Budujemy własną opowieść o mieście

Lech Mergler , Beata Nowak
22 września 2014

Lech Mergler, autor książki „Anty-Bezradnik przestrzenny. Prawo do miasta w działaniu”, w rozmowie z Beatą Nowak.

Beata Nowak: Skąd się wzięła ta książka – „Anty-Bezradnik przestrzenny. Prawo do miasta w działaniu”? Po co ona i komu?

Lech Mergler: Ze złości się wzięła. Na przykre poczucie bezradności, które było naszym udziałem jako mieszkańców i działaczy, kiedy bezsensowne inwestycje, komercyjne i publiczne, niszczyły przestrzeń naszego miasta, a my nie wiedzieliśmy, co zrobić. Zdobyliśmy szereg doświadczeń, próbując przeciwstawiać się psuciu przestrzeni, z czasem, powoli coraz skuteczniej. Dzielimy się tym dorobkiem w książce, żeby pomóc innym, by nie musieli od zera, na błędach, krok po kroku dochodzić do tej wiedzy. Chodzi o procedury, przepisy, pragmatykę partycypacji społecznej w dziedzinie kształtowania przestrzeni miasta.

BN: Od ukazania się książki minął blisko rok. Co on ci przyniósł jako pomysłodawcy książki i autorowi jej głównej części?

LM: Współautorami są Kacper Pobłocki i Maciej Wudarski. Trochę się wydarzyło, sytuacje pokazujące odbiór książki i jej znaczenie dla odbiorców, głównie miejskich działaczy i trochę środowiska urbanistów. Zabawne było doniesienie, iż na Allegro ktoś wystawił Anty-Bezradnik na sprzedaż za 80 zł, choć książka jest bezpłatna i dostępna w internecie. Inna informacja zwrotna, to przekaz-zarzut, iż książka jest „lewicowa”. Nie brzydzę się, ale założeń ideologicznych książka nie miała. Chociaż upodmiotowienie mieszkańców to motywacja chyba raczej lewicowa.

BN: Jakieś inne reakcje, bardziej serio, nie tylko anegdotyczne?

LM: Wszystko to, co się działo, było pozytywnie zaskakujące, bo Anty-Bezradnik to książka raczej hermetyczna, a nie lektura na kanapę. Ukazało się kilka rzeczowych recenzji, bardzo przyjaznych, były dwie nominacje do nagród. Co ważne – fachowcy urbaniści i architekci, badacze miasta i miejskości, nie znaleźli żadnego błędu, który należałoby nam, amatorom, wytknąć. Czyli wiedzieliśmy, co robimy, a Fundacja Stefana Batorego nie wyrzuciła kasy w błoto.

Bezpłatny nakład wydania papierowego rozszedł się niemal od razu do kilkudziesięciu miast. Potem, późną jesienią i na początku zimy, miałem okazję jeździć po kraju i komentować nasze dzieło. Byłem zaproszony do wszystkich największych miast, także w innych sprawach, ale Anty-Bezradnik wszędzie był znany. Poznałem nowych świetnych ludzi, społeczników, posłuchałem o sytuacji i problemach w poszczególnych miastach. Bardzo ważne, budujące i pouczające doświadczenie.

BN: Czy Anty-Bezradnik broni się po upływie roku? Pod jakim względem tak lub nie, i dlaczego?

LM: To powinien ocenić ktoś inny, nie autor. Mogę się zastanawiać, jak należałoby pisać Anty-Bezradnik dzisiaj, jakie motywacje i cele powinny tym kierować. Z jednej strony należałoby wziąć pod uwagę wiedzę o odbiorze obecnego wydania, z drugiej – sytuację, z jaką mamy do czynienia dookoła.

BN: Mógłbyś to objaśnić bardziej konkretnie?

LM: Chyba nie doceniliśmy zapotrzebowania na taką „narzędziową” książkę, i zaplanowaliśmy ją zbyt skromnie pod względem treści. Chodzi o oba rodzaje narzędzi, jakie przynosi Anty-Bezradnik: intelektualne oraz prawno-proceduralne. Pierwsze mają służyć zrozumieniu tego, co w miastach i z miastami w Polsce się dzieje, drugie są niezbędne do podejmowania skutecznych działań praktycznych dotyczących przestrzeni. Pierwsze tworzą zaplecze dla drugich. Jeśli np. angażujemy się w postępowanie dotyczące inwestycji deweloperskiej, to dla naszej strategii znaczenie ma to, jak interpretujemy i oceniamy rolę biznesu deweloperskiego w kształtowaniu przestrzeni miasta itd.

Wydaje mi się, że ten skondensowany punkt widzenia na problemy i sytuację miast, który zawarliśmy w pierwszej części Anty-Bezradnika, zatytułowanej„Zrozumieć miasto”, byłby już dziś niewystarczający.

BN: Dlaczego, co się zmieniło? Rozmawiamy po upływie ledwie roku od ukazania się książki…

LM: Od pomysłu ponad dwa lata… To są dziś narracje w większości oczywiste, obecne w obiegu także dzięki naszej książce: diagnoza powszechności chaosu przestrzennego, „moda” na ruchy miejskie, idea prawa do miasta i narracji konkretnej, kategoria demokracji miejskiej, struktura konfliktów o przestrzeń, spojrzenie na miasto jako spółkę z o.o. (albo firmę), oportunizm planistyczny zamiast planowania przestrzennego itd. Zaproponowaliśmy, nieco brawurowo, kategorię „demokracji przestrzennej”, ale niezbyt się przyjęła.

Dziś odczuwam coraz bardziej potrzebę pogłębionego rozumienia fenomenu miasta, z ugruntowaniem historycznym. Jestem po lekturze książki Andrzeja Ledera o „prześnionej rewolucji”, czytam Jana Sowę, i obawiam się, że bez drążenia „w głąb” będziemy od nowa wymyślać koło. Tymczasem może w IX, a może w XI wieku wymyślono w dziedzinie urządzania miasta coś, co gdzie indziej jest oczywiste – w krajach, w których nie było kilkuwiekowej zapaści w rozwoju miast, a o czym w naszej półperyferyjnej, postfeudalnej krainie nikt nie ma pojęcia. Kiedy np. zacząłem pytać kolegów-prawników o sens formalny praw miejskich dzisiaj, zrobili wielkie oczy. Gminna wieś i miasto-gmina z kilkudziesięcioma tysiącami mieszkańców są w Polsce formalnie nierozróżnialne, także w kwestiach przestrzennych, choć to byty jakościowo odrębne. Miasto od wsi się u nas nie różni!

BN: A co z aktualnością drugiego, obszerniejszego wątku książki, zawierającego opis możliwości społecznego udziału w procedurach urzędowych, kształtujących przestrzeń miejską?

LM: Tu się nic istotnie nie zmieniło, są plany miejscowe i warunki zabudowy oraz studia przestrzenne. Ale można (i trzeba) pisać kolejne tomy o dobrych praktykach i kolejne studia pouczających przypadków (w książce jest sześć z Poznania, wszystkie aktualne). Przede wszystkim opisujące kolejne procedury: lokalizacji inwestycji celu publicznego, procedury środowiskowe, procedury ochrony wartości kultury oraz specustawę drogową, która pozwala obejść społeczny udział w decyzjach dotyczących inwestycji.

BN: Powiedziałeś, że gdyby dziś pisać Anty-Bezradnik, należałoby wziąć pod uwagę zmienioną sytuację zewnętrzną. Co to znaczy?

LM: Partycypacja społeczna w kształtowaniu przestrzeni miejskiej jest/powinna być dla ruchów miejskich bardzo ważna z kilku powodów. To obszar, gdzie grają wielkie pieniądze, więc zdarza się silna presja na decyzje. Po drugie – skutki tych decyzji sięgają dziesiątki albo i setki lat w przód, czyli trwale i nieodwracalnie zmieniają one miasto. Po trzecie – ta sfera jest uważana za niedostępną zwykłemu obywatelowi, bo on „się nie zna”. Jest zastrzeżona dla ekspertów, funkcjonariuszy władzy i inwestorów. Zatem jeśli w niej osiągniemy sukces, to w innych pójdzie już łatwiej.

Zmiana zewnętrzna polega przede wszystkim na upowszechnieniu przez władze prospołecznej i partycypacyjnej retoryki i rytuałów, ale bez rzeczywistej demokratyzacji i uspołecznienia decyzji o przestrzeni w mieście. Mistrzowska miejscami gra pozorów.

Jednocześnie władze „zderegulowały” urbanistów, odbierając im status zawodu zaufania publicznego i likwidując izby urbanistów. Przedstawiciele ruchów miejskich na IV Kongresie Urbanistyki Polskiej jesienią 2012 r. w Lublinie próbowali namówić to środowisko do walnięcia pięścią w stół w obronie stanu przestrzeni – bez skutku. A teraz urbaniści są wściekli…

BN: Będzie ciąg dalszy Anty-Bezradnika?

LM: Sens i materiał jest, nie ma środków. Poprzednio zajmowałem się wszystkim: pozyskaniem środków, opracowaniem koncepcji i planu książki, rozmowami ze współautorami, ustaleniem wydawcy i pertraktacjami z nim, no i przede wszystkim samym pisaniem. Teraz wolałbym już skupić się na pracy merytorycznej.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.