Ilustr.: Eric Ruder/SocialistWorker.org

Marks napisał wiele kart zielonym atramentem

Adam Ostolski , Jacek Tittenbrun
29 sierpnia 2017
O tym jak Morawiecki przejął strategię azjatyckich „tygrysów” oraz mądrościach Zenona z Elei z prof. Jackiem Tittenbrunem rozmawia Adam Ostolski.

Adam Ostolski: Rozwój kapitalizmu od początku wiązał się z rosnącą presją człowieka na środowisko. Dlaczego więc kwestie ekologiczne stały się przedmiotem zainteresowania polityków względnie niedawno?

Prof. Jacek Tittenbrun: Symbolem oddziaływania gospodarki prowadzonej przez ludzi na środowisko naturalne jest fakt, iż od niedawna geologowie przyznają, że zmiany te zaszły tak daleko, iż uprawniają do wyodrębnienia nowej ery w historii ludzkości, gdzie siły napędowe przeobrażeń środowiska mają naturę nie tyle czysto przyrodniczą, co antropogenną. Zwłaszcza począwszy od rewolucji przemysłowej, która dała początek nowoczesnemu kapitalizmowi, wpływ ludzkości na przyrodę, z którą człowiek niegdyś, w mitologicznej przeszłości, żył w przedustawnej harmonii, stał się przemożny.

Przez długi czas problem ten był spychany na margines, warunki życia klasy robotniczej w miejskich gettach były sprawą dobrej woli grupki filantropów. Sytuacja uległa radykalnej zmianie dopiero z chwilą, gdy sama burżuazja poczuła się zagrożona konsekwencjami zachowania dżina, którego wypuściła z butelki rewolucji industrialnej. Oczywiście nadal nie było i nie ma równości pod względem narażenia różnych klas i stanów na szkodliwe dla człowieka skutki industrializacji – bogata burżuazja zawsze będzie pod tym względem górowała nad robotnikiem czy nauczycielem, którym się nie przelewa i którzy zasadniczą większość wynagrodzenia są zmuszeni przeznaczać na koszty bieżącego utrzymania. Rzadko mogą sobie pozwolić na zakup drogich urządzeń, ograniczających np. skutki zanieczyszczenia atmosfery, albo tym bardziej na przeniesienie swej siły roboczej i całego gospodarstwa domowego w jakieś bezpieczniejsze rejony, jakich jeszcze sporo na tym globie.

W każdym razie bezpośrednie zagrożenie warunków życia klas burżuazyjnych sprawiło, że nagle zaczęto postrzegać świat w zielonych kolorach.

A kiedy problem ten stał się przedmiotem zainteresowania ekonomistów?

Jeśli ekonomia klasyczna w ogóle brała pod uwagę tego rodzaju kwestie, to w ograniczonym stopniu, pod postacią teorii renty gruntowej. Tę teorię przejął od Davida Ricardo i udoskonalił Karol Marks, który jednak wraz z Fryderykiem Engelsem napisał wiele kart zielonym atramentem. „Położenie klasy robotniczej w Anglii” Engelsa to doskonałe studium empiryczne, które do dzisiaj robi duże wrażenie.

Wkład Marksa do „zielonego” nurtu myślowego to m.in. fundamentalne rozróżnienie między wartością użytkową a wartością wymienną czy analiza nowoczesnego maszynowego sposobu produkcji, ukazująca jego masowy charakter, a takoż masywny wpływ na środowisko za pośrednictwem różnego rodzaju produktów ubocznych procesu wytwarzania dóbr materialnych. Walorem obu tych klasycznych teorii było także jednoznaczne uznanie istnienia podziałów klasowych w społeczeństwie, co zakłada podkreślenie roli własności w życiu społeczno-ekonomicznym. Łączy się z tym m.in. zainteresowanie stosunkami podziału dochodów i produktu globalnego, bowiem bez tego rodzaju analizy trudno sobie wyobrazić naukowo uzasadnione rozważania nad interakcjami środowiska przyrodniczego i ludzkiej gospodarki.

Tu również teoria marksowska pozwala dostrzec pewną dwuznaczność pojęcia środowiska naturalnego. Nie tak wiele znajdziemy dziś na kuli ziemskiej dziewiczych lasów, nietkniętych ręką ludzką wód, na jakie nigdy nie zapuszczał się człowiek poszukujący owoców morza itp.

W gruncie rzeczy mówimy tu zatem o środowisku przyrodniczo-społecznym, gdzie samo to określenie symbolizować może zakres ingerencji człowieka w otaczającą go „naturę”.

Jak później rozwijała się ekonomiczna refleksja nad ekologią?

Niemal wszystkie te pozytywne trendy teoretyczne uległy zahamowaniu, a nawet odwróceniu z chwilą zapanowania paradygmatu ekonomii neoklasycznej, która – wbrew swej nazwie – więcej ma wspólnego z ekonomią wulgarną, jak Marks i Engels trafnie określali zdroworozsądkowe, najczęściej powodowane rozmaitymi pozamerytorycznymi przesłankami, potoczne wyobrażenia o gospodarce, niźli z ekonomią klasyczną Ricardo i Smitha.

Ekonomia neoklasyczna uważana jest tymczasem za podręcznikowy wzorzec naukowego podejścia do gospodarki…

Wniosek ten podpiera się najczęściej przesłankami formalnymi: wysokim stopniem zmatematyzowania, o jakim mogą jedynie marzyć inne nauki społeczne. Ale poskrobmy nieco, a pod formalną czy też formalistyczną – jak by na pewno powiedzieli zwolennicy szkoły austriackiej – pozłotą kryją się komunały i iluzje na temat samo równoważącego się rynku, doskonałej konkurencji i inne podobne platońskie byty, jednym słowem obraz tego, jak mały Kazio wyobraża sobie strukturę i funkcjonowanie gospodarki. Banał czy fałsz odziany w szatę logiki formalnej lub rachunku różniczkowego nie przestaje przez to być twierdzeniem banalnym bądź fałszywym.

Na czym więc polega problem z ekonomią neoklasyczną?

Centralne znaczenie ma fakt pomijania przez modelowe ujęcie neoklasyczne tzw. efektów i tym samym kosztów zewnętrznych, w tym dotyczących oddziaływania na środowisko. Podam tu prosty przykład. Zaliczenie na konto producentów ropy i innych paliw kosztów, jakie ponosi całe światowe otoczenie z tytułu rekompensowania skutków ich działalności, wystarczyłoby do tego, aby zmienić oblicze świata takiego, jakim go znamy. Cena ropy, a za nią i benzyny musiałaby się wówczas bowiem podnieść – odzwierciedlając po raz pierwszy rzeczywisty społeczny rachunek wytwarzania danych paliw. Tym samym przesunęłoby to jeszcze bardziej szalę na korzyść „zielonych” źródeł energii: siły wiatru, energii słonecznej itp., które i tak w ciągu ostatnich lat zyskują niepomiernie na atrakcyjności; dość powiedzieć, że w ciągu stosunkowo niedługiego odcinka czasu ceny owej energii ze źródeł niekonwencjonalnych zmalały o połowę. Są to przy tym dziedziny nauko- i pracochłonne, co oznacza, iż stanowią skuteczne generatory miejsc pracy.

Czy świadomość tych mechanizmów ma jakiś wpływ na decyzje polityczne?

Idee te z trudem i w różnym stopniu przebijają się do świadomości decydentów gospodarczych w różnych krajach.

