na YouTube

Więcej niż artykuły

Rozmowy z ekspertami i podcasty na YouTube


                            Autorzy kanału Zielone Wiadomości na YouTube
Odwiedź kanał →
Strona główna » Artykuły » Publikacje » Felietony » Dwugłos o sztuce: Miasto

Dwugłos o sztuce: Miasto

Rozmowa artystki Dominiki Kieruzel i naukowczyni społecznej Moniki Kostery to głęboka refleksja nad relacją sztuki, przyrody oraz człowieka w przestrzeni współczesnego miasta.

Kreda na murze, Thamesmead, cytat z 'After The Apocalypse: Finding Hope in Organising' Moniki Kostery (przy czym kreda nie jest ze sklepu, to kreda, ktróa występuje naturalnie w lokalnym lesie)
Kreda na murze, Thamesmead, cytat z 'After The Apocalypse: Finding Hope in Organising' Moniki Kostery (przy czym kreda nie jest ze sklepu, to kreda, która występuje naturalnie w lokalnym lesie)

Monika: Dominiko, jesteś artystką, a ja naukowczynią społeczną – porozmawiajmy o sztuce i przyrodzie. Nie w sensie teorii czy historii sztuki przedstawiającej naturę, ale o stanie świadomości, komunikowanym przez naturę wyobrażaną przez sztukę. Socjolog Hartmut Rosa pisze o rezonansie, czyli o szczególnej właściwości relacji człowieka ze światem. Jest to niejednoznaczny, nieliniowy sposób tworzenia więzi między istotami i rzeczami, które mogą być bliskie lub odległe. Rezonans sprawia, że uczestniczący w nim w zasadniczy sposób zmieniają się wzajemnie. Świat w ten sposób „mówi” do nas i słuchanie go sprawia, że pojawiają się doświadczenia nadające i tworzące sens. Nie da się go kupić, spowodować,  wyprodukować, zaplanować – ale też nie jest przypadkiem, nie wydarza się mimo woli. Udział w nim wymaga dyscypliny, cierpliwości i świadomości. Dzięki rezonansowi możliwa jest regeneracja społeczeństw ludzkich. Jednym z potężnych nośników rezonansu jest sztuka. Dlatego nie jest to działalność czysto pięknoduchowska, lecz coś, co ma praktyczną moc generowania nowej energii.

Dominika: „Ekologia bez natury” to koncept Tima Mortona, który neguje naszą oddzielność od przyrody, mówi o tym że nie jest ona dla nas tłem, że nic co my robimy nie jest od przyrody niezależne ani też jej obojętne. I w tym duchu chciałabym zaprosić cię do pisania o mieście jako środowisku człowieka, do spojrzenia na nas, ludzi współczesnych, jako na istoty naturalne. W Thamesmead, w Londynie w tym roku artyści Heather Ackroyd i Dan Harvey, wspólnie z lokalnymi mieszkańcami zasadzili krąg siedmiu dębów. Artyści mówią o tym, że drzewo to rzeźba sama w sobie; mówią o tym, jak te drzewa będą rosnąć, zmieniać się, mieć swoje życie i swoje interakcje z mieszkańcami. To szeroka interpretacja sztuki jako aktywności polegającej na widzeniu piękna i poetyki w realnym, żywym świecie, który został jakoś zmieniony, jakoś wzbogacony poprzez kreatywny akt, akt dobrej woli. Ackroyd i Harvey nie wystąpili tu z oryginalnym pomysłem, ale postanowili kontynuować pracę jednego z moich najulubieńszych artystów – Josepha Beuysa. Żołędzie z których wyrosły dęby w Thamesmead i wielu innych miejscach w Wielkiej Brytanii spadły z dębów w Kassel, tych które zasadził Beuys jako projekt 7000 Dębów: Leśnictwo miejskie zamiast miejskiej administracji  w 1982-87… On też widział to jako coś co powinno być kontynuowane przez innych… bardzo mnie to cieszy że nie każdy artysta musi zrobić coś nowego… że możemy postanowić żeby robić coś razem, że jeśli jest coś dobrego, to kontynuujemy to.

Monika: Wspaniały projekt! Kojarzy mi się z pięknym opowiadaniem Jeana Giono L’Homme qui plantait des arbres – o człowieku, który sadził drzewa. Bohater opowiadania – pasterz Elzéard Bouffier, sadzi drzewa tak jak inni budują sobie monumenty. Tereny górskiej części Prowansji, gdzie mieszka bohater, z opuszczonymi wioskami i ogołocone z przyrody, dzięki jego systematycznej pracy u podstaw wracają do życia i rozkwitają.  Bouffier zbiera żołędzie, odpowiednio przygotowuje je w domu do kiełkowania i rozsadza po dolinach. Hoduje też sadzonki buka i brzozy. Po latach, gdy krajobraz się mocno zazielenił, bohater zostaje pszczelarzem, by owce nie zjadały młodych pędów roślin, ale także dlatego, że pszczoły pomagają dbać o zieloność okolicy. Postać Bouffiera jest fikcyjna, ale cieszy się prawdziwą miłością licznych czytelników. Giono zasadził w sercach ludzi nasiona tęsknoty za zielonością, która kiełkuje, bo książka doczekała się nie tylko licznych adaptacji, ale też Bouffier ma wielu naśladowców, szczególnie w rodzimej Francji.

To z kolei kojarzy mi się z pięknymi obrazami Meli Muter przedstawiającymi prowansalskie miasteczka, gdzie drzewa są u siebie w domu, są co najmniej współgospodarzami.  Platany chronią drogę przed nadmiarem słonecznego żaru, krzewy muskają fasady domów i zbliżają do siebie ptasich i ludzkich mieszkańców, trawy zmiękczają linie wzgórz. Na jednym z pejzaży wyraźnie widać, jak drzewa przywracają miejskiemu światu równowagę barw, kształtów i energii, jednocześnie inspirując budynki do niesubordynacji wobec ludzkiej manii porządkowania i ujednolicania.

Wspieraj niezależne dziennikarstwo

Dzięki Tobie możemy tworzyć rzetelne treści i rozwijać portal.

Dominika: Mania porządkowania i ujednolicania! Tak, to taka nerwówka na której się wciąż łapię… Na szkoleniu dotyczącym fizycznej interwencji w jednej ze szkół w których pracowałam, prowadzący zadał nam pytanie – „czego ludzie boją się najbardziej, jaka jest nasza największa fobia?”, dał nam chwilę do namysłu, a potem powiedział: człowiek. No tak, boimy się siebie nawzajem, mamy ogromną moc siebie nawzajem skrzywdzenia, a jednak żyjemy tak blisko. Być może tu jest jakieś sedno tego ujednolicania – trzeba zasygnalizować że nie jest się obcym/nieznanym/niebezpiecznym. Jest taka praca, którą widziałam bardzo dawno temu, w małym jeziorku w ogrodzie przy galerii Victoria Miro w Londynie. Był to „Ogród Narcyza ” Yayoi Kusamy. To jedna z tych rzeczy które zapadają w pamięci, bez konkretnych powodów. Właściwie nie pamiętam żadnych innych prac Kusamy z tamtej wystawy. Ale stalowe kule dryfujące na wodzie, ich dźwięk kiedy odbijały się od siebie nawzajem – dźwięczny i delikatny, hipnotyczny, ich lustrzaną powierzchnię… właściwie nigdy nie myślałam o tym intelektualnie. Teraz wydaje mi się że to jest fantastyczne że praca Kusamy w tej akurat odsłonie (bo było ich bardzo wiele) znajdowała się w miejskim ogrodzie, bo jak wiadomo Narcyz patrzy w swoje odbicie, i te kule wszystkie zbite razem, też i siebie nawzajem odbijają. I my często, pewnie intuicyjnie, zwracamy uwagę na człowieka i jego wytwory o wiele bardziej niż wszystkich innych mieszkańców miasta. Praca Kusamy to trochę antypody twojego obrazu Meli Muter.

Monika: Dokładnie – to przypomina mi wypowiedź Edgara Morina we francuskiej telewizji, gdzie filozof argumentuje, że w mieście najważniejsza jest ulica. Ulica pełna życia, gdzie ludzie znają się albo przynajmniej uznają swoją wzajemną obecność, gdzie „dzieje się”. Od zawsze ulica była społecznym ekosystemem, tym, co sprawiało, że miasto miało swój własny puls. Drugi człowiek i pociąga i budzi lęk. Bez żywej ulicy zostaje sam lęk. Myślę o malarstwie Maximiliena Luce, jego wyobrażeniach przemysłowych miast, między innymi Charleroi, o którym mówiono że jest najbrzydszym miastem świata. Ale u Luce nie jest brzydkie. Artysta przedstawia ludzi pracujących razem – ich współdziałanie jest piękne, jest odczuwalny rytm i puls tych skądinąd optycznie mrocznych miejsc. W szczególności – w kontekście tej pracy Kusamy (dziękuję za opis, nie znałam jej choć Kusamę absolutnie uwielbiam!) – myślę o czarno-białym rysunku Luce, który widziałam na wystawie w Muzeum w Montmartre w ubiegłym roku. Praca przedstawia piec do wypalania cegieł i cztery współpracujące osoby, kojarzące mi się z tymi stalowymi kulami Kusamy. Jednak tu w pracujących ludziach odbija się blask bijący z pieca ale także odzwierciedlają się jakby w sobie nawzajem, w sposób niedający się opisać (w każdym razie ja nie umiem). Gdy oglądam tę pracę czuję, że te osoby połączone są silnym rezonansem ze sobą, z miejscem, z tym, co robią. A jednocześnie są najdalej od Narcyza jak to możliwe. Taki paradoks – bardzo miejski.

Obraz. Autor Maximilien Luce

Ilustracja: Maximilien Luce, L’Aciérie (Huta stali)

Dominika: Przepiękny rysunek. Naprawdę. Wszyscy ci ludzie są połączeni światłem i wspólną pracą. To co mówisz o ulicy: dla mnie w Thamesmead to było coś bardzo trudnego, bo bywały tam okresy, szczególnie zimą, kiedy było zupełnie pusto na dworze. Nie było tam zbyt wiele małych sklepików (teraz się to trochę zmienia), tylko dwa duże supermarkety. Właściwie pełno miejsca do siedzenia, bloki pełne ludzi… no i pustka na ulicach. Dopiero kiedy zaczęłam zajmować się psem koleżanki odkryłam dosyć sporą parkową społeczność miłośników psów. Znasz może Lucy Ortę? Ona tworzy prace związane z miejską wspólnotą ludzką. Na przykład „Nexus Architecture”, szczególnie edycja w Johannesburgu. To kombinezony, które są ze sobą połączone w taki sposób że do brzucha jednej osoby poprzez materiałowy tunel przyczepione są plecy kolejnej osoby. Wszyscy muszą poruszać się razem, ludzie stają się jedną siatką. W Johannesburgu tworzyły je kobiety z plemienia Zulu. Materiały które wybierały – holenderskie druki woskowe – i happening, którym było przejście przez ulice Johannesburga jako jeden organizm, do którego spontanicznie dołączali się inni, to wszystko wynikało z osobistego i też społecznego życia tych ludzi,  nie było to już częścią pracy artystycznej Lucy Orty. Myślę, że sztuka zaczęła się wtapiać w życie, być może tak jak woda wpływająca do oceanu. Tak pewnie i jest z pracą Beuysa, bo nie może on przecież oświadczyć że jest autorem drzew. W każdym razie Lucy Orta potrafi w niezwykle poetycki sposób wydobyć wspólnotę na taki wizualny i symboliczny poziom.  Ja też szczególnie lubię jej Refuge Wear gdzie Orta stworzyła takie hybrydy ubrania i namiotu. Te ubrania wyglądają trochę jak coś czego można by użyć do ekstremalnych sportów…

Monika: Tragiczna i pełna wyrazu sztuka… Tak, osoby mieszkające na ulicy, całe miasteczka namiotowe w tak wielu europejskich miastach – ale nie będące już życiem społecznym ulicy w rejestrach biedy, jak kiedyś paryscy kloszardzi, czy szwedzka „A-laget”, czyli drużyna bezrobotnych – osoby mające mieszkania, ale niemające pracy i spędzające całe dni w parkach miejskich popijając wspólnie i prowadząc intensywne życie towarzyskie. A jednocześnie – to co piszesz o osobach wychodzących z psami przypomina mi badania etnograficzne prowadzone na ulicach Krakowa przez grupkę moich studentek w czasie lockdownu w 2020 roku. Początkowo żadnego życia społecznego studentki nie stwierdziły, aż trafiły na skwerek, gdzie mieszkańcy wyprowadzali na spacer swoje psy. Okazało się, że psiarze, podobnie jak ich czworonogi, nawet w pandemii prowadzili bogate życie towarzyskie, aczkolwiek z zachowaniem obowiązujących reguł z maseczkami i dystansem (psy bynajmniej). To z kolei przywodzi mi na myśl cudne zdjęcia z ulic francuskich miast Willego Ronisa, przedstawiające takie żywe ulice o jakich mówił Edgar Morin. I na tych zdjęciach jest coś szczególnie ciekawego, teraz, gdy o tym pomyślałam – psy Ronisa, które zawsze sprawiają wrażenie, jakby miały oko na ludzi, jakby ich misją było pilnowanie, by ludzie się socjalizowali ze sobą. Weź na przykład zdjęcie baru – trzech mężczyzn w skupieniu gra w domino. W tle widać ladę i butelki z alkoholem. Na tej ladzie siedzi pies z miną moderatora. Nieprawda?

Wspieraj niezależne dziennikarstwo

Dzięki Tobie możemy tworzyć rzetelne treści i rozwijać portal.

Dominika: Tak! Świetne zdjęcie! Noooo, te rozmyślania kojarzą mi się z Baumanem i jego opowieściami o samotności w zachodnich społeczeństwach. Naprawdę myślę że nasza kultura audiowizualna…. popularna kultura audiowizualna tłamsi nasze życie lokalne… Mając głosy i wizerunki ludzi w domu, w ekranach, mniej szukamy bliskości, bycia dookoła ludzi. Tak jest łatwiej, niewiele jest od nas wymagane. Samotność nie popycha nas do szukania  bliskości, do wyzwania jakim może być interakcja. Często przerażała mnie w Thamesmead ta masa osób zamkniętych w swoich małych mieszkaniach przed ekranami, kiedy wyglądałam za okno i ulice rzeczywiście były zupełnie puste. No właśnie, kiedy zaczęłam mieć dni bez internetu, na początku czułam samotność prawie nie do wytrzymania. Bo okazywało się jak bardzo żyłam społecznie w i przez to medium. Z czasem okazało się że to się może bardzo szybko zmienić. Można pisać pocztówki, zapukać do sąsiadki, zadzwonić zamiast używać czatu… I ta kultura w życiu rzeczywistym zaczyna się odbudowywać, cegiełka po cegiełce. To było niesamowicie pozytywne doświadczenie.

Nawiązując jeszcze do psów i miasta, niezwykle mnie wzruszył ten obraz z wystawy „Portraits of Dogs” w Wallace Collection kilka lat temu. Nie wiadomo kto go namalował ale wydaje się to być bezdomny pies w mieście. Chociaż niewiele tam widać – „A dog on a ledge” – czyli pies na progu lub parapecie. W każdym razie, leżący na jakimś rodzaju muru, w architekturze. Jest jakiś chłód tutaj który dla mnie jest bardzo smutny. A jednocześnie jakiś nowy, dziwny rodzaj ‘naturalności’. Pies nie żyje na Ziemi ale w architekturze… centra miast są często tak smutne, całe wymurowane lub wyłożone kamieniem, z piękną architekturą i maciupkimi grzecznymi drzewkami. Myślę, że samotność w mieście nie tylko dotyczy związków międzyludzkich ale i niemożności bycia z naturą żywą i mającą przynajmniej dozę swobody, dzikości.

To jest coś, co mój przyjaciel i pisarz, Quentin S. Crisp napisał w swojej noweli „Erith”:

We have traded a background of braking waves and the healing loneliness of rain and wind for the ceaseless carbon-monoxide roar of the car engine, which is a loneliness that never heals. It is the tinnitus of civilization, never leaving our ears.

Czyli: „Zamieniliśmy tło rozbijających się fal i leczniczą samotność deszczu i wiatru na niekończący się spalinowy ryk silnika samochodowego, będący samotnością która się nigdy nie goi. To szum w uszach naszej cywilizacji, on nas nigdy nie opuszcza.”

Monika: Piękne i mocne słowa. Tak, miasto może żyć, może być medium towarzyskości – ale może też pulsować pustym rytmem, jak pięknie wyraził się Quentin, stać się szumem w uszach zaburzającym równowagę. Tak jak się to dzieje na filmie Koyanisquaatsi Godfrey’a Reggio, który pokazuje, jak w pewnym momencie rytm miasta odrywa się od rytmu życia, staje się maszyną wytwarzającą ambicje bez pokrycia. Szkic Brata Daniela z klasztoru Pluscarden Abbey w Szkocji przedstawia to z przymrużeniem oka. Obraz nazywa się Enclosure, zagroda. Jednak nie jest to taka zagroda, gdzie można się wypasać – w ogóle nie jest to zagroda dla istot żywych, tylko dla ludzkich ambicji.

Grafika czarno biała przedstawiające wysykościowce miejskie

Ilustracja: Brat Daniel Morphy OSB, Enclosure (Zagroda)

Ale jednak pozostajemy ludźmi, nawet w tych gnębicielskich zagrodach. Pokazuje to sztuka ulicy, przede wszystkim Banksy, którego dzieła przypominają nam o mocy tego, co w nas przekorne, nieuległe, tak jak na słynnym wyobrażeniu zamaskowanego demonstranta rzucającego bukietem kwiatów. Albo Ernest Pignon-Ernest składający na murach ulic hołd poetyce życia, nawet w okrucieństwie świata zbrukanego wojną i nihilizmem kapitalizmu. W ostateczności, jak pokazuje wstrząsające dzieło Conora Rogersa przedstawiające bezdomnego zakutanego w ciepłe ubranie, siedzącego pod brytyjską flagą – prawdopodobnie w jednym z zaniedbanych przejść podziemnych współczesnej Brytanii – można spotkać tu świętość. „Bo byłem głodny, a daliście mi jeść”, powiedział Jezus – inna praca Rogersa przedstawia banknot funtowy, gdzie przechodzień podaje rękę żebrakowi w takim przejściu, Królowa uśmiecha się, być może ona też wie, że to jest prawdziwa wartość, poza banknotem, który pewnie także przekazał miejskiemu człowiekowi inny miejski człowiek.

Obraz przedstawia przerobiony brytyjski banknot

Ilustracja: Conor Rogers, One pound note (Banknot jedno-funtowy)

Dominika: Zanim jeszcze się poznałyśmy, kiedy czytałam twoją książkę „After The Apocalypse” jedno zdanie uderzyło mnie tak mocno, że napisałam je kredą na ścianie w Thamesmead: no human being should ever be seen as means to an end. To niezwykle radykalne ale też i bardzo proste, rozmawiałam wtedy ze znajomą o tym jak takie używanie ludzi wślizguje się do naszego świata i staje się akceptowalne. W tym co teraz piszesz widzę echo tego humanizmu. Konfrontacyjnego humanizmu. Powrotu do podstaw: według jakich wartości chciałabym żeby był zbudowany świat, a według jakich w rzeczywistości działam? A Beuys mawiał że każdy jest artystą. W każdym z nas, z dozą pewnie zależną od okoliczności, jest sprawczość i kreatywność. Więc jeśli nikt nam jej nie odbiera, nie powinniśmy sami jej porzucać, ale bawić się nią… Myślę że tam jest i sens i radość i nasza godność i nasza nadzieja.

Ilustracja: Dominika Kieruzel, No human being (Żaden człowiek), graffiti

 

Autorzy

Dominika Kieruzel

Dominika Kieruzel zajmuje się sztuką wizualną: rzeźbą, instalacją i malarstwem, a także kuratorstwem i niezależną publikacją. Do 2025 roku mieszkała i pracowała w Thamesmead w Londynie, gdzie była związana z organizacją Bow Arts. Studiowała sztuki piękne w Chelsea
College of Arts and Design i Performans w Goldsmiths University w Londynie. W 2018 roku stworzyła kuratorsko-publicystyczny projekt kosmoss.co.uk. Aktualnie mieszka w Polsce.

Monika Kostera

Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.

Odkryj więcej z Zielone Wiadomości

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej