USS Voyager

Przesuwając granice – utopia i odmienność w świecie Star Treka

Bartłomiej Kozek
29 czerwca 2012

Świat, w którym zlikwidowano biedę i w którym można przeżyć wspólnotowe doświadczenie w strukturze, która mimo rytuałów i hierarchii nie przypomina ograniczającego indywidualność wojska, wydaje się idealnie stworzony do tego, by organizować wyobrażenia o przyszłości. Dlaczego w ostatniej serii, Enterprise, tej obietnicy lepszego świata zabrakło?

W książce Lincolna Garaghty’ego Living With Star Trek znaleźć możemy historię Shamiry, tancerki brzucha z Nowego Jorku. Opowiada ona, w jaki sposób Star Trek – a konkretnie pilotowy odcinek pierwszej, nakręconej w latach 60. serii – zainspirował ją do tego, by obrać właśnie ten zawód. To dzięki niemu, jak sama opisuje, może każdego dnia za pomocą tańca przypominać sobie o „romantycznym i ekscytującym kształcie wszechświata”, który odmalowuje się „w ludzkim umyśle – w (jej) umyśle”. Przykład ten doskonale pokazuje, jak silny wpływ na życie widzów potrafią mieć wizje alternatywnego, lepszego świata.

Pojęciem kluczowym dla zrozumienia tego fenomenu jest utopia. To wizja świata, w którym kończą się trapiące ludzkość problemy, takie jak klęski głodu, brak i nierówny podział surowców naturalnych, wojny, przemoc i dyskryminacja. Utopie często prezentują obraz wyidealizowanej, działającej niczym w szwajcarskim zegarku wspólnoty, szczególnie atrakcyjny w obliczu społecznej atomizacji. Fantastyka naukowa, zwrócona w przyszłość, ma możliwość odwoływania się do ludzkich marzeń i aspiracji, nie zamykając się zarazem w obrębie zachowawczych scenariuszy z przeszłości, jak Domek na prerii czy Doktor Quinn.

Futurystyczna wizja Star Treka, odwołująca się do oświeceniowego racjonalizmu i ludzkiej potrzeby odkrywania nieznanego, uważana jest za progresywną i optymistyczną. Na dowód przytacza się fakt, że już od lat 60. przełamywała niejedno ówczesne tabu. W czasach zimnej wojny portretowała załogę, w której ramię w ramię współpracowali ze sobą Amerykanie, Japończycy i Rosjanie, a pełnoprawną jej członkinią była czarnoskóra kobieta (Karol Domański, Wojtek Zrałek-Kossakowski, Star Trek, czyli krok do przodu, [w:] Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej). W latach 90. głównymi postaciami dwóch serii byli odpowiednio: czarnoskóry dowódca stacji kosmicznej Jake Sisko (Deep Space Nine) oraz kapitan Kathryn Janeway, która wraz z załogą nowego statku trafia na drugi koniec galaktyki z perspektywą 70-letniej podróży z powrotem na Ziemię (Voyager).

Ten optymistyczny obraz zepsuła ostatnia jak dotąd seria – Enterprise, która cofa widzów do czasów pionierskich wypraw kosmicznych pierwszym statkiem z napędem nadświetlnym. Kręcona w latach 2001-2005, nie przyciągnęła fanów, a jej produkcja została przedterminowo zawieszona. Za porażkę odpowiadało, jak sugeruje David Greven w książce Gender and Sexuality in Star Trek, natężenie do tej pory rzadko spotykanych w świecie Star Treka przejawów seksizmu, mizoginii i ksenofobii.

Świat bez wad?

Najbardziej znana wersja świata Star Treka odwołuje się do wszechświata XXIV w. Ludzkość ma już za sobą czas, kiedy to w w. XXI przyszykowała sobie kolejną wojnę światową, zakończoną krachem dotychczasowej cywilizacji. W jednej z pozostałych po wojnie osad samotnemu naukowcowi, Zeframowi Cockrane’owi, udaje się przygotować pierwszy w dziejach Ziemi napęd warp, umożliwiający podróżowanie z prędkością nadświetlną. Udaje się dzięki temu nawiązać pierwszy kontakt z pozaziemską cywilizacją – kierującymi się logiką, tłumiącymi emocje Wolkanami. Z upływem czasu okoliczne cywilizacje łączą się w Zjednoczoną Federację Planet, przypominającą Organizację Narodów Zjednoczonych.

W wizji tej nie brak problemów, takich jak zatargi z sąsiadującymi, porywczymi Klingonami czy podstępnymi Romulanami. Arcywrogiem jest Borg – stechnicyzowana rasa, anihilująca inne w celu włączenia ich technologii i doświadczeń do własnej, kolektywnej jaźni. To jednak nie wrogowie, ale prezentowana na ekranach wizja przyszłości przyciągała miliony przed telewizory. Dla wielu fanek i fanów Star Trek stał się swego rodzaju obietnicą przyszłości. Ponieważ opiera się ona na rzeczywistych doświadczeniach (wszystkie dotychczasowe wydarzenia z ziemskiej historii miały w świecie Star Treka miejsce), tym łatwiej uwierzyć, że obraz ten jest ekstrapolacją przyszłości, dokonaną na ich bazie.

USS Voyager

Przejdźmy się oczyma wyobraźni po statku Voyager, którego załoga i tak – w obliczu przestrzennego oddalenia od Ziemi – ma znacznie ciężej z powodu trudności w znalezieniu napędzającego wszystkie systemy dilithium niż statki pozostałe w przestrzeni Federacji. Z okazałego mostka, w którym znajdują się nafaszerowane nowoczesną technologią stanowiska dowodzenia, ze słynnym panoramicznym ekranem włącznie – bierzemy windę do dolnych pokładów. Możemy pójść do kwater członków załogi. Każda/każdy ma do dyspozycji przestronny, pojedynczy pokój, który może swobodnie zapełnić zreplikowanymi pamiątkami, meblami czy imitacjami antyków. W jednej z kwater znajdziemy saksofon, w innej – telewizor lampowy niczym w II połowie XX w., w jeszcze innym dziecięce zabawki.

Każda z kwater ma dostęp do replikatora żywności, nie przeszkadza to jednak w możliwości skorzystania ze stołówki, przyrządzającej potrawy ze świeżych, hodowanych na pokładzie warzyw i owoców. W kwaterach lekarskich dostępna jest pomoc medyczna specjalnego hologramu, wyposażonego w wiedzę medyczną ze wszystkich znanych Federacji i skłonnych do podzielenia się nią cywilizacji. Możemy również zajrzeć do maszynowni, gdzie bije serce statku – potężny reaktor warp, wykorzystujący reakcję antymaterii do napędzania Voyagera. Spacerując jego korytarzami, trudno nie zauważyć, że jego załoga nadal napędzana jest chęcią odkryć i poznawania nieznanego. Nawet gdy zdecydują się na długą podróż z powrotem na Ziemię, zdarza im się zboczyć z kursu, by zbadać niewyjaśnioną kosmiczną anomalię.

Swój czy obcy?

Technologia holograficzna jest jednym ze zjawisk, testujących zdolności Federacji do włączania w obręb swej wspólnoty nowych cywilizacji i bytów. W Voyagerze status takiego niepewnego bytu ma Awaryjny Hologram Medyczny, zwany Doktorem. Na samym początku serialu, gdy w wyniku przeniesienia na drugi koniec galaktyki ginie część załogi – w tym cały personel medyczny – Doktor staje się jedyną osobą zdolną do zapewnienia odpowiedniej opieki lekarskiej. Z początku nie jest traktowany inaczej niż kreowane w holodeku fikcyjne postacie. Bywa włączany bez swojej wiedzy, zapomina się o jego wyłączeniu po skorzystaniu z pomocy, lekceważy się niekomfortowe warunki jego funkcjonowania. Z czasem jego sytuacja ulega zmianie. Otrzymuje możliwość kontroli swojego działania, poszerzania umiejętności o aktywności pozamedyczne (uczy się m.in. śpiewu operowego), a dzięki pozyskaniu w jednym z odcinków przenośnej technologii holograficznej z przyszłości może swobodnie poruszać się po całym pokładzie.

Mimo to inkluzywna wspólnota Voyagera ma problemy z akceptacją indywidualności i… człowieczeństwa Doktora. Wielokrotnie zastanawiał się on nad opuszczeniem statku, np. gdy jedna z napotkanych cywilizacji doceniła jego śpiewaczy talent czy też gdy spotkali się ze zbuntowanymi hologramami, wytworzonymi przez podarowaną drapieżnym Hirogenom technologię używaną do wirtualnych polowań. Bronił się przed pomysłami na zmienianie fragmentów swojego programu, odpowiedzialnych za jego trudny charakter, walcząc o bycie uznanym za równorzędnego członka załogi. Pod koniec sezonu widać, że proces ten zmierza ku szczęśliwemu zakończeniu, gdy w jednym z odcinków kapitan bierze jego stronę w procesie o publikację jego holonoweli przez wydawcę bez jego zgody. Kapitan Janeway nie musi pilnować załogi – sama składa zeznania, jednoznacznie wskazujące na prawo Doktora do bycia rozpoznanym przez prawo autorem własnego dzieła. Proces ten staje się precedensem, który inspiruje hologramy całego wszechświata do walki o swoje prawa.

Inną postacią, której niełatwo jest wejść do wspólnoty świata Federacji, jest Siedem z Dziewięciu. Mając kilka lat, została wraz ze swymi rodzicami zasymilowana przez Borgów. Całymi latami jej umysł był częścią kolektywnej świadomości, aspirującej do doskonałości i wrogo nastawionej do innych, uważanych za niedoskonałe form życia. W pewnym momencie Siedem trafia na pokład Voyagera. Nie mając doświadczenia w funkcjonowaniu jako jednostka, dystansuje od siebie załogę swoją oschłością i niezrozumieniem dla ludzkich emocji. Jej odmienność podkreśla wygląd: mimo usunięcia większości cybernetycznych implantów pewna ich część nadal pozostała na jej ciele. Metaliczne przewody u jednej z rąk czy implant nad jednym okiem wyróżniają ją spośród załogi.

Przez długi czas pozostawała więc odseparowana od świata ludzi nawet w wymiarze przestrzennym – wymagając regeneracji zamiast snu i pożywienia, przebywała głównie w magazynie, w którym znajdowała się jej alkowa. Indywidualność, brak perfekcji, niedostateczna wydajność pracy, angażowanie się w aktywności regeneracyjne – wszystko to, co dla reszty załogi było normą umożliwiającą porozumienie, dla Siedem wymagało zrozumienia i dostosowania się. Proces integracji jest obustronny: także załoga uczy się widzieć w niej nie biorącego udział w asymilowaniu tysięcy gatunków drona, lecz przede wszystkim człowieka.

Odmienność Doktora i Siedem ma charakter technologiczny, a nie biologiczny. Z różnorodnością kolorów skóry, kształtów uszu czy pofałdowania czoła Federacja – a wraz z nią i załoga Voyagera – już sobie poradziły. Dużo ciężej przyszło im uznać za wyjątkową osobę holograficznego Doktora, który jest wytworem pracy umysłowej, a nie fizycznej reprodukcji. Początkowo niewiele różniło go od podobnych wytworów z holodeku, a jego rozwój był w dużej mierze pochodną częstego używania. Z hologramami załoga miała zresztą niejeden problem, także etyczny. Czy seks z holograficznym przedstawieniem własnej żony jest zdradą małżeńską? Co powiedzieć wirtualnym Irlandczykom, sądzącym, że członkowie załogi to duchy? W sytuacji, kiedy punktem wyjścia – wyrażonym na głos w samym serialu – było przekonanie, że hologram nie różni się niczym od replikatora żywności, sytuacje te zmuszały do przewartościowania dotychczasowych przekonań.

Pęknięcie w utopii

Porównajmy to z wizją odmalowaną w Enterprise. Znajdujemy się w świecie XXII w., ludzkość dopiero co wylatuje z Ziemi. Na pokładzie pierwszego statku z napędem warp nie ma holodeków, zamiast tego załoga urządza sobie wieczory filmowe albo trenuje w siłowni. Nie to jest jednak najważniejsze. Graven przekonująco portretuje tę serię jako zaprzeczenie wszystkiego tego, co przyciągało widzów przed telewizory. Ducha współpracy i eksploracji zastępuje nieufność i ksenofobia. Załoga jest znacznie mniej zróżnicowana – zarówno etnicznie, jeśli chodzi o ludzi, jak i pod względem obecności pozaludzkich cywilizacji. Postacie częściej tworzone są na bazie klisz etnicznych i genderowych. Azjatycka tłumaczka języków obcych cywilizacji jest zalęknioną histeryczką, a czarnoskóry sternik przez większość serialu pozostaje na uboczu, mimo ważnej funkcji, jaką pełni.

Wszystko to blednie wobec jedynej Wolkanki na pokładzie, oficer naukowej T’Pol. W tej serii Wolkanie portretowani są jako rasa spowalniająca ludzką eksplorację kosmosu, mająca poczucie wyższości wobec homo sapiens. T’Pol zdaje się za taką postawę swoich pobratymców obrywać ze strony załogi Enterprise i scenarzystów przez wszystkie 4 sezony. Przymusza się ją do fraternizowania się, spędzania czasu na bezcelowych jej zdaniem aktywnościach, jak oglądanie filmów, na koniec zaś okazuje się, że wpada w uzależnienie od pobudzającego jej emocjonalność trelu, spoufala się z inżynierem pokładowym, który wyraźnie daje do zrozumienia, że nie szanuje jej kultury, a na dodatek serwuje się jej doświadczenie śmierci wspólnego dziecka oraz rzeczonego inżyniera.

Enterprise NX-01

Porównując doświadczenia T’Pol z pozycją innych Wolkan w uniwersum Star Treka, np. Tuvoka z Voyagera, widzimy zerwanie z dotychczasowym zrozumieniem dla odmienności. Choć zachowanie Tuvoka bywało obiektem dowcipów, nikt nie kwestionował specyfiki kultury, z której pochodził. Można go było podszczypywać tak jak każdą i każdego członka załogi, jednak zawsze był wzorem opanowania, zaufanym przyjacielem kapitan Janeway oraz osobą, z którą można było pomedytować albo zagrać w jedną z wolkańskich gier logicznych. Sytuacje, gdy na skutek różnych wypadków tracił panowanie nad emocjami, pokazywały, że jakiekolwiek jego „uczłowieczanie” pozbawiłoby go istotnego elementu jego tożsamości.

Lustro i krzywe zwierciadło

Star Trek odróżnia się narracją i sposobem kreowania bohaterów od wielu dzisiejszych seriali, łączących rozmach wysokobudżetowej produkcji z rezygnacją z czarno-białej wizji świata. Gwiezdną epopeję możemy umiejscowić w analogicznej przestrzeni rozwoju telewizyjnych seriali, jaką wobec dzisiejszych filmów zajmują klasyczne westerny. Mamy tu dualny podział na to, co kulturowe i stojące w opozycji do kultury (obce cywilizacje), powtarzalność, kumulacyjność i przewidywalność – zarówno pewnych tematów czy postaci, jak i zawiązania akcji, a także budowy poszczególnych odcinków, z których zdecydowana większość kończy się happy endem.

Powtarzalność świata, przewidywalność zachowań bohaterów i czytelność reguł, wedle których funkcjonuje, tworzą korzystne warunki dla wytworzenia się przywiązania, a także utożsamienia się z wykreowaną rzeczywistością. Podmiot oglądający nie wydaje się tu silnym samcem alfa. Z przytaczanych przez Garaghty’ego listów fanów wyłania się obraz widza jako osoby poszukującej drogi życiowej oraz oparcia w określonym systemie wartości. Świat, w którym zlikwidowano biedę i w którym można przeżyć wspólnotowe doświadczenie w strukturze, która mimo rytuałów i hierarchii nie przypomina ograniczającego indywidualność wojska, wydaje się idealnie stworzony do tego, by organizować wyobrażenia o przyszłości.

Tym trudniej było przyjąć do wiadomości fankom i fanom, że w ostatniej wyprodukowanej serii – Enterprise – obietnicy lepszego świata zabrakło. Zdaniem wspomnianych autorów o ile Deep Space Nine i Voyager odzwierciedlały liberalny klimat czasów Clintona, to Enterprise wyrażał konserwatyzm epoki Busha juniora. Nie tłumaczy to jednak powodów, dla których ostatnia seria tak bardzo odbiega od klimatu chociażby serii Następne pokolenie, kręconej za czasów dwóch republikańskich prezydentów – Reagana i Busha seniora. Wydaje się, że dużo większą rolę odgrywa tu obietnica utopii. Obietnica ta nie jest rzecz jasna oderwana od ducha epoki, potrafi jednak z upływem czasu stać się punktem odniesienia sama dla siebie. Enterprise może być odczytywany pod kątem wpływu atmosfery zagrożenia terroryzmem na wyobraźnię scenarzystów, dla fanek i fanów będzie jednak przede wszystkim przejawem porzucenia credo świata Star Treka – równości i otwartości.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

9 thoughts on “Przesuwając granice – utopia i odmienność w świecie Star Treka

  • 29 czerwca 2012 at 15:54
    Permalink

    „Enterprise” nie jest mniej ni bardziej rasistowskim serialem niż „DS9” czy „Voyager”. Jego główne wady, a więc i przyczyny porażki, to dłużyzny i brak wyrazistych (także negatywnych) postaci. Znalezienie kapitana bardziej drewnianego od Janeway (którą pod koniec „V” można nawet polubić!) mogło wydawać się niemożliwe – a jednak, Archer posiada charyzmę kapcia; kiedy Bakula gra „groźnego” osiąga efekt komiczny.

    Jedyne co serial wnosi do uniwersum Star Treka, to ukazanie hamującej roli Wolkan. Reszta, poza swoistymi pre-powtórkami znanych i ogranych (pozujących na pierwsze kontakty) potyczek z rasami takimi jak Ferengi, to dryfowanie w obszary, jakie mogłyby stanowić podwaliny serialu zupełnie spoza franczyzy ST.

    Reply
    • 29 czerwca 2012 at 18:30
      Permalink

      Ponieważ tekst ten był i pozostaje przede wszystkim pracą naukową (mocno na potrzeby artykułu przyciętą) siłą rzeczy skupił się na zagadnieniach bardziej ogólnych, niż kwestie tego, czy Janeway była drętwa czy nie (zgłaszam zdanie odrębne ;)). Stąd skupienie się na wątku podejścia do Obcych, który zresztą w wielu pracach amerykańskiej antropologii jest wątkiem bardzo żywo dyskutowanym i – przynajmniej jeśli chodzi o różnice między „Voyagerem” a „Enterprisem” – widocznym jako problem.

      Swoją drogą cieszę się że ten dość hermetyczny w polskich warunkach artykuł w ogóle doczekał się jakiegoś komentarza, bardzom za niego wdzięczny :)

      Reply
  • 29 czerwca 2012 at 21:50
    Permalink

    Rozumiem, jednak wskazuję co wskazuję, bo uważam, że przyczyny są prostsze. „Enterprise” jako taki jest zwyczajnie za mało nośny, by jego niepowodzenie tłumaczyć szerszą, ponadfabularną teorią. Z drugiej strony – nawet tak nieudany, w pewnym sensie uwiarygadnia utopię seriali chronologicznie (datą gwiezdną) późniejszych.

    Reply
  • 30 czerwca 2012 at 16:57
    Permalink

    …z naciskiem na „w pewnym sensie”, głównie przez kontrast (może uwiarygodnienie nie jest tu najlepszym sformułowaniem). Trudno bowiem mówić o udanym pokazaniu dojścia do utopii; z definicji istnieć nie może droga do „miejsca, którego nie ma” ;)

    Reply
  • 30 czerwca 2012 at 21:39
    Permalink

    Z drugiej jednak strony mówimy tu o utopii, której jednym z głównych celów było inspirowanie pewnych przemian w realności (vide słowa Martina Luthera Kinga o postaci Uhury z oryginalnej serii).
    Nie jest też prawdą, że „Star Trek” drogi dojścia do utopii nie pokazywał, przypomnijmy sobie wątek Kiry z „Deep Space Nine” (zwł. odcinki z pierwszych sezonów, np. – znakomity w swej klasie – „Duet”) czy voyagerowski epizod „The Void”, w którym Janeway buduje – co prawda roli swoistej prowizorki – mini-Federację ze statków różnych cywilizacji napotkanych w tytułowej „pustce”.

    Reply
  • 30 czerwca 2012 at 22:02
    Permalink

    Wiedziałem że skrócenie tego tekstu, choć zapewne uczyni go bardziej przystępnym dla laików, dla trekkerów będzie zbytnim uproszczeniem :) Jak wszystko dobrze pójdzie jego pełna wersja pojawi się gdzieś na papierze, tam też będzie bibliografia uzasadniająca takie czy inne stwierdzenia, a przynajmniej podająca autorki/autorów, na których ten tekst się powoływał.

    Co do utopii na przykład – jej rolę w kreowaniu rzeczywistości opisali Karol Domański i Wojciech Zrałek-Kossakowski w omówieniu ST w przewodniku Krytyki Politycznej po serialach, widzę że ten przypis się uchował :)

    Reply
  • 30 czerwca 2012 at 23:19
    Permalink

    Nie, nie… Do artykułu nie odnoszę się krytycznie, bardziej do, poprzedzającego mój poprzedni, komentarza gato, który – choć udany jako zabawa semantyczna – nie odnosił się ściśle do sytuacji w serialu ;).

    Natomiast kiedy już mówimy o artykule, to dodałbym pewien poważny zarzut wobec „Enterprise”… otóż praktycznie wszelkie rozwiązania zwł. społeczne np. słynna Pierwsza Dyrektywa (ale nie tylko one, chociażby system klasyfikacji planet także) przyjęte w przyszłości przez Federację przedstawione są jako produkt ukazanej tam, jak wiemy, jako opresyjna, represyjna, zamknięta, nieledwie faszystowska, kultury wolkańskiej. Nie dość więc, że znika piękny mit Federacji jako wielkiego kompromisu, kulturowego tygla (mit tak pięknie obecny np. w odcinku „The Next Generation” zatytułowanym „A Matter of Honor”), to jeszcze okazuje się, że ludzkość nie jest zdolna dojść do pewnych rzeczy własnym wysiłkiem i własną refleksją, musi dostać je „na tacy” od społeczności składającej się głównie z pogardzających nią ksenofobów…
    Pytanie zresztą na ile jest to efekt celowego wpisywania się w klimat czasów bushyzmu, na ile zaś lenistwa umysłowego i oportunizmu, nastawionych głównie na – pochodzący z tzw. odcinania kuponów – zarobek, twórców serialu. (Choć fakt, że przypuszczlna chęć pójścia po linii najmniejszego oporu podpowiadała im takie, a nie inne rozwiązania jest – oczywiście – znacący.)

    Reply
  • 1 lipca 2012 at 12:01
    Permalink

    A to prawda – i zresztą wątek wolkański ma dwie strony, bo zachowanie załogi wobec T’Pol, analizowane np. przez Gravena było swego rodzaju wyżywaniem się za tego typu traktowanie. W efekcie można odnieść wrażenie, że to cud, że ufundowana na bazie takich międzyplanetarnych relacji Federacja wyewoluowała w kierunku pokojowym, a nie Imperium Terrańskiego ;) Swoją drogą Graven obnaża tę rywalizację jako wyścig o supremację – Archer niemal samodzielnie zbawia wszechświat, włącznie z Wolkanem, bo tylko on ma być godny spotkać się z ichnim mentorem Surakiem.

    Co do drugiego akapitu – myślę że jedno nie wyklucza drugiego. Kanoniczna wizja ST wydaje się mieć własny, utopijny właśnie potencjał, który Enterprise rozmienia na drobne. Kiedy w tworzeniu takiej wizji pojawia się znużenie czy chęć pójścia na łatwiznę siłą rzeczy niesie to za sobą ryzyko odwołania się do dominującego w danym momencie dziejowym, szerszego klimatu politycznego. W jednym z pierwszych odcinków (a to przełom roku 2001-2002) Archer, jak dobrze pamiętam, powtarza słynną dychotomię Busha „albo jesteście z nami, albo z terrorystami”. Nie musi to oznaczać, że scenarzyści nagle stali się Republikanami, ale że w pojedynku form czy gąb (podążając tropami Dukaja i Gombrowicza) ich forma/gęba w tamtym momencie przegrała.

    Reply
  • 1 lipca 2012 at 14:16
    Permalink

    Zgadza(m) się…

    Ciekawe przy tym, że wcześniejsze odsłony ST (acz w oryginalnej serii dawało się czasem odczuć – krytykowany np. przez Lema – powiew amerykańskich ciagot imperialnych, czy elementy elitaryzmu i, wymuszonego przez wytwórnię zresztą i łagodniejszego niż występujący wówczas realnie w USA, seksizmu, co znów wymownie obnażała Le Guin; wiadomo też, że Paramount dał czerwone światło dla wątku gejowskiego w TNG lub DS9), nie tylko – jak wiemy – skutecznie wyłamywały się z dominującego w USA klimatu/dyskursu, ale i zawierały odcinki obnażające wady bushyzmu na długo przed zaistnieniem tegoż. Można tu wymienić nie tylko klasycznie antywojenny TOS „Day of the Dove”, stanowiący aluzję do tragicznych konsekwencji mieszania się w sprawy tzw. Trzeciego Świata TNG „Too Short a Season” czy dowodzący, że nawet stan wyższej konieczności nie usprawiedliwia pogwałcenia podstawowych zasad VOY „Equinox”, ale przede wszystkim DS9 „Paradise Lost”, który (wraz z wcześniejszym epizodem tej samej serii – „Homefront”), stanowi wręcz kliniczne studium w/w bushyzmu, jego narodzin i konsekwencji (nawet przy oczywistej poprawce na to, że USA przed G.W.B. nie były utopią ;)).

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *