Szkoła ma wyrównywać szanse

Magdalena Kaszulanis , Piotr Kozak
10 października 2012

Nacisk na funkcje wychowawcze szkoły jest bardzo duży. Z praktyki wynika jednak, że czasu na wychowywanie uczniów jest bardzo mało. O teraźniejszości i przyszłości polskiej edukacji z Magdaleną Kaszulanis, rzeczniczką prasową ZNP, rozmawia Piotr Kozak.

Czytaj też pierwszą część rozmowy, poświęconą Karcie Nauczyciela.

Piotr Kozak: Jak to jest z tą polską edukacją? Gdzie stoimy? Jest dobrze czy źle?

Magdalena Kaszulanis: Prestiżowe międzynarodowe badania umiejętności uczniów PISA pokazują, że stoimy w bardzo dobrym miejscu. Wyniki gimnazjalistów poprawiają się systematycznie od dziesięciu lat. Teraz jest to ocena dobra z plusem! Polska edukacja jest chwalona za granicą. Brakuje nam co prawda jeszcze trochę do Finlandii, która przoduje w rankingach, ale zajmujemy w nich dość mocną pozycję. Z polskiej perspektywy wygląda to trochę gorzej. Głównie jeśli chodzi o opinię publiczną, która jest karmiona albo aferami z udziałem uczniów, epatowaniem przemocą w szkole, albo sensacjami na temat zarobków nauczycieli i kosztów, jakie generują pracownicy oświaty.

PK: Jeżeli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Skąd bierze się opinia, że poziom edukacji z roku na rok maleje? Skąd utyskiwania rektorów szkół wyższych na niski poziom maturzystów?

MK: Proces edukacji nieustannie się zmienia. Wyniki, które osiągamy teraz w testach PISA, odzwierciedlają poziom jakości kształcenia. Owocują rozwiązania, które są sprawdzone od wielu lat. Przez hasło „edukacja nieustannie się zmienia” rozumiem natomiast kolejne reformy programowe i strukturalne od kilku lat. Twórcy tej reformy programowej, tj. osoby odpowiedzialne za treść programów nauczania i egzaminów, nie ukrywają, że przyświecał im jeden cel: aby jak najwięcej osób kończyło swoją edukację egzaminem maturalnym. Reforma programowa pomyślana jest w taki sposób, aby coraz więcej osób zdawało maturę. Stąd rokroczne obniżenie kryteriów egzaminacyjnych i być może stąd też narastająca frustracja nauczycieli akademickich.
PK: Czyli priorytetem nie jest już promocja na studia wyższe, ale zdanie egzaminu maturalnego?

MK: W ten sposób ideę reformy programowej, która wdrażana jest od kilku lat i obecnie wchodzi do szkół ponadgimnazjalnych, tłumaczył wiceminister edukacji w latach 2007–2009 Zbigniew Marciniak.

PK: Polscy nauczyciele pracują najkrócej spośród ich kolegów w Europie – prawda czy mit?

MK: To mit. Zabiegaliśmy o przeprowadzenie ogólnopolskiego badania czasu i warunków pracy nauczycieli. Takie badanie przeprowadzane przez Instytut Badań Edukacyjnych wciąż trwa, jego wyniki poznamy w przyszłym roku. W badaniu bierze udział grupa 8 tysięcy nauczycieli, którzy ewidencjonują swój czas pracy. Z tego badania dowiemy się, ile pracują polscy nauczyciele.

PK: Skąd się wziął ten mit?

MK: Polscy nauczyciele gros pracy zabierają ze sobą do domu i tam przygotowują się do zajęć. Można to porównać do niewidzialnej pracy kobiet w domu – pracy, która do niedawna była przez społeczeństwo niedostrzegana i niewyceniana. Polskie szkoły nie są przygotowane na rozszerzenie czasu pracy nauczycieli. Daleko nam do standardów niemieckich, gdzie w szkołach nauczyciele mają do dyspozycji tzw. pokoje cichej pracy z całym wyposażeniem i biblioteką. W takich pomieszczeniach można się przygotować do lekcji, skorzystać z komputera, wydrukować materiały. W niczym nie przypominają one polskich pokojów nauczycielskich.

