ISSN 2657-9596
Fot. Pixabay/ Joergweitz

Dziennik okrętowy znaleziony na tratwie. Odcinek 10: Parametryzacja

Monika Kostera
15 września 2021
 prof MOTTO:
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.

Doskonała uczelnia, Polska 2021. Ze specjalnych funduszy odpalane są inicjatywy badawcze w ramach których pracownicy występują o finansowanie nowych projektów. Powszechnie celebrowana idea głosi, że trzeba koniecznie zmobilizować młodych żeby publikowali za punkty. Niektóre projekty wyglądają nawet ciekawie. Ale trzeba je zrealizować, trzeba wiedzieć jak. Trzeba wiedzieć po co, jaki jest wkład w naukę. Trzeba czytać i wiedzieć, co i gdzie już zostało powiedziane – a co jeszcze nie. Trzeba też umieć opublikować to wszystko co się obiecało, “w prestiżowych międzynarodowych pismach”. Trzeba wiedzieć jakie to pisma. W jaki sposób publikować. Jednakowoż formują się grupki badaczy. Często rzeczywiście składające się młodych – sukces. Zdobywają fundusze, wszyscy im gratulują. Ale co dalej, co dalej??? Etatowi badacze wynajmują na czas projektu studentów i ex-studentów, czasami na zlecenie, ale bywa że za darmo, „dla prestiżu”, takich, którzy wiedzą jak robić badania i którzy chyba coś napiszą. Ale tych ludzi się nie zatrudnia. Nie ma dla nich etatów. Dla etatowych są gratulacje, są sukcesy, są „pieniążki”, może będą „punkciki”. I o to chodzi? Zaraz, zaraz…

Co z wkładem w wiedzę? Nikt o tym nie mówi… teraz trzeba mieć punkty. Na istniejące już projekty i badania nie ma wsparcia ani struktur. Co ludzie w ogóle badają, czy ktoś to wie? Co z tego wynika, czy są jakieś seminaria, dyskusje, wymiany myśli? A co się dzieje, gdy ktoś faktycznie coś opublikuje? Oprócz znanych nam nie od dziś Złotych Neronów, którzy tak jak byli, tak są celebrowani za wszystko. Niektóre wartościowe publikacje w ogóle od razu “idą na przemiał” – są przemieniane w punkty, nie mówi się nic o ich treści. Podsypuje się nimi drzewo z pieniążkami, które idą tam gdzie idą – w górę, do Neronów. System się sam wyżywi, po to żeby gra mogła się toczyć dalej.

A mogłyby być, z tych istniejących badań, o wiele lepsze tematy badawcze, bo faktycznie realizowane, ba całe projekty dla całych zespołów. Ale gra w punkty nie jest grą, na której korzystają badania, badacze czy nauka. Jest to gra, której zasad łatwiej się nauczyć, niż jak robić badania. I którą łatwo jest zarządzać. W taki sposób zarządzać każdy może (jeden lepiej, drugi gorzej). Jak taśma montażowa sprawiała, że produkcja samochodów stała się tańsza i prostsza (i bezgranicznie nudna), tak parametryzacja powoduje, że produkcja czegokolwiek staje się równie prosta jak produkcja gwoździ. I efekt jest taki, że ze wszystkiego wychodzi mądrość jak gwoździe, z nauki też. Jest to część trwającej od wielu dziesięcioleci fali audytyzacji. Badacze na świecie przeprowadzili wiele dobrych badań, pokazujących, w różnych obszarach życia społecznego, również w akademii. Wiemy z nich, że parametryzacja nauki powoduje eksplozję gierek, takich jak kółka wzajemnych cytowań (a ileż dworskiej mikropolityki wokół tych kółek! jakiż potencjał dla mobbingu i kolesiostwa), drastyczne obniżenie jakości badań (bo trzeba szybko „zapunktować”, a potem i tak nikt tego nie czyta, bo to nie jest punktowane i nikt nie ma na to czasu, a nawet jakby miał to większość tych produktów nie nadaje się do czytania). Do tego dochodzą oszustwa i przekręty – wzrost ilości plagiatów i autoplagiatów. W innych krajach bywa to mniej lub bardziej energicznie tępione, ale w Polsce autoplagiatorstwo się już w zasadzie znormalizowało, ludzie bez krygowania walą te same teksty kilka, a nawet kilkanaście razy w różnych pismach, bywa, że nie zmieniają tytułów. Pojawiają się mistrzowie gatunku, tacy, którzy np. publikują ten sam tekst, powołując się w kolejnych wersjach na samego siebie z poprzedniej wersji, która zawiera cytowanie do jeszcze poprzedniej… nie wynaleziono u nas prochu, perpetuum mobile i owszem. Młodzi, „dla których to wszystko jest robione” patrzą, uczą się… i demoralizują. Do tego w dochodzą atrakcje takie, jak podawanie indeksów z… sufiksu (jak nazywa tę część ciała moja koleżanka filolożka klasyczna). Kto może sobie na to pozwolić (ze względów mikropolitycznych), gra w to, w co wygrywa, czyli np. podaje „H-Index” z google scholara lub innych równie poważanych źródeł – to tak jakby mierzyć naukę ilością lajków na fejsie (my tu śmichu chichu, a jak znam życie, to jakiś Neron już to robi).

Wielu młodych polskich uczonych popierało i nadal popiera parametryzację, bo myślą, że wreszcie zostaną docenieni, że teraz będzie twarda obiektywna miara. Dobry zwyczaj w akademii mówi, by nie wierzyć we wszystkie cuda na patyku, tylko najpierw poczytać o badaniach. A badania są.

Niektóre to klasyka. Stare dobre prawo Goodharta z ubiegłego stulecia mówi, że miara, która staje się celem, przestaje być dobrą miarą. Polski uczony Witold Kieżun zademonstrował dodatkowo, że gdy cele jednostek się zautonomizują, to następuje przesunięcie celów – dobro wspólne zostaje zaniedbane, każdy zajmuje się osiąganiem własnych korzyści. Nauka jest dobrem wspólnym. I te stare prawidłowości potwierdzają nowsze badania prowadzone w różnych krajach.

Co więcej, w naszym kraju nawet te osobiste korzyści są wątpliwe dla większości zwykłych akademickich zjadaczy chleba. Podczas gdy w Wielkiej Brytanii badacz zabiera swoje punkty ze sobą, gdy zmienia pracę, to w Polsce pozostają w miejscu zatrudnienia. Uczony może się przenieść w nowe miejsce w skarpetkach, z logiem albo bez loga ex-pracodawcy, jak woli.

To co jest produkowane w ten sposób to nie nauka, ale czysta entropia. Dwóch uczonych, Mats Alvesson i Yiannis Gabriel, pytają – co by się stało, gdyby nagle jakiś kataklizm spowodował, że wykasuje się z wszystkich serwerów 80% losowych publikacji z nauk społecznych z ostatnich 20 lat. Czy świat się zawali? Czy Extinction Rebellion zorganizuje żałobne marsze we wszystkich większych miastach świata?

A Wy, jak sądzicie?

———————-

Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.