Okiem owcy i storczyka, czyli miasto z drugiej strony

Marta Jermaczek-Sitak
17 kwietnia 2012

Kiedy myślimy „miasto”, przed oczami mamy przede wszystkim centrum: stary rynek, zabytkowe uliczki i budynki, kamienice, czasem wieżowce, biurowce, banki, sklepy, teatry. W drugiej kolejności przychodzą do głowy szare blokowiska, z jednej strony symbol minionej epoki, z drugiej – najgęściej zaludniona część miasta, miejsce, gdzie tak naprawdę toczy się życie. To tu powstają centra handlowe, kina, współczesne miejsca spotkań i konsumpcji. Dodajmy jeszcze stare dzielnice willowe, często bardzo malownicze i zielone, i tereny przemysłowe, krajobrazowe koszmary na obrzeżach miasta.

Ale na tym miasto się nie kończy. Daleko od centrum, za dzielnicami willi i bloków, wśród pól, łąk, lasów i zarośli wyrastają jak grzyby po deszczu nowe osiedla. Mogą to być deweloperskie zestawy stawianych pod sznurek, identycznych bloczków lub rozrzucone bez ładu i składu domki jednorodzinne, każdy w innym stylu i z innego materiału – domy z bali, „dworki” z kolumienkami, rzadziej kostki pokryte sidingiem, trawniczki, jałowce, cyprysiki. To wciąż miasto, to właśnie mieszkańcy tych osiedli tkwią w godzinnych korkach, żeby codziennie rano dostać się do centrum, a po południu z niego wydostać. Ale to nie koniec przestrzennej ofensywy miasta. Miasto rozrasta się jeszcze dalej, w zabudowie jeszcze luźniejszej, jeszcze bardziej rozrzuconej, sięgającej nie tylko 10, 20, ale nawet 50 czy ponad 100 km od ścisłego centrum.

Krawędź doliny Warty i Noteci na wschód od Gorzowa Wielkopolskiego, obszar Natura 2000. To jeden z piękniejszych krajobrazów zachodniej Polski. Na stromych stokach wąwozów wcinających się w wysoczyznę, schodzących w dół aż na rozległe rozlewiska, rozwijają się cenne przyrodniczo i wyjątkowo malownicze murawy kserotermiczne. Zbocza o południowej, wschodniej i zachodniej wystawie nagrzewają się na słońcu i takie właśnie warunki są dla tych ginących ekosystemów idealne. Kiedyś pasły się tu stada owiec, ograniczając rozwój zarośli. Dziś owiec już tu nie ma, a murawy zarastają krzewami lub barszczem Sosnowskiego. Stare domy w Santoku – nierzadko bardzo piękne, w konstrukcji szachulcowej – popadają w ruinę. Nad nimi, na murawach, powstają jeden po drugim domki z kolumienkami przy ganku, straszą wielospadowe dachy i zupełnie niepasujące do otoczenia kształty. Tam, gdzie jeszcze nie ma domków, właściciele już sypią gruz pod budowę. Wzdłuż polnych ścieżek stoją w równych odstępach białe skrzynki doprowadzające na działki prąd.

Dolina Odry na południe od Zielonej Góry. Na drodze wojewódzkiej znów remont. Jak co roku, fala powodziowa podmyła nasyp, zniszczyła asfalt. W dół od drogi teren zalewowy na brzegu dużego starorzecza. Bywa, że we wrześniu stoją tu jeszcze kałuże po letnich powodziach. Tymczasem teren jest już podzielony na działki, a deweloper kłóci się z Regionalną Dyrekcją Ochrony Środowiska o raport oddziaływania na Naturę 2000 i zapewne reklamuje swój projekt jako piękną lokalizację nad wodą. Albo pod wodą…

Wieś w pobliżu jednego z lubuskich miasteczek. Na zarastającej łące stoi ledwo widoczna zza wysokich trzcin tablica: „tanie działki budowlane!”. Zapewne znajdą się chętni, którzy tanie działki kupią, nasypią gruzu i postawią domy. Przyjdzie mokry rok, w domach i na podwórkach znajdzie się woda. Mieszkańcy zażądają od meliorantów pogłębienia i oczyszczenia rowów. Woda tym razem spłynie szybko i znajdzie się w piwnicach wioski położonej niżej. Wyschną cenne przyrodniczo podmokłe łąki w dolinie niewielkiej rzeczki, wyginą rosnące tam storczyki.

Łagów Lubuski, kolejna perełka regionu, zarówno pod względem architektury i krajobrazu, jak i walorów przyrodniczych. Wzgórza porośnięte przez malownicze buczyny, jeziora rynnowe… Nic dziwnego, że chcą się tu budować, a przynajmniej stawiać domki letniskowe mieszkańcy miast oddalonych od Łagowa o kilkadziesiąt, a nawet kilkaset kilometrów. Tymczasem okazuje się, że nie wszystko wszędzie można. Właściciele działek sąsiadujących z cennymi siedliskami obszaru Natura 2000, przy rezerwatach przyrody, a także w bezpośrednim sąsiedztwie jezior mają kłopoty z uzyskaniem pozwoleń na budowę, bo w takich miejscach trzeba co najmniej ocenić potencjalny wpływ inwestycji na najcenniejsze elementy przyrody. Często okazuje się, że budować po prostu nie wolno. Sprawy trafiają do sądów, toczą się miesiącami i nic dziwnego – jeśli ktoś wydał na działkę w pięknej okolicy 400 tys. zł, a potem okazuje się, że nie może na niej postawić domu, nie odpuści tak łatwo.

To tylko kilka przykładów z Ziemi Lubuskiej. A przecież Warszawa sięga już na Mazury i jeszcze dalej. Poznań zajmuje Puszczę Notecką i Rogaliński Park Krajobrazowy. Wrocław już dawno rozpoczął ekspansję w Sudety. W czasach coraz lepszych dróg i coraz szybszych samochodów nie trzeba mieszkać w centrum miasta, żeby korzystać z wszystkich jego zalet, takich jak rynek pracy czy kultura, a jednocześnie oddychać świeżym powietrzem wiejskiej przestrzeni. Tyle że ta przestrzeń się zmienia i musi się zmieniać, dostosowując się do lokatorów o innych preferencjach i przyzwyczajeniach. Zmienia się jej struktura, wygląd, zmieniają się funkcje.

Przestrzeń wiejska w mniejszym stopniu służy dziś rolnictwu i podtrzymywaniu równowagi ekologicznej, coraz ważniejsza staje się za to funkcja rekreacyjno-sypialniana. Nikt nie namówi mieszkańców okolic Gorzowa, żeby zamiast kosić co sobotę idealny trawnik między cyprysikami zajęli się pasieniem owiec. Trudno wymagać od kogoś, kto kupił łąkę w cenie działki budowlanej, żeby dla tysiąca czy dwóch, które może otrzymać rocznie w ramach dopłat rolnośrodowiskowych, zrezygnował z budowy domu i kosił ją, żeby ocalić storczyki. A właśnie tym zajmowali się przez stulecia mieszkańcy wsi, kształtując krajobraz i związane z nim układy przyrodnicze. Tego też wymaga prawo Unii Europejskiej. Nie wolno nam zniszczyć cennych w skali kontynentu gatunków czy ekosystemów, a są wśród nich również te związane z tradycyjną gospodarką rolną. Jeśli właściciel działki przeorze czy zabuduje siedlisko chronione przez dyrektywy europejskie, złamie i polskie prawo.

Cennych przyrodniczo miejsc nie musimy zabudowywać. Przestrzenią można gospodarować mądrze, tak aby znalazło się miejsce i na storczyki, i na domki dla spragnionych wiejskiego powietrza mieszczuchów. Niestety, chaos planistyczny, a także nieświadomość i zaniedbania władz lokalnych sprawiają, że problemów jest i będzie coraz więcej. Będą też procesy sądowe, które właściciele działek przegrają i z pewnością nie nastawi ich to pozytywnie do idei ochrony przyrody. Konfliktów nie da się zupełnie uniknąć, trzeba tylko mieć nadzieję, że powoli uda się wypracować rozwiązania kompromisowe, uwzględniające różne potrzeby. Do tej pory uwzględniano głównie potrzeby miasta. Czas na drugą stronę.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *