Od 30 kwietnia na półkach największych księgarń stacjonarnych i internetowych dostępna jest najnowsza książka Anny Kalinowskiej – “Piękny mafioso z KC i inne opowiadania podróżującej po krajach bloku”, wydana nakładem wyd. BookEdit. To zbiór chronologicznie ułożonych, osobistych opowiadań-reportaży, powstałych na bazie zadziwiających sytuacji i miejsc, z którymi autorka zetknęła się podczas podróży po krajach realnego socjalizmu w latach 70. i 80. minionego wieku. Zawód biologa-ekologa umożliwiał jej wiele z tych wyjazdów również w formie wypraw naukowych. Obfitowały one w nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, aranżując spotkania i sytuacje możliwe tylko na obszarach pod sowiecką dominacją. 

Anna Kalinowska - “Piękny mafioso z KC i inne opowiadania podróżującej po krajach bloku”,Dramatyczne losy ludzi i absurdy codzienności z pogranicza czarnego humoru, niczym sceny z filmu przygodowego przesączone przez filtr minionych lat, czynią tę książkę swoistym świadectwem czasu, zapisem złożonym z opowiadań osadzonych w scenerii kraju akcji.
Do opowiedzenia kilku charakterystycznych epizodów z moich wojaży z lat 70. i początku 80. zeszłego wieku do państw z ówczesnego kręgu realnego socjalizmu zachęciło mnie przekonanie, że podróże kształcą, a płynąca z nich wiedza dojrzewa w miarę upływu czasu. Tak się złożyło, że życie zawodowe, jak i prywatne dostarczyło mi sporo okazji do zobaczenia miejsc już dziś nie do poznania, które z perspektywy ludzi młodych postrzegane mogą być jako swoiście egzotyczne mówi Anna Kalinowska, autorka książki “Piękny mafioso z KC i inne opowiadania podróżującej po krajach bloku”.
Retro-reportaże z “czasów słusznie minionych”
Autorka dzieli się z czytelnikami swoimi wspomnieniami z wyjazdów, które w dużej mierze możliwe były dzięki jej profesji biologa-ekologa. Uczelnia, w której pracowała, w czasach reglamentowanych przez władze paszportów i dewiz wspierała „dla rozsławienia nauki polskiej” udział w badawczych wyprawach i konferencjach. Anna Kalinowska miała m.in. okazję być w radzieckich republikach Gruzji i Armenii – w tej pierwszej otarła się o świat gruzińskiej mafii, w tej drugiej natomiast uczestniczyła w przemycie złota i zakładaniu  polsko-ormiańskiej obywatelskiej „spółki handlowej”. Na syberyjskich krańcach ZSRR ratowała pannę młodą z rąk pijanych weselników w miasteczku pozbawionym perspektyw. Za kołem polarnym na granicy Finlandii i ZSRR niechcący pomagała młodemu berlińczykowi w spełnieniu ostatniej woli babci – niemieckiej komunistki – by wrócić do Kraju Rad mimo lat spędzonych w sowieckim łagrze. Podczas wyprawy naukowej w Mongolii była natomiast świadkiem upokarzających ludzi i dewastujących przyrodę przejawów sowieckiego imperializmu. Na Kubie absurdy socjalistycznej gospodarki szokowały ją nie mniej niż wypchane ropuchy przekazane w darze dla PRL-u.
Cieszę się, że do grona autorów naszego wydawnictwa dołączyła Anna Kalinowska. Tematyka jej książki jest mi szczególnie bliska głównie ze względu na fakt, że sam jestem reportażystą podróżniczym. W swoich książkach, np. w “Luizjańskim gumbo”, również często wracam do “korzeni” tego, jak obecnie wyglądają różne zakątki świata i skąd wywodzi się kultura różnych społeczności na danym obszarzemówi Artur Owczarski, reportażysta, założyciel wydawnictwa BookEdit.
Jako ekolog i wieloletnia dyrektorka Centrum Badań nad Środowiskiem Przyrodniczym i Zrównoważonym Rozwojem na Uniwersytecie Warszawskim  autorka wplotła w przytaczane opowieści wątki przyrodnicze. Wiele aspektów poruszonych w książce ma zaskakujący ciąg dalszy w czasach już po transformacji w Polsce.
Czy warto wracać do wspomnień z „bloku wschodniego”?
 Lekcja historii składa się z małych epizodów. Jeśli są one nieopatrznie nieopowiedziane, to wymazują realia czasów „słusznie minionych” z pamięci zbiorowej. W konsekwencji cichną sygnały ostrzegawcze. Agresja rosyjska na Ukrainę świadczy, że koniec „imperium zła” był tylko pozorny, co dodaje opowiadaniom ponurej aktualności. Niech więc nie zmyli Czytelnika lekki ton narracji… dodaje Anna Kalinowska.
*****
Patronami medialnymi książki wydanej w BookEdit jest magazyn literacki “Książki” oraz portale: zielonewiadomosci.pl, nakanapie.pl, proanima.pl, ciekawostkihistoryczne.pl oraz kulturantki.pl.

Wielka pisarka science fiction i fantasy, Ursula K. Le Guin powiedziała nie tak bardzo dawno temu, że ludzie będą niedługo bardzo potrzebować pisarzy, bo oni umieją ukazać im inne możliwe systemy społeczne. Jak wiele spośród jej wypowiedzi, były to słowa głębokiej mądrości.

Niektórzy spośród moich Czytelniczek i Czytelników – podobnie jak ja – pamiętają, jak ważne jest mieć alternatywę. To właśnie dlatego późny system państwowego komunizmu tak zaciekle walczył z pragnieniami swoich obywateli, by podróżować, by odwiedzać inne kraje, zwłaszcza kraje tak zwanego Zachodu. Owszem, w początkowych latach chodziło (też) o powstrzymanie rzadkiej i cennej siły roboczej przed opuszczeniem Bloku Wschodniego, bo zabrakłoby rąk do pracy po wyniszczającej wojnie. Ale ta późniejsza zaciekłość w uszczelnianiu granic, w utrudnianiu swoim obywatelom podróżowania, przykrości, jakie spotykały tych, którzy mieli rodzinę za granicą i chcieli się z nią swobodnie porozumiewać – to wszystko nie daje się wytłumaczyć wyłącznie dbałością o zatrzymanie na miejscu siły roboczej. Towarzyszyło tym działaniom blokowanie dostępu do zachodnich mediów i kontaktów, zagłuszanie rozgłośni zagranicznych i ciągły strumień propagandy przedstawiający (ówczesny, często bardzo postępowy) Zachód jako siedlisko zgrozy i rozpaczy. Warto też zauważyć, że niektóre kraje, takie jak Polska i Węgry, rozkwitały w latach 70., gdy rozwijały się gospodarczo i kulturalnie i jednocześnie prowadziły całkiem zliberalizowaną politykę kontaktu z Zachodem. Działo się tak mimo, że właśnie wtedy potrzebowały wykształconych pracowników bardziej, niż w okresach zastoju. Jednak liberalizacja życia w tych krajach sprawiała, że władza mniej bała się tego, że ludzie będą świadomi istnienia alternatywy. I vice versa, świadomość alternatywy powodowała, że ludzie w tym okresie byli bardziej twórczy i bardziej optymistyczni, przynajmniej jeśli wierzyć szefom, z którymi na początku lat 90. prowadziłam badania etnograficzne dotyczące zarządzania w różnych polskich „epokach” przed i po-transformacyjnych.

Neoliberalizm rozpoczął się od znanej, wielkiej deklaracji jednej z jego papieżyc, brytyjskiej premierki Margaret Thatcher: there is no alternative. Powiedzonko to stało się potem neoliberalną doktryną, znaną jako TINA. Jest to jedna z centralnych strategii zarządzania tego systemu, niezwykle dlań ważna na wszystkich poziomach – od państwa do zakładu pracy. To ona definiuje i ogranicza nam świat, gdy słyszymy, że tego czy owego nie da się zrobić, że czegoś nie da się uniknąć, że do czegoś tam trzeba się dostosować. Bo – co? Bo „nie ma alternatywy” formułowane na różne sposoby: wyginiemy jak dinozaury, to przyszłość, inne rozwiązania to „komunis”, itd. Wmawia się nam, że trzeba obniżać stopę życiową i tak biednych już pracowników „bo inflacja” (mimo że nie jest to inflacja cenowo-płacowa), że nie da się włączać obywateli w zarządzanie instytucjami publicznymi na różnych poziomach (ale dlaczego?? Istnieje nawet poręczna technologia, której można do tego użyć równie skutecznie jak do wstukiwania recenzji restauracji w Google), że nie ma środków (tak? a co gromadzą w zawrotnym tempie najbogatsi i instytucje finansowe?), że nie da się kontrolować władzy (jak to? Czy nie jest przypadkiem tak że obywatele i pracownicy są non stop kontrolowani i monitorowani?) i inne, podobne pseudoprawdy. Do tego likwiduje się odgórnie wszystko, co odstaje, nawet jeśli jest to malutkie, cichutkie i z nikim nie konkuruje. Co komu przeszkadzał jakiś mały nieźle na siebie pracujący instytut naukowy z działającym systemem demokratycznej kolegialności, czy miła kawiarnia dla zwykłych ludzi, która wywiązywała się ze wszystkich finansowych zobowiązań? Takich przykładów odmiennych miejsc, gdzie było nam dobrze i które bez sensu i bez powodu zostały zlikwidowane (nieprawda, że tylko w Polsce tak się dzieje) każda i każdy z nas zapewne może podać co najmniej kilka. Wyłamanie się to wyjątek i do związku z tym alternatywa, a więc podważenie dogmatu, że alternatywa nie istnieje. Gdzie nie spojrzeć, tam jest tak samo. Co najwyżej gorzej, albo dużo gorzej. Tak jakby calusieńki świat otoczony był wielkim Berlińskim Murem. A za murem – nicość. Hic sunt dinozaury, które wyginęły i „komunis” – apage, apage.

To o tej właśnie sytuacji mówiła Le Guin w swojej wypowiedzi dotyczącej pisarzy. Oni jednym dotknięciem czynią dziurę w tym murze – nie tyle pokazując inne fizyczne przestrzenie, kraje, miejsca, co inne czasy i inne wizje. Oni opisują, jak było, ale nie na zasadzie prostych dominujących niby-historycznych opowiastek, które są tak przyprawione ideologią, jak niegdyś ględy aparatczyków o bezwzględnej zachodniej mizerii. Polityka historyczna partii prawicowych pełni obecnie taką rolę. A patie (neo-)liberalne i „lewicowe” ze swojej strony opowiadają analogicznie ideologiczne bajki o przyszłości, gdzie nie będzie miejsca na takiego to twórcę (bo drań), albo na takie sformułowania (bo brzydkie i triggerują). Ich przyszłość jest swego rodzaju projekcją teraźniejszości, podobnie jak przeszłość prawicowców.

Pisarze tacy jak Le Guin opowiadają o innych możliwościach, o alternatywnych przyszłościach z przeszłości, o przeszłościach poza głównym nurtem, o marzeniach, które były tak bardzo żywe, że przygotowany z nich zaczyn może poruszyć cały teraźniejszy system. Trochę podobnie jak w Nowym Testamencie chrześcijan. Rzadko się o tym mówi instytucjonalnie, ex cathedra, bo taki zaczyn jest zdolny do tego, żeby całkowicie rozbić struktury władzy, bogactwa, odwrócić procesy konsolidacji. Bo wcale nie musi być tak jak jest i wcale nie musimy powtarzać tych bzdur. Żeby użyć drastycznego przykładu, nie było prawdą, że uwięzieni przez hitlerowców w gettach Żydzi-Polacy musieli być skazani na nędzę i że obiektywnie brakowało środków. Środki były – ale celowo gromadzone były w rękach agresorów, którzy pilnie strzegli dostępu do nich.

Nie wiem czy czytaliście Państwo historię Slavenki Drakulić o papierze toaletowym. W latach 50. w Jugosławii dostępny był na rynku bardzo rudymentarny i niemiły w użyciu papier toaletowy marki Golub. Potem przyszły lepsze czasy i pojawiały się coraz bardziej miękkie i estetyczne papiery. Wtem, w połowie lat 80., golub znów powrócił na półki sklepowe. Drakulić pisze, że widząc to ludzie zaczęli mówić: koniec jest bliski.

Rozmawiałam niedawno z koleżanką Węgierką mieszkającą od kilku dziesięcioleci w Wielkiej Brytanii. Jest jedną z niewielu osób, które mają stabilne stanowiska pracy na brytyjskiej uczelni. Jednak mówiła, jak bardzo trudno jest teraz pracować – porażająca biurokracja, obciążenie koszmarnymi i bezsensownymi zadaniami, kołowrotek na stanowiskach zarządczych…

To jej się kojarzy.

Opowiadała, jak ostatnio nie może iść do jednego sklepu po całe zakupy. Musi ganiać po całym mieście w poszukiwaniu produktów spożywczych. Tu warzywa, tu makaron, tu wędliny. Nie dlatego, że ma jakieś szczególne wymagania, tylko dlatego, że zaopatrzenie szwankuje. Znaczna część tych produktów jest byle jaka, ale człowiek się cieszy, że rzucili.

To jej się kojarzy.

Tymczasem we Francji kolejny miesiąc strajków i zamieszek ulicznych, jak podają polskie media – „o drobiazgi”, bo przecież nie mają wcale źle ci Francuzi, trzeba zmodernizować itd.

To mi się kojarzy.

Moja węgiersko-brytyjska koleżanka mówiła, że większość ludzi nie zna niczego innego. Myślą więc, że tak już musi być. Próbują się dostosować do trendu, antycypując najgorsze. Zaczynają się zachowywać w miejscu pracy coraz gorzej, choć to nadal ci sami ludzie – nie zmienili się nagle w potwory. To już nie klapki na oczach, ale jakby zastępy Mr. Hyde’ów, przychodzących do pracy zamiast miłych doktorów Jekyllów. Dobrzy ludzie z dnia na dzień zmieniają się w niegodziwców, choć dla swoich bliskich w domu znów stają się dobrymi ludźmi.

Ona – Węgierka i ja – Polka, takie goluby już gdzieś widziałyśmy. Wymieniłyśmy znaczące spojrzenia. Nie musimy przewidywać, że trzeba koniecznie się spotworyzować. Wiemy, że można inaczej.

Odpuścić, oszczędzać energię.

Iść na demonstrację w dniu Święta Pracy. A potem wziąć w garść książkę, iść do parku, zdjąć buty. Stanąć pod drzewem, boso na trawie.

_Boso_

I nagle stało się zupełnie cicho,

odetchnęło niebo, asfalt, gniazda wróbli.

I dało się słyszeć coś, co zawsze było,

ale nie słyszeliśmy, Chyba że

bosą stopą w trawie.

(Warszawa, 2020)

Dziękuję Jaremie Piekutowskiemu za cenne rady redakcyjne


Zapraszamy do lektury raportu „Kooperatywy spożywcze w UE. Lekcje dla Polski” wprowadzającego w tematykę kooperatyzmu, zarówno z perspektywy historycznej, jak i bieżących wyzwań. Raport powstał na podstawie badań rozwiązań organizacyjnych kooperatyw spożywczych prowadzonych w czterech krajach – na Węgrzech, w Czechach, we Włoszech i Hiszpanii w drugiej połowie 2022 r.

Druga część raportu poświęcona jest kwestiom formalno-prawnym dotyczącym działalności kooperatyw spożywczych w Polsce, której autorka odwołuje się m.in do rozwiązań z innych krajów Europejskich. W raporcie znalazły się także  rekomendacje dotyczące dalszego rozwoju sektora kooperatyw spożywczych w naszym kraju, stanowiące efekt obrad grupy osób przedstawicielskich kooperatyw z całej Polski które odbyły się w listopadzie 2022 r.

„Kooperatywy spożywcze to oddolne inicjatywy – w Polsce najczęściej nieformalne, służące pozyskaniu wysokiej jakości płodów rolnych, produktów żywnościowych czy środków higieny osobistej bezpośrednio od lokalnych producentów. Kryteria dotyczące funkcjonowania danej kooperatywy, w tym i żywności sprzedawanej w obrębie danej sieci, są negocjowane w sposób demokratyczny przez członków poszczególnych organizacji. Działania kooperatyw są istotne z punktu widzenia społecznego, środowiskowego i ekonomicznego, wpisują się więc w założenia Europejskiej Strategii Zielonego Ładu. Dostawcami do polskich kooperatyw, jak wynika z badań, są przede wszystkim rolnicy ekologiczni (nie zawsze certyfikowani), a także drobni przetwórcy korzystający z lokalnych produktów, a odbiorcy-konsumenci, znając swoich dostawców, podejmują świadome decyzje zakupowe. W ten sposób już od dawna kooperatywy spożywcze wdrażają w życie cele unijnej Strategii „Od pola do stołu”, która zakłada, że wszyscy uczestnicy łańcucha żywnościowego, od producenta surowców do konsumenta końcowego, muszą odegrać rolę w tworzeniu i funkcjonowaniu zrównoważonego systemu żywnościowego. Dzięki świadomym konsumentom z tych oddolnych inicjatyw rolnictwo bezpieczne dla środowiska (m.in. rolnictwo regeneratywne) rozwija się w Polsce w sposób bardziej zrównoważony, rolnicy i rolniczki decydujący się bowiem na tego typu metody upraw i hodowli mają większą pewność zbytu. […] Cel, jaki przyświecał opracowaniu niniejszego raportu, jest dwojaki: po pierwsze chodziło o poznanie wzorów działania, jakimi kierują się kooperatywy w wybranych krajach Europy – zarówno tych, jak Czechy i Węgry, o w miarę podobnej historii najnowszej, jak i tych o nieco innej strukturze społeczno-gospodarczej i dziejach – jak Hiszpania i Włochy. Po drugie, przyjrzenie się temu, jak funkcjonują stowarzyszenia spożywcze w wybranych lokalizacjach, ma stanowić asumpt do przemyślenia sytuacji polskich kooperatyw spożywczych dzisiaj i rozwinięcie refleksji nad możliwymi ścieżkami rozwoju tego sektora. Celem badania jest zatem usprawnienie funkcjonowania kooperatyw spożywczych w Polsce i stworzenie warunków do upowszechnienia modelu kooperatywnego. Osiągnięciu tego celu ma służyć zbadanie i opisanie modeli prawnych i organizacyjnych występujących w czterech innych krajach EU, które posłużą nam za punkt odniesienia do pracy w Polsce. Zebrane informacje wesprą kooperatystów w tworzeniu kolejnych rozwiązań organizacyjnych dla sektora kooperatyw spożywczych, upowszechniania etosu i wzorca organizacji kooperatywnej” – z rozdziału „Kooperatywy w teorii”, s. 8-14.

Raport powstał w ramach projektu “Polskie kooperatywy spożywcze – ścieżki rozwoju” realizowanego przez Fundację Kooperatywy Grochowskiej we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla w Warszawie oraz EIT Food.

Całość do pobrania TUTAJ

Za czasów Madame Bovary trzeba było mieć wielki talent, by móc być sobą. Jeszcze większy – jeśli się było kobietą. Teraz każdy może.

Bohaterka słynnej powieści Gustave’a Flauberta nie umie pokochać swojego męża i życia, jakie jest jej pisane i marzy o czymś większym, dzikszym, porywającym, w czym mogłaby zgubić i odnaleźć swoją duszę. Te marzenia prowadzą Emmę Bovary na drogę groźnych iluzji, niebezpiecznego flirtu, tragicznych zaniedbań, finansowej ruiny. Historia kończy się jak najgorzej, Emma odbiera sobie życie, a jej nieszczęśliwy mąż umiera wkrótce po niej.

Jeszcze 30 lat temu, by móc być osobą biseksualną, feministką, gotem, punkiem, długowłosym mężczyzną, trzeba było zostać odmieńcem, a to była trudna droga życiowa. Tylko wielki talent: aktorski, plastyczny, muzyczny (zwłaszcza ten) ułatwić mógł wybór takiej drogi. O wiele trudniej, niemal niemożliwe było odróżniać się, gdy mieszkało się w małym miasteczku, na wsi, gdy było się gospodynią domową, a nie wielkim reżyserem filmowym. Za oryginalność takich członków wspólnot czekał ostracyzm, czyli śmierć społeczna. To los, którego człowiek normalnie nie jest w stanie udźwignąć.

Wielki talent był przepustką do odmienności, znosił imperatyw ostracyzmu, sprawiał, że wybaczało się wszystko, łącznie z występkiem. Z drugiej strony bowiem, odmieńcy byli szanowani i podziwiani, trochę jak szamani, trochę jak wędrowcy między światami.

Dziś nie ma tych wielkich nagród za bycie oryginałem, nie ma też i wielkich kar. Ostracyzm środowisk w stanie wciąż przyspieszającej entropii jest nadal bardzo trudny, ale daje się przeżyć. Wystarczy wyjść ze środowiska, które i tak już nie jest żywym systemem, tylko entropijną bańką, i przenieść się gdzieś indziej. Najlepiej nie przechodzić do innej bańki, tylko wyciągnąć rękę do innej ostracyzowanej, do innego ostracyzowanego. Nie musi nas łączyć nic więcej, poza oryginalnością, doświadczeniem i cierpieniem. Z tego można zbudować całkiem żywą, nową społeczność. Trzeba tylko mieć środki. Tak dużo, tak mało?…

Nigdy dotąd nie mieliśmy w naszych rękach walorów ekonomicznych, które wystarczyłyby do tego, by umożliwić godziwe życia wszystkim ludziom na Ziemi, i to biorąc pod uwagę, że jest nas wykładniczo więcej niż w przeszłości. Teraz mamy takie zasoby. Jednak przeszło połowa ich (51,2%) znajduje się w posiadaniu najbogatszego 0,8% ludności Ziemi. Najbogatsze 4% posiada 64%. Najzamożniejsi koncentrują w swych rękach coraz większą część bogactwa planety. Najbogatszy 1% wzbogacił się od 2020 roku o 26 bilionów dolarów, czyli prawie dwa razy więcej niż pozostałe 99 procent światowej populacji – wynika z raportu Oxfam. To postępujący, globalny trend.

Nigdy dotąd nie mieliśmy technologii, która umożliwiłaby nam posiadanie większej ilości wolnego czasu. Prosty człowiek może żyć jak arystokrata. Teraz mamy taką technologię. Zaawansowane urządzenia i oprogramowanie mogłyby wykonywać wiele nużących, niebezpiecznych prac, albo przynajmniej ułatwić ich wykonywanie. W tym czasie ludzie mogliby odpoczywać, opiekować się sobą nawzajem, tworzyć. A jednak, jak dowodził David Graeber, dominuje obecnie bezlitosna, wszechogarniająca i niedająca się porównać z niczym (z wyjątkiem obozów pracy, dodaje Peter Fleming) alienacja pracy. Wolny czas jest dla współczesnego człowieka czymś wstydliwym, nieosiągalnym. Nawet tradycyjne profesje i zawody twórcze opanowane zostały przez opresyjne systemy zarządzania utrudniające organizowanie pracy i samokontrolę, a często także po prostu rzetelne wykonanie pracy. Depresja spowodowana pracą i wypalenie stały się charakterystyczną cechą współczesności, jak zauważa Byung-Chul Han.

Nie wiem, czy pamiętacie, Czytelniczki i Czytelnicy, taki fragment starej powieści dla dzieci autorstwa Marii Kruger pod tytułem Godzina pąsowej róży, gdzie bohaterka, dzięki zegarowi o magicznych właściwościach, podróżuje w czasie. Najpierw, wbrew swojej woli, cofa się kilka dziesięcioleci wstecz. Z nowoczesnej dziewczyny, chętnie noszącej spodnie i wygodne krótkie fryzury staje się panną z dobrego domu, poddaną rygorowi etykiety i ściskaną w pasie gorsetem. Bohaterce udaje się w pewnym momencie chwycić magiczny zegar i przesunąć wskazówki do przodu, w nadziei powrotu do swoich czasów. Jednak coś idzie źle. Czas posuwa się naprzód, ale protagonistka ląduje w jakiejś męczącej rzeczywistości, ubrana w paskudny, musztardowy strój starej panny, zdana na łaskę i niełaskę otoczenia i opresyjnych struktur społecznych. To nie tak miało być! Znalazła się w złej przyszłości…

Nigdy dotąd w historii ludzkości nie mieliśmy sami do naszej dyspozycji środków zniszczenia życia na całej planecie. Teraz mamy. Nie musimy czekać na uderzenie meteorytu, na wielką powódź, na wielki wybuch wulkanu, na Boga. Sami możemy zniszczyć naszą cywilizację, nawet cały ekosystem. Ba, nie musimy nic zmieniać, podejmować żadnych decyzji, by tak się stało – jesteśmy na tym stałym kursie.

Czas zdezerterować.

To nie jest prima aprilis.

Deserters

An indoor comet
caught by the tail.
I see in the window
vis-a-vis, bleeding
a fluttering pulse, captive
distress signals.
It is dark outside. Dark
inside the shining city.
Something like an embrace
of mild, celestial body,
fluttering.
The night is croaking
it is not here we rest.
(2023)

Dezerterzy

(Tłum. Jarema Piekutowski)

We wnętrzu: kometa
złapana za ogon.
W oknie naprzeciw
Uwięziony alarm.
Trzepocze, krwawi, pulsuje.
Tam ciemno. Ciemno,
Choć miasto lśni.
Ciało niebieskie
Obejmuje łagodnie;
trzepocze.
Noc skrzeczy.
Nie tu nasz dom.

Dziękuję Jaremie Piekutowskiemu za tłumaczenie wiersza i za cenne rady stylistyczne.


 

Kryzys rosnących kosztów życia to kolejny po pandemii cios, doświadczany przez osoby młode i wpływający na warunki, w jakich żyją. W wypadku Włoch młodsze pokolenia cierpią z powodu niestabilnych warunków zatrudnienia i pogarszających się perspektyw ekonomicznych już co najmniej od dekady. Efektem jest szeroko rozpowszechnione rozczarowanie, wycofanie się z udziału w życiu politycznym oraz luka, którą – jak do tej pory – była w stanie wypełnić jedynie prawica.

– Mam wykształcenie sportowe. Podczas moich studiów zaczęłam pracować na siłowni w ramach swoich praktyk studenckich. Po ukończeniu uczelni zaoferowano mi tam pracę w zastępstwie osoby na urlopie macierzyńskim – postanowiłam zatem zostać. Wypłatę dostaję gotówką, pod stołem. Gdybym miała zalegalizować tę pracę musiałabym przejść na samozatrudnienie i płacić więcej podatków niż obecnie zarabiam – mówi 26-letnia Francesca (imię zmienione), dzieląca swój czas między trzy dorywcze miejsca pracy po to, by zdobyć doświadczenie i zapewnić sobie choćby minimalną niezależność od rodziców. – Pracuję też w klubie gimnastycznym, tyle że tam płacą mi tylko za moje wydatki. Raz czy dwa razy na miesiąc z kolei, w trakcie największych imprez, pracuję za barem w klubie – odpowiada. Łączenie trzech prac nie jest niczym prostym. Ani fizycznie, ani psychicznie. – Mam je po to, by zarobić 500 euro miesięcznie. To wyczerpujące – podsumowuje.

W roku 2020 11,2% osób pracujących w przedziale 20-29 żyło we Włoszech poniżej poziomu ubóstwa względnego – w tym wypadku 10.519 euro rocznie, czyli mniej niż 876 euro miesięcznie. Wskaźnik jest wyższy o około 2 punkty procentowe od europejskiej średniej. Włoski urząd statystyczny ISTAT donosi, iż w roku 2021 poziom ubóstwa absolutnego wśród młodych ludzi w wieku od 18 do 34 lat sięgnął 11%. Oznacza to, że niemal 1,1 miliona osób z tego grona nie jest w stanie pokryć podstawowych wydatków, niezbędnych do cieszenia się akceptowalnym poziomem życia. Pandemia spowodowała utratę zatrudnienia tysięcy młodych ludzi, przyczyniając się do dalszych wzrostów poziomów bezrobocia oraz niestabilnego zatrudnienia.

Warunki zatrudnienia, które doświadczają dziś osoby młode we Włoszech, podsumować można czterema określeniami: kiepsko płatne, dorywcze, niepewne i oparte na wyzysku. Przeprowadzone w roku 2021 przez Włoską Narodową Radę Młodzieży badanie, zrealizowane na próbie 960 osób między 18. a 35. rokiem życia pokazało, że pięć lat po ukończeniu studiów około ⅓ badanych pozostawała bezrobotna przez ponad 40% tego okresu. Zdecydowana większość badanych podkreślała, że ich roczne zarobki są niższe niż 10.000 euro, a 23,9% – że zarabiają mniej niż 5 tysięcy.

22 spośród 27 państw członkowskich UE przyjęło prawnie obowiązującą płacę minimalną. Włochy należą do piątki państw, które nie zdecydowały się na podobny krok – podobnie jak Dania, Austria, Finlandia i Szwecja. W krajach tych kwestie płacową stanowią przedmiot układów zbiorowych. We wrześniu 2022 roku dyrektywa dotycząca płac minimalnych przeszła przez Parlament Europejski. Jej celem jest zwiększenie poziomów wynagrodzeń minimalnych oraz wzmocnienie instytucji negocjacji układów zbiorowych, które nie zawsze pokrywają wszystkie sektory bez płacy minimalnej. W wypadku Włoch układy tego typu nie są obowiązkowe. Część firm i umów nie jest w ogóle nimi pokryta, co przyczynia się do ograniczenia praw i ochrony pracowniczej.

Po koniec roku 2014 centrolewicowy rząd Matteo Renziego wprowadzić w życie ustawę o zatrudnieniu, której celem miało być zwiększenie poziomu nowych ofert oraz odbudowa gospodarcza Włoch po kryzysie strefy euro poprzez uelastycznienie warunków pracy. W teorii prawo to wprowadziło ograniczenia w ilości umów na czas określony czy „na żądanie” dla tej samej osoby pracującej – a zatem form zatrudnienia, które nie gwarantują stabilnych płac i warunków płacowych. – Ograniczenia te nie zahamowały niekontrolowanego rozprzestrzeniania się umów tego typu – tłumaczy Nicola Marongiu, koordynująca kwestie związane z rynkiem pracy oraz negocjacjami w największym włoskim związku zawodowym, CGIL. Jej zdaniem 90% zawieranych każdego miesiąca umów podpisywanych jest na czas określony, a młodzi ludzie często otrzymują pracę, które jej zdaniem „nie może być uważane za zatrudnienie”, np. na fikcyjne praktyki. – Począwszy od roku 2014 praktyki wykraczające poza podstawę programową używane są jako przykrywka dla realizowania pracy, którą nie sposób określić mianem szkolenia – dodaje. Efektem tego są młodzi ludzie, którzy tkwią w pułapce przerywanego stażu pracy od zlecenia do zlecenia, których wynagrodzenie nie wystarcza na życie. Wiąże się to również z problemami z odkładaniem środków do systemu emerytalnego, co w późniejszych latach oznaczać dla nich będzie kolejne kłopoty.

– Podstawowym problemem jest brak polityk zabezpieczenia społecznego, które skierowane byłyby dla młodych – dodaje Silvia Ciucciovino, profesorka prawa pracy oraz doradczyni Narodowej Rady Gospodarki i Pracy. Siatka zabezpieczeń skupiona jest na osobach starszych. – Państwo dobrobytu nie wychodzi naprzeciwko potrzebom młodych ludzi i rodzin – uważa. Mówimy tu o sporej grupie społecznej, zignorowane przez system, przez co traci ona możliwość tworzenia i realizowania własnych planów życiowych. Naraża to na szwank ich osobistą godność.

Warunki zatrudnienia, które doświadczają dziś osoby młode we Włoszech, podsumować można czterema określeniami: kiepsko płatne, dorywcze, niepewne i oparte na wyzysku.

Od niestabilnych warunków zatrudnienia po niezrealizowane prawo do mieszkania

Prekarne zatrudnienie oraz ubóstwo wpływają na możliwość samodzielnego życia osób młodych. Średnia wieku opuszczania domu rodzinnego w Unii Europejskiej to 26,5 roku. W wypadku Włoch rośnie ona do poziomu 29,9 roku życia. Tak wysoka średnia powiązana jest z jednym z najniższych w UE odsetkiem udziału osób młodych w rynku pracy. Otrzymywanie regularnego, odpowiednio wysokiego wynagrodzenia stanowi kluczowy czynnik dla decyzji o opuszczeniu domu rodzinnego. Carlo Giordano, członek zarządu serwisu Immobiliare.it, wskazuje na niedawne badanie, wedle którego przeciętny czynsz mieszkania z dwiema sypialniami wynosi dziś 877 euro miesięcznie i wzrósł o 8% między rokiem 2021 a 2021. Kwota ta nie uwzględnia różnego rodzaju rachunków. Odpowiedzialny za kwestie energetyczne i środowiskowe regulator ARERA wyliczył, że typowe roczne rachunki za gaz i prąd wynoszą – odpowiednio – 1.730 i 1.120 euro. W obu wypadkach mieliśmy do czynienia z gwałtownymi wzrostami o 46 (gaz) i 81% (prąd) w porównaniu do roku 2021. Przeciętne włoskie gospodarstwo domowe potrzebuje zatem przeszło 13 tysięcy euro na utrzymanie wynajmowanego mieszkania – 15% więcej niż w 2021. Łącząc to z wyzwaniem niskich płac i krótkoterminowego zatrudnienia problem staje się oczywisty.

– Na dziś wciąż mieszkam u rodziców. Moje umowy są zbyt niestabilne i nie otrzymuję dostatecznie dużo pieniędzy, by opłacić czynsz czy jakiekolwiek nieplanowane wydatki – mówi 32-letnia Andrea (imię zmienione). – Cała moja pensja, a może nawet i więcej, szłaby na czynsz, więc nie byłoby mnie stać na cokolwiek w rodzaju wizyty u dentysty czy lekarza albo naprawy auta. Sytuacja Andrei stanowi chleb powszedni wielu młodych osób we Włoszech. Poza brakiem dostępu do zabezpieczeń socjalnych oferta budownictwa społecznego jest tu znacznie słabiej rozwinięta w porównaniu do wielu krajów Europy. Choć Włochy są w gronie państw o najwyższym współczynniku mieszkań na osobę, jedynie 3,8% z nich mieści się w kategorii mieszkań społecznych. W wypadku Austrii i Niderlandów wskaźniki te wynoszą odpowiednio 24 i 29%. Jako że lokatorzy w tego typu mieszkaniach z reguły pozostają do końca życia dostęp do nich jest we Włoszech właściwie niemożliwy. Wszelkie dostępne dane dowodzą pogłębiania się wykluczenia mieszkaniowego – osoby młode mają przy tym szczególnie trudną sytuację.

Doświadczane przez wiele młodych osób ubóstwo zaczęło mieć charakter strukturalny – i to do poziomu, na którym dochodzi do zmiany w wizji tego, czym właściwie jest mieszkanie. Nicola Ferrigni, dyrektorka obserwatorium „Generation Proteo”, opowiada o badaniu 5 tysięcy młodych w wieku od 16 do 19 lat, w którym 62% z nich zadeklarowało gotowość do rozważenia opcji co-livingowych, w którym większą rolę odgrywają przestrzenie współdzielone. Choć połowa badanych stwierdziła, iż ich wybór opierałby się na kryterium przystępności cenowej Ferrigni widzi tu ślady zmian kulturowych, będących pochodną sytuacji ekonomicznej.

Klasa polityczna umywa ręce

Pomimo pogarszających się warunków pracy i rosnących kosztów życia włoska klasa polityczna zdaje się zapominać o młodych i ich potrzebach – tak, jak robiła to przez wiele lat. – Młodzi są dziś wykluczeni z polityki – twierdzi Ferrigni. – Młodość była jednym z kluczowych słów, używanych w trakcie kampanii przed wyborami do parlamentu, ale wyłącznie w symboliczny sposób – uważa. Osoby poniżej 35. roku życia, nie słysząc o żadnych konkretnych rozwiązaniach dla ich problemów, w dzień wyborów w dużej części pozostały w domach. We wrześniu 2022 roku parlamentarną większość otrzymała (z wynikiem ponad 40% głosów) koalicja, kierowana pod przewodnictwem mocno prawicowego ugrupowania. 40% osób w wieku od 25. do 34. roku życia wstrzymało się od głosowania.

– Nie mam wiary w politykę. Nikt do mnie nie przemawia. Większość polityków przez ostatnie lata nie przejmowała się potrzebami mojego pokolenia – przekonuje Francesca, a Andrea się z nią zgadza. W trakcie rozmowy, z rozczarowanym wzrokiem, opowiada o swej głębokiej miłości do polityki, której towarzyszy jednak utrata zaufania. – Niezależnie od miejsca na politycznym spektrum, od skrajnej prawicy do skrajnej lewicy, nie dostrzegam polityków ze średnio- i długookresową wizją dla kraju. Mam 32 lata. Głosowałem już w paru wyborach, ale przy ich okazji nie zauważyłem żadnego nowego pomysłu czy wizji, która by mnie uspokoiła.

Za niedawnym sukcesem prawicy stoi szereg czynników. Dla socjologa polityki, Luca Raffiniego, młodzi ludzi są dziś politycznie zagubieni z powodu ogólnej, przewlekłej niestabilności swojej pracy i życia. – Młodsze pokolenia, z powodu prekarnych, pokawałkowanych doświadczeń i tożsamości, czują się obdarte z wymiaru wspólnotowego – opisuje sytuację Raffini. – Polityka to zbiorowe działanie. W jaki sposób budować poczucie wspólnoty, kiedy połowa osób zatrudniona w dowolnym przedsiębiorstwie zatrudniona jest krótkoterminowo i w obawie przed zwolnieniem nie ma odwagi zgłaszać jakiekolwiek żądania?

Prawica skorzystała na wynikłym z pogarszających się warunków życia niezadowoleniu, skupiając się na „tu i teraz”. Jej odpowiedzą na wzrost cen był podatek liniowy, mający służyć wzrostowi dochodów i skurczeniu państwa. Nieważne, że – biorąc pod uwagę poziom zadłużenia Włoch – kraju zwyczajnie na takie posunięcie nie stać. Prawicowa koalicja postawiła na dostosowanie swych postulatów do starszej części elektoratu. Osób powyżej 50. roku jest tu 16 milionów, podczas gdy tych poniżej 35 lat – jedynie 6,8 miliona.

Wszelkie dostępne dane dowodzą pogłębiania się wykluczenia mieszkaniowego – osoby młode mają przy tym szczególnie trudną sytuację.

Większość, zdobyta przez prawicowy sojusz pod przewodnictwem Giorgi Meloni i jej Braci Włochów trudno wyjaśnić bez podkreślenia tego, że ma on nowy charakter, odcinający się od serii tworzonych w ostatnich latach rządów partii o różnej orientacji politycznej, które próbowały rządzić i ponosiły w tym porażkę. Zwycięstwo to jest efektem konsekwentnego oporu wobec technicznego rządu Mario Draghiego, jak również zdolności do przekonania elektoratu poprzez używanie paternalistycznej retoryki, domagającej się od państwa zaopiekowania się w czasie kryzysu swymi obywatelami. Giorgia Meloni wygrała nie tyle z powodu swych konkretnych propozycji, co umiejętności w projektowania zdolności do ochrony: tradycyjnej rodziny, ojczyzny i narodu, granic czy bezpieczeństwa publicznego.

Najważniejsze włoskie partie polityczne próbowały przekonać do siebie w trakcie kampanii przedwyborczej osoby młode, tyle że nie udało im się zaproponować konkretnych, długofalowych rozwiązań, które w przekonujący sposób rozbudziłyby nadzieje tego pokolenia. Prawica, lewe skrzydło Partii Demokratycznej czy sojusz Zielonych z Włoską Lewicą proponowały (w różnej formie) obniżkę opodatkowania zatrudniania osób młodych, a ta ostatnia lista wsparła pomysł darmowego transportu publicznego dla osób poniżej 30. roku życia. Uwaga, jaką poświęcał młodym Ruch Pięciu Gwiazd również wydawała się dość powierzchowna. W ich wypadku głównymi punktami programu było zwiększenie dostępności kredytów mieszkaniowych dla osób kupujących swoje pierwsze lokum, a także wprowadzenie „prawa do pozostania”, mającego na celu walkę z emigracją młodych absolwentów.

To wszystko ważne postulaty, tyle że dalece niewystarczające do zmiany systemu, który doprowadził Włochy do ich obecnego stanu. Propozycje te wyglądały na oderwane od siebie nawzajem, co pogłębiało poczucie łatania teraźniejszości zamiast spoglądania w przyszłość.

Od stresu do depresji

Stan niestabilności, długotrwałej zależności ekonomicznej czy rozczarowania w mocny sposób wpływają na dobrostan psychiczny osób poniżej 35. roku życia we Włoszech, zmieniając ich spojrzenie na życie i relacje.

– Niepewność zaczyna się w kwestiach związanych z pracą, ale zmienia się w egzystencjalne wyzwanie kiedy okazuje się, że właściwie nie możesz do końca stać się dorosłą osobą cieszącą się korzyściami z dorosłości – uważa Raffini. Wspomniana przed chwilą niepewność osłabia również relacje społeczne, a także możliwość wiązania teraźniejszości z przeszłością i przyszłością. – Lubię pracować, i to bardzo, ale jestem rozczarowana. Mam wrażenie, że ciągle pragnę bezpieczeństwa i niezależności na poziomie, który jest na dziś niemożliwy do osiągnięcia – dodaje Francesca. – Efekty niepewności na serio odczuwa się na poziomie psychologicznym – potwierdza Andrea, z żalem dodając, że trudno mu sobie wyobrażać przyszłość. Jego jedyną nadzieją jest to, że współdzielone trudności doprowadzą ludzi do tego, by „odkryć najlepsze elementy wspólnotowości”.

Ambra Calvina, psycholożka i doradczyni, uważa, że bezrobocie oraz prekarne zatrudnienie podmywa możliwości rozwoju osobistego. – Praca stanowi część budowania tożsamości indywidualnej i społecznej – stwierdza. Świat pracy, z którym mierzyć się dziś muszą młodzi ludzie, nie daje im szansy na odkrywanie swych pragnień i ograniczeń. Skala presji społecznej, związanej z brakiem zatrudnienia, prowadzi do napięć psychicznych. – Od niepokoju i depresji, poprzez nudę i apatię, aż po izolację i wykluczenie – wylicza Cavina. Wierzy ona, że to na klasie politycznej ciąży odpowiedzialność za udzielanie wsparcia oraz wytyczenie ścieżek, promujących dobrostan oraz zdrowie psychiczne młodych ludzi, przede wszystkim poprzez danie im szansy na obranie własnej drogi w życiu.

Osoby poniżej 35. roku życia we Włoszech żyją dziś w bańkach wypełnionych niepewnością ekonomiczną oraz tą związaną z ich zatrudnieniem. Bańki te mogą pęknąć w każdej chwili. Prawicowy rząd Meloni wydaje się niezbyt zainteresowany politykami zatrudnienia czy potrzebami młodych ludzi, dla których priorytetem jest możliwość samookreślenia oraz wyrażania swej tożsamości. W tym samym czasie mamy do czynienia z dalszym wzrostem kosztów życia, a przepaść między niepewnym zatrudnieniem a poczuciem bezpieczeństwa mieszkaniowego wciąż rośnie, pozostawiając młodych na łasce przyszłych wydarzeń. Sytuacja, w której brakuje pomysłów sprawia, że tak przed włoskim rządem, jak i opozycją stoi zadanie stworzenia wiarygodnych, możliwych do zrealizowania długofalowych rozwiązań w zakresie zmiany systemu, który staje się coraz trudniejszy do utrzymania.

– Jestem rozczarowany, ale wciąż wierzę w możliwość zmian – Andrea podsumowuje, smutno się przy tym uśmiechając. Wciąż ma nadzieję na to, że uda mu się utrzymać na powierzchni w społeczeństwie i kraju, który zdaje się powoli tonąć.

Artykuł ukazał się na łamach magazynu Green European Journal. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk materiału.

Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Uczymy się być wrażliwi i otwarci na odmienność, odstawanie od tego, co uchodzi za w pełni sprawną normę. Coraz częściej w towarzystwie mającym o sobie zdanie, jakoby było postępowe i światłe unika się antagonizującego, degradującego języka. W rozmowach przynajmniej deklaracyjnie wypada nie wykluczać za to, co jeszcze niedawno uważane było za „słabość” i „dewiację”.

Jest od tej reguły kilka wyjątków i wszystkie mówią coś ważnego o naszym zbiorowym stanie ducha. Jeden z tych wyjątków zdawać by się mógł bardzo wyraźny, bo dotyka nas wszystkich, przynajmniej potencjalnie. Jako społeczeństwo, ale też jako jednostki, bardzo nie umiemy się starzeć. Tymczasem przecież właśnie słyszy się zewsząd, że „społeczeństwa się starzeją” i ludzie żyją coraz dłużej. Powinniśmy się nauczyć żyć coraz dłużej.

Tymczasem całkiem otwarcie w mediach wszelkiej proweniencji mówi się o osobach niemłodych w sposób degradujący, poniżający, agresywny. Nie są dla mediów i ich odbiorców problematyczne takie określeni jak „dziaders”, „leśny dziadek”, „babcia” (nie osobista babcia autora tekstu tylko osoba zajmująca stanowisko pracy, które jemu się marzy). Bezstresowo artykułowane są hasła typu: „Starzy powinni odejść z pracy i oddać stanowiska młodym”, bo młodym się „należy”? i „muszą”? zrobić karierę. Dotyczy to przede wszystkim takich miejsc pracy jak uniwersytety, gdzie starość akurat może być dużą wartością dodaną i gdzie praca nie wymaga fizycznej siły ani nawet krzepy. Chyba łatwo się zgodzić, że wirtuozeria, mistrzostwo w zawodach typu rzemieślniczego przychodzi wraz z doświadczeniem. Wolę pooglądać na youtube koncert starego Rubinsteina, niż popisy nowicjuszy, nawet jeśli te drugie są cenne i ważne. Wolę oddać mój zegarek do starego zegarmistrza fachury niż przekazać w gładkie dłonie eleganckiego pana w drogim stroju w centrum handlowym. (Ostatnio musiałam słono zapłacić staremu fachowcowi za uratowanie zegarka sknoconego przez eleganckiego pana, któremu wcześniej „dałam szansę”). Oczywiście mistrzostwo przychodzi nie do każdego, i nie zawsze. Ale też przecież nie każdy młody jest młodzieńczym Mozartem.

Są zawody, które nie są atrakcyjne dla młodych-dynamicznych – bynajmniej nie Mozartów, tylko raczej osób o mentalności marcowego docenta. Mam na myśli takie zawody jak taksówkarz, ochroniarz, opiekunka do dzieci – tu jakoś tego świętego oburzenia pracą starszych nie widać, ani też nie tworzy się konstruktów prawnych mających zablokować dostęp do wykonywania ich starszym w całości lub w znaczących częściach. Polskie media głównego nurtu zdały się bez wahania przyjąć wizję starości jako czegoś brzydkiego, niepotrzebnego, nieproduktywnego, co może mieć miejsce jedynie na marginesie, najlepiej niewidoczne. Taka postawa kojarzy mi się raczej z darwinizmem społecznym i faszystowskim kultem młodego, agresywnego ciała, niż oświeconym dyskursem szlachetnej cywilizacji. Owszem, pojawia się i przewija hasło age’yzm (tylko dlaczego po angielsku? właściwie w języku globisz, jak to trafnie określają Francuzi, ale to temat na inny felieton). Pojawia się raczej jako hasło, które nie zaprzecza ani nie powstrzymuje wartościowania starości jako czegoś gorszego ani postulatów typu „zróbcie miejsce młodym”. Czasami wręcz w tej samej wypowiedzi.

Owszem, starość przynosi fizyczne osłabienie, podatność na choroby, różne inne słabości. Ale współczesna medycyna, kosmetologia i wiedza o zdrowiu coraz lepiej radzi jak zapobiegać problemom, jak zwiększać sprawność, jak poprawiać jakość życia w każdym wieku. Poza tym pamiętajmy, że podobne argumenty – biologicznego ograniczenia hormonami, cyklami macierzyństwa itd., wysuwano swego czasu przeciwko emancypacji kobiet. Te argumenty wydają nam się dziś barbarzyńskie – i słusznie. Tymczasem media płyną wartkim potokiem podobnych wypowiedzi na temat osób po 50-tce. Ta bezrefleksyjność i samozadowolenie są charakterystyczne dla naszej epoki, strojącej się chętnie w szatki moralnego purytanizmu, a w gruncie rzeczy niezwykle odpornej na uczenie się. Żeby się uczyć konieczne jest sprzężenie zwrotne, jak uczy podejście systemowe. Chris Argyris i Donald Schön mówią o dwóch poziomach uczenia się systemu. Poziom pierwszy, czyli pojedyncza pętla uczenia się, polega na korygowaniu działania, kiedy coś idzie nie tak. Podstawowe założenia pozostają niekwestionowane, natomiast poszukuje się innej strategii postępowania. Wyższy poziom to podwójna pętla uczenia się polegająca na kwestionowaniu naszych założeń i zmiennych kontrolujących procesami działania. Wiedza systemu ulega zmianom, ponieważ ludzie starają się poznać i zrozumieć lepiej swoje miejsce w systemie, miejsce całego systemu w szerszym otoczeniu, łączyć świat jednostki ze światem większych całości – i odpowiednio dostosować, zmodyfikować zasady, normy, polityki. Do obu tych pętli refleksyjność jest potrzebna, a do drugiej niezbędna.

Refleksyjność każe się zastanowić: kim jesteśmy my, osoby ludzkie w neoliberalnej kulturze? Kim można być w systemie, który się nie uczy? Bernard Stiegler mówi o systemowej głupocie – ten system jest po prostu głupi, i takież są jego dyskursy. Jeśli się nie uczymy, to nie tworzymy wiedzy, mądrości, doświadczenia. Starość bez mądrości to tylko starzenie się organizmu, faktycznie nic ciekawego. Ale młodość bez uczenia się to też nic pięknego. Romantyczny poeta William Blake pisze o doświadczeniu i niewinności jako o kluczowych stanach ludzkiego ducha, kształtujących kondycję ludzką. Młodość jest niewinnością – jest poszukiwaniem, błądzeniem, intensywnością i odkrywaniem. W ten sposób założenia systemu są kwestionowane, to dynamizuje proces podwójnej pętli uczenia się. Młodość jest odważna, poszukuje sprawiedliwości i domaga się jej, ale nie upiera przy swoich sądach. Bierze wielkie ryzyko bez wahania, stawia wszystko na jedną kartę. W neoliberalnym świecie nie ma na to miejsca, podobnie jak nie ma miejsca na doświadczenie polegające na drodze przez cierpienie, zadawanie fundamentalnych Sokratejskich pytań, wygłaszanie niepopularnych tez, syntetyzowaniu tez i antytez niemających żadnych punktów stycznych.

W neoliberalnej kulturze nie ma miejsca ani dla starości ani dla młodości. Jedno i drugie jest zbyt ekstremalne i zbyt ludzkie. Nasza współczesna szczęśliwość, jak zauważają badacze zarządzania Carl Cederström i André Spicer, przypomina miałkie, mdłe, otępiałe samozadowolenie. Mamy obowiązek produkować je przy pomocy wszelkich dostępnych metod: pseudo-medytacji (McMindfulness – jak to nazywa Ronald Purser), otępiających afirmacji będących raczej auto-praniem mózgu niż mantrami, kosztownymi terapiami i oczywiście środkami chemicznymi. Odczuwanie smutku, gniewu, radości, pożądania, głęboka refleksja, śmiałe tezy – to wszystko jest niebezpieczne, zagraża wellness. Takie wellness nazywam apatią.

A przecież Søren Kierkegaard mówił, że to co stare nigdy się nie nudzi, nudzą się nam tyko nowości. Jeśli posiada się coś starego w tym sensie, jest się szczęśliwym człowiekiem, bo powtórzenie stanowi piękno życia. Ewangelista Łukasz zaś przytacza słowa Jezusa, który mówił, że „kto się napił starego wina, nie chce potem młodego. Mówi bowiem: Stare jest lepsze”. Nauczmy się pić stare wino, bo szkoda życia, po prostu.

 

Zaniedbaniem

jakieś procesje, sny, symbole
pod moim oknem wieczorem i rano, Po obu
stronach tej niespodzianej nowej szarości.
Sąsiedzi na balkonie wywiesili
białą flagę
Czy jeśli teraz przyjdzie Anioł, przyjdzie miłość,
przyjdzie Najświętsza Madonna,
będziemy umieli poznać ich po krokach.
chodnik jest ten sam co w ubiegłym roku
te same szpary jak listy miłosne
między nami z tych ulic a światem korzeni i mleczy
Nie dorośliśmy znów do czegoś tam co wytyczyliśmy sobie
kredą na drzwiach, (krwią na drzwiach)
belką na wzburzonym morzu,
mową, myślą, uczynkiem.
Zaniedbaniem.
Czy jeśli teraz przyjdzie Najświętsza Madonna
w ślubnym stroju
i rzuci w górę bukiet spienionych białych róż,
czy będzie komu.

(Warszawa, 2023)


 

Przed Trybunałem Sprawiedliwości UE (TSUE) zapadł dziś kluczowy wyrok dla przyszłości polskich lasów. W sprawie, którą Polsce wytoczyła Komisja Europejska, po skardze Pracowni na rzecz Wszystkich Istot, WWF Polska i Fundacji Frank Bold Trybunał orzekł, że Polska łamie prawo środowiskowe UE. Pora na głęboką reformę Lasów Państwowych i zmianę polskiej ustawy o lasach!

Trybunał 2 marca stwierdził, że polskie społeczeństwo nie ma zagwarantowanego prawa do sądu w zakresie skarżenia planów urządzenia lasu (PULi), na podstawie, których prowadzona jest gospodarka leśna. “Należy stwierdzić, że art. 6 ust. 3 dyrektywy siedliskowej w związku z art. 6 us.1 lit. b) i art. 9 ust. 2 konwencji z Aarhus przewiduje obowiązek zapewnienia przez Rzeczpospolitą Polską możliwości wystąpienia do sądu z wnioskiem o skuteczne zbadanie pod względem merytorycznym i formalnym legalności planów urządzenia lasu” – czytamy w wyroku.

Trybunał potwierdził to o czym mówiliśmy od dawna. Społeczeństwo w Polsce pozbawione jest skutecznej ochrony sądowej w sprawach dotyczących środowiska, a więc pozbawione jest prawa gwarantowanego dyrektywami oraz konwencją z Aarhus. Cieszymy się z wyroku TSUE ponieważ oczekujemy, że przyspieszy on wprowadzenie potrzebnych zmian i umożliwi bronienie polskich lasów w polskich sądach. Dzięki temu jako społeczeństwo obywatelskie już nigdy nie dopuścimy do wycinek jakie miały miejsce w Puszczy Białowieskiej wpisanej na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO – komentuje Sylwia Szczutkowska z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot.

Trybunał orzekł także, że podczas prowadzenia gospodarki leśnej w Polsce nie są przestrzegane wymogi ścisłej ochrony gatunkowej roślin i zwierząt. W wyroku czytamy: “odstępstwo od wymogów ochrony gatunków zwierząt i roślin przewidziane w art. 14b ust. 3 ustawy o lasach jest sformułowane w sposób ogólny i ma bardzo szeroki zakres. Może ono zatem być interpretowane i stosowane przez władze krajowe jako stanowiące odstępstwo od wszystkich przepisów polskich transponujących przepisy dyrektyw siedliskowej i ptasiej”.

W 2017 r. polski ustawodawca wpadł na pomysł wprowadzenia przepisu, zgodnie z którym prowadzenie gospodarki leśnej zgodnie z ustalanymi przez ministra środowiska tzw. dobrymi praktykami nie narusza żadnych przepisów dotyczących ochrony przyrody – tak krajowych, jak i unijnych. W praktyce oznaczało to, że zwierzęta i drzewa w polskich lasach pozostały niemal bez ochrony. Trybunał dał dzisiaj jasno do zrozumienia, że nie ma dla takich zapisów miejsca w polskim prawie, a najcenniejsze gatunki i ich siedliska muszą być chronione – mówi Bartosz Kwiatkowski, dyrektor prawniczej organizacji Frank Bold.

Obecnie w Polsce funkcja społeczna i przyrodnicza lasów w każdej sytuacji podporządkowana jest gospodarczej. Lasy Państwowe blokują wszelkie inicjatywy związane z trwałym wyłączeniem lasów z gospodarki surowcowej np. przez torpedowanie tworzenia nowych parków narodowych czy rezerwatów przyrody.

Na ten wyrok czekaliśmy 6 lat. Od czasu masowych wycinek w Puszczy Białowieskiej w 2017 r., których nie można było powstrzymać przed polskimi sądami, trwa wyścig z czasem. Codziennie na naszych oczach wycinane są ostatnie fragmenty lasów naturalnych czy okazałe wiekowe drzewa.Organizacjom przyrodniczym, aktywistom leśnym, ale też zwykłym obywatelom i obywatelkom brakuje skutecznych narzędzi prawnych do obrony lasów. Wierzymy, że dzięki wyrokowi TSUE to się wreszcie zmieni – podkreśla Olga Poleszczuk z Fundacji WWF Polska.

Komisja Europejska wniosła sprawę przeciwko Polsce w lipcu 2021 r. po skardze (z lutego 2017 r.) Pracowni na rzecz Wszystkich Istot, WWF Polska oraz Frank Bold. Organizacje zgodnie podkreślają, że dzisiejszy wyrok to wielki sukces dla przyrody, ale czeka nas wytężona praca nad reformą gospodarki leśnej w Polsce.

Jesteśmy przygotowani do zmian gospodarki leśnej na rzecz lasów bliskich ludziom i przyrodzie. Społeczna ustawa o lasach to projekt przygotowany przez Pracownię na rzecz Wszystkich Istot i konsultowany ze środowiskiem prawnym, naukowcami i organizacjami przyrodniczymi. Wprowadzając społeczne postulaty Polska może nie tylko odwrócić trend wyniszczającej gospodarki leśnej, ale zostać europejskim liderem w ochronie lasów – komentuje Sylwia Szczutkowska.

Źródło: Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot


 

Kryzys klimatyczny to tak naprawdę jeden z objawów dużo poważniejszego kryzysu. Jego sedno można zawrzeć w jednym zdaniu: nie ma nic niestosownego we wzbogacaniu się cudzym kosztem. Takie podejście zaowocowało ludobójstwami, niewolnictwem i eksterminacją zwierząt. Wyrosłe na nich majątki pozwoliły zbudować świat, który znamy. O kosztach mało kto chce pamiętać – także tych związanych z zanieczyszczaniem środowiska.

Już na początku XX w. pojawiły się pierwsze prace naukowe wskazujące, że CO2 emitowany ze spalania paliw kopalnych będzie powodował wzrost globalnej temperatury. Nikt wtedy tym się nie przejmował i przez kolejne 120 lat nic się zasadniczo w tym temacie nie zmieniło. Największy koszt tej beztroski ponoszą państwa Globalnego Południa – te, które jeszcze do niedawna były koloniami umożliwiającymi bogacenie się Północy. To ich mieszkańcy coraz częściej muszą opuszczać swoje domy w wyniku katastrof nasilanych zmianą klimatu. Pierwsi uchodźcy klimatyczni będą najprawdopodobniej pochodzić z wysp Pacyfiku zalewanych przez podnoszący się poziom morza.

„Uchodźcy klimatyczni to chyba najtrudniejszy temat. Do 2050 r. ma ich być nawet miliard i… nic na to nie poradzimy, Trzeba już teraz o tym myśleć i przygotować służby, w tym armię. Uchodźcy klimatyczni będą musieli zostać tam, gdzie są. Miejmy nadzieję, że pomoc innych krajów pomoże przeżyć chociaż niektórym”.

Ten komentarz pochodzący z forum jednego z największych portali w Polsce dobrze podsumowuje popularną narrację dotyczącą uchodźców. Uchodźcy są problemem, przed którym musi się bronić. Mogą umierać tam gdzie są, my ich nie chcemy. Jeśli czegoś z nimi nie zrobimy, to wydarzy się coś strasznego. „Strach w założeniu ma przyciągnąć uwagę i mobilizować ludzi – być może [jest to] nieodpowiednia metoda. Istnieje ryzyko, że udramatyzowanie tematu może prowadzić do pospiesznych, nieoptymalnych i niedemokratycznych rozwiązań”wskazuje dr Giovanni Bettini, wykładowca na Uniwersytecie w Lancaster. Jak wygląda to w praktyce możemy obecnie obserwować chociażby na granicy polsko-białoruskiej. Czy mówienie o „tsunami uchodźców klimatycznych” może w ogóle skłonić kogokolwiek do działań na rzecz ochrony klimatu jako sposobu ograniczenia napływu migrantów? I czy w ogóle grozi nam takie „tsunami”? (Bettini, 2013)

Rachityczny strumyczek zamiast powodzi

„Afryka jest często postrzegana jako kontynent masowych migracji i wysiedleń powodowanych biedą, konfliktami i problemami środowiskowymi. Jednak takie postrzeganie jest raczej oparte na stereotypach niż […] badaniach empirycznych. […] W ostatnich latach dużo uwagi poświęca się nielegalnej migracji z Afryki do Europy. Sensacyjne doniesienia medialne i publiczny dyskurs rysują obraz „exodusu” zdesperowanych Afrykanów uciekających przed biedą do europejskiego 'El Dorado’. Wierzy się, że miliony Afrykanów czekają tylko by przybyć do Europy przy pierwszej okazji”podsumowują medialne narracje Marie-Laurence Flahaux i Hein De Haas, wskazując w swoim artykule, że nie mają one wiele wspólnego z rzeczywistością.

Wśród ludzi przeprowadzających się na inne kontynenty największą grupę stanowią Azjaci (ok. 40%), drudzy w kolejności są Europejczycy (ok. 25%). Z Afryki pochodzi ok. 15%, w tym tylko 1/6 to uchodźcy lub osoby o podobnym statusie. Europa jest miejscem docelowym dla ok. 1/4 emigrantów z Afryki, w rezultacie stanowią oni ok. 10% wszystkich migrantów na europejskiej ziemi, a zdecydowana większość z nich przebywa legalnie. Ponad połowa pochodzi z 3 państw leżących nad Morzem Śródziemnym: Maroka, Algierii i Tunezji. Ogółem ok. 80% wszystkich przesiedleń Afrykanów odbywa się w ramach kontynentu. Pokazywanie więc migracji z Afryki jako „exodusu” czy „inwazji na Europę” zdecydowanie mija się z faktami (Flahaux i De Haas, 2016, Idemudia i Boehnke, 2020, raport Africa Migration, 2020, Bertossi i in., 2021, raport IPCC, 2022).

Co więcej, większość migrantów przemieszczający się na duże odległości to najbogatsze i najlepiej wykształcone osoby w swoich społecznościach. Podróż do Europy, legalna i nielegalna, z państw Afryki Subsaharyjskiej – jednego z regionów najbardziej zagrożonych katastrofami klimatycznymi – jest niezwykle kosztowna (tysiące dolarów). Aby ją odbyć, część osób wyprzedaje całe rodzinne majątki. Wielu z tych, którzy decydują się zaufać przemytnikom, ginie po drodze lub jest deportowanych do kraju pochodzenia jeszcze w Afryce. W 2017 r. ponad 6200 osób na całym świecie umarło lub zaginęło na przemytniczych szlakach – ponad połowa z nich podczas przeprawy przez Morze Śródziemne (Flahaux i De Haas, 2016, Idemudia i Boehnke, 2020, raport Africa Migration, 2020, Bertossi i in., 2021).

Śmierć na miejscu

Migracje wynikające z bezpośredniego zagrożenia życia na skutek klęsk żywiołowych czy konfliktów odbywają się najczęściej w granicach państw lub w obrębie państw sąsiednich. W Afryce znajduje się jeden z największych na świecie obozów dla uchodźców: kenijski Dadaab (w 2020 r mieszkało w nim ponad 200 000 osób, m.in. Sudańczycy i Somalijczycy). Jednak nawet podróże na krótkie dystanse wymagają określonych zasobów. Gdy Farhana Yamin, adwokatka zajmująca się kwestiami sprawiedliwości klimatycznej, zapytała w Sudanie 2 młodych, głodujących chłopców dlaczego nie pójdą po pomoc do Dadaab, który jest tylko 40 km dalej, powiedzieli że po prostu nie mają tyle wody by pokonać pieszo tą drogę. Osoby najuboższe mają najmniejszy wybór jeśli chodzi o radzenie sobie z trudnymi sytuacjami. Oznacza to, że tam, gdzie państwo nie jest w stanie zapewnić środków na adaptację do zmiany klimatu lub gdzie konflikty najbardziej się nasilą, pokrzywdzeni będą ci, którzy w najmniejszym stopniu odpowiadają za generowanie problemów. Będzie to powodować ogromne kryzysy humanitarne.

Ilustracja 1. Lokalizacja obozów zarejestrowanych przez Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców ONZ w 2018 r. Kolory pokazują prognozowaną na lata 2041-2060 liczbę dni w roku z temperaturą przekraczającą próg bezpieczny dla zdrowia ludzi. Źródło: raport IPCC, 2022

Obecnie około 20 mln osób rocznie jest zmuszonych opuścić domy ze względu na powodzie (główny powód) susze czy huragany. Według raportu UN Safe Climate do 2050 r. może ich być ok. 150 mln. Prognozy tutaj są jednak dość niepewne. Analitycy są jednak zgodni co do tego, że większość z tych osób będzie pochodzić z państw, które najmniej przyczyniły się do obecnej zmiany klimatu. Na przykład Somalia jest odpowiedzialna za 0,00027% całkowitych emisji gazów cieplarnianych od 1850 r., a w samym 2020 r. ponad milion Somalijczyków zostało wysiedlonych w związku z klęskami naturalnymi spotęgowanymi rosnącą temperaturą Ziemi. Dziesiątki milionów Afrykanów borykało się w 2022 r. ze skutkami katastrofalnych susz, powodzi i upałów, a tysiące osób straciły życie. W samej Etiopii ponad 12 mln osób jest obecnie zagrożonych niedożywieniem lub głodem (Brown i McLeman, 2009, Bettini, 2013, Flahaux i De Haas, 2016, raport Africa Migration, 2020, Bertossi i in., 2021, raport „Global Climate Wall”, 2021, raport IPCC, 2022).

Pieniądze na odbieranie, a nie ochronę życia

Najlepszym sposobem, w jaki państwa spoza Afryki mogłyby zapobiec tragicznym skutkom zmiany klimatu na tym kontynencie, jest ograniczanie przez nie własnych emisji gazów cieplarnianych oraz wsparcie finansowe lokalnych społeczności w budowaniu zdolności adaptacyjnych. Kłopot w tym, że państwa Globalnej Północy mają duży problem i z jednym i drugim. Mimo obietnicy dofinansowania adaptacji (tzw. fundusz „loss&damage”) w uboższych krajach kwotą ok. 100 mld dolarów rocznie, ledwo udaje się realnie wydać na ten cel ok. 35 mld. Tymczasem w 2020 r. państwa – głównie najbogatsze – przeznaczyły 2 biliony dolarów na wojsko i ok. 15 bilionów na wsparcie odbudowy po pandemii COVID-19. „Wielkie słowa na temat zagrożeń bezpieczeństwa związanych ze zmianą klimatu, z jednoczesnym brakiem działań by zająć się tego przyczynami, są słusznie postrzegane przez rozwijające się państwa jako zwykła hipokryzja” – podsumowują Oli Brown z think tanku Chatham House i Robert McLeman, profesor na Uniwersytet Wilfrida Lauriera. Co więcej, wskazywanie tych zagrożeń może de facto służyć innym celom. (Brown i McLeman, 2009, raport „Global Climate Wall”, 2021).

Państwa UE, które są odpowiedzialne za ponad 20% skumulowanych, historycznych emisji CO2, nie bardzo kwapią się by wspierać fundusz „loss&damage”. Były także obok USA głównym oponentem nazywania tego finansowania „rekompensatami”, obawiając się, że takie nazewnictwo pociągnie za sobą procesy o odszkodowania. Zamiast wspomagać lokalne społeczności w uboższych państwach, Europa przeznacza dużo pieniędzy na uszczelnianie granic, także w państwach afrykańskich. Budżet samego Frontexu zwiększył się między 2006 a 2021r. o ponad 2700%, mimo tego, że zagrożenie nielegalną migracją jest de facto medialną wydmuszką.

Twierdze bezdusznych bogaczy

Unia Europejska nie jest jednak w tym osamotniona. 7 państw (USA, Niemcy, Japonia, Wielka Brytania, Kanada, Francja i Australia), odpowiedzialnych w sumie za ok. 50% historycznych, skumulowanych emisji wydało łącznie w latach 2013-2018 co najmniej 2 razy tyle na uszczelnianie granic i politykę migracyjną (ponad 33 mld dolarów) niż na finansowanie działań klimatycznych (ok. 14 mld dolarów). Rekordzistą jeśli chodzi o stosunek poziomu finansowania polityki migracyjnej do działań klimatycznych jest Kanada, która wydała 15x więcej na kwestie granic, a w liczbach bezwzględnych USA (ok. 20 mld dolarów; ok. 2 mld na politykę klimatyczną). Dokumenty amerykańskich instytucji obronnych wprost nazywają kryzysy migracyjne zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego. To pomaga uruchamiać środki na wzmacnianie granic. Na straszeniu uchodźcami, w tym klimatycznymi, zarabiają więc firmy zajmujące się szeroko pojętą ochroną. Wartość rynkowa ich usług ma rosnąć według prognoz o 5-7% rocznie w tej dekadzie. Jedna z takich firm, Raytheon, wprost wskazuje, że „zapotrzebowanie na ich produkty i usługi militarne może wzrosnąć, gdy niepokoje związane z bezpieczeństwem będą się nasilać w wyniku [występowania] susz, powodzi i burz na skutek zmiany klimatu”. Według brytyjskiego Cobhama, który jest jedną z głównych firm zakontraktowanych do ochrony granic Australii, „zmiany w zasobach i możliwości zamieszkiwania w państwach mogą spowodować wzrost potrzeby nadzoru granic z powodu migracji ludzi”. Wiele z firm, które strzegą granic zajmuje się też dbaniem o bezpieczeństwo gigantów wydobywczych. Na przykład Exxon Mobil zatrudnia L3Harris, pilnujący granic USA, do ochrony swoich platform wydobywczych w delcie Nigru, regionie, który ogromnie ucierpiał z powodu skażenia środowiska powodującego choroby ludzi i przymusowe wysiedlenia. Wychodzi na to, że firmy ochroniarskie głównie bronią tych, którzy zanieczyszczają przed ofiarami tych zanieczyszczeń (Bertossi i in., 2021, raport „Global Climate Wall”, 2021).

Klimatyczne piekło

Narracja o „falach uchodźców” sprzyja więc tak naprawdę jedynie partiom skrajnie prawicowym, które wzywają do ograniczania migracji oraz firmom związanym z zapewnianiem „bezpieczeństwa”, które chętnie – za odpowiednią opłatą – na te wyzwania odpowiedzą. Pokazywanie uchodźców jako „niekontrolowanych hord” ma stworzyć w opinii publicznej poczucie, że tradycyjne narzędzia nie są skuteczne w zarządzaniu ich napływem. W rezultacie w wielu przypadkach sprzyja to wzywaniu wojska do tamowania „zagrażających” nam „ludzkich powodzi”. Alarmistyczna retoryka zwiększa ryzyko usankcjonowania „wyjątkowych” środków kontroli takich jak stan wyjątkowy. Opisywanie mieszkańców Globalnego Południa jako „masy” odbiera im dodatkowo podmiotowość i karmi uprzedzenia. Osoby najbardziej bezbronne i poszkodowane w kryzysie klimatycznym stają się w takich narracjach de facto problemem do pozbycia się. Skupienie się na „niebezpieczeństwach” związanym z emigrantami skutecznie odwraca uwagę od dramatu ludzi tracących życie, zdrowie i/lub majątki (Hartmann, 2010, Bettini, 2013, raport „Global Climate Wall”, 2021).

To nie uchodźcy klimatyczni czy rosnąca populacja państw afrykańskich jest problemem. To my – Globalna Północ jesteśmy problemem: nasza nadmierna konsumpcja (10% ludzi o najbardziej emisyjnym stylu życia (patrz: Europa) jest odpowiedzialnych za 50% globalnych emisji), nasze bezduszne podejście do innych. Dopiero wojna w Ukrainie sprowokowała nas mocniej do myślenia, skąd bierze się benzyna na stacjach, a przecież od dekad europejskie pieniądze płyną do różnych reżimów (np.: państw Półwyspu Arabskiego). Od dekad firmy wydobywcze łamią prawa człowieka i zanieczyszczają środowisko, stawiając wiele osób przed trudną decyzją migracji. Mimo to historia, pudrowana „zielonym” czy „humanitarnym” PR-em, ciągle się powtarza – nowo projektowany gazociąg u północno-zachodnich wybrzeży Afryki ma dostarczać surowiec do Europy. Problemem jest więc też nasz brak odpowiedzialności za popełnione błędy i nasza postawiona na głowie hierarchia wartości („pieniądze przede wszystkim”). Być może więc zamiast straszyć uchodźcami powinniśmy zacząć straszyć bogaczami, bo to oni ciągną nas wszystkich prosto do „klimatycznego piekła”.

Interaktywna mapka pokazująca skąd pochodzą osoby migrujące do Europy i jaka jest ich liczba: https://www.lucify.com/the-flow-towards-europe/

Animowany wykres pokazujący jak zmieniały się migracje w podziale na kontynenty https://blog.revolutionanalytics.com/2018/06/global-migration-animated-with-r.html


 

Po raz pierwszy od dawna głosy proroków zagłady miejscami zagłuszają coachingowe mowy neoliberalnych hurraoptymistów. Uważam jednak, że mylą się jedni i drudzy. Jestem względnie prawomocną futurolożką (wszak publikowałam w futurologicznym piśmie naukowym World Futures). Jeśli miałabym przepowiadać, jaki będzie nowy system społeczny, przede wszystkim i bez większego wahania powiedziałabym, że nie będzie przedłużeniem tego, w którym żyjemy dzisiaj. Ani jego dobrych, ani złych tendencji. Obrazu żywej, długoterminowej przyszłości ludzkości nie opisuje prosta ekstrapolacja obecnych trendów w przyszłość. Taka ekstrapolacja kończy się bowiem śmiercią, w najlepszym razie samego systemu, w najgorszym – całej planety.

Jako reprezentantka podejścia systemowego, jestem przekonana, że wielkie systemy nie zmieniają się liniowo –wrażenie, że ich rozwój ma charakter liniowy można odnieść obserwując je w fazie wzrostu lub schyłku. Nie sposób przewidzieć, jaki będzie nowy system, patrząc na stary. Będzie on więc „jakiś inny” – ale jaki? Jeśli naprawdę chce wiedzieć, co będzie dalej, należy patrzeć uważnie na to, co na ogół nie jest widoczne – na pobocza, obrzeża, poza marginesy. „The revolution will not be televised” – ona już się dzieje, a może wręcz już się wydarzyła.

Zalążki nowych systemów tworzą się – rewolucyjnie – w pewnym momencie i pozostawiają po sobie zaczyn, który przez dziesięciolecia nawet stulecia służy tym, którzy próbują zaszczepić lub zbudować coś nowego. Wielkie społeczne zrywy są na ogół brutalnie tłumione przez władze, przeobrażają się w rewolucyjne dyktatury, wygasają. Ale zwycięstwa i porażki, polityczne rozstrzygnięcia i przesunięcia w strukturach władzy to tylko jedna warstwa opowieści. Inne warstwy zawierają całkiem inne morały; przedefiniowują, co jest „porażką” a co ”zwycięstwem”. Po rewolucji francuskiej zostały krwawe opowieści o terrorze i gilotynie. Wiemy, że eksperyment z republiką zakończył się przejęciem władzy przez armię i proklamowanie cesarstwa. Jednak spadek po tych wydarzeniach to także konkretne osiągnięcia. Nawet, jeśli nie utrzymały się w tamtym czasie, zostały wdrożone później – przede wszystkim sama republika. W retrospekcji widzimy, że ta rewolucja wyznaczyła koniec epoki feudalizmu. Nie przestały nas inspirować idee równości między ludźmi: liberté, egalité, fraternité, przetrwały do dziś, podobnie jak idea powszechnego obywatelstwa: citoyens et citoyennes. Komuna paryska skończyła się masakrą komunardów i pasmem dramatycznych represji. Jednak tak wiele z jej eksperymentów społecznych i idei przetrwało i było wdrażanych później: darmowa szkoła dla chłopców i dziewczynek, separacja kościoła od państwa. Idee, które zyskały swoje organizatorskie, eksperymentalne, systemowe kształty, takie jak anarchizm i marksowski socjalizm, do dziś inspirują myśl o zmianach politycznych, ekonomicznych i społecznych. Podobnie chyba najbardziej tragiczne w skutkach – bo przeistoczone w długoletnią brutalną totalitarną i totalizującą państwową dyktaturę – rewolucje rosyjskie (1905 i 1917) wykrystalizowały takie zmiany jak powszechne uwłaszczenie chłopów w regionie. Mające ostatnio fatalną prasę wydarzenia ’68 – niezależnie od naszej oceny, czy hippisi zdradzili sprawę i sprzedali się systemowi, czy może pozostali niedojrzałymi idealistami – przyczyniły się do stworzenia idei i zalążka nowych instytucji, z którymi wówczas eksperymentowano, a które do tej pory stanowią wzorce wdrażane przez różne postępowe prądy, od politycznych, poprzez ekonomiczne, na religijnych skończywszy.

Przełom, który jest obecnie przed nami, może być całkiem inny od rewolucyjnych wydarzeń, które przywołałam wcześniej. One wszystkie były dramatyczne, krwawe, polegały na siłowym przełamywaniu form i struktur. Tym, co pozostawiły po sobie realnie, nie były jednak nowe struktury, w każdym razie nie natychmiast (a jeśli tak, to bynajmniej nie były to struktury postępowe i odnowicielskie, ale opresyjne i zniewalające – jak w przypadku Związku Radzieckiego), ale eksperymenty myślowe wcielone (dosłownie) w życie, nawet w krótkim okresie, które przeobraziły się w embrionalne formy nowych rozwiązań. Brakuje im do narodzin tylko – aż – połączeń w jeden żywy nowy system. W tym sensie rewolucja przyszłości już miała miejsce.

Ale jest jeszcze jeden sens, co najmniej równie istotny, którego nie umiem w sensowny sposób przepowiedzieć. Tu mogę tylko pospekulować. Niemiecko-koreański filozof Byung Chul Han polemizuje z Michelem Foucaultem i jego ideą biopolityki, czyli opisem mechanizmów władzy jako struktur dyscyplinowania i kontroli ciała. Uważa, że te idee doskonale opisują poprzednią epokę – kapitalizmu przemysłowego, gdy ciało było źródłem produktywności, a więc jej ekstrakcja polegała na poddawaniu ludzkich ciał rygorom, które zapewniały intensywną produkcję i niezawodność społecznych instytucji, które umożliwiały i ułatwiały tę produkcję. Han argumentuje, że w neoliberalizmie mamy do czynienia z innym zjawiskiem, które określa mianem psychopolityki. Zamiast fizycznie ograniczać jednostkową wolność (w znaczeniu rynkowym, czyli wolność polegającą na możliwości dokonywania wyboru z istniejących i określonych możliwości) – czynią ją obowiązkową i bezgraniczną. Jednostki mają same chcieć angażować się w działania produktywne, służące temu, żeby ktoś inny (inwestor, właściciel środków produkcji) osiągał z tych działań korzyść.. Zamiast racjonalności będącej podstawą legitymizacji działań w poprzedniej epoce, obecnie mamy w tej roli emocje i afekty, przez co system z otwarcie represyjnego zmienił się w uwodzicielski. Zamiast „zabrania się” mamy obecnie „like” w tej samej systemowej funkcji zaganiania do produkowania wartości, służących do akumulacji kapitału. Generuje to gigantyczną alienację, większą nawet niż ta znana z filmu Dzisiejsze czasy z Charliem Chaplinem, stworzona przez fabryczny model Fredericka Taylora. Na początku lat 90. amerykańska socjolożka Robin Leidner napisała książkę na podstawie swoich badań w dwóch bardzo różnych miejscach pracy – w McDonald’s i w firmie ubezpieczeniowej. W obu organizacjach panowała ogromna alienacja pracy. Jednak – co wówczas dziwiło wielu czytelników – ta druga firma wydawała się o wiele trudniejszym miejscem do życia. W ówczesnym McDonaldzie wielu pracowników jedynie zewnętrznie wykonywało wszystkie wymagane rutyny, zachowując wewnętrzną wolność. W firmie sprzedającej ubezpieczenia ludzie zmieniali się nie do poznania i stawali się kimś w rodzaju członków sekty, ponieważ – by tę pracę wykonać – musieli z entuzjazmem przyjąć cały szereg wartości i uczynić je własnymi, osobistymi.

Dlatego myślę, że przełom tym razem nie będzie miał miejsca w sferze ciała i biopolityki. Innymi słowy, to nie barykady i płonące ulice zakończą neoliberalizm, ale przełom psychopolityczny. Co to może być? Bo ja wiem? Może będzie to wyglądało tak: oto ludzie przestają wierzyć, że chciwość jest dobra. Że trzeba zapierdalać po 16 godzin dziennie, żeby być wartościowym człowiekiem. Że szczęście to jacht za 50 milionów euro. Że studia to łykanie abstrakcyjnych formułek w sterylnych porcjach i kupowanie dyplomów za 29 tysięcy funtów rocznie w TOP 100 world universities, osładzane wycieczkami, obalaniem pomników i wegetowaniem w luxury student accomodation. Ludzie przestają wierzyć i przestają przyjmować do siebie wartości sukcesu, prestiżu, konkurowania z innymi. Nie chce im się. Stara gwardia mówi: zgroza! depresja! wypalenie! roszczeniowość! A oni, psychorewolucjoniści, coraz bardziej mają to w nosie.

Rozmawiam ostatnio sporo z młodymi osobami – z byłymi studentkami zarządzania kulturą, ze studentami socjologii, ze studentką psychologii. Jestem pod wrażeniem ich dojrzałości myślenia. Nie chodzi mi przede wszystkim o ich wiedzę i poglądy (choć bywa, że budzą mój szacunek). Jednak do słuchania poglądów, życzeń i opinii jesteśmy najbardziej przyzwyczajeni, my, ludzie poprzedniego systemu, czy to jego beneficjenci, czy to krytycy, czy bojownicy przeciwko niemu. Jednak nie one robią zasadniczą różnicę. Chodzi o pytania, jakie ci młodzi ludzie zadają. To są czasami pytania naprawdę wielkie, sokratejskie, otwierające całkiem nowe przestrzenie, w które mogą spokojnie i bez przemocy wpłynąć embrionalne fragmenty przyszłego systemu. Potrzeba im jedynie oddechu życia, który je połączy razem. Czuję, że odetchniemy wówczas wszyscy. Zasadnicze problemy mogą mieć jedynie ci, którzy za bardzo przystosowali się do trwającej od kilku dziesięcioleci epoki rozpadu, entropii i duchowego umierania – wszyscy ci duchowi beztlenowcy i ich smutne królestwa „bez alternatywy”.

Sitting, night outside
Snow at the door
Silence at heart
Waiting for the revolution

*
Rewolucja – motyl dziejów
Spleceni ciasno w kokonie
drżymy; ranek blisko

Serdeczne podziękowania dla Jaremy Piekutowskiego, który pomógł mi zasadniczo poprawić płynność i zrozumiałość tego tekstu.

Superrealistyczna robotka imieniem Ai-Da rysuje i maluje za pomocą kamer w oczach, algorytmów oraz bionicznej ręki. Miała wystawy w najbardziej prestiżowych galeriach, prezentowała swój punkt widzenia na posiedzeniach brytyjskiej Izbie Lordów. Prasa donosi, że „przedstawiła unikatową perspektywę na temat roli technologii w tworzeniu sztuki w przyszłości, tego, jak sztuka AI różni się od tego, co tworzą ludzcy artyści, oraz ograniczeń technologii w tworzeniu sztuki”. Wypowiada się o swoich obawach, przedstawia swój artystyczny gust i upodobania. Yuval Noah Harari twierdzi, że jest zwiastunką nadchodzących gigantycznych zmian.

Aplikacje do „artystycznego” przetwarzania obrazów, takie jak Lensa, wykorzystujące sztuczną inteligencję, według mediów przekraczają granice tego, co możliwe. Użytkownicy przesyłają zdjęcia do aplikacji i uzyskują przekonujące i oryginalne wersje artystyczne w wybranym stylu i gatunku. Przy użyciu oprogramowania Stable Diffusion można uzyskać efekt kojarzący się wielu osobom z „subtelną aurą dzieł Leonarda da Vinci”.

Autorzy tekstów medialnych częściowo świętują ten triumf posthumanizmu, a częściowo ubolewają nad losem tych, którzy utrzymują się z praw autorskich. „Sztuczna inteligencja jest już w stanie naśladować ludzką kreatywność. To, czy uczyni ona artystów przestarzałymi, będzie zależało od tego, jak ją wykorzystają” – pisze Naomi Rea w „Guardianie”.

Aplikacje takie jak DALL-E przekształcają wypowiedzi tekstowe w unikatowe obrazy. Są też aplikacje piszące inteligentne teksty. Sporo dyskusji wśród nauczycieli akademickich wywołał ostatnio chatbot ChatGPT (Generative Pre-trained Transformer), zdolny do udzielania sensownych odpowiedzi w postaci esejów, bardzo podobnych zarówno w formie i w treści do tych, które studenci piszą na zaliczenie.
Jeśli spojrzeć na te zjawiska z punktu widzenia podejścia systemowego, reakcja będzie mniej żywiołowa. Nie od dziś wiadomo, że znaczna część działalności artystycznej jest mniej lub bardziej programowalna, nawet gdy jest wykonywana przez człowieka. Istnieją bowiem dwa podejścia do tworzenia nowych idei i dzieł: generowanie i emergencja.

Generowanie to (re)produkcja, czyli tworzenie nowych wzorców zgodnie z istniejącym kodem. Kreatywność polega tu na umiejętności łączenia kodów w nowy, ciekawy sposób. Na to, jak postrzegamy świat, składają się z jednej strony bodźce, które otrzymujemy z otoczenia, a z drugiej – kulturowe formy symboli, czyli wzorce tworzone zgodnie z przyjętym przez nas kodem kulturowym. Bodźce wchodzą w relację z formami. Opisywali to m.in. autorzy zajmujący się psychologią Gestalt tacy jak Max Wertheimer, Wolfgang Kohler, Kurt Lewin.. Innymi słowy, to co widzimy nie jest nigdy „czystą percepcją” tylko tym, co przekażą i przetworzą nam nasze umysły w postaci, którą jesteśmy zdolni przyjąć. Forma (czyli Gestalt) umożliwia postrzeganie i rozumienie, ale jednocześnie ogranicza wizję, sprawia, że złożona rzeczywistość postrzegana jest na jeden lub kilka sposobów. Kody pomagają nam czytać i współtworzyć rzeczywistość, ale jednocześnie powstrzymują nas przed widzeniem i tworzeniem czegoś zupełnie nowego, czegoś, co byłoby z nimi niezgodne. Generowanie sztuki to eksperymentowanie z kodami – mniej lub bardziej twórcze i odważne, zabawa nimi, manipulowanie i kalejdoskopowe kreowanie nowych obrazów. Sednem jest tworzenie połączeń, podczas gdy relacja między znakiem/symbolem a znaczeniem jest ustalona przez konwencje i zasady, a więc równie dobrze – także algorytmy.

O ile generowanie może być domeną AI, o tyle istnieje drugi rodzaj twórczości, w którym AI nigdy nas nie zastąpi. Efekty generowania mogą być piękne, unikatowe i mieć subtelną aurę. Jednak nie są niczym naprawdę nowym. Tworzenie rzeczy zupełnie nowych w podejściu systemowym nazywa się emergencją, wyłanianiem się. To pojawienie się w systemie powiązań, które wcześniej nie istniały – a więc działanie bez przyjętego kodu. Tak rozumiana twórczość to zdolność do aktywnego współdziałania z elementami spoza istniejących form rozumienia. W tej sytuacji twórca nie wytwarza w sensie ścisłym. Tworzy jedynie możliwość powstania nowego połączenia, kiedy relacja między symbolem a jego znaczeniem nie jest jeszcze ustalona, gdy kształtuje się, podlega ciągłej renegocjacji . Innymi słowy, takie dzieło sztuki pojawia się, wyłania, a artysta jest jakby instrumentem, subtelnym narzędziem, przez które przepływa to, co się pojawia. Wyobrażam to sobie jako kości puste w środku, przez które przepływają ogromne energie. W takim rozumieniu to nie produktywność jest miarą wielkości, ale zdolność do utrzymywania pustki w kościach. Co to są za energie?

Pisze o nich pięknie francuski filozof Gaston Bachelard jako o wyobraźni. Daje ona energię do skupienia się na ważnych elementach czy symbolach w środowisku mniej rozpraszającym niż otaczająca nas codzienna rzeczywistość. W przypadku generowania (i na co dzień w naszym życiu) umysł filtruje i przyjmuje tylko to, co ma dlań sens (jest zgodne z Gestalt, podąża za przyjętymi kodami). Twórca zanurzony w energii wyobraźni może pozbyć się tego filtru, który jednocześnie – paradoksalnie – determinuje jego czy jej tożsamość, artystyczny gest, definiujący autorstwo, a zatem np. wartość rynkową. Energie wyobraźni nie przechodzą przez obwody wiedzy. Przechodzą przez całe ciało, które może nie być na to przygotowane, bo zarówno zabierają wielką ilość energii potrzebnej do codziennego życia, jak i dodają ogromne ilości energii, co może być szokiem czysto fizycznym, jak spotkanie z piorunem. Dlatego taki sposób tworzenia tradycyjnie zawsze wiązał się z cierpieniem, z udręką i ekstazą (parafrazując tytuł znanej powieści). Jest nam bardzo trudno te energie w sobie gościć, więc powołanie artysty zawsze było trudnym losem – wiązało się często z byciem odrzuconym, niedocenianym, niewidzianym. Wielcy twórcy tego rodzaju, od Courbeta, Baudelaire’a, Flauberta, poprzez Salon Odrzuconych (nomen omen) – tak, tak, kochani przez nas obecnie impresjoniści byli zdecydowanie odrzucani przez instytucje sztuki i przez publiczność swoich czasów – a skończywszy na Van Goghu, Rodinie, Picassie i tych współczesnych artystach, których większość współczesnej publiczności (a już na pewno większość tzw. „konsumentów sztuki”) pewnie nie rozpoznaje, a którzy są obecni dziś między nami. Reakcją na emergencję jest albo niedostrzeganie jej w ogóle albo odrzucenie – to naturalne, ponieważ odbywa się ona poza przyjętymi kodami, a więc albo „nie ma sensu” albo jest w ogóle niewidoczna.

Czy jesteśmy, jako ludzkość, nie post-, ale zwykła, krwawiąca, oddychająca, ucieleśniona ludzkość – gotowi przyznać, że w sztuce chodzi o proces, o cierpienie, o ciągłe uderzanie w ziemię, o ból, o porażki – a efekt, dzieło, jest co najwyżej skutkiem ubocznym? Czy jesteśmy gotowi zobaczyć piękno – to, co powstaje, emergencję w całej swojej grozie i cudowności? Wiem, czym jest piękno dla mnie: to moi studenci prezentujący swoje prace w terenie, ten moment świętej niedoskonałości, kiedy człowiek wypowiada słowo, które pochodzi znikąd, z jego czy jej spotkania z czymś ważnym i poruszającym. To, co pojawia się – bardzo, bardzo mało prawdopodobne.

A może wolimy mknąć dalej nieciekawą ścieżką rekonfigurowania, na której pokonać nas może narcyz, imitator, robot? Szczęśliwej entropii, droga ludzkości!

Żar i skry

Wygrać umie każdy
Każda kanalia,
każdy poczciwiec,
każdy Bogu ducha
każdy nosi
w plecaku ostrze Noblisty

Trudniej jest przegrać
Nie: wnieść apelację,
Nie: nosić Traumę,
Czysto Wziąć w garść
porażkę
jak ciału koszulę.

Jeszcze trudniej
walkowerem
nieść i żar, i skry,
i popiół.
(i pokój)

* Dziękuję Jaremie Piekutowskiemu za bardzo cenną pomoc, dzięki której ten tekst stał się bardziej zdatny do czytania.


 

Komisja Europejska w poniedziałek zatwierdziła pięć planów sprawiedliwej transformacji polskich regionów górniczych. Nie ma wśród nich regionu zgorzeleckiego, w którym działa kopalnia i elektrownia Turów. Pieniądze popłyną za to do Bełchatowa – gdzie mieści się największa kopalnia węgla brunatnego w Europie.

Aż 3,85 mld euro trafi do pięciu regionów węglowych na cele związane z przebranżowieniem pracowników, wsparciem zrównoważonego przemysłu i dostosowaniem się do polityki energetyczno-klimatycznej.

Funduszy nie otrzymał jednak region zgorzelecki, który formalnie startował do podziału tego budżetu.

Tak naprawdę samorząd, polski rząd oraz koncern PGE nie zrobiły nic, co dawałoby realną szansę na otrzymanie olbrzymiego wsparcia finansowego. Reguły funduszu mówią jasno o stopniowym odchodzeniu od węgla. Skorzystał z tych środków za to region Bełchatowa z największą elektrownią węglową w Polsce i Europie. To wstyd i porażka dla decydentów, że nie wykorzystali tej szansy do transformacji Turowa – komentuje Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA.

Powiat zgorzelecki mógł liczyć na budżet ponad 1 mld złotych z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji UE. Głównym powodem odrzucenia terytorialnego planu był brak dostarczenia przez spółkę PGE harmonogramu stopniowego odchodzenia od węgla w kompleksie Turów, co w praktyce od początku dyskwalifikowało go ze względów formalnych.

Ta sama spółka PGE potrafiła przygotować harmonogram odchodzenia od węgla w Bełchatowie i uzyskać tym samym gigantyczny zastrzyk środków unijnych dla mieszkańców i przedsiębiorców w województwie łódzkim. W Turowie obserwowaliśmy od początku brak dobrej woli i polityczne blokady ze strony rządu zjednoczonej prawicy – wyjaśnia Paweł Pomian, członek zarządu EKO-UNII.

Władze województwa i rząd udają, że nic się nie stało. Jednocześnie podczas uroczystej Barbórki w kopalni Turów przedstawiciele samorządu i posłowie PiS wręczyli odznaki honorowe m.in. dla związków zawodowych oraz dyrektora KWB Turów, zaangażowanych w obronę dalszego wydobycia węgla.

Źródło: Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA


 

Aktywistki i aktywiści miejscy oraz organizacje z całego kraju zrzeszone w Kongresie Ruchów Miejskich protestują przeciw ogłoszonym 3 grudnia br. przez prezesa Prawa i Sprawiedliwości planom obecnej władzy, zmierzającym do zasadniczego ograniczenia samodzielności samorządów miast i wsi, gwarantowanej przez Konstytucję RP w art. 16 oraz art. 165 pkt 2.

Samorządność terytorialna jest podstawowym mechanizmem zapewniającym obywatelom możliwość wpływania na decyzje najbardziej ich dotykające, bo związane z kształtowaniem wszechstronnych warunków codziennego życia w miejscu zamieszkania. Przesuwanie uprawnień i władztwa w tym obszarze ze szczebla lokalnego na poziom centralny jest niszczycielskie dla zaangażowania obywatelskiego mieszkańców w sprawy ich małych ojczyzn. Jednocześnie zdecydowanie negatywnie odbije się na skuteczności rozwiązywania problemów miast i ich mieszkańców – jest oczywiste, że z bliska widać lepiej niż z siedziby rządu w stolicy. Uważamy, że dążenia takie są przejawem niezrozumienia istoty demokracji, w tym zwłaszcza tego, jak funkcjonuje demokracja lokalna oraz podstawowej dla konstytuowania samorządu zasady pomocniczości. Ich źródło stanowią ciągle pokutujące centralistyczne i autorytarne wzorce organizowania władzy publicznej z czasów PRL.

Po ponad trzydziestu latach funkcjonowania samorząd w Polsce niewątpliwie potrzebuje zmian. Najbardziej takich, które zwiększają podmiotowość mieszkańców i wzmacniają społeczną, obywatelską kontrolę nad samorządową władzą. Takie konieczne zmiany na lepsze muszą oznaczać więcej, a nie mniej samorządności, więcej, a nie mniej lokalnej autonomii. Dążenie do daleko idącej centralizacji władzy publicznej i podporządkowania jej samorządów idą w kierunku dokładnie odwrotnym od tego, czego dzisiaj wspólnotom samorządowym potrzeba. Samorząd nie jest, nie może być i nie będzie „oddziałem” rządu w terenie! Samorząd nie jest dla rządu, raczej odwrotnie!

Apelujemy do wszystkich, którym leży na sercu dobrostan mieszkańców miast i wsi do wspólnego wysiłku na rzecz budowy coraz mocniejszych podstaw demokracji lokalnej!

Wzywamy  do przeciwstawienia się likwidatorskim projektom zagrażającym samorządności terytorialnej w naszym kraju!

Kongres Ruchów Miejskich
Gdańsk, 5 grudnia 2022