na YouTube

Więcej niż artykuły

Rozmowy z ekspertami i podcasty na YouTube


                            Autorzy kanału Zielone Wiadomości na YouTube
Odwiedź kanał →
Strona główna » Artykuły » ZW » Nie ma takiego ludu, który by nie śpiewał

Nie ma takiego ludu, który by nie śpiewał

To zdanie można by spokojnie wydrukować na pierwszej stronie atlasu historii świata. Gdzie pojawia się człowiek, prędzej czy później pojawia się też pieśń. Istnieje mocna hipoteza, że jedną z pierwszych pieśni była kołysanka – śpiewana nie tłumom, lecz nucona do snu jednemu, małemu człowiekowi. Z miłości.

Festiwal Pieśni Ludowej "Z tamtej strony rzeki"
Festiwal Pieśni Ludowej "Z tamtej strony rzeki" fot. Rafał Koszuta

W Adamowiźnie, podczas Festiwalu Pieśni Ludowej „Z tamtej strony rzeki”, można było zobaczyć, że to zdanie nie straciło na aktualności, a potrzeba wspólnego śpiewu wciąż napędza ludzi do spotkań.

Zejdzmy na ziemię!

Żyjemy w epoce sceny. Głos wzmacniają mikrofony, nad głowami wykonawców świecą reflektory, a na końcu tej drogi czeka nagranie, które wyląduje na którejś z platform streamingowych i stanie się kolejnym utworem, który dodamy do playlisty „do biegania albo „na relaks”. I nie ma w tym nic z gruntu złego. Kłopot zaczyna się tam, gdzie muzyka zostaje nam już tylko w takiej postaci: jako produkt do odsłuchu, a nie czynność do wspólnego wykonywania

W Adamowiźnie scena nie zniknęła całkiem, ale zredukowano ją do minimum. Zamiast wysokiego podium – kawałek ziemi przed dworkiem Adama Chełmońskiego. W pewnym momencie dnia coraz więcej ludzi zdejmowało buty: najpierw śpiewacy, potem dzieci, na końcu ci, którzy przyszli „tylko popatrzeć”. Nikt nie ogłaszał tego jako performansu, nikt nie nazwał „działaniem w przestrzeni publicznej”. To był raczej naturalny gest: skoro śpiew wyrósł z ziemi, dlaczego nie postawić znowu bosej stopy tam, skąd ten głos wyszedł.

Festiwal Pieśni Ludowej "Z tamtej strony rzeki"

Festiwal Pieśni Ludowej „Z tamtej strony rzeki” fot. Rafał Koszuta

Widza od muzyka oddzielała tylko cienka, wyobrażona linia, którą można było przekroczyć jednym krokiem. Bo gdzie kończy się „publiczność”, a zaczyna „chór”? W tradycji wiejskiej odpowiedź była prosta: chór zaczyna się tam, gdzie ktoś przestaje tylko słuchać i zaczyna śpiewać razem. Scena – sacrum artysty – ma swoje miejsce w kulturze, ale muzyka ludowa jest innym medium: bliżej jej do wspólnego stołu niż do piedestału.

Kiedy śpiew trzymał rytm

Kiedy słucha się pieśni polnych, weselnych czy dorocznych nad wodą, łatwo zapomnieć, że one nie powstały po to, żeby zachwycać. Powstały po coś: żeby poprowadzić ruch, porządkować obrzęd, uspokajać serce, wzmacniać więzi we wspólnocie.

Dawniej śpiew był jednym z podstawowych narzędzi. Ktoś zaczynał od przyśpiewki do kosy, ktoś dośpiewywał zaimprowizowaną zwrotkę ,a trzeci podnosił głos wyżej – i nagle codzienna praca otrzymała rytm, który pomagał i dodawał sił. Pieśń weselna przeprowadzała młodych przez granicę między stanami; a kolęda nie była pięknym dodatkiem do trzaskającego w piecu ognia, jej słowa miały nieść urodzaj i pomyślność w domu i gospodarstwie.

Industrializacja przyniosła inny rytm. Praca przeniosła się z pól do fabryk, biur, hal, a potem do open space’ów, w których króluje szum klimatyzacji, stuk klawiatur i powiadomienia z komunikatorów. Na głośny śpiew nie ma tam miejsca – chyba że w słuchawkach, jako prywatny soundtrack, który pomaga złapać własny rytm pracy w miejscu, które samo z siebie rzadko sprzyja skupieniu.

Razem z zanikiem wspólnego muzykowania w domach zaczął słabnąć ustny przekaz- tego, co śpiewano, kiedy trzeba było dodać sobie odwagi, przeżyć żałobę albo po prostu pobiesiadować w sobotę.

Sposób na budowanie wspólnoty

Festiwal „Z tamtej strony rzeki” nie udaje wehikułu czasu: nikt nie każe nikomu wracać do kosy i cepa. Zamiast tego tworzy coś w rodzaju żywego laboratorium – przestrzeń, w której można przez dwa dni sprawdzić, co dzieje się z ludźmi, kiedy w centrum spotkania stawia się pieśń, a nie scenografię.

Warsztaty białego śpiewu, obrzęd sobótkowy, potańcówki, ognisko, przegląd zespołów – na papierze wygląda to jak lista punktów programu. W praktyce oznacza szereg małych sytuacji, w których człowiek nagle odkrywa, że ma więcej głosu, niż mu się wydawało.

Pierwsze dźwięki są zwykle ciche, niepewne, jakby głos musiał się przebić przez grubą warstwę wstydu. W naszej kulturze, ostatnie 100 lat to był czas stopniowego odzielania się od swojego naturalnego głosu i zanik tradycji śpiewaczej. Ciała naszych przodków zapomniały, a ciała ich potomków nie zdążyły nauczyć się pełnego, głębokiego oddechu. Wspólne śpiewanie działa wtedy trochę jak łagodna terapia – pomaga zdjąć z siebie napięcie, rozpuścić samotność albo poczuć przynależność. Badania nad grupowym muzykowaniem tylko potwierdzają to, co dawniej wiedziano intuicyjnie: kiedy ludzie śpiewają razem, szybciej stają się sobie mniej obcy.

Festiwal Pieśni Ludowej "Z tamtej strony rzeki"

Festiwal Pieśni Ludowej „Z tamtej strony rzeki” fot. Rafał Koszuta

Odwaga przy stole

Można zapytać: co stałoby się z naszymi stołami i spotkaniami, gdyby od czasu do czasu obok słów pojawiła się pieśń. Zamiast kolejnej ostrej rozmowy przy świętach – jedna wspólna kolęda, choćby nie do końca równa, za to naprawdę wspólna.

Śpiew nie zdejmie z nas wszystkich sporów i nie sprawi, że nagle zaczniemy myśleć tak samo. Może jednak sprawić, że łatwiej będzie nam się „dograć” w zwykłej codzienności, skoro choć przez chwilę potrafimy zestroić się w dźwięku. A stąd już tylko krok do pytania, które trudno zbyć milczeniem: skoro umiemy zaśpiewać jednym głosem, to czy naprawdę dzieli nas aż tak wiele?

Zdanie, które wraca jak refren

„Nie ma takiego ludu, który by nie śpiewał” – powtarza śpiewaczka Agata Harz,  która od lat pracuje z tradycyjnym repertuarem. Za tym zdaniem kryje się prosta intuicja: śpiew nie jest luksusem, hobby ani dodatkiem do weekendu, ale jednym z podstawowych sposobów, w jakie człowiek oswaja swoje życie.

Po dwóch dniach w Adamowiźnie to zdanie brzmi jak coś oczywistego. Ważniejsze wydaje się inne pytanie: czy my jeszcze pamiętamy, jak to się robi razem

Bo kiedy festiwal się kończy, ognisko dogasa, a dworkowy park pustoszeje, to, co naprawdę zostaje, nie mieści się w programie ani w relacji fotograficznej. Zostaje poczucie, że gdzieś pod warstwą codziennych obowiązków i nawyków nadal drzemie w nas odruch wspólnego śpiewu. Wystarczy dać mu choć jeden weekend i trochę przestrzeni – najlepiej tam, gdzie zamiast sceny wciąż jest jeszcze ziemia.

 

 

 

Autorzy

Odkryj więcej z Zielone Wiadomości

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej