Komisja Europejska 30 listopada opublikowała pakiet wniosków dotyczący gospodarki o obiegu zamkniętym. Jednym z jego elementów jest rozporządzenie kładące bezprecedensowy jak dotąd nacisk na minimalizację odpadów opakowaniowych, upowszechnienie opakowań wielokrotnego użytku oraz obowiązkowość wprowadzenia systemu kaucyjnego. Cele te są zbieżne z ideą zero waste, która dzięki pracom legislacyjnym KE z ruchu społecznego zamienia się na naszych oczach w prawo obowiązujące na terenie całej Unii Europejskiej.

Mimo przyjętych w 2019 r. nowelizacji ustaw o odpadach, tzw. pakietu odpadowego, Unii Europejskiej nie udało się uchronić przed zalewem odpadami opakowaniowymi. Ich ilość “rośnie szybciej niż faktyczny recykling, a przyrost ten w ciągu ostatnich 10 lat wyniósł ponad 20%, w szczególności jeśli chodzi o opakowania jednorazowego użytku. Bez wprowadzenia dodatkowych środków wolumen wytwarzanych odpadów z tworzyw sztucznych wzrósłby o 46% do 2030 r. i o 61% do 2040 r. w porównaniu z rokiem 2018” – czytamy na stronach KE.

Rozporządzenie zostanie zaprezentowane w Parlamencie Europejskim i w Radzie UE,
gdzie zostaną odpowiednio podniesione ambicje celów i kierunek działań, a pewne niedociągnięcia zostaną poprawione. Za najważniejsze zmiany już należy uznać: bezpośrednią transpozycję prawa UE do prawa krajowego poprzez rozporządzenie, wiążące cele zapobiegania zaśmieceniu odpadami opakowaniowymi, co ma zatrzymać i odwrócić aktualny niekorzystny trend wzrostowy, nacisk na wielorazowość opakowań i obowiązkowe systemy kaucyjne w całej Unii.

Piotr Barczak
European Environmental Bureau

Rozporządzenie: zero waste prawem, nie wyborem

Decyzja Brukseli jest wynikiem zniecierpliwienia nieskutecznym działaniem rządów poszczególnych państw-członków Unii, w tym Polski. Dotychczasowe regulacje w zakresie odpadów były wprowadzane w formie dyrektyw, co pozostawiało rządom wiele dowolności w wyborze form i środków i nie doprowadziło do zmniejszenia ilości odpadów. A wręcz odwrotnie!

Rozporządzenie to efektywne narzędzie wdrażania przepisów. W przeciwieństwie do dyrektywy rozporządzenie bezpośrednio wdraża prawo UE i dotyczy wszystkich państw członkowskich w identycznym zakresie. Co zatem czeka nas w niedalekiej przyszłości?

Minimalizacja odpadów opakowaniowych

O zmniejszeniu produkcji opakowań mówi się od dawna. Skąd więc taki entuzjazm w stosunku do celów zawartych w rozporządzeniu KE? Dotychczas ilość wprowadzanych na rynek opakowań stale rosła. Wniosek ma odwrócić ten szkodliwy trend. Co prawda założenia są dość skromne 5% do 2030 r., 10% do 2035 r. i 15% do 2040 r., ale jak ocenia specjalista z European Environmental Bureau, Piotra Barczaka to bardzo ważna zmiana: – Mimo działań i deklaracji biznesu nie udało się zredukować produkcji odpadów opakowaniowych. Nadszedł więc czas na ograniczenia wprowadzane przez obowiązkowe prawo europejskie. W procesie legislacyjnym inne instytucje UE dalej zwiększą ambicje tych celów redukcyjnych.

Reuse: ponowne użytkowanie

Zwrot ku wielorazowości to długo wyczekiwana rewolucja w polityce odpadowej Unii, szczególnie przez ruchy zero waste. Konsumenci będą mogli kupować niektóre produkty w opakowaniach wielorazowych lub wielokrotnego napełniania albo w ogóle bez opakowania. W tym celu we wniosku wprowadzono obowiązkowe wartości docelowe dotyczące ponownego użycia lub ponownego napełnienia dla różnych sektorów, w tym sektora napojów (bezalkoholowych i alkoholowych), sektora dań na wynos i handlu elektronicznego. Aby je spełnić przewidziano również obowiązkowe systemy zwrotu kaucji. Wielorazowość wymusi także pewną standaryzację formatów opakowań. Zakazane będą zbędne opakowania, np. owijki owoców i warzyw czy miniaturowe opakowania jednorazowego użytku w hotelach.

To ruch w bardzo dobrym kierunku, ponieważ Komisja Europejska dostrzegła ogromny potencjał prośrodowiskowy drzemiący w opakowaniach wielorazowych. Wydaje się jednak, że proponowane w tej materii cele mogłyby być bardziej ambitne. O ich zwiększenie będziemy aktywnie zabiegać w Parlamencie Europejskim.

Filip Piotrowski
Polskie Stowarzyszenie Zero Waste

Frans Timmermans zwrócił uwagę na na jeszcze jeden aspekt takiej zmiany. Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej mówił, że podczas gdy producenci opakowań jednorazowego użytku „muszą inwestować w zmiany”, zachęcanie do opakowań wielorazowych wygeneruje ponad 600 tys. miejsc pracy w branży do 2030 r.

Rozporządzenie Komisji Europejskiej to dobra wiadomość dla ekologów. Cele zawarte w dokumencie przyświecały członkom Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste od momentu założenia. Cieszy nas podniesienie filozofii zero waste do rangi prawa na terenie całej Unii Europejskiej. W takich dniach czujemy dumę, że wybrany przez nas sposób życia teraz na drodze legislacji staje się podstawą myślenia o gospodarce. Za tą filozofią stoją codzienne świadome wybory tysięcy osób, społeczności, którą współtworzyliśmy w Polsce w odpowiedzi na wyzwania współczesności – podsumowuje Patrycja Kita, koordynatorka kampanii społecznej Kaucja wraca, Polskie Stowarzyszenie Zero Waste.

Źródło: Polskie Stowarzyszenie Zero Waste


 

Podczas moich pierwszych studiów mieszkałam w Szwecji i pracowałam w gastronomii. Moim pierwszym miejscem pracy była kawiarnia w centrum miasta, której właściciele właśnie wrócili z USA i byli pod ogromnym wrażeniem nowego trendu w zarządzaniu, który tam się właśnie pojawił – in search of excellence, dążenie do doskonałości firmy.

Kawiarnia bardzo szybko rozwinęła się w znaczącą regionalną sieć, zaczęło być o niej głośno w mediach i stawiana była jako przykład dla innych kawiarni i restauracji jako „gastronomia przyszłości”. My, pracownicy, byliśmy skłaniani do coraz bardziej intensywnego wysiłku, liczba klientów rosła, a pracowników – malała, nie wolno nam było zabierać do domu jedzenia, które zostało po dniu i było bliskie terminu ważności – należało wszystko wyrzucać do śmieci. Często nie miałam w domu nic do jedzenia i wyrzucanie całych tac pełnych dobrych kanapek, sałatek, makaronów było dla mnie czymś naprawdę niegodziwym. Taca po tacy kanapek z krewetkami zjeżdżających do czarnego worka na śmieci – mam je przed oczami do dziś. Oczywiście, że podjadaliśmy co się dało, gdy szefowej nie było w okolicy – to był czas przed kamerami monitorującymi pracowników (wtedy na taki wynalazek powiedziałoby się – szpiegującymi), więc korzystaliśmy z tej możliwości. Na moich studiach przerabialiśmy tayloryzm i alienację pracy. Nie miałam żadnych problemów ze zrozumieniem tematu.

Pracowałam potem w kilku innych kawiarniach, aż trafiłam do restauracji pod miastem, która była pod każdym względem niedoskonała. Dojazd był niedoskonały – prawie godzina autobusem. Staroświecki lokal, tradycyjne potrawy, stary kucharz, który jednocześnie był właścicielem i szefem. Gotował wspaniale i był dobrym człowiekiem. Na koniec każdego dnia pracy podawał swoim pracownikom obiad, sam siadał razem z nami przy stole, jedliśmy i rozmawialiśmy. Można było zabrać do domu wszystko, co zbliżało się do końca terminu; w tym czasie nigdy nie brakowało mi w domu jedzenia. Szef nie żałował nam niczego – kiedyś po przyjęciu weselnym, gdy goście rozeszli się do domów, otworzył dla nas szampany i wypiliśmy wszyscy razem po toaście – nie za młodych, ale za nas, za naszą dobrą pracę. Zmywanie zostało na następny dzień. Lubiłam tam pracować, lubiłam moje koleżanki i kolegów z pracy, lubiłam klientów. Było nas tyle, że często siedziało się w kuchni i rozmawiało. Ileż czasu w ten sposób niedoskonale spędziliśmy na pogaduszkach! Ileż się niedoskonale najedliśmy, naśmiali, nasmucili, nawygłupiali i namilczeli razem.

Doskonałość nie jest częścią kondycji ludzkiej. Wiele religii ogranicza ją wyłącznie do istot boskich, a ludzkie próby przypisywania sobie jej postrzega jako niegodziwą uzurpację, przejaw pychy. Jak głosi biblijna Księga Przysłów, pycha poprzedza upadek. Pycha to źródło wszelkiego zła, bo oznacza samo-ubóstwienie. W chrześcijaństwie to grzech główny, bo powoduje utratę łaski; jest to grzech, z którego powstają wszystkie inne.

Badacze tacy jak Martin Bowles, Yiannis Gabriel czy Jerzy Kociatkiewicz zaobserwowali tendencję organizacji szczycących się swoją doskonałością do generowania masywnego, mrocznego zjawiska, znanego jako cień organizacyjny. Gdy wszelkie niedoskonałości wypierane są ze świadomej komunikacji międzyludzkiej, rozwija się w ukryciu cień, który czasem eksploduje z ogromną, niszczycielską siłą w postaci nagłych kryzysów, przemocy, mobbingu. Paradoks polega na tym, że im bardziej kierownictwo stara się kontrolować i sterować kulturą organizacji, tym lepszy grunt powstaje dla rozwoju cienia. Dążąc do perfekcji, nie dostrzegając ograniczeń takiego postępowania; organizacje tracą zdolność dostrzegania swoich błędów. Menedżerowie projektują wszelkie negatywne sygnały na innych: konkurentów, klientów, związki zawodowe, pracowników. Pracownicy w takich kulturach często czują się nieswojo, bywają przygnębieni, jest też tendencja do pojawiania się poważnych problemów takich jak depresja, desperacja, a nawet fale samobójstw. Kierownictwo nie przyjmuje negatywnych sygnałów w roli sprzężenia zwrotnego, co pozwoliłoby się organizacji uczyć na błędach, tylko stosuje sprzężenie zwrotne dodatnie – więcej tego samego: więcej wyparcia, więcej presji, więcej doskonałości. Zamiast uczenia się pojawia się błędne koło i sprawia, że ​​przywództwo i system komunikacji stają się coraz bardziej jadowite i złowrogie dla kultury organizacji. Na koniec organizacja wkracza w fazę piekła. Yiannis Gabriel opisuje miejsca pracy, gdzie ludzie fizycznie chorują, wręcz duszą się, podczas gdy wskaźniki doskonałości rosną, menedżerowie otrzymują coraz większe bonusy za doskonałe zarządzanie, pojawia się apatia i poczucie, że nic się nie da zrobić, paraliżujący brak sprawczości. Jedynym sposobem rozwiązania tego problemu jest konfrontacja ze słabościami i negatywnością, przyznanie, że jest się niedoskonałym. Tylko światło świadomości może pokonać mrok cienia; tylko ludzka kruchość może nas uratować przed piekłem.

Koniec bohaterów

był czas, kiedy wierzyłam
w silnych i stałych
w dobrego szeryfa
w bohatera bez skazy.
potem liczyłam,
że zstąpi mistrz zen,
niechętnie,
lecz w pokoju ducha.

teraz ufam tylko ludziom
z niskim progiem bólu,
z tętnem skłonnym do pośpiechu,
z żołądkiem zbyt słabym,
by grać według zasad,
z oddechem zbyt krótkim
by je złamać.

teraz polegam tylko na mistrzach ucieczki
którzy szybciej stracą koszulę lub zdrowie
niż założą kamienną maskę. jeśli jest

jeszcze jakakolwiek nadzieja,
nie leży w mózgu,
w sercu, w twarzy,

ale w żołądku
który się obraca,
robi przewrót.

(Savigny-le-Temple, 2021; tłum. z j. angielskiego Jarema Piekutowski)

Doskonałość być może jest domeną tego, co boskie, ale jeśli tak, to my, niedoskonali ludzie, nie pojmujemy, na czym polega – jest zbyt złożona, zbyt dynamiczna i wielowymiarowa, by dała się ogarnąć przy pomocy zmysłów czy nawet najbardziej zaawansowanej technologii. Prawdopodobnie ma w sobie potencjał twórczy, a nawet stwórczy. Pisze o tym amerykański myśliciel i teolog Richard Rohr, który boskość rozumie jako wielowymiarowy proces, nieskończony, wcielony i przejawiający się w życiu naszej planety i całego Kosmosu. Jest paradoksalna, stale przejawiająca się w naszych relacjach ze sobą, z innymi, ze światem. Świętość to więź wszystkiego ze wszystkim. Na pewno taka boskość nie jest stanem bez błędu, bez skazy, bez wahania, bo taki stan jest martwy, nieludzki ale też i nieboski; raczej przypomina maszynę niż tryskający życiem las czy Eden. Może go wyprodukować robot i AI. A skrzypce Stradivariusa wyróżniają się tym, że są niedoskonałe. Pełna symetria wytwarza bowiem przykry dźwięk.

Franco Zanini, fizyk i skrzypek z Triestu we Włoszech, zbadał skrzypce Stradivariusa i zaobserwował pęknięcia, nierówności, nawet otwory po owadach:

„Odkryliśmy, że było kilka drobnych asymetrii. Zasadniczo nie ma powodu, by tam były, ale być może te małe niedoskonałości zostały wprowadzone w celu wyeliminowania nieprzyjemnego brzmienia symetrycznych instrumentów”.

Ostre efekty idealnego zrównoważenia instrumentu mogą uczynić nutę nieprzyjemną. W skrzypcach Stradivariusa są usuwane przez rezonans drewna.

„Zrobienie tego wykracza poza możliwości komputera” – mówi dr Zanini. „Więc być może robili to przez przypadek, albo metodą prób i błędów. Ale nie jest wykluczone, że te niedoskonałości zostały wprowadzone celowo, aby usunąć nieprzyjemny dźwięk.”

Możliwe ze nasza ludzka niedoskonałość jest odzwierciedleniem boskiej doskonałości.

Nieregularność

Nie zakochuję się
w gładkich, symetrycznych,
ale w drobnych ułomnościach,
które prześwitują przez kształty.
Tracę głowę
dla pękniętej miski,
dla przechylonego domu,
dla nierównego czoła,
dla kulawego biodra Jakuba.

(Warszawa, 1993; tłum. z j. angielskiego Jarema Piekutowski)


 

Po latach narodowo-konserwatywnych rządów polski system edukacyjny jest coraz silniej skupiony na podtrzymywaniu archaicznej wizji przeszłości zamiast na dawaniu uczennicom i uczniom narzędzi krytycznej analizy rzeczywistości. Anna Dzierzgowska, nauczycielka historii z Warszawy z doświadczeniami tak z sektora publicznego, jak i społecznego, wskazuje na korzenie tego problemu, sięgające głębiej niż reformy Prawa i Sprawiedliwości. Pokazuje również, jak może wyglądać bardziej włączające, pluralistyczne spojrzenie na przeszłość.

Green European Journal: Jak opisałabyś podejście rządów PiS do polityki edukacyjnej od czasu, gdy partia ta objęła w roku 2015 władzę?

Anna Dzierzgowska: Zanim odpowiem na to pytanie muszę krótko powiedzieć o tym, z jakiej perspektywy mówię. Przez większość mojej kariery zawodowej uczyłam historii w szkołach niepublicznych – dziś z kolei pracuję zarówno w sektorze społecznym, jak i publicznym. Jestem również córką osoby, odpowiedzialnej za reformę edukacji za czasów centroprawicowej koalicji AWS-UW po roku 1997.

Wśród skutków tych reform znalazło się utworzenie gimnazjów – nowego szczebla edukacyjnego pomiędzy szkołą podstawową a kształceniem ponadpodstawowym. Dane, zgromadzone m.in. w ramach badań PISA wskazują na to, że ich utworzenie przyczyniło się do poprawy wskaźników kształcenia – przy równoczesnym ograniczeniu nierówności w zakresie jakości edukacji między miastem a wsią. Po początkowych trudnościach, wynikłych z faktu, iż szkoły te gromadziły osoby młode w trudnym okresie ich dojrzewania, nauczycielki i nauczyciele zaczęli cenić uczenie w placówkach tego szczebla.

Rozpoczęłam swoją wypowiedź od tej właśnie kwestii nie bez powodu. Jedną z przedwyborczych obietnic Prawa i Sprawiedliwości była likwidacja gimnazjów i powrót do poprzedniego systemu 8 lat szkoły podstawowej i 4 lat ponadpodstawowej w miejsce modelu 6+3+3. Nie wierzyłam w to, że to zrobią – ale to zrobili. Efektem tego był chaos. Szkoły ponadpodstawowe zaczęły gromadzić więcej uczniów, ale już nie więcej nauczycielek, jako że coraz więcej osób zdecydowało się na zmianę zatrudnienia i znalezienie pracy w nowym zawodzie.

PiS zdecydował się w roku 2017 na znaczące zmiany w programach nauczania, stawiających na promowanie określonej wizji polskiej historii oraz miejsca kraju w świecie. Jak oceniasz cele, stojące za tą reformą? Kto w tej wizji historii Polski i świata się mieści, a kto jest z niej wykluczony?

Historia znalazła się w forpoczcie tej konserwatywnej kontrrewolucji. Muszę jednak zauważy, że w Polsce od zawsze była ona nauczana w bardzo narodowocentryczny sposób. Historia polityczna była i jest tu uważana za znacznie ważniejszą niż społeczna czy gospodarcza. Trend ten uległ obecnie turbodoładowaniu – i to do poziomu, przez który sama rozważam odejście z zawodu.

Zmiany, o których mówimy, zostawiają niewiele miejsca na nauczanie z perspektywy wartości, takich jak wolność czy Europa. Zamiast tego opierają się na bardzo już archaicznych trzech filarach: kulturze greckiej, prawie rzymskim oraz chrześcijaństwie. Nawet ten ostatni element jest węższy niż jego ideowy poprzednik – judeochrześcijański model religijności. Zamiast mówienia o przeszłości z perspektywy praw człowieka musimy się godzić na propagandową narrację o wielkiej Polsce w potężnej Europie. Taka wizja historii nie umożliwia nam zrozumienia źródeł współczesnego (nie)ładu światowego, nie mówiąc już o jego zakwestionowaniu.

Podobne trendy można zauważyć w nauczaniu innych przedmiotów – dla przykładu lekcje Wiedzy o Społeczeństwie (WoS) zastąpione zostały Historią i Teraźniejszością (HiT) gdzie, pomimo nazwy, nie pozostało zbyt wiele miejsca na rozmowę o współczesności. To dużo bardziej pomnik obsesji obecnego ministra edukacji, Przemysława Czarnka, nakierowanych na walkę z „ideologią gender”, feminizmem, marksizmem czy osobami nieheteronormatywnymi. Kusi mnie czasem nauczanie tego przedmiotu po to, by mówić o tych kwestiach na sposób, który byłby w kontrze do założeń ministerstwa.

Zmiana ta nastąpiła pomimo tego, że WoS był wśród młodych ludzi całkiem popularny. Rozmowa o współczesnych wyzwaniach była źródłem żywych emocji. W trakcie niedawnego kryzysu humanitarnego na granicy z Białorusią (będącego rażącym złamaniem praw człowieka) rozmawiałam ze swoimi uczennicami i uczniami na temat wojny w Afganistanie. Wspólnie oglądaliśmy dokumenty na temat niedawnego przejęcia władzy w tym kraju przez Talibów. Celem było zrozumienie tego, skąd pochodzi część spośród trafiających do nas uchodźców i dlaczego Polska ponosi co najmniej częściową odpowiedzialność za ich sytuację. Współczesna historia zachodniej i środkowej Azji jest czymś, czym powinniśmy być bardzo zainteresowani. Zamiast tego musimy radzić sobie z przedmiotem, który każdą nową ideę (w tym ekologię) prezentuje w kategorii potencjalnego zagrożenia dla konserwatywnego sposobu myślenia, przed którym należy chronić młode osoby.

W jaki sposób sytuacja różni się od dotychczasowych programów nauczania? Jakie są skutki tych zmian po pięciu latach od omawianej przez nas reformy?

Wszystko to skutkuje brakiem umiejętności szerszego, globalnego spojrzenia na to, co się dzieje współcześnie. Mamy program, który zamyka nas przed światem i nie pozwala na poszerzenie perspektywy. Funkcjonujemy w systemie, który daje nam fałszywe poczucie wiedzy. Kończący szkołę są przekonani, iż wiedzą sporo o świecie i o tym, czym jest wiedza oraz historia. Nie muszą potem pamiętać wszystkich dat i faktów, mają za to silne opinie co do tego, że historia to polityka, a nie np. her- czy queerstorie.

W efekcie wracamy do kwestii z poprzedniego pytania, a mianowicie o to, o czyjej historii mówimy. W tym wypadku – o historii zwycięzców i perspektywie narodowej, wykształconej w XIX wieku w czasach europocentryzmu, kolonializmu i ksenofobii. Z tej perspektywy uczymy się na przykład o Mieszku I jako twórcy nowoczesnego państwa polskiego bez uwzględniania tego, że w obliczu współczesnej wiedzy naukowej opowieść ta ma niewiele lub zgoła nic wspólnego z faktami.

Na tym jednak problem się nie kończy. Żyjący w X wieku książę prezentowany jest jako jeden z kluczowych graczy świata, w którym żyjemy – świata kryzysu klimatycznego i uchodźczego. Zmuszamy młodych ludzi do zapamiętywania przeszłych władców Polski, a jednocześnie nie widzimy większego problemu w tym, że nie do końca wiedzą jak wygląda Azja, jacy ludzie zamieszkują Bliski Wschód i że nie wszyscy z nich są muzułmanami. Nie mówiąc już o wspominaniu, że nie powinno się utożsamiać muzułmanów z islamistami.

Już te przykłady dają pewne wyobrażenie co do tego, o czyjej historii tu mówimy. Mamy do czynienia z wąską interpretacją przeszłości, w której marginalizuje się społeczności inne niż państwa i narody. Nie uczymy się za wiele o historii chłopów jako klasy społecznej, o historycznej pozycji kobiet czy odmiennych formach samoorganizacji, takich jak społeczności zbieracko-łowieckich. Wśród materiałów edukacyjnych znajdziemy nawet takie, w których – w kontekście niewolnictwa w USA – więcej miejsca zajmują biali abolicjoniści niż doświadczenia społeczności afroamerykańskiej.

Wszystko to dzieje się w kontekście i tak już przeładowanych programów nauczania, przez co brakuje czasu na krytyczną analizę, która dałaby uczennicom i uczniom wiedzę o sposobach studiowania historii, jej interpretacji oraz rozmawiania na jej temat – włącznie z posiadaniem własnego, nawet niepopularnego zdania. W klasach, w których większość osób decyduje się na zdawanie historii na egzaminach, tego typu spojrzenie jest jeszcze mocniej usuwane w cień, priorytetem staje się bowiem osiągnięcie możliwie najlepszych rezultatów na testach.

Rządy PiS wyróżnia konserwatywne, skupiające się na rodzinie podejście do polityki społecznej, którego symbolem jest program 500+. Czy podobny poziom inwestycji kierowany jest w stronę systemu edukacyjnego? Szkoły mają dziś więcej pieniędzy?

Nieszczególnie podoba mi się ta interpretacja. To prawda, że mamy do czynienia z pojawieniem się transferów finansowych, takich jak słynne 500 złotych na dziecko, ale nie oznacza to jeszcze powstania nowoczesnego państwa dobrobytu. Szkoły są dziś wprawdzie wyposażone lepiej niż kiedyś, a część samorządów inwestuje w szkolenia nauczycielskie więcej niż inne, ale już nawet płace w sektorze nie wyglądają zbyt różowo.

Pandemia koronawirusa pokazała skalę niedoinwestowania szkolnictwa. Nauczanie zdalne realizowane było na prywatnych komputerach nauczycielek i nauczycieli. Uczennice i uczniowie musieli radzić sobie z poważnymi problemami ze swoim zdrowiem psychicznym (o którym wiele się mówi, ale nieszczególnie dużo się robi), a część z nich de facto zniknęło z systemu edukacyjnego na długie tygodnie i miesiące.

Sytuacja jest jeszcze bardziej niepokojąca w innych obszarach, którym stanowić powinny kręgosłup nowoczesnego państwa. Jesteśmy świadkami zapaści w systemie publicznej ochrony zdrowia, a także braku spójnej polityki mieszkaniowej. Instytucje kultury nie są uznawane za kluczowe przestrzenie debaty publicznej, ale za łup, który wspierać ma realizację konserwatywnej polityki. Opcje transportu publicznego poza wielkimi miastami pozostają dość ograniczone.

Rok 2019 stał pod znakiem dużego strajku nauczycielek i nauczycieli w Polsce. Czy mogłabyś powiedzieć więcej na temat źródeł tego sporu? Jak wyglądają dziś stosunki między rządem a środowiskami nauczycielskimi?

O sporej części problemów, które doprowadziły do rosnącego niezadowolenia (czy wręcz gniewu) z polityki rządowej zdążyłam już powiedzieć. Rezultatem tego niezadowolenia były trwające tygodniami strajki, w trakcie których nie odbywały się zajęcia szkolne. PiS postanowił spacyfikować ten bunt rękami dyrektorek i dyrektorów szkół – osób, które często prywatnie popierały protesty, natomiast z powodu piastowanej funkcji musieli przestrzegać płynących z góry nakazów. Musieli oni zorganizować egzaminy końcowe, co doprowadziło do rozładowania protestów.

Było to bardzo gorzkie doświadczenie. Przez długie tygodnie rząd zdawał się nie przejmować się faktem, że dzieci nie chodzą na lekcje. Nauczycieli nie słuchano, tylko postanowiono zmęczeniem zmusić ich do posłuszeństwa. Choć formalnie strajk uległ jedynie zawieszeniu miał on swój ciąg dalszy w postaci osób rezygnujących z zawodu. Coraz większa część z nas uczy w więcej niż jednej szkole. Na poziomie indywidualnym taka sytuacja to nie problem, prowadzi bowiem do zwiększenia dochodów. Jest to jednak niezwykle szkodliwe pod kątem budowania społeczności szkolnej. Przemykamy się z jednego na drugi koniec miasta, nie mając czasu na budowanie więzi z uczniami i rodzicami.

Chciałabym wspomnieć o czymś jeszcze – o zmianach w nadzorze pedagogicznym. Doprowadziły one do sytuacji, w której dialog między radami szkolnymi, nauczycielami, uczniami i rodzicami zastąpiony został przez sprawdzanie spełnienia biurokratycznych formalności. Kluczowe jest to, by wszystko zgadzało się w papierach. Takie podejście przyczyniło się do pogorszenia komunikacji oraz funkcjonowania samych szkół.

Jakie alternatywy mają przed sobą rodzice, chcący uniknąć narażenia swoich dzieci na nacechowane nacjonalizmem treści? Czy przejście do prywatnego systemu szkolnego może przyczyniać się do wzmocnienia już istniejących podziałów przestrzennych czy klasowych na osi „progresywne miasto – konserwatywna wieś”?

Jestem absolwentką pierwszej niepublicznej szkoły w Polsce – nie oznacza to jednak, że jestem fanką tego modelu. Szkoła ta dała mi wiele, a dziś daje pewien podstawowy poziom bezpieczeństwa tak nauczycielkom, jak i uczniom. Równocześnie jednak istnienie takiego modelu prowadzi do odpływu rodziców z wysokim kapitałem społecznym z publicznego systemu szkolnego, co sprzyja podtrzymywaniu podziałów społecznych. To kolejny przykład na to, jak dobra, racjonalna na poziomie indywidualnym decyzja (dzięki której np. uczennice i uczniowie trafiają do mniejszych klas) może prowadzić do negatywnych skutków społecznych.

Pewne problemy pozostają uniwersalne. Cały system edukacyjny jest obecnie skonstruowany tak, by utrudniać współpracę między rodzicami i nauczycielami, co prowadzi do sytuacji, w której znacząca część tej pierwszej grupy stawia przede wszystkim na realizowanie programów nauczania pod kątem egzaminów. Nie zapominajmy też o już istniejących napięciach o to, kto właściwie – instytucje publiczne czy rodzice – kierować powinien kierować nauczaniem.

Pandemia doprowadziła do rozpowszechnienia się problemów, związanych z izolacją społeczną. Obserwując uczennice i uczniów, powracających do szkoły z lekcji na Zoomie widzimy, jak trudno idzie wyuczenie ich podstawowych umiejętności społecznych. Zjawisko to może być źródłem pokusy dalszego rozluźniania relacji z publicznymi placówkami poprzez upowszechnianie się zjawiska nauczania domowego, przyczyniającego się do jeszcze większego rozwarstwienia społecznego.

W jaki sposób doświadczenia w zakresie kształcenia w wielokulturowej szkole w Warszawie ukształtowały Twoje podejście do tego, jak powinien wyglądać system edukacyjny – w szczególności zaś nauczanie historii?

Marzę o świecie, w którym uczę historii, ruszając z klasą do Berlina we wrześniu, Teheranu w październiku czy Rio de Janeiro w kolejnych miesiącach. Choć wiem, że nie jest to realistyczny scenariusz to wizja, w której nie ograniczamy się do czterech ścian szkoły i uczymy się krytycznego myślenia w przestrzeni publicznej, jest jak najbardziej do zrealizowania.

Mój „program minimum” dla systemu edukacyjnego zawiera w sobie lekturę co najmniej jednej książki historycznej (innej niż podręcznik szkolny) rocznie, dzięki czemu uczennice i uczniowie konfrontują się z różnorodnymi narracjami. W trakcie moich zajęć dyskutujemy o tych źródłach i poznajemy rozwój historii jako nauki. Szczęśliwie mamy dziś znacznie więcej dobrych, gotowych do użycia materiałów internetowych, takich jak nagrania ciekawych dyskusji. Więcej – ale nie dostatecznie dużo, co widać nawet w pozornie dobrze rozpoznanych tematach, takich jak ruch sufrażystek. Niektóre materiały (takie jak dokumenty o kolonializmie czy seksualności przygotowane przez telewizję Arte) dostępne są jedynie przez ograniczony czas, co ogranicza możliwość ich wykorzystywania.

Nauczanie oparte na źródłach jest możliwe w szkole niepublicznej, w której w klasie mamy 20 osób – nie tak łatwo zaś w publicznej, w której w jednej sali jest ich 36. Z tego właśnie powodu musimy zmniejszyć wielkość klas, ale również częstotliwość testowania uczennic i uczniów, dzięki czemu więcej będzie przestrzeni do dyskusji, wymiany zdań. Mniej testów, więcej perspektyw – w tym spoza Europy i z różnych grup społecznych!

W jaki sposób możemy używać historii do tworzenia wspólnych, niewykluczających tożsamości? Jak może ona budować między nami mosty i poszerzać naszą wyobraźnię?

Po pierwsze – w polskim kontekście – musimy doprowadzić do uspójnienia systemu. Od kiedy pamiętam spotykałam się z tezą, że choć ciąży na tobie obowiązek przekazywania wiedzy z programów nauczania to możesz znaleźć przestrzeń do tego, by przedstawić uczniom swój punkt widzenia, póki tylko zrealizowana będzie praca papierkowa i zdane zostaną egzaminy. Na takiej bazie nie da się jednak budować systemu edukacyjnego. Powszechne kształcenie powinno dać nam wszystkim narzędzia, umożliwiające zrozumienie skomplikowanej rzeczywistości, w której żyjemy.

Podam tu przykład potrzeby takiego krytycznego myślenia. Na niedawnych zajęciach czytaliśmy „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza – nie jako źródło literackie, ale historyczne. Widzimy w nim dwójkę dzieci (Polaka i Angielkę) walczących o przetrwanie w Afryce, które na swej drodze spotykają stereotypowych „tubylców” w postaci Arabów czy Czarnych Afrykanów. Zetknięcie się z obecnym na stronach tej książki rasizmem było traumatycznym doświadczeniem – zarówno dla mnie, jak i dla moich uczennic i uczniów. Książka ta jest tymczasem elementem kanonu lektur szkolnych, którą czyta się i omawia bez dawania szerszego kontekstu, umożliwiającego zrozumienie tych rasistowskich podtekstów, które potem kształtują nasz sposób myślenia o świecie muzułmańskim czy o Afryce.

Czeka nas zatem zmierzenie się z niekończącą się dyskusją o kanonie – zestawie lektur, uważanych za niezbędne dla bycia częścią danej społeczności. Chciałabym, by środek ciężkości przeniósł się na rozmową o sposobach wsparcia czytania na szerszą skalę, uwzględniającego bardziej zróżnicowany zestaw źródeł – w tym literaturę współczesną, pozostającą dziś na marginesie programów nauczania w Polsce. Nie powinniśmy przy tym ograniczać się do perspektywy narodowej. Powinniśmy również zauważyć rolę i wzmocnić znaczenie innego narzędzia rozumienia świata – sztuki, która pozwala ludziom wyrażać siebie i współpracować zamiast konkurowania ze sobą. Taki zestaw zmian mógłby pomóc nam zbudować lepszą przyszłość.

ArtykułAlternatives to Nationalist Education: Lessons From Poland ukazał się na łamach magazynu Green European Journal. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk.

Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek


 

19. listopada 2022 roku w Warszawie odbędzie się pierwsze Forum Bezpiecznej Żywności organizowane przez Green REV Institute i koalicję Future Food 4 Climate.

Koalicja Future Food4 Climate zainicjowana przez fundację Green REV Institute i zrzeszająca 65 organizacje społeczeństwa obywatelskiego z Polski i Ukrainy spotka się na ogólnopolskim wydarzeniu, które będzie w pełni poświęcone tematowi zrównoważonego systemu żywnościowego.

Pierwsza edycja „Forum Bezpiecznej Żywności” to wydarzenie w czasie, w którym pomimo licznych apelów środowiska akademickiego, aktywistycznego i społecznego, decydentki i politycy wciąż nie dostrzegają, jak bardzo potrzebna jest dzisiaj naprawa systemu żywnościowego.

Jak informują organizatorzy wydarzenie ma za zadnie pokazać determinację społeczeństwa obywatelskiego i organizacji pożytku publicznego i wspólnie dać wyraźnie do zrozumienia, że nie ma zgody polskich aktywistów i aktywistek na to, by dzisiejszy system wykorzystywania zwierząt ludzkich i pozaludzkich w celu produkcji i dystrybucji żywności nie podlegał holistycznej transformacji.

W programie sesja plenarna z udziałem dr Sylwii Spurek, posłanki do PE, byłej zastępczyni RPO, prof. Piotra Skubały, ekologa, biologa i etyka środowiskowego, prof Joanny Hańderek, filozofki i działaczki społecznej oraz Morgan Janowicz, aktywistki i członkini Zarządu Green REV Institute.
Przed nami dwa panele dot. transformacji systemu żywnościowego. W dyskusji pt. „Klimat, środowisko, ludzie i zwierzęta. Co robi nam sektor hodowlany?” weźmie udział Paulina Januszewska (dziennikarka, moderatorka), Karolina Skowron-Baka (Dyrektorka Wykonawcza Akcji Demokracji), Jarosław Urbański (ekspert, aktywista), Marzena Waligóra (Stowarzyszenie Tarnowska Rospuda), Maria Firynowicz (Stowarzyszenie Tarnowska Rospuda), Prof. Lidia Wolska (ekspertka) oraz Małgorzata Żmudka-Wyrwał z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich. Podczas debaty pt. „Zrównoważony system żywności, czyli zacznijmy łączyć kropki” usłyszymy głosy Sylwii Kowalskiej (Foodsharing), Daniela Petryczkiewicza (bloger klimatyczny, aktywista, Stowarzyszenie Nasz Bóbr), Katarzyny Siczek (It’s Bean), Marcina Tischnera (ProVeg) oraz Marzeny Wichniarz z Rodziców dla Klimatu.

Między sesjami będzie można odwiedzać „Strefę Zielonego Aktywizmu”, w której organizacje społeczeństwa obywatelskiego, będące partnerami koalicji Future Food 4 Climate będą prezentować swoje działania dla naprawy systemu żywnościowego. W strefie Zielonego Aktywizmu spotkamy Podróże z Pazurem, Rodziców dla Klimatu, Istotę, Młodzieżowy Strajk Klimatyczny (Warszawa), Jemy z klimatem, Stowarzyszenie Nasz Bóbr, ProVeg Polska!
Zwieńczeniem konferencji będzie przemówienie Dr. Marcina Anaszewicza i Anny Spurek, czyli zarządu Green REV Institute, w którym podsumujemy nasze cele oraz plan działania na 2023 rok dla wdrożenia w życie zrównoważonego systemu żywnościowego.

Agendę wydarzenia można znaleźć na stronie Future Food 4 Climate.
Forum Bezpiecznej Żywności odbywa się pod matronatem/patronatem Krytyki Politycznej, Śląskiej Opinii, Zielonych Wiadomości oraz Ekowyborcy.

Źródło: informacja prasowa FF4C, Green Rev Institute

Życie na ulicy Via dell’Archeologia, w dzielnicy Tor Bella Monaca na obrzeżach Rzymu, cechuje brak zainteresowania ze strony instytucji publicznych i podziemna gospodarka bazująca na przestępczej sieci handlu narkotykami, stanowiąca samowystarczalny mikrokosmos.

Szkoła w tej dzielnicy, do której często trafia niespokojna młodzież ze złożoną przeszłością rodzinną, od lat odnotowuje wysokie wskaźniki porzucania szkoły i trudne warunki nauczania. Pojawienie się nowego dyrektora umożliwiło jednak inny sposób nauczania, który potrafił rozładować lokalne napięcia i ponownie uruchomić mobilność społeczną. Ta historia to wyrazisty przykład tego, jak edukacja potrafi zarówno spowodować, jak i rozwiązać problem terytorialnych nierówności w Europie. Umycie okna zajęło trzy godziny. Trzy godziny, żeby usunąć dwadzieścia lat zaniedbania, które nawarstwiało się między kratami a coraz bardziej nieprzejrzystym szkłem.

Po trzech latach i szesnastu wózkach sklepowych wypełnionych zbędnymi tomami, stara zabałaganiona sala o zapuszczonych oknach w końcu wróciła do życia jako szkolna biblioteka. Teraz książki zostały skatalogowane, a z okien widać rzędy „wież” budownictwa komunalnego, które wyróżniają się na Via dell’Archeologia w dzielnicy Tor Bella Monaca: duże, białawe budynki, które w pogodne dni odbijają słońce, a szarzeją, gdy niebo jest ciemne.

Bloki mieszkalne przy Via dell’Archeologia, na Tor Bella Monaca, z okna Instytutu Melissy Bassi (fot: Federico Ambrosini)

Położona na wschód od Rzymu, po drugiej stronie obwodnicy Grande Raccordo Anulare, Tor Bella Monaca jest jedną z wielu podmiejskich przestrzeni Europy, które istnieją jako enklawy nierówności. Zbudowana na terenie zajętym nielegalnie podczas powojennego szaleństwa budowlanego we Włoszech, dziś jest pasem ziemi, do którego wciąż docierają macki gospodarki miejskiej, ale uwaga i zasoby władz miejskich są tu osłabione, jeśli nie nieobecne.

Zaśmiecony beton budynków komunalnych stanowi 82 procent budownictwa mieszkalnego w okolicy; procent własności publicznej jest tu najwyższy z całych Włoch. Obszar ten jest dobrze znany z przestępczości związanej z handlem narkotykami. Szacuje się, że na Via dell’Archeologia, głównej ulicy nielegalnego handlu, zyski z narkotyków sięgają ok. 600 000 euro miesięcznie. Ta dobrze prosperująca podziemna gospodarka zaspokaja potrzeby dzielnicy pozbawionej innych opcji, gdzie stopa bezrobocia jest znacznie wyższa niż średnia stolicy.

Jedynym ośrodkiem instytucjonalnym w trójkątnej przestrzeni, stworzonej przez dwie części Via dell’Archeologia, jest szkoła o nazwie Instituto Comprensivo (Kompleksowy Instytut) „Melissa Bassi”, zespół kolorowych budynków ze źle utrzymanymnym ogrodem i niewielką biblioteką o świeżo wypolerowanych oknach.

Szkoła liczy obecnie 720 dzieci – przedszkolaków, uczniów szkół podstawowych i gimnazjalistów, z których większość to dzieci z sąsiedztwa. To dziewczynki i chłopcy z Via dell’Archeologia, gdzie rodziny są tak liczne, że więcej tam dzieci niż dorosłych. Ich niespokojne życie wdziera się w środowisko szkolne. Pomiędzy rzędami wielopiętrowych wieżowców szkoła i dzieci dzielą los nierozerwalnie spleciony z życiem dzielnicy.

Zamknięta ulica

Tor Bella Monaca charakteryzuje się nieregularnymi ulicami i gęstą, wysoką zabudową. Niecałe dwa kilometry od Instytutu Melissa Bassi znajduje się duża, przysadzista konstrukcja z kolumnadą przy wejściu: jest to Liceo Scientifico Linguistico Amaldi. Liceum, które – pomimo swojej lokalizacji – uważane jest za jedną z najlepszych szkół średnich w regionie Lacjum.

Emiliano Sbaraglia, nauczyciel literatury w Melissa Bassi, doświadczył na własnej skórze jakości nauczania w Amaldi, gdzie pracował jako nauczyciel zastępczy: „Różnica jest wielka, zwłaszcza pod względem przygotowania, i  z dydaktycznego punktu widzenia. Denerwuje mnie myśl, że dzieli nas tylko kilka kilometrów – więc dlaczego     tam jest poziom, a tu nie ma? ”  Jest mężczyzną w średnim wieku z dużymi pierścieniami na palcach i szpakowatą czupryną; spokojna postać, która dla wielu osób w szkole stała się punktem odniesienia.

„Nasi uczniowie, którzy idą tam po ukończeniu naszego gimnazjum, są traktowani tak, jakby mieli sobie nie poradzić, bo nie mają niezbędnych podstawowych umiejętności. Staramy się walczyć z tym uprzedzeniem, ale jest to również po części prawda”, opowiada Emiliano,  gdy jego samochód mija szereg białawych bloków bloków mieszkalnych przy Via dell’Archeologia.

„Oto dlaczego: to ta droga”.

W Tor Bella Monaca publiczne i prywatne planowanie urbanistyczne jest podporządkowane kulturze nielegalnego handlu. Wnęki budynków i zarosłe uliczki zaprojektowane w okresie boomu na budownictwo socjalne lat 80. są obecnie miejscem samowystarczalnej i nie do zburzenia gospodarki modułowej. Pomimo wielokrotnych nalotów, w blokach, które służą do handlu narkotykami, windy są blokowane i używane jako magazyn towarów, tarasy zaś pozostają strategicznymi punktami obserwacyjnymi, gdzie stoi się na straży.

„Trudno jest utrzymać prawo ulicy z dala od szkoły” – mówi Emiliano.

Na szkolnym parkingu Emiliano zakreśla palcami niewidzialną granicę tego zarządzanego przez siebie mikrokosmosu. „Jadąc dalej w kierunku wjazdu na autostradę”, wyjaśnia, „jest połączenie Rzym-Neapol, które w ciągu dwóch godzin prowadzi do serca włoskiego handlu narkotykami, neapolitańskiej dzielnicy Scampia. To most, który definiuje i kształtuje życie tej okolicy”.

Lekcja plenerowa na terenie szkolnego ogrodu, który uczniowie pomogli wyremontować (Fot: Federico Ambrosini)

Otwarta szkoła

Nauczanie w placówkach takich jak Melissa Bassi może być wyborem politycznym. Zanim Emiliano poprosił o przeniesienie, uczył w liceum we Frascati, spokojnym miasteczku na wschód od Rzymu. Dwieście metrów od domu, gdzie urodził się i wychował, tuż przy boisku, na którym grał jako środkowy napastnik, i niedaleko pubu, w którym pracował do drugiej nad ranem.

„Poprosiłem o przeniesienie tutaj. Wybrałem tę szkołę, ponieważ czuję się tu przydatny”. Emiliano nie jest jedynym, który uczy w Melissa Bassi z wyboru i to często robi różnicę: „Jeszcze kilka lat temu bardzo krytycznie odnosiłem się do nauczycieli, którzy zaraz po przyjściu prosili o przeniesienie. Potem zdałem sobie sprawę, że nie wszyscy są skłonni uczyć w takich okolicznościach”.

Od 2011 roku, kiedy Emiliano po raz pierwszy wszedł z Save The Children do Melissa Bassi, aby założyć w klasach szkolnych improwizowane studia radiowe, placówka bardzo się zmieniła. Szkoła od lat cierpiała z powodu braku stałego zarządzania. Nie było stałego dyrektora, a rolę tę pełnili dyrektorzy innych placówek, którzy często nie mieli ani czasu, ani zapału, by radzić sobie ze złożonością takiej szkoły. „Wielu dyrektorów nie było zbyt obecnych, a nawet kiedy byli, to tak, jakby ich tam nie było” – mówi Emiliano.

Po kilku takich zastępstwach w 2019 r. stanowisko dyrektorki objęła Alessandra Scamarella, która nadała szkole i kadrze pedagogicznej nowe oblicze. Trzy dni w tygodniu drzwi jej biura są otwarte dla wszystkich, także dla rodzin.

„Stabilność zapewniona przez nowe kierownictwo i pewne nowe podejścia edukacyjne przywróciły zaufanie mieszkańców okolicy do placówki” – wyjaśnia Alessandra. „Tu rodziców trzeba wspierać, zapraszać, wzywać: formuła wirtualnego dnia otwartego nie działa tu jak w innych szkołach… Wiecznie spóźniamy się z terminami, a rodziców trzeba ścigać. Dlatego staramy się również angażować ich, na przykład, w programy obsługi komputera”.

Szkoła dotyka wszystkich sfer życia publicznego w okolicy, tak więc nowy impuls      zjednoczył     instytucje,     lokalne organy i społeczność: po raz pierwszy od lat w dzielnicy proponuje się inny model relacji między organami państwowymi a mieszkańcami.

„We współpracy z Fundacją Paolo Bulgari (fundacja dobroczynna skoncentrowana na ubóstwie i nierównościach edukacyjnych) organizujemy centrum wsparcia społecznego, otwarte co najmniej raz w miesiącu, aby zapewnić synergię pomiędzy placówkami państwowymi w okolicy a stowarzyszeniami”, wyjaśnia dyrektorka Scamardella. Inicjatywy te wynikają również z pragnienia, by pomóc społeczności lokalnej w wyjściu z izolacji, pomóc ludziom w odkrywaniu świata, który istnieje poza granicami Via dell’Archeologia.

Nawet wnętrza Melissa Bassi zmieniły swój wygląd, tak by dostosować się do nowej dynamiki i form nauczania. Pod okiem nowego kierownictwa codziennie odzyskuje się przestrzenie utracone przez lata. Niektóre pokoje były wcześniej zawalone śmieciami i starymi meblami, inne stały się pomieszczeniami prywatnymi. Placówka jest ogromna, ma obszerne sale lekcyjne i ciemne strefy, zapomniane na skutek niedbalstwa kolejno po sobie następujących czasowych zastępców dyrektora i klimatu ogólnej obojętności. Wcześniej, przez niedbałość i obojętność, dozorcy i personel zajmowali części kompleksu szkolnego, zmieniając miejsca publiczne w prywatne: byli tacy, którzy przynieśli piekarnik elektryczny, i tacy, którzy tam mieszkali.

„Było parę pokoi zamkniętych na klucz, być może dlatego, że woźny przejął te pomieszczenia na własność. Ale jak można przejąć przestrzeń publiczną?” – pyta Marco Fusco, kierownik działu sztuki i rysunku. Siedzimy w nowej pracowni plastycznej, zorganizowanej z pomocą uczniów. Jest to niedawno odnowiona sala lekcyjna o niebieskich ścianach i żółtych kaloryferach, obecnie wypełniona rysunkami i szkicami. Podobnie jak pracownia plastyczna,     wiele innych pomieszczeń zostało dziś odzyskanych dla szkoły i społeczności. Jeszcze kilka lat temu nawet w tym dużym pokoju nauczycielskim o pomalowanych ścianach, z widokiem na wewnętrzny dziedziniec, mieścił się zakład stolarski, gdzie z sufitu padał deszcz. W międzyczasie w innym pomieszczeniu pod egidą Mario Cecchettiego ze stowarzyszenia ColorOnda z Tor Bella Monaca powstała pracownia street artu; aula obok została przekazana Museo delle Periferie (Muzeum Przedmieścia), a jeszcze inna stała się laboratorium muzycznym.

Jakby umacniając swoje miejsce w samowystarczalnym systemie, jakim jest Via dell’Archeologia, szkoła odmalowuje swoje ściany, buduje przestrzenie do integracji i tka więzi z lokalną społecznością, tak by stworzyć możliwość alternatywnej egzystencji w dzielnicy. Ale poza szkolnymi murami życie na twardym betonie wymusza na uczniach inne, ostrzejsze poczucie przynależności.

Marco Fusco, nauczyciel plastyki i rysunku w Melissa Bassi. Uczniowie Marco odzyskują nieużywane przestrzenie w szkole, przekształcając tę niegdyś opuszczoną klasę w laboratorium sztuki (Fot. Federico Ambrosini)

Dziedzictwo dzielnicy

W zeszłym roku w styczniu Maira (imię zmienione) skończyła 17 lat i odtąd nie widywano już jej w szkole. Można ją znaleźć po drugiej stronie ulicy, tuż za kompleksem szkolnym, w pustkowiu przestrzeni pomiędzy budynkami lub w półmroku przecinających je zaułków.

Ścieżka Mairy została zdeterminowana przez sąsiedztwo, na które nie ma ona wpływu. Rodzice siedzieli w więzieniu za handel narkotykami, a ona pomieszkiwała to tu, to tam. Później odebrano ją spod opieki dziadka, którego podczas niespodziewanej kontroli opieki społecznej złapano na wciąganiu kokainy. „Co robić… Czy można ją ganić? – pyta retorycznie Emiliano.

Emiliano ściga ją w labiryntach Via dell’Archeologia od co najmniej trzech lat. Maira jest jednak zaledwie w połowie jego listy. Klasa, w której uczy Emiliano, jest wiernym odwzorowaniem statystyk: „Jesteśmy jednymi z najgorszych we Włoszech, jeśli chodzi o przedwczesne kończenie nauki: średnia w Melissa Bassi wynosi 19%, wobec średniej europejskiej wynoszącej 10% i 13% krajowej. Czterech na osiemnastu uczniów odpadło – idealna średnia. W przeciągu ośmiu lat było     ich zbyt wielu”. Wobec utrzymujących się strat szkolnych grupa nauczycieli oferuje dziś wsparcie uczniom zagrożonym porzuceniem nauki, współpracując również z regionalnymi placówkami służby zdrowia i służbami socjalnymi. W 2022 r. w niektórych szkołach mówi się już o wsparciu dla digitalizacji, w Melissa Bassi – po prostu o wsparciu dla uczniów.

Ale liczba osób przedwcześnie kończących naukę w Melissa Bassi to nie jest przypadek odosobniony: to migawki, które przywołują dane niektórych szkół wiejskich we Francji lub społeczną segregację     na przedmieściach Paryża. Scentralizowany system edukacji stworzył tam przepaść w jakości nauczania i zasobach pomiędzy przedmieściem a zamożnymi dzielnicami, między wsią a miastem. Rezultatem jest system edukacji podzielony na dwie części, który nie spełnia swojej roli jako windy społecznej i skazuje nowe pokolenia na determinizm ich terytorialnej przynależności.

Ogród szkolny. Z pomocą lokalnych stowarzyszeń nowe kierownictwo tchnie nowe życie w szkolne przestrzenie.

Ogród szkolny. Z pomocą lokalnych stowarzyszeń nowe kierownictwo tchnie nowe życie w szkolne przestrzenie (Fot. Federico Ambrosini)

Na całym świecie istnieje topografia społeczna, w której dysproporcje przestrzenne podważają szanse poprawy perspektyw społecznych i ekonomicznych całych pokoleń. W Londynie wskaźnik mobilności społecznej należy do najwyższych w kraju, tymczasem angielska wieś, wybrzeża i stare ośrodki przemysłowe są sparaliżowane. Tylko 10% młodych ludzi z defaworyzowanych środowisk (jak np. w miastach Hasting i Eastbourne na południowym wybrzeżu kraju) idzie na studia, w porównaniu do 50% w luksusowych dzielnicach Londynu – Chelsea i Kensington. Edukacja     powinna być jednym z głównych motorów redystrybucji społecznej, zwłaszcza jeśli chodzi o szkołę podstawową i średnią. Ale jak to często bywa, dzielnice, które tego najbardziej potrzebują, to także te, w których jakość nauczania i usług szkolnych jest najsłabsza. Dla wielu jedna z pierwszych niesprawiedliwości to dostęp do wysokiej jakości edukacji. Istnieje nadzieja, że na rzymskim przedmieściu Tor Bella Monaca, podobnie jak   w nadmorskich angielskich miastach Hastings czy Eastbourne, szkoła potrafi zburzyć ciężkie dziedzictwo terytorialne, które ściąga w dół kolejne pokolenia.

„Jak przekonać tych młodych ludzi? W czasach tymczasowej administracji zbierałem ich z ulicy i kazałem wracać do szkoły, bo nie widziano ich od dwóch tygodni, ale odpowiadali: „Jeśli nawet pryncypał nie chodzi do szkoły, to dlaczego ja miałbym? Zarabiam tu 150 euro dziennie<. Nie miałem na to nic do powiedzenia” – mówi Emiliano. „Ale teraz mogę coś powiedzieć, bo w szkole obowiązuje inny model”.

Na politycznym marginesie

Idąc korytarzami kolejnych pięter Melissa Bassi, ma się wrażenie, że szkoła jest w połowie pusta. Chodząc tam i z powrotem po bibliotece, Emiliano opowiada o utracie zapisów nowych uczniów: „W 2011 roku wszystkie klasy były pełne. Ale z biegiem lat tymczasowego kierownictwa szkoła zaczęła żyć z dnia na dzień i zapisy zmniejszały się. Gdyby spadały dalej, groziłoby nam, że staniemy się filią innej placówki. Byłaby to wielka strata, bo tutaj, na Via dell’   Archeologia, jesteśmy jedyną instytucjonalną twierdzą”.

Po latach spadku liczby uczniów zmiana w zarządzaniu szkołą zamortyzowała straty i teraz liczba uczniów w końcu zaczyna rosnąć. Stało się to dzięki bardziej aktywnej i wyselekcjonowanej kadrze nauczycielskiej, która nadała godzinom lekcyjnym nowe znaczenie. Chociaż rola nauczycieli pozostaje kluczowa, to cechą, która sprawia, że ​​systemy edukacyjne są bardziej sprawiedliwe, jest umiejętność dostosowania metod nauczania do środowiska, a także większy dostęp do zasobów i usług. Te elementy często są jednak poza kompetencjami poszczególnych szkół, więc elastyczność powinna być ujęta również w ogólnokrajowym ustrukturyzowanym podejściu – nie zawsze można polegać na oświeconym     kierownictwie.

Tor Bella Monaca to także peryferie w sensie polityki instytucjonalnej. Chociaż  dzielnica została uznana za „obszar     ryzyka” pod względem potrzeb edukacyjnych, dalsza centralizacja instytucjonalnej machiny polityki edukacyjnej nie przystaje do społecznych podziałów, z którymi boryka się wiele szkół.

„Na poziomie krajowym nie ma rzeczywistej autonomii w zakresie organizacji biur szkolnych, co jest kluczowym czynnikiem w zarządzaniu takimi sprawami, jak mianowanie wyższego personelu i przydział wakatów administracyjnych. Następnie pojawia się problem liczby nauczycieli na klasę, która często nie uwzględnia pewnych specyficznych sytuacji danej placówki. Biurokracja – która nie zawsze jest udręką i która tak czy owak musi być respektowana – narzuca warunki, które nie uwzględniają konkretnych problemów danej szkoły. A wewnętrzne zarządzanie ma niewielkie znaczenie, gdy sprawy narzucane są z góry ” – wyjaśnia dyrektorka Scamardella.

Dzieci w drodze na zajęcia muzyczne i kreatywne (Fot. Federico Ambrosini)

W rękach prozelityzmu

Emiliano siedzi pośród ławek biblioteki, tej samej, w której trzy lata wcześniej nagromadziły się rupiecie i pudła i gdzie przez trzy godziny mył jedno okno. „W ciągu ośmiu lat nauczania w tej szkole zdałem sobie sprawę, że nic nie wiem. Żeby naprawdę zrozumieć życie w tej dzielnicy, trzeba w niej żyć 24 godziny na dobę”.

W bibliotece są drzwi balkonowe, które wychodzą na dziedziniec jednego z wielu tylnych wejść do szkoły. Emiliano ma nadzieję, że pewnego dnia staną się one wejściem do nowej biblioteki dzielnicowej. „Jedną rzecz zrozumiałem: jeśli szkoła będzie otwarta aż do popołudnia, chociażby do piątej, może to pomóc rodzinom i utrzymać dzieci z dala od prawa ulicy”.

W Tor Bella Monaca polityka często ogranicza się do pustej propagandy kampanii wyborczych. Dzielnica jest na celowniku politycznego i społecznego prozelityzmu, który często podważał jakość i znaczenie polityki oraz rozwiązań, które może ona zaoferować. Ponieważ dzielnica pozostaje na uboczu politycznej troski, potencjał transformacji lokalnego środowiska wciąż pozostaje niewykorzystany, a bezpieczeństwo Tor Bella Monaca pozostaje w rękach inicjatyw oddolnych. „Widziałeś, ile tam jest terenów zielonych? Wiele można by osiągnąć, inwestując tylko w środowisko i młodych ludzi z dzielnicy” – mówi Emiliano.

W znacznej części Europy enklawy nierówności stały się siedliskiem skrajnie prawicowego populizmu. „Gminą zarządza Fratelli d’Italia (Bracia Włosi), a kiedy wybrano prezydenta, na Via dell’Archelogia świętowano to rzymskim (tzn. faszystowskim – przyp. tłum.) pozdrowieniem. I pomyśleć, że w latach 80-tych była to jedna z najbardziej komunistycznych dzielnic Rzymu. Co się wydarzyło przez trzydzieści lat?”. W miejscach takich jak Tor Bella Monaca, gdzie dominuje ubóstwo ekonomiczne, a usługi publiczne zanikły, polaryzacja polityczna i konflikt społeczny są     generowane przez życie sąsiedzkie, które nie widzi już korzyści płynących z polityki i kolektywnego systemu społecznego. W taki też sposób przedmieścia stały się twierdzami skrajnie prawicowego populizmu.

W innych zaniedbanych miastach Europy, otoczonych innym krajobrazem, powoli rozwija się ten sam rytuał nierówności, napędzany pokoleniową porażką instytucji i polityki.

Wysiłki Melissa Bassi w Tor Bella Monaca opowiadają historię wielu szkół, które działają na froncie społecznym w całej Europie, w wirze nierówności, gdzie siła odśrodkowa systemu edukacyjnego walczy z dośrodkową siłą dzielnicy. To jasne, że edukacja ma zasadnicze znaczenie w tworzeniu bardziej sprawiedliwych systemów społecznych, jednak placówki szkolne na wiejskich i miejskich peryferiach Europy wymagają więcej zasobów, personelu i autonomii niż inne. Jak na ironię, często są one pomijane.

Pomimo słabego wsparcia ze strony instytucji, Melissa Bassi potrzebowała jedynie zmotywowanej kadry nauczycielskiej, kierującej się wspólną wizją, by ujawnić potencjał placówki edukacyjnej działającej w warunkach głębokiej deprywacji. Jest to dowód na to, że zapewnienie dostępu do wysokiej jakości edukacji i promowanie długoterminowych inwestycji na obszarach zaniedbanych ma zasadnicze znaczenie dla polityki niwelowania nękających Europę dysproporcji przestrzennych.

_____

Tłumaczenie: Marta Nowak, Irena Kołodziej

Fotografie Federico Ambrosini (All rights reserved)

_____

Autorzy:

Federico Ambrosini

Rozpoczynając karierę jako fotograf/twórca filmów komercyjnych, Federico Ambrosini, student prawa z Włoch, postanowił zostać reporterem, aby przedstawiać rzeczywistość zamiast pozorów.

Sofia Cherici

Sofia Cherici jest niezależną dziennikarką multimedialną i reporterką. Z tytułem magistra rozwoju międzynarodowego w Sciences Po Paris pracowała w Libii, Tunezji i Turcji w sektorze     humanitarnym i rozwojowym. Urodzona we Włoszech, specjalizuje się w polityce społecznej i zagadnieniach sprawiedliwości społecznej w Europie oraz regionie Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej.

Artykuł ukazał się w Green European Journal

 

 

Warunkiem niezbędnym do stworzenia innego świata jest zdolność do wyobrażenia sobie jego kształtu. Wiele systemów edukacyjnych wciąż niesie ze sobą ślady przemysłowych, opartych na państwach narodowych społeczeństw, z których wyewoluowały. Czego potrzebujemy, by umożliwić ludziom stworzenie wizji bardziej zrównoważonego i sprawiedliwego społeczeństwa – a potem jej urzeczywistnienie? O tym w jaki sposób edukacja może urzeczywistnić tę zmianę rozmawiamy z ekonomistką Mają Göpel.

Green European Journal: Świat, w którym żyjemy – od jego struktur ekonomicznych aż po nasze style życia – zorganizowany jest w z gruntu niezrównoważony sposób. Podążamy bardzo niebezpieczną ścieżką. W jaki sposób jego charakter powiązany jest z naszym sposobem myślenia o świecie?

Maja Göpel: W krajach Zachodu istnieje od dawna zakorzeniona tradycja kreślenia podziałów między człowiekiem a naturą. Postrzegamy siebie jako gatunek, który może podporządkować sobie wszystkie pozostałe. Wpływa to na nasz sposób postrzegania i doświadczania świata – w tym na to, z jakim nastawieniem o nim myślimy.

Ideą Oświecenia miało być rozwijanie naszej zdolności do samodzielnego myślenia – tak, abyśmy mogli kształtować nasz los, ale wynikły z tego indywidualizm zaszedł za daleko. Straciliśmy wszelką skromność, stawiając sobie za cel przekształcenie wszystkiego tak, by realizowało nasze pragnienia. Co najmniej od ostatniego stulecia straciliśmy poczucie powiązania z systemami, od których zależymy. Postrzegamy świat fragmentarycznie. Na kawałki, które widzimy, próbujemy nakleić metki z ich ceną, tracąc z pola widzenia podtrzymujące nas sieci życia i możliwość czerpania nie tylko z poszczególnych elementów, ale również ze spajających je powiązań.

Niektórzy widzą w przejściu do bardziej zrównoważonego świata przede wszystkim kwestię techniczną, związaną z regulacjami. Inni z kolei – jako proste zadanie przejęcia władzy politycznej. Co jednak z kształtowaniem sposobu, w który patrzymy na świat? Jak ważne dla zmiany społecznej są nowe koncepcje, narracje czy język?

Esencją liberalnych społeczeństw – przynajmniej w momencie, gdy kształtowała się ta idea – było rozmawianie o tym, dokąd chcemy dojść i w jaki sposób osiągnąć możemy ten docelowy stan. Zakładając, że nie chodzi nam o ich wymuszanie dekretami, prawomocność tych wizji opiera się na tym, w jaki sposób ludzie postrzegają świat, jak objaśniane i prezentowane nam są poszczególne propozycje.

To, w jaki sposób patrzymy na świat, zmieniało się już kiedyś fundamentalnie – dobrym tego przykładem może być chociażby przewrót kopernikański. Kiedy czyta się Raport Brundtland[1] z roku 1987 możemy przypomnieć sobie o nieco mniej odległym momencie skromności ludzkości – o fotografii skrzącej się zielenią, błękitem i bielą planety, która została uwieczniona przez załogę Apollo 17 w roku 1972. Jej zdjęcie uświadomiło nam konieczność zrozumienia mechanizmów, stojących za funkcjonowaniem naszej planety – tak, by mogła ona pozostać dla nas przyjazna. Od idei jej podporządkowania przeszliśmy do bycia jej opiekunami. Tak szeroko zakrojona zmiana naszego podejścia wiązać się rzecz jasna będzie ze sposobem kształtowania naszych instytucji i celów. Z tego też powodu nasze systemy edukacyjne muszą być w forpoczcie działań, wzmacniających zdolności ludzi do nadawania sensu swojemu istnieniu w zmieniającym się świecie.

Zadaniem szkoły jest przygotowywanie ludzi do życia w otaczającym ich świecie. Jaka jest rola szkoły – i szerzej, edukacji – w zmianie naszego sposobu myślenia?

Szkoła pozostaje ważna, ponieważ to w latach naszej młodości jesteśmy kształtowani w najbardziej brzemienny w skutki sposób. Proces ten ma silny wymiar kulturowy. Poza poszerzaniem wiedzy mamy do czynienia z istnieniem, wchodzeniem w interakcje oraz kształtowaniem tego, na czym nam zależy. W naszych społeczeństwach – Niemcy znam tu najlepiej, ale obserwacja ta pasuje do wielu krajów Zachodu – edukacja skupia się głównie na porównywaniu postępów, ich mierzeniu oraz udowadnianiu zapoznania się z kanonem wiedzy. Nie składnia do poszukiwania własnej drogi, rozumienia wpływu otoczenia w którym dojrzewasz na twoje funkcjonowanie w świecie czy do znajdowania własnej równowagi między współtworzeniem a współzawodnictwem. Oceny szkolne są jednym z przykładów na uprzemysłowiony charakter obecnych systemów edukacyjnych – tak, jakby zakładano, że normowanie i szeregowanie młodych ludzi miało pomóc im w swobodnym rozwoju i byciu szczęśliwymi.

Efektem tej sytuacji jest to, że uczennice i uczniowie troszczą się głównie o swoją pozycję w systemie i to, w jaki sposób mogą ją poprawić. Dzisiejsze elitarne szkoły obiecują rodzicom odpowiednio wysokie oceny oraz sieci kontaktów, dzięki którym ich dzieci będą mogły zajmować wpływowe pozycje. Potrzebujemy tymczasem skupiania kształcenia na rozumieniu społeczeństwa oraz stojących przed nim w XXI wieku wyzwań. Organizacje, takie jak UNESCO, działają na rzecz upowszechnienia się tego spojrzenia, prezentując zarysy edukacji na rzecz zrównoważonego rozwoju, globalnego obywatelstwa oraz przydatnych w przyszłości umiejętności. Rozprzestrzenianie się tego spojrzenia dzieje się jednak boleśnie powoli.

Systemy edukacyjne muszą być w forpoczcie działań, wzmacniających zdolności ludzi do nadawania sensu swojemu istnieniu.

Nauczanie umiejętności przyszłości opiera się na założeniu, że umożliwianie ludziom wyobrażenia sobie różnych scenariuszy poszerzy ich horyzonty. W Niemczech rośnie zainteresowanie tego typu umiejętnościami i ich stosowaniem w zróżnicowanych kontekstach społecznych oraz na różnych etapach życia – również w ramach systemu kształcenia osób dorosłych (Volkshochshule), oferującego otwarte dla wszystkich, przystępne cenowo i zróżnicowane tematycznie kursy, takie jak nauka języków, joga, matematyka czy programowanie.

Technologie mają szereg pozytywnych zastosowań – w tym również w edukacji. Czy jednak nie pojawia się tu ryzyko, że nasze przyklejenie do ekranów ograniczy zdolność do samodzielnego myślenia?

Ostatnimi czasy w niemieckich szkołach można było obserwować spore zainteresowanie kwestiami cyfryzacji. Mamy tu Cyfrowy Pakt dla Szkół, za którym idzie sporo pieniędzy, skupia się on jednak na umieszczaniu sprzętu w placówkach edukacyjnych, a nie na szkoleniu nauczycieli po to, by poszerzali umiejętności cyfrowe uczennic i uczniów. Nie chcemy nauczyć wszystkich jedynie użytkowania aplikacji, które mogą być stworzone przez innych po to, by nami manipulować. Powinniśmy rozwijać zrozumienie tego, w jaki sposób przestrzenie cyfrowe i hybrydowe kształtują nasze społeczeństwa, formy komunikacji i interakcji – tak, byśmy mogli na serio rozmawiać o tym, czemu to ma służyć.

Wiele badaczek i badaczy czyni rozróżnienie między ludzką kreatywnością a sztuczną inteligencją, opierającą się przede wszystkim na wzorcach z przeszłości. Stworzenie czegoś zupełnie nowego pozostaje umiejętnością zarezerwowaną dla człowieka – tak jak empatia. Straciliśmy jednak fascynację potencjałem naszego gatunku oraz świata ożywionego. Zamiast tego ekscytujemy się robotami, które wyglądają jak ludzie. Hej – już w tym punkcie jesteśmy! Czas zająć się wynajdywaniem czegoś, co podtrzymuje życie na ziemi, a nie je zastępuje.

Czy powinniśmy kształtować nasze systemy edukacyjne tak, by poszerzać horyzont ludzkiej wyobraźni?

Ponowne zainteresowanie się przestrzenią wyobraźni uważam za coś kluczowego. Ruchy, łączące ze sobą świat nauki, sztuki i prawodawstwa zajmują się właśnie tą kwestią. W pewnym sensie jest to efektem selekcji. Ludzie, chcący wykorzystywać swoją wyobraźnię, zepchnięci zostali do pola kultury i sztuki – od wszystkich innych oczekuje się, że będą „realistyczni”. Musimy umożliwić większej ilości osób dokonanie kroku wstecz, kwestionowania głębszego celu realizowanych działań oraz wyobrażenie sobie wykonywania ich w zupełnie innym kształcie – bez nakładania na nich łatki utopistów. Koniec końców to właśnie wielkie idee mobilizowały energię i naszą uwagę, umożliwiając zmienianie teraźniejszości i realne zmiany na świecie.

Podważanie status quo jest kluczem dla innowacji. Jako dzieci robimy to bezustannie. Pytamy: Dlaczego? Dlaczego tak musi być? To podejście, które każe zastanowić się nam nad tym, czy możemy robić różne rzeczy inaczej. Spojrzenie na świat oczami dziecka może pomóc nam stworzyć przestrzeń dla naszej wyobraźni – dla cieszenia się możliwością odkrywania, a nie trwożeniem się przed utratą kontroli.

Otwarcie się na wizję pożądanej przyszłości jest czymś niezwykle motywującym. Możemy rozmawiać o tym co musiałoby się stać, by wizja zmieniła się w rzeczywistość. Musimy przestać lekceważyć wyobraźnię i marzenia. Przestać relegować je do sfery prywatnej, sztuki czy religii.

Spojrzenie na świat oczami dziecka może pomóc nam stworzyć przestrzeń dla naszej wyobraźni – dla cieszenia się możliwością odkrywania.

Co zaś z samymi szkołami? Chodziłaś do alternatywnej placówki. W jaki sposób cię ona ukształtowała? Czy kierowała się jakimiś zasadami, które chciałabyś widzieć wdrażane we wszystkich szkołach?

Za element kluczowej wagi dla funkcjonowania szkoły, w której się uczyłam, uważam przejrzyste kryteria przyjęcia, których celem było stworzenie mieszanki osób z różnych kontekstów społecznych. W naszej grupie nie mogło być np. za dużo osób pochodzących z akademickich domów. Celem było to, by klasa stanowiła odzwierciedlenie zróżnicowania lokalnej społeczności. Uwagę zwracano również na wspólne uczenie się. Zawsze istnieje grupa uczennic i uczniów, dla których zrozumienie materiału przychodzi łatwiej, jak i taka, dla których stanowi to większe wyzwanie. Czasem zatem uczysz, czasem zaś jesteś uczony. W rezultacie nie tylko udaje się lepiej zrozumieć materiał, ale również zmusza się do podjęcia próby zrozumienia tego, jak funkcjonują mózgi innych ludzi – oraz że każda i każdy z nas uczy się inaczej.

Inną ważną kwestią był szeroki zakres tematów, o których mówiliśmy. Mieliśmy dostęp do ogródka szkolnego czy warsztatów z obróbki drewna i metalu. Robiliśmy dżemy i dyskoteki, nie mogliśmy narzekać na nudę na naszych placach zabaw. Doświadczaliśmy mnóstwa rzeczy, a nikt z nas nie był mniej lub bardziej ważny. Od ósmej klasy tworzyliśmy samodzielne projekty, zachęcano nas również do zapoznawania się z konkretnym przedmiotem, który wydawał się nam szczególnie interesujący. Zajęłam się wówczas obserwacjami astronomicznymi księżyca za pomocą teleskopu oraz samodzielnym robieniem zdjęć jego powierzchni. Ten alternatywny proces odnajdywania własnej drogi do rozumienia i poznawania świata uważany był za równie sensowny, co pisanie akademickich wypracowań z toną przypisów. Punkt ciężkości stawiany był na podkreślanie, że istnieje szerokie spektrum sposobów na to, by świat zaczął dla nas mieć sens. Jaki jest twój sposób uczenia się i tok myślenia? W jaki sposób możesz wyciągnąć to, co w tobie najlepsze? To właśnie te założenia stały za tym, że aż do ostatnich dwóch klas nie byliśmy oceniani. Był to sygnał, że istnieje wiele sposobów na sensowne zaangażowanie się w otaczający nas świat.

Brzmi to na dobry balans między samodzielnością a współpracą.

Owszem — polega na podążaniu za tym, co sprawia nam radość. Moja córka uczęszczała do dwóch szkół. Pierwsza z nich była konwencjonalna w byciu źródłem ogromnej presji na osoby uczące się w niej, zachęcając je do konkurowania ze sobą poprzez ich ocenianie. Uczennice i uczniowie byli wywoływani przed całą klasą, przez co dodatkowo musztrowano ich mieszanką wstydu i dumy. Teraz z kolei chodzi do placówki, która wykorzystuje zainteresowanie młodych osób poznawaniem świata do tego, by im pomagać. Wraz z koleżankami i kolegami są zafascynowani greckimi bogami – nauczyciel zdecydował się zatem na poszerzenie tego bloku tematycznego poprzez wpisanie w jego ramy również innych celów. W rezultacie zajmowali się wynajdywaniem własnych bogiń i bogów, pisali wypracowania o tym, czego byli opiekunami (i skąd taki wybór) oraz tworzyli komiksy tłumaczące w jaki sposób ich postaci dopełniłyby panteon.

Ta elastyczność — wyczuwanie entuzjazmu wobec danego tematu, a następnie dostosowywanie planu czy metody nauczania umożliwiające połączenie go ze spełnieniem wymogów programu nauczania — stanowi przykład najwyższej próby sztuki nauczania. Generuje zupełnie inną energię. U swojej córki dostrzegam realną różnicę w jej podejściu do uczenia się oraz wizji tego, czemu to ma służyć. To dla mnie kluczowa sprawa.

Rozmawialiśmy o edukacji jako narzędziu, które pomaga ludziom spojrzeć na świat pod innym kątem – a może nawet, miejmy nadzieję, zmieniać go. Czy ruch ekopolityczny dostatecznie mocno zajmuje się tematem edukacji? Czy nie ma w nim za dużo skupiania się na kwestiach rozwiązań technicznych, za mało zaś na pracy nad tym, w jakim społeczeństwie chcemy właściwie funkcjonować?

To trudne pytanie. Pamiętam, jak po prześledzeniu dyskusji i sporów wokół opublikowanego w roku 1972 raportu „Granice wzrostu” jego współautor, Dennis Meadows, przyznał, że zapomniano o uwzględnieniu w zbiorze fundamentalnych kwestii — obok społecznych, środowiskowych i gospodarczych — również i kultury. Zauważam ten brak w dwóch aspektach. Po pierwsze, w naszym rozumieniu tego, co uważamy za udane życie oraz odpowiednie zachowanie. Jak to możliwe, że np. uważamy za właściwe nasze podejście do zwierząt, w którym każdego dnia mamy mieć na stole tanie mięso? Czy aby na pewno polityczne zmierzenie się z tym wyzwaniem, umożliwiające nam redukcję emisji gazów cieplarnianych, stanowi ograniczenie naszej wolności?

Ruch ekopolityczny tak często oskarżany był o moralizowanie, że obecnie często woli argumentować na rzecz swoich postulatów językiem ekonomii czy technologii — np. dowodząc, że pomogą one w kontrolowaniu wydatków na zdrowie. Istnieje oczywiście przestrzeń na bardziej techniczne podejście, ale jeśli będziemy wstydzić się o rozmowy o kwestiach etycznych będziemy tracić z oczu to, o czym właściwie rozmawiamy. Rewolucja moralna, jak zauważa m.in. filozof Kwame Anthony Appiah, napędzana jest uczuciami oraz kwestiami reputacyjnymi, nie zaś ekonomicznymi. Każda firma powinna być w stanie przedstawić wpływ swoich działań na społeczeństwo i środowisko. W ten sposób moglibyśmy połączyć te perspektywy i pokazać, w jaki sposób kwestie ekonomiczne mogą wspierać nasze osądy moralne. By tak jednak się stało potrzebujemy innej opowieści o tym, dokąd zmierzamy oraz punktów odniesienia, które będą nas wspierać w tym dążeniu.

Po drugie, istotny jest sposób, w jaki wyobrażamy sobie kulturę jako ramy działania i doświadczeń. Wspólne wartości, pomagające nam w zdefiniowaniu tego, co uważamy za dopuszczalne zachowanie (lub nie) są kluczowe dla każdego społeczeństwa, chcącego uniknąć nadmiernego nadzoru i kontroli. Tego typu wartości stanowią podstawę jakiejkolwiek umowy społecznej, znajdując swe odzwierciedlenie w systemach prawnych.

Zauważamy dziś szeroko rozpowszechnione przekonanie, że żyjemy w okresie wydłużonego, wielowymiarowego kryzysu, kiedy to stojące za naszymi instytucjami opowieści przestają działać. W tym właśnie kontekście często przywoływane są słowa Gramsciego o tym, że „to, co stare umiera, gdy nowe jeszcze się nie narodziło”. Dlaczego sądzisz, że pozostają one aktualne?

Tak jak w wypadku każdego myśliciela, tak również i tu kluczową sprawą jest mówienie o jego koncepcjach, mając z tyłu głowy kwestię tego, co próbował zrozumieć. Na jakie pytanie próbował on odpowiedzieć? Koncepcja hegemonii tłumaczyła, w jaki sposób możliwe jest utrzymanie władzy przy możliwie jak najmniejszym oporze — nawet w sytuacji nierówności. Według Gramsciego to narracje tłumaczą, dlaczego świat wygląda, jak wygląda. Pełnią funkcję kulturowego kleju, porządkując debatę publiczną i uprawomocniając różne role społeczne.

Trudno zmienić rzeczywistość, gdy dominująca narracja bliska jest codziennym doświadczeniom ludzi. Status quo zaczyna się jednak chwiać, kiedy narracja ta przestaje udzielać przekonujących odpowiedzi na problemy społeczne. Mamy dziś do czynienia z załamanie się trzech głównych opowieści ostatnich 40 lat. Pierwszą z nich jest ta o tym, że możliwe jest pełne rozłączenie wzrostu gospodarczego od szkodzenia środowisku. Mimo, iż przez całe dekady był to nasz deklarowany cel nie ma dowodów na to, by był możliwy. Drugą — koncepcja ekonomii skapywania. Obniżki podatków dla najbogatszych nie zachęcają ich do inwestowania w realną gospodarkę, chyba że mają poczucie, że mogą czerpać z tego korzyści. Ich obecnymi priorytetami jest pogoń za rentą oraz spekulacje. Trzecią — koncepcja, że to, co dobre dla świata finansów, przyniesie korzyści również dla realnej gospodarki. To, że sektor ten, odizolowany od rzeczywistego świata, wzbogaca się i ukrywa swe zyski przed urzędami podatkowymi wydaje się dziś wszystkim oczywiste.

Rozpad tych narracji przyczynił się do złamania hegemonii konsensusu waszyngtońskiego. Pod kątem politycznym wiąże się to ze strukturalnymi kryzysami, na które nie działają już dotychczasowe ich wytłumaczenia. Otwiera się zatem okno możliwości dla realnej zmiany. Muszą jej towarzyszyć nowe opowieści, które pozwolą połączyć w realizacji wspólnego celu zróżnicowane grupy. W idealnym scenariuszu jak największa część z nas powinna być wykształcona (i zachęcona) do udziału w tworzeniu tych nowych wizji, narracji oraz działań. Byłby to doskonały scenariusz dla liberalnych społeczeństw i odnowy demokracji.

Musimy zatem zbudować tę nową narrację, a edukacja może nam w tym pomóc?

Zdecydowanie!

[1] Raport Brundtlant (znany również jako „Nasza wspólna przyszłość”, ang. Our Common Future), opublikowany w roku 1987 przez międzynarodową grupę polityków, urzędników oraz ekspertów z dziedziny środowiska i rozwoju, zwrócił uwagę na istotne znaczenie zrównoważonego rozwoju, prezentując jego powszechnie dziś akceptowaną definicję.

Wywiad „Making Sense of the World: Why Education Is Key to Change” ukazał się pierwotnie na łamach magazynu Green European Journal. Dziękujemy za zgodę na przedruk materiału.

Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek.


 

Eksperci przeanalizowali ryzyka związane z inwestycjami w gaz kopalny oraz rolę, jaką sektor finansowy odgrywa w działaniach służących ochronie klimatu – w tym w kontekście transformacji energetycznej Polski. To pierwsza w Polsce tak obszerna analiza ryzyk związanych z inwestowaniem w gaz kopalny. Raport pt. “Gaz – zły biznes dla banków i dla środowiska” został przygotowany przez Fundację „Rozwój Tak – Odkrywki Nie”, Pracownię na Rzecz Wszystkich Istotwydawnictwo Odpowiedzialny Inwestor oraz Polską Zieloną Sieć.

Naszą analizą chcemy zwrócić uwagę instytucji finansowych w Polsce, że pierwsze banki już ograniczają zaangażowanie w sektor naftowo-gazowy a wraz ze zmianami otoczenia regulacyjnego służącymi między innymi redukcjom metanu trend ten będzie przyspieszał. Wspieranie gazu po prostu przestaje się opłacać – tak pod względem finansowym jak i reputacyjnym – mówi Diana Maciąga ze Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, ekspertka Koalicji Klimatycznej i współautorka analizy.

Bez zaangażowania banków, inwestorów i ubezpieczycieli rozwój sektora wydobywczego i infrastruktury paliw kopalnych nie jest możliwy. Kampanie związane z zaangażowaniem instytucji finansowych w sektor węglowy pokazały już, że społeczeństwo obywatelskie jest coraz bardziej świadome tej roli. Dziś uwagę opinii publicznej przykuwa gaz kopalny i coraz więcej podmiotów zdaje sobie sprawę, że transformacja energetyczna z gazem zaostrzy problemy takie jak ubóstwo energetyczne, zależność od niestabilnego rynku czy zniszczenie środowiska – komentuje Piotr Chmielewski z Fundacji RT-ON, wydawcy analizy.

Analiza dostępna jest pod poniższym adresem:

LINK

Wywiad

Publikacji analizy towarzyszył wywiad w Rzeczpospolitej, w trakcie którego autorzy publikacji omawiali najważniejsze zawarte w niej zagadnienia. Obejrzeć go można na kanale YT gazety: LINK

Ruchoma reklama i konferencja prasowa

Aby dotrzeć z przekazem o ryzykach związanych z gazem do szerszej grupy odbiorców, publikacji towarzyszyła ruchoma reklama oraz konferencja prasowa przed Ministerstwem Aktywów Państwowych. Po Warszawie jeździło auto z banerami zawierającymi hasła dotyczące gazu:

„Energia z węgla i gazu zawsze będzie droga” ​​

„Słońce, wiatr i ocieplony dom to niższe rachunki za prąd” 

„Rząd opiera naszą przyszłość energetyczną na gazie, którego ceny będą coraz wyższe. Tymczasem wspólnota mieszkaniowa w Szczytnie osiągnęła pełną niezależność energetyczną dzięki pompom ciepła i panelom słonecznym. Zapewnijmy taką niezależność całej Polsce!” 

Nasze banery były również obecne na Strajku Kryzysowym w Warszawie organizowanym przez inicjatywę Wschód w piątek 28 października.

Na konferencji prasowej w czwartek 27 października omawialiśmy wnioski z nowej analizy.

Zobacz zdjęcia z przejazdów i konferencji: LINK

Zobacz nagranie z konferencji prasowej: LINK

Kluczowe wnioski z analizy:

  • Transformacja (z gazem lub bez gazu) w rękach branży finansowej. Sektor finansowy odgrywa kluczową rolę zarówno w działaniach służących ochronie klimatu jak i realizowaniu inwestycji sprzecznych z tym celem. Rozbudowa infrastruktury gazowej stoi w sprzeczności z nauką o klimacie i podważa wysiłki zmierzające do osiągnięcie celu 1,5°C. Zgodnie z nim kraje OECD powinny zakończyć wykorzystanie gazu w elektroenergetyce najpóźniej w roku 2035, a w pozostałych gałęziach gospodarki do roku 2040.
  • Rozkwit gazu w Polsce. Niestety w Polsce wciąż kładzie się duży nacisk na rozwój energetyki gazowej. Polska planuje 50% wzrost zużycia gazu kopalnego do 2030 roku oraz największy wzrost zużycia tego paliwa w produkcji energii elektrycznej w całej UE. Tylko do 2027 r. w Polsce ma powstać 5 nowych dużych elektrowni gazowych o łącznej mocy 3,5 GW: Grudziądz, Ostrołęka C, Rybnik i dwa bloki gazowe w elektrowni Dolna Odra. Kolejne 2 GW gazowych mają stanąć w elektrowni Kozienice. Eksperci ostrzegają, że realizacja tych inwestycji oznacza dla Polski gazowy „lock-in” i przekreśla szanse naszego kraju na osiągnięcie neutralności klimatycznej.
  • Projekty eksploatacji złóż i rozbudowy infrastruktury gazowej są obarczone rosnącym ryzykiem reputacyjnym, związanym m.in. z ich negatywnym wpływem na klimat i środowisko oraz przypadki łamania praw człowieka. Dostępny jest szereg narzędzi umożliwiających śledzenie zaangażowania instytucji finansowych w rozwój sektora naftowo-gazowego oraz powiązanie ich z najbardziej kontrowersyjnymi projektami i firmami.
  • Taksonomia UE wyklucza większość planowanych w Polsce inwestycji gazowych, ponieważ nie wnoszą one znaczącego wkładu w realizację celów środowiskowych. Taksonomia zobowiązuje przedsiębiorstwa do ujawnienia, jaka część działalności jest z nią zgodna, a w przypadku banków – jaki to odsetek ich portfela kredytowego lub inwestycyjnego.
  • Widoczność związku banków z finansowaniem paliw kopalnych będzie także zagwarantowana przez Corporate Sustainability Reporting Directive (CSRD – obecnie jeszcze tylko propozycja), nowelizującej przepisy o raportowaniu niefinansowym, a także obowiązek ujawnień dokonywanych w ramach tzw. III filara regulacji ostrożnościowych.
  • Kolejne problemy dla inwestycji gazowych wynikać mogą z dedykowanych dla gazu progów emisji. Progi te sprawiają, że działalność elektrowni gazowych będzie obarczona dodatkowymi kosztami w celu sekwestracji CO2 albo podtrzymywania funkcjonalności obiektu, który przez zdecydowaną większość roku nie generuje prądu, czyli innymi słowy – nie produkuje sprzedawanego produktu.
  • Trwają prace nad zmianami w pakiecie regulacji ostrożnościowych CRR/CRD, które mają doprowadzić do uwzględnienia w nich kwestii klimatycznych w szerszym zakresie. Dotyczyć będą one samych banków jak i organów nadzoru, i powinny znacząco zwiększyć znaczenie ryzyk ESG w politykach i strategiach instytucji finansowych, również poprzez wymóg prowadzenia przez banki testów warunków skrajnych. Można się spodziewać, że całokształt tych zmian doprowadzi do zwiększenia zakresu, w jakim europejskie instytucje finansowe działają na rzecz klimatu oraz sprawiedliwej transformacji.

Grono osób, które bardzo cenię rozmawiało niedawno o tym, dlaczego akademicy są tak smutni. Mówili wiele mądrych rzeczy. To była pełna troski rozmowa. Jednak myślałam, czytając zapis ich dialogowania, że chciałabym zadać im jedno pytanie: a dlaczego mieliby nie być smutni? Mają dobre powody, by się smucić.

Pamiętam akademię w innych czasach, gdy też bywało ciężko, ale istniał akademicki naturalny ekosystem. To tak jakby pytać, czemu polarne misie w klatce są takie smutne. Miejsce polarnych niedźwiedzi jest w zupełnie innym kontekście. Co też nie znaczy, że na Grenlandii muszą koniecznie żyć misie stale uchachane. Tak po prostu są u siebie. Podobnie rzecz się ma z akademikami. Widziałam ich w innych kontekstach i bywali w nich bardziej u siebie. Mieli więcej energii, czasami bywali rozmowni, czasami pomocni, czasami twórczy. Często bywali kłótliwi, złośliwi, czasami aktywnie nieżyczliwi. Nikt nie jest cały czas ekstatyczny. Przedłużona ekstaza zdarza się raczej po określonych środkach chemicznych, ale potem następuje brutalny zjazd. Zygmunt Bauman mawiał, że szczęśliwym się bywa punktowo, ale dobre życie to różne punkty w życiu – są punkty szczęśliwości i smutku. Też tak myślę.

Tymczasem zewsząd otaczają nas wizerunki błyszczących białych zębów. Na billboardzie reklamującym dom spokojnej starości widnieje para starszych osób tryskających śmiechem. Strona internetowa banku otwiera się na  ekstatyczne uzębienia rozmarzonych ludzi z tabletami. Website’y uniwersytetów pokazują grupki różnorasowych młodych osób prezentujących orgię zębowej bieli. Obłędnie przystojny lekarz lśni elektryzującym uzębieniem na reklamie przychodni. Śmieją się do nas (z nas?) politycy, prezesi, sportowcy. Kilkadzieścia lat temu wystarczył uśmiech. Jeszcze wcześniej dominowała powaga. Co się stało w ciągu tych – powiedzmy sobie szczerze – kilku dekad neoliberalizmu, co spowodowało, że tyle się śmiejemy? Lepiej nam się żyje? Raczej odwrotnie, sądząc z przygnębiających raportów o stanie zdrowia psychicznego społeczeństw, nawet tych bogatszych. Jesteśmy szczęśliwsi w naszych rolach zawodowych, lepiej umiemy je odgrywać? Też chyba nie bardzo. Wystarczy popatrzeć na oczy tych śmiejących się postaci. Coś w nich nie gra. One bardzo często się nie śmieją i pochodzą jakby z zupełnie innej logiki twarzy. Dwa niepasujące do siebie kawałki układanki, jak na obrazku na stronie internetowej gdzie mamy odrzucić fragmenty niepasujące do siebie: „udowodnij że nie jesteś robotem”. Może w życiu słabo nam ostatnio wychodzi to udowadnianie. Więc może to totalny freakout, o jakim marzyli bohaterowie bardzo minionych opowieści Huntera Thompsona? Nie. Te unoszące się permanentnie w ekstazie roześmiane postaci, symbolizujące właściwie wszystkie role i instytucje społeczne w naszych czasach, są jak najdalsze od bycia freakami. Wróćmy spojrzeniem na oczy. Są lodowate i kalkulujące, nawet gonzo Thompson dostałby na ich widok zimnych dreszczy.

Oni są wszyscy całkowicie opanowani, nieprzegięci, nieskrajni. W neoliberalnej kulturze szczęście nie jest skrajne. Wyraża je raczej hasło wellness, rozumiane jako unikanie ekstremów. Carl Cederström i André Spicer w swojej książce The Wellness Syndrome opisują obowiązek powszechnej szczęśliwości wdrukowany w neoliberalną kulturę. Polega ona na stałej, pozbawionej wahań w górę i w dół pozytywności. Nie wolno robić niczego, co dziwne, niebezpieczne, ekstrawaganckie. Przede wszystkim nie wolno czuć smutku. Smutek jest chorobą, którą trzeba leczyć chemicznie, ale przede wszystkim należy się go wstydzić, bo świadczy o nieadekwatności a nawet i winie smucącego się. Każdy jest kowalem własnego losu i szczęścia. Jeśli przytrafiają mu się złe rzeczy takie jak choroba, zwolnienie z pracy, kłopoty z szefem to dlatego, że myśli negatywnie i jest zbyt smutny. Czasami nie jest to tylko ideologia ale aktywna praktyka HR. Kilka lat temu słynna medialnie była sprawa pewnego brytyjskiego profesora (dodam że wybitnego uczonego, znanego na świecie w swej dyscyplinie i przynoszącego „punkty” pracodawcy), który został zawieszony w obowiązkach przez zarząd swojej uczelni (dodam, że jednej z Top 100 World) za to że robił smętną minę („projecting negative body language”, „giving out negative vibes”). To bardzo sławny i mocny, ale nie odosobniony bynajmniej przypadek. Na co dzień zdarza się dyscyplinowanie mniej lub bardziej dosadne; piszącej te słowa też przytrafiło się usłyszeć od osoby funkcyjnej, że robi zbyt negatywne miny. Obowiązkiem pracowniczki jest bowiem być pozytywną. Jednostajną i prostoliniową.

Kto nie jest jednostajnie pozytywny, ten daje dowód swojej nieprzewidywalności, niezarządzalności. Zagraża marce, firmie, „dobremu imieniu”, zarządowi, zdrowiu. Może się okazać, że jest człowiekiem. Częścią kondycji ludzkiej jest wszak od zawsze cierpienie. Wiedzą o tym filozofowie, psychologowie, teologowie, poeci, etnografowie. Antropolog Tim Pachirat w swojej opowieści o znaczeniu etnografii przytacza historię pewnej starszej kobiety z Syberii, uznawanej za osobę szczególnie mądrą przez współplemieńców. Była mądra, bo dużo wycierpiała, powiadano. Cierpienie nie gwarantuje mądrości, ale jest możliwą do niej drogą. Jak pisze amerykański teolog Richard Rohr, dla każdego człowieka
dostępne są dwie uniwersalne ścieżki przemiany: wielka miłość i wielkie cierpienie. Są one oferowane wszystkim; wyrównują pola gry wszystkich religii świata. Tylko miłość i cierpienie są wystarczająco silne, aby przełamać nasze zwykłe mechanizmy obronne ego, zmiażdżyć nasze dualistyczne myślenie i otworzyć nas na Tajemnicę.

Teraz jest listopad, miesiąc tradycyjnie smutny. Bo: święto zmarłych, deszcz, szarość, coraz krótsze dni. Sama nazwa miesiąca. Zamierzam korzystać z tej okazji i smucić się serdecznie, do woli, wspominać osoby, których już z nami nie ma, drzewa, które wycięto, żywe klimaty mojego miasta, które wyrwano i zastąpiono lukratywnymi konstruktami ze stali i szkła, które mogłyby by być gdziekolwiek. Będę palić świeczki, które są „nie wiadomo po co komu”. Będę słuchać Leonarda Cohena. Wyjdę na deszcz i wrócę cała przemoczona.

November

And if we ever were to be forgiven,
please let it be before the winter arrives,
while we have not yet settled
for the obviously clear
and when betrayal is still betrayal,
even when it is all clean and crisp.
If redemption comes,
let it be in autumn,
in the pouring rain,
in the mud.

(Berlin, 2018)


 

Sieci religijne składające się z chrześcijańskiej prawicy w USA, wojujących europejskich katolików, rosyjskich ortodoksyjnych twardogłowych i oligarchów zwiększają swoje wpływy na całym świecie. Pod pretekstem ochrony „wartości rodzinnych” walczą o wycofanie zdobyczy w zakresie praw kobiet i mniejszości seksualnych oraz sianie niepokojów w demokracjach na całym świecie. Po dwuletnim śledztwie Klementyna Suchanow odkrywa wsparcie Kremla dla tych sieci i bardzo realne zagrożenie, jakie stanowią dla demokracji. Rozmowa Krystyny Boczkowskiej z Klementyną Suchanow.
Krystyna Boczkowska: Klementyno, Twoja książka „To jest wojna. Kobiety, fundamentaliści i nowe średniowiecze” to wynik rzetelnego dziennikarskiego śledztwa, w wyniku którego mamy wgląd w międzynarodowe religijno-fundamentalistyczne organizacje i ich sieci mające na celu powrót do porządków średniowiecznych czyli całkowite ubezwłasnowolnienia kobiet. Zaczęłaś swoje śledztwo w czasie, kiedy nowy polski skrajnie prawicowy rząd Prawo i Sprawiedliwość chciał przeforsować prawo całkowicie zakazujące aborcji, za przygotowaniem którego stała organizacja Ordo Iuris. Czy te wydarzenia stały się bezpośrednio bodźcem do rozpoczęcia pracy nad książką?

Klementyna Suchanow: Zdecydowanie tak. Wcześniej zajmowałam się badaniem literatury, napisałam biografię Witolda Gombrowicza, i to, co się wydarzyło na jesieni 2016 roku w Polsce, czyli projekt Stop Aborcji, który trafił do sejmu, a był firmowany przez Ordo Iuris i zamierzał nie tylko wprowadzić zakaz aborcji, ale karanie za aborcje bardzo mnie poruszył. Po pierwsze wyciągnęło mnie to na ulicę, żeby protestować, tak jak wielu z nas. Włączyłam się w coś, co wówczas powstawało, czyli ruch zwany Strajkiem Kobiet, który stał za ogromnymi protestami w Polsce w ciągu ostatnich lat. A z drugiej strony jako badaczka zaczęłam się przyglądać zjawisku anty-kobiecych i anty-LGBT legislacji w różnych częściach świata. Wydało mi się bardzo podejrzane, że zarówno w Polsce, jak i w Argentynie, potem w Korei Południowej w tamtym czasie kobiety zaczęły doświadczać podobnych problemów. To zwróciło moją uwagę i zaczęłam się metodycznie przyglądać temu, co się dzieje.

Powstające w różnych częściach świata organizacje fundamentalistyczne rozwijają odważnie swoje sieci / filie na całym świecie. Wymienię tylko kilka z nich CitizenGo, El Yunque, TFP, World Congress of Families (WCF), Agenda Europe. Bardzo aktywne są w Europie. W 2012 roku do gry przystąpiła Rosja i Putin, który po zawiązaniu sojuszu z cerkwią stał się „lwem chrześcijaństwa” Czy możesz krótko nakreślić mapę tych ruchów i wskazać, która z organizacji jest wiodąca albo czy może każda z nich ma swoją rolę w tej brudnej walce o władzę nad połową świata?

Pierwsza rzecz, z której musimy sobie zdać sprawę, to fakt, że organizacje promujące konserwatywne wartości zostały w dużej mierze zinfiltrowane przez Kreml, począwszy od mniej więcej 2012 roku. Niezależnie, z której strony chcę się przyjrzeć temu co się dzieje znajduję związki z Kremlem. Schemat działania jest podobny niezależnie czy patrzę na polskie Ordo Iuris, czy na La Manif pour tous we Francji – najpierw organizują one spontaniczne manifestacje przeciwko małżeństwom jednopłciowym, a chwilę potem są przejęte przez osoby powiązane z Kremlem, np. Briana Browna, dzisiaj szefa World Congress of Families (WCF). I to właśnie WCF odgrywa sporą rolę w tej historii.

WCF to coroczne kongresy, podczas których spotykają się organizacje fundamentalistyczne z całego świata, kościołów różnych wyznań. Rosjanie byli tam od początku. WCF powstał w Moskwie w roku 1995 w wyniku rozmów amerykańskiego socjologa Allana Carlsona z rosyjskim socjologiem Anatolijem Antonowem. Carlson został zaproszony tam out of the blue (niespodziewanie). Jak widać Rosjanie dobrze trafili, bo platforma ta zwłaszcza w ostatnich latach świetnie służyła rosyjskim celom politycznym. Dobrym przykładem realizacji tych celów był kongres w Weronie w marcu 2019 roku, który stał się właściwie wiecem Matteo Salviniego i Giorgi Meloni przed eurowyborami.

Podmioty promujące wartości konserwatywne były w dużej mierze infiltrowane przez Kreml od 2012 roku.

W ramach WCF sieciuje się między innymi hiszpańskie CitizenGo, które powstało w 2013 przy pomocy pieniędzy również rosyjskich. To platforma petycyjna była aktywna zwłaszcza w Afryce prowadząc podejrzane i nieetyczne działania. Każda z tych organizacji korzysta z sieci zaproponowanej przez WCF , co pozwala na wymienianie się taktykami, pomysłami na zdobywanie funduszy, prowadzenie kampanii czy akcji w social mediach. Trzeba pamiętać, że organizacje te zaplanowały atak na prawa człowieka około 2013 i systematycznie go prowadzą zdobywając kolejne przyczółki a to w rządach i organizacjach rządowych, a to w Supreme Court w USA czy przy ONZ.

Ludzie w Europarlamencie chyba już sporo o tym wiedzą, a jednak jeden z głównych sponsorów tych organizacji, kolega Putina z KGB, prawosławny oligarcha, Vladimir Yakunin ostatnie lata spędził w Berlinie na niemieckich wizach, gdzie rozwijał działalność agenturalną, pomagając WCF wejść w kręgi konserwatywnych elit. Ciekawe, że został on objęty sankcjami przez USA a Europa nie zrobiła tego ani w 2014, ani teraz. Rosja zaczęła wykorzystywać ten „religijny” kanał do swoich celów politycznych, które dzisiaj przybrały już formę wojny w Ukrainie. Podczas gdy przeciwnik wypowiedział nam wojnę, nazywając Zachód ustami Putina „Szatanem” , my wciąż naiwnie mówimy, że to „wojna kulturowa” albo że aborcja to kwestia moralna.

Czy możesz przypomnieć, jakie cele mają te organizacje? Patrzymy na nie jako na wrogów przede wszystkim kobiet, ale ich programy są dużo obszerniejsze.

Celami tych organizacji są ograniczenia lub zakaz aborcji, klauzula sumienia dla farmaceutów i lekarzy, wycofanie refundowania antykoncepcji, potem obostrzenia w kupowaniu antykoncepcji, a ostatecznie w ogóle wycofanie antykoncepcji. Kolejne cele to walka z osobami LGBT, eutanazją, rozwodami.

Taki zestaw, który chętnie się określać mianem „ideologiczny”. Nie zapominajmy, że wszystkie te działania mające na celu wzniecanie konfliktów w naszych społeczeństwach zawsze będą na rękę Rosji. Bo Rosja uważa, że jest na wojnie z Zachodem i tylko ona pielęgnuje „tradycyjne wartości”. Widać również, że te same grupy/organizacje promujące np. zakaz aborcji wchodziły w kampanie anty-szczepionkowe, dawały wsparcie dla Trumpa i głosiły i głoszą, że ocieplenie klimatu nie ma miejsca albo że wojna w Ukrainie to przez NATO.

Skupiasz się w książce na Europie i wybranych krajach obu Ameryk, ale czy nie wydaje Ci się, że podobna sytuacja jest w każdym zakątku świata?

Wydaje się, że tak. Nie znam dokładnie sytuacji Azji, bo Azja jest zbudowana na innym porządku religijnym, mają też inne problemy lokane. Na tzw. Zachodzie jednym z głównych problemów dla tych środowisk jest demografia. Natomiast w Azji i Afryce mają odwrotny problem. W Afryce organizacje fundamentalistyczne są bardzo mocne i wprowadzają prawa dużo bardziej restrykcyjne niż w jakichkolwiek innych krajach, na przykład kary więzienia za homoseksualizm. Afryka jest pod ostrym atakiem, a sytuacja jest tam bardzo poważna, np. w Ugandzie czy Ghanie. Europa i USA oraz Ameryka Łacińska pozostają głównymi celami ataków organizacji fundamentalistycznych

Taka zakrojona na wielką skalę działalność ultrakonserwatystów wymaga dużego i systematycznego finansowania. Kto jest fundatorem tych ruchów i jak zorganizowane jest finansowanie działalności tych fundamentalistycznych i paramilitarnych grup?

Po pierwsze wiemy o finansach , że są spore. Wiemy, że dużo pieniędzy było w Stanach Zjednoczonych z funduszy konserwatywnych i wiemy, że pieniądze płyną także z Kremla. To ostatnie wiemy dzięki mailom, które wyciekły z hiszpańskiej organizacji CitizenGo. Takie przecieki to główne źródło informacji jak wygląda w rzeczywistości finasowanie tych organizacji.

Wiemy też, że dostają przelewy pochodzące np. z pralni pieniędzy. Ten przypadek możemy przestudiować na przykładzie włoskiego polityka Luki Volontè, który zasiadał kiedyś w Radzie Europy, a obecnie siedzi w więzieniu skazany za korupcję, po przyjęciu pieniędzy z pralni azerskiej. Pieniądze z Rosji, “prane” w Azerbejdżanie, Volontè dystrybuował do różnych anty-aborcyjnych organizacji europejskich. Część tych pieniędzy przyszła również do Polski, ale także do Irlandii i Węgier.

Wiemy też, jak Rosjanie dotują organizacje ultraprawicowe w stylu Le Pen czy Salviniego we Włoszech. Mamy do czynienia z różnego rodzaju dealami, takimi jak na przykład pożyczka bezzwrotna dla Le Pen albo inny przypadek : partia Salviniego miała dostać pieniądze z procentu od transakcji pomiędzy rosyjską a włoską firmą gazową.

Nie mamy już do czynienia z walizkami z gotówką. Teraz pieniądze przepływają przez główne banki światowe, takie jak na przykład Deutsche Bank czy Danske Bank. Banki estońskie, łotewskie czy litewskie też były wykorzystywane do tych przepływów. I to jest wiedza, którą posiadamy w tym momencie, jeżeli chodzi o rosyjskie pieniądze, służące do infiltracji środowisk konserwatywnych. Ale oprócz tego są fundusze konserwatywnych biznesmenów (w przypadku CitizenGo wyszło, że były to na przykład IBM i Corte Inglés). Organizacje ultraprawicowe w Europie działające „na rzecz rodzin” potrafią również korzystać z funduszy europejskich. Pod takimi hasłami dostają różne granty.

W Stanach organizacje fundamentalistyczne, będące organizacją pożytku publicznego, są zwolnione z podatków. Ciekawostką jest fakt, że ich działania nie dotyczą tylko Stanów – przynajmniej ponad 80 milionów USD poszło na działania do Europy (2008-2019) od takich rodzin jak Koch, DeVos, Prince itp. Warto zadać sobie pytanie w jakim celu te pieniądze zostały do Europy przekazane? World Congress of Families kierowany przez Briana Browna prowadzi działalność wykraczającą poza statut i poza granice USA. B. Brown pojechał do Gruzji i brał udział w kampanii politycznej Levana Vasadze, czyli ingerował w politykę obcego państwa poza granicami St. Zjednoczonych. Rodzą się zatem pytania, czym są te organizacje? Z praktyki widać, że mają stricte cele polityczne i to nie tylko na rodzimym gruncie.

Popularne są także akcje crowdfundingowe, ,które może wesprzeć anonimowy darczyńca anonimową kwotą, nadając organizacjom oddolny charakter . Świetnie opanowały takie akcje brazylijska TFP, polskie Ordo Iuris czy hiszpańskie CitizenGo. Celem tych akcji jest także zbieranie danych osób, do których kierowane są później różne petycje.

Jednym słowem pieniądze, o których mówimy są nietransparentne. Próby ustalenia funduszy tych organizacji są trudne, bo pieniądze i źródła ich pochodzenia są skrzętnie ukrywane. Kiedy mówią i deklarują coś na temat pieniędzy, często kłamią, jak się to okazało w przypadku hiszpańskiego CitizenGo. Informacja o indywidualnych wpłatach przekazana przez prezesa CitizenGo, Ignacio Arsuaga, okazała się kłamstwem, kiedy na światło dzienne wyszły maile, z których dowiedzieliśmy się o 100 tys. euro od rosyjskiego oligarchy Konstantina Małofiejewa. Tyle na razie można powiedzieć na temat pieniędzy, ale ostateczna suma nie jest znana.

Twoja ksiązka to jak piszesz historia ultrakonserwatystów w zderzeniu z kobietami. Wojna zawarta w tytule to nie wojna światopoglądowa ale jest to układanie porządku światowego po zimnej wojnie i „powstaniu z kolan” Rosji Putina. Ta kulturowa wojna zaczęła się niezauważalnie 2012/2013 i to nie w Polsce. Jaki porządek świata chcą przeforsować organizacje opisane w książce?

To jest porządek świata zmierzający zdecydowanie w stronę rządów autorytarnych. I na tym polega główne niebezpieczeństwo tych ruchów. Jako że czytelnikami tego wywiadu będą osoby z różnych krajów, dodam, że w różny sposób to niebezpieczeństwo się w różnych krajach może się objawiać. Przeważnie na początku to są małe kroczki i każdy z nas je u siebie zauważa. Z czasem – co wiemy na podstawie tych krajów, które są bardziej zaawansowane w destrukcji praw człowieka, jak na przykład Polska – działania się nasilają zmierzając prosto w stronę autorytaryzmu. Najlepszym przykładem takich działań jest Rosja i  pomysł Putina z zeszłego roku, mówiące o tym, że prawo narodowe ma być ponad prawem międzynarodowym. To pokazuje jak szybko można przejść z ustaw anty-gejowskich (2012) do wypadnięcia z systemu prawa międzynarodowego, który chroni podstawowe prawa ludzi, w tym osób LGBT. To właśnie Rosja daje przykład, jak łatwo zmienić hierarchię aktów prawnych, stawiając lokalną konstytucję ponad prawo międzynarodowe i ktoś oskarżony z ustawy anty-gejowskiej nie ma już możliwości odwołania się do instancji międzynarodowych. Celem działania jest pozbawianie ludzi międzynarodowej ochrony prawnej, której nie lubią rządy autorytarne.

W podtytule Twojej książki jest Nowe Średniowiecze. Jaki to ma związek z nowym porządkiem?

Na pro-aborcyjnych protestach w Polsce bardzo często pojawiała się ta myśl, że mamy do czynienia z pomysłami ze średniowiecza. Kiedy zanurzymy się w źródła filozoficzne tych ruchów, to w niektórych – jak na przykład w brazylijskiej organizacji TFP – założyciel i główny mistrz, który już nie żyje, stworzył cały kanon dzieł, które wychwalają hierarchię społeczną z epoki średniowiecza. Plinio Corrêa de Oliveira zanegował porządek świata po drugiej wojnie światowej z rewolucją seksualną z 1968 roku na czele. Następnym celem ataków były prawa wyborcze wywalczone po pierwszej wojnie, po upadku monarchii w wielu krajach europejskich. Później Olinio cofnął się dalej do XIX wieku, negując osiągnięcia rewolucji francuskiej, jak wolność, a zwłaszcza równość ludzi. Równość jest zła, bo ludzie nie są równi – są wybrańcy i inni, którzy mają być poddani. Plinio idzie dalej i neguje również całą epokę Oświecenia. W ten sposób dochodzi do średniowiecza, oceniając, że monarchia to jedyny słuszny system. Dlatego w XX wieku Plinio wnosił o restaurację średniowiecza. Zatem kiedy na ulicy czy w publicystyce pojawiają się takie wyrażenia jak średniowiecze, to nie jest to żadna przesada. To jest ich cel wprost sformułowany. To próba powrotu do systemu średniowiecznego gdzie kobiety nie są równe, osoby LGBT nie są równe, mniejszości nie są równe. W tym porządku bogaci są najwyżej w hierarchii a edukacja jest dla bogatych. Nie dbamy o edukację dla biednych, bo to siła robocza. A najlepszy jest homeschooling, bo można dziecko ukształtować jak się chce, z dala od równościowych wartości i kontroli.

Chętnie zatrzymałabym się na organizacji Ordo Iuris, której korzenie sięgają wprost do brazylijskiej TFP (Tradycja, Rodzina i Własność) dr. Plinio a która jest niezwykle aktywna w Europie w szczególności w Europie Wschodniej. Polska ma swoją ważną funkcję w budowaniu sieci tej organizacji w Europie Wschodniej: jest HUBem, z którego pączkują kolejne OI. Jakie warunki i otoczenie polityczne sprzyjają działaniom tego typu organizacji i jak dobierani są pracownicy?

Warunki, jakie sprzyjają to właśnie takie rządy jak PiS-u (Prawa i Sprawiedliwości), zdecydowanie w prawo i to takie nacjoprawo. Usłyszeliśmy o Ordo Iuris dopiero w 2016, kiedy PiS znalazł się u władzy, choć działali od 201 roku. Prawdopodobnie wcześniej takie organizacje nie znalazłby gruntu, aby zaistnieć i byliby po prostu zmarginalizowani. Ich pomysły byłyby zbyt dziwne i egzotyczne. Zresztą na początku, czyli 2016/17, jeszcze w 2018, przez wiele osób nawet z PiS-u wciąż byli traktowani jako szaleńcy, z którymi lepiej się nie zadawać. Projekt Stop Aborcji z 2016 wydawał się wtedy jeszcze zbyt odważnym, za daleko idącym. Ale w okolicach 2019 roku się coś takiego stało, że już weszli w orbitę PiS gładko.

Inne sprzyjające warunki dla takich organizacji to zsieciowane międzynarodowe. Oni nie byliby tacy mocni, gdyby nie mieli dostępu do know-how. Polskie OI poprzez sieciowanie uczyło się, jak się dostać do organizacji międzynarodowych, takich jak np. ONZ, jak się zarejestrować, jak dostawać status doradczy. Zalewają ustawodawców listami i opiniami próbując wpłynąć na zapisy prawne.

Ciekawe są kryteria doboru ludzi do tych organizacji. Pracownicy dobierani są wg. prostego klucza podobnego do tego w TFP, z którego wywodzi się Ordo Iuris (OI) dostosowanego do nowych czasów. Kiedy powstała TFP przyjmowano do prac niepełnoletnich . Teraz kandydatami są pełnoletni, jeszcze studenci albo świeżo po studiach. Pierwsi pracownicy Ordo Iuris w Polsce zostali skaptowani w ten sposób na Uniwersytecie Warszawskim, przez profesora Aleksandra Stępkowskiego, który był pierwszym prezesem OI, a obecnie jest jednym z sędziów w Sądzie Najwyższym. Bardzo popularne jest przyjmowanie na praktyki. Są to ludzie młodzi, nieukształtowani. TFP miało nawet podręcznik, jak kaptować i ten model niewiele się zmienił, a więc są to głównie osoby z prowincji, nie mające w dużym mieście korzeni i wsparcia rodzinnego, zagubione i poszukujące, często o niskim statucie finansowym. Dostają wędkę do kariery i z niej korzystają. Wciąga się te osoby w sferę luksusu – są wysyłani na liczne szkolenia, delegacje, jeżdżą po świecie, śpią w hotelach. Ale to nie są osoby o najwyższych lotach: ich główną pożądaną cechą jest oddanie i wdzięczność. Prawnicy OI są słabi, ich argumentacja jest nierzetelna, wnioski są wyciągane błędnie, popełniają błędy logiczne, a ich pozwy są pisane na kolanie. Ale dla nich ważna jest ilość, hałas, jaki można z tego wytworzyć, to typowe organizacje typu SLAPP z sekciarskim rysem.

Od 2013 Rosja roku jest silnym graczem w większości wspomnianych organizacji. Chętnie organizuje zjazdy i spotkania, prowadzi wojnę hybrydową na szeroką skalę poprzez różnorodne kanały eksperckie, dla biznesu, ruchów religijnych. Jeszcze chętniej finansuje wszelkiego rodzaju działania spokrewnionych organizacji. Putina w jego walce o silną Rosję i nowy porządek świata bez LGBT+ wspierają tacy ludzie jak Dugin. Jak byś określiła rolę Dugina w procesie ustanawiania nowego średniowiecza ? Czy może są ważniejsi gracze?

Aleksander Dugin to jest osoba, która ma ciekawą historię. Żeby zrozumieć troszeczkę podglebie psychologiczne tej postaci, warto wspomnieć o mało znanym fakcie, a pisze o tym Masha Gesson w swojej książce „Będzie to, co było” – jak odradza się totalitaryzm w Rosji. W latach poprzedzających upadek komunizmu Dugin był partnerem kobiety, która w latach 90-tych określiła się jako lesbijka i zaczęła działać na rzecz osób LGBT. Dugin miał z nią syna. Wcześniej zajmował się filozofią i w zasadzie był na marginesie systemu. W latach 90-tych znalazł dla siebie ujście w nacjo-bolszewickich organizacjach, bo to był czas pojawiania się różnych partii i zaczęło się otwierać szersze spektrum życia politycznego. To pokazuje, jak po rozpadzie Związku Radzieckiego jedne osoby poszły w stronę otwartości i tolerancji, natomiast inne poszły w zupełnie odmienne rejony. W latach 90-tych Dugin objeżdżał europejskie konferencje organizacji ultraprawicowych. Jest ojcem pomysłu, z którego Putin trochę korzysta tj. eurazjatyzmu. Oznacza to, że jest porządek atlantycki, czyli europejsko-amerykański, a Dugin tworzy przesunięcie akcentów w stronę euroazjatycką, czyli przeciwną atlantyzmowi. W tym systemie nie demokracja jest podwaliną, a czysty autorytaryzm. Założeniem pomysłu jest, że wartości osób, które zamieszkują obszary Rosji i jej azjatycką część, są zupełnie inne od zachodnich. Dugin uważa, że nie należy brać europejskich/zachodnich wzorów demokracji, ponieważ jest to system mentalnie obcy Rosjanom. Jego koncepcje uznaje się czasem za wariackie, ale jego relacje z przedstawicielami ultraprawicowymi w Europie, są niebezpieczne. Ślady Dugina widać w wielu przedsięwzięciach.

Jak autorytaryzm ma się do kwestii „moralnych” doskonale pokazuje fakt, że Dugin i jego córka byli zatrudniani w stacji telewizyjnej Tsargrad oligarchy Konstantina Małofiejewa. Małofiejew sponsoruje zarówno Le Pen, jak i ruchy anty-aborcyjne czy dostarcza broń do Doniecka. Dugin i Małofiejew, co pokazuje ich korespondencja, wykradziona przez hackerów, są w codziennym kontakcie. Kiedy rozmawia się o nim w Rosji rozmówcy często mówią, że jego rola nie jest tak duża. Nie wiem, jaka jest jego pozycja teraz, po napaści na Ukrainę, bo tam następuje permanentna roszada. Ale wciąż jest w ścisłej relacji z Małofiejewem, który ponownie przydaje się Kremlowi przy Ukrainie i jego pozycja wydaje się mocna . Oznacza to, że Dugin może mieć teraz swój moment albo przynajmniej chcieć go mieć.

Czy możesz zatem wyjaśnić lepiej, kim jest Małofiejew, bo wydaje się, że to postać o wiele większych wpływach niż sam Dugin?

Małofiejew, który często działa razem z Yaknuninem, to taki ortodoksyjny oligarcha, którego celem jest restauracja świata monarchii, gdzie Putin byłby carem, a wyborów nie ma. Prowadzi elitarne szkoły dla dzieci, które mają kształtować przyszłe elity takiego carskiego dworu. Jest bardzo blisko kościoła prawosławnego i tych wszystkich postaci tworzących patriarchat moskiewski. Oprócz zaangażowania w przemyt broni rosyjskiej do Ukrainy w 2014 roku, oddelegował dwóch swoich bliskich współpracowników ( jeden z jego ochrony, czyli Igor Girkin), którzy zostali przywódcami w Donbasie i na Krymie. On sam jest objęty sankcjami we wszystkich możliwych krajach także tych mniejszych, jak Czarnogóra, gdzie pomagał GRU przeprowadzić nieudany zamach na premiera, kiedy kraj ten zamierzał dołączyć do NATO. Jest to człowiek ambitny i niebezpieczny, jeden z głównych finansistów ruchów fundamentalistycznych na świecie, World Congress of Families i powiązanych z nim organizacji anty-aborcyjnych czy anty-LGBT, które zakazują aborcji w Polsce czy w USA. W odróżnieniu od innych oligarchów jest stosunkowo młody, bo ma 48 lat. Jego core business to telekomunikacja. To człowiek do wszystkiego, który zajmuje się także kryptowalutami . Ma realne wpływy i możliwości działania, w przeciwieństwo do Dugina, który raczej wojuje myślą i słowem.

Jeden z Twoich interlokutorów, zresztą z Rosji użył na działania ulltrakonserwatystów określenia wojna, którą gnębiona mniejszość fundamentalistyczna prowadzi z demokratycznym światem, w którym rządzą feministki, LGBT+ i polityczna poprawność. Homoseksualizm nazywa „nowym totalitaryzmem”, a celem walki jest utrzymanie tożsamości płciowej w obawie przed następnym krokiem, jakim będzie transhumanizm i pozbycie się tożsamości ludzkiej. Jak walczyć z taką retoryką?

To słowa Aleksieja Komowa i to jest jedna z osób, z którą udało mi się porozmawiać w Moskwie, bo z Małofiejewem nie udało mi się spotkać. Komow to człowiek, który pracuje dla Mołofiejewa, należy wraz z nim do kręgu Dugina. Jest uznawany za ambasadora World Congress of Families, pomagał w infiltracji tych środowisk, zasiadł jako trustee w zarządzie WCF. Jest blisko związany z ruchami ultraprawicowymi, zwłaszcza włoską Legą. To poliglota, szkołę kończył w Hawanie, mieszkał w Londynie, w Stanach. Wszystko z uwagi na pracę ojca, który rzekomo pracował w dyplomacji, ale w żadnych oficjalnych rejestrach nie znalazłam jego nazwiska. Wygląda to na typowy życiorys osób, które służyły jako agenci KGB.

Dlaczego Komow użył słowa „to jest wojna”? Nam się wydaje, że jesteśmy atakowani, że ktoś zabiera nam prawa, a tymczasem oni, fundamentaliści uważają, że są na wojnie i muszą się bronić. O tym opowiadał mi Komow w Moskwie w 2019 roku. Widziałam to także, biorąc udział w ich kongresach, zjazdach, prowadząc rozmowy lub czytając wywiady. Fundamentaliści cały czas czują, że są w twierdzy, której muszą bronić. Bardzo wielu z nich używa słowa wojna. Tę frazę „to jest wojna”, która stała się tytułem mojej książki, słyszałam w kilku językach. Uznałam, że skoro tamta strona definiuje to, co się dzisiaj dzieje jako wojnę, a my tego tak nie nazywamy, ewentualnie mówimy o „wojnie kulturowej”, to może nie rozumiemy, co się naprawdę dzieje. Z moich rozmów z fundamentalistami wynika, że są przekonani, iż przegrywają na tej wojnie. Ich plan był taki, że począwszy od 2013 roku w ciągu dziesięciu lat, czyli do 2023 uda im się osiągnąć, co zamierzali. W planach był atak totalny na wszystko. Wyznaczony cel nie został osiągnięty, choć mają swoje małe lub większe zwycięstwa np. w Stanach Zjednoczonych, w Polsce lub w Afryce. Ale to ciągle nie jest to, czego chcieli. Konieczne jest uświadamianie społeczeństwa, że toczy się wojna. Moja książka jest próbą pokazania tego zagrożenia dla demokratycznego porządku świata i praw człowieka. Od pięciu lat na spotkaniach z czytelniczkami i czytelnikami muszę łopatologicznie tłumaczyć całą tę historię, na szczęście coraz rzadziej spotykam oskarżenia o „teorie spiskowe”. Na razie mamy tylko polską wersję książki, ale na wiosnę ukaże się niemieckie tłumaczenie, szukam wydawcy angielskiego.

Byłabym ciekawa twojej opinii o roli kobiet w organizacjach ultraprawicowych. Wymienię tylko dwie prominentne przedstawicielki takich ruchów Marine Le Pen i Giorgia Meloni.

Nie mam odpowiedzi na to pytanie. Wymagałoby to głębszych studiów socjologicznych/ psychologicznych. Mimo tego, że jestem działaczką feministyczną, to wolałabym, żeby świat nie cierpiał na podział na mężczyzn i kobiety. Zostałyśmy przyparte do muru i musimy się bronić, pewne kwestie uporządkować, przełamać, wyrównać itp., ale to w pewnym sensie sztuczny podział, narzucony przez moment historyczny. Dlatego to pytanie nie jest trafne: kobiety, jak każdy człowiek, jak wielu mężczyzn, mogą być głupie. I dlatego kobieta też może zostać faszystką.

Wstęp do Twojej książki kończysz bardzo optymistycznie stwierdzeniem, że wygra wolność. Czy w świetle nowych wydarzeń takich jak pandemia, napaść Rosji na Ukrainę, skuteczne ograniczenia prawa aborcyjnego w Polsce i Stanach Zjednoczonych, dalej możemy być optymistkami? Czy sprawy na pewno idą w dobrym kierunku?

W tym momencie zwłaszcza, gdy przytłacza nas to, co widzimy w Ukrainie, trudno sobie wyobrażać, że tak. Ale kiedy spojrzeć na to z punktu widzenia historycznego, a ja jestem jednak z zawodu historyczką i lubię nie dawać się unosić wszystkim przelotnym emocjom, uważam, że konserwatyści popełniają wielki błąd, za który będą musieli sporo zapłacić. To ostatecznie wyjdzie na naszą korzyść. A więc to nie kwestia optymizmu, tylko zachodzących procesów.

Obecne starcie z fundamentalistami powoduje ogromną oddolną mobilizację i utrwalenie wartości (tzw. progresywnych), które nam przyświecają. Świetnym przykładem jest Polska i pomysł OI o zakazie aborcji, który obecnie wspierany jest tylko przez 12% społeczeństwa w stosunku do ok. 70% , które jest przeciwko zakazom. To ogromny progres bo jeszze kilka lat temu za prawem do aborcji było 40%. Ich średniowieczne zapędy zmusiły osoby neutralne do przemyślenia spraw i te 30% już wie, co myśli i co jest prawidłowe i dobre dla świata. I to jest chyba najważniejsze. Rządzący wprawdzie lekceważą tę nierównowagę, ale gdy odejdą, to my jak z katapulty wystrzelimy gdzieś dalej. Jesteśmy w dosyć trudnym momencie, ale ostatecznie trudno mi sobie wyobrazić, aby z tego równania miało wyniknąć coś innego niż wejście głębiej w progresywizm. Pytanie tylko, co się będzie działo na Kremlu i jak bardzo będzie nadal chciał wtrącać się w nasze sprawy, siejąc dezinformację, wspierając finansowo organizacje przeciwne, czyli dalej instrumentalizując „tradycyjne wartości”, by rozgrywać swoje własne, geopolityczne gry.

Klementyno Twoja ksiązka to alert dla kobiet całego świata. Świadomość to pierwszy ważny krok w walce z demonami. Jaką sugerujesz nam strategię obrony?

Pierwszym krokiem w starciu z ww ruchami, to świadomość. Drugim krokiem jest dotarcie do polityków i uwrażliwienie ich w tym temacie. To zaskakujące, że osoby na wysokich stanowiskach politycznych nie są przestrzegane przez służby o zagrożeniu, a przecież działania tych ruchów, choć przebranych za swojski konserwatyzm, noszą znamiona ingerencji obcej. To jest sprawa bezpieczeństwa narodowego. Poza tym rada dla ludzi: ustawiczna mobilizacja, która wiem z własnego doświadczenia, jest męcząca, ale inaczej tego nie zrobimy. Nie znaczy to, że musimy ciągle chodzić na manifestacje, ale ważne by każdy znalazł swoje poletko, gdzie się sprawdzi w walce. Musimy w oddolnej mobilizacji przyglądać się temu, co się dzieje i reagować, reagować i reagować, bo mamy do czynienia z ogromnym kryzysem politycznym. Dlatego musimy politykom patrzeć bardzo skrupulatnie na ręce, a zwłaszcza ich finansom, bo oblicze dzisiejszej polityki to ogromna korupcja – model tak świetnie sprawdzony przez włodarzy Kremla. Jak donoszą amerykańskie służby od około 2013 Rosja zainwestowała ponad 300 milionów dolarów w dotacje dla sprzyjających im organizacji/partii, które są odpowiedzialne za ten cały cyrk, z którym mamy w ostatnich latach do czynienia.

Artykuł „The Global Reach of the Religious Right” ukazał się pierwotnie na łamach magazynu Green European Journal. Dziękujemy za zgodę na przedruk materiału.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

W starej warszawskiej legendzie Złota Kaczka spotyka szewczyka i stawia mu niemożliwe do wykonania zadanie – uczyni go bogatym pod warunkiem, że przez jeden dzień będzie wydawał otrzymaną od kaczki zaliczkę wyłącznie na samego siebie. Szewczyk próbuje wykonać zadanie. Kupuje sobie piękne ubranie, jedzie dorożką do samego Wilanowa, najada się za wszystkie czasy. Jednak, gdy na mieście spotyka głodnego biedaka łamie się i dzieli z nim pieniędzmi od kaczki.

Egzamin

Szewczyk został czeladnikiem,
potem mistrzem,
jego buty są piękne i trwałe,
jego praca uczciwa.
Jednak znów, kolejny już raz
oblał egzamin
przed złotą kaczką.
(Viry-Chatillon, 2021)

Szewczyk nie zdał egzaminu z sobkostwa, mimo że miało trwać tylko jeden dzień. Neoliberalizm funduje nam ten egzamin od przeszło 30 lat stale od nowa, coraz rzadziej przy pomocy prawdziwych pieniędzy, a coraz częściej w imię zasad, czy dla wyobrażonych idei. Nawet ci z nas, którzy mają głównie długi, głoszą dziś, że biedni są sami sobie winni. Nawet sprekaryzowani bieda-inteligenci identyfikują się ze złotymi kaczkami raczej niż z głodnym biedakiem spotkanym na ulicy. Prędzej zabiorą drugiemu, niż się z nim podzielą. W sumie coraz mniej za to trofeów dostają, i na pewno nie są to bogactwa ani możliwość wżenienia się w rodzinę miliarderów.

Neoliberalizm jest czasem intensywnej entropii. W języku systemowym oznacza to rozpad, fragmentaryzację. Żywe systemy tracą swoją złożoność, a ich tkanki rozsypują się w martwy proch. W przypadku wielkich systemów społecznych są to makroprocesy, trwające bardzo długo, wystarczająco długo by stać się niewidocznymi zostać społecznie znormalizowane – „tak musi być, to jest naturalne, nie ma innej możliwości”. Ludzie są w stanie znormalizować wszystko – to, co złe i to, co dobre. Normalizacja to społeczny mechanizm przystosowawczy, umożliwiający funkcjonowanie w różnych warunkach i adaptację do otoczenia przez system. Oburzanie się jak ludzie są głupi i podli niewiele tu zmieni – by nastąpiła sensowna moralna zmiana, konieczne są rozwiązania systemowe. W lepszych czasach bylibyśmy lepsi i piękniejsi.

Póki co indywidualizacja postępuje i na ogół nawet nie jest odbierana jako bolesny rozpad, ale raczej coś w rodzaju postępu – generowanie nowych stabilnych tożsamości i społeczna legitymizacja ich, podczas gdy system kapitalistyczny szczyci się tym, że jest oparty na konkurencji. Skutki indywidualizacji są takie, że coraz mniej nas łączy z innymi ludźmi. Tożsamości nie powodują powstania społeczności ani nie są częścią drogi życiowej zbierania doświadczenia, uczenia się. Są stabilnymi etykietami odróżniającymi nas i oddzielającymi od innych. Jesteśmy coraz bardziej samotni. Różnych rzeczy, które jeszcze niedawno były całkowicie naturalne teraz nie da się robić – bo jeśli sensownym sposobem robienia ich jest intensywna wymiana, to w stanie rozpadu ta wymiana nie może mieć miejsca. Takim dobrem wspólnym jest np. nauka – rozmowa i wymiana idei, nie rzepka, którą każdy sobie sam skrobie. Gdy nauka zmienia się w indywidualistyczną rzepkę, wszyscy produkują ogromne ilości ”doskonałych” tekstów, ale nikt ich nie czyta.

Innym skutkiem indywidualizacji jest to, że musimy radzić sobie sami ze sobą. Nic nie chroni nas przed samymi sobą. Spędzamy czas na rozmowach, tłumaczeniu się, popisywaniu i lansowaniu sami przed sobą. Siedzimy przed komputerem zaangażowani w rozmowy na portalach „społecznościowych”. Nie patrzymy nikomu na ręce ani w twarz. Z naprzeciwka widzimy podświetlony ekran komputera z obrazami, zdjęciami, linijkami tekstu, ale w tle patrzy na nas tylko jedna żywa twarz – nasza własna, odbita w kryształkach ekranu. Każdy z nas skazany jest na to, kim jest, na swoją własną twarz, własną skórę. Nie my ją stworzyliśmy i nie naszą jest zasługą ani winą. Zasługą i winą jest to jak ją nosimy, dokąd z nią nawigujemy i w imię czego. Ale między samym sobą a odbiciem w ekranie kompas nie działa, więc z wyrzutów sumienia i nieadekwatności czynimy całą ideologię czegoś tam: indywidualizmu, konkurencji. Pulvis, umbra.

Kiedy byłam mała chodziłam na lekcje religii chrześcijańskiej, wówczas jeszcze programowo organizowane w szwedzkiej szkole. Na jednej z lekcji przerabialiśmy temat nieba i piekła. Dowiedzieliśmy się, że w niebie wszyscy są szczęśliwi, a piekło to najgorsze, co możemy sobie wyobrazić. Zaczęłam więc sobie wyobrażać i udało mi się. Którejś nocy obudziłam się z panicznym przerażaniem. Przedstawiło mi się piekło jako miejsce, gdzie jesteśmy absolutnie sami, nie widzimy i nie słyszymy niczego i nikogo, nic nie czujemy, nie ma nic więcej – tylko my sami. Nie umiałam wtedy tego jeszcze opowiedzieć ani wyrazić, więc tym bardziej była to wizja wszechogarniająca i samotna. Dotąd nie wyobraziłam sobie niczego gorszego niż tamto piekło, ale wiem już, że pomaga mówienie, nawet do samej siebie, pisanie, nawet do wyobrażonych przyjaciół. Do Czytelników. Listy w butelce.

Wysyłanie listów w butelce jest bezgranicznie smutne. Te listy robią różne rzeczy, czasami wracają do mnie, czasami w tej samej butelce, a czasami w jakiejś innej. To jest zadziwiające. Nie ma komu o tym opowiedzieć.

To smutne. Jednak to jest ostateczna obrona przed piekłem neoliberalizmu – pisanie w nadziei, że ktoś – kiedyś – gdzieś przeczyta.

Otwórz, droga, drogi, tu jestem. Powiedz coś. Albo jeśli nic nie powiesz, to jesteś tam, bądź tam. Ja wiem, że gdzieś jesteś. Wiem to, bo jestem człowiekiem niedojrzałym do neoliberalizmu. Dlatego wiem, że to nie jest piekło – to tylko czyściec.

Dni szamba

Może trochę im żal
że wygnali poetów
i wszystkich tych, których upierali się
by nazywać niedojrzałymi.
Teraz nie ma ich
Na waszej ziemi.
Może krew, którą trysła
miała być
winem.
Nie jest.
Może to sprawiedliwości, wezwaliście.
Ale nie pozostał nikt inny,
tylko Łaskawe,
I to, czego wam teraz brakuje
to coś – cokolwiek
byle nie to.
(Warszawa, 2021)


 

W Hali Stulecia we Wrocławiu już 8 i 9 października odbędzie się największe święto środowisk kobiecych, czyli XIV Kongres Kobiet. W tym roku przebiega pod hasłem „Moc jest w nas. Kobiety na rzecz pokoju, równości, klimatu i demokracji”.

Kobiety nie mają władzy, ale mają moc! – mówią organizatorki – To my rodzimy, wychowujemy dzieci, jesteśmy tytankami pracy. Tyle, że w ukryciu, bo jesteśmy niewidoczne. Niewidoczne w mediach, w polityce, w różnych zawodach. Ale mamy MOC i siłę! Mamy pomysły, żeby zmieniać naszą rzeczywistość
i świat uczynić nieco lepszym – takim, w którym kobiety i mężczyźni będą czuli się coraz lepiej.

Od 14 lat Stowarzyszenie Kongres Kobiet działa wspólnie na rzecz sprawiedliwości społecznej, praw kobiet, równouprawnienia, demokracji egalitarnej i demokracji troski. „W tym roku na Kongresie odbędą się zarówno debaty plenarne (poświęcone ekonomii, wojnie, ekologii, sztuce oporu) jak i wiele paneli, wykładów i warsztatów zgromadzonych w rozlicznych centrach tematycznych takich jak m.in. gospodarki i równości, europejskie, samorządowe, przywództwa, ekologii, zdrowia, kultury, edukacji, praworządności, feminizmu, macierzyństwa i inne. Na Kongresie znajdzie się też przestrzeń wystawowa, kino kongresowe oraz punkty konsultacyjno-doradcze. A w sobotę wieczorem zapraszamy na koncert Mery Spolsky „- mówi prof. Magdalena Środa, członkini Zarządu Stowarzyszenia Kongres Kobiet.

Dotychczas kongresy poświęcone były sytuacji w Polsce. Ale ten rok jest szczególny. Chcąc wyrazić swoje wsparcie dla Ukrainy, Kongres zaprosił do Wrocławia delegację z Ukrainy. Przyjadą członkinie Ukraińskiego Kongresu Kobiet, siostrzanej organizacji wraz Vice marszałkinią Ukraińskiego Parlamentu Oleną Kondratiuk. Okrągły stół, który poprowadzi prof. Małgorzata Fuszara będzie okazją do spotkania kobiet z organizacji pozarządowych z Ukrainy i tych, które działają w Polsce na rzecz Ukrainek w Ukrainie oraz Ukrainek w Polsce. Sesje plenarne poświęcone będą m.in. dyskusji o stanie świata i Polski z udziałem członkiń Gabinetu Cieni. Panelistki, opowiedzą o tym „Jak przerwać marazm antropocenu?” o „Nadziejach ekofeminizmu”, o poszukiwaniu przywódczyń, o stanowisku „Kobiet przeciwko wojnom i na wojnach o swoje prawa”. Nie zabraknie rozmów o przyrodzie i o tym, jak ją chronić, poczynając od rzek i katastrofy ekologicznej Odry. Ochrona klimatu i przyrody, ekologia i środowisko muszą interesować dziś każdą i każdego. Wszyscy ponosimy odpowiedzialność za to czy nasza piękna błękitna planeta pod koniec tego stulecia będzie się wciąż nadawała do życia dla ludzi i wszystkich innych istot.

Dla kobiet, szczególnie tych młodych, to jest kluczowa kwestia, ale to niełatwe zadanie i wymaga dużo eksperckiej wiedzy – mówi Ewa Sufin-Jacquemart, członkini Zarządu Stowarzyszenia Kongres Kobiet. – Klimat i przyroda są w sercu ekofeministycznej wizji jutra, którą promujemy.

Kongres Kobiet co roku gromadzi znamienite postaci ze świata kultury, nauki, biznesu, a także aktywistki społeczne. Nawet pandemia nie przeszkodziła w organizacji tego ważnego wydarzenia. Po dwóch latach obradowania w formie hybrydowej kobiety z entuzjazmem przyjęły wiadomość, że XIV Kongres odbędzie się ponownie na żywo. Podczas otwarcia, po wystąpieniach założycielek Kongresu – Henryki Bochniarz i Magdaleny Środy – oraz Jacka Sutryka, prezydenta Wrocławia, wystąpi Olga Tokarczuk, laureatka nagrody IX Kongresu Kobiet.

Liczne debaty, wykłady i warsztaty zawsze są okazją do wspólnego poszukiwania rozwiązań dla
najbardziej istotnych problemów. Jak zapewniają organizatorki, każda uczestniczka wyjedzie z Wrocławia z konkretną wiedzą i narzędziami, które będzie mogła wykorzystać w swojej społeczności lokalnej walcząc z dyskryminacją, zabiegając o równość płci i o lepsze jutro.

Zielone Wiadomości objęły swoim patronatem Centrum Zielone (8.10.2022 godz. 15:00 – 18:30, Rotunda), w którym odbędą się trzy dyskusje przy okrągłym stole:

15:00 – 16:10 „Ekofeministyczna troska jako polityczny program”

Kolejna debata wokół ekofeminizmu jako myśli i ruchu społecznego, dla którego troska jest narzędziem politycznej zmiany. Zaproszone dyskutantki to: Magdalena Gałkiewicz, Ewa Sufin-Jacquemart, Ewa Ernst-Dziedzic (Austria), Angelika Kimbort, Dominika Lasota, Monika Żółkoś, prowadzi: Elżbieta Osowicz. Wideo: Magdalena Środa. Rozdawana będzie książka: „Odwaga troski. Ekofeminizm jako źródło inspiracji”. Debata organizowana przez Green European Foundation ze wsparciem Parlamentu Europejskiego.

16:15 – 17:20 „Jak konsumować mniej, ale lepiej dla siebie i świata?”

O wybranych aspektach odpowiedzialnej konsumpcji w dziedzinie energii, mody, kosmetyków i żywności zachęcą do dyskusji: Urszula Zielińska, Joanna Wis-Bielewicz (Orsted), Antonina Samecka, Ewa Badowska-Domagała, Adela Gąsiorowska, prowadzi: Ewa Sufin-Jacquemart

17:25 – 18:30 „Gaja i jej zagrożona bioróżnorodność”

O zagrożonych ekosystemach Odry i innych rzek, zieleni miejskiej i starych lasów jak Puszcza Białowieska będą inicjować dyskusję: Elżbieta Polak, Małgorzata Tracz, Beata Olejarz, Małgorzata Piszczek, Sabina Lubaczewska, Natalia Koryncka-Gruz, prowadzi: Katarzyna Karpa-Świderek


 

Bieda, wykluczenie, migracje i poszukiwanie nowej tożsamości. Negatywne skutki odchodzenia od węgla, jakie mogą odczuć regiony górnicze są jednym z największych wyzwań transformacji w Polsce. Zmiany dokonują się na wielu płaszczyznach m.in. ekonomicznej, społecznej, kulturowej. Są szansą, ale i też poważnym wyzwaniem. Przemianom towarzyszy galopujący kryzys energetyczny, który coraz silniej kształtuje europejską rzeczywistość i zmusza do poszukiwania nowych źródeł energii.

Tym wyzwaniom poświęcona będzie międzynarodowej konferencja “Przeminęło z węglem. Regiony górnicze w poszukiwaniu nowej energii”. Wydarzenie, organizowane przez Polską Zieloną Sieć (PZS), odbędzie się 19 października br. w godz. 9.30-16.30 w Centrum Prasowym Newserii przy ul. Chmielnej 73 w Warszawie. Aby wziąć udział w konferencji należy wypełnić formularz rejestracyjny.

W kierunku zeroemisyjności

Imprezę otworzy podróż w przyszłość. Inspiracją jest Wielkopolska Wschodnia, w której kończą się zasoby węgla brunatnego, a która zamierza zostać pierwszym zeroemisyjnym regionem w Polsce. I to już w 2040 roku! Czy regiony górnicze, które i tak ulegają głębokim zmianom strukturalnym mogą być forpocztą nowej klimatycznej jakości? O przeszkodach, możliwościach i wyzwaniach opowie grono ekspertów, wśród których będą m.in. przedstawiciele Komisji Europejskiej, Rady Ministrów, rządu Republiki Federalnej Niemiec oraz reprezentanci niezależnych instytucji badawczych.

W polskich, jak i niemieckich doświadczeniach z kształtowaniem powęglowej rzeczywistości nie zabraknie perspektywy lokalnej społeczności. W panelu o oddolnym zaangażowaniu opowiedzą goście, którzy nową energię widzą nie w stołecznych i unijnych urzędach, ale w zakładzie pracy czy wśród sąsiadów.

Premiera raportu

Podczas konferencji odbędzie się premiera raportu o modelowym procesie włączania różnych grup mieszkańców w oddolne kształtowanie zmian w regionach węglowych. Udział społeczności to jeden z najważniejszych elementów tego, w jaki sposób powinna przebiegać sprawiedliwa transformacja. Polska Zielona Sieć od lat prowadzi szkolenia i warsztaty oraz organizuje wydarzenia, na których spotykają się różne strony procesu. O łączeniu energii mieszkańców w tym modelu opowie sam autor raportu, prof. Przemysław Sadura.

Więcej na “Przeminęło z węglem”.