Obecny prezydent USA uczynił prezesa największego koncernu naftowego Exxon-Mobil ministrem spraw zagranicznych w swoim rządzie. No cóż, będziemy mogli dzięki temu przekonać się doświadczalnie, na ile prawdziwe jest popularne ongiś hasło: „Co jest dobre dla General Motors, jest dobre dla Ameryki”. Trump zobowiązał się też wobec swojego często robotniczego lub bezrobotnego elektoratu, że doprowadzi do odrodzenia w USA wydobycia węgla. Clinton chciała kopalnie zamykać, a ludziom znaleźć inne zatrudnienie, podczas gdy jej zwycięski rywal odwrotnie – chce otwierać nowe.

Przekonamy się, na ile rzeczywiste posunięcia będą odpowiadały tym deklaracjom, ale pewne inne fakty kazałyby je traktować raczej serio. Stany Zjednoczone zamierzają np. wycofać się z udziału w niedawno podpisanych umowach paryskich, które mimo swych słabości stanowią pozytywny krok na drodze do łagodzenia (bo o ich likwidacji marzyć na razie nie można) szkodliwych dla środowiska skutków wzrostu gospodarczego.

Wzrost gospodarki to wieczny „ruchomy cel”, jaki stara się zrealizować społeczeństwo, nigdy go w praktyce nie osiągając. Tak jak w słynnym paradoksie Zenona z Elei: kiedy zając zbliży się dostatecznie do żółwia, ten posuwa się znowu o krok, i znowu powstaje potrzeba nowego celu do wytyczenia i kolejnej za nim pogoni. Wzrost stanowił dotąd i wciąż w znacznej mierze stanowi nadal jeden z niezachwianych pewników teorii, polityki i praktyki gospodarczej.

Ostatnio pojawiła się jednak idea zerowego, a nawet ujemnego wzrostu.

Wspomniane naruszenie równowagi ekologicznej, połączone z „buntem konsumenta”, antymaterialistycznymi i, przynajmniej implicite, antyburżuazyjnymi nastrojami klas pracowników, zwłaszcza intelektualnych, stanów młodzieżowych itp., doprowadziły do wyłonienia się interesujących inicjatyw w nurcie ekonomii teoretycznej. Nie tylko działacze ruchu konsumenckiego czy ekologicznego, ale również niektórzy przedstawiciele nauk społecznych coraz śmielej zaczęli promować ideę zerowego wzrostu.

To tylko papierowa koncepcja, czy są już jakieś próby realizacji?

Czy naprawdę Japonia, pogrążona – wedle obiegowej diagnozy – w długoletniej stagnacji gospodarczej przedstawia sobą obraz społeczeństwa dogłębnie nieszczęśliwego z wymienionego powodu, zbiorowości nieudaczników i pechowców? Wręcz przeciwnie; nikt, kto odwiedził Japonię, nie powziął wrażenia, iż jest to kraj chylący się do upadku. Problemy Japonii wynikają raczej ze specyfiki struktury gospodarki, z jej wyraźnym podziałem na uprzywilejowany, elitarny trzon klasy robotniczej i pracowniczej oraz podlegającą fluktuacjom otoczkę – otoczkę niewielkiego do niedawna udziału kobiet na rynku siły roboczej oraz przywiązania do własnej swoistości idącego tak daleko, że praktycznie wykluczającego jakąkolwiek bardziej masową migrację. A byłaby ona wskazana z powodu rysującego się składu demograficznego ludności, też skądinąd będącego świadectwem niebywałego sukcesu, a nie klęski tego społeczeństwa, w którym żyje stosunkowo najwięcej ludzi w podeszłym wieku. I tych emerytów pełno na pokładach rozmaitych luksusowych liniowców, odbywających wycieczki po wszystkich krajach świata – co raczej nie dowodzi ich finansowej nędzy.

Kiedyś był taki pomysł, że Polska mogłaby być „drugą Japonią”. Wydaje się jednak, że ten model nie jest łatwy do skopiowania, każdy kraj ma własną specyfikę.

