnie się zmieniało na przestrzeni wieków była rola i użycie mięsa, a nie innych produktów pochodzenia zwierzęcego. Obserwacje pokazują nam jednak, że ograniczanie mięsa bywa pierwszym krokiem, za którym mogą iść następne, prowadząc ostatecznie do całkowitego zweganizowania własnej diety.

Przypisy:
    1. Top 10 Vegan-Friendly Cities, https://www.happycow.net/vegtopics/travel/top-vegan-friendly-cities [20 lipiec 2023 r.].
    2. CBOS, Jak zdrowo odżywiają się Polacy?, Nr 106/2019, sierpień 2019 r.
    3. Tamże.
    4. Historia kuchni polskiej cz. 1, https://weganon.pl/historia-roslinnej-kuchni-polskiej-cz-1/ [17 lipiec 2023 r.].
    5. E. Brzozowska, Kuchnia polska jako wyróżnik odrębności narodowej, „Żywność” 2003, nr 3(36) Supl., s. 26–27.
    6. H. Makała, Tradycje w kuchni polskiej jako atrakcja dla turystów, „Zeszyty Naukowe. Turystyka i Rekreacja” 2015, nr 1(15), s. 21.
    7. J. Kochanowski, „… Jesteśmy już przyzwyczajeni”. Prolegomena do społeczno-modernizacyjnych kulis „problemu mięsnego” w PRL, „Przegląd Historyczny” 2005, nr 96/4.
    8. Bezmięsny poniedziałek, czyli sposób komunistów na braki w zaopatrzeniu, https://www.polskieradio.pl/39/156/artykul/899831,bezmiesny-poniedzialek-czyli-sposob-komunistow-na-braki-w-zaopatrzeniu [17 lipiec 2023 r.].

 

Juliusz Adel: Czy mógłbyś przedstawić ideę Teatru Edukacyjnego?

Jacek Wabik: Teatr Edukacyjny to teatr objazdowy, który gra na terenie całej Polski. Głównymi odbiorcami teatru są uczniowie szkół podstawowych i średnich oraz przedszkoli. W repertuarze mamy spektakle, które przybliżają i uatrakcyjniają zagadnienia nauczane na lekcjach w szkole. Gramy zazwyczaj w Domach Kultury w miejscach o utrudnionym dostępie do teatrów.

Jaki cel przyświeca waszym spektaklom?

Mamy w repertuarze różne spektakle. Mam wrażenie, że każdy spektakl służy innemu celowi. Spektakle dla małych dzieci, w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, są często pierwszymi spektaklami teatralnymi, jakie dzieci widzą w swoim życiu. Służą więc zaznajomieniu się w przystępny sposób ze sztuką teatralną oraz zwiększeniu wyobraźni tych dzieci. Dzieci mogą zobaczyć i przeżywać, czasem bardzo intensywnie, wydarzenia, które znają z lektur.

Spektakle dla starszych dzieci służą zrozumieniu lektur, którymi inspirowane są spektakle albo zdobyciu, utrwaleniu bądź rozszerzeniu wiedzy z zagadnień nauczanych na języku polskim.

Jaki tematy preferujecie w waszych przedstawień?

Tematyka spektakli jest bardzo zróżnicowana. Dla najmłodszych dzieci spektakle są bazujące na lekturach dla klas I-III i są to oczywiście bajki. W spektaklach dla trochę starszych dzieci głównymi wątkami są przygody głównych bohaterów – nastolatków. Bohaterowie Ci podczas swoich przygód zdobywają użyteczną wiedzę na temat historii i kultury. Pozostałe spektakle są już raczej dramatami opartymi na lekturach szkolnych.

Jakie zainteresowanie towarzyszy waszym występom?

Generalnie zainteresowanie spektaklami jest całkiem duże. Zazwyczaj sale wypełnione są po brzegi. Na salach dzieci wydają się być bardzo zainteresowane. W szczególności najmłodsze dzieci intensywnie przeżywają przedstawienia. Wczuwają się w historię tak jakby działa się ona naprawdę. To bardzo pomaga również aktorom grającym na scenie. Po spektaklach czasem wykrzykują jeszcze imiona głównych bohaterów chcąc się z nimi pożegnać. Sprawia to niesamowite wrażenie również na aktorach.

Trudniej jest natomiast zainteresować starsze dzieci. Trzeba grać naprawdę intensywnie, żeby dzieci nie rozmawiały między sobą i nie zaglądały w telefony komórkowe.

Czy są to tylko przedstawienia dla szkół, czy też może rodzice chodzą na wasze spektakle ze swoimi dziećmi?

Wstęp na spektakle mają oczywiście wszyscy, ale zazwyczaj gramy tylko dla uczniów ze szkół pod opieką nauczycieli.

Gdzie można was zobaczyć?

Zobaczyć nas można na terenie całej Polski. Gramy zazwyczaj w mniejszych miejscowościach w Domach Kultury. Dokładny harmonogram wyjazdów jest ustalany z wyprzedzeniem około 2 miesięcy.

Czy wiele jest tego typu przedsięwzięć w Polsce?

Sprofesjonalizowanych teatrów edukacyjnych w Polsce, z tego co wiem, jest kilka. Niektóre są mniejsze i grają tylko spektakle dla najmłodszych, a niektóre są bardziej wyspecjalizowane i grają spektakle dla wybranych grup np. dla osób z niepełnosprawnościami. Istnieją również całe rzesze teatrów amatorskich, które zazwyczaj grają bardziej okazjonalnie.

Czy są jakieś festiwale, dni teatru edukacyjnego?

Teatr jako narzędzie do edukacji jest ważnym tematem na forum nauk pedagogicznych i dotyczy również teatrów stacjonarnych. Nie kojarzę jednak festiwali teatrów edukacyjnych.

Chodzi o oddział młodzieżówki skrajnie prawicowej partii Alternatywa dla Niemiec w Brandenburgii. Oceny organizacji dokonały niemieckie służby kontrwywiadowcze.

 

 

Informacje o uznaniu Młodej Alternatywy (Junge Alternative – JA) za organizację ekstremistyczną w Brandenburgii podali szef Urzędu Ochrony Konstytucji (BfV) w tym kraju związkowym Jörg Müller oraz minister spraw wewnętrznych Brandenburgii Michael Stübgen.

Podobną decyzję wobec JA podjęły także władze kilku innych krajów związkowych w Niemczech. Jej funkcjonowanie jest badania pod względem zgodności z konstytucją Republiki Federalnej od 2019 r.

„Działalność sprzeczna z konstytucją RFN”

Według szefa brandenburskiego MSW działalność młodzieżówki skrajnie prawicowej Alternatywy dla Niemiec (AfD) „stoi w wyraźnej sprzeczności z niemiecką ustawą zasadniczą.

„Urząd Ochrony Konstytucji wielokrotnie stwierdzał naruszenia podstawowego, wolnego, demokratycznego porządku. Junge Alternative stanowi zagrożenie dla naszej młodzieży, naszej demokracji, naszej wolności i naszego bezpieczeństwa” – podkreślił Müller.

Brandenburski oddział młodzieżówki AfD nie zgadza się z tą decyzją. Jej kierownictwo zapowiedziało zaskarżenie jej do sądu. „Zarzuty wobec naszej młodzieżowej organizacji są nieuzasadnione” – głosi wydane przez JA w Brandenburgii oświadczenie.

Niemcy: Skrajna prawica będzie mieć pierwszego w historii burmistrza

Nowym burmistrzem liczącego niespełna 9 tys. mieszkańców miasteczka Raguhn-Jessnitz a Saksonii-Anhalt zostanie polityk skrajnie prawicowej AfD.

 

 

AfD chce zaskarżyć decyzję władz Brandenburgii

Również politycy AfD stanęli w obronie swoich młodszych koleżanek i kolegów. Poseł tej partii do Bundestagu Hannes Gnauck, który od października 2022 r. jest federalnym przewodniczącym młodzieżówki JA zapowiedział złożenie w tej sprawie interpelacji poselskiej do organów federalnych.

Ale, jak przypomina dziennik Tagesschau, zarówno Gnauck jak i inni czołowi młodzi działacze AfD wywodzący się z JA, ma bliskie kontakty z Instytutem Polityki Państwowej w Saksonii-Anhalt. Tę organizację Federalny Urząd Ochrony Konstytucji też uznał już za prawicowo-ekstremistyczną.

Tymczasem AfD staje się już drugą siłą polityczną w Niemczech. W kolejnych sondażach ta skrajnie prawicowa partia notowana jest jedynie za centroprawicową CDU. Wyprzedza natomiast stanowiącą trzon obecnej koalicji rządowej na poziomie federalnym socjaldemokratyczną SPD.

 

Źródło: (euroactiv.pl) https://www.euractiv.pl/section/demokracja/news/niemcy-mlodziezowka-afd-uznana-organizacje-ekstremistyczna/?utm_source=piano&utm_medium=email&utm_campaign=10621&pnespid=u_Y8BzlYKKFE0.3N.y6uF8qNrxWzS4F4crft3bFppR5mkoKeLxzvCtPyVWaPTweax2uj5Dpj1w

Zacznę od tego, że kompletnie nie interesuję się sportem. Nie trenuję żadnej dyscypliny, nie oglądam żadnych zawodów sportowych, meczów na stadionach ani w halach sportowych. Jeżeli zdarzy mi się obejrzeć mecz piłki nożnej w TV – to tylko w towarzystwie innych kibiców (odbierają dostęp do telewizora), z udziałem polskiej reprezentacji i o wysoką stawkę, na ważnych wydarzeniach sportowych. Nie ma tego dużo.

Kibice ekipy szwedzkiej. Fot. Juliusz Adel

 

Jest jednak jedna impreza sportowa, której kibicowałem już na początku lat dziewięćdziesiątych, od czasu kiedy ten ruch rodził się w Polsce. Olimpiady Specjalne czyli zawody dla osób z niepełnosprawnością intelektualną. Te trzydzieści lat temu pracowałem z dziećmi w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym i przynosiło mi dużo satysfakcji obserwowanie jak rodzą się sportowe talenty.

W dniach 17 – 25czerwca 2023 odbyła się w Berlinie kolejna Olimpiada. Byłem w tym czasie w Berlinie choć niestety nie mogłem kibicować wszystkim. Mój dość ograniczony czas wolny i bardzo rozbudowany program igrzysk w żaden sposób ze sobą nie współgrały. Zresztą nawet mając cały tydzień wolnego nie mógłbym zobaczyć wszystkiego. Ogrom przedsięwzięcia pokazują poniższe liczby.

W zawodach wzięły udział reprezentacje ze 190 państw, które łącznie wystawiły 5.000 zawodników. Zawodnikom towarzyszyło 1.000 partnerów oraz 2.300 trenerów. 3.500 sędziów czuwało nad prawidłowym przebiegiem zawodów. Właściwy przebieg całej imprezy zapewniło 20.000 wolontariuszy*. Imprezy sportowe odbywały się w 17 lokalizacjach. Większość z zawodów odbywało się w Parku Olimpijskim, ale na przykład zawody kolarskie przeprowadzono w innej dzielnicy, na jednej z głównych ulic miasta.

Polskę reprezentowało 72 zawodników, którzy współzawodniczyli w 18 z 26 rozgrywanych dyscyplin.

Polscy reprezentanci zdobyli 58 medali w tym 15 złotych, 26 srebrnych i 17 brązowych.

Ale pomińmy statystyki, wyniki, rankingi.

 

Bieg po satysfakcję Fot.: Juliusz Adel

Od samego powstania idei Olimpiad Specjalnych nie najważniejsza była walka o klasyfikacje medalową, ale walka zawodnika z własną słabością. Bo przecież wszystkie zawodniczki i zawodnicy, którzy przyjechali do Berlina i weszli na boisko, stanęli na bieżni, wskoczyli do basenu – wygrali. Zgodnie z treścią ślubowania olimpijczyków specjalnych: „Pragnę zwyciężyć, a jeśli nie będę mógł zwyciężyć, niech będę dzielny w swym wysiłku” dają z siebie wszystko, ale najwięcej radości sprawia sam start w Olimpiadzie. Owszem zdarzały się chwile słabości, płacz na bieżni, rzucenie rakietą tenisową, ale przede wszystkim Olimpiady Specjalne to czas na ulubiony sport. Jak na każdych zawodach sportowych mamy do czynienia z rywalizacją, walką o miejsce na podium i medale, ale ta rywalizacja schodzi na dalszy plan, bo ważniejsze jest pokonanie własnych słabościami. Z tego powodu jest to prawdziwe święto sportu. Łagodnego, dającego pełnię satysfakcji udziału w sportowych rozgrywkach. Wszyscy zawodnicy są zadowoleni. I ten ze złotym medalem i ten, który dobiegł ostatni. Każdy z nich wygrywa, bo każdy pokonał siebie, swój życiowy rekord, a jak poszło gorzej – trudno, następnym razem na pewno się uda. Wszak sport to rozrywka, zabawa, walka z własnymi ograniczeniami, a przy tym skumulowana radość.

Hokej na trawie, Czesi – Niemcy. Fot.: Juliusz Adel

 

 

W zawodach organizowanych przez Olimpiady Specjalne nigdy nie było afer dopingowych, bo jak wspomniałem wcześniej nie ma presji wygrania, zawodnicy poza medalami nie dostają żadnych nagród, wysokich premii pieniężnych. Ich wygraną jest wyjazd, uczestnictwo i radość jaka towarzyszy im podczas trwania tego jedynego w swoim rodzaju święta radości.

* Źródło: https://www.olimpiadyspecjalne.pl/swiatowe-letnie-igrzyska-olimpiad-specjalnych-2023-berlin-niemcy

Pomimo katastrofy, która zaczęła się w 2023 roku na Odrze trwa dobijanie rzeki betonem i solą. Przedstawiciele Międzynarodowej Kolacji Czas na Odrę w spontanicznej akcji usypali* dzisiaj z soli napis ODRA przed siedzibą państwowych Wód Polskich we Wrocławiu. Powodem działania było z jednej strony przepchnięcie w dniu wczorajszym przez sejmowe Komisje Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa oraz Komisję Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej ustawy „pseudorewitalizacyjnej” dla Odry, a z drugiej strony zbliżające się w najbliższą niedzielę 9.07.2023 międzynarodowe święto ludzi i rzek Big Jump 2023.

Fot.: Witold Millaszewski / EKO-UNIA

Po szczegółowej analizie projektu ustawy o rewitalizacji Odry ekolodzy z Koalicji Czas na Odrę, wskazują że to bubel, którego miejsce powinno się znaleźć w koszu. Wśród najważniejszych wad projektu ustawy znalazły się brak działań renaturyzacyjnych wzmacniających odporność Odry na zanieczyszczenia i zdolności samooczyszczania. W zamian proponuje się ok. 160 inwestycji niszczących rzeki i pogłębiających kryzys wodny, co z rewitalizacją nie ma niczego wspólnego. Wadą ustawy jest też pogłębianie chaosu kompetencyjnego w zarządzaniu, monitoringu i kontroli wód poprzez utworzenie Inspekcji Wodnej. Środki i etaty przewidziane dla zbrojnego ramienia Wód Polskich należałoby przeznaczyć na wzmocnienie Państwowej Straży Rybackiej, a przede wszystkim – Wojewódzkich Inspekcji Ochrony Środowiska, które powinny być podporządkowane Głównemu Inspektorowi Ochrony Środowiska zamiast wojewodom.

Jednak najwięcej kontrowersji budzi nie tylko w ustawie, ale i w postępowaniu Wód Polskich brak realnych działań zmierzających dla usunięcia zrzutu zasolonych ścieków do Odry. Nie działa tu też konstytucyjna zasada „zanieczyszczający płaci”. Znacząco zaniżone opłaty za zrzuty soli, nie motywują obecnie zakładów do wdrażania systemów odsalania. Utrzymywana od lat opłata 5 gr/kg soli nie stanowi żadnej uciążliwości dla kopalni i innych zakładów zrzucających sól do rzek. Planowane w ustawie podniesienie opłaty do 10 gr/kg od r. 2030 (czyli za 7 la sic!) de facto stanowi jej obniżenie, biorąc pod uwagę poziom inflacji. Co więcej, premia w postaci obniżonej opłaty za systemy retencyjno-dozujące pozwalającej na magazynowanie solanek przez 5 dni to w praktyce nagroda za zrzuty zasolonych wód. – „Na wagę problemu zrzutu zasolonych ścieków do rzek zwracaliśmy już uwagę 34 lata temu w ustaleniach Okrągłego Stołu. Niestety branża górnicza wydaje się być u nas dalej państwem w państwie, które za nic ma troskę o środowisko i ludzi” – komentuje brak działań redukujących zasolenie rzek Radosław Gawlik ze Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA – uczestnik obrad Podstolika Ekologicznego z minionego stulecia.

Proponowany projekt „specustawy” dla Odry staje tamą w poprzek obowiązującej w Unii Europejskiej Ramowej Dyrektywy Wodnej, której celem jest poprawa jakości wód oraz środowiska przyrodniczego rzek i ich dolin, a także zwiększenie udziału obywateli w zarządzaniu gospodarką wodną. Zorganizowany we Wrocławiu przez Koalicję Czas na Odrę protest ma na celu zachęcenie do zaangażowania się w działania dla rzek. Nadarzającą się okazją jest BIG JUMP, który w tym roku odbędzie się 9 lipca (niedziela) o godzinie 15.00. W całej Europie, w tym samym dniu i o tej samej godzinie, obywatele wchodzą do rzek, strumyków, aby zamanifestować swoje zaangażowanie w ich ochronę. BIG JUMP w Polsce w 2023 roku, zdaniem ekologów, ma znaczenie szczególne. Tragiczne zanieczyszczenie i zniszczenie ekosystemu Odry pokazało niewydolność systemową służb odpowiedzialnych za ochronę polskich rzek. Obywatele i obywatelki mają prawo przypominać politykom, że woda i rzeki są naszym dobrem wspólnym i powinny być szanowane i chronione. Nie dopuśćmy do dalszej dewastacji polskich rzek. Zamanifestujmy i wejdźmy do wody 9 lipca w niedzielę z przekazem – „Dajmy rzekom przestrzeń, a ludziom czyste i żyjące rzeki” – nawołują organizatorzy akcji. – „Zeszłoroczna odrzańska katastrofa pokazała jak ważne są dla nas rzeki. W tym kryzysie jest szansa na zmianę podejścia do rzek, ich dolin i związanego z nimi bogactwa. Potrzebujemy naturalnych rzek by chroniły nas przed powodziami, suszami, były krwioobiegiem przyrody i… służyły do kąpieli” – dodaje Krzysztof Smolnicki z Fundacji EkoRozwoju i Koalicji Czas na Odrę.

Organizatorzy akcji BIG JUMP zachęcają do udziału: Rzeki są naszym skarbem przyrodniczym, kulturowym i społecznym. Nad rzekami zakładano miasta. To dzięki rzekom rozwijały się szlaki handlowe i rolnictwo. Rzeki były i są nierozerwalnie związane z człowiekiem. Ma to ogromne znaczenie w dobie katastrofy klimatycznej i zaniku różnorodności biologicznej. Nie możemy traktować rzek tylko jako odbiorników naszych nieczystości i szlaków transportowych. Rzeki to żyjące struktury, bez których nie przetrwamy i nie będziemy się rozwijać.

Wrocław nad Odrą, 7 lipca 2023 r.

Notatka prasowa Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA