Jak ograniczyć marnowanie jedzenia w czasie wiosennych świąt i wrócić do idei odradzającego się życia

W Polsce przeciętne gospodarstwo domowe wyrzuca około 165 kg żywności rocznie, czyli około 67 kg na osobę. W skali kraju oznacza to ponad 2,5 mln ton zmarnowanej żywności, z czego aż 60% pochodzi z gospodarstw domowych (dane: Instytut Ochrony Środowiska – PIB, projekt SMART-FOOD: Systematic Monitoring and Action for Reduction and Training on Food Waste in Poland).

Okres wiosennych świąt wyraźnie nasila to zjawisko. W krótkim czasie rośnie liczba zakupów, ilość przygotowywanego jedzenia oraz różnorodność potraw – często przekraczająca realne potrzeby domowników. W praktyce oznacza to przygotowywanie ilości, których nie jesteśmy w stanie spożyć. Nadwyżki szybko tracą świeżość lub ulegają zepsuciu, szczególnie przy wyższych temperaturach i dłuższym przechowywaniu.

Jak podaje IOŚ-PIB, straty finansowe związane z marnowaniem żywności sięgają nawet 2–3 tysięcy złotych rocznie na gospodarstwo domowe. Ponad 80% tej żywności trafia bezpośrednio do kosza, a największą część stanowią gotowe potrawy oraz resztki po posiłkach.

Najczęstsze przyczyny marnowania żywności to (IOŚ-PIB): utrata świeżości (91%), przygotowanie zbyt dużej ilości jedzenia (86%), zepsucie produktów (84%). Nadmiar jedzenia prowadzi jednocześnie do przejadania się i marnowania. Pokazuje to wyraźnie brak dopasowania między ilością przygotowywanych potraw a rzeczywistymi potrzebami.

W stronę bardziej świadomego wyboru

Coraz więcej osób sięga po kuchnię roślinną, która:

  • jest lżejsza dla organizmu,
  • oferuje bogactwo smaków i form,
  • pozwala ograniczyć wpływ na środowisko,
  • zmniejsza udział produktów pochodzenia zwierzęcego w diecie.

Wegańskie potrawy mogą z powodzeniem zastąpić tradycyjne dania, bez utraty smaku czy jakości doświadczenia. W kontekście wiosennych świąt, które odwołują się do idei odradzającego się życia, wybory żywieniowe nabierają dodatkowego znaczenia. Sięganie po dania roślinne wpisuje się w tę symbolikę, ograniczając jednocześnie konieczność wykorzystywania zwierząt w produkcji żywności.

Znaczenie codziennych decyzji

Ograniczenie marnowania żywności nie wymaga rewolucji, lecz konsekwencji:

  • planowania zakupów,
  • przygotowywania mniejszych ilości jedzenia,
  • właściwego przechowywania,
  • wykorzystywania nadwyżek,
  • otwartości na roślinne alternatywy.

To właśnie decyzje podejmowane na poziomie gospodarstw domowych mają największy wpływ na skalę marnowania żywności (IOŚ-PIB, SMART-FOOD).

Jare Gody – powrót do idei życia, równowagi i uważności.

Zanim pojawiły się współczesne formy świętowania, w kulturze słowiańskiej funkcjonowały Jare Gody – święto związane z nadejściem wiosny, odradzaniem się przyrody i cyklem życia. Ich sens opierał się na harmonii z naturą, uważności i szacunku dla życia w każdej formie. W tym kontekście warto zadać pytanie: czy sposób, w jaki dziś obchodzimy wiosenne święta, rzeczywiście odzwierciedla ideę odnowy i życia?

Ograniczenie nadmiaru, lepsze planowanie i większy udział kuchni roślinnej to konkretne działania, które wpisują się w tę perspektywę. Bo ostatecznie chodzi o to, żeby nasze wybory były spójne z tym, co symbolizuje wiosna –  odradzającym się życiem.

Green REV Institute dostarczył do Prezesa Rady Ministrów Donalda Tuska ponad 350 pocztówek z apelem „Czas na bezpieczną żywność dla ludzi, planety i zwierząt”. Pocztówki zostały podpisane przez obywateli i obywatelki w ramach Dni Bezpiecznej Żywności organizowanych przez REV w całej Polsce. Inicjatywa powstała w odpowiedzi na alarmujące dane zdrowotne i środowiskowe.

Dni Bezpiecznej Żywności w całej Polsce

Pocztówki z apelem do Premiera zostały podpisane w ramach Dni Bezpiecznej Żywności, cyklu wydarzeń organizowanych przez Green REV Institute we współpracy z lokalnymi organizacjami Federacji Bezpieczna Żywność i koalicji Future Food 4 Climate. Wydarzenia odbyły się w 5 miastach: Mikołowie (21 marca), Katowicach (25 marca i 24 kwietnia), Lublinie (16 kwietnia), Wrocławiu (23 kwietnia) oraz Kłodzku (13 maja).

W wydarzeniach wzięła udział młodzież, eksperci i ekspertki oraz osoby aktywistyczne. Dni Bezpiecznej Żywności uwzględniały projekcje filmu dokumentalnego „Katastrofa na Talerzu”, debaty eksperckie oraz obywatelskie burze mózgów wokół systemu żywnościowego. Podczas spotkań uczestnicy i uczestniczki podpisywali pocztówki z apelem do Premiera o prawo do informacji i do zdrowej, bezpiecznej żywności. Patronat nad wydarzeniami objęli m.in. Burmistrz Miasta Kłodzka oraz przedstawiciele samorządów lokalnych.

Dlaczego teraz? Alarmujące dane o zdrowiu i środowisku

Obecny system żywnościowy ma dramatyczny wpływ zarówno na zdrowie Polek i Polaków, jak i stan środowiska. W Polsce co trzecie dziecko ma nadwagę lub otyłość, a co szóste jest niedożywione. Jednocześnie produkcja żywności zanieczyszcza wodę pitną i powietrze, którym oddychamy – Polska ma najgorszy stan powietrza w całej Europie. Według danych petycji, produkcja żywności odpowiada za 14,5% globalnych emisji gazów cieplarnianych.

Trzy kluczowe postulaty obywateli i obywatelek

Ponad 300 sygnatariuszy apelu przedstawiło Premierowi Tuskowi trzy konkretne żądania. Po pierwsze, domagają się dostępu do zdrowej żywności i jasnych informacji o jej pochodzeniu. Po drugie, chcą mieć prawo do informacji, jak produkcja żywności wpływa na ich życie i przyszłość. Po trzecie, wzywają do tego, by sieci handlowe były transparentne i brały odpowiedzialność za zdrowie ludzi, klimat, środowisko i prawa zwierząt.

System żywnościowy może wyglądać inaczej

Apel podkreśla, że obecny model produkcji żywności nie jest jedyną możliwością. System żywnościowy może być zorganizowany w sposób, który nie niszczy środowiska, nie pogarsza zdrowia publicznego i respektuje prawa zwierząt. W ostatnich dziesięcioleciach supermarkety zdominowały polski rynek sprzedaży żywności, nie dając konsumentom możliwości realnego wpływu na jego kształt. Według raportu Meat Us Half Way, największe sieci handlowe działające w Polsce posiadają strategie zrównoważonego rozwoju, ale w praktyce nie uwzględniają w nich ograniczenia sprzedaży i promocji mięsa oraz nabiału jako działań na rzecz klimatu.

Głos CEO Green REV Institute

Morgan Janowicz, Green REV Institute: „Słuchamy głosu obywateli i obywatelek, konsumentek, matek, babć, rodzin, osób uczniowskich – nas wszystkich, którzy codziennie dokonujemy wyborów w sklepach. Przeprojektowanie systemu żywności to zadanie na teraz. Setki pocztówek na stole Premiera to jasny sygnał. Obywatele i obywatelki chcą wiedzieć, co jedzą, skąd pochodzi ich żywność i jak jej produkcja wpływa na przyszłość. To nie są życzenia – to są konkretne postulaty dla bezpieczeństwa naszych talerzy.”

Green Rev Institute

zdjęcie: Green Rev Institute

O inicjatywie

Apel „Czas na bezpieczną żywność dla ludzi, planety i zwierząt” to inicjatywa Green REV Institute, organizacji działającej na rzecz transformacji systemu żywnościowego w Polsce. Ponad 300 pocztówek z apelem zostało oficjalnie doręczonych Premierowi Donaldowi Tuskowi 16 grudnia 2025 roku przez przedstawicielki Green REV Institute. Green REV Institute jest inicjatorem i koordynatorem Koalicji Future Food 4 Climate, największej w Polsce koalicję na rzecz transformacji systemu żywnościowego.

Ambasadorami kampanii na rzecz bezpiecznej żywności i sygnatariuszami apelu są Karolina Skiba – aktywistka społeczna oraz Krzysztof Skiba – muzyk, performer i publicysta.

Europejskie cele redukcji pestycydów – ambitne, ale niewystarczające

Europejskie cele redukcji zużycia pestycydów mogły wydawać się ambitne, ale ich realizacja stoi pod znakiem zapytania. Nawet gdyby udałoby się je osiągnąć, to i tak za mało, by zagwarantować w Europie żywność wolną od najgroźniejszych pestycydów, a także chronić różnorodność biologiczną i ekosystemy na świecie.

Strategia „Od pola do stołu” – gdzie jesteśmy?

Gdzie jesteśmy? Cel przedstawionej przez Komisję Unii Europejskiej w maju 2020 r. strategii „Od pola do stołu” jest jasny – to zmniejszenie wpływu stosowania pestycydów na środowisko i zdrowie ludzi do 2030 r. Cele dotyczą dwóch różnych aspektów: po pierwsze jest to zmniejszenie ryzyka związanego ze stosowaniem pestycydów o 50%, po drugie zmniejszenie o 50% ilości stosowanych środków, przy czym większy nacisk kładzie się na pierwszą z kwestii. Zmniejszenie ryzyka oznacza ograniczanie szkodliwego wpływu pestycydów na zdrowie i środowisko. Może być osiągnięte poprzez wprowadzanie bezpieczniejszych alternatyw dla najbardziej szkodliwych środków oraz lepszych metod aplikacji, a także tzw. zintegrowanego zarządzania szkodnikami. Polega ono na stosowaniu zestawu metod ograniczających populacje szkodników, a więc konieczność zwalczania ich przy pomocy stosowanych na dużą skalę środków ochrony roślin. W 2022 r. roku Komisja przedstawiała projekt rozporządzenia w sprawie zrównoważonego stosowania środków ochrony roślin (ang. Sustainable Use Regulation, SUR), które miało nadać kształt celom ze strategii „Od pola do stołu”. Podczas prac legislacyjnych ambicje projektu były stopniowo osłabiane, a Parlament Europejski i tak odrzucił go podczas głosowania w listopadzie 2023 r. Na początku 2024 r. roku Komisja pod wpływem silnego lobbingu ostatecznie wycofała się z prac nad rozporządzeniem.

Glifosat – kontrowersje wokół najpopularniejszego herbicydu

To nie jedyne niechlubne dokonanie Komisji. Tym razem sprawa dotyczyła najczęściej stosowanego na świecie herbicydu – glifosatu. To substancja aktywna m.in. środków o nazwie Roundup, który jest szeroko wykorzystywany np. przy produkcji genetycznie modyfikowanej soi, kukurydzy i bawełny – odmian Roundup Ready, które mają gen odporności na herbicyd, a zatem uprawy mogą być nim wielokrotnie opryskiwane. Szacuje się, że w skali świata tak uprawiane jest już 80-90% wymienionych roślin. Ale glifosat stosowany jest też w polskich miastach do „pielęgnacji” zieleni, „utrzymania” np. nasypów kolejowych, a także polach – do zwalczania uciążliwych chwastów, a do niedawna nawet do dosuszania plonów bezpośrednio przed zbiorem. Firma Bayer, farmaceutyczny i biotechnologiczny koncern będący właścicielem glifosatu, tylko do października 2023 r. wypłaciła ponad 16 miliardów dolarów odszkodowań za choroby nowotworowe spowodowane długotrwałym stosowaniem glifosatu. Władze UE wciąż nie rozwiązały dotyczącego prawdopodobnej rakotwórczości herbicydu sporu z będącą częścią WHO Międzynarodową Agencją Badań nad Rakiem (IARC). Jednak decyzja zapadła. 28 listopada 2023 r. mimo braku kwalifikowanej większości głosów państw członkowskich i przy proteście organizacji społecznych, Komisja dopuściła glifosat do stosowania na terenie UE na kolejne 10 lat.

Pułapki, w które wciąż wpadamy

Koncerny wydają dużo, żeby przekonać nas – konsumentów, organizacje społeczne, polityków – że pestycydy są całkiem niewinne. Dopiero parę lat temu zniknęła z opakowań Roundupu informacja, że jest on biodegradowalny, o czym latami zapewniano użytkowników. Nie jest. Gromadzi się w glebie, wodzie i ludzkich organizmach. W większości krajów na świecie istnieją normy regulujące najwyższe dopuszczalne poziomy pozostałości pestycydów (NDP) w żywności. Jednak znacznie różnią się one między sobą w zależności od kraju, a praktyka nazywana „tolerancją importową” sprawia, że na rynki europejskie trafiają produkty, które nie spełniają europejskich standardów. Na tym jednak nie koniec. NDP określone są dla pojedynczych substancji, nikt więc nie bada, jakie interakcje zachodzą w produktach, w których poszczególne substancje są w normie, jednak znajduje się ich tam pięć, siedem albo kilkanaście. Nikt też nie bada, jak działa to na glebę i wodę. Entuzjaści stosowania pestycydów zdają się ponadto nie pamiętać, że człowiek codziennie zjada kilkadziesiąt różnych produktów, a pestycydy czy ich pozostałości – a produkty rozpadu są czasem jeszcze bardziej toksyczne niż oryginalne substancje – kumulują się i mieszają w naszych tkankach. Hipokryzja europejskich decydentów ma też inne oblicze: regulacje w Europie dotyczące najbardziej toksycznych pestycydów są może bardziej restrykcyjne niż na innych kontynentach, ale to nie chroni nas przed importem produktów z krajów, gdzie regulacje są znacznie mniej restrykcyjne i słabiej egzekwowane. Dotyczy to np. egzotycznych owoców chętnie kupowanych w Polsce zimą, ale także pasz, szczególnie dla drobiu i trzody chlewnej opartych na poekstrakcyjnej (po wytłoczeniu oleju) śrucie sojowej czy kukurydzy z Ameryki Południowej. Pestycydy kumulują się w tkankach zwierząt karmionych paszą z pestycydami, a ich pozostałości są obecne w mleku, jajach czy mięsie, które produkowane są lokalnie.

Trupy w szafach – pestycydy w ekosystemie i zdrowiu publicznym

A jaki pestycyd jest najczęściej wykrywany w próbkach gleb z gospodarstw ekologicznych w Polsce? Tu uważny czytelnik Zielonych Wiadomości powinien obruszyć się słusznie. Tak, w produkcji ekologicznej nie mogą być wykorzystywane syntetyczne pestycydy. Natomiast zakazane w 1976 r. (sic!) ze względu na wysoką toksyczność DDT do dziś jest z nami. DDT, jak wiele innych wciąż i powszechnie stosowanych pestycydów, ma zdolność bioakumulacji – zamiast rozkładać się w ekosystemie, kumuluje się w tkankach roślin i zwierząt, krąży w obiegu materii i energii. W Unii Europejskiej ponad połowa warzyw, owoców i zbóż jest zanieczyszczona produktami rozkładu pestycydów. Jest jasne, że pestycydy są substancjami toksycznymi, niebezpiecznymi dla organizmów, które nie są celem ich działania. Czyli, między innymi, dla nas. Może zaskakiwać, że badania w tak istotnej sprawie nie są prowadzone na szerszą skalę i nie budzą powszechnego zainteresowania. Jednak danych jest dość, by nie mieć wątpliwości, że pestycydy są przyczyną nowotworów (mózgu, jajników, szyjki macicy, wątroby, płuc, prostaty, białaczki), chorób wynikających z nasilenia stresu oksydacyjnego (m.in. choroby neurodegeneracyjne, cukrzyca), zaburzeń hormonalnych czy problemów z płodnością, donoszeniem ciąży i urodzeniem zdrowych dzieci i ich prawidłowym rozwojem. Pestycydy przekazywane są już przez łożysko, z krwią pępowinową i mlekiem matki. Na naszych oczach koncepty są rozmywane, cele osłabiane, a ich realizacja – ofiara doraźnych interesów politycznych i ekonomicznych – odkładana w czasie. Ale badania są bezlitosne i mówią jednoznacznie: im mniejsze stężenia substancji pestycydów, tym większa ich toksyczność.

*Tekst powstał w oparciu o informacje zawarte w Atlasie Pestycydów wydanym w 2024 r. przez Fundację Heinricha Boella, Koalicję Żywa Ziemia i Polski Klub Ekologiczny Koło Miejskie w Gliwicach. www.pl.boell.org/pl/2024/01/08/ atlas-pestycydow

Juliusz Adel: Od ostatniej naszej rozmowy (12 listopada 2020 https://zielonewiadomosci.pl/tematy/zdrowie/dobry-gen/) minęło trochę czasu. W między czasie zaszły u ciebie duże zmiany, czy mógłbyś przedstawić je czytelnikom?

Andrzej W. Cwetsch: Rzeczywiście minęło sporo czasu. Pracę w Paryżu zakończyłem jakiś rok po naszej ostatniej rozmowie. W grudniu 2021 otrzymałem grant od regionalnego rządu Walencji na otwarcie swojej pierwszej małej grupy badawczej i rozpoczęcie prac w Instytucie Biologii i Biomedycyny, który działa przy Uniwersytecie Walenckim.

J. A.: Czym zajmuje się ten instytut?

A. W. C.: Instytut działa na wielu płaszczyznach i próbuje połączyć różne dyscypliny, które ostatecznie mają się przenikać i wzajemnie uzupełniać. Mamy naukowców pracujących w dyscyplinach takich jak botanika, mykologia, mikrobiologia, genetyka, fizjologia i medycyna. Wspólne seminaria pomagają nam uczyć się do siebie na wzajem metod badawczych jak i również śledzić najnowsze osiągnięcia odmiennych, choć w brew pozorom nie tak dalekich od siebie dziedzinach. Niektóre, mechanizmy czy ścieżki sygnalizacyjne są bardzo podobne, a zdarza się że identyczne we wszystkich organizmach. Stąd, ciągłą potrzeba współpracy, a nie zamykania się jedynie w swojej dziedzinie. Czego nienawidzę.

J. A.: Czym ty zajmujesz się w ramach swojej pracy?

A. W. C.: Moje projekty mają na celu identyfikację roli białek adhezyjnych w schorzeniach takich jak epilepsja i autyzm u dzieci we wczesnym rozwoju. Pacjenci cierpiący na wcześniej wymienione choroby bardzo często posiadają mutacje w genach odpowiedzialnych za produkcję takich białek. Białka adhezyjne działają troszkę jak odcisk palca komórki. Są na jej powierzchni i pozwalają komórkom się na wzajem identyfikować i komunikować, a w czasie formowania się mózgu „wędrować” w miejsce, do którego dana komórka jest przypisana. Gdy mamy mutacje w genie odpowiedzialnym za produkcję jednego z takich białek, mózg rozwija się w sposób nieprawidłowy co powoduje dezorganizację połączeń nerwowych i w konsekwencji epilepsję, autyzm lub/i niedorozwój intelektualny.

J. A.: Jaka jest różnica między twoimi badaniami w Paryskim instytucie a tym w Walencji?

A. W. C.: Pogoda… Postanowiłem raz na zawsze pożegnać się z deszczem i zimnem. Od jakiegoś czasu to ja decyduje kiedy chcę marznąć, a nie pogoda. A tak na poważnie, to wróciłem troszkę do tego co robiłem w czasie doktoratu i w czym czuję się najlepiej. Praca, w której można bezpośrednio przejść od identyfikacji mutacji u pacjenta, testami in vitro-na komórkach, później praca ze zwierzętami i identyfikacja potencjalnej terapii dla małych dzieciaków.

J. A.: Co daje tobie „paliwo” do wytężonej pracy, badań?

A. W. C.: Wyniki. Nie ma dla naukowca lepszego paliwa niż wyniki, które uchylają wrąbka tajemnicy i pozwalają iść dalej z badaniem.

J. A.: Kiedy wspominasz o procesie od pacjenta do terapii to jak to wygląda?

A. W. C.: Zazwyczaj literatura naukową dostarcza nam wiedzy o identyfikacji mutacji u pacjentów cierpiących z powodu autyzmu lub/i epilepsji. Niestety, wielokrotnie te dwa schorzenia idą w parze. Głόwnym zadaniem jest sprawdzić czy dana mutacja może mieć wpływ na komórkę i w jakim stopniu upośledza jej funkcję. W dużym uproszczeniu, generujemy sekwencję DNA z tą właśnie mutacją, wprowadzamy do neuronów i obserwujemy jaki jest efekt. Kiedy widzimy, że mutacja upośledza jej funkcję możemy przejść do badań na zwierzętach, gdzie jesteśmy w stanie przeprowadzić testy na zachowania autystyczne, epilepsję czy pamięć.

J. A.: Jak długo to trwa?

A. W. C.: Nie ma opcji, że naukowiec wstaje sobie rano i myśli sobie: a dziś to wezmę sobie mysz i nastrzyknę ją jakimś środkiem i zobaczymy co się stanie. Sama faza testów in vitro, niezbędna do przejścia do fazy in vivo to dobry rok -jak ma się szczęście, a wierz mi, że rzadko się je ma w nauce… Potem trzeba uzyskać zgodę na przeprowadzenie badań na zwierzętach. Zdobyć licencję komisji bioetycznej co trwa czasem pół roku. Projekt musi być zatwierdzony przez weterynarza, komisję złożona z naukowców, wysłanników ministerstwa nauki i skonsultowany z obrońcami praw zwierząt. Trzeba również przygotować krótki opis badania dla osób z poza środowiska naukowego, tak by mogły zrozumieć istotę i potrzebę użycia zwierząt w konkretnym badaniu. Jest to dość uciążliwe szczerze mówiąc, ale doskonale rozumiem czemu to służy.

J. A.: Czy przedstawiciele komisji bioetycznej, lekarze weterynarii, czy też obrońcy praw zwierząt mają możliwość skontrolować wasze działanie na dowolnym etapie badań?

A. W. C.: Tak, są również niezapowiedziane kontrole. Co więcej szefowie zwierzętarni podlegają odpowiedzialności karnej. Dlatego tez mocno kontrolują to co się dzieje.

J. A.: Jaki jest Twój stosunek do badań na zwierzętach?

A. W. C.: Powiem wprost, że stały się częścią mojej pracy zawodowej. Co nie oznacza, że nie mam szacunku do zwierząt, czy co gorsza uważam, że należy poluzować zasady. Niemniej, warto przypomnieć, że nikt kto nie przejdzie wielotygodniowych treningów obchodzenia się ze zwierzętami, nie może nawet dotknąć myszy laboratoryjnej. Później, co roku każdy kto pracuje ze zwierzętami musi się doszkalać. W moim przypadku to dwadzieścia godzin rocznie. Ktoś powie, no dobrze, to jest na papierze, a rzeczywistość rzeczywistością. I tu muszę powiedzieć, że dużo w tej materii zawdzięczamy akcjom obrońców praw zwierząt, którzy niejednokrotnie złapali nieuczciwych naukowców działających wbrew tym zasadom. To dzięki nim, my, badacze pilnujemy się nawzajem, a za przekroczenie uprawnień zawieszane są pozwolenia na funkcjonowanie laboratoriów.

J. A.: Genetycznie człowiekowi najbliżej jest do goryla, ale badań na nich z reguły się nie prowadzi. Prowadzi się badania na myszach, szczurach, królikach, psach. itd. Czy w związku z tak różną budową DNA, badanie wykonane na tych zwierzętach laboratoryjnych jest wiarygodne?

A. W. C.: Bardzo dobre pytanie. Zacznę od tego, że „modele zwierzęce” do pracy nad rozwojem lub chorobami np. układu nerwowego przeprowadza się również na organizmach niższych od myszy. Setki laboratoriów pracuję na nicieniu C. Elegans, który zawiera odpowiedniki około dwóch trzecich wszystkich ludzkich genów chorobowych. Po drodze mamy też kolejnego ważnego gracza (choć malutkiego), czyli muszki owocowe u których znajdziemy prawie 75 procent genów wywołujących choroby u ludzi. Potem wskakuje rybka Danio pręgowany u którego 84 procent genów jest powiązanych z chorobami człowieka ma swój odpowiednik. Jeżeli problem nie może być rozwiązany na tym poziomie, wtedy przenosimy się na np. mysz. Czemu mysz, a nie goryl? Wiadomo, że chodzi o aspekt etyczny, bliskość gatunkową i poziom zaawansowania emocjonalnego tych zwierząt. Czy goryl i inne naczelne są nam bliższe pod względem genetycznym niż myszy? Tu Cię zaskoczę, myszy i ludzie mają wspólne około 97,5 procent swojego roboczego DNA, tylko o jeden procent mniej niż szympansy i ludzie. Prawie wszystkie geny u myszy mają takie same funkcję jak geny u ludzi. Oznacza to, że rozwijamy się w ten sam sposób z komórki jajowej i nasienia, mamy te same narządy (serce, mózg, płuca, nerki itp.), a także podobny układ krążeniowy, rozrodczy, trawienny, hormonalny i nerwowy. Stąd badania nad mutacjami w genach u ludzi przeprowadzone na myszy są bardzo miarodajne. Kiedy spojrzymy na statystyki (poza nicieniami i muszkami owocowymi które że względów obliczeniowych nie są ujęte w prezentowanej statystyce) to np. w 2020 roku w Hiszpanii myszy, ptaki i ryby stanowiły ogółem 88% zwierząt użytych w badaniach, a psy, koty i małpy stanowiły jedynie 0,13% całości.

J. A.: Jakie testy na zwierzętach najczęściej wykonujesz?

A. W. C.: W zależności od pytania na które chcę odpowiedzieć. By zbadać czy daną mutacja ma wpływ na pamięć (związek z niedorozwojem umysłowym) przeprowadza się prosty test. Mysz wprowadzana jest do pudełka z trzema obiektami. Każdy ma inny kształt. Mogą to być na przykład trzy różne klocki. Myszy są niesamowicie ciekawskie, więc od razu podchodzą, wąchają i wspinają się na te trzy elementy. Po paru minutach eksploracji mysz wraca na noc do swojego miejsca. Następnego dnia wraca do tego samego pudełka, gdzie obiekty są w tych samych pozycjach, ale jeden zostaje zastąpiony nowym. Mysz, która ma pamięć działająca w sposób poprawny pójdzie zbadać nowy obiekt w pudełku, bo jest ciekawska i pamięta pozostałe z dnia poprzedniego. My mierzymy czas spędzony na eksploracji każdego z klocków. Myszy z zaburzeniami pamięci będą badać od nową wszystkie trzy obiekty jakby nic się nie zmieniło.

J. A.: Jak można sprawdzić czy mysz ma autyzm… czy to w ogóle możliwe do zbadania?

A. W. C.: Jedyne co możemy stwierdzić to to czy mysz prezentuje zachowanie podobne do autyzmu. Takie jak izolacja czy niechęć do poznawania innych, nowych osobników. Dla przykładu, małe myszy cały czas nawołują swoją mamę. Robią to używając niesłyszalnego dla naszego ucha tonu. Niemniej jest aparatura by to zmierzyć (częstotliwość nawoływań czy ich długość). Kiedy oddalimy taką małą mysz od gniazda z mama ta powinna zacząć nawoływać mamę. Myszy, które preferują izolację niż integrację nie będą nawoływać mamy lub będą to robic rzadziej i mniej intensywnie. Inny test to poznawanie nowych osobników. Mysz z natury chcę się integrować z nowymi osobnikami. Dlatego by zmierzyć czy mysz jest ‘towarzyska’ wkłada się ja do klatki, gdzie ma w jednej komorze znana współtowarzyszkę z klatki, a w drugiej nową mysz z nieznanej jej grupy. Zdrowa mysz powinna spędzić więcej czasu na integracji z nowym osobnikiem.

J. A.: Pewne składniki mogą być dobrze przyswajane przez jedną osobę i powodować alergię u drugiej. Rozwój, umiejętność uczenia się, zachowania w grupie też są różne. Jeżeli u tego samego gatunku występują takie różnice to jak uzasadnić wykonywanie badań na tak odmiennych od ludzkich organizmach?

Uniwersytet w Walencji.

A. W. C.: Kiedy wytwarza się żywność, fabrykuje się ją dla ogółu populacji. Dopiero później, dobieramy osobne produkty dla wąskiej grupy uczulonej na gluten, laktozę czy orzeszki. Kiedy projektuje się ubrania, projektuje się je w standardowych rozmiarach, które można znaleźć w danym kraju. Później jak coś nie gra, idziemy do krawcowej przerobić spodnie. W szkołach zajęcia odbywają się w ramach podstawy programowej. Uczeń potrzebujący dodatkowej pomocy wskoczy na korepetycje lub nauczanie indywidualne. Myślę, że trzeba przecierać szlaki, dla zrozumienia istoty funkcjonowania naszego organizmu na ogólnym wzorcu. Niemniej, chciałbym nieco odwrócić to pytanie. Nauka, niejednokrotnie, dzięki modelom zwierzęcym zajmuje się właśnie tymi którzy odstają od ogółu. Bardzo często mamy do czynienia z pacjentami, którzy posiadają mutacje w genie i są jedynym znanym przypadkiem w kraju. Poszukiwania w światowej bazie danych wskazują na jeszcze dziesięciu lub piętnastu chorych np. w Azji czy Ameryce. Czy warto wygenerować mysz z mutacja takiego genu, by pomoc zrozumieć genezę choroby, którą wykryliśmy u tak malej ilości pacjentów na świecie ? Tak, a mysz laboratoryjna użyta na potrzeby tych kilku wyjątkowych osób jest przykładem badań, które odstają od bardziej „standardowych” schorzeń.

J. A.: Słuchając ciebie odnoszę wrażenie, że swoje zwierzęta laboratoryjne traktujesz jak domowe. Nie jest to dobre określenie, ale nie wiem jak nazwać twój stosunek do tych myszy, … przyjaźnie(?), w sensie, że traktujesz je przyjaźnie? Na pewno można określić godnie. Bo chyba tak można nazwać twój stosunek do nich?

A. W. C.: Oczywiście. Zdaje sobie sprawę z tego jak bardzo przysługują się nauce. Staramy się zapewniać im jak najlepsze warunki bo od dobrostanu zwierząt zależą również dobre powtarzalne wyniki. Myślę, że łatwo zrozumieć że zwierzęta żyjące w stresie, niedożywione, czy w złych warunkach sanitarnych nie są w stanie dać nam miarodajnych wyników. Dlatego też staramy się jak możemy. Kupujemy tunele, klocki i inne obiekty do klatek by zapewnić im rozrywkę i stymulację. Myszy mają też swoje ulubione przegryzki poza standardowym jedzeniem. Są to najczęściej ziarna słonecznika, czy nawet czekolada.

J. A.: Czy mając takie podejście do zwierząt nie miewasz czasami ochoty oszczędzić im kolejnych badań?

A. W. C.: Gdyby szefowa zwierzętarni zobaczyła że wynoszę mysz w kieszeni to pożegnałbym się z praca (śmiech). A na poważnie to oczywiście, że tak. Bardzo lubię szczury. Uważam, że są bardzo inteligentne, przyjazne i bardzo szybko przywiązują się do ludzi. Może kiedyś, na zakończenie kariery ukradnę jednego.

J. A.: Ten wywiad w pewien sposób mnie uspokoił. Czekam jednak na całkowite wyeliminowanie zwierząt z laboratoriów. Dziękuję za rozmowę.

A. W. C.: Ja również czekam na ten dzień. Dziękuję.

Lutowa okładka amerykańskiego Cosmopolitan przedstawia roześmianą kobietę o dużym rozmiarze ciała w sportowym stroju, ćwiczącą jogę. Napis na zdjęciu brzmi „This is healthy” czyli „To jest zdrowe”. Internet zawrzał. Pojawiły się głosy zaniepokojonych o zdrowie publiczne, że to bardzo szkodliwe społecznie prezentować słowo „zdrowe” obok otyłego ciała i że całość działa jak tzw. promocja otyłości.

Chciałam zatem uprzejmie poinformować wszystkich rycerzy i obrończynie zdrowia publicznego (a nie rzeczywistych specjalistów i ekspertki w tej dziedzinie), że na okładce Cosmopolitan nie jest napisane, że otyłość jest zdrowa. Tam jest napisane, że THIS, czyli TO jest zdrowe. A „TO” z pewnością nie jest kobietą na okładce ani nie musi być otyłością. To może być aktywność fizyczna, to może być uśmiech i energia kobiety na zdjęciu. Tak samo jak tzw. modelki plus size (swoją drogą podział przedstawicieli jednego zawodu na grubych i chudych jest okropny), które reklamują odzież sportową, nie promują otyłości i nie mówią, że to jest bardzo zdrowe mieć otyłość lub nadwagę, ale że osoby o dużym rozmiarze ciała mogą być aktywne i nosić wygodną odzież sportową, a nie stare t-shirty i maksymalnie rozciągnięte legginsy. Ponad rok temu firma Nike została oskarżona przez internautów za promowanie otyłości, gdy wprowadziła do swoich sklepów manekiny w rozmiarach plus (a raczej “normal”, ponieważ ogromna liczba kobiet ma właśnie takie ciała i są one normalne).

Reakcje na tę okładkę pokazują, że osoby grube w całej swojej złożonej tożsamości dla społeczeństwa mają jedną etykietkę – otyłość.

Gdyby na okładce była osoba z wirusowym zapaleniem wątroby, schizofrenią, cukrzycą, ale kształtem ciała w kanonie, napis by nie raził, nie wypadałoby oburzyć się napisem „This is healthy”. Jednak w przypadku osoby z otyłością czujemy się w obowiązku przypomnieć jej, że otyłość to choroba. Mimo że nie wiemy czy ta osoba właśnie leczy zaburzenia odżywiania, bierze leki powodujące tycie czy np. jest w trakcie odchudzania i już dużo schudła. Nie wiemy, czy ta osoba akurat wychodzi z dołka i uczy się akceptacji siebie.

Chudnięcie to trudny i wymagający proces. Żeby w ogóle się go podjąć, paradoksalnie niezbędna jest samoakceptacja, miłość własna i przekonanie, że jest się ważnym i wartym poświęceń. Jeśli nienawidzi się i nie akceptuje siebie, to zmiana nawyków, podejmowanie wyzwań i przezwyciężanie trudności jest niemożliwe. Niestety, akceptacja siebie, radość z własnego ciała, wiara, że jest ono ważne i piękne to uczucia, które bywają obce osobom grubym. Nic dziwnego – od dzieciństwa są przezywane, etykietowane, zawstydzane. Słyszą „schudnij”, ale jedzenie jest potężnym narzędziem regulacji emocji i sprawowania władzy w rodzinach, a w szkole nie ma przedmiotu „zdrowie” i jeśli nie ma się wzorców zdrowego stylu życia w domu, to problemem jest samodzielne zdobycie rzetelnych informacji i przebicie się przez diety cud, płatne programy odchudzające, głodówki i debilne porady ciotek i wujów.

Silna wola działa i rozwija się jak mięsień – można ją wzmacniać pomału, drobnymi sukcesami, osłabić brakiem jakichkolwiek wyzwań lub przeciążyć i nadwerężyć tak, że będzie do niczego. Więc kolejne nieudane (supermodne, ale nierealistyczne i nierozsądne) diety powodują, że „mięsień silnej woli” (czyli obszar płata czołowego) się nadweręży i wysiądzie dosłownie w kilka dni. A to z kolei prowadzi do poczucia porażki i daje osobie próbującej schudnąć kolejne argumenty, że nic jej nigdy nie wyjdzie, nic nie potrafi, nie ma nad sobą kontroli. To obniża poczucie sprawczości i kontroli nad własnym życiem.

Zdrowy styl życia to przywilej osób, które mają:

  • dostęp do wiedzy (o żywieniu, o składnikach odżywczych, o psychologii, a również o tym, że w reklamach nie mówią prawdy, trzeba czytać etykietki, bo jogurt owocowy dla dzieci i keczup mają cukier, że mleczna kanapka Kinder to nie jest naprawdę kanapka, a słodycz),
  • dostęp do bezpiecznej infrastruktury do aktywności fizycznej,
  • czas i/lub pieniądze na zdrową żywność, strój i buty sportowe
  • wsparcie bliskich, doświadczenia sukcesów w życiu, życzliwość od świata (mówię tu np. o różnicy w postrzeganiu – szczupła objadająca się fastfoodami dziewczyna wygląda pociesznie i słodko, natomiast otyła dziewczyna jedząca normalny posiłek wzbudza śmiech, pogardę, żarty).

Tania, dostępna żywność to zazwyczaj wysokokaloryczne, wysokoprzetworzone węglowodanowo-tłuszczowe produkty bez witamin i błonnika, które uzależniają. W Polsce to jeszcze nie jest tak widoczne, ale spróbujcie w Wielkiej Brytanii i Irlandii zrobić „zdrowe” zakupy w supermarkecie wydając mało pieniędzy. Za tę samą kwotę można kupić symbolicznie kilka świeżych owoców i warzyw lub wielką paczkę mrożonych frytek/gotowej pizzy w takiej ilości, żeby się najeść do syta.

Żeby cokolwiek zmienić w życiu, musi pojawić się motywacja, a o nią ciężko, gdy nienawidzi się i nie wierzy się w siebie. Gdy się wstydzi swojego ciała i gdy zawsze czuje się na nim nieprzyjazne spojrzenia.

Nasze społeczeństwo, niestety, stygmatyzuje mnóstwo cech i chorób. Jednak wiele z nich da się ukryć – choroby zakaźne, łuszczycę, choroby psychiczne, orientację, leworęczność, nawet płeć. Osoby otyłe nie mogą schować swojego „problemu” nigdy. Nie bywają w sytuacjach, w których nie są oceniane przez pryzmat kształtu ich ciała. Nie dostrzega się ich różnych ról życiowych w oderwaniu od ich wyglądu. Z pewnością zdarzało wam się słyszeć lub powiedzieć:

„Nie zatrudnimy grubej baby jako recepcjonistki, chociaż ma najlepsze kwalifikacje.”
„Ale te dzieci mają grubą matkę, biedne, pewnie się jej wstydzą.”
„Szok, że taki gruby, a tak świetnie tańczy.”
„Widziałeś, jaką grubą laskę ma ten koleś? Jak oni uprawiają seks?”
„Ten grubas zaraz złamie ten rower.”
„Taka tłusta psycholożka to chyba sama sobie nie radzi z własnym życiem.”

A lekarze często na każdy problem osoby o dużej masie ciała mają jedno remedium: „proszę schudnąć”, bez skierowania do dietetyka, psychologa, endokrynologa, udzielenia wsparcia czy zapewnienia ważnych informacji.

Rozwijamy się, poszerzamy horyzonty. Mówimy osobom z nowotworem „rak to nie wyrok”, osobom z HIV, że mogą normalnie żyć. Zachęcamy osoby z niepełnosprawnościami do pokonywania ograniczeń ciała. Ale totalnie nie radzimy sobie, gdy osoba gruba chce być aktywna, szczęśliwa, sławna, bogata, mieć udane życie seksualne, uprawiać sport. I pilnie przypominamy, jej i reszcie świata, że:

  1. otyłość jest chorobą
  2. pokazywanie osób otyłych jest promocją otyłości.

Często przy punkcie b) pojawia się fatalnie błędny argument, że „otyli są sobie sami winni”, że to co innego niż inne choroby czy niepełnosprawność. Jest jednak mnóstwo innych chorób nabytych, w których tak gwałtownie nie reagujemy, a wręcz mamy inne zdanie. Nie uważamy przecież, że nałogowy palacz z rakiem powinien umierać w zamknięciu, bo promuje raka. Nie sądzimy, że paraolimpijczyk, który stał się niepełnosprawny z własnej nieodpowiedzialności, promuje niepełnosprawność pokazując się publicznie. A internauci nie bulwersują się, gdy uzależniona od alkoholu lub narkotyków modelka jest na okładce gazety, bo to promuje alkoholizm.

Zastanówmy się, czy naprawdę „sama jest sobie winna” młoda dorosła osoba, która np. w domu zamiast zdrowego stylu życia nauczyła się objadać w stresie lub była ofiarą dorosłej osoby, która zmuszała ją do jedzenia do końca, “bo nie wstanie od stołu”, “bo babci będzie przykro, jak wnusia nie zje” (to dość powszechny rodzaj przemocy). Miała beznadziejnych wuefistów, którzy zamiast zachęcać do aktywności, zawstydzali ją przed całą klasą. Próbowała się odchudzać, ale zaliczała porażki (bo nikt jej nie powiedział, że nie musi być na diecie cud lub głodówce), aż jej samoocena i przekonanie o własnej skuteczności spadło do zera. Tak wstydzi się swojego ciała, że z trudem wychodzi z domu, a co dopiero miałaby odważyć się uprawiać sport.

Jeśli wciąż uważacie, że taka osoba jest sama sobie winna, to spróbujcie przez zaledwie 30 dni codziennie robić kilka nowych dla was rzeczy. Na przykład nie zaglądać na social media, nie jeść nic słodkiego ani nic z tłuszczami nasyconymi, nie pić alkoholu, codziennie robić trening, uczyć się języka obcego przez 15 minut, robić wszystko ręką niedominującą. Wprowadzenie choćby jednego nowego restrykcyjnego nawyku w życie jest niebywale trudne. Dlatego zaakceptujcie fakt, że otyłość nie jest czyjąś winą, ale raczej wynikiem genetyczno-społeczno-rodzinnej loterii.

Chcąc pokonać nadwagę lub otyłość, trzeba zgodzić się na życiową rewolucję składającą się z dziesiątek małych rzeczy. Osoba, która zmienia swoje życie, zazwyczaj musi:

  • zdobyć motywację, wiarę w siebie, polubić siebie na tyle, żeby zacząć
  • zdobyć gigantyczną wiedzę dotyczącą np. aktywności fizycznej i żywienia
  • zmienić formę spędzania wolnego czasu
  • zwalczyć przywiązanie do cukru lub innych ulubionych potraw (a to bywa bardzo nieprzyjemne na początku, powoduje senność, zmęczenie, ból głowy, rozdrażnienie)
  • zwalczyć przywiązanie do soli (odstawienie soli powoduje, że na początku nic nie smakuje dobrze)
  • próbować wciąż nowych potraw i smaków, do których nie jest przyzwyczajona (a nie każdy lubi nowości)
  • zastanowić się, jak spiąć wydatki na nowy rodzaj żywności, aktywność fizyczną, dietetykę, fizjoterapię w budżecie miesięcznym
  • nauczyć się gotować w nowy sposób oraz nabyć nowe nawyki w kuchni i przy stole
  • zwalczyć uzależnienie behawioralne od np. podjadania w konkretnych sytuacjach
  • znaleźć nową, inną niż jedzenie formę radzenia sobie z emocjami, stresem i trudnościami
  • znaleźć nowe, inne niż jedzenie przyjemności w życiu
  • pokonać wstyd i zmusić się do pierwszego marszu czy pierwszej gimnastyki
  • pokonać trudności rodzinne, np. złośliwość, przemoc, kuszenie (są rodzice i partnerzy, którzy naśmiewają się z grubości i słabej woli, a jednocześnie podsuwają niezdrowe jedzenie albo np. zabraniają korzystać dzieciom z kuchni).

To jest tak trudny projekt, że zazwyczaj podchodzi się do niego wiele razy i jeśli nie ma się naprawdę wspaniałego wsparcia albo pewnych cech osobowości (znów wygranych na genetyczno-wychowawczej loterii), to być może się nigdy nie uda.

Zdrowie to pewne kontinuum, jego definicja jest płynna, zmienia się w czasie i różni się w różnych kulturach. Ale jeśli osoba na okładce Cosmo pokonała traumę, fobię społeczną lub wstyd, to dla mnie THIS IS HEALTHY. Jeśli kocha i akceptuje swoje ciało, bo wie, że dzięki niemu może sobie chodzić, śmiać się, słuchać, pisać, to dla mnie THIS IS HEALTHY.

Nie ma mojej zgody na komentarze osób, które nie mają wiedzy o kampaniach społecznych, promocji zdrowia ani nie śledzą dyskursu na temat definicji zdrowia, że otyłość nie powinna być kojarzona ze słowem „zdrowie”, że „wyszło niefortunnie” i „nieodpowiedzialnie użyto słowa “zdrowie” przy osobie otyłej i to może być fatalne w skutkach, rodzić złe skojarzenia, promować otyłość”.

Wyszło dokładnie tak, jak miało wyjść – osoby o dużym rozmiarze ciała mogły zobaczyć, że mogą mieć zdrowe nawyki, że ich aktywność, ich uśmiech są zdrowe, że nie muszą się wstydzić.

Związek między kryzysem klimatycznym, trwającą pandemią a naszymi systemami żywnościowymi jest coraz bardziej widoczny. To nie tylko argument ekologów, to rzeczywistość, z którą borykają się rolnicy, udowodniona przez świat nauki, którą  uznają sami konsumenci. Xavier Poux z AScA i IDDRI postrzega agroekologiczną Europę jako alternatywę dla systemu żywnościowego, który szkodzi i naszemu zdrowiu, i środowisku. Trudności w zdobyciu poparcia rolników i przezwyciężeniu wad Wspólnej Polityki Rolnej UE wciąż pozostają ogromną przeszkodą w realizacji takiej przyszłości.
Clara Dassonville: W czasie lockdownu po wybuchu pandemii covid-19 Europejczycy rzucili się w panice do sklepów spożywczych. Co to mówi, pana zdaniem, o europejskich systemach żywnościowych?

Xavier Poux: To, co uderzyło mnie w tym kryzysie, to równoczesne wzmocnienie dwóch sprzecznych modeli: systemu produktywistycznego i systemu zrównoważonego. Podpisuję się bez problemu pod krytykami ekologów wobec produktywistycznego i intensywnego rolnictwa, ale musimy przyznać, że przemysł rolny we Francji i Europie dobrze przetrwał ten kryzys. Supermarkety są dobrze zaopatrzone, nawet jeśli w niektórych miejscach pojawiały się drobne obawy co do niektórych produktów. Jeśli chodzi o zaopatrzenie w żywność, system nie wykazał słabości, choć może życzyliby sobie tego niektórzy ekolodzy.

Równie uderzająca okazała się  odporność systemów lokalnych, krótkich łańcuchów dostaw i produkcji żywności ekologicznej. Na przykład we Francji minister rolnictwa wezwał do pomocy rolnikom w zbieraniu plonów. Rolnicy ekologiczni powiedzieli jednak, że nie potrzebują pomocy, bo już poczynili odpowiednie przygotowania. To dowód na silną odporność organizacyjną, przynajmniej we Francji. Krótko mówiąc, Covid-19 udowodnił zarówno odporność organizacyjną obu systemów, jak i związek między sposobami produkcji, systemami organizacyjnymi oraz długoterminowym ryzykiem zdrowotnym.

Jak można powiązać kryzys zdrowotny z systemami żywnościowymi?

Xavier Poux:  Pandemia ujawniła wzajemne powiązania między naszymi modelami produkcji a problemami zdrowotnymi w skali globalnej i lokalnej. Covid-19 pokazał, jak wielkie są wyzwania związane ze zdrowiem, które można powiązać ogólnie rzecz biorąc z naszym środowiskiem. Na przykład nawożenie i rozpryskiwanie pestycydów generuje drobne cząstki, które mają wpływ na nasze układy oddechowe, co z kolei zwiększa ryzyko zarażenia wirusem.

Główne zmiany na świecie są związane z wylesianiem i globalnym niewłaściwym zarządzaniem różnorodnością biologiczną. Wylesianie naraża nas na działanie rezerwuarów wirusów w określonych ekosystemach. Oczywiście te czynniki są nieuchwytne i złożone: nie sposób udowodnić, że pandemia zaczęła się, ponieważ produkujemy mleko sojowe. Nie ma więc rozstrzygającego argumentu łączącego wylesianie, modele produkcyjne i systemowe ryzyko dla zdrowia. Ale systemowe związki przyczynowe są teraz bardziej widoczne.

Komisja Europejska niedawno opublikowała swoją strategię „Od pola do stołu”, która stara się odpowiedzieć na wyzwania wynikające z powiązań między żywnością, środowiskiem i zdrowiem. Czy ta strategia to krok naprzód, czy też ma pan wątpliwości co do jej skuteczności?

Xavier Poux:  Strategia „Od pola do stołu” to dokument ramowy opracowany przez Komisję Europejską pod przewodnictwem jej nowej przewodniczącej Ursuli von der Leyen. Mocne strony tej strategii leżą w jej holistycznym podejściu do środowiska i powiązaniu go z systemem żywienia. Pozostawiono jednak podejście do ochrony środowiska oparte na zasadniczej logice ekonomicznej Wspólnej Polityki Rolnej, a nie na czymś o bardziej  obligującym i wiążącym charakterze.)?

Musimy pamiętać, że istniejące historyczne ramy myślenia o rolnictwie są w dużej mierze oparte na Wspólnej Polityce Rolnej (WPR). Zagadnienia związane z rozwojem rolnictwa zawsze były rozpatrywane przez pryzmat dochodów gospodarstw rolnych, a więc czysto ekonomicznie. Od czasu reform z 1992 r. dodano aspekty środowiskowe, zasady typu ekowarunkowości dotyczące płatności, rozwiązania agrośrodowiskowe i tak dalej. Jednak dominującym podejściem było nakładanie rozwiązań prośrodowiskowych na podstawowe uzasadnienie ekonomiczne WPR, ograniczając w ten sposób ich skuteczność.

Innym potencjalnie ważnym aspektem jest to, że strategia ta działa równolegle ze strategią UE na rzecz bioróżnorodności. Zajmuję się kwestiami rolnośrodowiskowymi od prawie 30 lat, koncentrując się w szczególności na różnorodności biologicznej. Przez wiele lat mówiono mi, żebym wracał do moich „żabek i ślimaczków”, że bioróżnorodność może i jestciekawa, ale tak naprawdę mało ważna. A potem pojawiła się kwestia klimatu i wszystko zmieniła. Różnorodność biologiczna, która była przez długi czas martwym punktem w polityce europejskiej, stała się nagle kwestią  fundamentalną.

Jakie są ograniczenia unijnej strategii „od pola do stołu”?

Xavier Poux: Jest obiecująca, ma jednak ograniczenia, no i są to tylko ogólne wytyczne. Główna debata nadal koncentruje się na rolnictwie przemysłowym, które w przeszłości było silnie ukierunkowane na eksport. Warto zauważyć, że komisarzem ds. handlu został Phil Hogan, były komisarz UE ds. rolnictwa, który oświadczył, że nie widzi, co pandemia Covid-19 miałaby zmieniać w celach eksportowych. [Komisarz zrezygnował w sierpniu 2020 r. po złamaniu zasad kwarantanny Covid-19.]

Gdybyśmy rzeczywiście podążali za logiką „od pola do stołu”, mielibyśmy całkiem inną WPR. To jest kwestia polityczna wewnątrz samej Komisji. Przewodnicząca Komisji chciałaby, aby Dyrekcja Generalna ds. Rolnictwa i Rozwoju Obszarów Wiejskich zmieniła swoją linię, ale nie dysponuje politycznymi środkami, aby to wymusić. Podobne ograniczenia polityczne istnieją we Francji i innych krajach: trudno jest walczyć z niezwykle potężnym lobby konserwatywnego rolnictwa, aby zainicjować zmianę kursu.

Dopóki istnieje brak spójności między strategią przewodnią z jednej strony a Wspólną Polityką Rolną, niezależną decyzyjnie, w ramach której wydaje się miliardy euro – z drugiej, faktyczny efekt strategii „Od pola do stołu” pozostaje wątpliwy, tym bardziej, że WPR nie jest jednoznaczna odnośnie jej  strategicznych wyborów.

Wasze badanie „Dziesięć lat dla agroekologii w Europie” dowodzi, że w ciągu 10 lat  Europa może dokonać przejścia w kierunku agroekologii. Jakie narzędzia polityczne służą do osiągnięcia tego celu?

Xavier Poux:  Nasze badanie ma na celu wyjaśnienie, jak jest możliwe przejście na agroekologię w Europie, jednocześnie wskazując na rozwiązania  fałszywe. Wyjaśnia, o co musimy walczyć, czego powinniśmy się trzymać.

Obecnie polityka UE wywodząca się z WPR jest polityką wyboru, a nie wyraźnych zobowiązań środowiskowych. Obrońcy WPR twierdzą, że nie przeszkadza nam ona w przejściu na agroekologię, że WPR pozwala zarówno na produktywizm, jak i rolnictwo ekologiczne i lokalne. Ale jeśli pozostawisz to jako wybór, interesariusze, którzy w przeszłości byli zaangażowani w rolnictwo produktywistyczne, przechwycą środki na te właśnie cele.

Nasze badania wyjaśniają, dlaczego agroekologiczna Europa jest możliwa: pole manewru, jakie daje extensyfikacja hodowli, jest ogromne. Hodowla wszelkiego rodzaju jest odpowiedzialna za połowę naszych problemów środowiskowych: jednym z takich przykładów jest zjawisko zielonych alg w Bretanii. Dwie trzecie zbóż uprawianych w Europie służy do karmienia zwierząt. Zmniejszając przemysłową produkcję mięsa o tonę, zmniejszasz popyt na zboża o trzy tony, co oznacza, że możesz obejść się bez niszczącego środowisko intensywnego rolnictwa. Istnieje bardzo silny efekt dźwigni.

Hodowla sama w sobie nie jest problemem. Należy raczej kwestionować całkowitą produkcję na poziomie europejskim i rodzaj hodowli. Zrównoważona hodowla zwierząt na pastwiskach może wnieść istotny wkład w odżywianie gleby żywą materią organiczną. Użytki zielone są również istotne dla Europy agroekologicznej.

Jaki jest obecny stan systemów rolniczych w Europie? Jak daleko jesteśmy od  Europy agroekologicznej?

Xavier Poux:  Niektóre rzeczy zmierzają w dobrym kierunku. Rolnictwo ekologiczne się rozwija, a świadomość społeczna, ale też polityczna, zaczyna stawiać ważne pytania, których nie doceniano jeszcze 10 lat temu, szczególnie w odniesieniu do różnorodności biologicznej i dobrostanu zwierząt. Ale paradygmat musi się zmienić – nadal orzemy łąki, używamy pestycydów i dążymy do budowania zbiorników do nawadniania.

Celem nie jest postępowanie lepiej w ramach tego, co mamy, ale ponowne przemyślenie systemów rolniczych. Jeśli chcemy pozwolić ekosystemom się odrodzić, to nie chodzi po prostu o zmniejszenie zużycia pestycydów o połowę, bo nawet przy małej dawce niszczą one środowisko ze względu na ich długotrwałość, efekt koktajlu i problemy z rozkładem. Zdecydowanym i rozsądnym żądaniem jest ich całkowite wyeliminowanie. Celem rolnictwa precyzyjnego jest „robić rzeczy lepiej”. Rolnictwo precyzyjne twierdzi, że oferuje czystą produkcję za pomocą technologii. Jednak w rolnictwie precyzyjnym nie ma myślenia ekologicznego, pozostaje ono w logice wielkich parcel przemysłowych [czytaj więcej o rolnictwie precyzyjnym].

Czy zmierzamy w kierunku bardziej zrównoważonego systemu żywnościowego na poziomie globalnym? Trudno na to odpowiedzieć, gdyż ogólne trendy są nadal niepokojące. Jest jednak realna nadzieja: jeśli pewnego dnia system będzie musiał przestawić się na coś innego, będziemy wiedzieli, co robić, bo myślimy o tym od 30 lat i mamy przykłady, więc nie będziemy mieli przed sobą pustej kartki. Wszystko inne jest kwestią organizacji politycznej. Ale z technicznego punktu widzenia będziemy mieli przed sobą ścieżki, którymi będziemy mogli podążać.

Co zrównoważony system rolniczy bierze pod uwagę, co nasz obecny system  lekceważy?

Xavier Poux: System żywnościowy oparty na agroekologii zmienia paradygmat produkcji. Istnieje wiele sposobów brania pod uwagę środowiska. Możesz na przykład przyjąć podejście administracyjne, w którym jakiś procent ziemi uprawnej będzie przeznaczony na żywopłoty, bez zrozumienia dlaczego. Podejście ekologiczne zakłada jednak, że ​​żywopłot będzie sprzyjał bioróżnorodności; musisz pozwolić mu rosnąć w określony sposób, aby stał się domem dla pożytecznych owadów i ptaków, musisz go posadzić tu, nie tam. Zaczynasz zwracać uwagę na ekosystem.

To podejście integruje w sposób zasadniczy to, co uważam za trzy poziomy ekologii. Podstawą ekologii jest postawienie pytania: co może wesprzeć glebę bez dodatku pestycydów czy nawozów mineralnych? Druga kwestia to równowaga między produkcją roślinną i zwierzęcą. To drugi poziom integracji ekologii i rolnictwa, obejmujący na przykład cykle płodności między łąkami a ziemią uprawną. Dochodzimy do fundamentów rolnictwa ekologicznego, ze słynną komplementarnością upraw i hodowli zwierząt gospodarskich poprzez nawożenie organiczne. Trzeci poziom dzieje się na poziomie krajobrazu i różnorodności biologicznej: jak ten rodzaj rolnictwa przekłada się na krajobraz? Co stanowi o jego biologicznym bogactwie?

Europa agroekologiczna jest możliwa, ale czy ludzie chcą innego systemu żywnościowego i innej diety? Jak przekonać ludzi do mniejszego spożycia mięsa?

Xavier Poux:  Cóż, nasz system żywnościowy zawsze się zmieniał, szczególnie od czasów drugiej wojny światowej. Przewidujemy długoterminową transformację. Zachowania się zmieniają i zmierzają w kierunku spożywania mniejszej ilości mięsa. Jednak mięso z najgorszym wizerunkiem to mięso czerwone, wołowina, a mięso z najlepszym wizerunkiem to kurczak. Jest wiele do zrobienia, aby zmienić to błędne przekonanie. Przede wszystkim musimy przestać obwiniać krowy. Musimy pokazać, że kurczak i wieprzowina są znacznie bardziej niebezpieczne dla środowiska, ponieważ napędzają globalną produkcję.

To, co jest pożądane, jeśli chodzi o jedzenie, może wynikać z tego, co rozumiemy i wiemy o naszej żywności. Istnieje całe wyobrażenie i narracja na temat tego, czym jest dobre jedzenie i jego ekologiczny sens, co pomoże zmienić sytuację. Uderza mnie fakt, że postulat dobrostanu zwierząt i ruchy klimatyczne prowadzą do znaczących zmian w spożyciu mięsa. Podtrzymywanie tej debaty będzie miało reperkusje polityczne. Nie wierzę, że wchodzenie do debaty z rozwiązaniami technicznymi jest skuteczne. Interesujące jest wchodzenie do debaty ze zrozumieniem,dlaczego jest to wyzwaniem i jak ten problem  rozwiązać.

Co rolnicy myślą o agroekologii?

Xavier Poux:  Otrzymałem kilka opinii na ten temat. Przedstawiliśmy nasze badania stowarzyszeniu producentów pszenicy, buraków i kukurydzy. Bez niespodzianek – nazwali mnie „zielonym Khmerem” i ekofaszystą. Ta reakcja nie była dla mnie zaskoczeniem, bo agroekologia jest sprzeczna z modelem, który stosowali od dekad.

Z drugiej strony, na spotkaniu w departamencie Yonne rolnicy powiedzieli, że doszli do technicznych  i ekonomicznych limitów swojego modelu. Staje się to oczywiste, gdy oglądamy krzywą zmian dochodowości upraw pszenicy od 1815 do 2018 roku. Od 2000 roku plony spadają i stały się niestabilne. Francuska Krajowa Akademia Rolnicza, która jest wykładnią dla starych „produktywistów”, przyczyn tych malejących plonów upatruje w ograniczeniach środowiskowych. Jednakże fakty są jasne: klimat wymknął się spod kontroli, w ekosystemach są zakłócenia, gleby już nie pełnią swoich funkcji, krajobrazy już nie pełnią swoich funkcji. Wzywa to świat rolnictwa do działania.

Czy rolnicy odniosą wystarczające korzyści finansowe z wdrażania zrównoważonych praktyk?

Xavier Poux:  Dziś jest to wyraźnie nieopłacalne, ponieważ nie płacimy za inicjatywy ekologiczne. Jednak gdy rolnicy dokonują katastrofalnych wyborów środowiskowych i ekonomicznych, takich jak intensyfikacja produkcji mleczarskiej po zniesieniu kwot mlecznych, to my za to płacimy, mimo że konsekwencje ich wyborów były przewidywalne. Płatności w ramach WPR w oparciu o mieszane systemy polikultury roślinnej i hodowli zwierząt gospodarskich z pewnością zmieniłyby sytuację.

W agroekologii fundamentalne znaczenie ma związek między konsumentami, ich troską o własne zdrowie, środowisko i bioróżnorodność, a rolnikami, którzy poważnie traktują ich oczekiwania.

Europa agroekologiczna to ogólnie rzecz biorąc opcja, która się broni, ale tylko w przypadku zmiany linii politycznej. Nieuchronnie będą też przegrani. Gdyby żywność kosztowała więcej, to być może mieszkanie powinno kosztować mniej. Obecnie na żywność przeznacza się 15 procent budżetów domowych: jeśli ma to być 25 procent ze względu na środowisko, miejsca pracy i zdrowie, musi to być opcja pod rozwagę. Płacenie czynszu w wysokości 2000 euro w mieście takim jak Paryż stałoby się wówczas niemożliwe i właściciele mieszkań mogliby stracić. Przewidywanie wszystkich zmian w równowadze ekonomicznej jest skomplikowane, ale nie możemy zabronić sobie myślenia o zmianach w sposobie podziału wartości i bogactwa tylko dlatego, że dziś mamy system, który działa w określony sposób. Historia jest pełna przykładów, gdzie linia między zwycięzcami a przegranymi z czasem się przesuwa.

Jaką rolę widzi Pan dla miast w agroekologii?

Xavier Poux:  Istnieje podejście do agroekologii miejskiej typu: „moje małe grządki warzywne, mój pas ogrodów wokół miasta i moje produkty lokalne”, aby zadowolić 10% zielonych wyborców (do których sam należę). To jest absolutnie za mało pod względem powierzchni i nie przystaje do populacji, którą trzeba wykarmić. To, co mnie interesuje w miastach, to świadomość związku między żywnością, rolnictwem i środowiskiem. Mamy do czynienia z rodzajem  edukacji obywatelskiej wokół wyzwań. Jeśli miejskie ogrody mogą tu pomóc, tym lepiej. [czytaj o ogrodach miejskich].

Miasta borykają się z określonymi problemami. Weźmy na przykład fale drobnych cząstek, które docierają w marcu na skutek rozprowadzania nawozów w regionie paryskim, ponieważ Paryż jest otoczony rozległymi polami. Te drobne cząsteczki spowodowały szczyt zanieczyszczenia w Paryżu w marcu, w czasie pełnego lockdownu. Podobnie, w miastach istotnym wyzwaniem jest zaopatrzenie w wodę pitną, a to ma związek z rolnictwem. Jest to kwestia współżycia między rolnictwem a mieszkańcami, która nie dotyczy bezpośrednio żywności. Aby stosunki między dużymi miastami, małymi miasteczkami i rolnikami były pokojowe, należy zająć się kwestią jakości wody, powietrza i krajobrazu.

Artykuł tłumaczony z Green European Journal z 4 września 2020 r.

Tłumaczenie z oryginału w j. francuskim: Ewa Sufin-Jacquemart


Clara Dassonville jest redaktorką naczelną stowarzyszenia studenckiego Eurosorbonne i byłą stażystką w Green European Journal. Jest absolwentką Unversité Paris 3 Sorbonne Nouvelle po napisaniu pracy magisterskiej na temat think thanków i wyborów europejskich.

Xavier Poux specjalizuje się w rolnictwie, antropogenicznych systemach ekologicznych oraz polityce rolnej i środowiskowej. Jest asystentem naukowym w instytucie badawczym IDDRI i od 30 lat pracuje w AScA (Francja). W swojej pracy łączy analizę systemów rolniczych – z organizacyjnego, ekonomicznego i środowiskowego punktu widzenia – z analizą publicznych decyzji dotyczących rozwoju rolnictwa i zarządzania środowiskowego.

Polski rynek suplementów oceniany jest jako obszar wysokiego zagrożenia, a wręcz nazywa się go „patologią w pigułce”.

Każdy z nas wcześniej czy później ulega chwytom marketingowym, które często sugerują, że działanie nic nie wartego suplementu jest równoznaczne z działaniem leku. Na początek wyjaśnijmy sobie jednak czym suplement diety jest, a czym nie jest.

Suplementy diety nie są wyrobami medycznymi, a jedynie uzupełniającymi produktami spożywczymi, będącymi skoncentrowanym źródłem składników odżywczych. Jak wskazują lekarze, te same składniki można znaleźć w każdej zrównoważonej i dobrze skomponowanej diecie.”

Obecnie właściwie każdy producent może wprowadzić suplement na rynek, deklarując jedynie jego skład organom sanitarnym w drodze tzw. notyfikacji. Najwyższa Izba Kontroli informuje, że w latach 2014-2016 połowa z takich notyfikacji nie została poddana weryfikacji, a kontrole ujawniły, że niezweryfikowane produkty często miały w swoim składzie niedozwolone, szkodliwe dla zdrowia składniki. W tzw. „spalaczach tłuszczu” wskazano na fałszowanie produktów stymulantami, podobnymi strukturalnie do amfetaminy. Z 45 losowo wybranych suplementów z zawartością niedozwolonych składników, aż 38 znajdowało się w sprzedaży, także internetowej. Na pierwszy rzut oka nie ma się do czego przyczepić. Skoro klient chce być nabijany w butelkę, to jego osobisty problem, w końcu mamy wolny rynek i każdy może wydawać swoje pieniądze na swój sposób! Świat wegan i wegetarian rośnie w imponującym tempie, a to stwarza fantastyczne warunki pod marketingowy greenwashing farmaceutyczny, na którym wizerunkowo odbija się poważnym i szczerym producentom. Wszyscy wiedzą, że bez mięsa i zagospodarowanego czasu na komponowanie diety należy starannie uzupełniać niedobory suplementami. Z pomocą nadciągają wtedy kolorowe pigułki.

Ministrze Zdrowia, co z naszym zdrowiem

Przyjrzyjmy się raportowi Najwyższej Izby Kontroli o suplementach sporządzonym dawno, bo aż trzy lata temu. Polacy wydają na suplementy ponad 3 mld zł. rocznie, zatem przydałoby się taki raport sporządzać częściej, tym bardziej, że wykazuje on ogromną ilość nieprawidłowości na rynku. W wyniku kontroli wyszło na jaw, że aż 89% próbek z grupy probiotyków nie posiadało stabilności w zakresie liczby żywych bakterii w okresie przydatności do spożycia. Oznacza to, że w pigułkach leżących na półce i czekających na spożycie, następował dynamiczny spadek liczby żywych bakterii. Takie pigułki wraz z opakowaniami stają się bezużytecznym odpadami. Raport wskazuje wyraźnie, że „Minister Zdrowia nierzetelnie wypełniał obowiązki związane z nadzorem nad przestrzeganiem przepisów prawa żywnościowego w odniesieniu do suplementów diety. Organ ten nie dokonywał oceny ryzyka, nie analizował prawdopodobieństwa wystąpienia zdarzeń niepożądanych, niebezpiecznych lub wyrządzających szkodę.” W skrócie, wydajemy piniądze, wciskamy w siebie leki, których skuteczność jest co najmniej wątpliwa, a odpady się gromadzą na tony.

Ministrze Klimatu, czas na monitoring

Nieprawidłowości ujawniono także w zakresie nadzoru i kontroli reklam suplementów diety. W raporcie z tego tytułu oberwało się wspomnianemu Ministerstwu Zdrowia, Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz organom Inspekcji Sanitarnej, a nawet po części Radzie Ministrów. Do tej listy można śmiało dodać Ministerstwo Klimatu, które dogląda gospodarkę odpadami. Polacy kupują rocznie około 240 milionów opakowań, które z reguły składają się z części tekturowej trafiającej do niebieskiego pojemnika oraz listków i blistrów, które trafiają do odpadów zmieszanych. Abstrahując od kompletnego marnotrawstwa drewnianego surowca, zarówno recykling jak i składowanie odpadów nie są tanimi rozwiązaniami, a w gospodarce odpadami wiecznie brakuje pieniędzy. Oprócz tego marnuje się energię, bowiem odpady bez prądu się same nie przetworzą. Odgazowywanie składowisk i wiele powiązanych z utylizacją gazów narzędzi również niemało kosztuje. Koszty są w dużej mierze przerzucane na obywatela.

Pobudka Panowie Ministrowie

Po przeczytaniu raportu nasuwa się jeden wniosek – przez niedopracowane regulacje trwonimy mnóstwo energii i surowców, a zdrowsi nie jesteśmy. Gotowych rozwiązań jest całe mnóstwo, począwszy od edukacji w zakresie racjonalnego stosowania suplementów diety, wprowadzenia systemu opłat za notyfikację suplementów diety czy systemu ostrzegania konsumentów przed niezbadanymi suplementami diety znajdującymi się w obrocie, podwyższenie kar pieniężnych dla podmiotów wprowadzających do obrotu niebezpieczne lub nielegalne suplementy diety, monitorowanie reklam oraz wprowadzenie ich zakazu dla suplementów diety z wykorzystaniem wizerunku osób ze środowiska medycznego lub farmaceutycznego.

Oprócz system kaucyjnego, którego domagają się Polacy, a który znacznie ograniczyłby generowane przez nas odpady, niezwykle ważne jest uregulowanie rynku suplementów. Może się bowiem okazać, że dzięki ograniczeniu odpadów nie będą w przyszłości nakładane na obywatela większe opłaty za ich wywóz. Społeczeństwo i państwo muszą zrozumieć prostą zasadę – mniej odpadów to mniejsze koszty. W dobie nieubłaganie pilnej potrzeby zmian w obliczu ocieplenia klimatycznego, trzeba sięgnąć do pracy u podstaw w polskim ustawodawstwie. Czas na porządek przez duże P.

Beata Borowiec

Autorka jest współprowadzącą portalu o charakterze środowiskowym i prozwierzęcym Ekowyborca. Związana z łódzkim oddziałem Extinction Rebellion.

W 2005 r. doktor Thomas Colin Campbell z synem Thomasem opublikowali książkę pt.: „Nowoczesne zasady odżywiania”. Jest ona podsumowaniem ich wieloletnich  badań nad wpływem odżywiania na nasze zdrowie. Wniosek z tych badań jest jeden: najzdrowszą dietą, która może uchronić nas przed wieloma chorobami cywilizacyjnymi, w tym nowotworami, jest dieta roślinna. Nieprzetworzona, sezonowa, lokalna.

W 2015 r. z kolei WHO opublikowało raport ekspertów IARC (International Agency for Research on Cancer czyli Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem- przy WHO), w którym mięso przetworzone zostało określone jako rakotwórcze dla człowieka, a mięso czerwone jako prawdopodobnie rakotwórcze. Stanowisko to miało wpływ na zmianę schematu piramidy żywieniowej WHO, w której mięso i jego pochodne znalazły się na samym jej szczycie. Oznacza to, że zalecono znaczne jego ograniczanie lub nawet odstawienie – maksymalnie 1 raz w tygodniu.

Wieloletnie badania dr Campbella dostarczyły solidnych naukowych dowodów, które pozwoliły ekspertom z IARC opublikować powyższe stanowisko. Można wręcz powiedzieć, że spowodowały postawienie dotychczasowej piramidy żywieniowej na głowie… Badania prowadzone w kolejnych latach, przez innych naukowców, potwierdziły wyniki badań dr Campbella i jego współpracowników.

Mimo, że dr Campbell już w 2005 r. podał  „na tacy” informację, że wielu chorób można uniknąć zmieniając swoją dietę, to minęło aż 10 lat do adekwatnej reakcji ekspertów.

Co więcej – mimo publikacji tego jednoznacznego stanowiska ekspertów – światem naukowym to nie wstrząsnęło… Nie spowodowało rewolucji w nawykach żywieniowych społeczeństw krajów wysoko rozwiniętych, a to ich głównie dotykają choroby cywilizacyjne.

Nie wstrząsnęło to też  grupami zawodowymi, które mają wpływ na nasze codzienne wybory żywieniowe, czyli dietetykami, lekarzami, nauczycielami akademickimi.

A jaka jest dieta Polaków, Europejczyków oraz mieszkańców Ameryki Północnej? Czy dokonały się jakieś zmiany? W niewielkim stopniu. Owszem, procentowo w społeczeństwach zachodnich jest coraz więcej wegan lub wegetarian.  Ale pozostali nie dokonują prawie żadnej zmiany. A należałoby się spodziewać, że tak przełomowe badanie spowoduje dużą zmianę nawyków żywieniowych. Gdy czasem media opublikują jakąś sensację: np. „jedzenie wołowiny wywołuje chorobę wściekłych krów”–  reakcje całych grup społecznych bywają bardziej widoczne… Ludzie po prostu się boją.Na jakiś czas spada popyt na dany produkt.

A w tym przypadku – jak gdyby nic się nie stało… Parę dyskusji w prasie, trochę reakcji środowisk wegańsko – wegetariańskich i obrońców praw zwierząt, a potem nic… A pomyśleć, że już sama zmiana proporcji- zmniejszenie ilości spożywanego mięsa na korzyść roślin – dałaby ogromne rezultaty. Chociaż dieta zalecana przez dr (obecnie profesora) Campbella nie proponuje półśrodków. Czyli nie mówi – zmniejsz ilość mięsa. Mówi: odstaw produkty odzwierzęce.

Skąd ten, wydawałoby się, radykalizm? Po pierwsze ze względów zdrowotnych – bo jeżeli jakiś produkt znajduje się na liście substancji rakotwórczych, to trudno zalecać jedynie stosowanie go w mniejszych ilościach…

Po drugie: rządzą nami pewne mechanizmy psychologiczne, które powodują, że unikamy zmian i postępujemy tak, aby były one jak najmniej „dokuczliwe”, abyśmy nie musieli się zbyt wysilać. Jeżeli więc ktoś otrzyma zalecenie: jedz mniej mięsa a więcej warzyw, to rzadko zrezygnuje on z mięsa, raczej- dołoży dodatkowe warzywo, a ulubiony produkt mięsny pozostanie. Ewentualnie zamieni jeden rodzaj mięsa na inny, „mniej szkodliwy”. Jeżeli ktoś jednak rezygnuje z mięsa, a nie planuje rezygnacji ze wszystkich produktów odzwierzęcych – zaczyna jeść więcej nabiału… I problem wcale się nie zmniejsza. Gdyż wg wyników badań dr Campbella nie tylko mięso jest szkodliwe. Szkodliwe jest białko zwierzęce, każde, w tym kazeina z mleka krowiego. Również uznana za karcynogen.

Ale wróćmy do początku.

Kluczową częścią książki „Nowoczesne zasady odżywiania” jest opis wyjątkowego projektu, jaki przeprowadzono w Chinach: „The China Study”.

Projekt The China Study był najobszerniejszym badaniem dotyczącym wpływu odżywiania na zdrowie jaki przeprowadzono do tej pory na świecie.

Przebadano ok. 6500 osób w 65 prowincjach Chin, do badań tych przeszkolono blisko 350 pracowników. Metody badawcze, sposób pozyskiwania danych był ściśle określony, wystandaryzowany. Przeanalizowano złożone związki pomiędzy dietą, stylem życia, czynnikami geograficznymi i klimatycznymi, zapadalnością na różne choroby. Badanie trwało blisko 30 lat, a uzyskano 367 zmiennych.

Osoby zainteresowane mogą zapoznać się dokładnie z metodologią badania, ze sposobem pozyskiwania i odnotowywania poszczególnych obserwacji. Są one zawarte w 896-stronicowej monografii.

Ci, którzy nie mają czasu i chęci na dość żmudną lekturę i analizować tabelek, wykresów, liczb, a wolą poznać już konkretne wnioski i wytyczne, mogą przeczytać je w tym jednym zdaniu:

„Nisko przetworzona żywność roślinna ma dobroczynny wpływ na zdrowie człowieka, podczas gdy żywność pochodzenia zwierzęcego – nie”.

Można też przeczytać książkę doktora Campbella, gdyż ona nie jest nudna, nie jest pisana językiem naukowym. Wręcz przeciwnie, czyta się ją jak pasjonujący kryminał. Warto wiedzieć, że sam dr Campbell (obecnie emerytowany już profesor Katedry Biochemii Odżywiania na Uniwersytecie Cornella w USA) na początku swojej przygody z tą tematyką wychodził z założenia, że najzdrowsza dla ludzi jest dieta bogata w białko zwierzęce.

Nic dziwnego. Wychował się w gospodarstwie rolnym gdzie podstawą diety było mleko i inne produkty odzwierzęce. Spożywanie takich produktów było też synonimem dobrobytu, czymś do czego dążą wszyscy pragnący zachować zdrowie. Do wegetarianizmu podchodził raczej z pobłażaniem.

Jednym z pierwszych badań, które zmieniło jego spojrzenie na rolę białka zwierzęcego w diecie był projekt badający przyczyny wyjątkowo wysokiej zachorowalności na raka wątroby u dzieci na Filipinach, podczas gdy w innych rejonach świata był to nowotwór dotykający głównie dorosłych.

Zapadalność na raka wątroby wiązano z dużym spożyciem aflatoksyn powstających  w spleśniałych orzeszkach ziemnych i kukurydzy (produkty powszechne na Filipinach). Podejrzewano również, że zapadalność na ten nowotwór jest związana z niedożywieniem dzieci z ubogich rodzin.

Wyniki badań były zaskakujące. Okazało się, że na raka wątroby zachorowują głównie dzieci z bogatych rodzin, te tzw. „dobrze odżywione”, karmione białkiem zwierzęcym. Owszem, karcynogenem były aflatoksyny, które dość powszechnie trafiały do sprzedawanych produktów, ale czynnikiem, który stymulował rozwój nowotworu było białko w diecie, białko zwierzęce. Dzieci z biednych rodzin rzadko chorowały na ten nowotwór. O ile miały łatwiejszy dostęp do tańszej żywności, zanieczyszczonej aflatoksynami, to nie były przez biednych rodziców dokarmiane mięsem, mlekiem, czyli białkiem zwierzęcym…

Dalsze badania w tym zakresie doprowadziły do następujących wniosków: „rozwój nowotworu zależny jest od ilości spożywanego białka zwierzęcego, stosując dietę wysokobiałkową – sprzyja się rozwojowi nowotworu, co więcej – zmieniając dietę na niskobiałkową, lub na dietę z obecnością białka roślinnego – można nowotwór 'wyłączać’”.

A jednym z najbardziej rakotwórczych białek okazała się kazeina, białko mleka krowiego.

Dr Campbell okazał się prawdziwym naukowcem, który z pokorą potrafił odrzucić wstępne założenia, gdy te okazały się błędne. Spodziewał się wyników, które utwierdzą go we własnym poglądzie, w przyjętym z góry założeniu, że białko zwierzęce jest tym, co dla nas ludzi najlepsze. Że należy za wszelką cenę zwiększać jego spożycie.

Gdy okazało się, że jest dokładnie odwrotnie – miał odwagę iść tym tropem i dalej szukać odpowiedzi na nurtujące pytania. Białko zwierzęce zafascynowało go ponownie – ale w inny sposób. Zrozumiał, że dążenie ludzkości do zwiększonego jego spożycia jest zgubne. Gdyby rozpatrywać to w szerszym kontekście, nie tylko zdrowotnym, ale też na poziomie środowiskowym, etycznym, czy nawet filozoficznym, można by użyć stwierdzenia, że białko zwierzęce stało się w pewnym sensie przekleństwem ludzkości (a ludzie przekleństwem dla zwierząt i reszty natury).

W kolejnych latach – po zakończeniu projektu The China Study, dr Campbell razem z synem i innymi współpracownikami prowadził dalsze badania Były to między innymi badania obserwacyjne ale i doświadczalne na szczurach, potwierdzające zaobserwowane wcześniej zależności. Przebadał związki pomiędzy licznymi chorobami cywilizacyjnymi a dietą. Chorobami, które można by nazwać chorobami dobrobytu: to cukrzyca, otyłość, choroby układu krążenia, choroby autoimmunologiczne, dna moczanowa, osteoporoza, choroba Alzheimera i wiele innych.

Opracował zasady zdrowego odżywiania. Ośrodek, którym kieruje prowadzi kursy w tym zakresie. Lekarze, którzy leczą swoich pacjentów z udziałem diety dr Campbella uzyskują rewelacyjne wyniki. Pacjenci mogą być wyleczeni z licznych schorzeń, nie muszą stosować leków.

Nie znaczy to oczywiście, że dieta zawsze i wszędzie jest jedynym panaceum na wszystko. Są sytuacje gdy nie wystarczy, są sytuacje, gdy choroby powstają niezależnie od diety, gdy konieczne są interwencje medyczne, farmakologiczne. Ale w ogromnej ilości przypadków jej zastosowanie daje oczekiwany efekt.

Dlaczego więc nie jest tak powszechna jak być powinna?

Dlaczego wiedza na ten temat jest wiedzą niszową?

Dlaczego na studiach medycznych nie mówi się o wynikach tych badań? Dlaczego w systemie podyplomowego kształcenia lekarzy temat diety jest marginalizowany do haseł: „dieta niskocholesterolowa”, „dieta cukrzycowa”, „dieta śródziemnomorska”? Bez wniknięcia w istotę rzeczy? Dlaczego na studiach dietetycznych zaczyna się dopiero brać pod uwagę taką dietę – ale jako opcję? A na równi z nią wykwalifikowani dietetycy stosują diety oparte głównie na produktach odzwierzęcych?

Dlaczego z takim pobłażaniem podchodzi się do wytycznych naukowych?

Jako lekarka spotykam się z takimi chorobami na co dzień. Ci, których udało się przekonać do zmiany nawyków żywieniowych odnoszą ogromne korzyści zdrowotne. Mam i takich pacjentów, którzy mogli odstawić leki cukrzycowe, nadciśnieniowe, przeciwzapalne, obniżające stężenie kwasu moczowego – głównego sprawcy dny moczanowej. Ale nie będę Was oszukiwać. Nie jest to duża grupa. Bo żyjemy w społeczeństwie dobrobytu, wygody, w systemie zakupu wszelakich usług. Także usług zdrowotnych. Większość pacjentów oczekuje prostej recepty: tabletki, która załatwi ich problemy bez pracy własnej. Żyjemy w świecie ułudy, że tak się da, że tak można.

Ale jest też grupa osób dążących do zmiany. Dla nich warto podjąć wysiłek dodatkowej pracy, edukacji, wspierania ich na drodze zmiany.

Praca w tych obszarach obejmuje także kształcenie lekarzy, dietetyków. Od nich zależy bardzo wiele.

Dieta dr Campbella jest taka prosta, w jej prostocie tkwi siła. Warto się z nią zapoznać i zacząć ją stosować. Jest to dieta dla wszystkich.

Bibliografia:

  1. T.Colin Campbell, Thomas M. Campbell II „Nowoczesne zasady odżywiania. Przełomowe badanie wpływu żywienia na zdrowie”. Wyd. Galaktyka. Wyd. 2 rozszerzone i uaktualnienia.
  2. Dr Thomas Campbell „Plan Campbella”. Wydawnictwo Galaktyka.
  3. https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0002914998007188
  4. https://nutritionstudies.org/about/dr-t-colin-campbell/
  5. https://nutritionstudies.org/the-china-study/

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Odsunięcie przez Prawo i Sprawiedliwość reformy bądź zniesienia NFZ na swą ewentualną drugą kadencję daje chwilę wytchnienia, w trakcie której progresywne siły polityczne mogą przemyśleć swoją wizję ochrony zdrowia. (więcej…)

To już ostatnie dni, aby zapisać się na Joga Festiwal. V Górski Maraton Jogi, który odbędzie się 25 – 27 sierpnia 2017 r. To największe w Polsce wydarzenie tego rodzaju. Festiwal jest przeznaczony przede wszystkim dla tych, którzy zaczynają swoją przygodę z jogą.

Na uczestników czekają warsztaty jogi prowadzone przez Wiktora Morgulca, Radka Rychlika, Katarzynę Enerlich i Agnieszkę Lasotę. W programie Festiwalu znajdują się: darmowe zajęcia jogi, joga dla dzieci, piąta edycja Maratonu Jogi „108 Powitań Słońca”, jak i liczne warsztaty poświęcone takim tematom, jak: anti-age’ing twarzy, zielarstwo, kulinaria czy uważność. Organizatorzy przewidzieli także koncert na gongi i misy tybetańskie oraz konkurs
z nagrodami.

Joga Festiwal. V Górski Maraton Jogi w Wierchomli to największa otwarta impreza związana
z jogą odbywająca się w takiej skali. Od lat przyciąga zarówno osoby nigdy nie ćwiczące, początkujących, jak i doświadczonych joginów.

Joga Festiwal. V Górski Maraton Jogi to wydarzenie, które może się odbyć w takim wydaniu także dzięki patronom, jak: Ambasada Indii w Polsce, Akademicki Związek Sportowy, Stowarzyszenie Jogi Akademickiej, Stowarzyszenie Miłośników Jogi, Fundacja Art of Living, POLIM Polski Instytut Mindfulness oraz sponsorom: NEWBY TEAS, YOPE, PRIMAVIKA, ORGANIQUE, POLSOJA, ID’EAU.

Rejestrować można się pod adresem: http://maratonjogi.pl/zgloszenie/ Pełny program wydarzenia znajduje się pod linkiem: http://maratonjogi.pl/program/

Organizatorami Festiwalu są kompleks narciarsko-turystyczny Dwie Doliny Muszyna-Wierchomla – czyli Stacja Narciarska Dwie Doliny Muszyna-Wierchomla i ***Hotel Wierchomla Ski&SPA Resort – oraz portal Joga-Joga.pl – pierwszy ogólnopolski serwis internetowy o tematyce poświęconej jodze, zdrowemu, pożytecznemu stylowi życia. Stanowi największe w Polsce kompendium wiedzy o jodze i tematach pokrewnych.

Więcej informacji: Przemysław Kutnyj, rzecznik prasowy Stacji Narciarskiej Dwie Doliny Muszyna-Wierchomla i ***Hotelu Wierchomla Ski&Spa Resort, tel.: 506 004 898 przemyslaw.kutnyj@wierchomla.com.pl

Energetyka wiatrowa jest wciąż technologią nową – nie tylko w Polsce. W związku z tym budzi wiele obaw – często słusznych, często niesłusznych. (więcej…)

Amerykańscy naukowcy zbadali trendy długości życia i zachowania zdrowia wśród Amerykanów i Amerykanów. Z badań wyszło, że kobiety żyją ciągle dłużej od mężczyzn, ale krócej zachowują zdrowie. Wyniki opublikowało czasopismo „American Journal of Public Health”.

Z badań zespołu, prowadzonego przez Vicki Freedman wynika, że mężczyźni w wieku 85 lat, pozostający w dobrej kondycji, mogą oczekiwać, że będą żyć jeszcze 4 lata, podczas gdy kobiety jedynie 2,5 roku. Długość życia rośnie nierównomiernie do płci. U mężczyzn średnia oczekiwana długość życia zwiększyła się w ciągu ostatniej dekady o 3 lata, a kobiet o pięć. Jednocześnie u kobiet przestała wydłużać się średnia oczekiwana długość życia w zdrowiu, do czego nie doszło u mężczyzn.

Freedman uważa, że przyczyną może być zmiana trybu życia amerykańskich mężczyzn na bardziej zdrowy, oraz fakt, że kobiety w podeszłym wieku częściej palą wyroby nikotynowe niż mężczyźni.

Dodał: Łukasz Markuszewski