Czy można przestać śmiecić?

Wydana w 2017 roku książka Bei Johnson „Pokochaj swój dom” czekała na mnie do lata 2022 w sezonowym namiocie-księgarni w Darłowie. Nie każdy poradnik narzucający mi „jak powinienem żyć” budzi moje zainteresowanie, po ten jednak sięgnąłem chętnie. Chociaż ideą Zero Waste interesuję się od pewnego czasu – to podczas lektury przekonałem się jak bardzo mało wiem na ten temat i jak bardzo łatwe są rozwiązania ograniczające (nawet do zera) produkowanie śmieci. Kierując się propozycjami autorki możemy mniejszym lub większym kosztem ograniczyć produkcję odpadów, usprawnić swój dom i oczyścić ze zbędnych przedmiotów. Zwłaszcza z jednorazowych opakowań.

Niestety nie każdą zasadę da się przełożyć na nasze podwórko (choćby sklepy Zero Waste, których w kraju jest zaledwie kilka), ale próbować na pewno warto.

Książka dostępna w dobrych księgarniach.

Bardzo nie lubię oceniać poradników. Nie nazwę tej książki arcydziełem, nie jest wybitna. Na pewno jest potrzebna, pomocna, użyteczna. Na skali 1 – 10 dostaje ode mnie 8.

Kolej to dobry temat na sezon ogórkowy jakim jest czas wakacji. A to lokomotywa się zepsuje, a to podczas jazdy nie działa klimatyzacja, a obsługa pociągów nie podała podróżnym napojów. Ogólnie taki mamy klimat na kolei. Nie zmienia tego modernizacja linii kolejowych (przekraczająca często ustalony przez PKP „PLK” termin zakończenia prac), wymiany taboru i generalnych remontów stacji kolejowych. Od razu trzeba to zaznaczyć sama kolei nie jest złym rozwiązaniem. Mamy czasy kryzysu klimatycznego i warto inwestować w ekologiczne sposoby przemieszczania się po kraju, Europie i świecie. Problemem kolei w Polsce jest jej finansowanie i organizacja.

Obie te rzeczy łączą się w spójną całość. Kiedy PRL przestał istnieć w 1990 roku kolej miała już od lat problemy finansowe. Tabor nie był zbyt nowoczesny a infrastruktura wymagała napraw i modernizacji. Niestety dla kolei nadeszły czasy finansowych cieć, czasy absurdalnych oszczędności mszczących się na nas po dziś dzień. Podstawowym tokiem rozumowania kolejnych rządów, oraz zarządów PKP w latach 90. XX wieku było szukanie oszczędności w postaci ograniczania liczby połączeń lub zamykania kolejnych linii kolejowych. Pomnikiem tej polityki (nie jedynym niestety) jest stacja kolejowa w Lubsku (województwo lubuskie). Historię ostatnich trzydziestu lat tej stacji dobrze opisał Paweł Niedomagała na swojej stronie internetowej „pod-semaforkiem.pl”: Wszystko co wydarzyło się tutaj na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat to po prostu sabotaż. Krajobraz jak po wojnie i nastrój rodem z filmów grozy. Faktycznie mieliśmy na polskiej kolei coś w rodzaju sabotażu. Stacja w Lubsku została zamknięta w maju 1995 roku. Przez kolejne lata porzucona przez PKP stała się celem dewastacji, czego efektem końcowym jest krajobraz jak po rzuceniu bomby. Autorami tego typu wątpliwych „sukcesu” cywilizacyjnych na polskiej kolei są wszyscy decydenci po 1989 roku zarówno na szczeblu państwowym, samorządowym jak i spółek kolejowych. Nikt nie pomyślał o zabezpieczeniu takich zamkniętych stacji i infrastruktury kolejowej. Degradacja postępowała równocześnie z rozwojem nieekologicznego transportu samochodowego. Już w drugiej połowie lat 90-tych w dużych miastach normą stały się zatłoczone ulice i korki samochodowe, brak miejsc parkingowych. Słynna droga do Zakopanego nazywana „Zakopianką” to sznur wjeżdżających i wyjeżdzających do stolicy polskich Tatr samochodów, obraz niezmienny do dziś. zapach spalin z samochodów, łączył się z dymem z kominów góralskich chat. O świeżym powietrzu można było zapomnieć. Jak wyglądał rozkład jazdy połączeń kolejowych między stacją Kraków Główny a Zakopane w 1999 roku.

Fot: focusonpc

O 2.26 wyjeżdżał okresowy Express relacji Warszawa Wschodnia – Zakopane, o 4:03 nocny osobowy z wagonami sypialnymi i kuszetkami, o 5:12 osobowy, kolejno: 8:13, 9:07 (P), 10:08 (Ex), 10:56 (Ex), 11:16 (Os), 14:26 (Os), 18:20 (P) i 19:17 (Os).

Ex – Express

P – pospieszny

Os – Osobowy1

Trudno było więc dostać się do Zakopanego koleją w godzinach innych niż te podane powyżej. Komunikacja autobusowa, która wypełniała lukę w połączeniach między Krakowem a Podhalem grzęzła w korkach na „Zakopiance”. Błędne koło ograniczeń liczby połączeń i kasowanie pociągów z biegiem lat się tylko pogłębiało. Po ostrym cięciu w 2000 roku (kiedy zamknięto ruch na ponad tysiącu km linii kolejowych) nastąpiło kolejne – dekadę później w wykonaniu Ministerstwa Transportu. Takie miasta jak Zamość, Gorzów Wielkopolski, Jelenią Górę, Wałbrzych, Szklarską Porębę i Kłodzko pozbawiono połączeń dalekobieżnych. Niezrozumiała decyzja ministerstwa wzbudziła protesty mieszkańców tych miast i pobliskich miejscowości, których pozbawiono połączeń dalekobieżnych pozostawiając im ofertę przerzedzonej siatki pociągów osobowych. Grudzień 2010 roku obnażył katastrofalne skutki reform na kolei. Po wprowadzeniu nowego rozkładu jazdy 2010/2011 okazało się, że zabrakło wagonów dla obsługi pociągów TLK. Jeden z nich relacji Warszawa Wschodnia – Wrocław Główny puszczono w składzie trzech wagonów. Skutek był do przewidzenia, pociąg był przepełniony, a pasażerowie przeżyli koszmar. Sytuacja ta miała miejsce tuż przed Bożym Narodzeniem. Nie był to wyjątek. Pociągi osobowe również stały się „puszkami sardynek”. Większość podróżnych wybrała alternatywny transport samochodowy. Efektem tej zimowej katastrofy na kolei były zmiany jakie zaczęły na niej zachodzić w latach późniejszych.

W 2012 roku w książce noszącej tytuł „Historia kolei w Polsce” (z 2012 roku) w rozdziale „Wyniki przewozowe” Adam Dylewski taką roztacza wizję przyszłości kolei: Rysująca się już w latach 70. i 80. XX wieku tendencja spadkowa przewozów kolejowych w Polsce ogromnie spotęgowała się wraz ze zmianami politycznymi, które nastąpiły po 1989 r. Kolej, jak się wydaje, bezpowrotnie straciła znaczną część rynku przewozowego na rzecz transportu samochodowego.2

Ten mało optymistyczny tekst był pisany w okresie kiedy kolei spisywano na straty, a o ekologii nie mówiono za wiele. Ostatnia dekada charakteryzująca się poważnymi zmianami w pogodzie, gwałtownymi burzami i niespotykanymi w naszym regionie świata anomaliami pogodowymi zmieniła spojrzenie sporej części opinii publicznej w Polce na ocieplanie się klimatu. Tymczasem w Polsce cały czas dominowała potrzeba budowy jeszcze większej liczby dróg, a moda na tanie linie lotnicze nie mijała. Nowo otwierane autostrady i drogi stały się w krótkim czasie miejscem rozlicznych korków samochodowych i wypadków. Zalety kolei zaczęto doceniać stopniowo i niestety nie wszędzie. Na stronie ecoportal.pl możemy przeczytać o zaletach transportu na szynach: Kolej wydziela 30-krotnie mniej zanieczyszczeń niż drogowy transport towarowy, ponadto ponad 90% całości przewozów kolejowych odbywa się trakcją elektryczną. Kolejnym atutem transportu szynowego jest energooszczędność. W krajach rozwiniętych tylko 2-3% energii zużywanej przez transport przypada na kolej. Tradycyjna kolej jest w przeliczeniu co najmniej dwukrotnie mniej energochłonna niż samochód osobowy.3

U nas mimo podjęcia tematu wielu uważa, że transport drogowy i samolotowy ma przewagę nad kolejowym. Zwraca się uwagę na powolną modernizację linii kolejowych oraz taboru, niezgranie rozkładu jazdy pociągów z godzinami dojazdu do pracy, szkoły czy uczelni wielu osób. Widać to świetnie na przykładzie z marca tego roku w stolicy, gdzie władze miasta i samorządu mazowieckiego uruchomiły nowe połączenia kolejowe dzięki modernizacji warszawskiej linii obwodowej. Władze PKP „Polskie Linie Kolejowe” kazały zmniejszyć przewoźnikom SKM Warszawa i Kolejom Mazowieckim liczbę połączeń ponieważ na linii obwodowej dochodziło do incydentów skierowania składów na inny tor. Wynika to z wakatów na kolei. Z tym mierzy się dziś polska kolei, z mentalnością dekad poprzednich, kiepską organizacją na PKP i niżem demograficznym. Nie wiele wyciągnięto wniosków z czasów cięć lat 90. XX wieku i pierwszej dekady XXI wieku. Póki nie zmieni sposób myślenia o kolei będziemy żyć w zakorkowanych miastach z nierównym dostępem do transportu kolejowego oraz licznymi regionami wykluczonymi komunikacyjnie.

Przypisy:

1 Rozkład jazdy PKP 1998/1999

2 Adam Dylewski, „Historia Polskiej Kolei”, Wydawnictwo „Carta blance”, Warszawa 2012.

3 ecoportal.pl

Minimum 239 (a może nawet ponad 1200) drzew pójdzie pod topór w ramach planowanej budowy ścieżki rowerowej w Wolińskim Parku Narodowym. Z inwestycją koliduje aż 69 stanowisk gatunków chronionych. „Ochrona przyrody na obszarze Wolińskiego Parku Narodowego jest zadaniem priorytetowym i to w jej interesie powinny być podporządkowane wszelkie działania podejmowana na terenie parku, szczególnie, że istnieją alternatywne opcje dla tej ścieżki rowerowej” – mówi prezes Pracowni na rzecz Wszystkich Istot i zapowiada interwencję.

W maju 2020 r. Minister Środowiska zwrócił się do Dyrektora Wolińskiego Parku Narodowego z wnioskiem o opinię ws. planowanej przez Zachodniopomorski Zarząd Dróg Wojewódzkich ścieżki rowerowej. Po merytorycznej analizie kolizji przedsięwzięcia z wymogami ochrony przyrody dyrektor wydał opinię negatywną. W uzasadnieniu wskazał m. in., że nie przeprowadzono oceny oddziaływania na środowisko pomimo „jednoznacznego stanowiska parku, które na taką konieczność wskazywało”.

Dyrektor Wolińskiego PN stwierdził ponadto że oddziaływanie planowanej ścieżki rowerowej na przyrodę parku zostało „umniejszone i nienależycie uwzględnione w całym procesie projektowym”. W tej samej opinii można przeczytać także, że nie przeprowadzono poprawnej inwentaryzacji przyrodniczej terenu oraz nie rozważano alternatywnego przebiegu trasy ścieżki rowerowej.

W projekcie inwestora przewidziano do wycinki 196 drzew oraz 11 grup drzew i krzewów w pasie drogowym oraz 43 drzewa poza granicami pasa drogowego. Wskazano kolizję inwestycji z 69 stanowiskami chronionych gatunków. Założono również, że  usunięta może być większa liczba drzew, jeżeli zostaną one zniszczone w trakcie prac budowlanych. O ile większa? Z pisma Dyrektora Wolińskiego Parku Narodowego wynika, że faktyczna wycinka dotyczyłaby ponad 1200 drzew!

Poza opinią dyrektora Wolińskiego PN Swoje negatywne stanowisko wyraziło wtedy też dwóch członków Rady Naukowej Wolińskiego PN i wniosek został wycofany przez inwestora.

Jednak w lutym ubiegłego roku projekt powrócił – ścieżka rowerowa planowana jest wciąż wzdłuż drogi wojewódzkiej nr 102, bez zmiany jej parametrów.

W naszej ocenie nie została spełniona przesłanka braku rozwiązań alternatywnych, która uprawnia do wydania zgody na przeprowadzenie przedsięwzięcia z naruszeniem zakazów obowiązujących na terenie parku narodowego. Nie wzięto pod uwagę lokalizacji drogi rowerowej poza terenem Parku Narodowego. W samej zaś decyzji, Minister ograniczył się do lakonicznego opisu możliwych alternatyw, które odrzucił z absurdalnych powodów, jak brak aprobaty Lasów Państwowych. Resort środowiska nie ma także problemu ze zgodą na wyasfaltowanie ścieżki rowerowej, choć wiadomo, że będzie to kolejna bariera dla zwierząt i zagrożenie dla łączności ekologicznej parku i obszaru Natura 2000. Odpowiedzialność za ocenę czy kryterium braku rozwiązań alternatywnych spoczywa na organie badającym sprawę, w tym wypadku na Ministrze Klimatu i Środowiska, którą w tej sprawie reprezentowała Sekretarz Stanu, Małgorzata Golińska. Oczywistym jest, że istnieją rozwiązania alternatywne dla przebiegu ścieżki rowerowej, nieingerujące w przyrodę Wolińskiego Parku Narodowego – komentuje Radosław Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot.

Tymczasem kolejny dyrektor Wolińskiego Parku Narodowego, pomimo szeregu negatywnych uwag do przedsięwzięcia, pismem z 11 marca 2022 r., pozytywnie zaopiniował ministerialny wniosek.

Warto przypomnieć, że zgodnie z ustawą o ochronie przyrody minister właściwy do spraw środowiska, po zasięgnięciu opinii dyrektora parku narodowego, może zezwolić na obszarze parku narodowego na odstępstwa od zakazów, jeżeli jest to uzasadnione: potrzebą ochrony przyrody, wykonywaniem badań naukowych, celami edukacyjnymi, kulturowymi, turystycznymi, rekreacyjnymi lub sportowymi lub celami kultu religijnego i nie spowoduje to negatywnego oddziaływania na przyrodę parku narodowego lub potrzebą realizacji inwestycji liniowych celu publicznego, w przypadku braku rozwiązań alternatywnych i po zagwarantowaniu kompensacji przyrodniczej.

Co więcej załącznik nr 1 do Zarządzenia Ministra Klimatu z dnia 10 stycznia 2020 r. w sprawie zadań ochronnych dla Wolińskiego Parku Narodowego na lata 2020-2023, jako zagrożenie zewnętrzne istniejące uznano barierę ekologiczną w postaci dróg nr 3, nr 102 oraz linii kolejowej (dział III, lp. 6) a sposobem eliminacji lub ograniczania zagrożenia i ich skutków jest m.in. docelowe ograniczenie drogi 102 do roli drogi obsługującej ruch lokalny. Rozbudowa drogi wojewódzkiej nr 102 polegająca na budowie ścieżki rowerowej stanowiącej część trasy VeloBaltica, wchodzącej w skład międzynarodowego szlaku EuroVelo 10 jest całkowicie z tym sprzeczna.

Coraz częściej pod pozorem „zielonych inwestycji” forsuje się katastroficzne dla przyrody, a w konsekwencji i dla ludzi, przedsięwzięcia. Podobny pomysł ścieżki rowerowej zakończył się w Zabierzowie wycinką ponad 300 drzew (z czego przynajmniej 18 miało wymiary pomnikowe i było siedliskiem chronionych gatunków). Z tego samego powodu, w jednym z najstarszych rezerwatów w Polsce – Rezerwacie Szafera – w Puszczy Białowieskiej, pod topór miało pójść niemal 4,5 tysiąca drzew, z czego ponad 200 o wymiarach pomnikowych. Ten chybiony pomysł nadal stanowi zagrożenie dla przyrody Puszczy Białowieskiej – mówi Radosław Ślusarczyk.

Inwestycja w Wolińskim Parku Narodowym z niejasnych przyczyn została zakwalifikowana jako peryferyjna i w związku z tym wyłączono ją z konieczności przeprowadzania oceny oddziaływania na środowiska.

Od ponad 20 lat nie powstał żaden nowy park narodowy w Polsce, a w ostatnich latach niszczy się lub planuje się niszczyć istniejące: Świętokrzyski czy Tatrzański. I to – jak w przypadku Wolińskiego czy Tatrzańskiego – za przyzwoleniem lub nawet z inspiracji dyrekcji tych parków. A wszystko w czasach, gdy bezwzględnie potrzebujemy starodrzewów i cennych lasów, które pomagają łagodzić skutki katastrofy klimatycznej i kryzysu bioróżnorodności. Lekką ręką zezwala się na na wycinkę przynajmniej kilkuset drzew i zmniejszenie obszaru chronionego. Nie ma na to naszej zgody. Będziemy interweniowali w sprawie inwestycji w Wolińskim Parku Narodowym – konkluduje Ślusarczyk.

Źródło: Materiały prasowe Pracowni na rzecz wszystkich istot.

Trwający w Niderlandach kryzys azotowy jest efektem niezdolności ekip rządzących do wdrożenia spójnej, gotowej na przyszłe wyzwania polityki żywnościowej. Narodziny i wzrost znaczenia BBB – Ruchu Rolniczo-Obywatelskiego – zdaniem Jeroena Candela stanowi zapowiedź nowych konfliktów politycznych wokół zielonej transformacji.

Green European Journal: Polityczny konflikt wokół emisji związków azotu oraz przyszłości rolnictwa w Niderlandach okazał się kluczowy dla wyników wyborów regionalnych, które odbyły się w marcu 2023 roku. Jaki jest jego kontekst?

Jeroen Candel: Kryzys azotowy powiązany jest z szerszym procesem intensyfikacji produkcji rolnej. Niderlandy wyrosły w ostatnich latach na istotnego producenta żywności w Unii Europejskiej, dorabiając się pozycji drugiego największego eksportera produktów rolnych na świecie. W rezultacie w Niderlandach dało się zaobserwować rosnące poziomy emisji związków azotu w rolnictwie, co przyczyniło się do pogorszenia bilansu tego pierwiastka w naturze. Kryzys uległ dalszemu zaostrzeniu, gdy podjęta w roku 2019 decyzja Rady Stanu doprowadziła do anulowania rządowego planu działań w sprawie azotu (PAS). Jego zapisy zakładały, iż projekty budowlane oraz inne formy działalności gospodarczej mogą prowadzić do zanieczyszczenia cennych przyrodniczo obszarów związkami azotu, o ile działanie to zostanie zrekompensowane poprzez przyszłe redukcje oraz działania z zakresu odbudowy ekosystemów. Decyzja Rady wprowadziła wymóg redukowania jeszcze zanim otrzyma się zgodę na kolejne, zanieczyszczające środowisko działania. W praktyce oznaczało to wstrzymanie wszelkich pozwoleń na budowę, a to z kolei doprowadziło do paraliżu gospodarczego. Rolnicy nie byli w stanie rozbudowywać swoje gospodarstwa, firmy technologiczne – tworzyć nowe serwerownie. Rząd nie mógł już budować nowych dróg, a ludzie – domów.

W międzyczasie niderlandzkie sądy konsekwentnie opowiadały się przeciwko rozwiązaniom, które próbowały ograniczać się jedynie do zmian w obrębie systemu pozwoleń. Ze strony rządu konieczne są stanowcze posunięcia, umożliwiające krajowi spełnianie wymogów prawodawstwa unijnego. Problem w tym, że tutejszy krajobraz polityczny poważnie to utrudnia. Choć większość partii politycznych zgadza się co do tego, że poziomy zanieczyszczenia związkami azotu muszą ulec redukcji brakuje zgody co do tego, jak właściwie to zrobić – i w jakim tempie. W sferach politycznych brakuje również świadomości tego, w jaki sposób kryzys azotowy powiązany jest z kwestią realizacji celów klimatycznych oraz szerszym, trapiącym kraj kryzysem żywnościowym.

Wspominasz o potrzebie stanowczych posunięć. Mówisz tu o zamykaniu czy wykupywaniu poszczególnych gospodarstw rolnych?

Tak – w szczególności największych emitentów, generujących największy nacisk na środowisko, na przykład ze względu na swą wielkość albo geograficzną bliskość do obszarów ochrony przyrody. Na stole mamy szereg opcji, takich jak zamykanie farm czy ich przenoszenie do rejonów kraju o mniejszej obecności terenów szczególnie wrażliwych na zakłócenia w obrębie obiegu azotu w środowisku. Mówimy tu również o próbowaniu redukcji nacisku na środowisko za pomocą innowacji. W rękach poszczególnych prowincji leży tworzenie strategii, umożliwiających osiągnięcie zarysowanych na szczeblu rządowym celów w tym zakresie.

Ruch BBB (BoerBurgerBeweging) okazał się wielkim zwycięzcą niedawnych wyborów regionalnych. Ta nowa siła polityczna będzie teraz mieć sporo do powiedzenia na szczeblu prowincji. Czym ten ruch jest – i kogo reprezentuje?

BBB ma swoje korzenie w agrobiznesie. Jego założycielka – była dziennikarka, zajmująca się tematyką hodowli świń, Caroline van der Plas – utworzyła go w roku 2019 z pomocą różnych aktorów z sektora produkcji żywności z powodu swej irytacji kryzysem azotowym i (nieistniejącą) odpowiedzą rządu na to wyzwanie.

Ruch ten ma bliskie związki z hodowcami żywca i innymi segmentami sektora rolnego. Korzysta z usług firmy marketingowej z tego środowiska do promowania swych postulatów i prowadzenia kampanii społecznych.

Wraz z upływem czasu partii z powodzeniem udało się poszerzyć swój przekaz, odwołując się do rosnących nierówności między miastem a wsią, ignorowanych przez inne siły polityczne. Choć osoby pracujące na roli stanowią niewielki odsetek ludności kraju BBB udało się zdobyć poparcie sięgające okolic 20% elektoratu. Szczególnym poparciem cieszy się ona na wsi, gdzie nie brak frustracji w związku ze spowodowanym polityką cięć i zaciskania pasa zamykaniem szkół, ograniczoną dostępnością transportu publicznego czy infrastruktury zdrowotnej. Udało się im również pozyskać wyborców z miast, do tej pory preferujących bardziej radykalne, prawicowe partie populistyczne – z powodu BBB utraciły one sporo gruntu pod nogami. Ruch ten stworzył wokół siebie zróżnicowaną koalicję grup, czujących się niedostatecznie reprezentowanymi w niderlandzkim systemie politycznym lub rozczarowanych dotychczas apelującymi do nich partiami, takimi jak chrześcijańscy demokraci.

Można mieć wrażenie, że świat natyka się właśnie na granice wzrostu. Czy Niderlandy – mały, wysoko rozwinięty i gęsto zaludniony kraj – osiąga je jako pierwszy?

Zgadzam się z tą tezą. Jesteśmy tu skrajnym przypadkiem. Mamy największą gęstość zaludnienia zwierzętami gospodarskimi w całej Unii Europejskiej. Nawet, gdyby udało nam się zmniejszyć ich populację o 30% – tak jak jest to w planach obecnego rządu – wciąż byłaby ona na podobnym poziomie intensywności hodowli co we Flandrii – belgijskim regionie, który również zmaga się z kryzysem azotowym.

Rząd tymczasem wciąż wierzy, że będzie w stanie oddzielić od siebie wzrost (czy – szerzej – rozwój) gospodarczy od wpływu na środowisko czy poziomów zużycia surowców. Wskaźniki środowiskowe, takie jak utrata bioróżnorodności, stopień kryzysu klimatycznego czy poziom emisji gazów cieplarnianych wyraźnie pokazują, że sztuka ta nie za bardzo mu się udaje. Wśród technooptymistów mamy do czynienia z silną tendencją do wymyślania „rozwiązań końca rury”, takich jak innowacyjne metody zarządzania, zamiast spojrzenia na przyczyny, dla których mamy obecnie do czynienia z kryzysem ubóstwa ekologicznego. Obecna sytuacja w sektorze rolnym jasno pokazuje, że obecny system gospodarczy jest źródłem szeregu wzajemnie powiązanych ze sobą kryzysów.

Czemu zatem rząd i partie polityczne nie przygotowują się na transformację produkcji rolnej skoro wiadomo, że będzie ona musiała dojść do skutku?

Od dziesięcioleci byliśmy świadomi tego, że zakłócenia w obiegu azotu w przyrodzie stanowią problem zarówno pod kątem ich wpływu na bioróżnorodność, jak i na klimat. Podobnie, jeśli chodzi o emisje gazów cieplarnianych z produkcji rolnej czy degradacji obszarów podmokłych. Mimo tego faktu kolejne rządy pozwalały na poszerzanie gospodarstw czy ilości hodowanych na nich zwierząt. Teraz z kolei każe się rolnikom robić coś dokładnie odwrotnego. Nic dziwnego, że te sprzeczne zalecenia i kiepskie planowanie budzą wśród nich frustrację.

System zgód środowiskowych został celowo opracowany tak, by zapobiec spowalnianiu rozwoju gospodarczego i opóźnić efektywne działanie na rzecz ochrony natury. W rezultacie władze – nieświadomie – przyczyniły się stworzenia gruntu do oporu społecznego wobec działań prośrodowiskowych. To prawda, że kraje, takie jak Dania czy Francja, zmagają się z własnymi problemami, ale ich rządy promowały rolnictwo ekologiczne i zrównoważone wzorce produkcji od lat. W wypadku Niderlandów taka sytuacja nie miała miejsca.

Czy żywność nie jest szczególnie trudnym wyzwaniem? Jej symboliczne znaczenie często powiązane jest z kwestiami tożsamościowymi. Czy karykaturalny obraz jedzących muesli lewaków, każących mięsożernym „zwyczajnym” ludziom zmieniać swoje przyzwyczajenia nie odgrywa tu roli?

Oczywiście, że tak. W neoliberalnym kraju, takim jak Niderlandy, regulacja rynku jest tematem tabu, będąc traktowana w kategoriach narzucania jednostkom konkretnych wyborów. Jako że jedzenie odgrywa istotną rolę w życiu i stylu życia jest ono sporym wyzwaniem dla interwencji publicznych. Tłumaczy to, dlaczego tutejsze rządy nie za bardzo chcą wychodzić poza kwestie, takie jak dostarczanie informacji konsumentom.

Nic dziwnego, że sprzeczne zalecenia i kiepskie planowanie budzą frustrację wśród rolników.

W porównaniu do innych krajów w Europie niderlandzka polityka żywnościowa nie wydaje się być za mocno zorientowana na przyszłość. Ma ona reaktywny charakter, a do tego jest konsensualna i neoliberalna. Władza dyskutuje z sektorem i zdaje się na jego samoregulację. Dla porównania polityka rolna i żywnościowa Francji – nawet, jeśli nie zawsze zdaje egzamin – dużo lepiej przewiduje przyszłe trendy i stawia na kontrolowanie przestrzegania regulacji.

Bardziej efektywne podejście do tematu powinno uwzględniać narzędzia, takie jak podatki czy zakazy dla konkretnych produktów, ale również regulacje w zakresie produkcji i konsumpcji żywności. Przykład? Brytyjscy Torysi przyjęli podatek cukrowy, obowiązujący napoje gazowane, a także uregulowali poziomy soli w produktach, tłumacząc te zmiany w kategoriach ochrony zdrowia publicznego i odpowiedzi na rosnące wskaźniki otyłości. Wspomniałem już wcześniej Danię i rozwój tamtejszego rolnictwa ekologicznego. Dodajmy do tego jeszcze Nową Zelandię, wprowadzającą system opodatkowania emisji gazów cieplarnianych, generowanych przez tamtejszy (olbrzymi) sektor produkcji nabiału.

Jak oceniasz europejskie plany wspierania zielonej transformacji rolnictwa?

Strategia „od pola do stołu” stanowi jeden z najbardziej istotnych elementów Europejskiego Zielonego Ładu. To pierwszy krok na drodze do bardziej kompleksowej, spójnej polityki żywnościowej na poziomie unijnym. Obecnie jednak funkcjonuje ona równolegle ze Wspólną Polityką Rolną (WPR). Komisji Europejskiej nie powiodły się plany powiązania tych dwóch narzędzi, przez co daje się zauważyć istotne niespójności między nimi. Istotnym powodem tego stanu rzeczy jest fakt, iż kształt obecnej WPR został zaproponowany w roku 2018 – jeszcze zanim obecna KE rozpoczęła w roku 2029 swoją kadencję i zaprezentowała własną wizję Europejskiego Zielonego Ładu.

Trudnością w realizacji strategii „od pola do stołu” jest również fakt, iż polityka rolna – mimo że jest jedną z najbardziej zeuropeizowanych polityk sektorowych – w dużej mierze opiera się na jej realizacji na szczeblu państw członkowskich. Poza kwestiami związanymi ze znakowaniem produktów pozostałe kwestie, takie jak interwencje fiskalne, działania edukacyjne czy planowanie przestrzenne, które mogłyby wpłynąć na warunki produkcji żywności, pozostają w kompetencjach poszczególnych krajów. Chociaż Komisja postawiła kwestię transformacji systemów żywnościowych wysoko na liście swoich priorytetów, w wypadku większości państw członkowskich nie jest ona traktowana z równie dużą uwagą.

Wspomniana tu niespójność między WPR a strategią „od pola do stołu” oraz świadomość wzajemnego powiązania między wyzwaniami, o których tu rozmawiamy, były istotnymi tematami publicznych dyskusji w bardzo niewielkim gronie państw członkowskich. Niderlandom nie udało się jak do tej pory opracować bardziej całościowej polityki żywieniowej. Mając ten kontekst z tyłu głowy fakt, iż Komisja myśli o zaproponowaniu w roku 2023 nowej inicjatywy na rzecz zrównoważonego systemu produkcji żywności może być ekscytującym posunięciem. Możemy spodziewać się, że składać się na nią będą między innymi nowe wymogi w zakresie raportowania, a także zobowiązanie tworzenia strategii żywnościowych przez poszczególne państwa członkowskie. Kwestie konsumpcji stanowią dziś piętę achillesową strategii „od pola do stołu”. Patrząc się na proponowane w niej wskaźniki są one znacznie bardziej konkretne w wypadku produkcji, obejmując między innymi cele redukcji poziomów zużycia pestycydów i nawozów sztucznych. W wypadku spożycia żywności mają one bardziej ogólnikowy charakter.

Jakie lekcje niesie ze sobą przykład Niderlandów?

Przede wszystkim musimy myśleć o tym, jak zmieniać się będzie system. To, że w ogóle mówimy o polityce żywnościowej jest już pierwszym, dobrym krokiem, ale podejście do tematu pozostaje mocno technokratyczne. Społeczeństwo tymczasem okazuje się całkiem mocno zainteresowane upowszechnianiem się bardziej zrównoważonych praktyk. Pytanie brzmi następująco: w jaki sposób zorganizować możemy nowe formy partycypacji społecznej najważniejszych aktorów polityki żywnościowej tak, by poprawić nie tylko jakość i efektywność realizowanych działań, ale również poziom ich akceptacji? Kwestia ta stanowi kluczowy element wspierania zmian behawioralnych w potrzebnej nam do transformacji skali.

Kluczowym elementem zarządzania zmianą jest jej przewidywanie, wdrażanie systemowego podejścia, zrozumienie wzajemnych powiązań i konieczność opowiadania na źródła problemów zamiast szukania szybkich, prowizorycznych rozwiązań. Rekomendacje te są na dość wysokim poziomie abstrakcyjności, ale moim zdaniem nawet i w ich obrębie mówić możemy o klęsce naszego rządu.

Uważasz, że siły polityczne o podobnym do BBB profilu staną się istotnym elementem europejskiej sceny politycznej?

Myślę, że tak. Politolodzy już od dłuższego czasu przewidywali, że transformacja ekologiczna stanie się jednym ze źródeł napięć politycznych. Rosnące grono ugrupowań i badaczy uważa, że nasz aktualny system kapitalistyczny dociera do swoich granic i domagają się radykalnych zmian w działaniu gospodarki. To, co zastąpi obecny system pozostaje otwartą kwestią. Z pewnością nie brak grup zainteresowanych utrzymaniem status quo i wykorzystujących narzędzia polityczne do tego, by osiągnąć ten cel.

Polityka żywnościowa formacji ekopolitycznych budowana jest wokół podejść, takich jak agroekologia. W wypadku Niderlandów wydaje się jednak, że rolnicy nie za bardzo są do niej przekonani. Zielona polityka jest znacznie mniej popularna na wsi niż w miastach. W jaki sposób wrażliwe na kwestie środowiskowe partie mogą zmienić ten stan rzeczy?

To prawda, że Zielonym nie idzie najlepiej wśród rolników. Jeśli mówisz o zmianach systemowych to nie wzbudzi to entuzjazmu w grupach, które zmusiłoby to do radykalnych zmian ich modeli biznesowych, z których są szczerze dumni – podobnie jak z ziemi, na której gospodarują i z którą czują więź.

To, w jaki sposób na to wyzwanie odpowiedzą Zieloni w Niderlandach – również w ramach ich współpracy z Partią Pracy (PvdA) – będzie kluczowe dla powodzenia transformacji ekologicznej, unikającej wzbudzenia reakcji populistycznej i pogłębiania polaryzacji. Jestem przekonany, że zmiany te mogą przynieść skutek tylko wtedy, gdy połączone są z radykalną redystrybucją środków finansowych. Szereg politologów przekonuje, że ludzie są skłonni zaakceptować szeroko zakrojone zmiany tylko wtedy gdy czują, że są one sprawiedliwe. Żyjemy w czasach, w których niewielka część społeczeństwa korzysta z owoców wzrostu gospodarczego, podczas gdy zabezpieczenia społeczne i infrastruktura publiczna ulegają erozji. Trend ten przyczynił się do zmniejszenia poparcia społecznego dla transformacji ekologicznej. Zielona przyszłość musi uwzględniać kwestie, takie jak rozbudowa usług publicznych i bardziej hojne zabezpieczenia społeczne. Wizja ta może przekonać szerokie grupy elektoratu – włącznie z osobami mieszkającymi na wsi, w tym rolników. Jest całkiem możliwe, że przekonanie rolników do przejścia z konwencjonalnych do zrównoważonych praktyk produkcji żywności może okazać się wyzwaniem. W wypadku całości społeczeństwa musi to być strategia, którą podążamy.

Artykuł ukazał się na łamach magazynu Green European Journal. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk materiału.

Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek


Kończy się kolejny rok szkolny bez rzetelnej, obowiązkowej edukacji
klimatycznej, więc młodzi aktywiści i aktywistki wychodzą na ulicę, by
zawalczyć o swoje prawa.
– Według Konstytucji RP każdy obywatel ma prawo do nauki, władze państwa zaś
mają obowiązek zapewnić wszystkim możliwość do równej i powszechnej
edukacji. A jednak w szkołach unika się tematów związanych z klimatem. Nie
uczymy się ani o OZE, ani o skutkach zmiany klimatu, ani o tym jak ważna dla
naszego ekosystemu jest bioróżnorodność. To musi się zmienić. Bez edukacji
klimatycznej, nie możemy mówić o pełnym wykształceniu – mówi Kal Stanik,
wrocławski aktywista Młodzieżowego Strajku Klimatycznego.
W przeddzień zakończenia roku szkolnego, 22 czerwca młodzież z 10 polskich miast
wyjdzie na ulice, postulując wprowadzenie edukacji klimatycznej do szkół. Aktywiści
i aktywistki przekonują, że edukacja klimatyczna jest pierwszym krokiem w stronę
powstrzymania katastrofy klimatycznej.
– Kryzys klimatyczny jest najważniejszym problemem naszych czasów. Już teraz
jest on związany z wieloma kryzysami, jak drożyzna czy wojna w Ukrainie. Z
każdym rokiem te powiązania będą coraz wyraźniejsze. Susze i powodzie,
tornada, migracje, braki wody. To jest nasza przyszłość. Tak będzie wyglądać
nasze życie, jeśli nic nie zrobimy. Jak możemy uważać się osoby dobrze
wykształcone, obeznane w świecie jeśli nie wiemy niemal nic o tym, co będzie
przesądzać o naszym życiu? To jest najbardziej elementarna wiedza-
skomentowała Agnieszka Żuk, aktywistka z wrocławskiej grupy lokalnej
Młodzieżowego Strajku Klimatycznego
– Pomysły na edukację klimatyczną są już gotowe – zostały przygotowane przez
Okrągły Stół Dla Edukacji Klimatycznej. Przyszły rząd powinien stworzyć grupę
ekspercką, która zajmie się ich wdrażaniem, tak byśmy we wrześniu 2024 roku
mogli przyjść do szkół, w których dowiemy się o naszej przyszłości. – mówi
aktywistka ruchu Paulina Szczesna z Płocka.
Mobilizacja ta jest częścią kampanii przedwyborczej prowadzonej przez
Młodzieżowy Strajk Klimatyczny #WybierzKlimat. Rzetelna edukacja klimatyczna jest
jednym z postulatów, pod którym podpisać powinna się każda partia, która chce
uchodzić za odpowiedzialną w kwestii klimatu.

 

Notatka prasowa Młodzieżowego strajku dla klimatu.

Kwestie związane z budową Centralnego Portu Komunikacyjnego budzą wiele kontrowersji. Tylu ile jest zwolenników, tylu jest również przeciwników. Jednak, czy aby na pewno projekt ten musi być obarczony, tak dużym podziałem społecznym, który generuje niepokoje oraz nienawiść? Otóż nie! Wszystkie fakty przemawiają za tym, że budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego jest raczej zachcianką i kaprysem niż innowacyjnym rozwiązaniem.

Dramat ludzki odbija się echem od osób decyzyjnych. Petycje, prośby, telefony, maile, protesty wpadają do próżni. Po jednej stronie są osoby decyzyjne, te, które zostały wybrane, aby stać na straży wartości Polaków. To oni właśnie tym Polakom zgotowali cierpienie, strach, frustrację. Po drugiej stronie są ci, którzy wierzyli w dobre wybory. Dziś łzy żalu mieszają się ze łzami przeżywanego dramatu. W dniu, kiedy ci sami rządzący, na których głosowali, podpisali zgodę na budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego, ci sami wyborcy znaleźli się „na ulicy”.

Nowy port lotniczy wydaje się projektem na miarę XXII wieku. Jednak plany z nim związane nie robią praktycznie żadnego wrażenia. Otóż przenieśmy się do 2030 roku i wyobraźmy sobie, że obsługuje on 24,3 mln pasażerów. Dla porównania największy port lotniczy świata, który mieści się w Atlancie, obecnie, obsługuje rocznie ok. 100 mln pasażerów, zaś największy port lotniczy w Europie — Port Lotniczy im. Charles’a de Gaulle’a — 70 mln podróżujących. Zatem można się domyślić, że Centralny Port Komunikacyjny na tle tych liczb wypada dość marnie. Prognoza 124,3 mln podróżujących robiłaby wrażenie, jednak liczba ta jest nieosiągalna.

Sam projekt Centralnego Portu Komunikacyjnego jest bez wątpienia inwestycją, która ma przyczynić się do dynamicznego oraz rentownego rozwoju kraju przy wykorzystaniu szeroko pojętego transportu. Opiera się na modelu czynników napędzających rozwój regionów okołolotniskowych, co w praktyce ma ułatwić życie podróżującym. Jednak o ile cała koncepcja wydaje się spójna i jasna, o tyle jej wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Świadczą o tym opinie ekspertów, które podważają niemalże wszystkie założenia. Dla poparcia tej tezy kluczowe jest przyjrzenie się opiniom specjalistów, które jasno wskazują, że budowa nowego portu lotniczego

przyniesie więcej szkody niż pożytku.

Zgodnie z Raportem Najwyższej Izby Kontroli największe kontrowersje budzi sposób finansowania inwestycji. Jedyną wiadomą jest tylko fakt, że Centralny Port Komunikacyjny musi powstać. Na pytania: „Kiedy?”, „Za ile?” „Co?”, „Kto?”, nadal nie ma odpowiedzi, choć może warto spróbować poszukać odpowiedzi w gąszczu niedomówień?

„Kiedy?” Oczywisty jest tylko jeden fakt – nie uda się zdążyć, co oznacza w praktyce, że mega lotnisko miało mieć swój wielki start w 2027 roku. Przy obecnym stanie prac rok 2030 pozostaje mało realnym marzeniem. Wiąże się to nie tylko z kosztami poniesionymi ze względu na opóźnienia, niedotrzymanie umów i kontraktów, ale również wskazuje, że Centralny Port Komunikacyjny będzie generował straty od samego początku.

„Za ile?” Aspekt ekonomiczny budzi największe kontrowersje. Szacowano, że sama inwestycja miała kosztować łącznie 34,9 mln złotych. Takie zmienne, jak pandemia, inflacja, wzrost kosztów pracy, wzrost cen materiałów budowlanych w dużym stopniu przyczyniły się do tego, że zakładany kosztorys jest nieaktualny. Do tej kwoty należy doliczyć tzw. koszty manipulacyjne. Są to koszty obsługi Pełnomocnika Rządu ds. CPK – 4,3 mln zł, które w 2020 roku pochłonęły już 68 proc. maksymalnego limitu określonego na ten okres w ustawie. Ponadto wydatki poniesione przez PPL na analizy dotyczące Centralnego Portu Komunikacyjnego w wysokości 6,6 mln zł. I na koniec, wydatki CPK sp. z o.o. (w tym nakłady inwestycyjne) w wysokości 84,7 mln zł. Najwyższa Izba Kontroli oszacowała, że do 2020 roku nakłady na port lotniczy, jeszcze nieistniejący, wyniósł ok. 96,5 mln zł.

„Co?” Inwestycja mega lotniska dotyczyć ma nie tylko budowy samego portu, ale również budowy komponentu kolejowego oraz komponentu drogowego. Zmiany, jakie mają nastąpić, a zatem nowa sieć połączeń w dużej stopniu wpłynie negatywnie na obecną sytuacja transportową.

„Kto?” Finansowanie budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego pozostaje wielką zagadką. Na razie wskazano jedno źródło. Mianowicie środki pochodzić będą z emisji skarbowych papierów wartościowych. Jednak już dziś wiadomo, że nakłady poniesione na budowę nowego portu zostaną już znaczenie przekroczone, co oznacza, że powstającą dziurę budżetową będzie trzeba „jakoś” załatać. Jednak nie ma jeszcze sprecyzowanych informacji, które pozwoliłyby na odpowiedź na pytanie: „jak?”.

Zgodnie z wynikami Najwyższej Izby Kontroli najwięcej kontrowersji budzi nie tylko terminowe zakończenie inwestycji, a miarodajne jej przygotowanie. Pytania: „Kiedy?”, „Za ile?” „Co?”, „Kto?” nadal stanowią wielką niewiadomą. „Na teraz” konieczne jest przeprowadzenie rzetelnej analizy kosztów i korzyści oraz zaprogramowanie działań zaradczych, które odnosić się będą do wszystkich zidentyfikowanych istotnych ryzyk. Od strony ekonomicznej zgodnie ze sprawozdaniami CPK w 2020 roku w porównaniu do 2019 ponad dwukrotnie wzrosły koszty działalności samej spółki: z 24 824 448,92 zł do 51 744 850,45 zł.

Zgodnie ze stanowiskiem Przewodniczącego KPZK PAN (Komitetu Przestrzennego Zagospodarowania Kraju Polskiej Akademii Nauk) projekt budowy mega lotniska w dużym stopniu stoi w opozycji z wcześniej przyjętymi ustaleniami w dokumentach strategicznych dotyczących zagospodarowania kraju. Rażące jest podważanie dorobku naukowego opartego na wieloletniej pracy badawczej, podważanie opinii naukowej, jak również wprowadzanie chaosu we wcześniejszych ustaleniach bez żadnej ważnej przyczyny. Niepokój budzą następujące elementy:

– Zagrożenie dla policentrycznego i zrównoważonego rozwoju Polski, co w praktyce oznacza, że propozycja układu nowych oraz modernizowanych linii kolejowych zawarta w Strategicznym Studium Lokalizacyjnym stwarza zagrożenie dla policentrycznego rozwoju kraju. Generuje to nie tylko koszty związane z modernizacjami, ale przede wszystkim działa ze szkodą na wypracowany model policentryczny, dzięki któremu Polska jest liderem w skali europejskiej, obok Niemiec, w obszarze struktury osadniczej. To, co zasługuje na uwagę to fakt, że takie rozwiązanie sprzyja równoważeniu rozwoju i przeciwdziała nadmiernej koncentracji funkcji gospodarczych (PKB). W praktyce oznacza to, że poszczególne ośrodki miejskie, płynnie ze sobą współpracują. Budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego przyczyni się do zachwiania tej równowagi. Nastąpi wzmocnienie układu monocentrycznego, a w efekcie relatywne osłabienie bezpośrednich więzi między innymi metropoliami.

– Zagrożenia efektywności inwestycji kolejowych. Od lat Polska podąża ideą ekologicznych przemian, które mają przyczynić się do ochrony środowiska, ochrony klimatu, ograniczania kongestii w miastach. Obecne plany związane z inwestycją kolejową w głównej mierze finansowane są ze środków unijnych, co odciąża budżet polski. W Strategicznym Studium Lokalizacyjnym obszary wskazane jako inwestycyjne stoją w opozycji z ekologicznym podejściem, ponieważ dotyczą przede wszystkim obszarów mało zaludnionych, zagrożonych depopulacją. Obecna polityka zakłada budowanie nowych połączeń między aglomeracjami i metropoliami, aby przerzuci transport ludzi i towarów na kolej. Budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego również w tym obszarze generuje zbędne koszty, a także przyczyni się do zachwiania równowagi.

Całkowite pominięcie międzynarodowych połączeń kolejowych. W Strategicznym Studium Lokalizacyjnym pomija się wcześniej wypracowany model. Otóż nowa linia kolejowa skupia się wyłącznie na połączeniach na terenie Polski, wyłączając wypracowane latami powiązanie i integrację polskich inwestycji kolejowych z układem europejskim, w tym zwłaszcza z siecią niemiecką oraz czeską. Wyłącznie polskie ujęcie transportu w dużej mierze wprowadza chaos komunikacyjny, a tym samym zamyka współpracę międzynarodową dla kolei.

– Niedowartościowanie koniecznych inwestycji drogowych. Bazując na analizach dotyczących działania transportu drogowego i dojazdu pasażerów na duże lotniska, zwiększa się udział samochodów o 15-20%. W praktyce oznacza to, że nie tylko będzie miała miejsce ekologiczna katastrofa, w tym zwiększenie zanieczyszczenia środowiska, ale przede wszystkim wymagane będzie podjęcie szybkich prac modernizacyjnych. To z kolei generuje kolejne koszty. Tym samym idea ochrony środowiska poprzez zwiększenie udziału transportu kolejowego po raz kolejny zostaje odrzucona.

Stanowisko Komitetu Przestrzennego Zagospodarowania Kraju Polskiej Akademii Nauk w sprawie Strategicznego Studium Lokalizacyjnego CPK jest jasne. Budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego stanowi jedną wielką katastrofę ekonomiczną, transportową, jak również zagospodarowania przestrzennego. Kaprys związany z powstaniem mega lotniska kosztował będzie setki milionów złotych i przyczyni się do ogólnopolskiego chaosu ekologicznego, politycznego, transportowego, społecznego.

Zgodnie z opinią Polskiego Towarzystwa Geograficznego budowa mega lotniska oznacza katastrofę inwestycyjną dla transportu kolejowego w Polsce. Potwierdza się tym samym stanowisko zajęte przez Komitet Przestrzennego Zagospodarowania Kraju Polskiej Akademii Nauk.

Główny oraz najważniejszy zarzut świadczący przeciw budowie Centralnego Portu Komunikacyjnego to skoncentrowanie całego planowania inwestycyjnego, jak również przyszłych kierunków oraz ciążeń transportowych wyłącznie na lokalizację CPK, oraz Warszawę. W powyższym kontekście bardzo realne wydaje się pogłębianie niespójności międzyregionalnej. W praktyce oznacza ona zmniejszanie znaczenia powiązań wewnątrzkrajowych na rzecz międzynarodowych (transgranicznych).

Opinia Polskiego Towarzystwa Geograficznego potwierdza stanowisko zajęte przez Przewodniczącego KPZK PAN. Budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego wprowadza chaos w przestrzeni kraju, a więc krajobrazu, środowiska geograficznego, na które składa się środowisko naturalnie antropogeniczne.

Stanowisko lidera Agrounii Michała Kołodziejczaka: Wyżej przytoczone ekspertyzy pokazują, że z ekonomicznego punktu widzenia, kwestie związane z budową Centralnego Portu Komunikacyjnego wprowadzają chaos w całym ciągu transportowym w Polsce, zwłaszcza stoją w opozycji do ekologicznej koncepcji transportu kolejowego, jaki przyjęła Polska. Co więcej, koszt samej inwestycji jest jedną wielką niewidomą. Przyjęta przez Rząd dnia 7 listopada 2017 roku Koncepcja CPK nadal budzi kontrowersje, a odpowiedzi na kluczowe pytania: „Kiedy?”, „Za ile?” „Co?”, „Kto?”, odbijają się echem od władz spółki. Jedyna deklaracja, jaka padła 22 lipca 2022 w Sejmie to szacowany koszt podany przez Ministra Horałę rzędu 400 mld złotych.

Osobną kwestię ekonomiczną stanowi wywłaszczenie ludzi z terenów, na których mega lotnisko ma powstać. Przede wszystkim nie doliczono się ile nieruchomości, będzie podlegało wywłaszczeniom za odszkodowaniem. Jedynym sukcesem spółki CPK (październik 2021 rok) było pozyskanie 10 hektarów ziemi dzięki Programowi Dobrowolnych Nabyć. Po raz kolejny brakuje sprecyzowanej informacji, jakie tereny dokładnie zostały pozyskane. Co nie zmienia faktu, że do wykupienia pozostaje jeszcze ponad 99 proc. powierzchni. Warto przypomnieć, że nastawienie miejscowych gospodarzy do całej inwestycji budzi jeden wielki opór, zaś atmosfera robi się coraz bardziej gęsta i napięta. Nietrudno się dziwić. Tym bardziej że szczególnie omijane są kwestie związane z przymusowym pozbawianiem prawa własności.

Kontrowersje budzi również kwota ustalona za wywłaszczenia. Otóż rząd chce zapłacić 5 zł za metr kwadratowy.

Pan Karol odziedziczył swoje gospodarstwo po swoich przodkach. Nie potrafi doliczyć się pokoleń, jakie pracowały na tej ziemi, i nie jest w stanie również powiedzieć, ile osób ta ziemia wykarmiła. Wie tylko, że to jego ojcowizna i tę ojcowiznę chciałby w przyszłości przekazać dzieciom.

Pani Maria jest właścicielką jednego z najbardziej zrestrukturyzowanych gospodarstw. Owszem, zakup nowych maszyn, budowa hali i silosów przyniosła jej dostatnie życie, ale obok tego wszystkiego są kredyty do spłacenia, i dzieci do wyżywienia. Sama mówi, że za 5 zł za metr kwadratowy może równie dobrze iść się powiesić od razu, bo banków nie będzie interesowała, że na jej ziemi powstaje nowa, rządowa inwestycja.

Pan Edward mieszka na swojej wsi od dziecka. Sam wskazuje, że od 65 lat rząd zawsze coś kombinował i mataczył na tych ternach. Jak nie jeden pomysł, który obalono, to pojawiał się drugi. Teraz czuje, że jest źle, bardzo źle. Nie chce dożyć końca rozwiązania tej sprawy.

Pan Mariusz zakupił ziemię 20 lat temu, spełniając swoje marzenie o życiu na wsi. Uciekał z dużego miasta. Chciał w końcu odetchnąć od zgiełku miasta. Z wykształcenia jest prawnikiem. Świadomy jest, że to, co się teraz dzieje to jawne bezprawie.

Pani Zuzanna mówi, że nie ma już siły płakać, bo nie ma już łez. Nie potrafi sobie poradzić z tym, co się dzieje. Nie jest w stanie prawidłowo egzystować. Bierze leki na depresję.

Takich osób, opowieści, historii są tysiące. Za każdą kryje się dramat, lament, łzy. Co musi się wydarzyć, żeby rząd zrozumiał, że ekonomia w tym przypadku nie może być miarą dla życia ludzkiego. Te osoby nie godzą się na wysiedlenie. One chcą pozostać na swojej ojcowiźnie, bo to jest ich dom.

Niniejszy artykuł jest fragmentem książki Kariny Kozłowskiej „CPK – Centralny Przekręt Kasy”

Chciałbym zamknąć tą recenzję w jednym, krótkim zdaniu „Przeczytajcie – naprawdę warto”, ale nie jestem pewien, czy taka rekomendacja zachęciłoby do sięgnięcia po jakąkolwiek książkę. Książka pokazała się na rynku w ubiegłym roku i nakład powoli się wyczerpuje. Oczywiście możecie już teraz zamknąć moją recenzję i zacząć czytać „Apostazję katoliczki”, co gorąco polecam.
Do książki zachęcił mnie tytuł, a cząstkową wiedzę na temat treści książki zaczerpnąłem jedynie z zapowiedzi wydawniczej, na opinie z ostatniej strony okładki zaledwie rzuciłem okiem. Chciałem poznać motywacje pisarki. Do apostazji i do napisania tej książki autorka przygotowała się długo i bardzo dokładnie. Szykowała się bowiem od najmłodszych lat, od pierwszych lekcji religii w salce katechetycznej. Nie była uczennicą, która przyjmowała w ciemno dogmaty. Dla katechetek była utrapieniem, miała tę „wadę”, że myślała, a jak myślała to pytała, a jak pytała – to trzeba było odpowiedzieć. A nie zawsze bowiem były to łatwe i przewidywalne pytania. Dostrzegała abstrakcję, nieścisłości, hipokryzję oraz kilka innych wad kościoła i kleru. I dostrzegła swoją kobiecość, a kobiety w kościele to „temat rzeka”. Mężczyźni w sukienkach czują się kompetentni w zaglądaniu kobietom pod kołdrę i ta kwestia jest bardzo wnikliwie opisana.

Kościół jako boski namiestnik ziemski wie lepiej, co dla niego dobre, dlatego robi z nas idiotów, nadinterpretując i dopasowując do współczesności przepisy starożytnej książki, prezentując badania naukowe w taki sposób, aby przystawały do ich absurdalnych pomysłów.

Ewa Piprek zna biblię i historię. Zarówno historia powszechna, jak i polski bardzo ściśle łączy się z historią kościoła i to właśnie z woli kościoła. Od samego swojego powstania kościół głosił swoją (pochodzącą od boga) nieomylność, namaszczał władców, wpływał na funkcjonowanie państw. Nie ma to najmniejszego znaczenia, czy państwo było rządzone przez katolików, czy też nie. Innowierców albo się chrzciło i przyłączało do wielkiej katolickiej rodziny, albo podbijano. Historia Polski także oficjalnie zaczyna się od chrztu Mieszka I w 966 roku (data, którą zna każdy Polak, oficjalnie przyjęta data początku państwa Polskiego). To tak jakby na naszych ziemiach wcześniej nic nie wydarzyło, a jeżeli już coś było to na tyle nie ważne, że skutecznie w dziejach pomijane. W szkole (ponoć świeckiej) nauka historii Polski właściwie także zaczyna się od tego roku.

Lektura biblii jest pouczająca, a uzupełniona o wiedzę historyczną staje się prostą drogą do zmiany światopoglądu i/lub autostradą do ziemskiego nieba.” – pisze autorka.

Książkę gorąco polecam. Nie jest to książka, którą czyta się „jednym tchem”. Warto rozłożyć sobie czytanie na dłużej i dozować sobie po trochę. Moim zdaniem najlepiej tą książkę czytać po kilka akapitów (bądź rozdział) przed snem, lub na dobry początek dnia przed śniadaniem.

W mojej ocenie mocne osiem punktów.

Biedę można wyliczyć, poddać statystyce. Statystyka nie odzwierciedla losu indywidualnych ludzi, których bieda dotknęła, jednakże ujęcie statystyczne pokazuje ogrom tych małych indywidualnych tragedii. Czasami bezsilność pokonuje człowieka i z woli walki o lepsze jutro czyni jedynie wolę przetrwania do jutra.

 

Andreasa* pierwszy raz spotkałem w sierpniu 2018 roku. Wsiadł do S-bahnu ubrany w za duże spodnie dresowe, jednobarwny T-shirt, porwane tenisówki. Ubrania były znoszone i podobnie jak ręce i twarz brudne. Przechodził przez wagon, zatrzymywał się koło siedzących i ze spuszczoną głową, wpatrzony w swoje stopy, bardzo cicho i niewyraźnie prosił o wsparcie. Właściwie nie czekając na datki przechodził dalej, do następnych pasażerów.

 

Niedawno w Niemczech opublikowano „Między pandemią a inflacją. Wspólny raport ubóstwa 2022”, według którego w ubóstwie żyje 13,8 miliona, czyli 16,6 % Niemców. Definicje ubóstwa względne. Według ONZ

ubóstwo to ograniczenie wyboru i szans życiowych, to naruszenie ludzkiej godności. Oznacza brak możliwości skutecznego uczestnictwa w społeczeństwie. Oznacza też niedostatek żywności i ubrań potrzebnych rodzinie, brak możliwości uczęszczania do szkoły i korzystania ze służby zdrowia, brak dostępu do ziemi, którą można uprawiać, lub pracy, żeby móc zarobić na życie, a także brak dostępu do kredytu. Ubóstwo oznacza również zagrożenie, bezsilność i wykluczenie jednostek, rodzin i społeczności.”

W Unii Europejskiej zdefiniowane są trzy stopnie ubóstwa:

Ubóstwo absolutne lub skrajne oznacza, że ludzie nie mają podstawowych środków niezbędnych do życia. Na przykład: głodują, nie mają czystej wody, odpowiedniego miejsca do mieszkania, wystarczającej odzieży czy leków i walczą o przetrwanie.

Ubóstwo względne występuje wtedy, gdy poziom życia i dochodów niektórych osób znacznie odbiega od ogólnej normy kraju lub regionu, w którym żyją. Osoby te walczą o to, by żyć normalnie i uczestniczyć w zwykłym życiu gospodarczym, społecznym i kulturalnym.

Zagrożenie ubóstwem lub wykluczeniem społecznym – za zagrożone uznaje się osoby i rodziny, które żyją w ubóstwie względnym lub w poważnym niedostatku materiałowym albo wykazujące bardzo niską intensywność pracy.1

Istotna jest w tym miejscu definicja ubóstwa względnego, którą kierowano się podczas obliczeń. Za ich podstawę przyjęto, iż granica ta wynosi 60% mediany2 zarobków. Przy wyliczeniach brany jest pod uwagę całkowity dochód netto gospodarstwa domowego, w tym zasiłek mieszkaniowy, zasiłek na dziecko oraz inne płatności transferowe lub dotacje. Wysokość mediany jest różna w poszczególnych landach Republiki Federalnej. Wschodnie landy należą do uboższych. Najniższa mediana jest w Meklemburgii 2.496 euro brutto (60% tej kwoty to 1.497,60), następne landy o niskich dochodach to Turyngia (mediana 2.553,00 – 60% = 1,552,20) Saksonia (mediana 2.587,00 – 60% = 1552,20). Najbogatsze landy to Hamburg (mediana 3.718,00 – 60% = 2.230,80), Badenia-Wirtembergia (mediana 3.651,00 – 60% = 2.190,60), Hesja (3.593,00 – 60% = 2.155,80). W całych Niemczech średnia mediana wynosi 3.304,00 euro, a granicę ubóstwa stanowi kwota 1.982,40 euro. Jak widać z powyższego zestawienia, granica ubóstwa między landem o najniższych a landem o najwyższych zarobkach wynosi ponad 700 euro.

Wolontariuszka wchodzi z Andreasem do kolejki miejskiej. Jest ubrany w te same co zazwyczaj ubrania, ale są one wyprane, on umyty. Pod pachą trzyma kilka egzemplarzy gazety „Motz”3. Przechodzą razem przez wagon, Andreas z wyciągniętą ręką z gazetą, jak zwykle wpatrzony w podłogę niewyraźnym szeptem, bez przekonania oferuje gazetę. Jeżeli ktoś nawet sięga po portfel, to Andreas tego nie zauważa, idzie szybko, nie nagabuje. Razem z wolontariuszką wysiadają na następnej stacji, stają na peronie, ona pokazuje mu, jak ma trzymać gazetę, namawia go, aby podniósł wzrok. Mój pociąg odjeżdża.

Mapa pochodzi z publikacji „Między pandemią a inflacją. Wspólny raport ubóstwa 2022”

Statystyki to matematyka, to liczby. Jak pisałem powyżej, granica ubóstwa w Niemczech wynosi 1.982,40 euro, co w poszczególnych landach oscyluje między 1.497,60 a 2.230,80. Jeżeli obok mediany weźmiemy pod uwagę średnią matematyczną dochodów, to obraz ten może być bardzo nieczytelny. Zarobki na średnim poziomie wynoszącym 1.982,40 euro w jednych landach zaliczają człowieka do grupy zagrożonej ubóstwem bądź żyjącej w biedzie, zaś w innych landach osoba z takim dochodem będzie w statystykach osobą żyjącą na wystarczającym poziomie, zaspokajającą swoje podstawowe potrzeby bytowe. W Niemczech istnieją bardzo duże różnice w rozmiarze ubóstwia w poszczególnych landach i wynoszą od 12,6% (Bawaria) do aż 28,0% (Brema).

Porównajmy zebrane dane z poniższą mapą. Popatrzmy na dwa landy najwyższą i najniższą medianą. Najniższą medianę miała Meklemburgia, która zajmuje siódme miejsce wśród landów o najwyższym poziomie ubóstwa, zaś pierwszy pod względem wysokości mediany dochodów Hamburg zajmuje dziewiąte miejsce wśród landów o najwyższym poziomie biedy.

 

Zwinięte, brudne i porwane gazety trzymane przez Andreasa w brudnych, jakby nie mytych od tygodnia rękach. Brudne ubrania, brudna zwrócona ku podłodze twarz. Szybko i niewyraźnie wypowiedziane kilka zdań. Szybkie przejście dalej. Jakby ucieczka od tego miejsca. Jeździ między czterema przystankami jednej linii kolejki miejskiej. Nigdy nie ruszył się poza te przystanki, tam i z powrotem od kilku lat. Uśmiecha się rzadko, a jego uśmiech można sobie kupić za jedno euro, tylko trzeba do niego dotrzeć samemu, on nie spojrzy na pasażerów.

 

Według wyżej wymienionego Raportu, w związku z pandemią w ciągu roku liczba osób zaliczanych do biednych powiększyła się o 600 tysięcy. O ile na samym początku pandemii „różne tarcze ochronne i środki nadzwyczajne” rządu federalnego i krajów związkowych zapewniły, że „ubóstwo wzrosło stosunkowo umiarkowanie pomimo załamania gospodarczego i szybkiego wzrostu bezrobocia”, to powracające kolejne fale pandemii nie zatrzymały wzrostu liczby biednych. Według danych raportu, ubóstwo wzrosło niezwykle gwałtownie wśród osób pracujących, zwłaszcza wśród popularnej w Niemczech grupy samozatrudnionych, gdzie wskaźnik wzrósł z 9 do 13,1 %. Niepokój budzi wzrost biedy wśród rencistów, który wyniósł 17,9 %, oraz wśród dzieci i młodzieży – do 20,8 %. To dwa niechlubne rekordy.

Są też pozytywne informacje. W Bremie (28% ubóstwa) w porównaniu z raportem z 2020 roku odnotowano 1,6-procentową poprawę sytuacji, w Dolnej Saksonii odnotowano 1,7-procentowy spadek liczby osób, żyjących w ubóstwie. Niestety, prognozowany jest dalszy spowodowany inflacją wzrost ubóstwa.

 

Biedy w Niemczech nie ma” – mówi mi Katrin.* – „Każdy, kto chce coś robić, pracować, na pewno będzie miał pracę i dość pieniędzy, żeby dobrze funkcjonować. Popularna ostatnio zrobiła się praca na część etatu i korzystanie z państwowych ośrodków pomocy socjalnej, Caritasu, czy też niezależnych fundacji socjalnych. Ci ludzie pracują niewiele, bo na przykład 4 godziny dziennie, albo po 8 godzin, ale za to dwa dni w tygodniu, często dorywczo. Ponieważ ta praca nie zaspokaja podstawowych potrzeb, to dostają różne zasiłki i zapomogi aby utrzymać się na zadowalającym poziomie. Tak ludziom jest wygodnie.”

 

Skrajna bieda jest jednym z powodów bezdomności, która dla każdego kraju jest tematem trudnym, niechętnie ujmowanym statystykami. Uwzględniamy dwie grupy osób zaliczanych do grona ludzi bezdomnych. Pierwsza grupa to osoby nieposiadające własnego stałego miejsca zamieszkania zagwarantowanego umową najmu – jest ich około 256 tysięcy, nie licząc uchodźców. Druga grupa, wchodząca w skład tej pierwszej, to osoby mieszkające na ulicy. Ich liczba w całej Republice Federalnej szacowana jest na około 45 tysięcy osób. Jak wspomniałem, statystyki są bardzo ogólnikowe i w pewnym stopniu szacunkowe. Jak widać powyżej, nie uwzględniają uchodźców, których liczba może wynosić nawet 161 tysięcy osób – co daje ogólną liczbę 417 tysięcy, a liczby mieszkających na ulicy nie da się określić.

 

Grupa bezdomnych na Mehringdamm. Fot Juliusz Adel

Nie chcą rozmawiać. Nie powiedzą o sobie nic. Zdjęcia ewentualnie można zrobić z daleka, żeby twarzy nie było widać, żeby ewentualnie nikt nie poznał. Zresztą – nie mają nic do zaoferowania, przegrali swoje życie. Jedni mieszkają pod wiaduktem jednej z centralnych stacji kolejowych Berlina, drudzy rozbili „miasteczko namiotowe” w centrum. Wśród nich słychać też język polski. Przyjechali tu po lepsze życie, zamieszkali na ulicy.

W nocy z 29 na 30 stycznia 2020 roku w Berlinie wolontariusze policzyli bezdomnych. Oczywiście nie da się policzyć osób w każdym pustostanie, domku na działce, baraku, budowie, kanale, tunelu kolejowym, w piwnicach, strychach, przejściach podziemnych, parkach, lasach czy w tunelu metra. W trakcie „Nocy solidarności” wolontariusze dotarli do 1976 osób. Tej nocy najwięcej osób zatrzymało się w noclegowniach organizacji Berliner Kaeltehilfe – 942 osób. Na ulicy wolontariusze spotkali 807, a w środkach komunikacji miejskiej 158 osób. Na pogotowiu ratunkowym i w areszcie policyjnym tej nocy przebywało 69 bezdomnych. Te dane mówią o możliwych do policzenia osobach bezdomnych. Niezależnie od badań szacunki zakładają, iż w stolicy Republiki Federalnej przebywa od 6 do 10 tysięcy osób trwale bezdomnych.

Organizacje niosące na co dzień pomoc przestrzegały przed hurraoptymizmem przy metodyce liczenia osób bezdomnych przez jedną noc. Zaledwie 288 osób spotkanych na ulicy zgodziło się rozmawiać i podać dane niezbędne do opracowania statystycznego. Z danych tych wynika, że największą grupę (55% ogólnej liczby badanych) stanowią osoby w wieku 30 – 49 lat, prawie połowa (47%) od ponad trzech lat nie ma dachu nad głową. Tej nocy odkryto męską twarz bezdomności – mężczyźni stanowią 84% osób bezdomnych. Najmłodszy bezdomny miał 14 lat!W grupie, która zgodziła się na podanie swoich danych 113 osób (ponad 39%) było narodowości niemieckiej, 140 osób (ponad 49%) to osoby z innych krajów Unii Europejskiej, a 31 osób (ponad 11%) to osoby urodzone poza krajami UE. Z uwagi na ochronę danych nie podano kraju pochodzenia obcokrajowców, choć powszechnie wiadomo, że dość dużą grupę osób bezdomnych w Niemczech stanowią Polacy. Niestety dość często w miejscu przebywania bezdomnych słychać język polski.

Po zapowiedzi liczenia osób bezdomnych w Berlinie organizacja Selbsvertretung der wohnungslosen Menschen (Reprezentacja Osób Bezdomnych) wydała oświadczenie, że taka akcja jest „groźna”, „urągająca godności” i „bezużyteczna”. Zarzucono metodologii to, o czym pisałem powyżej – nie wszędzie można dotrzeć. „Akcja liczenia bezdomnych ma być alibi. Liczy się zwierzęta, a ludziom trzeba pomagać. W przypadku osób bez dachu nad głową pomocą byłoby mieszkanie” – podkreślono w oświadczeniu.4

Christian* rozmawia chętnie. Jego życie na ulicy trwa już dwadzieścia lat. Najpierw mieszkał w Austrii, ale siedem lat temu przeniósł się do Niemiec. Obecnie aktywnie współpracuje z organizacją wspomagającą osoby chcące wyjść z bezdomności. Na razie sprzedaje ich gazetkę „Straßenfeger”. Wsparty przez ludzi z organizacji, złożył wnioski do właściwego urzędu. Na razie trwa proces weryfikacji i za dwa miesiące dostanie pierwsze od dwudziestu lat dokumenty. Będzie miał swój dowód tożsamości, będzie mógł ubiegać się o pracę, może jakiś mały kawałek podłogi pod dachem. Wszystko zmieni się na lepsze, wreszcie po dwudziestu latach na ulicy nadejdzie upragniona (od pewnego czasu) zmiana, rozpoczną się jego szczęśliwsze dni.

Na zakończenie warto wspomnieć o tym, że:

Pojemniki na odzież, zabawki, pakowaną żywność. Fot. Juliusz Adel

– W niektórych miejscach Berlina stworzone zostały punkty dzielenia się z innymi. Do wystawionych pojemników można oddać ubrania, buty, książki, akcesoria kuchenne, zabawki, a nawet żywność. W pojemnikach panuje czystość, a wszystkie przekazane przedmioty są wyprane, umyte, zdatne do użytku i spożycia.

– Na trzy wakacyjne miesiące 2022 roku (czerwiec, lipiec, sierpień), aby zapewnić osłonę podczas inflacji, wprowadzono „9 Euro Ticket”. To warty jedynie 9 euro imienny bilet na cały miesiąc kalendarzowy. Nie wprowadzono żadnych limitów i ograniczeń dla chcących go kupić. Obcokrajowcy mogą także korzystać z tej oferty. Właściciel biletu może bez żadnych ograniczeń poruszać się po całym kraju pociągami DB Regio oraz wszelką komunikacją miejską w każdym z miast. W miesiącu czerwcu bilet zakupiło ponad 20 milionów osób. Z kolei w 2023 w maju wprowadzono bilet za 49 euro. Jest tylko jedno ograniczenie: może go kupić także każdy, kto „kupi” abonament i wykaże się posiadaniem aktywnego konta bankowego.

Rząd Federalny opracowuje długofalowy plan wyciągania ludzi z bezdomności. Program stworzony przez koalicję SPD, Zielonych i i FDP zakłada zbudowanie w ciągu dziesięciu lat 100 tysięcy mieszkań socjalnych pod najem oraz kolejne 100 tysięcy w przystępnych cenach.


* – Imiona osób, z którymi rozmawiałem zostały zmienione.

1https://www.eapn.org.pl/o-ubostwie/definicje/

2Mediana: Wartość dzieląca wszystkie dane na pół. Poniżej i powyżej mediany znajduje się dokładnie po 50% danych. Innymi słowy, jeżeli mediana wynosi 2.000 PLN, to znaczy, że wynagrodzenie na danym stanowisku jes  t w połowie zakładów niższe, a w połowie wyższe od 2.000 PLN. Mediana jest miarą statystyczną, która lepiej niż średnia oddaje tendencję centralną wyników, ponieważ średnia może być zaburzona przez wyniki skrajne.

3Motz – gazeta dystrybuowana przez ludzi zagrożonych ubóstwem. Gazeta jest darmowa, a zebrane pieniądze (1 – 2 euro) stanowią zarobek osoby roznoszącej te gazety.

4https://www.dw.com/pl/berlin-policzy%C5%82-swoich-bezdomnych-zaskakuj%C4%85cy-wynik/a-52296573

Zapewne nie raz słyszeliście: „Mięsko zjedz, ziemniaki zostaw”. Ta lekko zmieniona fraza posłużyła za tytuł krótkiej historii wegetarianizmu i weganizmu. Autorka zręcznie prowadzi nas przez kilka tysięcy lat ludzkich wyborów żywieniowych. Pitagoras, George Bernard Shaw, Mahatma Gandhi, Linda i Paul McCartney, Joaquin Phoenix i wiele innych osób niejedzących potraw mięsnych znalazło swoje miejsce w tej książce. Jest też trochę miejsca na „kultowe” niegdyś i obecnie bezmięsne bary i restauracje, sanatoria, zakłady opracowujące receptury i produkujące roślinne przysmaki.

Na przestrzeni wieków ludzie z różnych powodów jedli mięso i z różnych powodów z niego rezygnowali; „Warzywa zjedz, mięso zostaw” to najlepszy zbiór motywacji do podjęcia decyzji o rezygnacji z jedzenia mięsa, a każdy, jeżeli tylko będzie chciał znajdzie w tej pozycji swoją motywację.

Warzywa zjedz, mięso zostaw. Zdjęcie autora.

Tylko jednej rzeczy mi zabrakło. Jeden tekst piosenki, nie każda angielska nazwa, nie każdy angielski tytuł mają tłumaczenia na język polski. Ta jednak mały problem, nawet dla osób nie władających tym językiem.

Agata Bąk, badaczka sztucznej inteligencji z Lęborka, nie istnieje. A jednak zdobyła tytuł Osobowość Roku 2022 w organizowanym przez Dziennik Bałtycki konkursie. Niczego nie zrobiła, niczego nie wniosła, nie pracowała, nie odnosiła porażek, nie cierpiała, nie kochała. Ba, nawet nie podążała za barankiem, niosąc w ręku badylek. Dosłownie – jest nikim i dostała nagrodę za nic.

A jednak Agata Bąk to właściwa osoba na właściwym miejscu. Ten przykład, choć ostentacyjnie absurdalny, nie wywoływał wszak tak beztroskich salw śmiechu jak ogniś skecze kabaretu Mumio. Wydarzenie jest absurdalne – ale nie jest niedorzeczne. Taki tryb przyznawania nagród nas nie dziwi ani nie gorszy. Nagrody przyznawane są byle komu za byle co, od dawna. Dowcip z nieistniejącą laureatką po prostu to unaocznia. Autorzy postaci Alicji Bąk: Martyna Regent i Krzysztof Pietruszewski, pokazali nam w eleganckiej soczewce nasz świat. Tak teraz bywa z nagrodami, że dostają je jakieś postaci, które nie wiadomo co wniosły, ale fakt że te nagrody dostały czyni je sławnymi i modnymi, i kwalifikuje do kolejnych nagród.

To nie jest prawo natury, ani nawet socjologii. To cecha entropijnych czasów, gdy zanikają sensowne połączenia między elementami umierającego systemu. Można przeprowadzić analizę procesów – zrobić przegląd osobowości roku, nagród literackich, wyróżnień, naukowych, i popatrzeć wstecz – które są podobne do pani Agaty Bąk z Lęborka? W którym momencie zaczęliśmy nagradzać za to, że ktoś jest nagradzany, za to, że ktoś opłaca kliknięcia, za lajki, za popularność, za widoczność, za niekontrowersyjność? Kiedy ostatnio przyznawaliśmy nagrody za coś odwrotnego – za kontrowersje, za niespodzianki?

Roman Śliwonik pisał poezje z wielką siłą rezonansu. Niektóre jego wiersze rażą raczej niż nobilitują. Był nieoswojonym twórcą, nonkonformistą. Widział kosmosy i listopadowe błoto, potrafił dostrzec przyszłość stojącą na progu zanim stanie się nową normalnością. Lubił szwendać się wieczorami po knajpach, pił za dużo i nie gardził dobrym mordobiciem. Znał dobrze Warszawę: jej wielki świat, półświatek i zaświaty. Trudno dziś znaleźć jego wiersze. Po jego wrażliwości ledwie został zacierający się ślad. Kto o Śliwoniku pamięta? O zbuntowanym przeciwko gładkości piękna Grochowiaku? O testującym jak z ciągów słów powstają obrazy Grześczaku? Oni kiedyś dostawali liczne nagrody. Nie byli gładkimi ulubieńcami cenzorów. Nie byli „jedynie słusznymi” nudziarzami ”z ramienia Partii”. Nie przyszli do nas z wyżyn burżuazyjnych dziedziczeń, ani nie wcisnęli ich w świat sztuki krewni z ówczesnych elit. Nie byli dziećmi radców prawnych, profesorów, prezesów, ani sekretarzy PZPR. Nie byli ikonami cnót mieszczańskich. Odwrotnie niż pani Alicja Bąk – istnieli, bardzo mocno istnieli i byli obecni.

Dziś nie dostaje się nagród za dziwactwa, za wyrażanie niepopularnych wrażeń, za bycie oryginałem. Nie ma też za to wielkich kar. Robienie takich rzeczy jest raczej czymś w rodzaju hobby autorów, którzy powinni się cieszyć, jeśli znajdą wydawcę, miejsce pracy, jeśli znajdą czas i miejsce by robić to, co robią. Prawdopodobnie nie znajdą czytelników, odbiorców, naśladowców. Gdy nie dostaje się nagród, jest się niewidocznym. Peryferie znikają i widoczny pozostaje jeden zasadniczy nurt, w swoich dwóch kontrastujących politycznych odmianach. W ramach tych odmian – idealnie przewidywalny. Odezwij się „kulturą” i „nauką” a powiem ci na kogo głosujesz i w jakich inbach uczestniczysz.

Główny nurt płynie żwawo, rześko, nagradza i nagłaśnia. Czasami ma wielki szmal i wtedy jest korporacyjnym marketingiem, albo ledwo zipie finansowo i wtedy jest polską sferą kultury i nauki. Ale zawsze ma tę moc największą – sprawczość rozdawnictwa sławy. Sława od zawsze człowieka kusi, wabi, obiecuje coś więcej niż człowieczeństwo, może jakąś namiastkę boskości. Sława daje możliwość lansowania swoich myśli jako mody, a to jest moc niemal stwórcza. Mody określają świat, czasami go zmieniają, bywa, że na lepsze. Ale to, co modne, zazwyczaj powtarzane jest w zbanalizowanej postaci, bez niuansów. W naszych entropijnych czasach modne treści są banałem już w momencie narodzin – częściej dysponują nimi Alicje Bąk niż Romanowie Śliwonikowie. Generują lajki, prowokują kliknięcia – nie zaczepiają nas, by porozmawiać o śmierci i kosmosach.

Ale może to czasy, jakie bywają przed wielkim przewrotem – gdy tylko to co niewidoczne jest interesujące: les sociétés secrètes, wyklęci poeci, tajne seminaria? Może tam właśnie znajduje się to, czego szukamy. Może wystarczy wyjść z głównego nurtu, z którym – jak głosi znane powiedzonko – płyną nawet martwe ryby?

Może, ale jakoś coraz mniej tych fascynujących poboczy. Dzisiaj są raczej zajęte przez żebrzących, nie przez poszukiwaczy prawdy i przyszłości. Sir Percival naszych czasów wyruszył w daleką niebezpieczną drogę, zostawił w dali swój bezpieczny dom, swoich bliskich. Szedł ścieżkami, którymi nie poszedł nikt inny, przedzierał się przez nieprawdopodobne zasieki. Spotkał różnych ludzi: dobrych i złych, spotkał smoki i demony. W końcu znalazł Graala. Jeszcze raz przebył całą niebezpieczną drogę z powrotem, do swoich. Oni nie poznali go, nie wiedzieli, kim jest, nie pamiętali, po co wyruszył, nie wiedzieli, czym jest Graal i po co… (Nie jest na sprzedaż?… czyli nie ma wartości?…) Zajęci byli wszyscy byciem Osobowościami Roku. Sir Percival usiadł na poboczu drogi, którą kiedyś wyruszył i którą przeszedł z powrotem. Siedzi tam i żebrze, a sfatygowany kieliszek stoi przy jego nodze, dobrzy ludzie wrzucają tam grosze.

*****

Romanowi Śliwonikowi

Nie ma go na social mediach
Ledwie hm Wikipedia
Już w 1991 widział to co teraz
nas zżera Patrzył w zawstydzeniu
Na blask, na duszę, wiedział
Gdzie przyklęknąć
żeby całkiem nie opaść
wolno, wolniej,
wolność

(Warszawa, 2023)


 

Fundacja Dziedzictwo Przyrodnicze opublikowała „Propozycję uzupełnienia sieci polskich parków narodowych” Piotra Kluba:

https://przyrodnicze.org/aktualnosci/25-nowych-parkow-narodowych-do-utworzenia-w-polsce

Ponad 150-stronicowa książka jest monograficznym przeglądem dotychczasowych propozycji  powiększeń istniejących i utworzenia nowych parków narodowych w Polsce. Każdą z takich propozycji autor opracował kartograficznie; niekiedy w tym celu musiał samodzielnie dorysować konkretne granice odpowiadające cudzemu pomysłowi. Znalazł, opracował i opisał 21 propozycji powiększenia istniejących parków (łącznie o 166 tys. ha; tj. z 1,05% do 1,58% terytorium Polski) oraz 25 propozycji utworzenia nowych parków narodowych (łącznie 485,3 tys. ha, tj. 1,55% terytorium Polski).

Wskaźnikiem ochrony przyrody kraju jest procentowy udział parków narodowych w jego powierzchni. W takim zestawieniu, Polska – z 23 parkami narodowymi zajmującymi 1,05% terytorium kraju – zajmuje 29 miejsce na 38 krajów europejskich. Gdyby wszystkie przedstawione propozycje zostały zrealizowane, przesunęłoby to Polskę w takim zestawieniu na miejsce 18.

W podsumowaniu Piotr napisał: Przystępując do pracy nad tym opracowaniem nie zdawałem sobie w pełni sprawy z ilości, różnorodności oraz bogactwa cennych inicjatyw w zakresie ochrony przyrody naszego kraju, w szczególności tych związanych z powiększaniem i tworzeniem parków narodowych. Cieszy mnie fakt, że wciąż w naszym kraju nie brak zarówno miejsc cennych, jak i ludzi pragnących je chronić. Obawy budzi jednak rzeczywistość, w której tak wiele cennych inicjatyw nie doczekało się realizacji.

W książce ujęto:

PROPOZYCJE POWIĘKSZEŃ ISTNIEJĄCYCH PARKÓW NARODOWYCH:

–          Babiogórski Park Narodowy

–          Biebrzański Park Narodowy

–          Bieszczadzki Park Narodowy

–          Drawieński Park Narodowy

–          Gorczański Park Narodowy

–          Kampinoski Park Narodowy

–          Karkonoski Park Narodowy

–          Magurski Park Narodowy

–          Ojcowski Park Narodowy

–          Park Narodowy „Bory Tucholskie”

–          Park Narodowy Gór Stołowych

–          Park Narodowy Puszczy Białowieskiej

–          Pieniński Park Narodowy

–          Poleski Park Narodowy

–          Roztoczański Park Narodowy

–          Słowiński Park Narodowy

–          Świętokrzyski Park Narodowy

–          Tatrzański Park Narodowy

–          Wielkopolski Park Narodowy

–          Wigierski Park Narodowy

–          Woliński Park Narodowy

PROPOZYCJE NOWYCH PARKÓW NARODOWYCH:

–          Bydgoski Park Narodowy

–          Chełmski Park Narodowy

–          Janowski Park Narodowy

–          Jaworski Park Narodowy

–          Jurajski Park Narodowy

–          Kaszubski Park Narodowy

–          Kopalnia Soli Wieliczka

–          Mazurski Park Narodowy

–          Odrzański Park Narodowy

–          Orawski Park Narodowy

–          Park Narodowy Borów Dolnośląskich

–          Park Narodowy Bramy Morawskiej

–          Park Narodowy Doliny Dolnej Odry

–          Park Narodowy Puszczy Boreckiej

–          Park Narodowy Puszczy Knyszyńskiej

–          Park Narodowy Puszczy Pilickiej

–          Park Narodowy Puszczy Rominckiej

–          Park Narodowy Puszczy Śląskiej

–          Park Narodowy Stawy Milickie

–          Park Narodowy Wysoczyzny Elbląskiej

–          Sobiborski Park Narodowy

–          Szczeciński Park Narodowy

–          Śnieżnicki Park Narodowy

–          Turnicki Park Narodowy

–          Wiślański Park Narodowy

 

Źródło: Fundacja Dziedzictwo Przyrodnicze, Klub Przyrodników

Notatka prasowa:

Polskie Stowarzyszenie Zero Waste
European Environmental Bureau
Reloop Platform
WWF Polska
Instytut Gospodarki o Obiegu Zamkniętym

Wystosowały do Premiera i Ministry Klimatu wspólne stanowisko:

PRODUCENCI POWINNI BYĆ ZWOLNIENI Z OPŁATY ZA BUTELKI PO WPROWADZENIU SYSTEMU KAUCYJNEGO

Ministerstwo Środowiska zaprezentowało stawki opłat będące częścią transpozycji do polskiego porządku prawnego
Dyrektywy SUP. Stawka za opakowania po napojach z tworzyw sztucznych ma wynieść 20 gr za kilogram, czyli 2000 zł za tonę.

Wiele krajów europejskich stosuje mechanizm wysokich opłat motywując tym samym wprowadzających do wzięcia
odpowiedzialności za fazę poużytkową swoich opakowań. Opłata za tonę butelek plastikowych w Norwegii wynosi 10000 euro, w Finlandii 7500 euro, w Estonii 2500 euro, czyli wielokrotnie więcej niż proponowana stawka w Polsce.

W Norwegii opłata naliczana jest za każdą niezebraną tonę, chyba że poziom zbiórki osiągnie min. 95%. W Finlandii zwolnienie z opłaty są producenci, którzy przystępują do licencjonowanego systemu kaucyjnego, w Estonii zaś 2500 euro nalicza się za nieuzyskane poziomy zbiórki. Niezależnie od sposobu naliczania, perspektywa solidnej kary pieniężnej dała w rezultacie wprowadzenie i utrzymywanie efektywnych systemów kaucyjnych, które poprzez mechanizm motywacji finansowej dla konsumentów, czyli kaucji, gwarantują wysokie poziomy zbiórki odpadów opakowaniowych po napojach.

W związku z powyższym, apelujemy do Rządu RP o niezwłoczne zakończenie prac nad ustawą o systemie kaucyjnym. Wprowadzenie tej metody zbierania odpadów opakowaniowych po napojach pozwoli wprowadzającym na maksymalizację selektywnej zbiórki i redukcję zaśmiecania w przestrzeni publicznej. Wzorem innych krajów europejskich, proponujemy zwolnienie z obowiązku naliczania opłat za opakowania po napojach z tworzyw sztucznych w przypadku uczestnictwa producentów i importerów w systemie zbiórki odpadów opartym na kaucji.

Źródło: Kampania społeczna Kaucja wraca