PK: Jak w takim wypadku prezentują się statystyki?

MK: Jeżeli chodzi o statystyki, to nauczyciele na pewno nie mają 18-godzinnego pensum. Jest ono o dwie godziny wyższe z powodu tzw. godzin karcianych. Nie wszyscy nauczyciele mają również takie samo pensum. Nauczyciele wychowania przedszkolnego czy bibliotekarze mają o wiele wyższe. Dodatkowo ze statystyk wynika, że przeciętny nauczyciel ma ok. dwie godziny ponadwymiarowe. Jeżeli więc uczciwie policzyć czas pracy polskich nauczycieli, to okazuje się, że pogłoski o najkrótszym czasie pracy w Europie są nieprawdziwe.

PK: Niebotyczne zarobki nauczycieli – kolejny mit?

MK: Tu też walczymy z uproszczeniami. System płacy nauczycieli jest bardzo skomplikowany. Pojawiają się tu dwa pojęcia: płacy minimalnej i średniego wynagrodzenia. Jednak w przypadku średniego wynagrodzenia nauczycieli nie mamy do czynienia z pojęciem średniej arytmetycznej, jakie znamy z lekcji matematyki. „Średnie wynagrodzenie nauczycieli” to raczej fikcja prawna. Do „średniego” wynagrodzenia, o jakim mówią mainstreamowe media, wliczane są absolutnie wszystkie hipotetyczne dodatki, jakie – nie konkretny, ale „statystyczny” – nauczyciel może w swojej karierze otrzymać, łącznie z odprawą emerytalną czy z zasiłkiem na zagospodarowanie. Nauczyciele nieustannie słyszą o swych rzekomo wysokich zarobkach i potem ze zdziwieniem i frustracją zaglądają na własne konto bankowe. Faktyczna średnia pensja netto nauczyciela dyplomowanego oscyluje wokół 3 tys. zł. Prawdą jest jednak, że pensje te od czterech lat rosną. Jest to wynik między innymi negocjacji z ZNP, ponieważ jeszcze w 2006 r. nauczyciel stażysta mógł liczyć na wynagrodzenie w wysokości 1200 zł. Od tej pory jego pensja wzrosła o ok. 50%. Wciąż nie jest to jednak taka kwota, która zachęcałaby do podjęcia pracy nauczyciela najlepszych absolwentów uczelni wyższych.

PK: Być może jest to jeden z głównych powodów negatywnej selekcji do zawodu nauczyciela.

MK: O takiej negatywnej selekcji do zawodu nauczyciela mówi się od kilku lat. Ale trochę szeptem, ponieważ kierunki nauczycielskie są bardzo popularne zarówno na uczelniach publicznych, jak i niepublicznych. Z banalnego powodu: są najtańsze, nie wymagają rozbudowanej bazy naukowej i infrastruktury. Na te kierunki prowadzony jest praktycznie nieograniczony nabór. Natomiast te kraje, które najlepiej wypadają w badaniach PISA, np. Finlandia czy Szwecja, przeprowadzają bardzo ostrą selekcję. O jedno miejsce na kierunku pedagogicznym ubiega się tam nawet dziewięć i więcej osób.

PK: Nurtuje mnie pytanie: po co jest polska szkoła? Co chcemy osiągnąć w procesie edukacji? Czego chcemy od uczniów? Wychować, zdyscyplinować, nauczyć, przygotować do zawodu? Jaki ma być polski uczeń? Grzeczny i zdyscyplinowany czy zbuntowany i o otwartych horyzontach?

MK: Wydaje się, że dzisiaj rodzice oczekują wszystkich tych rzeczy.

PK: Czyli żeby uczniowie byli zbuntowani i grzeczni…

MK: Przede wszystkim, żeby byli grzeczni. Nacisk na funkcje wychowawcze szkoły jest bardzo duży. Z praktyki wynika jednak, że czasu na wychowywanie uczniów jest bardzo mało. Brakuje specjalistów, pedagogów, psychologów, logopedów.

PK: Jaka przyszłość czeka polską edukację?

MK: Pojawiają się różne edukacyjne mody. W głównej mierze polegają one na tworzeniu rankingów, które tylko zaciemniają obraz stanu polskiej edukacji. Obecnie panuje moda na cyfryzację. Pojawiły się nawet głosy, że nauczyciele w ogóle nie będą potrzebni, bo wszystko przejmie komputer z podłączeniem do globalnej sieci, w której jest przecież już wszystko. Jednak nowe technologie nie zastąpią strategicznego i całościowego myślenia o procesie kształcenia.

PK: Co zrobić w szkole z rodzicami? W jaki sposób rodzice mogą mieć wpływ na podejmowanie decyzji w idealnej szkole przyszłości?

MK: Już dzisiaj rodzice mają taką możliwość. Rady Rodziców działają aktywnie w wielu szkołach. Jest grupa rodziców, z którymi się spotykamy i rozmawiamy. W szkole przyszłości rodzice mogliby jednak pełnić o wiele większą rolę. Z jednym małym „ale”. Należy być ostrożnym, jeżeli chodzi o sugestie programowe. Nie wyobrażam sobie, żeby na życzenie rodziców naukę o ewolucji zastąpić dyskusją o kreacjonizmie.

PK: A może dać głos uczniom? Niech wezmą odpowiedzialność za kształt własnej edukacji. Może dobrym wyjściem byłoby zwiększenie demokracji w szkole?

MK: Na pewno jest to ciekawe rozwiązanie, które zaowocowałoby później w życiu społecznym, np. zwiększyłby się udział Polaków w wyborach, zaangażowanie w wolontariat, w działalność w organizacjach pozarządowych. Być może szkoła ma tu jeszcze wiele do zrobienia. Już od szkoły podstawowej, a właściwie przedszkola, powinny być kształtowane postawy obywatelskie.

PK: Kolejnym elementem życia szkolnego są stołówki i jadłodajnie. Jaką rolę w procesie edukacji pełnią pracownicy i pracownice szkolnych stołówek? Czy nie nazbyt łatwo pozbywamy się tego dobra, jakim są szkolne stołówki?

MK: Stołówki szkolne jako pierwsze padły ofiarą cięć w wielu miastach. W Warszawie, w Krakowie zamykane są kolejne stołówki, które do tej pory, obok świetlicy, stanowiły jedno z centrum życia szkoły. Pracownicy i pracownice stołówek mieli bezpośredni kontakt z uczniami, co umożliwiało wydawanie posiłków uczniom, którzy z różnych względów znaleźli się w trudnej sytuacji, a nie kwalifikowali się na pomoc ze strony samorządu. Często zdarzało się, że pracownicy stołówek, wiedząc o trudnej sytuacji danego dziecka, wspierali je darmowym posiłkiem. Posiłkiem przygotowywanym na miejscu. Zastąpienie stołówek cateringiem odbiera tę możliwość. Posiłki będą wydawane tylko tym dzieciom, które zapłaciły bądź dostały dofinansowanie. Będą to posiłki droższe. Tak wynika ze statystyk. W Warszawie obiad przygotowany przez firmę zewnętrzną kosztuje ok. 30% więcej niż przygotowany na miejscu.

PK: Pytanie na koniec: jak wygląda pani szkoła marzeń?

MK: Moja szkoła marzeń daje solidne podstawy wszystkim uczniom i pozwala kształcić się w wybranym przez nich kierunku. To taka szkoła, która niweluje różnice społeczne i pozwala się rozwijać każdemu. Moja szkoła marzeń daje szanse uczniom zarówno tym z Warszawy, jak i tym z Łap i traktuje ich podmiotowo. Jest to co prawda wizja szkoły powiedzielibyśmy, emancypacyjnej sprzed wielu lat, ale być może obecna sytuacja wymaga od nas, byśmy do tej wizji powrócili.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *