Ośno Lubuskie jest otoczone wodą: jeziorami, bagnami, strumieniami. Niestety wody jest coraz mniej, a jej stan stale się pogarsza. Jeszcze niedawno mieszkańcy mogli cieszyć się wodą mineralną płynącą z kranów, obecnie strach pić nieprzegotowaną wodę. W jeziorze położonym w samym mieście, a więc będącym największą atrakcją turystyczną Ośna, na przełomie roku 2023 i 2024 kilkakrotnie doszło do zakwitu toksycznych sinic.

Fot. Alicja Matwiejczuk
Jezioro Reczynek jest chlubą Ośna, położone w samym mieście, z dużym kąpieliskiem z jednej strony i przedwojennym amfiteatrem z drugiej, gdzie odbywają się imprezy organizowane przez miasto. Wydawałoby się, że pielęgnowanie takiego jeziora powinno być najbardziej oczywistą sprawą pod słońcem. Niestety Reczynek mierzy się z problemami będącymi efektem całego zbioru szkodliwych działań. Do jeziora od lat wpływają ścieki komunalne, początkowo ze studzienki kanalizacyjnej tuż przy dopływie do jeziora, następnie – po zamurowaniu studzienki – przez podmokłą łąkę umiejscowioną koło jeziora.
Tereny przylegające do Reczynka zostały osuszone na zlecenie burmistrza Ośna, aby możliwe było sprzedanie ich jako działek budowlanych. W tym celu zostały również obniżone przepusty przy dopływie do jeziora. Osuszanie terenów wokół akwenu musiało jednak doprowadzić do obniżenia poziomu wód gruntowych, a wraz z nimi – do obniżenia poziomu wody w jeziorze. Nad Reczynkiem zostały też wycięte stare, piękne drzewa, i powstały nowe asfaltowe drogi, co ma negatywny wpływ na cały ekosystem, a także zmniejsza atrakcyjność jeziora w oczach ludzi szukających odpoczynku na łonie natury. Jakby tego było mało, na zlecenie urzędu miasta podjęto próbę wybudowania sieci kanalizacji sanitarnej na torfowisku będącym integralną częścią jeziora. Budowa została zablokowana dzięki zaangażowaniu mieszkańców, którzy sygnalizowali nieprawidłowości, takie jak zniszczenie sąsiadującej działki. Mimo to torfowisko zostało naruszone, co mogło dodatkowo pogorszyć stan jeziora.
Na skutek wszystkich tych czynników w połączeniu ze zmianami klimatycznymi, na przełomie lat 2023 i 2024 kilkakrotnie doszło do zakwitu toksycznych sinic. Podejmowane przez nas działania, w tym informowanie mieszkańców o zagrożeniu zatruciem sinicami, alarmy skierowane do urzędu miasta, WIOŚ oraz Sanepidu, wymusiły na burmistrzu zorganizowanie spotkania z mieszkańcami w sprawie ekosystemu jeziora Reczynek oraz podpisanie umowy na opracowanie ekspertyzy naukowej na temat problemów z jakością wody w jeziorze. Mimo że nasze doświadczenie i opracowania stworzone na naszą prośbę przez specjalistów (Artura Furdynę, dr. Sylwestra Kraśnickiego) nie zostały wzięte pod uwagę, to podpisanie umowy oceniamy pozytywnie. Zamierzamy śledzić i nagłaśniać zarówno wnioski płynące z ekspertyzy, jak i proces wprowadzania ich w życie przez urząd.
Walka o ośniańską wodę trwa już od 5 lat. Jest prowadzona przez nieformalną grupę Ratujmy Jezioro Reczynek. Działania grupy odsłaniają skomplikowane powiązania między przyrodą, interesami i polityką. Władze nazbyt chętnie wszystkie problemy próbują zrzucić na zmiany klimatyczne, całkowicie pomijając swój własny wpływ na zarządzane przez siebie obszary.

Fot. Alicja Matwiejczuk
W swoich działaniach grupa współpracuje z ekspertami, spośród których należy wymienić przede wszystkim prof. dr hab. Wiktora Kotowskiego oraz Artura Furdynę. Profesor Wiktor Kotowski pochylał się nad ośniańskimi mokradłami w ramach projektu „Pamiętajmy o mokradłach”. Raport profesora jest dostępny na stronie https://pamietajmy.bagna.pl/Osno-content. Artur Furdyna opracował natomiast ekspertyzę pt. „Program naprawczy stosunków wodnych w górnej części zlewni Łęczy na terenie gminy Ośno Lubuskie”, pozytywnie ocenioną przez prof. dr hab. Józefa Szpikowskiego. Ekspertyza ta została stworzona na zlecenie ówczesnego posła Tomasza Aniśki – mieszkańca Ośna – który poza zleceniem ekspertyzy niestety do końca swojej kadencji pozostał całkowicie bierny, w żaden sposób nie próbując zmierzyć się z problemami swojej miejscowości ani nie wspierając w najmniejszym stopniu naszych działań.
Dzięki współpracy z Siecią Obywatelską Watchdog Polska, członkowie grupy uczą się, jak skutecznie pozyskiwać informacje publiczne, a także pokazują lokalnym władzom, że te mają obowiązek takie informacje przekazywać obywatelom. Obecnie urząd miasta odpowiada na większość wystosowanych pytań w terminie. Wciąż jednak napotykają na trudności. Obecnie nie są w stanie uzyskać informacji na temat lokalnej gminnej spółki wodnej – sprawa ta prawdopodobnie będzie miała finał w sądzie
Prowadząc na Facebooku stronę „Ratujmy jezioro Reczynek”, informują i edukują lokalną społeczność, bo wierzymy, że każda kolejna świadoma osoba może zrobić dużo dobrego. W ramach projektu „Pamiętajmy o mokradłach” w marcu 2023 r. w Ośnie miał miejsce wykład profesora Wiktora Kotowskiego oraz zmysłowy spacer prowadzony przez Olgę Roszkowską. Dzięki dofinansowaniu z Funduszu Obywatelskiego im. Henryka Wujca jesienią 2023 r. udało się zorganizować warsztaty na temat ochrony wody poprowadzone przez Artura Furdynę, autora „Programu naprawczego stosunków wodnych w górnej części zlewni Łęczy na terenie gminy Ośno Lubuskie”, oraz warsztaty ochrony lasu poprowadzone przez ekspertkę z fundacji Lasy i Obywatele.
Działalność aktywistów jest jednocześnie źródłem satysfakcji i frustracji. Satysfakcję czerpią z coraz lepszego zrozumienia procesów kształtujących naszą rzeczywistość – zarówno przyrodniczych, jak i społeczno-politycznych – a także ze wszystkich kolejnych sukcesów, nawet jeśli są niewielkie w porównaniu do problemów, które wciąż wymagają rozwiązania. Trudna jest cała biurokracja, konieczność spędzania czasu na pisaniu wniosków i dochodzenie swoich praw w urzędach, ponieważ członkowie grupy woleliby cieszyć się w tym czasie bliskością przyrody i podziwiać jej piękno. Jednak zdają soboe sprawę, że samo przebywanie pośród jezior i mokradeł nie wystarczy, aby je chronić. Trudne jest również uświadomienie sobie, jak bardzo pozorna pod wieloma względami jest nasza demokracja, w której zwykły obywatel jedynie dużym wysiłkiem może wywalczyć możliwość realnego wpływania na decyzje osób sprawujących władzę. Wciąż też szukają dalszych informacji i osób gotowych podzielić się z nimi wiedzą oraz wspomóc działania.
TEGO JESZCZE NIE BYŁO!
We Wrocławiu we wtorek, 28.05.2024 startuje międzynarodowa konferencja o renaturyzacji Odry.
Z tej okazji zapraszamy na BRIEFING PRASOWY.
CZAS: wtorek, 28.05.2024, godz. 8:50 (konferencja rozpocznie się o 9:30)
MIEJSCE: Wrocław, Concordia Wyspa Słodowa
To pierwsza tego typu merytoryczna dyskusja o renaturyzacji Odry – co ważne, są pozytywne zmiany – mamy na pokładzie polskie instytucje publiczne a Ministerstwo Środowiska i Klimatu dało nam patronat (udział w naszym breifingu zapowiedziany przez Urszulę Zielińską Sekretarz Stanu w Ministerstwie Klimatu i Środowiska, szefową międzyresortowego Zespołu d/s Odry).
Debata będzie transmitowana na
https://odra.polkongres.live w 3 językach transmisja od 9:00 – trzeba się zarejestrować podając imię i nazwisko oraz e-mail. Najprawdopodobniej będzie też transmisja na FB Koalicja Ratujmy Rzeki (o ile nie wystąpią problemy techniczne).
Wartość ochrony ekosystemów morskich dla społeczeństwa – Wydział Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego i Fundacja MARE przedstawiają wyniki najnowszych badań Na ile Polacy wyceniają korzyści związane z realizacją programu oczyszczania wraków zagrażających środowisku Morza Bałtyckiego? Czy te korzyści przewyższałyby koszty takiej interwencji? Kompleksowa analiza korzyści i kosztów przeprowadzona przez dr Ewę Zawojską i mgr Katarzynę Zagórską (WNE Uniwersytet Warszawski) we współpracy z przedstawicielami instytucji partnerskich – Julianem Sagebiel (iDiv) i Patrycją Nowakowską (Instytut Oceanologii PAN) – pokazuje, że proponowany dziesięcioletni program oczyszczania potencjalnie niebezpiecznych wraków może zapewnić korzyści środowiskowe i ekonomiczne prawie 30 razy większe niż jego koszty.
Według danych Biura Hydrograficznego Marynarki Wojennej w polskich obszarach morskich zalega ponad 415 wraków. Przyczynami zatonięć jednostek pływających są m.in. wypadki, działanie sił natury i operacje militarne. Okręty i statki, które spoczęły na dnie Bałtyku w ciągu ostatnich 200 lat, zwłaszcza te po konfliktach zbrojnych, mogą stanowić poważne zagrożenie dla ekosystemów morskich oraz społeczności zamieszkujących wybrzeże. Głównymi źródłami tych zagrożeń są: paliwo, oleje oraz inne substancje chemiczne zalegające w zbiornikach.
W badaniu przeprowadzono analizę kosztów i korzyści (z punktu widzenia społeczeństwa Polski) programu prewencyjnego oczyszczenia wraków zatopionych w polskiej strefie Bałtyku z paliw i innych substancji niebezpiecznych. Taka analiza pozwala ocenić, czy z ekonomicznego punktu widzenia taki program opłaca się wprowadzać – to znaczy, czy program przyniesie więcej korzyści niż kosztów. W ramach badania rozważono 10-letni program – pierwszy rok obejmowałby przygotowania i dokonanie ocen ryzyka stwarzanego przez wraki, a w kolejnych latach wraki zakwalifikowane jako niebezpieczne byłyby oczyszczane w kolejności od tych stanowiących największe ryzyko dla środowiska. Analiza dotyczyła tylko wraków potencjalnie niebezpiecznych dla środowiska znajdujących się w polskich wodach Bałtyku. Na podstawie projektu zrealizowanego w latach 2019-2021 przez Instytut Morski w Gdańsku we współpracy z Fundacją MARE wytypowanych zostało 18 takich wraków. Wytypowane wraki wymagają przeprowadzenia dokładnych ocen ryzyka w celu weryfikacji istniejącego zagrożenia dla środowiska.
Korzyści dla społeczeństwa z takiego prewencyjnego programu oczyszczenia wraków zostały oszacowane przy wykorzystaniu ekonomicznej metody wyceny warunkowej. Wycena warunkowa to ekonomiczny sposób wyceny wartości dóbr i zasobów. Opiera się na ankietach i służy do szacowania w kwotach pieniężnych wartości dóbr/zasobów, które nie są sprzedawane na rynkach, a więc nie mają swojej ceny (tzw. dobra nierynkowe). Tą metodą można oszacować wartość takich zasobów/dóbr, jak czyste powietrze czy ochrona środowiska. W oparciu o ankiety przeprowadzone w styczniu 2024 r. na reprezentatywnej próbie Polaków liczącej 3457 respondentów z całej Polski oszacowano, że wartość korzyści prewencyjnego programu oczyszczenia wraków dla społeczeństwa Polski to ponad 30 mld zł.
Na potrzeby analizy korzyści-kosztów oszacowano także koszty wdrożenia prewencyjnego programu badań i oczyszczania wraków. Całkowity koszt wstępnych badań 18 wraków wytypowanych jako te o potencjalnie najwyższym ryzyku wycieku substancji niebezpiecznych to około 8,7 mln zł. Natomiast kolejny etap realizacji programu, czyli oczyszczenie szczególnie niebezpiecznych wraków z paliw i innych substancji niebezpiecznych, to około 923 mln zł. Oszacowania kosztów zostały przygotowane przez firmę Profesea sp. z o.o.
Oznacza to, że koszt planowanej interwencji to łącznie 931,7 mln zł, natomiast potencjalne korzyści to ponad 30 mld zł. Przeprowadzona analiza wykazała zatem, że suma korzyści z wdrożenia programu zarządzania wrakami i docelowego oczyszczania wraków potencjalnie niebezpiecznych 30-krotnie przekracza koszty oczyszczania.
„Wraki statków to tykające ekologiczne bomby zegarowe” – stwierdziła dr Ewa Zwojska. „Nasze badanie nie tylko podkreśla wykonalność i konieczność takich programów oczyszczania, ale także podkreśla pilną potrzebę systemowych działań w celu ochrony naszych ekosystemów morskich”.
Wyniki ankiety wskazały również, że 81,20 proc. respondentów twierdzi, że słyszało wcześniej o wrakach statków zatopionych na dnie Bałtyku, a 56,44 proc. wiedziało wcześniej o problemach dla środowiska naturalnego Bałtyku powodowanych przez wraki. Ponadto 61,73 proc. respondentów powiedziało "Bałtyk jest dla mnie ważny".
Fundacja MARE od lat aktywnie edukuje na temat działań, jakie każdy indywidualnie i wszyscy
razem jako społeczeństwo możemy podejmować, aby chronić Bałtyk – dla wszystkich istot ludzkich i nie-ludzkich i dla dobra całego ekosystemu.
„Temat potencjalnie niebezpiecznych wraków na dnie Bałtyku to jeden ze sztandarowych projektów MARE.” – podsumowuje Olga Sarna z Fundacji MARE. „Fundacja nawołuje do alokacji odpowiednich środków na rzecz ochrony Bałtyku oraz o podjęcie działań prewencyjnych na rzecz neutralizacji zagrożenia stwarzanego przez paliwa i inne substancje niebezpieczne dla środowiska, zalegających w zbiornikach wraków”.
Wyniki w bardzo streszczonej wersji popularnonaukowej, tzn. infografik, można zobaczyć poniżej. Wyniki w wersji naukowej, ze szczegółami metodologicznymi, będzie można usłyszeć w lipcu 2024 r. podczas warsztatu „REE/JEEM Workshop on Non-Market Valuation” odbywającego się na zakończenie najważniejszej europejskiej konferencji w dziedzinie ekonomii środowiska (29th Annual Conference of the European Association of Environmental and Resource Economists).
Badanie sfinansowano z programu „Inicjatywa Doskonałości – Uczelnia Badawcza” na Uniwersytecie Warszawskim w ramach projektu “Wartość ochrony ekosystemów morskich dla społeczeństwa – Ekonomiczna wycena oczyszczenia wraków na dnie Morza Bałtyckiego” zrealizowanego z konkursu „Nowe Idee 2A w Priorytetowym Obszarze Badawczym V”. Współautorzy badania: Ewa Zawojska, Katarzyna Zagórska, Julian Sagebiel, Patrycja
Nowakowska.
Źródło: https://doi.org/10.17605/OSF.IO/RKT7H
Materiały dodatkowe:
LINK DO INFOGRAFIKI OMAWIAJĄCEJ WYNIKI BADANIA:
Kliknij, aby uzyskać dostęp MARE_INFOGRAFIKA_1_WARTOSC_final.pdf
Kontakt:
Fundacja MARE: Olga Sarna, osarna@fundacjamare.pl, tel. 604668682
Uniwersytet Warszawski: Ewa Zawojska, ewa.zawojska@uw.edu.pl
W piątek, 26 kwietnia 2024 r. ruszyła międzynarodowa Akcja Czysta Odra. To już trzecia edycja, podczas której sprzątane są Odra i jej dopływy.
– Wciąż czekamy na kolejne zgłoszenia, na szkoły, wolontariuszy, firmy i ich pracowników. Szacujemy, że w akcji weźmie udział 20 tys. wolontariuszy z Czech, Niemiec i z Polski. Każdy może się włączyć, do czego zachęcamy – apelowała podczas dzisiejszej konferencji prasowej Anna Adamczyk ze Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA, regionalna koordynatorka akcji.
Pierwsza ze sprzątań zaplanowanych we Wrocławiu odbyła się w piątek, 24 kwietnia o godz. 10, koło Kładki Zwierzynieckiej. To jednak nie wszystkie akcje, jakie odbywają się we Wrocławiu. Planowane jest jeszcze 7 innych akcji na terenie miasta. Wrocławianie planują posprzątać nabrzeże Odry w okolicach Maślic, Kozanowa, Karłowic, Szczepina, Muchoboru oraz okolice Oławy w pobliżu Lasu Rakowickiego.
W ramach Akcji Czysta Odra zaplanowane są wydarzenia na całym odcinku rzeki – od czeskich Moraw aż po Bałtyk. Prócz Polaków, do akcji włączą się także Czesi i Niemcy.
– Cokolwiek się wrzuci do rzeki w czeskich Morawach, to prędzej czy później do Wrocławia przypłynie. Cokolwiek wrocławianie do rzeki wrzucą, to prędzej czy później trafi do Zalewu Szczecińskiego, a później Morza Bałtyckiego – mówi Dominik Dobrowolski, inicjator Akcji Czysta Odra.
Niektóre zgłaszające się osoby postanowiły połączyć siły z innymi organizatorami i łącznie na terenie od Opola do Nowej Soli planowane jest 23 akcji. Akcja Czysta Odra obejmie takie miejscowości jak Bytom Odrzański, Lewin Brzeski, Bogatynię, Lubiąż, Brzeg, Fałkowice.
Podczas pierwszej edycji udało się pozbierać ok. 140 ton śmieci, rok później – 150 ton. W tym roku oprócz zbierania śmieci ekolodzy chcą także zarybiać rzekę.
– To odpowiedź na negatywne skutki katastrofy ekologicznej z 2022 r. Ekosystem rzeki wciąż nie jest odbudowany i stabilny. W kwietniu do dorzecza Odry trafi łącznie ok. 1,5 mln ryb gatunków, które najbardziej ucierpiały podczas katastrofy – zapowiada Anna Adamczyk.
Akcjom ekologów towarzyszą postulaty dotyczące czystości wody. Organizatorzy domagają się m.in. zahamowania zrzutów zasolonej wody z kopalń na Górnym Śląsku, przeglądu oczyszczalni ścieków, a także ograniczenia zanieczyszczeń pochodzących z rolnictwa.
Chętni do udziału mogą zgłosić się do regionalnej koordynatorki Anny Adamczyk ze Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA, pod numerem tel. 511032036 lub e-mail:
akcjaczystaodra@gmail.com
Lokalni organizatorzy będą mogli otrzymać wsparcie finansowe na przeprowadzenie akcji w wysokości 500 zł. Darczyńcą grantów jest, już trzeci rok z rzędu, Credit Agricole Bank Polska. Ilość grup, które mogą otrzymać dofinansowanie jest ograniczona.
nformacja prasowa Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA i Akcji Czysta Odra
Wrocław nad Odrą, 22 kwietnia 2024 r
Uwielbiam te pierwsze godziny, gdy świat powoli budzi się do życia. Pierwsza kawa, ludzie przemykający w milczeniu i zamyśleniu, poranny chłód i ciepłe promienie słońca. Kolekcjonuję wspomnienia poranków z różnych miast, miejsc na świecie, z różnych lat i okazji.
Dwugłos o przyrodzie i miłości
Monika Kostera i Joanna Średnicka
J: Nigdy nie potrafiłam odnaleźć się w tej podejrzanie prostej koncepcji, która dzieli ludzkość na sowy, nabierające rozpędu po zmroku i skowronki, dla których to poranki są źródłem siły. Bywam i jednym, i drugim. Też tak masz? W byciu sową frapuje mnie jedynie nieuchronność kary: niedospanie lub utrata poranka: tych pełnych mocy początków dnia. Lubię obudzić się przed wszystkimi, sporo wcześniej niż trzeba; uwielbiam te pierwsze godziny, gdy świat powoli budzi się do życia. Pierwsza kawa, ludzie przemykający w milczeniu i zamyśleniu, poranny chłód i ciepłe promienie słońca. Kolekcjonuję wspomnienia poranków z różnych miast, miejsc na świecie, z różnych lat i okazji. Nie wiem czemu, ale poranne godziny wyjątkowo mocno zapadają mi w pamięć, tę cielesną jej odmianę, w której bardzo realistycznie wraca się do obrazów, odczuć, zapachów. Nie wiem, może nauka ma na to jakąś odpowiedź, i rano nasze zmysły są bardziej aktywne? Intensywniej zapisują się we wspomnieniach?
M: Z kolei ja nigdy nie rozumiałam zachwytów nad wschodami słońca. Szczerze mówiąc, wolałam ich nie oglądać. Kojarzyły mi się raczej z zimnem zewnętrznym i wewnętrznym, a przy okazji często też z uczuciem rozstrojenia, które zapowiada „dzień w plecy”. Pokochałam dopiero wschody słońca, gdy zamieszkałam w kraju położonym dobry kawałek na zachód. We Francji słońce często wstaje razem ze mną, a w każdym razie zdaje się nie patrzeć na mnie z potępieniem, jak w Warszawie. „Ale leń”, mówi mi często nad uchem warszawskie słońce, „już do roboty, hop!”. Wtedy wstaję o tej 4 nad ranem i pracuję, ale wolałabym umieć być mniej posłuszna. Francuskie słońce nie wymaga ode mnie ani posłuszeństwa ani poświęcenia. Ociera się o mnie rano jak kot i mruczy: „wstań już może, pora popatrzeć na rzekę”. Wtedy wstaję i patrzę na rzekę za naszymi oknami. A za rzeką wschodzi słońce i zmienia kolory tak leniwie i pięknie, że nie chce mi się pracować, tylko siedzę z kawą i gapię się. A ono łaskocze rzekę i ona też zmienia kolory. Moje zmysły są wtedy aktywne w bardzo leniwy sposób, gdy tak na nie patrzę.
J: Są takie miejsca poza Polską, we Francji, Włoszech na przykład, gdzie mam wrażenie, nie tylko poranne słońce jest bardziej łaskawe dla wolniejszego tempa, celebracji momentów. Miewa się tam prawo do odpoczynku… Warszawski bieg, imperatyw zajętości, gonienia, walki jest na dłuższą metę nie do wytrzymania. Mam koncepcję, częściowo tylko żartobliwą, że polskie społeczeństwo obok klasycznych kapitałów, o których pisze Bourdieu: społecznego, kulturowego i finansowego dorobiło się czwartego typu: to kapitał „załatwiania”, magicznego „radzenia sobie”, nawet w najtrudniejszych warunkach. To bardzo energochłonne dobro, które wykańcza jednostki, odbiera niespieszne poranki, ale pięknie maskuje wszystkie niedobory i systemowe niedoróbki. Ale to temat na inną rozmowę. Ach, dobrodziejstwo porannego patrzenia na rzekę, zieloność, wytwory natury, o których mówisz. Trudniejsza od świadomości jak rzadkie i nieoczywiste to dobro jest chyba tylko myśl, jak bardzo jest to luksus kruchy i podatny na komercyjną dewastację. Lubię wsłuchiwać się w rytm dnia, rejestrować zmierzch, nowe początki, które przynosi poranek. Jeśli mu pozwolić, cykl dobowy wciąż wybija z tej nieznośnej liniowości, wokół której zbudowana jest opowieść naszej cywilizacji. Tak jakbyśmy pędzili w jakimś kierunku, ostatnio do tego coraz bardziej mrocznym i bezdyskusyjnie złym. Każdy wieczór i poranek przypominają mi o cykliczności, o rytmie przemian, o wielkim systemie, którego jesteśmy częścią i od którego zależymy.
M: Tak, świadomość bycia częścią życia, sensu, wspólnego oddychania! Moja koleżanka Julia opowiadała mi o tym, jak kiedyś witała wschód słońca nad morzem – ona w ogóle kojarzy mi się z żywiołem ognia, bo chyba każdy ma swój żywioł, prawda? Więc opowiadała mi o tym w sposób, który mnie bardzo poruszył, o tym, jak czekała na ten wschód. W takim oczekiwaniu jest jakaś wielka, ożywcza miłość, coś co pozwala na nowo stwarzać świat – wpisać się w renesans, w odrodzenie. Widziałam niedawno nowy film Wima Wendersa, Perfect Days. Cały film jest wspaniały, ma moc spowalniania czasu na wiele dni do przodu. Jest tam powtarzająca się scena, jak bohater budzi się przed świtem, bez budzika, na dźwięk zamiatania ulicy przez gospodarza domu. Wstaje, kupuje mrożoną kawę w automacie i wyrusza swoim małym vanem przez miasto podczas gdy wstaje słońce. Mimo absolutnej betonozy i super-zurbanizowanego kontekstu miasta gdzie mieszka – Tokio – to wschodzące słońce łączy jego i widza z sensem i z życiem, jak dłoń na pulsie. Tak pisał Hermann Hesse, chęć życia wymaga odwagi większej niż gotowość na śmierć. Opowiadanie Julii i sceny wschodu słońca z filmu Wendersa przypomniały mi o tym, że mam tę odwagę – wielką, bezgraniczną odwagę, bo nie ma ona żadnego związku z moimi zasługami ani z decyzjami. To jest odwaga ponad mój stan, ponad moją kondycję. Odwaga większa niż człowiek, niż cokolwiek co ludzkość stworzyła, cokolwiek co zawiniła.
J: Piękne! Otaczające nas dystopijne wizje przyszłości sprawiają, że chęć życia, branie odpowiedzialności za kolejne swoje poranki, staje się coraz bardziej transgresyjna i wymaga nie lada odwagi. Jest rzeźba Berniniego, Apollo i Dafne, absolutnie urzekająca; nie widziałam historii przemiany piękniej opowiedzianej kamiennym językiem. Dafne funkcjonuje w kulturze jako symbol miłości niedostępnej, mnie o wiele bardziej niż cała ta opowiastka o zakochanym Apollo, fascynowała przy tym jej siła i odwaga właśnie. Imponowała mi i jej moc samostanowienia, wzięcia odpowiedzialności za swój los w wariacie ekstremalnym – przemienia się w drzewo laurowe, by móc pozostać sobą. Chyba częściej niż dawniej, wraca do mnie ostatnio Dafne i inspiruje do odwagi w poszukiwaniu po pierwsze istoty mnie, a po drugie gotowości do radykalnych przemian, jeśli tylko one mogą uratować sens.
W co najmniej dwóch lokalizacjach, w których Ministerstwo Klimatu i Środowiska nakazało Lasom Państwowym wstrzymanie prac, nadal trwają wycinki. Działacze Greenpeace Polska ujawniają, że na terenie bieszczadzkiego Nadleśnictwa Stuposiany wciąż wycinane są buki i jodły, w tym drzewa o wymiarach pomnikowych. Dzieje się to dokładnie na tych obszarach, które zostały objęte ministerialnym moratorium z dnia 8 stycznia bieżącego roku, nakazującym zaprzestanie wycinek.
– To jest naprawdę szokujący wyraz arogancji wobec nowych władz resortu i polityki nowego rządu, ale przede wszystkim, wobec zdecydowanej większości społeczeństwa, która oczekuje lepszej ochrony najcenniejszych lasów – mówi Aleksandra Wiktor z Greenpeace Polska, która 9 kwietnia na miejscu dokumentowała świeże ślady wycinek. – Nie mogliśmy uwierzyć, że to dzieje się w biały dzień, praktycznie na oczach turystów odwiedzających chlubę Lasów Państwowych, czyli Zagrodę Pokazową Żubrów – dodaje drugi wysłannik Greenpeace’u, Marcel Andino Velez. – Kilkadziesiąt metrów za zagrodą żubrów wzdłuż świeżo rozjeżdżonych szlaków zrywkowych, leżały liczne drzewa ścięte w ciągu nie więcej niż kilku tygodni, trwał też załadunek na ciężarówkę – relacjonuje Aleksandra Wiktor.
Kilka kilometrów dalej, na drugim sprawdzonym obszarze objętym moratorium wysłannicy Greenpeace’u natrafili na wycinkę jodeł, obwód pni niektórych wyciętych drzew sięgał trzech metrów.

Foto: Greenpeace
– Widać, że leśnicy za cel wzięli sobie najcenniejsze egzemplarze jodeł i buków i tną w pośpiechu, jakby bojąc się, że faktycznie tereny te zostaną na trwałe, w sposób ustawowy, wyłączone z ich rabunkowej gospodarki – komentuje Aleksandra Wiktor. – Wystarczy proste urządzenie GPS i ogólnodostępna mapa z wskazanymi przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska obszarami objętymi moratorium, by złapać Lasy Państwowe na gorącym uczynku. Trudno pojąć, dlaczego zdecydowano się na tak ostentacyjne lekceważenie poleceń zwierzchników – mówi Marcel Andino Velez.
Ujawniony proceder Lasów Państwowych stawia pod znakiem zapytania wiarygodność deklaracji nowej dyrekcji tej jednostki, która zapewnia, że zamierza wykonywać polecania rządu Donalda Tuska w zakresie realizacji zapisu umowy koalicyjnej o trwałym wyłączeniu z wycinek 20 proc. powierzchni polskich lasów.
– Obszar objęty styczniowym moratorium to zaledwie 1,3 proc. lasów, a i tak moratorium to nie jest respektowane. Codziennie z polskich lasów wyjeżdża ponad 5800 ciężarówek z wyciętymi drzewami. Teraz wiemy, że te ciężarówki wyjeżdżają też z najcenniejszych przyrodniczo lasów, wyłączonych tymczasowo przez rząd z wycinek. To kolejny argument za tym, by rząd nie tylko pilnie zadbał o to, by wyłączenia 20% polskich lasów były trwałe i ugruntowane prawnie, ale by jak najszybciej opracował reformę polityki leśnej w naszym kraju – komentuje Marcel Andino Velez.

Foto: Greenpeace
Fundacja Greenpeace Polska w związku z dowodami na ewidentne ignorowaniee ministerialnych poleceń złoży do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa.
*Sprawdzone przez Greenpeace Polska obszary to, wedle dokumentacji Lasów Państwowych wydzielenia 54d i 218d znajdujące się na terenie Nadleśnictwa Stuposiany. Tereny, które sprawdził Greenpeace Polska, to część z 10 szczególnie cennych przyrodniczo i społecznie obszarów lasów na terenie całej Polski, na których ministerialne moratorium z 8 stycznia wstrzymało wycinki na okres sześciu miesięcy. Na terenie lasów wokół Iwonicza-Zdroju przypadki łamania moratorium zgłaszała ostatnio Pracownia Na Rzecz Wszystkich Istot.
źródło: Informacja prasowa Greenpeace Polska, 10.04.2024 r.
Kiedyś naukowcy tylko marzyli o obejrzeniu na żywo spektakularnego wydarzenia sprzed tysiącleci, o którym czytali w e–książkach. W naszej epoce to się zmieniło, a kolejnymi szczęściarzami, którzy tego doświadczą będziemy my, czyli nieustraszeni doktoranci Szpula i Hula. Nie cofniemy się jednak wirtualnie w przeszłość, aby zaspokoić swoją ciekawość jak prości turyści czy autorzy historycznych e–romansów. Nie będziemy podziwiać marnej na ogół gry aktorskiej, próbującej dostroić do współczesności życie i postaci z dawnych epok. Notícias falsas nie dla nas! Nie, my obejrzymy na żywo, prawdziwe historyczne wydarzenia z III wieku przed naszą erą, aby przebadać, jak zareagowała na nie miejscowa społeczność i jak postanowiła poradzić sobie z kryzysem. Bo też było to wydarzenie kryzysowe, i to na wielką skalę.
Zainspirowani badaniami wschodów i zachodów słońca wielkiej uczonej z epoki Zmian Klimatycznych, Profesor Julii, zapisaliśmy się na tę trudną i inspirującą wyprawę w czasie. Wyposażeni w wiedzę, jaką dostarczyła nam historia i współczesność, wykonaliśmy wielki skok w czasoprzestrzeni. Nasz chronoport wyrzucił nas precyzyjnie tam, gdzie wszystko miało się dziać. I oto siedzimy na skale z pięknym widokiem na Kolosa Rodyjskiego. Czekamy. Ponad trzydziestometrowy posąg żegnał od kilku dziesięcioleci żeglarzy porzucających Rodos.
Przepływając przesmykiem pomiędzy jego gigantycznymi nogami opuszczało się starożytny port. A my nie marynarze, ani tokarze, lecz zwykli cieśle, tacy wędrowni dla większej niepoznaki, siedzimy sobie jak królowie i wymieniamy się uwagami godnymi poetów. Po namyśle, raczej domorosłych. Albo wędrownych.
– Patrz na te łydki jak kolumny, te uda jak wieże i korpus masywny jak brama do naszego kampusu. Jak to się wszystko trzyma? – wzdycha Szpula.
– Chyba udrapowanie płaszcza zapewnia stabilizację, wydaje mi się – sugeruje Hula.
– Tak, wygląda lekko, ale opada w ten sposób, że przytrzymuje całą figurę Heliosa. A widzisz te szczegóły? To eleganckie wygięcie łuku i drobiazgowe zdobienia kołczanu? Co za robota!
– Widzę, widzę…
– A jaki drapieżny kształt ma ta strzała, którą bóstwo trzyma w lewej dłoni? A z jakim przepychem zrobiony jest płonący znicz wolności w jego prawicy? – cmoka z uznaniem Szpula.
– Ta… A to przecież nie Statua Wolności – Hula chwali się wiedzą o innym nieistniejącym pomniku, zmiecionym przez tsunami w epoce Wielkiej Zmiany Klimatycznej. Przetrwała jedynie jej mniejsza i starsza wersja – paryska – tyle że zmieniła nazwę. Bo kiedyś właśnie Statuą Wolności nazywała się ukochana przez wszystkich studentów świata Statua Mądrości. – To bóg Słońca, w koronie ze słonecznych promieni.
– Patrz! Jakieś łodzie przepływają w jego cieniu…
Wtem! Zatrzęsła się ziemia i zafalowało morze. Nam, dwóm zuchom doktorantom zaparło dech.
Świat zawirował, ale my, dobrze na to przygotowani na kursie BHP/tektonika, nie panikowaliśmy, lecz obserwowaliśmy dalej. W dużym skupieniu, z szacunkiem, w razie czego gotowi na odwrót na z góry upatrzone itd.
Na naszych oczach bóg– kolos zachwiał się i padł. Prawe ramię ze zniczem runęło na jakieś drobne zabudowania przesmyku, turlając się wśród przerażonych Rodyjczyków. Na drugim brzegu wylądowała głowa Heliosa, zahaczając jeszcze koroną o maszt jednego ze zbliżających się okrętów i wbijając się w grunt w tak dziwny sposób, że wyglądało, jakby bóg wydostawał się spod ziemi, przeciskając przez piach wielką głowę. Wreszcie złamały się też kolana posągu, a pogięty żelazny szkielet, kawały brązu z jego ud i korpusu oraz kamienne „nadzienie” kolosa runęły prosto na statki. Zanim ktokolwiek zdołał krzyknąć, pręty i sztaby poprzebijały pokłady, a resztki Heliosa pociągnęły pokruszone łupiny za sobą w dół, na dno przesmyku. Na koniec w poprzek przesmyku legło dziwnym trafem lewe ramię rzeźby, strzałą mierząc prosto w nas dwóch, doktorantów z dalekiej przyszłości ocierających łzy na bezpiecznej skale. Łzy wywołane całym tym pyłem i kurzem. Ale nie tylko, bo chociaż chcieliśmy być opanowani i dzielni, to trudno się nie rozpłakać, obserwując taki kolosalny dramat. To koniec! Koniec z przytupem, koniec z fajerwerkami. Dramatyczny koniec z wieloma ofiarami wśród cywilów, wojskowych, dorosłych i dzieciaków – zawsze pracowało ich dużo przy statkach. To upadek Kolosa Rodyjskiego, jednego z siedmiu cudów świata starożytnego.
Aczkolwiek nie był to do końca koniec. I właśnie dlatego pojawiliśmy się tu, na Rodos. Mieliśmy przebadać, jak Rodyjczycy zareagowali na tragedię i co postanowili zrobić. Jako cieśle gotowi do pracy stawiliśmy się następnego dnia na rynku. Takich jak my było tu sporo, troszkę przyprószonych i pełnych nadziei. Bo czasami wszak kryzys jest okazją do zbudowania czegoś nowego, albo przynajmniej do udziału w sprzątaniu. Wszyscy radzili, wiedzieli dokładnie jak być powinno, przekonywali, niczym filozofowie w szatach skromnych cieśli. To było nasze święto, pracowników gotowych do pracy. Czekaliśmy na możnych tego świata, by dali znak i zatrudnienie, a w międzyczasie oddawaliśmy się przyjemnościom dyskusji.
– Odbudujmy go, ale większy i trwalszy – mówili jedni – Bo jak widać pięćdziesiąt sześć lat temu Chares zrobił to byle jak. Widzicie przecież, że to nie figura z brązu, jak chcieliśmy, tylko rusztowanie obite brązową blachą, wypełnione kamieniami i gliną. Kolos na glinianych nogach to był. Tak! Blacha, glina i kamieni kupa!
– A na co nam to odbudowywać? Wystarczy tylko uprzątnąć przesmyk, żeby był spławny, a reszta kolosa niech leży. Przesmyk porządnie zabezpieczyć, to robota dla dobrych fachowców – mówili drudzy – Czy widzicie, że po katastrofie odwiedza nas jeszcze więcej ludzi? Chcą zobaczyć, co zostało po kolosie bardziej, niż wcześniej chcieli zobaczyć go w całej okazałości! Obserwowałem dziś Ateńczyka, który próbował objąć ręką kciuk naszego Heliosa, kto inny porównywał palce bóstwa do całych posągów z ateńskiego Akropolu…
– Bzdura! – przerywali trzeci – Widzieliśmy, co dzieje się w resztkach kolosa. Niewiasty lekkich obyczajów znalazły tam nowe darmowe miejsce do uprawiania swego zawodu. Jakieś parki chędożą się w jego wnętrzu jak w jaskiniach. Zabrać to całe cholerstwo, pociąć na części i sprzedać… A uczciwych cieśli zatrudnić do budowy nowego, funkcjonalnego portu, bez tych staroświeckich błyskotek.
– Nigdy! Zgroza! Hańba! – odezwały się głosy protestu.
– Może po prostu zapytajmy o zdanie wyrocznię delficką – zasugerował jakiś młody polityk, który zmaterializował się w tłumie (jak to mają w zwyczaju politycy od początku dziejów aż po dzisiejsze oświecone czasy), a reszta przyznała mu rację.
Ach jak bardzo chcieliśmy wybrać się do Delf! Wiadomo, perypetie naszych niesfornych poprzedników sprawiły, że odebrano nam możliwość spotykania znanych postaci. Tylko czy Pytia jest znaną postacią czy nie? Podjęliśmy debatę nad tą kwestią. Po czym się pobiliśmy. Nie bardzo pamiętając o tym, jak bardzo agresja obniża poziom energii, daliśmy sobie w nos szybko, po razie, a potem podaliśmy ręce. Następnie skontaktowaliśmy się z bazą, czyli z promotorem. To on miał rozstrzygnąć nasz spór.
Promotor zrugał nas za marnowanie cennego sprzętu komunikacyjnego na głupie pytania – oczywiście że Pytia to znana postać! Ładnie by historia wyglądała z przekabaconą Pytią! Więc spotkanie wykluczone i, że tak się wyrażę, bunda pálida. Natomiast możemy towarzyszyć posłańcom, jeśli nas zechcą, byle trzymać się z daleka od wieszczki.
Było lato, więc mogliśmy liczyć na znośną pogodę, to jest życzliwość Posejdona. Dwa tygodnie jak z bicza strzelił na supernowoczesnym żaglowcu (jak na III wiek p.n.e.), wypożyczonym przez miejscowego kupca winnego – a zatem z zapasem wina, sera i oliwek, co wydało się nam zdrowym wypasem na czas podróży morskiej. I byłoby faktycznie, gdyby nowoczesność żaglowca nie miała właściwości womitogennych.
Na szczęście piękno przyrody zapewniało nam odpowiedni stan energetyczny. Jako cieśle okrętowi nie musieliśmy zgrywać twardzieli i mogliśmy rzygać dalej niż widzimy. Ba, nawet było to mile widziane, bo pozwalało oszczędzać na sprzątaniu. Nie wolno było przeklinać ani mieć strasznych snów, bo natychmiast wywalono by nas za burtę. W tamtych czasach marynarze byli tak zabobonni jak w naszych aktorzy. Bardzo przydały się narzuty, które zabraliśmy ze sobą, bo w kajucie panoszył się dowodzący i jego osobiste zapasy wina i sera.
Na miejscu dostojniejsi od nas delegaci udali się do Pytii na seans, a my podziwialiśmy świątynie. Zrobiły wrażenie warte niewygody podróży. Filmy nie są w stanie tego odtworzyć – to nie tylko architektura, ale też niesamowity nastrój. Uczucie obecności czegoś poza ludzkim rozsądkiem i różnych mile pachnących ziółek, no naprawdę niczego sobie. Upojeni tą atmosferą, czekaliśmy na decyzję Pytii. Wprawdzie wiedzieliśmy już z lekcji historii, jaka będzie, jednak gdzieś w naszych głowach tliła się iskra niepewności. To pewnie atmosfera Delf tak podziałała…
Tymczasem wyrocznia nie robiła żadnych ceregieli i nie odpowiedziała zagadkami. Poinformowała dostojnych delegatów, że Kolosa nie należy odbudowywać. Helios sobie tego nie życzy. I tyle. Z tą wieścią ruszyliśmy z powrotem na Rodos.
Wróciliśmy tą samą drogę i zajęło nam to tyle samo czasu. Jednak tym razem jako cieśle przydaliśmy się na statku dużo bardziej, bo rzygaliśmy mniej. Miło czuć się mniej skłonnym do mdłości i pożytecznym. To dodaje energii. Nigdy w trakcie naszych prac badawczych nie czuliśmy się tak potrzebni, przyznam bez bicia. Do rodyjskiego portu wpłynęliśmy z dumą ludzi morza, ludzi pracy, ludzi czynu.
– No to mamy już prostszy wybór: albo zostawiamy resztki kolosa albo sprzedajemy – zasugerował znany nam już polityk, gdy tylko nasze stopy stanęły w porcie, a obywatele zbiegli się posłuchać, co mamy do powiedzenia w nurtującym wszystkich temacie.
Wybór – rzecz ludzka. A zwłaszcza demokratyczna. Rodyjczycy oddali się temu wybieraniu z zapamiętaniem godnych naszych czasów. Każdy spółdzielca wie, jak to działa. Pochłonęło to więcej czasu niż otrzymaliśmy od promotora. W odróżnieniu od Rodyjczyków, my wyboru nie mieliśmy. Nim starożytni dyskutanci podjęli na dobre decyzję o pozostawieniu kolosalnych ruin na miejscu katastrofy, my wróciliśmy do naszej epoki, by uniknąć katastrofy osobistej. Inaczej zdążylibyśmy posiwieć w tej starożytności, a na pewno czas studiów doktoranckich wydłużyłby nam się ponad przepisowych osiem lat… A wtedy: bunda pálida. I kamieni kupa.
Trzy pierwsze odcinki cyklu można przeczytać w Nowym Obywatelu.
Kwiaty są w moim świecie czymś szczególnym, kontemplacyjnym i rytualnym jednocześnie, radością z powrotów i obecności. A Ty, czy też kochasz kwiaty?
Dwugłos o przyrodzie i miłości
Monika Kostera i Joanna Średnicka
M: Czy Ciebie też bardzo porusza grecki mit o Demeter, która tak bardzo tęskni przez połowę roku za swoją córką, porwaną przez Hadesa, że ustaje wegetacja. Jednak Persefona wraca do swojej matki na drugą połowę roku i dlatego wiosna i lato są pełne życia – Demeter, bogini plonów, cieszy się, że córka znów jest przy niej i pozwala światu rozkwitać. Dla mnie kwiaty są takimi symbolami powrotu i życia, w gruncie rzeczy miłości i duszy. Pojawiają się tam, którędy przechodzi Persefona. Są wyrazem radości ze spotkania. Czekam razem z Demeter na pierwsze kroki Persefony i cieszę razem z nią, gdy pojawiają się – tak jak teraz, gdy pisze te słowa – przebiśniegi i krokusy. Potem zrobi kolejny krok i pojawią się forsycje, a potem żonkile, narcyzy… Każdy kolejny kwiatek wyobrażam sobie w ten sposób, jako wyraz radości. W ogóle kwiaty są w moim świecie czymś szczególnym, kontemplacyjnym i rytualnym jednocześnie, radością z powrotów i obecności. A Ty, czy też kochasz kwiaty?
J: O tak! Wizja świata bez kwiatów jest absolutnie dystopijna. I w ich przypadku nie mam żadnej hierarchii – lubię równie mocno wszystkie bez wyjątku: wiosenne tulipany, lipcowe chabry w zbożu czy wytworne róże. Szczególnie fascynują mnie też powszechne dziś w ogrodach rozmaite egzotyczne gatunki, których nie pamiętam z lat dzieciństwa: kapryśne magnolie czy wielobarwne hortensje. A frezje. Czy jest piękniejszy zapach? Lubię ulotność kwiatów, nieuchronny i szybki koniec. Intensywność pełnego rozkwitu i eksplozja zapachu to znak, że za moment nastąpi kres. Tak, kwiaty zdecydowanie poruszają wiele strun w mojej duszy; kocham je. Wiesz, mam nawet alternatywną wersję siebie, gdybym kiedykolwiek doszła do granic zawodowego sensu i potrzebowała oddechu. Praca w kwiaciarni wydaje mi się spełnieniem na wielu poziomach.
M: Z tym zapachem nawet jest coś więcej, coś szczególnego – przynajmniej ja tak mam. Zapachy różnych kwiatów kojarzą mi się z osobami. Mogę przywoływać ich obecność, wąchając te kwiaty. Zawsze, gdy wącham róże, myślę o mojej ukochanej Cioci Jasi, która bardzo róże lubi i która kojarzy mi się z różą. Ma różany uśmiech i w ogóle różaną duszę. Z kolei kwiat cykorii, taki niebieski, kojarzy mi się z koleżanką Ilonką. Ten kwiat nie pachnie “dla nosa”, ale pachnie “dla
oka”, subtelnie, jak z dobre wieści innego wymiaru. Ilonka bardzo te kwiaty lubi i kojarzy mi się z nimi pod każdym względem.
Przywoływanie obecności ma szczególne znaczenie, gdy jakiejś osoby już z nami tu nie ma. Moja Babcia Weronia odeszła już wiele temu, a jest stale obecna w sezonie, gdy kwitną floksy. Ja się tymi floksami po prostu zaciągam. Babcia strasznie je lubiła i, gdy wszystko już było zrobione, wychodziła wieczorem pod dom, siadała na ławeczce i zachwycała się pachnącymi floksami. Zawsze dzięki tym kwiatom widzę jej piękny, floksowy uśmiech. Mam koleżankę, że którą dzielę w ten sposób floksy. Svetka miała babcię równie floksowi jak moja. Często umawiamy się w lecie „na floksy”, tak jak inni umawiają się „na fajkę” albo „na wino”. Chodzimy po działkowiskach i wdychamy floksy i uśmiechamy się do nich. Do siebie też, bo dzięki nam nasze babcie spotkały się na kwitnącej Ziemi teraz, gdy już nich tu nie ma – choć nigdy nie spotkały się, gdy były tu ciałem.
Nic dziwnego, że ruchy społeczne, takie jak szwedzcy socjaldemokraci, mają za swój symbol kwiaty, na przykład różę. Lub że w religii, na przykład w kulcie maryjnym kwiaty pełnią tak ważną rolę. Nie jestem katoliczką, a jednak jednym z moich najważniejszych świąt to Matki Boskiej Zielnej.
Czy Ty też masz swoje duchowe kwiaty?
J: Racjonalna część mnie oczywiście wypiera się duchowych związków z kwiatami, ale nie ma co jej słuchać, bo one oczywiście są, i to silne. Frezje na przykład to moi rodzice. Tata był człowiekiem totalnie rozkojarzonym, często z głową w chmurach, pogrążony w swoich myślach i pomysłach, mamie bliżej jest to typu pragmatyczno-zadaniowego. Mam takie obrazy z dzieciństwa, dość ponurych lat 80-tych w których dorastałam, gdy przy kilku okazjach w roku biegniemy z tatą do
kwiaciarni po bukiet frezji dla mamy. Bo je uwielbia. Musiał być wtedy na wyżynach swojej zapominalskiej natury. Pamiętać datę i ta determinacja w poszukiwaniu zapachu frezji. Jest w nim odtąd dla mnie zaszyta opowieść o wielkiej miłości i relacji rodziców: ludzi różniących się od siebie niesamowicie, a totalnie połączonych. Tata od kilku lat nie żyje, a ja co jakiś czas przywołuję sobie to wspomnienie przynosząc mamie bukiet frezji. Te silne i niemożliwe do zatarcia skojarzenia czy połączenia kwiatów z konkretnymi ludźmi, czy sytuacjami są rzeczywiście fascynujące.
Choć muszę ci wyznać, że w ostatnich kilku latach, od kiedy mam dostęp do kawałka ziemi, poznaję też bardziej pragmatyczny wymiar kwiatów: ich uprawa. Ten wysiłek i czas konieczne by zobaczyć zachwycający efekt to duża lekcja pokory i odpowiedzialności. I smutek, gdy po wielu miesiącach wyczekiwania, kwiat po kilku dniach znika. I znów rok bez krokusów i tulipanów. Na szczęście za moment pojawiają się nowe i nowe, i nowe, aż do jesieni. Jeśli się odpowiednio zadba wcześniej, oczywiście. Noblistka Elinor Ostrom wspominała, że ogródek jej mamy, tu akurat warzywny, w czasach wielkiego kryzysu pozwolił rodzinie przetrwać trudne czasy, a dla niej był inspiracją do badań wspólnych dóbr, którym to poświeciła później całe naukowe życie. Grzebiąc w ziemi i czekając na odroczony i niepewny efekt mam dużo skojarzeń z zarządzaniem i zapomnianych cnotach menedżerów i liderów. A Ty masz jakieś ogrodowe inspiracje organizacyjne?
M: Hmm… ja nie, ale mam moją inspirację kwietno-organizacyjną w postaci Georgii O’Keeffe, genialnej malarki, słynnej chyba zwłaszcza ze swoich portretów kwiatów – bo chyba tylko tak można nazwać tę formę przedstawienia – to są portrety, tak jak inni malują portrety osób. Sama mówiła o swoich wyobrażeniach kwiatów, że tworzyła odpowiednik tego co czuje, gdy na nie patrzy, nie próbowała kopiować ich. Mawiała też, że malarstwo wymaga odwagi – twórczość nie polegająca na kopiowaniu jest odwagą. Będąc tak wolnym duchem artystycznym, Georgia była mistrzynią organizacji pracy. W jej podejściu do twórczości nie było nic z chaosu czy „spontanu”. Jej praca była świetnie zorganizowana, trzymała się rutyny. Bardzo lubiła pracować we własnym, solidnym tempie, znajdowała w tym szczerą przyjemność. Jednak tak zorganizowany dzień pracy nie polegał wyłącznie na „produkowaniu” – było w nim dużo miejsca na podziwianie wschodu słońca, spacery po pustyni, jedzenie śniadania i lunchu. Lubiła utrzymywać porządek w swoim studio, dbała o narzędzia pracy. Samo malowanie nie polegało tylko na tworzeniu dzieł, ale też na eksperymentowaniu z kolorami. Nawet gdy efekty pracy nie zadowalały jej, cieszyła się, że popełniając jakiś błąd, mogła nauczyć się czegoś nowego. Kiedy patrzę na jej niezwykłe, żywe kwiaty, przychodzą mi na myśl ortodoksyjne ikony, także w zamyśle obrazy żywe – i tworzący je mnisi. Chyba podobnie jak Georgia, starali się nie odtwarzać oryginału, ale formować twórczo pewien portal przez który przechodzą uczucia. I, podobnie jak Georgia, często pracowali bardzo zorganizowanym rytmie.
Mimo, że konserwatyści nadal dominują w Europie Wschodniej, większość nieliberalnych partii nie radzi sobie najlepiej. Jeśli postępowcom uda się zmobilizować elektorat w krajach o tradycyjnie niskiej frekwencji, wybory do UE w 2024 r. mogą stanowić punkt zwrotny.
Jeśli podzielimy UE na trzy regiony geograficzne, Europa Wschodnia będzie prawdopodobnie tym najbardziej konserwatywnym. W obecnym Parlamencie Europejskim ponad 60 procent deputowanych wybranych we wschodnioeuropejskich państwach członkowskich zasiada w konserwatywnych i prawicowych ugrupowaniach: Europejskiej Partii Ludowej (EPL), Europejskich Konserwatystach i Reformatorach (EKR) oraz Tożsamości i Demokracji (ID).
Konserwatywna orientacja Europy Wschodniej była również widoczna w Komisji von der Leyen i w tym, które obszary zostały przydzielone wschodnim komisarzom. Polska na przykład otrzymała rolnictwo, a konserwatyści z Chorwacji dostali nowo utworzoną komisję ds. demografii
Nawet jeśli prawicowi populiści są odsuwani od rządów w krajach Europy Wschodniej, często dzieje się tak za sprawą innych konserwatywnych sił. W październiku 2023 duet PiS Morawiecki-Kaczyński został pokonany w Polsce, podobnie jak partia Andrej Babiša w 2021 roku w Czechach. W obu przypadkach ich rywale wywodzili się z demokratycznej prawicy – Donald Tusk z EPL w Polsce i Petr Fiala z EKR w Czechach.

Europejskie grupy parlamentarne według regionów. Rozmieszczenie europosłów w Europie Północnej, Wschodniej i Południowej
Europa Wschodnia będzie miała kluczowe znaczenie dla reorientacji nieliberalnych sił w tym bloku. Polski PiS przewodzi EKR od czasu Brexitu, ale w swoim kraju właśnie przeszedł do opozycji. Węgierski Fidesz zdecydował się opuścić EPL w 2021 r., woląc taki krok niż bycie z partii wydalonym. Proputinowska i populistyczna socjaldemokratyczna partia Smer na Słowacji została zawieszona w prawach członka Europejskich Socjalistów po wygraniu wyborów parlamentarnych we wrześniu. Czeska partia ANO byłego premiera Babiša jest w konflikcie z europejskimi liberałami z ALDE. Wszystkie te wydarzenia otwierają nieliberalny front dla nowych sojuszy na poziomie UE.
Jednak w przeciwieństwie do dominującej narracji, większość nieliberalnych partii w Europie Wschodniej nie radzi sobie najlepiej. Wartymi wspomnienia wyjątkami są Rumunia, gdzie skrajnie prawicowy AUR odnotowuje wyniki w sondażach na poziomie około 20%, oraz Łotwa, gdzie etniczna rosyjska nieliberalna Lewica dołączyła do etnicznego Łotewskiego Sojuszu Narodowego sytuowanego na skrajnej prawicy.
W 2024 r. największym wyzwaniem będzie to, jak nowa osoba, która stanie na czele Komisji Europejskiej poradzi sobie z kandydatami z Węgier i Słowacji.
W 2019 r. obawy o nieliberalnych komisarzy doprowadziły do nominacji Very Jourovej, rzadkiej liberałki w czeskiej ANO, lub długoletniego komisarza Maroša Šefčoviča ze słowackiego Smer-SD, który pomimo prowadzenia w swoim kraju kampanii przeciwko LGBT+ i prawom kobiet, cieszy się dobrą reputacją w Brukseli. W 2024 r. największym wyzwaniem będzie to, jak nowa osoba, która stanie na czele Komisji Europejskiej poradzi sobie z kandydatami z Węgier i Słowacji.

Europa Wschodnia w Radzie Europejskiej. Partia europejska krajowych liderów w Radzie Europejskiej w 2019 i 2023 r.
Podział Europy na północ, południe i wschód jest bardziej arbitralny pod względem geograficznym niż pod względem najnowszej historii politycznej. Wszystkie kraje Europy Wschodniej znajdowały się pod rządami komunistów przez większą część okresu 1945-1990 r. W latach po upadku muru berlińskiego socjaldemokracja weszła w szczytową fazę centryzmu Trzeciej drogi. Państwowe gospodarki w całej Europie Wschodniej zostały stopniowo zliberalizowane. Wraz ze znacznym osłabieniem systemów ochrony socjalnej, postkomunistyczna lewica na Wschodzie była dyskredytowana, kojarzona z neoliberalizmem i pogrążona w korupcji.
Doprowadziło to do sytuacji, w której radykalna prawica w Europie Wschodniej jest mniej neoliberalna i bardziej prospołeczna niż większość innych sił politycznych, obejmując częściowo przestrzeń ideologiczną, która normalnie byłaby zajmowana przez lewicę. Na przykład polski PiS w ciągu prawie 10 lat sprawowania władzy wprowadził kilka kluczowych środków redystrybucji gospodarczej, takich jak program Rodzina 500+, mający na celu zmniejszenie ubóstwa dzieci, czy obniżenie wieku emerytalnego.

Ideologiczna mapa Europy
Partie europejskie według ich ogólnej i gospodarczej pozycji lewicowo-prawicowej
W całym regionie obóz postępowy albo uległ stagnacji, albo stracił na znaczeniu. Tradycyjne partie socjaldemokratyczne straciły swoje miejsce, a postępowe siły liberalne nie zdołały zmobilizować swojego elektoratu – z trzema wyjątkami: Progresīvie na Łotwie, Možemo w Chorwacjii Związek Demokratów „Dla Litwy” (DSVL).
Progresīvie i Možemo zaoferowały najbardziej lewicowe programy, jakie przestrzeń demokratyczna widziała w ostatnich dziesięcioleciach na Łotwie i w Chorwacji, i osiągnęły ogromny sukces jak na tak młode partie: Progresīvie jest w rządzie, a Možemo kieruje Zagrzebiem, stolicą Chorwacji. W przeciwieństwie do swoich socjaldemokratycznych odpowiedników, partie te są oderwane zarówno od komunistycznej przeszłości, jak i neoliberalnej transformacji. Poprzez swoją pracę w samorządach udowodniły, że stanowią prawdziwą alternatywę.
DSVL jest partią bardziej centrową, o dość konserwatywnym stanowisku w kwestiach społecznych, podobnie jak większość litewskich sił politycznych. Jednak wszystkie te trzy partie mogą mieć wspólną europejską przyszłość: Progresīvie jest obecnie pełnoprawnym członkiem Europejskich Zielonych, a Mozemo i DSVL niedawno złożyły wnioski o członkostwo.
Jeśli rok 2024 ma przynieść bardziej postępową UE, Europa Wschodnia będzie kluczowym elementem tej wieloaspektowej walki.
Jeśli rok 2024 ma przynieść bardziej postępową UE, Europa Wschodnia będzie kluczowym elementem tej wieloaspektowej walki. Wschodnie państwa członkowskie będą na czele procesów reorganizacji przestrzeni prawicowej. Partie wschodnioeuropejskie w EPL są często jednymi z najbardziej postępowych i prodemokratycznych, i to one będą sprzeciwiać się potencjalnemu sojuszowi z EKR. Odwrotnie jest w przypadku Europejskich Socjalistów, gdzie ze Wschodu pochodzą bardziej konserwatywni członkowie.
Jeśli chodzi o Zielonych, w 2024 r. po raz pierwszy od 10 lat mogą ponownie mieć europosłów z Europy Wschodniej – Łotwy i Chorwacji. Wiele będzie zależeć od tego, czy postępowcy będą w stanie zmobilizować swój elektorat: podczas wyborów w 2019 r. tylko cztery kraje miały frekwencję poniżej 30%, wszystkie z Europy Wschodniej.
______________________
Filipe Henriques
Filipe Henriques jest brukselskim politologiem i analitykiem zajmującym się polityką europejską.
Artykuł opublikowany 2 listopada 2023 r w Green European Journal. https://www.greeneuropeanjournal.eu/can-eastern-europe-turn-the-page-on-illiberalism/
Tłumaczenie: Grzegorz Piątkowski
_____________________
Projekt zrealizowany przez Green European Foundation przy wsparciu Fundacji Strefa Zieleni oraz przy wsparciu finansowym Parlamentu Europejskiego dla Green European Foundation.
Na całym świecie nasilają się tendencje autorytarne – czy to narzucone z góry, czy też w wyniku ruchów oddolnych. Aborygeńskie podejście do przywództwa, oparte na wspólnych narracjach, dynamicznych relacjach władzy i zbiorowym użytkowaniu ziemi oferuje skuteczne metody przeciwdziałania kultowi silnego wodza.
„Green European Journal”: Czy możesz krótko przedstawić siebie i swoją pracę?
Tyson Yunkaporta: Należę do klanu Apalech z północnego krańca stanu Queensland w Australii. W Laboratorium Systemów Wiedzy Rdzennej na Uniwersytecie Deakin stosujemy podejście oparte na systemach nauki o złożoności i badamy kulturę Aborygenów w odniesieniu do skomplikowanych problemów, które obserwujemy na świecie.
Przez kilka ostatnich lat moja praca dotyczyła dezinformacji i radykalizacji w Internecie. Dezinformacja (którą nazywam duchowością spiskową lub duchowością teorii spiskowych) jest problemem wszędzie, ale coraz częściej widzę ją także w społeczności Aborygenów. Ten niemal duchowy zwrot w stronę silnego wodza, w stronę autorytarnych, dyktatorskich stosunków i metod rządzenia jest częścią globalnego zwrotu ku faszyzmowi. Ten zespół problemów stanowi obecnie największe na planecie zagrożenie egzystencjalne. Autorytaryzm to trend obserwowany na całym świecie i przybierający wiele różnych form. Co sądzisz o dzisiejszym stanie przywództwa? Wszelkie przywództwo, od globalnego po lokalne, jest dziś zagrożone zwrotem ku faszyzmowi, który następuje, gdy systemy przechodzą do sposobów rządzenia związanych z jednostronną kontrolą. W tym momencie historii można dostrzec wzorce działania brudnego pieniądza, think tanków, komitetów akcji politycznych i grup lobbystycznych, które promują najgorsze rodzaje dezinformacji, aby wzbudzić nieufność opinii publicznej do instytucji, a nawet chęć udziału w przemocy ulicznej w celach politycznych. Taktyka tyranii, stosowana przez silnych wodzów i dyktatorów, zawsze rozpoczyna się w ten sposób, ale powinniśmy zacząć od dynamiki kultu, która to powoduje. Religia i duchowość, zwłaszcza gdy tworzą wspólnoty i zgromadzenia, zawsze podążają za tym samym wzorcem. Jego istotą jest utworzenie zamkniętej grupy, która przejmuje tożsamość jej członków. Gdy stworzymy własną grupę i bardzo silne poczucie identyfikacji z nią, wzmacniamy to, wskazując grupę obcych. Jest to zazwyczaj jakaś mniejszość, wokół której zaczynamy budować narrację niechęci, gniewu i rzekomej nieuczciwości jej członków. Kiedy już ustalimy wroga, skupiamy na nim całą propagandę. Silni wodzowie radykalizują i zbroją swoich zwolenników i oferują rozwiązania, których mogą się oni uchwycić. Te taktyki działają o wiele lepiej niż dobre rządzenie.
Dlaczego?
Dobre rządzenie polega na ekspozycji, wyjaśnianiu. Jego dyskurs bazuje na świeckich, sprawdzalnych faktach. Podobnie jak nauka czy dziennikarstwo wyjaśnia sprawy bez użycia metafor. Problem w tym, że brak mu poezji, sztuki czy magii, więc jest niezbyt atrakcyjne. I niezbyt skuteczne w przejmowaniu układu limbicznego człowieka i wzbudzaniu w nim pasji. Natomiast ideologia silnego wodza i narracja służąca do pozyskiwania i radykalizacji ludzi jest narracją duchową. To dobra opowieść, która sprawia, że te metody działają naprawdę dobrze. Można umieścić w niej trochę faktów, ale opowieść nadal jest nieprawdziwa. Jednak mając wybór między narracjami duchowymi a objaśniającymi narracjami świeckimi – wiele osób, zwłaszcza jeśli nie są zbyt mocne lub zbyt pewne siebie, wybierze narrację duchową. Dobrym przykładem jest teoria „wielkiego zastąpienia”, głosząca, że biali ludzie są usuwani z powierzchni ziemi przez Żydów i potężne kolorowe mniejszości. Szczegóły tej opowieści są znane od dawna i nawiązują do tropów antysemickich, takich jak „mord rytualny”. Mechanizm działa w ten sposób, że najpierw tworzysz iluzję, a potem panikę moralną, że wszystko się rozpada. To staje się samospełniającą się przepowiednią i przynosi społeczne wstrząsy. W tym momencie stworzona przez ciebie grupa, która nie widzi w świecie niczego poza horrorem, sięgnie po rozwiązanie. Nie może być po prostu tak, że społeczeństwa zwracają się w stronę autorytarnych przywódców tylko dlatego, że są zmanipulowane. Skąd się bierze to poszukiwanie duchowych odpowiedzi i duchowego znaczenia? Nie mylmy tu korelacji z relacją przyczyny i skutku. Kapitaliści-sępy czekają, aż nastąpi klęska żywiołowa, po czym wchodzą i wykupują za grosze dotknięte katastrofą grunty. Ale nie powiemy przecież, że to oni spowodowali huragan. Globalny system ekonomiczny, w jakim żyjemy, staje się coraz trudniejszy. Bardzo bogaci i możni mają możliwości wyciągnięcia z ludzi i ziemi jeszcze więcej bogactwa i wartości. Dla większości ludzi i narodów sytuacja staje się coraz trudniejsza, więc pojawia się oczekiwanie, że ci miliarderzy coś zwrócą – przynajmniej taki sam procent podatku, jaki płacimy my – tak by wszyscy byli najedzeni i bezpieczni. Miliarderzy chcą zderegulowanego świata, w którym nie muszą płacić podatków, dbać o pracowników ani przestrzegać przepisów ochrony środowiska. Dlatego w polityce zawsze wspierają prawicę. Jednak od kilku dekad są pod coraz większą presją. Muszą więc znaleźć sposób, aby nadal pozostać wyjątkiem i zatrzymać swoje pieniądze.
Ich pomysł to stworzyć jak najwięcej chaosu w ludzkich systemach i rządach. Mając do dyspozycji dostatecznie dużo resentymentów opartych na błędnej logice, mogą wprowadzić dyktatury i dalej robić swoje.
Podtytuł twojej książki Sand Talk brzmi: „Jak wiedza ludów rdzennych może uratować świat”. Czy rdzenne podejście oferuje inny model władzy i przywództwa?
W nauce o przywództwie sposób rządzenia Aborygenów jest najściślej powiązany z koncepcją dynamicznego podporządkowania zgodnie z kontekstem, w którym to fachowe umiejętności i wiedza decydują, kto przewodzi. Każdy ma inne umiejętności i wiedzę. Wszyscy jesteśmy specjalistami, ale specjalistami wzajemnie zależnymi. Zależnie od kontekstu władza w grupie będzie przechodzić z osoby na osobę, bazując na jej wiedzy i umiejętnościach. Osobą o największym głosie jest ziemia. Miejsce w krajobrazie, w którym się znajdujemy, i pora roku determinują rodzaj władzy, umiejętności i wiedzę, które należy zastosować w tym miejscu. Waham się, czy nazwać to „przywództwem”, ponieważ nasza kultura jest bardzo antyprzywódcza. Istnieje moc, która różni się od władzy. Moc jest rozprowadzana równomiernie w całym systemie. Każdy węzeł w systemie jest autonomiczny, ale także powiązany relacyjnymi zobowiązaniami ze wszystkimi innymi węzłami i z samym szerszym systemem. Czasami potrzebny jest statystyk. Czasami dozorca. Przywództwo i władza są często pojmowane jako działające z góry w dół. Jednak z tego, co mówisz, wynika, że podejście tubylcze bazuje na społeczności, ziemi i związkach z nią. Czy to może być podstawą do alternatywy? Tak, ale nie można polegać tylko na zbiorowości ludzi myślących tak samo. Bo nawet jeśli to jest oddolne, jest to również sekta i tak czy siak skończy się totalitaryzmem. Bazą prawdziwego przywództwa musi być ziemia. Twoja władza pochodzi z ziemi, twój model zarządzania pochodzi z twojego bioregionu i biotopu. Pochodzi z praktyk, które rozwijacie w ramach zbiorowej opieki i bycia strażnikami miejsca, które wspólnie utrzymujecie i chronicie. Jeśli jest to tylko grupa podobnie myślących ludzi, którzy budują ruch, opierając się na ideologiach bez zakorzenienia w określonym miejscu, może to pójść tylko w jedną stronę, ponieważ te rzeczy istnieją wyłącznie w sferze abstrakcyjnej, która ostatecznie jest duchowa. W aborygeńskim sposobie rządzenia magia jest magią, ceremonia ceremonią, ale życie jest życiem. W kulturach i społecznościach Aborygenów panuje intensywny sekularyzm. Wiedzę duchową mają jedynie starsi wtajemniczeni, którzy potrafią się nią opiekować. Dostęp do duchowości mamy tylko w momentach rytuałów i ceremonii, ponieważ nie może ona przedostać się do naszego codziennego życia. Kiedy jesteś w stanie duchowym, jesteś podatny na formowanie i podejmujesz głupie i złe decyzje. Masz na oczach soczewki, przez które widzisz duży obraz, ale drobnych szczegółów już nie dostrzegasz. Wspomniany podział na to, co sakralne, i to, co przyziemne, światowe, jest jednym z mechanizmów kontroli i równowagi, jakie mamy do dyspozycji. W pozostałej części świata nie istnieje tak silny rozdział między kościołem a państwem. Imperia europejskie miały bardzo cienką, przepuszczalną membranę pomiędzy tymi instytucjami. Stanowiły one strasznie splątaną sieć, a te podwójne standardy były chlebem powszednim faszyzmu. Rodzaj myślenia, o którym mówisz, jest zakorzeniony w ziemi i tradycji. Czy owo rdzenne podejście może mieć znaczenie dla społeczności, którym brakuje głębokich więzi terytorialnych, na przykład mieszkańcom robotniczych przedmieść Paryża lub rojnych miast Globalnego Południa? Nasze tradycje są pradawne, ale są to także procesy i ścieżki adaptacji. Nasz model przywództwa polega na zmienianiu się w różnych kontekstach. Każdy projekt dotyczący społeczności może mieć wbudowane procesy adaptacyjne. Zawsze zmienialiśmy się i podążaliśmy stosownie do relacji z miejscem i kontekstem. Właśnie to robimy. Zatem ludzie musieliby stać się wystarczająco giętcy, aby móc to robić. Istnieje kilka dosyć ekscytujących osiągnięć w projektowaniu urbanistycznym (i w różnych metodologiach projektowania), które zmierzają w stronę większej adaptacyjności i mniejszej kruchości. Współczesny człowiek jest nadal ograniczony przez tę soczewkę oddzielenia od natury. Nazywając naturę i mając na nią odrębne słowo, udajemy, że jesteśmy oddzielni i wyróżniamy się z tego systemu, ale tak nie jest. Punktem końcowym, do którego ludzie musieliby dotrzeć, byłoby przywrócenie swojego związku z przyrodą, ale to znowu prowadzi do problemu, że większość z nas nie ma ziemi. Nie posiadamy gruntów, a nawet jeśli je mamy, to indywidualnie, w postaci maleńkich skrawków i zachęca się nas do spekulowania nimi. Potrzebujemy zmiany w kierunku wspólnego przebywania ludzi na ziemi i zarządzania nią. Jedyny szkopuł w tym, że dotychczasowe próby tego typu polegały na tworzeniu intencjonalnych społeczności, czyli sekt. W latach 60. i 70. ubiegłego wieku niektórzy przedstawiciele pokolenia boomersów próbowali uciec przed autorytarną i patriarchalną kontrolą. I słusznie. Chcieli wrócić do natury, wyrwać się spod kontroli rodziny i wszelkich instytucji kultury i państwa. Chcieli eksperymentować, być wolni i organizować się wspólnie – ale w sposób niezakorzeniony w konkretnym miejscu czy społeczności – wokół nowych i ekscytujących ideologii. Próbowali, ale bardzo szybko poczuli się osamotnieni. Powstały sekty i w ramach tych małych reżimów miało miejsce wiele horrendalnych przypadków nadużyć. Wiedza naukowa w coraz większym stopniu odzwierciedla to, w co dużo społeczności rdzennych od dawna wierzyło – że człowiek jest częścią natury. Mikrobiom, z którego się składamy, został stworzony z 50 tysięcy różnych gatunków. Czy zrozumienie tego mogłoby być podstawą innego rodzaju władzy i zarządzania? Może to, co powiem, zabrzmi negatywnie, ponieważ skupiam się na złych aktorach i złych zachowaniach, ale tak właśnie czyni dobre prawo i dobre zarządzanie wynikające z krajobrazu. Każda duża skała, każde wzgórze, każda formacja geologiczna w Australii to źli ludzie, którzy na pewnym etapie złamali prawo, po czym zostali przekształceni w obiekt geologiczny, aby zachować to prawo i przypominać nam o nim. Większość naszych snów to ostrzegawcze opowieści o ludziach, którzy naruszyli świętość tego, co wspólne, właściwą mowę lub właściwe reguły postępowania w dynamice społeczności i ekonomii dzielenia się, a nie akumulacji. Ziemię można odczytać jako mapę złych rzeczy, których nie należy robić. Każda społeczność lub ruch musi najpierw opracować dobre opowieści i opowieści z przestrogą, pokazujące, co zrobili i co robią nadal na świecie źli ludzie. Dzięki temu wiemy, jakie prawo należy wprowadzić, jakie formy kontroli i równowagę. I wszyscy znają tę narrację. Nigdy dość nacisku na tę sprawę, ponieważ jest to psychotechnika, którą stosuje prawica. Używa ona jednak niewłaściwej narracji. Potrzebujemy opowieści i ducha, które ugruntują etykę podziału kontroli, a nie koncentrowania jej w rękach jednego wspaniałego przywódcy. Wszyscy powiedzą ci, że jesteś negatywnie nastawiony i będą chcieli skierować cię z powrotem w stronę nadziei. „Jak chcemy, żeby wyglądała nasza społeczność?” „Chcemy równości…” Nie, to nie jest to, co masz zrobić. Jeśli chodzi o prawo, musisz zaakcentować to, co negatywne, i upewnić się, że ludzie wiedzą, co to jest złe zachowanie. To jest dobry rząd, a lewica robi to źle. Jąka się nad faktami i statystykami.Dół formularza
__________________
Musimy skończyć z tym, że nie wybieramy pola walki, bo nie mamy nic, czego moglibyśmy się trzymać lub na czym moglibyśmy się oprzeć. Tak świeccy i tak rozumni nie mamy gruntu, na którym moglibyśmy budować naszą tradycję. Ale nigdy nie bierz udziału w debacie, jeśli walczysz na terenie wybranym przez wroga. Antyfaszyści w każdym regionie świata muszą wypracować tradycję opowieści z przestrogą i zbiór zasad mówiących, czego nie robić. A potem prowadzić nadal tę walkę. Ta rozmowa jest częścią serii esejów i wywiadów poświęconych kryzysowi przywództwa politycznego i alternatywom, jakie ma do zaoferowania zielony sposób myślenia. Wszystkie teksty przeczytasz tutaj.
_________________
Wywiad opublikowany w lipcu 2023 r. w „Green European Journal”
Tłumaczyła: Irena Kołodziej
Tyson Yunkaporta
Tyson Yunkaporta należy do klanu Apalech z północnego krańca stanu Queensland w Australii. W Laboratorium Systemów Wiedzy Rdzennej na Uniwersytecie Deakin jego praca koncentruje się na wykorzystywaniu podejścia opartego na systemach nauki o złożoności i badaniach kultury Aborygenów w zastosowaniu do skomplikowanych problemów, które obserwujemy we współczesnym świecie
Projekt zrealizowany przez Green European Foundation przy wsparciu Fundacji Strefa Zieleni oraz przy wsparciu finansowym Parlamentu Europejskiego dla Green European Foundation.
Po wielu odważnych projektach badawczych poszukujących korzeni nowoczesnych rozwiązań systemowych w przeszłości – a właściwie w różnych jej warstwach, etnografia przeszłości zaczęła się interesować nie mniej zagadkowymi momentami rozwoju społeczeństw, gdy niedemokratyczny ustrój tworzył warunki dla rozwoju kultury i nauki. Jednym ze szczególnie frapujących współczesną naukę okresem tego rodzaj były rządy Ludwika XIV – siedemdziesiąt lat rządów absolutnych, to był monarcha najpotężniejszego państwa ówczesnej Europy. W autokratycznym systemie panującym wówczas, na dworze królewskim na ogół składającym się z osób bardzo niewysokich lotów, paradoksalnie powstawały przez wiele lat warunki wręcz idealne dla rozkwitu tak nauk, jak sztuk. I to wcale nie tylko takich, które cieszyły się względami monarchy. Przyznawał to później nawet oświecony krytyk monarchii, jakim był Voltaire. Ba, wiele osób jest zdania, że warunki te były bardziej inspirujące nawet, niż w naszym wysoko rozwiniętym społeczeństwie socjalistycznym i bezpośrednio demokratycznym. Jak to było możliwe? By zgłębić tę niewątpliwą zagadkę udaliśmy się w charakterze badaczy wcielających się w role muzyków. My, czyli Dagny i Folke.
Celowo wybraliśmy jako datę naszego lądowania 1664, rok wersalskiej premiery „Świętoszka”, gdy pałac rozkwitał jako ośrodek sztuk, intryg i spisków. Dopiero za kilka lat miała zagrać na klawesynie przed Królem Słońce pięcioletnia Élisabeth Jacquet, ale kobiety muzykujące nie budziły już niczyjego zdziwienia. Talent uważany był za ważniejszy niż płeć. Nieszczęsna markiza de Montespan dopiero miała nastać, długotrwałe wojny – dopiero się rozpocząć. I jeszcze wiele lat miało minąć, zanim do Wersalu przeniesiono formalnie stolicę kraju – bo nieformalnie, a zwłaszcza towarzysko, mieściła się tam już od dawna, chociaż pałac cały czas był w budowie. Właściwie w rozbudowie. W żywej, gigantycznej budowie. Czegoś takiego jak ukazało się naszym oczom, mimo wielokrotnego zwiedzania obiektu z przewodnikiem, nie widzieliśmy dotąd i nie umieliśmy sobie wyobrazić. Czym innym jest Wersal jako muzeum, a czym innym był w swej elektryzującej żywej obecności. Tam każdy obszar, każdy fragment, miał nadmiar znaczeń, które tworzyły i których broniły sztaby przeróżnych postaci, ról społecznych, temperamentów i chwilowych mód.
Budżet dworu pożerał około 10% całkowitego budżetu państwa. Więcej wydawano w tym czasie na dworzan niż na wojny, co w skali historii ludzkości było ewenementem. Sztuka to jeden z beneficjentów takiego gospodarowania. Zaś intrygi, walki o władzę i zwykłe przepychanki, to inny i być może główny efekt alokacji funduszy. Etykieta była wszystkim, Król był epicentrum misternych kodów i działań. Wszystko to wydawało się niesamowicie teatralne, co nas interesowało i pociągało. Każdy element codziennego życia dworu przeładowano symbolami. Czuliśmy się jak barbarzyńcy, mimo długich szkoleń, jakie przeszliśmy przed wyprawą.
Przybyliśmy akurat po wielkiej majowej imprezie ogrodowej, dedykowanej pani de la Villiere. Oczywiście tematem przewodnim był balet – jak wiadomo król nie tylko uwielbiał tę formę sztuki, ale też sam ją praktykował, w młodości nawet z dużym powodzeniem. Dyrektor królewskiego Baletu, książę Saint-Aignan, był autorem wspaniałego projektu artystycznego, podczas którego oprócz tańca, zaprezentowano „Świętoszka”. Cały pałac huczał od opowieści, jak Król, ubrany w wystawne szaty w płomiennych kolorach, z uprzężą ze złota i świetlistych kamieni, wstąpił na scenę ogrodu, w towarzystwie bogato ubranych jeźdźców i rydwanu Apolla. O zmroku park rozświetliły tysiące świateł i rozpoczął się balet na temat pór roku. Potem oczywiście nastąpiła wspaniała uczta, podana przez służbę przebraną w ozdobne stroje i maski. Następnego dnia Król zatańczył w specjalnie napisanym na tę okazję przez balecie. Autorami byli nie kto inny jak Molière i Jean-Baptiste Lully. Trzeciego dnia zaprezentowano fajerwerki, podczas których zaczęły się nieporozumienia i roszady wśród niesamowicie rozgrzanych wydarzeniami muzyków. Czwartego było już po wszystkim i część muzyków miała awans w kieszeni, część walczyła o awans, a część musiała się po cichu pakować.
Właśnie wtedy pojawiliśmy się my, czyli nowi fleciści. Dopiero wtedy, bo zgodnie z przyjętymi przez Komitet Nauk zasadami mieliśmy nie wkręcać się za bardzo w tryby historii, więc wspaniała feta nas ominęła. Jako nowi mieliśmy za to mnóstwo przestrzeni na rozglądanie się, dopytywanie i nie byliśmy na razie postrzegani jako zagrożenie. Ruch pozostałych w pałacu kierował się raczej do góry, więc nie traktowano nas jako zagrożenia. Słowem, idealna pozycja wyjściowa do badań etnograficznych. Zaprezentowaliśmy się jako rodzeństwo, dzięki czemu bezstresowo zajęliśmy wspólny pokój razem z trzecim, a może piętnastym garniturem pałacowej osiadłej i aspirującej szlachty.
Podczas gdy Folke zajmował się wypatrywaniem Moliere’a (a nuż widelec uda się go zobaczyć, oczywiście nieinwazyjnie i zgodnie z zasadami), Dagny flirtowała z niejakim Jean-Pierrem, aspirującym do zostania śpiewakiem opery barokowej. Folke uznał to za wspaniałą okazję do snucia opowieści o podstępnych operowych kastratach. Czynił to jednak wyłącznie ze złośliwości, bo Jean-Pierre nie posiadał słynnego „niebiańskiego głosu”, więc do kategorii kastratów się nie zaliczał. Za to zaliczał się do kategorii plociuchów i właśnie dlatego Dagny z nim flirtowała, zamiast warować pod drzwiami celebrytów. Jean-Pierre co i rusz wpadał z kwieciem lub wykwintnym ciasteczkiem, i z nowym zapasem pałacowych plotek.
„Nie uwierzycie!…” – wykrzyknął od progu, co czynił często, ale tym razem był wyjątkowo zaróżowiony, co widać było nawet pod grubą warstwą kryjącą jego oblicze pudru i trzepotał z podekscytowania powiekami. „Właśnie zobaczyłem w parku królewskiego sobowtóra!”.
„To jest tutaj taka funkcja?”, zapytał z głupia frant Folke.
„Skądże, nikt by nie śmiał”, Jean-Pierre zrobił się purpurowy.
„Zaprowadź nas do niego”, poprosiła Dagny, zanim niedoszły śpiewak wpadnie na to, że wolałby zapomnieć o tym, co zobaczył.
Sobowtór Ludwika XIV leżał pod tym samym drzewem, pod którym widział go Jean-Pierre. Umorusany jak nieboskie stworzenie, miał na sobie obszarpane łachy, lecz z twarzy i postury był to jako żywo Król Słońce.
„Wiecie, kim jestem?”, łachmyta zagadał do nich jako pierwszy.
„Sobowtórem Jego Wysokości…”, odparł Jean-Pierre.
„Bliźniakiem”, wszedł mu w słowo Folke, który nagle postanowił pochwalić się znajomością powieści Dumasa o muszkieterach powstałej prawie dwa wieki później, „Jesteś bliźniakiem Ludwika XIV, uwięzionym zaraz po narodzinach, by nie doprowadzić w kraju do dwuwładzy i wojny domowej”.
„Czyś ty oszalał, flecisto?!”, zerwał się na nogi łachmyta, „Straże do mnie. Ratować króla!!”.
Zza krzaków wynurzył się jakiś podstarzały muszkieter z obnażoną szpadą. „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!”, wykrzyknął, jakby ktokolwiek mu towarzyszył.
„Mości d’Artagnan”, polecił Ludwik XIV, ocierając twarz z pozostałości błotnej kąpieli, mającej działać dobroczynnie na jego cerę, „Nałóż areszt na to towarzystwo”.
„Ale ja nic…”, wyszeptała Dagny, rozglądając się przerażona po współtowarzyszach.
„Albo nie, d’Artagnan, od razu oddaj ich katu” rozsierdził się Król Słońce, „Flecistkę wrzucić do Sekwany. Tego z tapetą na twarzy wykastrować i nich śpiewa w więzieniu! A ten łotr bredzący o moim bracie bliźniaku…”, królowi aż zaświeciły się oczy.
Folke i Dagny nie czekali aż skończy. Wzięli nogi za pas do wehikułu czasu sprytnie ukrytego w dziupli jednego z potężnych parkowych drzew. D’Artagnan nie zdążył ich dogonić. Nim odpalili wehikuł zdążyli wymienić kilka kwaśnych uwag.
„Wolę mizerniejsze sztuki, ale w krajach praworządnych”, sapała Dagny, „Jeśli będę chciała w przyszłości przenieść się na dwór Nerona albo Tamerlana, kopnij mnie mocno w tyłek”.
„A ty mnie walnij w nos, jak znów będę się chciał popisać wiedzą o człowieku w żelaznej masce, albo innych literackich starociach”, odparł Folke.
Nie tylko ich nie zdołał schwytać d’Artagnan. Stary muszkieter nie zauważył też innej postaci, która przypadkiem przyglądała się karczemnej awanturze wokół zabłoconego króla w łachmanach. Był to Moliere, z zapartym tchem śledzący przebieg wydarzeń. Pomyślał, że to świetny temat na sztukę, ale starczyło mu już kłopotów ze „Świętoszkiem”, którego przyjdzie pewnie ocenzurować. Gdyby wymyślił jakąś fabułę z narodzinami królewiczów-bliźniaków, Ludwik XIV na pewno by mu tego nie darował. Wersal wart był milczenia. Możliwość tworzenia sztuk wymagała ostrożnego używania wyobraźni.
Folke i Dagny po powrocie zastanawiali się, co też mogło stać się z biednym Jean-Pierrem. Wygrzebali w archiwach, że został aktorem u Moliere’a. Doczekał się nawet dzieci. Nie zrobiono więc z niego kastrata.
„Dziwne, ale dzięki temu przynajmniej spokojniej zasnę”, westchnęła Dagny.
„A nie przyszło ci do głowy, że to wszystko był teatr? Że Jean-Pierre wciągnął nas do spektaklu zaaranżowanego przez znudzonego króla?”, odparł Folke.
„Nas? A kim my byliśmy?”, żachnęła się Dagny, „Rozumiem, gdyby król chciał tak sobie pograć z Moliere’em, sprawdzić jego lojalność. Ale z nami, flecistami?”.
„Ech, brakuje ci wyobraźni”, mruknął.
„Za dużo czytasz powieścideł przygodowych”, prychnęła, „Jak masz sięgać po starocie, weź już lepiej Moliere’a”.
Trzy pierwsze odcinki cyklu można przeczytać w Nowym Obywatelu.
Ekspertyza Francuskiej Agencji ds. Żywności, Środowiska oraz Bezpieczeństwa i Higieny Pracy (ANSES) na temat ryzyka związanego z nowymi roślinami modyfikowanymi genetycznie została ostatecznie opublikowana po tym, jak opóźnienia doprowadziły do wielokrotnych oskarżeń o cenzurę (patrz poniżej). Jego druzgocące ustalenia grożą zablokowaniem prób osłabienia przepisów dotyczących nowych roślin genetycznie modyfikowanych.
W nowo opublikowanym raporcie ANSES wzywa do oceny nowych roślin na podstawie oceny ryzyka dla zdrowia i środowiska w poszczególnych przypadkach. Stwierdza, że „ważne” jest opracowanie planu monitorowania po wprowadzeniu na rynek każdego produktu, zarówno pod kątem wpływu tych nowych GMO na środowisko, jak i ich skutków społeczno-ekonomicznych.
Autorzy raportu ANSES przeprowadzili około dziesięciu analiz przypadków (ryż o zmniejszonej wysokości, pszenica o niższej zawartości glutenu, ziemniak odporny na herbicydy, winorośl odporna na szarą pleśń, pomidor o wysokiej zawartości aminokwasów itp.) i rozważyli możliwe zagrożenia, które te rośliny NGT (rośliny wyprodukowane przy użyciu nowych technik genomowych, takich jak CRISPR/Cas) stanowią dla zdrowia i środowiska.
Grupa naukowców zauważyła, że „pewne potencjalne zagrożenia pojawiają się wielokrotnie w tych studiach przypadków” i że „obejmują one zagrożenia związane z nieoczekiwanymi zmianami w składzie rośliny, które mogą powodować problemy żywieniowe, alergenność lub toksyczność, lub średnio- i długoterminowe zagrożenia dla środowiska, takie jak ryzyko przepływu genów z edytowanych roślin do kompatybilnych dzikich lub uprawnych populacji”.
GMWatch z zadowoleniem przyjmuje fakt, że ANSES uznaje zagrożenia dla zdrowia związane z nowymi roślinami GM, które zostały praktycznie zignorowane lub po prostu odrzucone przez popierające deregulację grupy w Parlamencie Europejskim i całkowicie pominięte w Wielkiej Brytanii.
Eksperci zwracają uwagę na fakt, że duża różnorodność roślin, które mogą być modyfikowane za pomocą NGT, może zwiększyć ryzyko przeniesienia zmodyfikowanych genów na inne gatunki. Zwracają również uwagę na ryzyko zakłócenia interakcji między zwierzętami a roślinami NGT, szczególnie w przypadku owadów zapylających.
Biorąc pod uwagę, że CRISPR/Cas jest najczęściej stosowaną nową technikę GMO, ANSES ” podkreśla, że precyzja, z jaką działają te „molekularne nożyczki”, nie jest doskonała: Liczne badania donoszą o „niepożądanych skutkach ubocznych”, tj. niezamierzonych modyfikacjach genomu roślin NGT. Naukowcy zalecają „zwrócenie szczególnej uwagi na te skutki, scharakteryzowanie całego obszaru genomu, którego one dotyczą i uzasadnienie braku ryzyka związanego z tymi dodatkowymi modyfikacjami”.
W celu oceny ryzyka związanego z roślinami edytowanymi genowo, ANSES zaleca:
– rozwój i adaptację technik proteomicznych i metabolomicznych do badań porównawczych składu w warunkach rzeczywistych po uprawie polowej (GMWatch wielokrotnie zalecał również te analizy molekularne dla nowych roślin GM, w celu wykrycia nieoczekiwanych zmian składu wynikających z procesów GM stosowanych do rozwoju roślin);
– oznaczanie głównych znanych alergenów w badanych roślinach przy użyciu ilościowych technik LC-MS/MS (chromatografia cieczowa z tandemową spektrometrią mas);
– w zależności od gatunku, pomiar poziomów toksycznych, genotoksycznych lub antyodżywczych związków, o których wiadomo, że są wyrażane;
– lepsze uwzględnienie w ocenie ryzyka środowiskowego skumulowanych długoterminowych skutków i właściwości rolno-środowiskowych uprawy roślin NTG.
ANSES zauważa również, że zalecenia te można również zastosować do oceny transgenicznych roślin GM. Zdaniem GMWatch jest to mądra sugestia, która może znacznie poprawić obecne regulacje.
W przeciwieństwie do brytyjskich organów regulacyjnych ds. GMO, eksperci ANSES faktycznie przeczytali i rozważyli kilka przeglądów ostrożnościowych z recenzowanej literatury naukowej, które ostrzegają, że rośliny NGT mogą mieć niezamierzone skutki dla zdrowia i środowiska. Eksperci podsumowują wyniki tych przeglądów w sposób bezstronny i traktują je poważnie.
Inną doskonałą sugestią jest obowiązek przeprowadzania 90-dniowych badań na zwierzętach w przypadku roślin NGT, choć z tekstu ANSES nie wynika jasno, czy dotyczy to tylko gatunków roślin, o których wiadomo, że naturalnie zawierają substancje toksyczne lub antyodżywcze, czy też wszystkich roślin NGT. Biorąc pod uwagę nieprzyjemne niespodzianki, które mogą pojawić się w przypadku roślin GM w badaniach żywienia zwierząt i znane niezamierzone skutki mutacji nowych technik GM, GMWatch zaleca, aby wszystkie rośliny NGT były poddawane tym badaniom.
Podsumowując, ANSES proponuje indywidualną ocenę roślin NGT, w zależności od wprowadzonych modyfikacji, wykrytych niezamierzonych skutków, charakteru zmodyfikowanych roślin itp. Agencja twierdzi, że „podziela spostrzeżenia ekspertów”, że „niektóre z zagrożeń zidentyfikowanych [dla roślin NGT] są podobne do tych już zidentyfikowanych dla [GMO pierwszej generacji], ale narażenie na te zagrożenia może wzrosnąć wraz z rozwojem stosowania [NGT] i wzrostem wielkości rynku tych roślin, zwłaszcza że trwają prace nad szeroko rozpowszechnionymi roślinami [owocami, warzywami itp.], które nie są obecnie dotknięte transgenezą”.
Kolejny ważny aspekt raportu dotyczy społeczno-ekonomicznego wpływu NGT. Eksperci podkreślają znaczenie „dostosowania obecnych ram regulacyjnych dotyczących praw własności intelektualnej” dla roślin NGT. W zależności od charakteru tych praw (patenty itp.), przyjęcie NGT może prowadzić do „braku równowagi między podmiotami gospodarczymi w zakresie podziału wartości”. Stwierdzają oni, że „wpływ rozwoju roślin pochodzących z NGT na koncentrację sektora hodowli roślin i nasiennictwa jest istotną kwestią, na którą władze publiczne powinny zwracać szczególną uwagę”.
Eksperci zauważają jednak, że wprowadzenie nowych GMO w Europie będzie miało różny wpływ na każdy sektor, szczególnie ze względu na „potencjalne trudności” związane z koegzystencją między sektorami GMO, konwencjonalnym i ekologicznym.
Presja polityczna
Chociaż raport ANSES został opublikowany dopiero 5 marca, zgodnie z artykułem opublikowanym wcześniej w Le Monde przez Stéphane’a Foucarta, został on ukończony już 11 grudnia 2023 roku. Formalna opinia ANSES, oparta na tym raporcie, została podpisana 22 stycznia przez jej dyrektora generalnego Benoît Valleta i natychmiast przekazana rządowi francuskiemu. ANSES planował opublikować raport i opinię na początku lutego, ale źródła zbliżone do tej sprawy podały, że publikacja została zablokowana z powodu „presji politycznej”.
Foucart pisze w Le Monde, że data była ważna, ponieważ ekspertyza agencji miała na celu poinformowanie o decyzjach posłów do PE, którzy 7 lutego głosowali za osłabieniem przepisów UE dotyczących nowych GMO. Według Foucart, „pomimo tego głosowania, plan Komisji Europejskiej dotyczący złagodzenia przepisów utknął w martwym punkcie z powodu braku porozumienia między państwami członkowskimi i został przełożony na następną kadencję parlamentarną [uwaga: GMWatch rozumie, że belgijska prezydencja Rady Unii Europejskiej nadal próbuje przeforsować propozycję w tej kadencji]. Do wtorku 5 marca ANSES nadal nie podała niczego do wiadomości publicznej, nie wyjaśniając powodu zwłoki, nie komentując i zapewniając nas, że wszystko zostanie wkrótce opublikowane”. Raport został ostatecznie opublikowany dopiero po tym, gdy na podstawie wycieku kopii raportu artykuł Foucarta wyjaśnił charakter jego treści.
Claire Robinson
źródło: GM Watch
Tłumaczenie: Jan Skoczylas