Migracje jako wyzwanie

Bartłomiej Kozek
20 listopada 2015

Tragiczne wydarzenia w Paryżu po raz kolejny obudziły falę nastrojów antyimigracyjnych. W jaki sposób można się jej przeciwstawić?

Dwa brytyjskie think-tanki postanowiły zaproponować odmienne strategie.

Gdy przez Europę zaczęły przechodzić kolejne setki i tysiące uciekających przed wojną, głodem i niedostatkiem jednym z obrazów, jaki roztaczali zwolennicy zamknięcia granic, byli terroryści.

Latem mieli oni celowo gubić dowody tożsamości, by tym łatwiej siać zniszczenie na Starym Kontynencie.

Gdy przy jednym z paryskich zamachowców znaleźć miano syryjski dokument cicha satysfakcja środowisk antyimigranckich zmieniła się w całkiem donośne „a nie mówiliśmy?”. Nic to, że wkrótce potem pojawiać się zaczęły wątpliwości co do jego autentyczności, a nawet – że przecież jeszcze kilka tygodni temu twierdzenia co do strategii siejących terror były zupełnie inne.

Wobec niewątpliwej tragedii, jaka dotknęła Francję, obok tradycyjnych pytań o to, w jaki sposób zapobiegać takim wydarzeniom w przyszłości pojawiły się pytania o to, co dalej. Czy – i w jaki sposób – interweniować przeciwko Daesz w Syrii i Iraku?

Czy znów powinniśmy oddawać część naszej wolności w imię bezpieczeństwa? A może – wręcz przeciwnie – tym mocniej trzymać się wartości, które uznajemy za nasze i nie poddawać się barbarzyństwu?

Pytaniem równie długofalowym jest również to, w jaki sposób zapewniać lepszą przyszłość osobom uciekającym z Syrii, Afganistanu, Libii czy Erytrei? I jak sprawić, by nie lądowały one w gettach na marginesie życia społecznego? A wiemy, że to właśnie takie warunki tworzą żyzną glebę dla ekstremistów w miastach takich jak Paryż czy Bruksela – choć rzecz jasna nie tylko tam.

Fakty potrzebne od zaraz

Przede wszystkim zawsze przydaje się nieco wiedzy. Z tego założenia wyszedł brytyjski think-tank Class, mający dostarczać amunicji tamtejszym związkom zawodowym w zmaganiach z niezbyt im przychylnym, konserwatywnym rządem.

Tamtejsze siły progresywne mają twardy orzech do zgryzienia. Prasa brukowa pełna jest materiałów na temat turystyki zasiłkowej, jaką uprawiać mają migrujący do Wielkiej Brytanii. Mają oni zabierać miejsca pracy, godzić się na niższe płace i tym samym pogarszać warunki na całym rynku oraz… nie pracować i „za darmo” korzystać z tamtejszych zasiłków, mieszkań komunalnych czy szpitali.

Przy takim klimacie medialnym nie dziwić powinien fakt, że spora część klasy robotniczej na poważnie myśli – a nawet realnie głosuje – na Partię Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP). Także partie głównego nurtu przesuwają się w tej kwestii coraz bardziej na prawo.

Najbardziej spektakularnym tego przykładem była w tym roku Partia Pracy, która w trakcie kampanii sprzedawała kubki z wyborczym hasłem dotyczącym kontroli imigracji.

„To bogaci właściciele mieszkań na wynajem, pracodawcy-wyzyskiwacze oraz zderegulowany rynek stworzyły grunt do wzrostu nierówności. Imigranci oraz osoby szukające azylu często znajdują się w równie niekorzystnej sytuacji, co Brytyjczycy niosący ciężar kryzysu ekonomicznego. Obie grupy są wyzyskiwane i traktowane jako kozły ofiarne, odpowiedzialne za problemy kraju. Niestety – fałszywe przekonania dotyczące migracji utrudniają zbudowanie poczucia solidarności.”

Taką analizę sytuacji prezentuje we wstępie publikacji „Changing the Debate on Migration” Maya Goodfellow z LabourList. Dalej zaś otrzymujemy zestaw faktów, który stara się obalić narosłe wokół migracji stereotypy.

Osoby migrujące nie znają angielskiego? Pudło – w całym kraju nie zna go 0,3% ludności, trudno więc mówić o masowym problemie. „Darmozjady na socjalu”? Nie bardzo – wkładają w brytyjski system zabezpieczeń społecznych 30% więcej środków, niż z niego otrzymują. A może zabierają miejsca w mieszkaniach komunalnych? Też niekoniecznie – w grupie tej udział osób w nich zamieszkujących jest mniejszy niż wśród urodzonych w kraju.

Zamykanie granic dla imigracji spowodowałoby szereg problemów – nie tylko zresztą dla osób z zewnątrz. Dość wspomnieć, że z otwartych granic Brytyjczycy korzystają nader często – aż 8% z nich, 5,5 miliona ludzi, mieszka poza granicami kraju.