Oczywiście, twierdzenie powyższe trzeba ujmować w odpowiednim kontekście. Zróżnicowanie to musi dotyczyć również samego zbioru społeczeństw wysoko rozwiniętych, bo bynajmniej nie wszystkie dają się podciągnąć pod jeden strychulec. O ile gospodarka USA opiera się przede wszystkim na rynku wewnętrznym, to niemiecka stanowi model gospodarki nastawionej na eksport, a sami Niemcy na pewno nie należą do przodowników w rankingu konsumpcji; wymowny jest niechętny stosunek ludności do kart kredytowych, bez których trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie gospodarki amerykańskiej.

Niemcy dostarczają również bodaj najbardziej pozytywnego przykładu polityki ekonomiczno-ekologicznej. Japońska Fukushima tak zraziła Niemców do elektrowni jądrowych, że nie tylko nie wybudowano odtąd w RFN żadnej nowej elektrowni atomowej, ale pozamykano wszystkie dotychczas istniejące. Wycofując się także z węgla jako paliwa energetycznego, w zamian Niemcy najbardziej konsekwentnie realizują model gospodarki opartej na niekonwencjonalnych źródłach energii.

A gdzie na tej mapie sytuuje się Polska?

Polsce bliżej niestety do USA (zwłaszcza tych idealnych, w przyszłości wyczarowanej przez charyzmatycznego [?] przywódcę) niż do zachodniego sąsiada. Przez lata socjalizacja w Polsce obejmowała pewnik, iż „Polska węglem [z ewentualnym dodatkiem siarki] stoi”. Socjologicznym przedłużeniem tego aksjomatu był i jest nadal górniczy, bardzo bojowy oddział klasy robotniczej, z którym nie chce zadzierać żaden polityk. I tak to się toczy, metodą kopania puszki po piwie brzegiem drogi, małymi, stopniowymi kroczkami, które podobno mają nam zagwarantować realizację unijnych dyrektyw w tej mierze. Na razie zatem łączy się kopalnie, dając załogom gwarancje zatrudnienia, zamiast je zamykać. Czy zrekompensują ten brak zdecydowanych posunięć w tej gałęzi bardziej podobno przyjazne środowisku technologie, wdrażane w rodzimym przemyśle węglowym?

Naturalnie z punktu widzenia socjologa nie można nie dodać, że rady o zamykaniu zakładów smrodzących, dymiących itd. łatwo się wypowiada, ale realizuje o wiele trudniej. Nie tylko z racji jakiegoś oportunizmu polityków. Górnictwo węgla kamiennego stanowi szczególnie dobitny przykład roli środowiska pracy w zadzierzganiu silnych więzi społecznych. Tak, praca górnika jest ciężka, ciągle niebezpieczna, a mimo to ludzi tych trzyma pod ziemią przywiązanie do swojej klasy, jej pięknych i długich tradycji, całej narosłej obyczajowości ze swoistym dialektem na czele.

Zamykanie kopalń kojarzy się w Polsce z brutalną polityką Leszka Balcerowicza i Jerzego Buzka.

Utrata takich miejsc pracy nie może być wynikiem decyzji technokratycznej. W Polsce już raz mieliśmy u steru rządów rzekomo technokratyczną ekipę Leszka Balcerowicza. Z wiadomymi rezultatami. Jeśli technokratyzm ma oznaczać bezstronną fachowość, to w odniesieniu do Leszka Balcerowicza oba te określenia można i należy zakwestionować.

Jak zdradził doradca Tadeusza Mazowieckiego, Balcerowicza obsadzono w roli naczelnego „prywatyzatora” i „reformatora” nowo powstałej Rzeczpospolitej, kierując się tylko jedną jego cechą. I nie była to znajomość ekonomii, tę w stopniu co najmniej jednakowym posiadał cały zastęp innych ekonomistów w kraju. Podstawową zaletą Balcerowicza z punktu widzenia drastyczności zadania, jakie miano mu postawić, był ośli upór, przekładający się, można uzupełnić, na kompletny brak społecznej, socjologicznej wyobraźni. Tylko ktoś taki mógł się zdecydować na – i przeprowadzić bez drgnienia oka – strategię rozbicia nienawistnych PGR-ów.

Ironicznie można powiedzieć, że tzw. reformy Balcerowicza z pewnego punktu widzenia wdrożono zbyt wcześnie; gdyby w tym czasie panowała już moda na ekologię, wówczas rodzimy „terminator” mógłby się powołać, jako pretekst do zamykania „socjalistycznych sowchozów”, na ciężkie brzemię, jakim kładzie się na środowisku wielkostadne, zindustrializowane rolnictwo i hodowla, będąca w szczególności wybitnym producentem metanu.

Czy to znaczy, że w polskich warunkach „wolny rynek” i ekologia są naturalnymi sojusznikami?

Pokazowych epizodów ekologicznych związanych z dziejami rodzimej prywatyzacji należy szukać gdzie indziej. Ot, choćby w prowadzonej przez długie lata bezkarnie szkodzącej środowisku naturalnemu działalności senatora Stokłosy, a jeszcze wyraźniej w podobnie bezczelnych działaniach polskiego „króla żelatyny”. Rzecz jasna, moja uwaga wyrażająca żal, że w epoce Balcerowicza nie było jeszcze „zielonej mody”, była żartobliwa. Mieliśmy w kraju wystarczająco wielu naukowców i ekspertów, zdolnych przewidzieć odbijające się na środowisku skutki podjęcia lub zaniechania określonego typu aktywności gospodarczej.

Transformacja oznaczała nie tylko zamykanie fabryk i prywatyzację, lecz również oparcie rozwoju kraju na bezpośrednich inwestycjach zagranicznych. Jak wpłynęło to na warunki ekologiczne?

A jak z tego punktu widzenia przedstawia się bilans korzyści zrodzonych przez inwestycje w kraju kapitału obcego? Wdrażane w polskich filiach technologie stanowiły w najlepszym wypadku rozwiązania typu „second best”, tzn. nie były to rozwiązania pierwszej świeżości, które mogłyby stanowić realną konkurencję dla zagranicznego „dobrodzieja”. To ostatnie wyrażenie ma charakter ironiczny; spróbujcie, Czytelnicy, przymierzyć je np. do aktywności zagranicznych inwestorów w naszym przemyśle drzewnym. I ogólniej, zło raczej niż dobro czynienie przejawiało się pod wieloma postaciami: m.in. zamykano polskie ośrodki naukowo-badawcze, hamując na lata, miast rozwijać, nauki stosowane, praktyczne i wdrożeniowe, nie mówiąc już o badaniach podstawowych.

Polskim dotąd przedsiębiorstwom narzucano zagranicznych kooperantów, wygaszano takie ich części, które stwarzały ryzyko konkurencji dla spółki macierzystej. Generalnie, miast radykalnej modernizacji, dzięki której mieliśmy doganiać Europę i świat, obcy właściciele przeprowadzali najchętniej płytkie, bezinwestycyjne usprawnienia w celu poprawy wydajności pracy: szczególnie mobilizowano rezerwy kryjące się w lepszej organizacji procesu pracy oraz wzmożeniu dyscypliny, do czego dołączyły wszelkie inne metody wyciskania wartości dodatkowej, wartości, której znikomy ułamek pozostawał w kraju: w formie akumulacji, tj. reinwestycji zysków, pracowniczych płac, podatków.

Zagraniczni kapitaliści opanowali w stopniu prawie doskonałym sztukę wytransferowywania zysków z Polski na własne konta bankowe; jednym ze standardowych narzędzi tego procederu były ceny transferowe.

W rezultacie pojawiały się takie „dziwożony”, jak znane na świecie koncerny, które u nas w kraju jakby zapominały, jak się robi biznes. Tak przynajmniej wynikało z ich ksiąg i składanych sprawozdań. Robiące bokami, wpadające jedno za drugim pod kreskę, nieszczęśliwe te przedsiębiorstwa nie zyski wykazywały, lecz straty. Kto głupi, niechaj wierzy.

Pamiętam, że w latach 90. mówiło się, że zagraniczni inwestorzy pomogą nam „dogonić Europę”.

Inwestycje te utrwaliły, miast je przeobrazić, miejsce Polski w międzynarodowym procesie pracy i produkcji. Nasz kraj obsadzono tam w roli manufaktury Europy, roli, jaką graliśmy z największym zaangażowaniem, na jakie nas było stać. Do tej pory słyszy się argument, że podstawowa zaleta inwestowania w Polsce to tania siła robocza. Tak weszło to w krew, że przetrwało do wieku XXI, ery sztucznej inteligencji. Ale aby powtarzać te ideologiczne banialuki, żadna – naturalna czy sztuczna – inteligencja nie jest potrzebna. Wręcz przeciwnie. Uruchomienie tej mentalnej władzy natychmiastowo zamknęłoby usta piewcom walorów taniego polskiego robotnika.

A jak oceniać z tego punktu widzenia „plan Morawieckiego”?

Opublikowany właśnie długofalowy plan ministra Morawieckiego zakłada cele tak ambitnie, że aż strach pomyśleć, co się stanie, gdy te mrzonki faktycznie się ziszczą: dogonienie europejskiej średniej w ciągu iluś tam lat. Autor strategii tak jakby przejął efekty czy wyniki rozwoju azjatyckich „tygrysów”, wszelako bez szczegółowej specyfikacji instrumentarium nieodzownego do osiągnięcia owych celów. Ogólne powoływanie się na „aktywną rolę państwa”, co się naszemu PiS-owi w modelu azjatyckim najbardziej podoba, nie wystarczy.

Czego więc brakuje?

Nie ma tu mowy o „kapitalizmie dla interesariuszy”, o stosunku do robotnika jako kluczowego członu procesu produkcji, o kółkach jakościowych, oddolnym ruchu wynalazczym, albo pochodzących z pokrewnego modelu nadreńskiego kapitalizmu radach zakładowych – kluczowym filarze niemieckiego pokoju klasowego, jaki legł u podstaw ich „cudu gospodarczego” i wszelkich późniejszych sukcesów. Podobno autorami planu było kilkaset osób; tyle że za robotę miano im zapłacić (niemało), nie dając nijakiej gwarancji, że cokolwiek z tej twórczości zostanie wykorzystane w końcowym opracowaniu. Tak że nie wiadomo, czy planu nie napisało na kolanie np. dwóch zaufanych ekonomistów partyjno-rządowych. W tym patrymonialnym królestwie nic dziwić wszak nie może.

I już zupełnie na koniec: jednego, czego ministrowi nie należy życzyć (co nie znaczy niestety, że stać się nie może) to wpadnięcia w pułapkę zastawioną przez Zenona z Elei: zającowi wydaje się, że biegnie szybko, szybciej od żółwia, ale każdorazowo, gdy jest już w połowie drogi, jaka dzieli go od tego powolnego płaza, żółw robi mały kroczek naprzód. I wszystko na nic.


Jacek Tittenbrun – profesor zwyczajny Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu o specjalności socjologia gospodarki i struktury społecznej, socjologia ogólna. Autor ponad 300 publikacji naukowych, m.in. Z deszczu pod rynnę: meandry polskiej prywatyzacji (2007), Gospodarka w społeczeństwie. Zarys socjologii gospodarki i socjologii ekonomicznej w ujęciu strukturalizmu socjoekonomicznego (2012), Kolonizacja nauki i świata przez kapitał. Teoria światów równoległych w wydaniu socjologii wiedzy (2014), Concepts of Capital: The Commodification of Social Life (2014)

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *