Europejskie cele redukcji pestycydów – ambitne, ale niewystarczające

Europejskie cele redukcji zużycia pestycydów mogły wydawać się ambitne, ale ich realizacja stoi pod znakiem zapytania. Nawet gdyby udałoby się je osiągnąć, to i tak za mało, by zagwarantować w Europie żywność wolną od najgroźniejszych pestycydów, a także chronić różnorodność biologiczną i ekosystemy na świecie.

Strategia „Od pola do stołu” – gdzie jesteśmy?

Gdzie jesteśmy? Cel przedstawionej przez Komisję Unii Europejskiej w maju 2020 r. strategii „Od pola do stołu” jest jasny – to zmniejszenie wpływu stosowania pestycydów na środowisko i zdrowie ludzi do 2030 r. Cele dotyczą dwóch różnych aspektów: po pierwsze jest to zmniejszenie ryzyka związanego ze stosowaniem pestycydów o 50%, po drugie zmniejszenie o 50% ilości stosowanych środków, przy czym większy nacisk kładzie się na pierwszą z kwestii. Zmniejszenie ryzyka oznacza ograniczanie szkodliwego wpływu pestycydów na zdrowie i środowisko. Może być osiągnięte poprzez wprowadzanie bezpieczniejszych alternatyw dla najbardziej szkodliwych środków oraz lepszych metod aplikacji, a także tzw. zintegrowanego zarządzania szkodnikami. Polega ono na stosowaniu zestawu metod ograniczających populacje szkodników, a więc konieczność zwalczania ich przy pomocy stosowanych na dużą skalę środków ochrony roślin. W 2022 r. roku Komisja przedstawiała projekt rozporządzenia w sprawie zrównoważonego stosowania środków ochrony roślin (ang. Sustainable Use Regulation, SUR), które miało nadać kształt celom ze strategii „Od pola do stołu”. Podczas prac legislacyjnych ambicje projektu były stopniowo osłabiane, a Parlament Europejski i tak odrzucił go podczas głosowania w listopadzie 2023 r. Na początku 2024 r. roku Komisja pod wpływem silnego lobbingu ostatecznie wycofała się z prac nad rozporządzeniem.

Glifosat – kontrowersje wokół najpopularniejszego herbicydu

To nie jedyne niechlubne dokonanie Komisji. Tym razem sprawa dotyczyła najczęściej stosowanego na świecie herbicydu – glifosatu. To substancja aktywna m.in. środków o nazwie Roundup, który jest szeroko wykorzystywany np. przy produkcji genetycznie modyfikowanej soi, kukurydzy i bawełny – odmian Roundup Ready, które mają gen odporności na herbicyd, a zatem uprawy mogą być nim wielokrotnie opryskiwane. Szacuje się, że w skali świata tak uprawiane jest już 80-90% wymienionych roślin. Ale glifosat stosowany jest też w polskich miastach do „pielęgnacji” zieleni, „utrzymania” np. nasypów kolejowych, a także polach – do zwalczania uciążliwych chwastów, a do niedawna nawet do dosuszania plonów bezpośrednio przed zbiorem. Firma Bayer, farmaceutyczny i biotechnologiczny koncern będący właścicielem glifosatu, tylko do października 2023 r. wypłaciła ponad 16 miliardów dolarów odszkodowań za choroby nowotworowe spowodowane długotrwałym stosowaniem glifosatu. Władze UE wciąż nie rozwiązały dotyczącego prawdopodobnej rakotwórczości herbicydu sporu z będącą częścią WHO Międzynarodową Agencją Badań nad Rakiem (IARC). Jednak decyzja zapadła. 28 listopada 2023 r. mimo braku kwalifikowanej większości głosów państw członkowskich i przy proteście organizacji społecznych, Komisja dopuściła glifosat do stosowania na terenie UE na kolejne 10 lat.

Pułapki, w które wciąż wpadamy

Koncerny wydają dużo, żeby przekonać nas – konsumentów, organizacje społeczne, polityków – że pestycydy są całkiem niewinne. Dopiero parę lat temu zniknęła z opakowań Roundupu informacja, że jest on biodegradowalny, o czym latami zapewniano użytkowników. Nie jest. Gromadzi się w glebie, wodzie i ludzkich organizmach. W większości krajów na świecie istnieją normy regulujące najwyższe dopuszczalne poziomy pozostałości pestycydów (NDP) w żywności. Jednak znacznie różnią się one między sobą w zależności od kraju, a praktyka nazywana „tolerancją importową” sprawia, że na rynki europejskie trafiają produkty, które nie spełniają europejskich standardów. Na tym jednak nie koniec. NDP określone są dla pojedynczych substancji, nikt więc nie bada, jakie interakcje zachodzą w produktach, w których poszczególne substancje są w normie, jednak znajduje się ich tam pięć, siedem albo kilkanaście. Nikt też nie bada, jak działa to na glebę i wodę. Entuzjaści stosowania pestycydów zdają się ponadto nie pamiętać, że człowiek codziennie zjada kilkadziesiąt różnych produktów, a pestycydy czy ich pozostałości – a produkty rozpadu są czasem jeszcze bardziej toksyczne niż oryginalne substancje – kumulują się i mieszają w naszych tkankach. Hipokryzja europejskich decydentów ma też inne oblicze: regulacje w Europie dotyczące najbardziej toksycznych pestycydów są może bardziej restrykcyjne niż na innych kontynentach, ale to nie chroni nas przed importem produktów z krajów, gdzie regulacje są znacznie mniej restrykcyjne i słabiej egzekwowane. Dotyczy to np. egzotycznych owoców chętnie kupowanych w Polsce zimą, ale także pasz, szczególnie dla drobiu i trzody chlewnej opartych na poekstrakcyjnej (po wytłoczeniu oleju) śrucie sojowej czy kukurydzy z Ameryki Południowej. Pestycydy kumulują się w tkankach zwierząt karmionych paszą z pestycydami, a ich pozostałości są obecne w mleku, jajach czy mięsie, które produkowane są lokalnie.

Trupy w szafach – pestycydy w ekosystemie i zdrowiu publicznym

A jaki pestycyd jest najczęściej wykrywany w próbkach gleb z gospodarstw ekologicznych w Polsce? Tu uważny czytelnik Zielonych Wiadomości powinien obruszyć się słusznie. Tak, w produkcji ekologicznej nie mogą być wykorzystywane syntetyczne pestycydy. Natomiast zakazane w 1976 r. (sic!) ze względu na wysoką toksyczność DDT do dziś jest z nami. DDT, jak wiele innych wciąż i powszechnie stosowanych pestycydów, ma zdolność bioakumulacji – zamiast rozkładać się w ekosystemie, kumuluje się w tkankach roślin i zwierząt, krąży w obiegu materii i energii. W Unii Europejskiej ponad połowa warzyw, owoców i zbóż jest zanieczyszczona produktami rozkładu pestycydów. Jest jasne, że pestycydy są substancjami toksycznymi, niebezpiecznymi dla organizmów, które nie są celem ich działania. Czyli, między innymi, dla nas. Może zaskakiwać, że badania w tak istotnej sprawie nie są prowadzone na szerszą skalę i nie budzą powszechnego zainteresowania. Jednak danych jest dość, by nie mieć wątpliwości, że pestycydy są przyczyną nowotworów (mózgu, jajników, szyjki macicy, wątroby, płuc, prostaty, białaczki), chorób wynikających z nasilenia stresu oksydacyjnego (m.in. choroby neurodegeneracyjne, cukrzyca), zaburzeń hormonalnych czy problemów z płodnością, donoszeniem ciąży i urodzeniem zdrowych dzieci i ich prawidłowym rozwojem. Pestycydy przekazywane są już przez łożysko, z krwią pępowinową i mlekiem matki. Na naszych oczach koncepty są rozmywane, cele osłabiane, a ich realizacja – ofiara doraźnych interesów politycznych i ekonomicznych – odkładana w czasie. Ale badania są bezlitosne i mówią jednoznacznie: im mniejsze stężenia substancji pestycydów, tym większa ich toksyczność.

*Tekst powstał w oparciu o informacje zawarte w Atlasie Pestycydów wydanym w 2024 r. przez Fundację Heinricha Boella, Koalicję Żywa Ziemia i Polski Klub Ekologiczny Koło Miejskie w Gliwicach. www.pl.boell.org/pl/2024/01/08/ atlas-pestycydow

O genach, pestycydach i zagrożeniach z Denise Dostatny, specjalistką od zasobów genowych, rozmawia Joanna Perzyna.

Joanna Perzyna: Czym się Pani zajmuje?

Denise Dostatny: Od ponad dwudziestu lat pracuję w banku genów roślin – wcześniej w Instytucie Hodowli i Aklimatyzacji Roślin w Radzikowie, teraz w Instytucie Ogrodnictwa w Skierniewicach. Zajmowałam się roślinami rolniczymi, a teraz pracuję nad roślinami warzywnymi oraz dzikimi gatunkami pokrewnymi roślinom uprawnym. Ale moją pasją są chwasty czyli rośliny dzikie – tak zwane gatunki towarzyszące roślinom uprawnym.

Jakiej nazwy woli Pani używać?

Bardzo długo mówiliśmy wyłącznie o chwastach, jednak to słowo ma negatywną konotację – to rośliny niechciane przez człowieka, zarówno przez rolników jak i przez urzędników. Kiedy mówiłam, że trzeba chronić chwasty, wywoływało to oburzenie. Teraz wolę mówić inaczej: to rośliny zwiększające bioróżnorodność w systemach rolniczych, dlatego należy je chronić. Moja koleżanka, prof. Teresa Dąbkowska z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, zaproponowała określenie „rośliny towarzyszące”. Rzeczywiście chwasty są roślinami towarzyszącymi uprawom, choć fachowe określenie to „chwast” czy roślina segetalna. W zależności od tego, z kim rozmawiam, czasami używam słowa „chwast”, a czasem określenia „roślina towarzysząca uprawom”. Od zawsze chciałam zajmować się ochroną chwastów. Kiedy mówię o ochronie chwastów, nie jestem wariatką, która chce chronić wszystko, co rośnie.

Na przykład niedaleko stąd, przy ogródkach działkowych, masowo pojawia się nawłoć, choć kilka lat temu nie było jej wcale. Rosło za to pełno pokrzyw i innych roślin rodzimych czy archeofitów – roślin obcego pochodzenia, które znalazły się i trwale zadomowiły w Polsce przed końcem XV w. Teraz wszędzie rośnie nawłoć, praktycznie nie ma nic innego. Jeśli chronimy gatunki rzadsze – rodzime albo archeofity – nie pozwalamy, żeby rozwijały się rośliny, które przybyły niedawno i nie mają tu konkurencji, więc bardzo się rozprzestrzeniają. Im bardziej zmniejszamy naszą florę, tym bardziej pozwalamy, żeby rozwijały się takie chwasty jak nawłoć, czy inne inwazyjne gatunki roślin. Jednym ze sposobów powstrzymywania inwazji obcych roślin jest zachowanie naszych, rodzimych gatunków – one mają tu swoje miejsce, jak każdy z nas ma swoje miejsce w przyrodzie.

Jak się Pani współpracuje w tej kwestii z rolnikami?

Współpraca z niektórymi rolnikami nie jest taka trudna. Wystarczy tłumaczyć, dlaczego powinniśmy chronić rośliny dzikie, które często są postrzegany jako chwasty. Dzięki rozmowom, wyjaśnieniom oraz przy stałej współpracy rolnicy rozumieją, że niektóre rośliny są naprawdę potrzebne. Podam przykład: część gleb w Niecce Nidziańskiej w województwie świętokrzyskim to rędziny i w niektórych miejscach, gdzie jest duże nachylenie terenu, obecność gatunków dzikich jest bardzo potrzebna – to one na zboczach utrzymują glebę. Na polu pryskanym herbicydami, gdzie prawie nic nie rośnie, wystarczy, że popada deszcz i zaraz robią się dziury, następuje erozja. Gatunki towarzyszące hamują trochę ten proces, przeciwdziałają erozji. Jeżdżę tam już od 20-30 lat i czasami rolnicy sami kontaktują się ze mną i mówią „proszę przyjechać, bo coś ciekawego się pojawiło”.

Przykładem jest wilczypieprz roczny (Thymelaea passerina), gatunek, który nie występował na obszarze Niecki Nidziańskiej przez 20 lat, jednak pojawił się ponownie kilka lat temu. To znaczy, że ta roślina przez cały czas była w banku nasion w glebie! Ona jest delikatna, malutka – na pewno nie będzie miała wpływu na plon rośliny uprawnej. Tam było jej miejsce i powróciła! I to jest bardzo, bardzo pozytywne. Nadmierne stosowanie herbicydów powoduje, że znikają rzadsze gatunki, które powinnyśmy chronić, i które ja pragnęłabym chronić. Jeśli pozbędziemy się jakichś roślin, czy naprawdę myślimy, że pozostanie tam pustka? Nie, to tak nie działa – zawsze coś się pojawi. Jeśli znika jakiś gatunek, pojawią się inne – sami wprowadzamy to, czego nie chcemy. Jeśli na danym polu lub obszarze występuje tylko kilka gatunków obcych, stają się one ekspansywne, rozprzestrzeniają się i mogą zwiększyć swoje pokrycie, bo nie mają konkurencji ze strony innych gatunków. 

Pracowała Pani kiedyś z pestycydami?

WInstytucie Hodowli iAklimatyzacji Roślin przeprowadziłam doświadczenie polegające na zastosowaniu różnych dawek herbicydów w uprawie zbóż. Badałam skład gatunkowy i liczbę chwastów na poletkach. Zastosowałam dwa różne herbicydy w zalecanej dawce, dawce zwiększonej o 30% lub zmniejszonej o 30%. Było też poletko bez herbicydów. Wstępne wyniki były zdumiewające, a moja hipoteza potwierdziła się. 

„Im więcej gatunków chwastów występuje na danym polu, tym silniej konkurują one ze sobą nie zwiększając swojego pokrycia. W efekcie ich wpływ na obniżenie plonu jest niewielki. Chwasty czasami mogą przynieść więcej korzyści niż szkody”

Co dokładnie się okazało?

Plon rośliny uprawnej praktycznej się nie zmniejszył przy niższych dawkach herbicydów, mimo że liczba chwastów była większa. Z drugiej strony, na niektórych poletkach ze zwiększonymi dawkami herbicydów plon rośliny uprawnej był niższy niż na pozostałych poletkach, ponieważ występowały dwa lub trzy gatunki chwastów odpornych na stosowanie danego środka chemicznego, a następnie te pojedyncze gatunki – przy braku konkurencji – szybko zwiększały swoją populację. To jest moja teza z czasów pracy doktorskiej: im więcej gatunków chwastów występuje na danym polu, tym silniej konkurują one ze sobą, nie zwiększając swojego pokrycia. W efekcie ich wpływ na obniżenie plonu jest niewielki. Chwasty czasami mogą przynieść więcej korzyści niż szkody.

Świetne. Czy w takim razie możliwe jest zmniejszenie ilości stosowanych pestycydów?

Oczywiście potrzebne są dalsze badania, ponieważ trudno uwierzyć, że obecność kilku gatunków dzikich roślin rzeczywiście prowadzi do ich wzajemnej konkurencji i nie stanowi zagrożenia dla wielkości plonu. Zawsze mówię rolnikom ekologicznym, że pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, może piąty rok po przejściu na uprawę ekologiczną są katastrofalne – wszystko jest do góry nogami, nasiona, które były w banku nasion gleby wychodzą jak szalone, ponieważ w końcu nie ma pestycydów. Jest to zniechęcające. A ja mówię „poczekajcie, aż wszystkie wyjdą i zaczną ze sobą konkurować”. Trzeba być cierpliwym, a efekty będą widoczne. Rok lub dwa, żeby przejść na rolnictwo ekologiczne, to za mało. Niestety, większość osób nie chce czekać. Uważam, że skoro rolnictwo ekologiczne radzi sobie bez pestycydów, bez chemii, to i w rolnictwie konwencjonalnym możemy spróbować zmniejszyć ilość pestycydów.

A jaka była skala tych badań? Na jakich zbożach je Pani prowadziła?

Przeprowadziłam badania na pszenicy ozimej. Niestety były to badania krótkoterminowe, więc nie opublikowałam wyników na ich podstawie. Ale wyniki były zgodne z moimi obserwacjami podczas zbierania danych do pracy doktorskiej w Niecce Nidziańskiej. Wykonałam tam około 400 zdjęć fitosocjologicznych (opisów danego płata roślinności sporządzonych według umownego schematu, w którym odnotowuje się wszystkie występujące tam rośliny i ich procentowe pokrycie – przyp. red.) na polach zbóż przez trzy kolejne lata i zaobserwowałam to samo: rośliny konkurują ze sobą i nie ma co się obawiać o znaczące straty w plonach. W Polsce nikt się tym raczej nie interesuje, trudno przekonać rolników, hodowców czy urzędników. Jednak koledzy z innych krajów europejskich zachęcają mnie do kontynuowania badań. W zeszłym roku zostałam zaproszona do Anglii i Walii, aby opowiedzieć o dzikich roślinach towarzyszących uprawom i ich ochronie. Obecnie w Europie dużo też mówi się o dzikich gatunkach pokrewnych roślinom uprawnym. 

Co to za grupa?

Nimi również zawsze chciałam się zajmować. Dzikie gatunki pokrewne roślinom uprawnym (ang. crop wild relatives, CWR) są bezpośrednio spokrewnione z roślinami uprawnymi. Mówiąc najprościej, są bezpośrednimi przodkami roślin uprawnych lub roślinami ewolucyjnie z nimi spokrewnionymi. Ich geny mogą być wykorzystane do tworzenia nowych odmian – dzięki nim mamy szerszą pulę genów do hodowli nowych odmian. 

Flora naczyniowa Polski obejmuje około 3500 gatunków. Wliczam tu też archeofity, które przybyły do Polski w XV wieku lub wcześniej – a więc są już nieźle zadomowione, przystosowane do życia tutaj – oraz nowych przybyszów, tj. kenofity, które dołączyły do naszej flory po XV wieku. Gatunki dzikie pokrewne roślinom uprawnym to bardzo ważna grupa, jednak nigdy nie była traktowana osobno. Rośliny tych gatunków mogą mieć duży potencjał oraz dużą wartość ekonomiczną, a nawet społeczną. Ale przede wszystkim są bogatym źródłem zmienności genetycznej dla hodowli. Wie Pani o bananach?

Że mamy tylko jedną odmianę?

Tak, wszystkie banany produkowane masowo na świecie – odmiana Cavendish – są klonem tej samej rośliny rozmnażanej wegetatywnie. To znaczy, że mają tę samą pulę genów – genetycznie są niemal identyczne. W przypadku nowej choroby np. grzybowej, jest duże prawdopodobieństwo, że zniszczone zostaną uprawy na całym świecie. Jeśli chcemy zapobiec takiej sytuacji – w wielkim uproszczeniu – musimy mieć rozszerzoną pulę genów, którą oferują gatunki pokrewne roślinom uprawnym. Do nich możemy sięgnąć w razie choroby. To jest skrajny przypadek. Natomiast sytuacja wygląda tak, że w COBORU (Centralny Ośrodek Badania Odmian Roślin Uprawnych – przyp. red.), który prowadzi rejestr odmian gatunków roślin uprawnych, mamy zarejestrowanych ok. 170 gatunków (i wiele ich odmian) roślin uprawnych, licząc warzywnicze, sadownicze i rolnicze. To bardzo niewiele.

Dla porównania, w samej Polsce mamy 1458 gatunków, które są blisko spokrewnione z roślinami uprawianymi, ale jest też mnóstwo innych, blisko spokrewnionych z gatunkami uprawianymi w innych krajach. Jeśli cokolwiek się wydarzy – a patrząc na to, co dzieje się w ostatnich latach, jest to całkiem prawdopodobne – jeśli jakaś choroba zaatakuje pszenicę, ryż lub inną roślinę uprawianą na dużą skalę na świecie, tracimy wszystko. Musimy mieć przygotowany materiał genetyczny z roślin dzikich (np. w formie nasion, tak jak mamy w bankach genów), aby w razie czego móc stworzyć nowe, bardziej odporne odmiany. Dzikie gatunki pokrewne roślinom uprawnym powinny być wykorzystane bardziej systematycznie do identyfikacji genów koniecznych do tworzenia odpornych odmian roślin. To nasze bezpieczeństwo żywnościowe w obliczu zmieniających się warunków klimatycznych.

Robimy coś w tym kierunku?

Niestety niewiele. Gromadzenie materiału genetycznego dzikich gatunków nie jest priorytetem dla naszego kraju. Dodatkowo jest to kosztowne – rośliny te dojrzewają o różnych porach, a ich poszukiwanie wymaga licznych wypraw terenowych. Natomiast, razem z kolegami zbieramy nasiona, bulwy i zrazy materiału genetycznego starych i lokalnych odmian roślin rolniczych, warzywnych, ozdobnych i drzew owocowych, które niegdyś były uprawiane w Polsce. Robimy to, ponieważ te rośliny w jakiś sposób są dostosowane do naszego klimatu i naszych gleb. Kiedyś nie stosowaliśmy pestycydów – albo wcale albo nie w takiej skali – i one sobie radziły.

Dlaczego rośliny uprawne radziły sobie z chorobami w przeszłości, a teraz nie? Dlatego, że cały czas zawężamy pulę genów. Jest wiele odmian, np. pszenicy ozimej i jarej, ale one są bardzo zbliżone do siebie. Jednak gatunki takie jak pszenica samopsza, która była jedną z pierwszych uprawianych pszenic na świecie, nie są chętnie uprawiane przez rolników. Samopsza ma malutki kłos, tylko dwa rzędy nasion, jest drobna, cienka jak trawa i wydaje mały plon – około 2 tony z hektara. Ale za to może rosnąć niemal wszędzie. Kto będzie chciał się bawić w taką uprawę? Tylko rolnicy ekologiczni, którzy wierzą w to, co robią.

Czyli sami stworzyliśmy odmiany, które są mniej odporne?

Współczesne odmiany nie radzą sobie ze zmianami klimatycznymi i innymi trudnymi warunkami, ponieważ są bardzo oddalone od swoich dzikich krewnych, a ich pula genowa jest bardzo zawężona. Nie radzą sobie i potrzebują całego zestawu środków ochrony roślin – inaczej nie przetrwają. Współczesne odmiany, bez wsparcia ze strony środków chemicznych, nie są w stanie prawidłowo rosnąć na polu dłużej niż 2-3 lata, więc rolnicy muszą wymieniać ich nasiona (materiał siewny) do ponownego siewu. Odmiany są tworzone, aby dawać jak największy plon – aktualnie to niemal jedyny priorytet. Kiedyś uprawialiśmy np. pszenicę ozimą, odmianę Litewka, która dorasta do 2 metrów wysokości. Dziś słoma nie jest potrzebna i liczy się tylko wielkość kłosa. Pszenica ozima jest teraz niska, prawie jak jęczmień, a kłos ma mieć jak najwięcej ziaren.

Dawna pszenica była silniejsza jako roślina, ponieważ miała szerszą pulę genów. Te nowe odmiany mają geny nakierowane na to, żeby masa 1000 ziaren była jak największa. Tworząc nowe odmiany trzeba się na czymś skupić. Aby zmaksymalizować plon często pomijamy kwestię odporności rośliny. Taka roślina wkłada całą energię w produkcję kłosa i staje się bardziej bezbronna. Dlatego potrzebne jest coraz więcej pestycydów. Dla koncernów to nawet lepiej – jeśli rośliny są mniej odporne, muszą produkować więcej środków chemicznych. Będą się chwytać wszelkich argumentów, aby udowodnić, że pestycydy są potrzebne. Natomiast jeśli uprawiamy starą odmianę z czasów, kiedy nie było tylu pestycydów, jest większe prawdopodobieństwo, że roślina poradzi z tymi skrajnymi warunkami – suszami czy mokrymi latami – tylko wyda mniejszy plon. Nie możemy od niej oczekiwać, żeby wydała duży plon. Została stworzona do czegoś innego – aby przetrwać.

 

Mniszek lekarski

Fot: Canva

Denise Dostatny jest botaniczką specjalizującą się w ochronie zasobów genetycznych roślin. Doradza rolnikom oraz instytucjom w zakresie programó w rolnośrodowiskowych i ochrony bioróżnorodności na obszarach wiejskich. Jest autorką dwóch monografii naukowych: „Dzikie gatunki pokrewne roślinom uprawnym występujące w Polsce – lista, zasoby i zagrożenia” oraz „Vademecum dawnych roślin uprawnych”.

Gleba jest jednym z najstarszych i najbardziej pierwotnych tematów w literaturze przedstawiającym głębokie związki człowieka z naturą oraz jego miejsce w świecie. Związki te często określano jako relacje duchowe, ściśle powiązane z przynależnością do danego miejsca oraz pamięcią o przodkach. 

W literaturze polskiej gleba staje się obiektem czci szczególnie w epoce pozytywizmu i Młodej Polski. Począwszy od „Roty” Marii Konopnickiej, przez powieść Elizy Orzeszkowej „Nad Niemnem” aż po szczególną powieść „Chłopi” Władysława Reymonta. W „Chłopach” gleba i morgi są nieodłącznym elementem życia bohaterów, symbolem ich tożsamości i źródłem wszelkich wartości. Przez cztery pory roku obserwujemy, jak wielkie znaczenie ma ziemia – w szczególności w poruszającej scenie śmierci Boryny, którego życie i sens istnienia związane są z glebą. U Reymonta jest ona symbolem dostatku, tożsamości oraz ciężkiej całorocznej pracy.

Obecność motywu gleby w literaturze wynika z naszych wielowiekowych tradycji rolniczych. Obecnie niemalże 60% gleb w Polsce użytkowana jest rolniczo (grunty orne, trwałe użytki zielone, sady, plantacje). Posiadamy niesłychanie cenne zasoby, o które Polska przez wieki walczyła, a Polacy przelewali krew. Zasobami tymi są gleby, które odpowiadają za dostarczanie żywności Polakom. Jednak czy dostatecznie o nie dbamy i czy na pewno Zielony Ład, tak szeroko krytykowany, jest dla polskich rolników zagrożeniem? 

Gleba jako źródło odnawialne – ale czy na pewno?

Gleby stanowią wierzchnią cienką warstwę litosfery, która jest aktywna biologicznie. Oznacza to, że w glebach rozwija się życie, a wraz z nim i same gleby. Pierwszym etapem tworzenia się gleb jest wietrzenie skał i rozkład organizmów pionierskich zasiedlających powierzchnie skał lub innych utworów. Podczas obumierania tych organizmów, tworzy się materia organiczna i rozwija się poziom próchniczny gleb. Pod wpływem różnych czynników takich jak woda, obecność organizmów żywych, klimat, skała macierzysta, rzeźba terenu oraz wszelka działalność człowieka, gleby w określonym czasie ulegają dalszemu rozwojowi. Jednakże na powstanie 1 cm warstwy gleby trzeba czekać kilkaset lat, wiele pokoleń. W związku z tym, mimo że gleby są zasobem odnawialnym, przywrócenie ich właściwości jest trudne, czasochłonne i wymaga dużych nakładów finansowych.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Skład gleb

Gleba jest utworem trójfazowym. Fazę stałą stanowią substancje i utwory mineralne, które wchodzą w skład skały macierzystej i mogą ulegać dalszym procesom wietrzenia, a także materiały przetransportowane z innych miejsc wskutek erozji lub działalności człowieka. Częściowo do fazy stałej zaliczyć można materię organiczną, która powstała z rozkładu organizmów żywych i ich przemiany materii. W skład gleby wchodzi również woda, która rozprowadza substancje odżywcze w glebie i umożliwia ich pobór przez rośliny. Jest ona nieodłącznym elementem powstawania i rozwoju życia w glebie. Ostatnią fazą gleb jest faza gazowa, czyli obecność powietrza glebowego. Przestwory glebowe zapewniają dostarczanie tlenu dla organizmów tlenowych oraz wymianę gazową między glebą a

atmosferą. Im więcej takich przestworów, tym większa porowatość i przepuszczalność gleb.

Właściwości gleb

Gleba jest utworem o skomplikowanym składzie chemicznym. W jej skład wchodzą makroskładniki, takie jak azot, fosfor, potas, wapń, magnez i siarka oraz mikroelementy, do których należą głównie żelazo, mangan, cynk, miedź i chrom. Dostępność pierwiastków dla roślin związana jest z ich innymi właściwościami chemicznymi, np. odczynem gleby (określanym przez wartość pH). W zależności od pH różne pierwiastki będą wykazywały większą lub mniejszą rozpuszczalność i przyswajalność. Odczyn gleb należy monitorować i w zależności od potrzeb stosować racjonalne wapnowanie. Istotną rolę w procesach chemicznych odgrywa również materia organiczna i właściwości sorpcyjne gleby.

Przez właściwości sorpcyjne gleb rozumie się wszystkie procesy pochłaniania oraz zatrzymywania różnych substancji w glebie. Zdolności sorpcyjne zależą od uziarnienia gleb, w szczególności zawartości najdrobniejszej frakcji ilastej oraz zawartości materii organicznej. Ta ostatnia jest bardzo złożonym elementem gleb. W jej skład wchodzą organizmy żywe, resztki organiczne oraz próchnica, która jest mieszaniną rozłożonych i nierozłożonych organizmów. Materia organiczna warunkuje żyzność gleb, odpowiada za regulację niemalże wszystkich jej właściwości. 

Właściwości fizyczne gleb wspomagają rozwój procesów w glebie oraz wpływają na tempo zachodzenia różnych reakcji chemicznych. Wpływają także na zapewnienie organizmom żywym jak najlepszych warunków rozwoju. Do najbardziej istotnych z punktu widzenia rolnictwa w Polsce należą: uziarnienie gleb, czyli jej skład granulometryczny, wilgotność, porowatość, struktura, gęstość objętościowa, pojemność wodna oraz bilans wodny. Określenie i monitoring tych parametrów pozwoli na wybranie najlepszych gatunków roślin uprawnych i dostosowanie ich do właściwości fizycznych gleby.

Przez wiele lat właściwości biologiczne gleb nie były analizowane w takiej skali jak właściwości fizyczne i chemiczne. Określenie i szczegółowe badania różnorodności biologicznej są kosztowne. Jednakże

istnieje kilka wskaźników, które mogą świadczyć o dobrych właściwościach badanych gleb. Najczęściej spotykanym wskaźnikiem jest obecność dżdżownic. Pełnią one bardzo ważną funkcję w rozkładzie materii organicznej oraz poprawie struktury gleby. W miejscach bytowania tych organizmów możemy zaobserwować, że gleby są bardziej pulchne. Faunę glebową, oprócz dżdżownic i ssaków, tworzą mięczaki, skoczogonki, roztocza, stawonogi, wazonkowce, nicienie i pierwotniaki. Wszystkie odgrywają znaczną rolę w rozkładzie materii organicznej i regulowaniu właściwości gleb.

Nie bez znaczenia pozostają także grzyby, które tworzą symbiozę z korzeniami roślin (mikoryza) pomagając im w pobieraniu substancji odżywczych, witamin oraz wody. Dodatkowo rozrastają się wraz z korzeniami zwiększając ich powierzchnię i zdolność wchłaniania substancji z gleby. Grzyby mogą również pomagać roślinom w transportowaniu sygnałów ze środowiska między wieloma gatunkami.

Ważnymi organizmami w glebie są również bakterie. Szereg bakterii odpowiada za rozkład materii organicznej oraz minerałów w glebie, przemiany pierwiastków (w szczególności węgla, azotu, fosforu, siarki, żelaza i manganu), walkę z patogenami i wzbogacanie gleb w azot pochodzący z atmosfery (np. bakterie rodzaju Azotobacter i Rhisobium). 

Rozwiązania i kierunki zrównoważonego gospodarowania glebami

Niewątpliwie jednym z najważniejszych aspektów ochrony gleb jest planowanie przestrzenne uwzględniające ochronę środowiska. Gleby chronione są ustawowo, dlatego też dokumenty planistyczne

powinny zawierać informacje o przydatności rolniczej gleb, ich uziarnieniu oraz miejscu występowania gleb organicznych, które podlegają ochronie i nie powinny być przeznaczane na cele inne niż rolnicze i leśne. Jedną z ważnych strategii, która ma na celu ochronę zdrowia gleb, jest opracowany w 2019 r. Zielony Ład (ang. Green Deal). Od samego początku budzi on liczne kontrowersje wynikające z ambitnych założeń i celów Komisji Europejskiej. W kontekście rolnictwa, Zielony Ład proponuje szereg pozytywnych rozwiązań, które mają na celu ochronę gleb, poprawę zdrowia ludzi oraz zwiększenie bioróżnorodności. Jednym z kluczowych założeń Zielonego Ładu jest ograniczenie stosowania pestycydów i nawozów syntetycznych. Dzięki temu, gleba i woda będą mniej zanieczyszczone, co przyczyni się do poprawy jakości środowiska oraz zdrowia ludzi.

Ograniczenia w stosowaniu tych substancji (oraz stosowanie ich zgodnie z zaleceniami producentów) mogą również przywrócić dawne siedliska gatunków roślin i zwierząt najbardziej wrażliwych na zmiany w ekosystemie. Zielony Ład wspiera również zrównoważone zarządzanie zasobami wodnymi.

Wprowadzenie bardziej efektywnych systemów nawadniania oraz praktyk rolniczych, które minimalizują zużycie wody oraz jej retencję, przyczyni się do ochrony tego cennego zasobu. Woda jest niezbędna do produkcji żywności, a jej racjonalne wykorzystanie jest kluczowe dla przyszłości rolnictwa. Ważnym aspektem Zielonego Ładu jest także ochrona bioróżnorodności. Plan zakłada tworzenie obszarów chronionych oraz promowanie praktyk rolniczych, które wspierają różnorodność biologiczną. Dzięki temu rolnictwo będzie bardziej odporne na zmiany klimatyczne i choroby, co zwiększy jego

stabilność i wydajność. Jednocześnie poprawa mikrobiomu gleby przyspieszy rozkład materii organicznej, przyczyni się do zwiększania zasobów węgla organicznego w glebach, a także poprawi strukturę gleby.

Elementem Zielonego Ładu, który silnie wspiera rolnictwo jest Strategia „Od pola do stołu” (ang. Farm to Fork Strategy) mająca na celu przekształcenie systemu żywnościowego w bardziej zrównoważony, zdrowy i przyjazny dla środowiska. Jej główne cele to ograniczenie o 50% ryzyka wynikającego ze stosowania pestycydów, zmniejszenie użycia nawozów o 20%, a także ograniczenie stosowania antybiotyków w chowie zwierząt o 50%. Jest to niezwykle istotne dla zdrowia konsumentów. Nikt przecież świadomie nie chce przyjmować substancji używanych w nadmiarze zarówno w produkcji roślinnej, jak i zwierzęcej. Założeniem jest ochrona roślin i zwierząt przed chorobami, ale niestety nic w przyrodzie nie ginie. To, czym żywią się rośliny i zwierzęta, trafia również do naszych organizmów.

Scenariusze na przyszłość

Niestety Polska podąża w niebezpiecznym kierunku ignorancji – ignorowania środowiska i jego zasobów. O ile rolnicy stają się coraz bardziej świadomi zagrożeń i konieczności ochrony gleb, które nas żywią, o tyle sektor nieruchomości i budownictwa za nic ma ochronę środowiska, głosząc często puste hasła o zrównoważonym zagospodarowaniu i sadzeniu nowych drzew. Greenwashing bardzo dobrze sprzedaje się w dzisiejszych czasach, generując dodatkowe dochody dla pewnych sektorów gospodarki. Planowanie przestrzenne z uwzględnieniem ochrony gleb jest bardzo rzadkim zjawiskiem. Powstawanie

wielkopowierzchniowych osiedli na terenach zalewowych oraz przekształcanie gruntów ornych i leśnych na cele zabudowy mogą być katastrofalne w skutkach zarówno dla środowiska, jak i mieszkańców. Budowa na niestabilnym gruncie (głównie utwory organiczne i pochodzenia organicznego) wiązać się będzie z zagrożeniem powodzią, okresowymi podtopieniami i szybkim niszczeniem budynków. Z kolei brak możliwości regulacji obiegu wody zwiększa zagrożenie powodziami.

Niestety brak przywiązania do ziemi kolejnych pokoleń i niska opłacalność rolnictwa małoobszarowego przyczyniają się do konieczności dzierżawy lub sprzedaży gruntów, które często przeznaczane są na cele nierolnicze. Jest to niebezpieczne zarówno dla środowiska, jak i dla społeczeństwa. Dalsze przekształcenia i nieodwracalna degradacja gleb przyczynić się mogą do zaburzenia bezpieczeństwa

żywnościowego w kraju. Dodatkowo, brutalne zasady rynku powodują, że bardziej opłacalny jest import żywności z zagranicy niż kupowanie produktów z gospodarstw lokalnych i regionalnych. A chyba oczywisty jest fakt, że żywność produkowana w Polsce jest bezpieczna i nie musi być konserwowana przed długim transportem, aby mogła być dostarczana prosto na nasz stół. Zastanawiam się, co powiedzieliby nasi dziadkowie, pradziadkowie, którzy zobaczyliby, że na ich drogiej, żyznej glebie powstają nowe osiedla, magazyny, galerie handlowe i supermarkety.


Słowniczek

  • Zielony Ład – Jest to długookresowa strategia Unii Europejskiej mająca na celu poprawę jakości i ochronę środowiska a także zapewnienie wysokiej jakości produktów przy prowadzeniu zrównoważonej gospodarki, mniej szkodliwej dla środowiska i zdrowia ludzi.
  • aktywność biologiczna – odnosi się do działalności mikroorganizmów, roślin i zwierząt zasiedlających gleby, które wpływają na jej strukturę, żyzność i przemiany biologiczne, chemiczne i fizyczne.
  • wietrzenie – proces rozdrabniania i rozkładu minerałów oraz skał występujących zarówno w glebach, jak i całym środowisku.
  • organizmy pionierskie – gatunki, które jako pierwsze zasiedlają nowe lub zdegradowane siedliska, pod których wpływem rozwijają się gleby, np. porosty lub mchy
  • poziom próchniczny – lub poziom akumulacyjny, to wierzchni poziom gleb (zazwyczaj kilkunasto- kilkudziesięciocentymetrowy), który wyróżnia się obecnością mniej lub bardziej rozłożonych szczątków roślinnych i zwierzęcych.
  • skała macierzysta – powierzchniowa warstwa skorupy ziemskiej, z której wskutek zachodzenia różnych procesów (np. wietrzenia) powstają gleby
  • rzeźba terenu – czyli inaczej ukształtowanie powierzchni Ziemi powstałe w wyniku działania różnych czynników naturalnych (np. lądolód, lodowce, erozja wodna, wietrzenie) a także działalności człowieka (np. wały, nasypy). Procesy te prowadzą do powstania zróżnicowanych form rzeźby terenu takich jak góry, doliny, wydmy, wały przeciwpowodziowe, kotliny, zapadliska, wąwozy, klify.
  • przestwory glebowe – tzw. pory glebowe są to przestrzenie w glebie wypełnione powietrzem lub wodą
  • porowatość gleb – na występowanie wolnych przestrzeni (porów) pomiędzy cząsteczkami fazy stałej gleby
  • przepuszczalność gleb – zdolność gleb do przemieszczania wody
  • pH – wskaźnik odczynu gleby; miara kwasowości lub zasadowości gleby w skali od 0 do 14, gdzie skrajne wartości informują o degradacji gleb. Gleby w Polsce przyjmują naturalnie pH w zakresie 3,0 do 8,5.
  • skład granulometryczny – zwany teksturą gleby, odnosi się do procentowego udziału różnych frakcji cząstek mineralnych w glebie, wśród których wyróżniamy frakcję piasku pyłu i iłu.
  • gęstość objętościowa – stosunek masy gleby (wagi) do jej objętości
  • pojemność wodna gleb – zdolność gleby do zatrzymywania wody, inaczej jest to ilość wody, jaką gleba może zatrzymywać w mniejszych lub większych porach
  • bilans wodny – różnica między wodą dostarczaną do gleby (opady lub nawadnianie) a wodą traconą (parowanie i odpływ)
  • struktura gleb – jest to sposób i kształt ułożenia i powiązania cząstek mineralnych i organicznych gleby, wpływa ona na szereg właściwości, np. przepuszczalność i porowatość gleb. Najbardziej korzysta z punktu widzenia rolnictwa struktura gleb jest struktura gruzełkowa.
  • mikrobiom gleby – jest to zespół wszystkich mikroorganizmów w glebie, do których zaliczamy na przykład bakterie, grzyby, pierwotniaki
  • Greenwashing – praktyka stosowana przez firmy, mająca na celu umyślne wprowadzenie konsumentów w błąd przy użyciu szeregu technik sugerujących, że ich działalność jest bardziej przyjazna dla środowiska, niż jest to faktycznie. Często takie zabiegi mają na celu podwyższenie wartości produktów, przez reklamowanie ich jako „eko”, „bio”, czy „przyjazne środowisku”. Czasami wystarczy nawet zastosowanie zielonych opakowań lub etykiet. Należy zawsze rzetelnie sprawdzać działalność firm i sposób świadczenia przez nie usług czy produkcji dóbr.
Źródła:
Bednarek, R., Dziadowiec, H., Pokojska, U., Prusinkiewicz, Z. 2011. Badania ekologiczno gleboznawcze. Wydawnictwo naukowe PWN, Warszawa. ISBN 978-83-01-14216-2
Mocek, A. (Red.), 2021. Gleboznawstwo. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa. ISBN 978-83-01-21857-7
Komisja Europejska, 2019. COMMUNICATION FROM THE COMMISSION TO THE EUROPEAN PARLIAMENT, THE EUROPEAN COUNCIL, THE COUNCIL, THE EUROPEAN ECONOMIC AND SOCIAL COMMITTEE AND THE COMMITTEE OF THE REGIONS – The European Green Deal. COM(2019) 640 final. Bruksela

Dr Sylwia Pindral jest członkinią Polskiego Towarzystwa Gleboznawczego, absolwentka geografii, geoinformacji środowiskowej oraz studiów doktoranckich na UMK w Toruniu. Naukowo zajmuje się analizami przestrzennymi, modelowaniem właściwości, zagrożeń i usług ekosystemowych gleb Polski. Obecnie zatrudniona na stanowisku badawczo-technicznym w IUNG-PIB.

 

Koalicja Żywa Ziemia zaprasza na webinar poświęcony wprowadzaniu żywności ekologicznej do szkół i przedszkoli, który odbędzie się 24 kwietnia 2025 roku w godzinach 10:00-13:00. Podczas wydarzenia eksperci przedstawią główne wnioski i rekomendacje dotyczące tego ważnego tematu.

Dlaczego żywność ekologiczna jest kluczowa dla zdrowia dzieci

Żywność ekologiczna charakteryzuje się wysoką jakością i jest produkowana bez użycia sztucznych nawozów i pestycydów. To znacząco ogranicza ryzyko wystąpienia chemicznych pozostałości, które mogą negatywnie wpływać na zdrowie dzieci. Badania potwierdzają, że wprowadzenie żywności ekologicznej do placówek edukacyjnych przynosi wymierne korzyści zdrowotne.

FAKT: Produkty ekologiczne zawierają więcej przeciwutleniaczy i witamin, a jednocześnie są wolne od szkodliwych pozostałości pestycydów.

Sprawdzone rozwiązania z Europy

W wielu krajach UE funkcjonują już skuteczne systemy wspierające włączanie żywności ekologicznej do wyżywienia w szkołach i przedszkolach. Przykładem jest program „Diet for a Green Planet” wdrożony w Szwecji, dzięki któremu placówki edukacyjne kupują produkty ekologiczne bezpośrednio od lokalnych rolników.

Podczas webinaru dr inż. Urszula Sołtysiak z Polskiej Izby Żywności Ekologicznej oraz Ewa Sufin ze Strefy Zieleni przedstawią szczegółowo rozwiązania z innych państw UE, które mogłyby zostać zaadaptowane w Polsce.

Wyzwania dla polskich samorządów

W Polsce wciąż istnieją liczne bariery hamujące wprowadzenie żywności ekologicznej do placówek edukacyjnych. Koalicja Żywa Ziemia zdiagnozowała te przeszkody i wskaże kierunki zmian, aby samorządy mogły włączyć kryterium wyboru żywności ekologicznej do zamówień publicznych.

Prof. Renata Kazimierczak (SGGW) i dr inż. Agata Szczebyło (WWF) zaprezentują wyniki badań dotyczących możliwości i zainteresowania samorządów tym tematem, bazując na studiach przypadków z Polski i badaniach ilościowych.

Ekonomiczne i prawne aspekty zmian

Jednym z głównych argumentów przeciwko wprowadzaniu żywności ekologicznej do szkół są wyższe koszty. Prof. Sylwia Żakowska-Biemans (SGGW) omówi ekonomiczne aspekty takich zmian, wskazując, że zrównoważone zamówienia publiczne mogą wspierać lokalnych producentów i przyczyniać się do rozwoju gospodarczego regionu.

Mecenas Aleksandra Bieniek i mecenas Magdalena Świąder przedstawią analizę przepisów prawnych oraz wskażą bariery prawne dotyczące wprowadzenia żywności ekologicznej do szkół i przedszkoli.

Raport i przyszłe działania

Koalicja Żywa Ziemia kończy pracę nad raportem „Wprowadzenie żywności ekologicznej do szkół i przedszkoli w Polsce„, który zostanie opublikowany w maju 2025 roku. Dokument zawiera szczegółową analizę aspektów zdrowotnych, ekonomicznych, prawnych i organizacyjnych oraz przykłady dobrych praktyk z innych krajów UE.

Po publikacji raportu planowana jest kontynuacja debaty publicznej, której celem będzie wypracowanie systemowych rozwiązań umożliwiających władzom samorządowym, szkołom i przedszkolom zamawianie żywności ekologicznej, najlepiej pochodzącej z produkcji lokalnej lub krótkich łańcuchów dostaw.

Program webinaru

Webinar odbędzie się 24 kwietnia 2025 roku (10:00-13:00) i obejmie następujące tematy:

  1. Rozwiązania dotyczące wprowadzania żywności ekologicznej do szkół i przedszkoli w UE

  2. Możliwości i zainteresowanie samorządów wprowadzeniem żywności ekologicznej

  3. Aspekty ekonomiczne wprowadzenia żywności ekologicznej do zamówień publicznych

  4. Wpływ żywności ekologicznej na zdrowie człowieka

  5. Analiza barier prawnych i propozycje zmian

  6. Debata z możliwością zadawania pytań

Jak dołączyć do webinaru?

Link do webinaru: https://fb.me/e/2XTycEztu

Zachęcamy wszystkich zainteresowanych tematem zdrowego żywienia dzieci do udziału w wydarzeniu. Wspólnie możemy wypracować rozwiązania, które przyczynią się do poprawy jakości posiłków w placówkach edukacyjnych i zdrowszej przyszłości naszych dzieci.

Zdjęcia: Koalicja Żywa Ziemia

22 listopada Parlament Europejski odrzucił wniosek Komisji Europejskiej dotyczący ambitnego rozporządzenia w sprawie redukcji użycia pestycydów w Europie (SUR). Propozycja ta była pilna i niezbędna dla zapewnienia minimalnej ochrony obywateli UE i ekosystemów przed toksycznością pestycydów. Ten brak wsparcia stanowi poważny atak na Zielony Ład i interes publiczny. To smutny czas dla demokracji w UE w przededniu wyborów europejskich.

W wyniku głosowania, podczas którego usunięto większość kluczowych środków zawartych we wniosku, powstał tekst pozbawiony jakiejkolwiek treści. „Tysiące naukowców i miliony obywateli domagały się ograniczenia pestycydów w celu ochrony zdrowia i środowiska. Nie uwzględniając tych żądań, Parlament Europejski wysyła negatywny sygnał do wyborców na temat swojej zdolności do zajmowania się ważnymi kwestiami społecznymi. To oczywiste, że agrolobby przejęło kontrolę nad naszym Parlamentem” – powiedział dyrektor wykonawczy PAN Europe, Martin Dermine.

Partiom konserwatywnym i liberalnym udało się zablokować prace nad aktem prawnym o kluczowym znaczeniu dla obywateli UE, ekosystemów i długoterminowego bezpieczeństwa żywnościowego. Od czasu opublikowania Zielonego Ładu i propozycji SUR wielu europosłów próbowało doprowadzić do zniszczenia propozycji lub pozbawienia jej wszelkiej treści. Zwłaszcza Europejska Partia Ludowa była niezwykle aktywna, próbując zniszczyć ustawę o przywracaniu przyrody i SUR, i udając, że reprezentuje interesy rolników i mieszkańców obszarów rolniczych, podczas gdy robi dokładnie odwrotnie. Działania polityków i polityczek EPL ignorują znaczenie ekosystemów, długoterminowego bezpieczeństwa żywnościowego, zdrowia obywateli i żywotności obszarów rolniczych.

Źródło: Pesticide Action Network Europe

24 października członkowie Komisji Ochrony Środowiska Naturalnego, Zdrowia Publicznego i Bezpieczeństwa Żywności (ENVI) Parlamentu Europejskiego podtrzymali i częściowo poprawili wniosek Komisji Europejskiej dotyczący rozporządzenia w sprawie stosowania pestycydów (SUR). Przyjęty kompromisowy tekst zawiera pewne ulepszenia, ale nadal brakuje w nim kluczowych przepisów mających na celu ochronę obywateli i środowiska.

Ponieważ ENVI jest wiodącą komisją w tej sprawie, głosowanie stanowi kluczowy krok w procesie negocjacji w Parlamencie. Tekst zatwierdzony w ENVI (47 głosów za, 37 przeciw i 2 wstrzymujące się) uwzględnił kompromisowe poprawki opracowane i poparte przez większość Renew Europe, Lewicę (GUE/NGL), Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów oraz Zielonych/EFA.

Chociaż przyjęty tekst poprawia niektóre z aspektów wniosku Komisji, przepisy nadal nie spełniają kluczowych wymagań obywateli i naukowców”- mówi Natalija Svrtan, specjalistka ds. polityki w PAN Europe. „Interesy przemysłu rolnego wyrażane przez niektórych europosłów pod wieloma względami uniemożliwiły podejmowanie decyzji opartych na nauce i priorytetowe traktowanie interesu publicznego”.

Ważne jest to, że zatwierdzony tekst nadal wspiera rozporządzenie z prawnie wiążącymi definicjami i obowiązkami, pomimo usilnych starań, aby w pełni odrzucić propozycję, a nawet zmienić ją w dyrektywę.

Cel redukcji dla najbardziej niebezpiecznych pestycydów został zwiększony do 65%. Jest to postęp w stosunku do propozycji Komisji. Jednak substancje te muszą zostać wycofane tak szybko, jak to możliwe, a pełny zakaz jest konieczny najpóźniej do 2030 r.” –  mówi Kristine De Schamphelaere, specjalista ds. polityki w PAN Europe. „Kluczowe znaczenie ma również, aby przegłosowany tekst utrzymywał wiążące przepisy dotyczące zintegrowanej ochrony przed szkodnikami i przepisy dotyczące poszczególnych upraw, tak aby rolnicy byli zobowiązani do priorytetowego stosowania metod zapobiegawczych i niechemicznych.

Przepisy dotyczące konkretnych upraw zostały pod pewnymi względami osłabione. W tekście znalazły się również bardzo potrzebne i ważne nowe przepisy dotyczące monitorowania pozostałości pestycydów i metabolitów w środowisku, a także u ludzi, importu i eksportu substancji czynnych i pestycydów oraz dostępu do wymiaru sprawiedliwości.

Z drugiej strony, tekst nie odnosi się do wysoce wadliwej metody obliczania redukcji pestycydów, tzw. zharmonizowanego wskaźnika ryzyka” – mówi Natalija Svrtan. „Ta przyjazna dla przemysłu metoda obliczania jest myląca i daje fałszywe wrażenie poprawy, podczas gdy nie ma żadnej!”.

Zmieniono również okres odniesienia dla obliczania redukcji z lat 2015-2017 na lata 2013-2017, obniżając tym samym poziom ambicji. Podczas gdy Komisja zaproponowała całkowity zakaz stosowania pestycydów na wszystkich obszarach wrażliwych, przegłosowany tekst dopuszcza produkty biokontroli i produkty dozwolone w rolnictwie ekologicznym, a także odstępstwa od zakazu stosowania innych substancji na obszarach wrażliwych. Ponadto niektóre obszary zostały usunięte z definicji, takie jak obszary wyznaczone „do ochrony siedlisk lub gatunków, w których utrzymanie lub poprawa stanu wód jest ważnym czynnikiem w ich ochronie” (część załącznika IV Ramowej Dyrektywy Wodnej). Tekst pozostawia państwom członkowskim decyzję o wskazaniu obszarów chronionych poza obszarami Natura 2000 jako obszarów wrażliwych.

Proponowane 3- lub 5-metrowe strefy buforowe wokół obszarów wrażliwych nie zapewnią skutecznej ochrony obywateli i różnorodności biologicznej. Wyraźnie pokazują to dane dotyczące przenoszenia pestycydów. W niedawnym sondażu IPSOS obywatele ponownie wyrazili szerokie poparcie dla ambitnych polityk dotyczących pestycydów, takich jak znacznie szersze strefy buforowe” – mówi Kristine De Schamphelaere.

PAN Europe uważa, że niezbędne jest, aby głosowanie plenarne (w połowie listopada) zajęło się pozostałymi istotnymi niedociągnięciami obecnego tekstu. Byłoby to odzwierciedleniem opartego na nauce procesu decyzyjnego i priorytetowego traktowania interesu publicznego, zgodnie z oczekiwaniami obywateli. Organizacje społeczeństwa obywatelskiego we wspólnym oświadczeniu przedstawiły ważne postulaty dotyczące skutecznego rozporządzenia ws. zrównoważonego stosowania pestycydów (SUR).

źródło: Informacja prasowa Pesticide Action Network Europe

Politycy i lobbyści przemysłu rolno-spożywczego posługują się gwałtownie rosnącymi w następstwie inwazji Rosji na Ukrainę cenami pszenicy, aby usprawiedliwić nieustanny atak na unijne plany ograniczenia stosowania pestycydów, twierdzą Olivier De Schutter i Jennifer Clapp.

Olivier De Schutter jest współprzewodniczącym Międzynarodowego Panelu Ekspertów ws. Zrównoważonych Systemów Żywnościowych (IPES-Food), byłym specjalnym sprawozdawcą ONZ ds. skrajnego ubóstwa i praw człowieka, i profesorem Katolickiego Uniwersytetu w Leuven; Jennifer Clapp jest specjalistką ds. bezpieczeństwa żywnościowego, wiceprzewodniczącą Panelu Ekspertów Wysokiego Szczebla ONZ ds. bezpieczeństwa żywnościowego i odżywiania, a także profesorem Uniwersytetu Waterloo w Kanadzie.

W 2022 r. nagłówki gazet zapełniała panika związana z niedoborem żywności na świecie w wyniku inwazji Rosji na Ukrainę. Kiedy Rosja zablokowała ukraiński eksport zboża na Morzu Czarnym, ceny pszenicy poszybowały do rekordowych poziomów.

Politycy i lobby rolno-spożywcze wykorzystali tę sytuację do uzasadnienia ciągłego ataku na unijne plany ograniczenia stosowania pestycydów, twierdząc, że utrzymanie obecnego poziomu zużycia chemikaliów jest konieczne dla zapewnienia bezpieczeństwa żywnościowego.

Teraz, rok później, pojawiła się zupełnie inna historia. Rolnicy w Polsce, Rumunii i Bułgarii są oburzeni nadmiarem ukraińskiego zboża rzuconego na ich próg. W konsekwencji polski minister rolnictwa Henryk Kowalczyk został zmuszony do złożenia dymisji, a polscy rolnicy protestowali podczas pierwszej od rozpoczęcia wojny oficjalnej wizyty prezydenta Zelenskiego w Warszawie.

Rolnicy ci mają powody, by czuć się poszkodowani. Duża część ukraińskich zbiorów zboża została przekierowana na tory, a wszystkie taryfy i kontyngenty do UE zostały zniesione, aby zapewnić, że zboże nie zostanie uwięzione i nie zmarnuje się. Bezprecedensowy napływ ukraińskiej pszenicy, o wartości 1,17 miliarda euro, trafił do sąsiednich krajów UE, wywołując spadek lokalnych cen i sprawiając, że produkty wielu rolników zalegają w magazynach.

W założeniu pszenica miała przejechać przez te państwa tranzytem w drodze na rynki międzynarodowe. Jednak ze względu na brak możliwości transportowych i problemy z infrastrukturą kolejową, znaczna jej część pozostała w krajach sąsiadujących z Ukrainą, zabierając miejsce w silosach i trafiając na rynek lokalny. Przyczyniło się do tego również zmniejszenie zapotrzebowania z krajów Północnej Afryki, które musiały ograniczyć import żywności, ponieważ ich gospodarki osłabły w wyniku zwiększenia stóp procentowych.

Powstaje więc pytanie: czy mamy do czynienia ze zbyt małą produkcją żywności, czy też jest jej za dużo?

Odpowiedź brzmi: z żadną z nich. Nadmiar zboża na rynkach w Polsce, Rumunii i Bułgarii pokazuje, że dzisiejszy kryzys związany z cenami żywności nie jest, i nigdy nie był, rezultatem jej niedoboru. Przyczyną problemu jest niewłaściwa dystrybucja i dysfunkcyjne rynki.

Dzisiaj cierpią polscy rolnicy, gdyż ich dochody gwałtownie spadły. Ale dysfunkcja rynków żywnościowych jest zjawiskiem globalnym. Od dziesięcioleci rolnicy z wielu krajów globalnego Południa są w podobny sposób wyniszczani przez wysyp na ich rynki taniej żywności z krajów zachodnich, które subsydiują produkcję i eksport żywności.

Wiele z tych krajów uzależniło się od importu żywności, co sprawia, że są szczególnie wrażliwe na zakłócenia na światowym rynku. Kraje te borykają się obecnie z rosnącymi rachunkami za import żywności i gwałtownie wzrastającymi kwotami spłat zadłużenia, co grozi nowymi falami głodu, nawet w sytuacji, gdy w Europie występuje nadmiar zboża.

Tego rodzaju zjawiska są rezultatem wadliwego przemysłowego systemu żywnościowego, w którym priorytetem jest nadprodukcja kilku podstawowych towarów żywnościowych dla zglobalizowanych łańcuchów dostaw just-in-time; i który sprzyja monopolizacji przez zaledwie garstkę przedsiębiorstw rolno-spożywczych – takich jak giganci zbożowi, którzy w ubiegłym roku, gdy rynki żywnościowe ogarnęło szaleństwo, odnotowali rekordowe zyski,.

Jest to model, który systematycznie zawodzi, kiedy trzeba dostarczyć żywność tam, gdzie jest rzeczywiście jest potrzebna, i który nie potrafi zapobiec narastaniu głodu ani zapewnić stabilnego dochodu rolnikom.

Ponadto oparte na tych filarach koncentracji systemy żywnościowe  są nie tylko niezwykle podatne na wstrząsy takie jak wojna, zmiana klimatu i niestabilność finansowa. Są one również narażone na cykle koniunkturalne, które zwykle prowadzą do zatorów, nadwyżek i niestabilności, co szkodzi rolnikom i konsumentom na całym świecie.

Poszkodowani rolnicy we wschodnich regionach UE zasługują na natychmiastowe rekompensaty. Środki na ten cel mogłyby pochodzić z podatku od zysków nadzwyczajnych nałożonego na gigantów zbożowych, którzy osiągnęli rekordowe zyski, gdy ceny żywności gwałtownie wzrosły.

Należy dołożyć więcej starań, aby zboże mogło wyjechać z Ukrainy oraz z Rumunii, Polski i Bułgarii – i to do miejsc, które go potrzebują, czyli do regionów o wysokim stopniu braku bezpieczeństwa żywnościowego. Nie powinno być ono zrzucane na lokalne rynki, ani podawane świniom i krowom.

Ale nadszedł również czas, by decydenci polityczni przyznali, że przemysłowy system żywnościowy nie zapewnia trwałego bezpieczeństwa żywnościowego ani stabilności finansowej rolników. Produkowanie coraz więcej i więcej oraz eksploatacja zasobów naturalnych w celu uzyskania większych plonów w imię „bezpieczeństwa żywnościowego” to przepis na ciągły chaos. Trzeba zakończyć wyścig do dna i przestać nastawiać rolników przeciwko sobie.

Tak, zawsze będziemy potrzebowali sprawiedliwego handlu. Ale nasz system żywnościowy musi zostać całkowicie przekształcony i zdywersyfikowany, aby był o wiele bardziej odporny na wstrząsy i mniej podatny na szkodliwe cykle koniunkturalne, bańki spekulacyjne i dumping.

Rolnicy muszą mieć możliwość wytwarzania o wiele bardziej zróżnicowanej żywności na bardziej lokalne i regionalne rynki.

Muszą też otrzymywać od konsumentów uczciwą i stabilną cenę.

Olivier De Schutter, Jennifer Clapp

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

źródło: Euractive

Komisja Europejska (KE) przedstawiła 22 czerwca br. ważne propozycje legislacyjne dotyczące ograniczenia stosowania chemicznych środków ochrony roślin i odtwarzania przyrody, które miałoby być połączone ze wsparciem dla rolników. Ich przyjęcie stworzyłoby warunki do realizacji ambitnych celów europejskiej strategii „Od pola do stołu” – zmniejszenia o 50% stosowania pestycydów do 2030 r. Niestety Polska przewodzi grupie 12 krajów sprzeciwiających się propozycjom KE i dlatego Koalicja Żywa Ziemia oraz Koalicja Rolnictwo dla Przyrody apelują do premiera Mateusza Morawieckiego, wicepremiera i ministra rolnictwa Henryka Kowalczyka, ministra zdrowia Adama Niedzielskiego oraz pani minister klimatu i środowiska Anny Moskwy o zmianę dotychczasowego stanowiska, ponieważ dotychczasowa polityka stanowi zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa żywnościowego. Apel w tej sprawie został wysłany również do posłów i senatorów, oraz polskich europosłów.

Reforma Wspólnej Polityki Rolnej (WPR) może uczynić europejskie rolnictwo bardziej zrównoważonym poprzez finansowe zachęty dla rolników, by odchodzili od praktyk szkodliwych dla środowiska. By tak się stało trzeba przełożyć cele zawarte w Strategii „Od pola do stołu” oraz „Strategii na rzecz różnorodności biologicznej 2030”, które leżały u podstaw reformy WPR, na powszechnie obowiązujące akty prawne. Analiza krajowych planów strategicznych pokazuje, że państwa członkowskie pomimo zaakceptowania reformy WPR nie zamierzają realizować zawartych w niej celów. Dlatego konieczne jest wprowadzenie nowych regulacji.

Bardzo ważna w najbliższym czasie okaże się determinacja KE we wprowadzaniu zaproponowanych rozwiązań. Dlatego organizacje społeczne wysłały list również do unijnych komisarzy: Stelli Kyriakides, Janusza Wojciechowskiego i Virginijusa Sinkevičiusa. Dziękują w nim za przedłożenie projektu i apelują o pilne podjęcie wszelkich działań w celu przyjęcia przepisów prawa. Przypominają w nim również o Europejskiej Inicjatywie Obywatelskiej „Save Bees and Farmers”, pod którą podpisało się ponad 1,2 miliona osób w całej UE, a którzy oczekują teraz redukcji stosowania chemicznych środków ochrony roślin o 80% do 2030 r. oraz całkowitego wycofania syntetycznych pestycydów do 2035 r. Będzie to służyć poprawie zdrowia publicznego oraz rozwiązaniu problemów środowiskowych i klimatycznych, a co za tym idzie podniesienia bezpieczeństwa żywnościowego w Europie i w Polsce.

Polscy rolnicy powinni mieć szansę na skorzystanie z nowych regulacji, aby produkować w sposób chroniący przyrodę i korzystać ze wsparcia środków WPR umożliwiających im wdrożenie praktyk alternatywnych dla użycia pestycydów i zabezpieczających ich przed stratami w produkcji. Problem zanieczyszczenia wody i gleby środkami ochrony roślin w Polsce narasta. Dlatego tak ważne jest podjęcie wszystkich niezbędnych kroków aby chronić te zasoby przed zanieczyszczeniem chemicznymi pestycydami. Tak by zwiększyć dostępność wody dla polskiego rolnictwa i zahamować dalszą degradację gleb.

Ważne, by zrozumieć, że gospodarka rolna jest ściśle zależna od zasobów naturalnych, w tym gatunków pełniących wiele istotnych z punktu widzenia tej gospodarki funkcji. Tymczasem jedną z bezpośrednich przyczyn pogarszającego się stanu populacji owadów zapylających są wykorzystywane w rolnictwie chemiczne środki ochrony roślin. Jeśli nie ograniczymy i to pilnie ilości pestycydów, które zużywane są na polach czy w sadach, wkrótce może zabraknąć zwierząt, od których zależą plony około 80% roślin uprawnych. Przeciwdziałanie kryzysowi różnorodności biologicznej, w czym może pomóc wdrożenie zapisów strategii „Od pola do stołu”, jest więc ważne dla trwałości gospodarki rolnej i naszego bezpieczeństwa żywnościowego – mówi Aleksandra Pępkowska-Król z Koalicji Rolnictwo dla Przyrody.

Powszechne i zwiększające się użycie pestycydów w rolnictwie powoduje degradację zasobów naturalnych, przede wszystkim wody i gleby. Według raportu IBES z 2019 r. w UE 83% gleb jest zanieczyszczona jednym pestycydem, a 58% mieszanką pestycydów. Ich użycie oraz pozostałości pestycydów w żywności stanowią także zagrożenie dla zdrowia publicznego, gdyż są jedną z przyczyn rozwoju chorób nowotworowych. Jak najszybsze ograniczenie stosowania pestycydów leży w interesie rolników i konsumentów. Politycy powinni podjąć wszelkie kroki by wycofać z użycia chemiczne środki ochrony roślin, a przede wszystkim zagwarantować rolnikom wsparcie finansowe umożliwiające odejście od pestycydów i zastąpienie ich biologicznymi metodami i środkami ochrony roślin. Pestycydy niszczą wodę, glebę i owady zapylające – trzy zasoby, bez których nie może istnieć trwała i opłacalna produkcja rolna, zapewniająca bezpieczeństwo żywnościowe nam i przyszłym pokoleniom – mówi Justyna Zwolińska, koordynatorka ds. rzecznictwa Koalicji Żywa Ziemia.

Źródło: Koalicja Żywa Ziemia

W grudniu 2019 roku Komisja Europejska przyjęła strategię „Europejki Zielony Ład”. W nią wpisuje się strategia „Od pola do stołu”, która przewiduje ambitne cele dla unijnego rolnictwa, co budzi ogromne emocje w sektorze rolno-spożywczym. Emocje podsyca sektor agrochemiczny – główny beneficjent rolnictwa napędzanego chemicznie. Czy wyznaczone cele uda się wdrożyć w politykę rolną poszczególnych krajów? Czy może pod naporem lobbingu sektora agrochemicznego strategia rozsypie się w pył mało istotnych zapisów prawnych?

Rolnictwo, jakie dominuje dziś w krajach rozwiniętych – w Unii Europejskiej i w Polsce – jest krytykowane. Zarzuca mu się, że przyczynia się do zmian klimatu, zanieczyszcza wodę i ogranicza jej zasoby, powoduje jałowienie gleb, a na skutek używania pestycydów przyczynia się do spadku populacji pszczół i oddziałuje negatywnie na zdrowie rolników i innych mieszkańców obszarów wiejskich.
Koncentracja hodowli, scalanie gruntów, usuwanie miedz, drzew i krzewów śródpolnych, likwidacja oczek wodnych, monokulturowe uprawy wielkoobszarowe, nawozy mineralne, tysiące środków ochrony roślin, rozwinięta mechanizacja, a teraz również informatyzacja – drony, mierniki satelitarne, aplikacje komputerowe… Tym jest dzisiejsze rolnictwo.

Europejski Zielony Ład (ang. European Green Deal) to nowa strategia rozwoju gospodarczego Unii Europejskiej. Jej celem jest głęboka ekologiczna przebudowa gospodarki UE, która z trzeciego największego emitenta gazów cieplarnianych na świecie ma do 2050 roku stać się pierwszym obszarem neutralnym klimatycznie. Cele klimatyczne UE na 2030 rok także będą dostosowane do zobowiązań Porozumienia paryskiego (2016) na rzecz klimatu. Strategia Europejskiego Zielonego Ładu obejmuje wszystkie unijne polityki kluczowe dla osiągnięcia tych celów: energetyczną, gospodarkę obiegu zamkniętego, mobilność, budownictwo i mieszkalnictwo, na rzecz różnorodności biologicznej, rolną i żywności („Od pola do stołu”) oraz na rzecz likwidacji zanieczyszczeń środowiska.

Same zabiegi rolnicze też się zmieniają – coraz szerzej stosuje się środki chemiczne. Do „przygotowania pola” pod uprawę używa się herbicydów – aby oczyścić glebę z życia, tak by żadne rośliny nie miały szansy wyrosnąć na polu i „zanieczyścić” nowe uprawy. Najczęściej są to herbicydy na bazie glifosatu, których na świecie sprzedaje się dziś ponad 800 tysięcy ton rocznie. Wymyślono też dla nich inne „nowoczesne” zastosowanie, tzw. desykację, czyli oprysk przed zbiorem. Oprysk powoduje obumarcie roślin, które w ten sposób zostają „dosuszone”, co ułatwia ich zbiór i zmniejsza straty plonu. Jest to szeroko stosowana praktyka w uprawie rzepaku, łubinu, gorczycy, roślin strączkowych, słonecznika i zbóż, m.in. gryki i prosa. Z tego powodu prawnie regulowane Najwyższe Dopuszczalne Poziomy (NDP) pozostałości glifosatu w produktach rolnych z wielu wymienionych powyżej roślin są wyższe od standardowej normy 0,1 mg/kg – czasem nawet 100 lub 200 razy. Nic dziwnego, że znajdujemy glifosat w kaszy.

Nie będziemy rozwijać kwestii chowu zwierząt w fermach-fabrykach, gdzie profilaktycznie stosuje się środki przeciwdrobnoustrojowe, których pozostałości znajdujemy w mięsie, co daje różnym patogenom możliwość uodpornienia się na antybiotyki. Natomiast niezależnie negatywnego wpływu rolnictwa na środowisko i przyrodę, już samo występowanie pestycydów i antybiotyków w żywności powinno budzić nasz niepokój. Fakt ten świadczy o nieskuteczności unijnej Wspólnej Polityki Rolnej, na którą przeznaczamy prawie 40% budżetu UE. Nadzieją jest Europejski Zielony Ład, którego strategia „Od pola do stołu” zakłada ambitne cele do osiągnięcia w 2030 roku.

Rolników jest bardzo wielu, a gospodarstwa są bardzo różne. W pewnym uproszczeniu gospodarstwa konwencjonalne (znakomita większość gospodarstw) stosują zasadę: dzięki chemii i maszynom zmuszamy ziemię do wyprodukowania tego, co chcemy (lub chce rynek) w jak największej ilości. Poprzez różne „dobre praktyki” zmniejszamy szkodliwe oddziaływanie na środowisko, nigdy go do końca nie eliminując. Mówi się wówczas o „rolnictwie zrównoważonym”. Wielkie gospodarstwa używają do tego technologie, czyli stosują tzw. rolnictwo precyzyjne. Gdy rolnictwo konwencjonalne stara się zwiększać magazynowanie dwutlenku węgla przez glebę i rośliny, mówi się o „rolnictwie węglowym”. Natomiast, gdy stara się zmniejszać emisje gazów cieplarnianych, m.in. przez praktyki hodowlane ograniczające emisje metanu i tlenku azotu, mówi się o „rolnictwie przyjaznym dla klimatu”. Ale wciąż mamy pestycydy i antybiotyki.

Czy można inaczej? Można. Miliony rolników na świecie reprezentują inne podejście do ziemi i rolnictwa – oparte na trosce o glebę, ekosystemy i przyrodę. Dzięki wiedzy i szacunkowi do świata żywego, wykorzystując naturalne procesy i synergie biologiczne, z pomocą naturalnych nawozów i środków biologicznych, można produkować żywność wysokiej jakości, nie szkodząc środowisku i różnorodności biologicznej. Nazywamy to agroekologią. Wbrew rozpowszechnionym opiniom, to właśnie takie rolnictwo daje najlepsze rezultaty. W tym duchu rozwija się rolnictwo ekologiczne, regeneratywne, agroleśnictwo, permakultura. Agroekologię promuje też dziś FAO – Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa.

Czy konsument może wybrać z którego modelu kupuje żywność? Jedynie rolnictwo ekologiczne jest objęte systemem certyfikacji, która pozwala mieć gwarancję, że produkt został wytworzony w zgodzie z przyrodą, bez użycia chemicznych nawozów i środków ochrony roślin. Żywność z certyfikatami produktów regionalnych i tradycyjnych („jakość tradycja”, „chroniona nazwa pochodzenia”, „gwarantowana tradycyjna specjalność”, „chronione pochodzenie geograficzne”) produkowana jest w sposób tradycyjny. Można oczekiwać, że produkcja takiej żywności będzie także przyjazna środowisku, choć nie ma tu tak jasnych formalnych wymogów. To tyle. Pozostaje nam wspierać rolnictwo ekologiczne oraz wywierać presję na rolników konwencjonalnych, żeby ich praktyki były jak najbardziej zrównoważone, aby środki chemiczne nie przenikały do żywności.

Artykuł ukazał się w Raporcie FoodRentgen „Prześwietlamy mąki” (marzec 2021)
www.foodrentgen.eu/pl/raport-maki


 

Od lat 50. XX wieku intensywne rolnictwo powoduje utratę różnorodności biologicznej i odciska swoje piętno na znacznej części terenów Europy. Jednak wiele instytucji publicznych i organizacji obywatelskich w całej Europie przy wsparciu europejskich środków na ochronę klimatu i środowiska – programów LIFE – zaangażowanych jest w inicjatywy mające na celu przywrócenie różnorodności biologicznej na intensywnie uprawianych gruntach. Clare Taylor i Rudy van Diggelen przyglądają się, w jaki sposób przełomowe projekty w Holandii pokazują możliwość stosowania długoterminowych i wielkoskalowych technik oraz dają wskazówki dotyczące tego, jak polityka publiczna – szczególnie Wspólna Polityka Rolna po 2020 – może poprawić równowagę między rolnictwem i różnorodnością biologiczną.

Aż do drugiej połowy XX wieku rolnictwo w całej Europie charakteryzowało się małą intensywnością i niewielką skalą upraw. Gospodarstwa różniły się intensywnością użytkowania gruntów, modelem siewu i zbioru, dostępną technologią, i tak dalej. To z kolei prowadziło na przykład do dużego zróżnicowania w żyzności i kwasowości gleb, przekładając się na powstawanie optymalnych warunków dla wielu różnych gatunków. Ponadto „pozostałości tradycyjnego krajobrazu” (żywopłoty, obrzeża rowów, etc.) pomiędzy niewielkimi polami były dobrze ze sobą połączone i odgrywały ważną rolę w cyklu życiowym wielu różnych organizmów. W takim krajobrazie rolniczym występowało (i występuje) bogactwo gatunków.

W 1957 roku poprzedniczka dzisiejszej Unii Europejskiej, Europejska Wspólnota Gospodarcza, przyjęła Wspólną Politykę Rolną, aby zwiększyć i zabezpieczyć produkcję żywności, ustabilizować rynki żywnościowe, a także dla ochrony dochodów i dobrobytu rolników. Rozpoczęło to falę systematycznej intensyfikacji praktyk rolnych: mniej rolników i większe gospodarstwa, prostowanie cieków, specjalizacja w rolnictwie, a także eliminacja „pozostałości naturalnego krajobrazu” (lub „liniowych elementów krajobrazu”, w żargonie ochrony przyrody). Takie uproszczenie krajobrazu oznaczało, że w całej Europie grunty rolne zaczęły wyglądać podobnie, z czym wiązała się utrata różnorodności biologicznej. Intensywne rolnictwo jest nie tylko głównym motorem utraty różnorodności biologicznej, ale także (wraz z leśnictwem i innymi formami użytkowania terenu) odpowiada za niemal czwartą część globalnych emisji gazów cieplarnianych¹.

W dzisiejszych wielkoskalowych, intensywnych systemach rolnych zachodniej i środkowej Europy, Stanów Zjednoczonych i wielu innych części świata skutecznie stymulowany jest rozwój gatunków wszędobylskich o szerokiej tolerancji środowiskowej, takich jak szybko rosnące trawy albo owady dostosowane do warunków pokarmowych. Dlatego wciąż widzimy ptaki, wciąż widzimy zieloną trawę, ale wiele gatunków rodzimych ptaków, motyli, roślin i pszczół nie jest w stanie przeżyć na intensywnie użytkowanej ziemi rolnej. Mówiąc najprościej, utrata wielkich obszarów półnaturalnych siedlisk spowodowała załamanie się populacji licznych gatunków roślin i zwierząt.

Tu, w Europie, najłatwiejsze w uprawie tereny nizinne są tak silnie nawożone, że nawet na trwałych użytkach zielonych może przetrwać tylko kilka wyspecjalizowanych gatunków. Na ogół są to szybko rosnące i bardzo powszechne gatunki traw, które wykorzystują dodatkowe składniki odżywcze w bardzo efektywny sposób, aby zdominować wszystkie inne gatunki. Ten zestaw map (z Joint Research Centre, wewnętrznej jednostki badawczej Komisji Europejskiej) pokazuje nadwyżkę składników odżywczych w uprawnej warstwie gleby w wielu europejskich krajach.

Szczególnie warte uwagi są przekroczenia poziomów zawartości fosforu w glebie, co jest konsekwencją nadużywania nawozów w intensywnej produkcji rolnej. Poziomy są ekstremalne w krajach Beneluksu, południowej Anglii, północnej Francji i północnych Niemczech. A, obok Węgier i Czech, to właśnie są obszary, gdzie realizowanych jest także wiele prac w zakresie przywracania różnorodności biologicznej.

Kroki w stronę rekultywacji przyrodniczej

Zgodnie z wynikami badań przeprowadzonych w 2016 roku dla Komisji Europejskiej², władze publiczne i organizacje społeczeństwa obywatelskiego razem stanowią ponad dwie trzecie wszystkich podmiotów zaangażowanych w prace na rzecz przywracania różnorodności biologicznej. I choć większość prac w tym zakresie ma miejsce poza obszarami Natura 2000, powiększanie przy tej okazji sieci obszarów chronionych w UE (które często obejmują zarówno ziemię rolną, jak i naturalne obszary chronione) jest konieczne dla zapewnienia przetrwania rodzimych gatunków i siedlisk. Przywracanie różnorodności biologicznej i naturalnego krajobrazu na terenach poprzednio użytkowanych rolniczo może znacząco zwiększać akumulację dwutlenku węgla w glebie (na przykład na terenach podmokłych i porośniętych trawą) oraz inne usługi ekosystemowe, łagodząc w ten sposób zmianę klimatu.

Rekultywacja terenów użytkowanych rolniczo oznacza uwzględnienie szeregu uwarunkowań abiotycznych (takich jak hydrologia, jakość wody, właściwy poziom składników odżywczych), których przyroda potrzebuje, by być w dobrym stanie. Przy rekultywacji gleb to fosfor jest dziś składnikiem odżywczym, z którym najtrudniej sobie poradzić. W glebie może występować znaczny naddatek azotanów, ale ostatecznie zostanie on przekształcony w azot w postaci gazowej i trafi do atmosfery. Natomiast fosfor, który dostanie się do gleby z nawozami, wiąże się z nią na bardzo długi czas – w wielu przypadkach na setki lat. Niestety rośliny tak naprawdę nie pobierają wiele fosforanów (około 10-20 razy mniej niż azotu) i tylko niewielka jego część jest usuwana z plonem. Jeśli pole było przenawożone fosforanami, ich nadmiar pozostanie tam na długo.

W latach 70. i 80. XX wieku, kiedy na poważnie rozpoczęto prace nad przywracaniem różnorodności biologicznej, do odtworzenia pierwotnych, ubogich w składniki odżywcze warunków na wrzosowiskach i użytkach zielonych zastosowano tradycyjne metody, od wieków stosowane przez rolników. Jedną z tych metod jest wycinanie darni – metoda ta zakłada zdejmowanie próchniczej warstwy gleby z większością korzeni i składników odżywczych, bez głębszego naruszania profilu glebowego.

Jednak kiedy analizy profilu glebowego wykazują nadmiar składników odżywczych na głębszym poziomie, potrzebne są bardziej radykalne rozwiązania. Obejmują one usunięcie warstwy okrywowej, co zazwyczaj oznacza zdjęcie wierzchnich 15-20 cm gleby. Na małej powierzchni może to być nawet 50 cm gleby. W Holandii jest zaledwie kilkaset takich projektów i zwykle realizowane są na obszarach o powierzchni od kilku do kilkudziesięciu hektarów. Udowodniono, że takie podejście jest bardzo skuteczne – pozwala na odtwarzanie w pełni funkcjonalnych wrzosowisk w ciągu dekady.

Po zdjęciu górnej warstwy gleby cały profil glebowy zostaje zniszczony, a gleba staje się niemal jałowa. Zostaje około jednego procenta życia glebowego. Reszta po prostu przestaje istnieć. Na dużą skalę taka praktyka jest więc również bardzo destrukcyjna.

Usuwanie górnej warstwy gleby było główną techniką stosowaną w ramach projektu LIFE Dwingelderveld realizowanego na najrozleglejszych europejskich terenach podmokłych, które znajdują się w Holandii. Górna warstwa gleby została usunięta na 166 hektarach ziemi rolnej – to jeden z największych do tej pory zrealizowanych projektów mających na celu przywrócenie różnorodności biologicznej. Ponad 600 000 m3 wierzchniej warstwy gleby zostało wykopane podczas realizacji projektu, co kosztowało około 9 tys. euro za hektar. Działania trwały ponad 4 lata i spowodowały w okolicy znaczne utrudnienia związane z transportem i hałasem (choć wykopana ziemia została wykorzystana do stworzenia barier dźwiękowych dla pobliskiej autostrady, dzięki czemu obecnie okolica jest bardzo cicha).

Inną ważną konsekwencją zabiegów rekultywacyjnych było to, że po usunięciu górnej warstwy gleby rolnicy i właściciele gruntów nie mogli już czerpać korzyści ze swojej ziemi.

Inna droga

Około 2005 roku badacze z Louis Bolk Institute (zlokalizowanego w pobliżu Utrechtu w Holandii) odkryli nową, mniej inwazyjną technikę pozbywania się fosforanów z gleby. Będąca rodzajem fitoremediacji technika p-mining została opracowana w celu uzyskania wśród rolników i lokalnych społeczności większej akceptacji dla etycznie wątpliwych metod rekultywacji terenów przyrodniczo cennych. Naukowcom udało się wpisać ten temat do politycznej agendy, a także do strategii i planów ochrony, proponując lepiej akceptowane społecznie, ale znacznie wolniejsze (dekady zamiast lat), podejście do usuwania fosforanów.

P-mining zakłada nawożenie traw potasem i azotem, a następnie koszenie ich kilka razy w roku. Siano jest potem wykorzystywane przez rolników do karmienia bydła zimą. Podstawowym pomysłem jest stymulowanie wzrostu roślin (w konsekwencji zwiększają pobieranie fosforanów, a zatem także ich usuwanie). Obecnie jest to testowane po raz pierwszy w skali pola, na 200 hektarach w obrębie obszaru Natura 2000 Drents-Freise Wold, jako część projektu LIFE Going up a level.

Na terenie lokalnie znanym jako „Oude Willem” dzierżawione pola to przede wszystkim mieszanki traw z koniczyną (one były najpopularniejsze, szczególnie wśród rolników ekologicznych) oraz trwałe użytki zielone. Porozumienia z właścicielami gospodarstw określają, w jaki sposób realizowana jest fitoekstrakcja fosforu. W oparciu o wyniki analiz gleby zespół projektowy udziela rolnikom wskazówek dotyczących zalecanych dawek nawożenia na każdym z pól. Początkowe dane wskazują, że obniżenie poziomu fosforanów do rozsądnych wartości może zająć od pięciu do dziesięciu lat. Po dziesięciu latach fitoekstrakcji fosforu poziom fosforanów wciąż będzie znacznie wyższy niż w przypadku usunięcia górnej warstwy gleby, więc wrzosowiska nie mogą być odtwarzane w ten sposób. Ale bogatsze w kwiaty obszary trawiaste mogą – i to przy jednoczesnym zaangażowaniu rolników, i właścicieli gruntów.

Jednym ze szczególnych aspektów tych działań jest współpraca pomiędzy wieloma różnymi interesariuszami: rolnikami, lokalnymi władzami samorządowymi i zarządem wód. Partnerami projektu są organizacja zajmująca się ochroną przyrody Natuurmonumenten oraz zarządca lasów państwowych, Staatsbosbeheer (obie instytucje rozpoczęły skupowanie działek w regionie już w latach 60. XX wieku).

Rola Wspólnej Polityki Rolnej

Odbudowa różnorodności biologicznej oznacza dla lokalnych mieszkańców więcej niż zwykły biznes. Turystyka ma naprawdę pozytywny wpływ ekonomiczny: na przykład park narodowy w Dwingerveld odwiedza 2,5 miliona osób rocznie, co w latach 2000-2009 przyniosło dochód szacowany na ponad 25 milionów euro rocznie. Korzyści ekonomiczne są również widoczne na innych obszarach wrzosowisk w obrębie obszarów Natura 2000, takich jak Park Narodowy Hoge Kempen w Belgii (odwiedzany przez około 700 000 osób rocznie, które zostawiają w nim co roku 191 milionów euro). Jednak oprócz korzyści ekonomicznych, jest też poczucie lokalnej dumy z ponownego pojawiania się rodzimych gatunków, takich jak lobelia jeziorna (lobelia dortmanna), co nastąpiło właśnie w wyniku usunięcia górnej warstwy gleby w Dwingelderveld.

Każda sytuacja wymaga innych, specyficznych dla danego terenu metod rekultywacji, ale generalną zasadą jest, że takie prace muszą być wspierane przez szeroko zakrojoną politykę publiczną i publiczne finansowanie. Żaden rolnik nie może się dziś utrzymać z wrzosowisk.

Projekt w Oude Willem stanowi przykład realizacji przynajmniej dwóch z dziewięciu celów nowej Wspólnej Polityki Rolnej (WPR): przede wszystkim troski o środowisko oraz ochrony krajobrazu i różnorodności biologicznej. Jest oczywiste, że wcześniejsze próby „zazielenienia” WPR nie powiodły się. Ten rezultat (czy raczej jego brak) uwypukla fakt , że dobrze brzmiąca zielona retoryka musi być poparta techniczną wiedzą w rodzaju tej zebranej przez praktyków rekultywacji przyrodniczej w ostatnich trzech dekadach. Rolnicy to rozumieją, ponieważ w swojej pracy stale mierzą się z fizycznymi ograniczeniami.
Współcześni rolnicy nigdy nie będą tworzyć łąk o dużej różnorodności biologicznej, po prostu dlatego, że wartość produkcyjna takich użytków zielonych jest o wiele za niska. Tereny z dużą różnorodnością biologiczną muszą być zarządzane przez wyspecjalizowane organizacje (z zakresu ochrony przyrody).

Ale rolnicy mogą mieć duży wpływ na ochronę i odtwarzanie (wciąż) dość powszechnych gatunków na terenach rolniczych, poprzez stosowanie takich technik jak nienawożone pasy kwietne, niezbyt wczesne koszenie (żeby dać szanse ptakom łąkowym), rezygnacja z nadmiernego osuszania łąk, między innymi. Stworzyłoby to sieć terenów przyjaznych naturze, która byłaby w większości przypadków wystarczająca dla ocalenia naszych rodzimych gatunków³, nawet w gęsto zaludnionej Europie Zachodniej.

Wspólna Polityka Rolna po 2020 roku powinna nagradzać rolników za dbanie o podstawową różnorodność biologiczną. Z drugiej strony wyspecjalizowane organizacje zajmujące się ochroną przyrody są lepiej przygotowane do zarządzania (relatywnie małymi) obszarami charakteryzującymi się wysokim poziomem różnorodności biologicznej. Uznając i nagradzając różne poziomy zarządzania, nowa WPR może wspierać prace związane z odbudową różnorodności biologicznej, i generować wiele powiązanych z nią korzyści (produkcja żywności i drewna, lepsza jakość wody, pochłanianie dwutlenku węgla i ochrona przeciwpowodziowa, a także inne metody łagodzenia zmiany klimatu). Największą ze wszystkich korzyścią może być po prostu odrodzenie się naszych rodzimych gatunków.

Przypisy:

    1. Międzyrządowy Panel ds Zmian Klimatu (IPCC) w swoim piątym raporcie udowadnia, że sektor Rolny, Leśny i Inne Sposoby Użytkowania Gruntów są odpowiedzialne za niemal jedną czwartą wszystkich antropogenicznych emisji gazów cieplarnianych, przede wszystkim z powodu deforestacji oraz rolniczych emisji z produkcji zwierzęcej, gleb i zarządzania składnikami odżywczymi.
    2. Eftec, ECNC, UAntwerp & CEEWEB (2017). “Promotion of ecosystem restoration in the context of the EU biodiversity strategy to 2020”.
    3. Populacja ptaków zmniejszyła się w sumie o około 6% od 1990 roku, ale populacja ptaków krajobrazu rolniczego spadła o 32%, zgodnie z danymi z raportu Środowisko Europy 2020 Europejskiej Agencji Środowiska

Przedruk z Green European Journal, tłumaczenie Joanna Perzyna i Ewa Sufin-Jacquemart, opracowanie merytoryczne Robert Borek.


 

W moim osobistym rankingu najbardziej absurdalnych komentarzy udających argumenty, znajduje się tekst o wiatrakach przyczyniających się do zagłady owadów. Według autora pobudowano je w korytarzach ekologicznych i teraz masowo wybijają wszystko, co się w ich pobliżu pojawia. Oczami wyobraźni ujrzałam stada migrujących ważek[1] siekanych na pył łopatami wiatraków.

Wszystko niby się zgadza, ale to tylko chwytliwy (szczególnie emocjonalnie) slogan, a nie sensowny argument. Wiatraki w Polsce od dawna mają robiony czarny PR, więc winę za wymieranie owadów też można na nie zrzucić. Choć mogą przyczyniać się do pogarszania sytuacji, to kluczem zawsze są proporcje – czy jest to w 90% czy w 0,009%? Bo gdy skupiamy się na czymś, co całościowo nie jest istotne, łatwo możemy stracić z oczu sedno problemu.

Za zagładę owadów na naszych szerokościach odpowiedzialne są głównie pestycydy (nie tylko insektycydy, ale też herbicydy). Potwierdzają to od dekad setki badań naukowych, co roku dokładane są nowe. Można próbować rozmywać tą informację różnymi mądrze brzmiącymi, ale pustymi merytorycznie zdaniami, jednak nie zmieni to faktu, że pestycydy to substancje bardzo szkodliwe dla wszystkich żywych organizmów. W tym kontekście, jako „kontrargument”, często przytaczana jest zasada Paracelsusa, o tym, że to dawka czyni truciznę i że wszystko może być trucizną. Podobnie – niby logiczne, a jednak nieprawda.

Paracelsus żył w XVI w. i w swojej praktyce zalecał min. leczenia syfilisu[2] rtęcią. Sam też ją łykał, w wyniku czego miał wyniszczony organizm. Jednak faktycznie, te dawki, które zażywał nie zabiły go od razu. Rtęć jest obecnie uznawana za jedną z najbardziej toksycznych substancji dla żywych organizmów. Do tego, o ile w przypadku zwierząt nerki i wątroba pomagają poradzić sobie z (niektórymi) truciznami, a ich metabolity, podobnie jak metabolity leków, mogą być usuwane[3], to z ekosystemu nic nie może zostać ot tak „wydalone”. Jeśli nie zostanie zneutralizowane, to gdzieś się skumuluje. Problemem jest gdzie, w jakiej ilości oraz komu i jak bardzo to szkodzi. Raport Europejskiej Agencji Środowiskowej[4] z zeszłego roku pokazuje, że w glebie oraz wodach gruntowych i powierzchniowych na terenie Unii Europejskiej nadal znajdowane są pozostałości DDT, ekstremalnie szkodliwego pestycydu wycofanego z użycia w UE około 30 lat temu[5]. Towarzyszą mu dziesiątki innych toksycznych substancji, których łącznego wpływu na istoty żywe nie da się praktycznie zbadać[6].

Lanie trucizn na rośliny, gleby, rozpylanie w powietrzu prowadzi do tego, że – co chyba nie jest dla wszystkich oczywiste – mamy ich coraz więcej w otoczeniu. Owadów – może poza tymi, które żywią się krwią i są mniej narażone przez to na zatrucie poprzez kontakt z rośliną czy glebą – za to coraz mniej. Producenci pestycydów jednak uspakajają: wystarczy wysiać łąkę kwietną, wybudować ul na biurowcu, postawić domek dla owadów albo – mój faworyt! – edukować dzieci[7] żeby „uratować zapylacze”. Kiedy sprzedaje się środki wyjaławiające glebę i zabijające znajdujące się w niej larwy (np.: trzmieli) nie pozostaje oczywiście nic innego jak bezczelny greenwashing z drogą ludzkiemu sercu pszczołą miodną w tle. Której, swoją drogą – jak i większości zwierząt hodowlanych – wyginięcie bynajmniej nie grozi.

Takim odwracaniem uwagi są też chwytliwe teksty rozpowszechniane w internecie (jak ten o wiatrakach siekających owady). Stopień ich bzdurności może być naprawdę dowolny. Pokazują to idealnie artykuły Lasów Państwowych o „groźnych” chrząszczach czyhających na ludzkie życie pod sosnami i brzozami. Które to chrząszcze trzeba w związku z tym eksterminować lejąc pestycydy z samolotów. Zapewniam was jednak, że te i podobne im absurdy poniosą dalej w świat „pożyteczni pidioci”. A także ci, którzy żyją z ich rozpowszechniania, ci, którzy robią to w ramach dziwacznie pojmowanej misji „informowania” świata, czy ci, którym to pasuje do wyznawanej ideologii. Oraz cała rzesza ludzi, którzy sami już nie wiedzą co ma sens a co nie, bo w zaśmieconej infosferze, jaką mamy, wszystko staje się równouprawnione. Oczywiście ze szkodą dla wiedzy. Sedno problemu rozmywa się w ten sposób w morzu bzdur i absurdów, a szkodliwe substancje dorzucane do środowiska dalej zatruwają owady. I nas samych. Bo w walce o interesy nie liczą się nie tylko trzmiele czy motyle, ale i ludzkie zdrowie.

Przypisy

[1] Nie wiem czy po XIX w. obserwowano w Polsce większe migracje ważek, ale kiedyś (kiedy sporo różnych istot zamieszkiwało nasz kraj) całe ich „stada” potrafiły przelatywać na duże odległości.

[2] Sformułował również sporo innych zasad m.in. hormezy – leżącą u podstaw współczesnej homeopatii.

[3] Substancje znajdujące się w ludzkim moczu także mają wpływ na inne organizmy, przykładem są znajdowane w rzekach pozostałości niesteroidowych leków przeciwzapalnych, które – chcąc nie chcąc – zażywają ryby.

[4] ETC/ICM Report 1/2020: Pesticides in European rivers, lakes and groundwaters.

[5] Jednak był dłużej produkowany (na eksport)

[6] Duża ilość metali ciężkich, w tym rtęci, jest też uwalniana z depozytów gromadzonych dziesiątkami lat w wiecznej zmarzlinie. Gdy topnieje ona wraz z ocieplaniem się planety, to trucizny nawiewane dekadami na północ globu spływają do oceanów.

[7] Takie pomysły przesyłało np.: Polskie Stowarzyszenie Ochrony Roślin (zrzeszające producentów i importerów pestycydów).

21 czerwca 2021, tuż przed planowanym na koniec miesiąca sfinalizowaniem rozmów dotyczących ostatecznego kształtu Wspólnej Polityki Rolnej (WPR), ukazał się raport specjalny Europejskiego Trybunału Obrachunkowego (ETO) na temat wpływu WPR na klimat. Jego główny przekaz jest prosty: działania na rzecz klimatu prowadzone w ramach dotychczasowej WPR nie zdołały przyczynić się do redukcji emisji z sektora rolniczego, choć pochłonęły niemal 25% jej budżetu w latach 2014-2020.

Emisje w europejskim sektorze rolnym pochodzą z trzech głównych źródeł: hodowli zwierząt gospodarskich, nawozów chemicznych i nawozów naturalnych oraz użytkowania gruntów (gruntów uprawnych i użytków zielonych), a produkcja żywności odpowiada w sumie za 26% światowych emisji. W komunikacie prasowym do raportu czytamy o przyczynach nieskuteczności WPR w realizacji celów klimatycznych UE: “większość środków finansowanych w ramach wspólnej polityki rolnej (WPR) ma niewielki potencjał łagodzenia zmiany klimatu, a WPR nie oferuje zachęt do stosowania skutecznych praktyk przyjaznych dla klimatu (…). Emisje, których źródło stanowi hodowla zwierząt gospodarskich, stanowią około połowę emisji z rolnictwa, a ich poziom nie zmalał od 2010 r. Są one bezpośrednio związane z wielkością stada zwierząt gospodarskich, a dwie trzecie z nich pochodzi od bydła. Udział emisji przypadających na hodowlę zwierząt gospodarskich jest jeszcze większy, jeśli weźmie się pod uwagę emisje pochodzące z produkcji paszy dla zwierząt (w tym z przywozów). W ramach WPR nie dąży się jednak do ograniczenia pogłowia zwierząt gospodarskich ani nie stwarza zachęt do zmniejszenia ich liczby. Środki rynkowe WPR obejmują promocję produktów pochodzenia zwierzęcego, których konsumpcja nie zmniejszyła się od 2014 r. Przyczynia się to do utrzymania dotychczasowych poziomów emisji gazów cieplarnianych, a nie do ich ograniczenia. Emisje z nawozów chemicznych i nawozów naturalnych, stanowiące prawie jedną trzecią emisji z rolnictwa, wzrosły w latach 2010–2018.”

Jednocześnie każda kolejna runda rozmów na temat przyszłej WPR obniża jej ambicje środowiskowe oraz budżet na ich realizację oddalając politykę rolną od zawartego w Europejskim Zielonym Ładzie celu osiągnięcia neutralności klimatycznej (zerowy bilans emisji) w 2050 roku. Upadają kolejne projekty ambitnych zmian, m.in. w zakresie redukcji pestycydów, ograniczenia przemysłowej produkcji zwierzęcej czy wzrostu powierzchni upraw ekologicznych. Ustawicznie podejmowane są próby zmniejszenia kwoty pieniędzy na ekoschematy. Nawet powiązanie dopłat bezpośrednich (płaconych do hektara) z wymaganiami stosowania prostych praktyk rolniczych, mających przyczyniać się do ochrony gleb, budzą sprzeciw.

Są państwa, które nie chcą jakichkolwiek zmian WPR, chroniąc ten sposób obecny stan rzeczy korzystny dla przedstawicieli potężnych agrokorporacji, choć jasne jest, że obecny model nie jest sprawiedliwy przede wszystkim dla rolników – 80% środków WPR trafia zaledwie do 20% producentów rolnych. Coraz bardziej prawdopodobne jest, że zostanie utrzymane status quo, które przyczynia się do promocji wielkoskalowego i zorientowanego na eksport przemysłowego modelu rolnictwa, kosztem bardziej zrównoważonej produkcji rolnej.

“Jeśli naprawdę chcemy, by unijne rolnictwo w rzeczywisty sposób przyczyniło się do ochrony środowiska i klimatu, to przede wszystkim środki finansowe powinny iść na tzw. “Złotą Trójkę” czyli:

– ochronę gleb i zwiększenie ich potencjału pochłaniania dwutlenku węgla,
– transformację przemysłowej produkcji zwierzęcej na produkcją opartą na dobrostanie zwierząt gospodarskich;
– rozwój rolnictwa ekologicznego

Należy odejść od szukania rozwiązań w promowaniu rolnictwa precyzyjnego czy integrowanej produkcji roślinnej, gdyż zakładają one dalsze użycie chemii w rolnictwie. Nie ma czasu na takie półśrodki. Pieniądze WPR powinny być w pierwszej kolejności skierowane na upowszechnianie praktyk w pełni ekologicznych czy agroekologicznych jako najlepiej i najszybciej redukujących poziom emisyjności rolnictwa” – komentuje Justyna Zwolińska, koordynatorka ds. rzecznictwa Koalicji Żywa Ziemia.

Źródło: Koalicja Żywa Ziemia

Fot: Andrew Skowron (Chlewnia w Kleszczowie)