Co więcej, rodowity mieszkaniec kraju jest średnio słabiej wykształcony niż osoba przyjeżdżająca do niego z zamiarem pozostania na dłużej. Podczas gdy 20% Brytyjczyków skończyło edukację w wieku 21 lub więcej lat, w wypadku imigrantów jest to aż 40%. W wypadku najnowszej ich fali wskaźnik ten sięga nawet 50%. Nie dziwi zatem, że np. co czwarty lekarz w Zjednoczonym Królestwie urodził się poza swą nową ojczyzną.

Oczywiście nie oznacza to – jak wspomniała Goodfellow – że nie ma problemów. Umiejscowione są one jednak gdzie indziej, niż wskazują przeciwnicy migracji. Jest więc możliwe, że niskie płace osób przyjezdnych nie ułatwiają sytuacji na tamtejszym rynku pracy – tyle że zdaniem lewicowej organizacji problemem jest tu niskie uzwiązkowienie i zderegulowane prawo, dzięki czemu walka o godne zarobki pozostaje utrudniona.

Wartości zamiast kalkulacji

Jakie wnioski powinniśmy wyciągnąć z tych faktów? Niektórzy idą bardzo śmiało, tak jak pisząca dla innego think-tanku – Compass – Katherine Tonkiss w raporcie „Rethinking Migration for a Good Society”.

Socjolożka ta nie waha się twierdzić, że jeśli chcemy zbudować społeczeństwo, opierające się na zasadach równości, demokracji oraz zdolności do samopodtrzymania, to jedynym wyjściem pozostaje jeszcze bardziej niż to tej pory otwarta polityka migracyjna.

Mocna teza? Jej zdaniem migracje stanowią naturalny element globalizacji. Nawet jeśli nie każdy z nas będzie wielokrotnie w ciągu swego życia zmieniał miejsce zamieszkania to coraz mniej też przez całe życie zamieszkiwać będzie przestrzeń, w której się narodziło.

Zamiast jednak odwoływać się do liczb czy czynników ekonomicznych, Tonkiss woli prezentować swoje argumenty z perspektywy praw człowieka. Przypomina, że uregulowanie roli azylu w prawie międzynarodowym po II wojnie światowej było jednym z większych osiągnięć w ich upowszechnianiu.

Przede wszystkim jednak zauważa, że miejsce urodzenia jest kwestią arbitralną, zupełnie od nas niezależną. Z tej perspektywy dyskryminowanie kogoś wydaje się jej równie niewłaściwe, co ze względu na płeć, klasę, orientację seksualną, religię bądź jej brak czy też światopogląd. Choć wie, że otwarcie granic będzie długim procesem uważa, że należy mieć go z tyłu głowy jako ideał, do którego należy dążyć.

Autorka zdaje sobie rzecz jasna sprawę, że nie będzie to proces prosty – tym bardziej, że rząd Davida Camerona w ostatnich latach postawił głównie na zaostrzanie kontroli nad granicami, obcinając za to np. środki dla społeczności lokalnych, służące integracji nowych członkiń i członków społeczeństwa (Migration Impacts Fund).

Czy jednak zdaje sobie sprawę ze wszystkich konsekwencji takiej polityki? Nie odmawiając jej słuszności należy zapytać przy tej okazji choćby o efekty, jakie dla słabszych ekonomicznie rejonów świata ma drenaż mózgów.

To rzecz jasna bardziej skomplikowany proces (transfery finansowe od emigrujących stanowią istotne wsparcie dla budżetów domowych oraz gospodarek niejednego ubogiego kraju), jednak wymaga on bardziej szczegółowych rozwiązań niż tylko ogólnego powiedzenia, że należy pamiętać o pomocy rozwojowej.

Europejska mozaika

Nie należy również zapominać o tym, że trudno mówić o jednym, europejskim modelu integracji. Może on miewać zupełnie różne mocne i słabe strony w zależności od tego, czy mówimy o Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Francji.

Różnorodność ta nie ułatwia zresztą stworzenia wspólnej, europejskiej polityki migracyjnej, która wydaje się dziś jedyną alternatywą dla (póki co ponoć tymczasowego) odgradzania się kolejnych państw za pomocą murów i zasieków.

Jedno jest pewne – do tworzenia bardziej humanitarnej, kierującej się zasadami solidarności i sprawiedliwości społecznej polityki migracyjnej nie potrzebujemy deklaracji, że to problem kogoś innego. Niedawno, przy okazji sejmowego expose, mniej więcej taką deklarację uzyskaliśmy z ust premier Beaty Szydło.

To, czego potrzebujemy, to dostęp do faktów, odrobina chęci pomocy oraz duża wola odniesienia sukcesu. Sukcesu, który potrzebują zarówno osoby migrujące, jak i my, Europejki i Europejczycy.

Dawno nie mieliśmy powodów do tego, by wierzyć w „europejski sen”. Bez jego wspólnego budowania grozi nam osunięcie się w otchłań egoistycznych, narodowych koszmarów.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *