ISSN 2657-9596

Dziennik okrętowy znaleziony na tratwie. Odcinek 12: Stopnie i tytuły

Monika Kostera
29 września 2021
MOTTO:
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki, przelewająca się od kilku dziesięcioleci przez świat, jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności, jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.

Pewna wielka uczona zatrudniona na nowoczesnym i doskonałym brytyjskim uniwersytecie zachorowała na nowotwór. W trakcie leczenia przez jakiś czas czuła się nieźle. Potrzebowała i chciała pracować, zwłaszcza ze swoimi doktorantami, którzy jej potrzebowali i bardzo ją kochali. Jednak jej pracodawca pozbawił ją stanowiska i zakazał pracy z doktorantami. Gdy w zreformowanym systemie uczelnia zabiera stanowisko, to tnie wszystko aż do doktoratu. Jedna z najwybitniejszych uczonych, jakie spotkałam w życiu, umarła jako doktor. Pewien brytyjski emerytowany profesor, wybitny uczony światowej sławy, protestował jakiś czas temu głośno przeciwko złemu zarządzaniu na uniwersytecie, gdzie przepracował dużą część swojego życia zawodowego. Ostrzegał przeciwko konsekwencjom takiego zarządzania (jak się teraz okazuje, wszystkie jego ostrzeżenia się sprawdziły, z naddatkiem). Uniwersytet w odpowiedzi pozbawił go honorowego tytułu professor emeritus. Na innym brytyjskim uniwersytecie, jednym z World Top-100, na stanowisko profesora został awansowany ze stanowiska adiunkta (senior lecturer on probation) meteorycznie – w ciągu jednego roku – człowiek bez dorobku naukowego, ale za to ulubieniec nowych władz do specjalnych poruczeń, mobber i łamistrajk. Francuskie uczelnie prywatne zatrudniają na stanowiska profesora faceta lub babkę ładnie wyglądających, fajnych, bo im się podobają. Po kilku latach zwalnia się takiego modela bez powiedzenia “przepraszam”. (Za to unikająca zaorania przez zreformowanie francuska publiczna wyższa edukacja ma wszystkie stopnie i tytuły z całymi instytucjami im przynależnymi, jak w Polsce, i bardzo na serio.)

Doktorat jest w zreformowanym doskonałym systemie akademii ostatnim stopniem należącym do uczonego, wszystko co powyżej – należy do pracodawcy. Taki system teraz marzy się po nocach polskim młodym akademickim wilczkom, domagającym się zniesienia habilitacji. A też i wiele całkiem sensownych osób z polskiego środowiska akademickiego wyraża nadzieję, że imitacja rozwiązań anglosaskich będzie dla nich korzystna jako dla naukowców, bo nie będziemy musieli tyrać u pana feudała, bo w praktyce często przyjęło się, że stopnie i tytuły to nagrody za dobre sprawowanie na dworze (np. taka miła kwestia od nestora polskiej akademii do autorki tych zapisków: „przecież dostałaś te wszystkie stopnie i tytuły, to o co ci jeszcze chodzi? powinnaś być wdzięczna, a nie ciągle zabierać głos”, nie to tamto, że ciężko zapracowałam itd.).

Ale zniesienie habilitacji i profesury tytularnej nie jest dla naukowców korzystne, bo wtedy dopiero uzależnia ich jednostronnie od zarządów (chyba że dla wilczków, bo oni aspirują do czego innego niż rozwój naukowy). Coraz rzadziej w zreformowanych anglosaskich uczelniach te zarządy mają wiedzę o akademii, a jeszcze rzadziej – szacunek dla nauki i naukowców. Ich cele są inne, biznesowe, i żadne struktury i tradycje nie chronią nauki i naukowców przed zasadniczym przesunięciem celów. Co więcej, stanowiska profesorskie są coraz częściej opisywane i definiowane przez zarządy i ich zawartość naukowa jest coraz mniejsza. Brytyjski profesor to obecnie głównie administrator i menedżer. Znam wielu dobrych uczonych, którzy explicite nie chcą zostać profesorami, bo nie mają ochoty utonąć w administracji do cna.

Owszem, za nieprawomyślność na polskiej uczelni można też człowieka zdegradować do kości. Jednak nie można mu odebrać habilitacji i profesury tytularnej. Utrata stanowiska na zreformowanym Zachodzie oznacza utratę prawa do posługiwania się jego nazwą. Pozostaje doktorat. I skarpetki z logo uczelni.

Polityka akademicka powinna polegać na tym, by podpisywać umowy o wzajemnym respektowaniu swoich stopni i tytułów – a nie na lamentowaniu, jacy jesteśmy beznadziejni i jak powinniśmy wszyscy położyć się w kąciku i przykryć starą śmierdzącą derką (albo trzaskać ekspresowo punkciki). Tak jak studenci, nieprawdaż? Fajnie by było, gdyby nasze osiągnięcia powyżej magistra: polski doktorat, polska habilitacja, polski tytuł profesora były uznawane przez Francję, Szwecję, Niemcy, może i Anglosasów… kto wie? Oni czasami cenią skarby, które sami przetracili.

Brońmy stopni i tytułów, póki jeszcze mamy coś więcej na sobie niż eleganckie markowe skarpety, bo te stopnie i tytuły są nasze, nie pracodawcy. A jeśli nam się nie podoba sposób, w jaki są przyznawane, to jest to nasza własna wina i tylko my coś z tym możemy zrobić.

———————-

Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.