Rewilding – innowacyjna koncepcja ochrony środowiska, której nazwę w języku polskim tłumaczymy jako “renaturyzacja” lub też “ponowne zadziczanie”, w ostatnich latach cieszy się coraz większą popularnością. Podczas gdy na początku lat 90 XX wieku, rocznie publikowano średnio jedynie 3 artykuły naukowe poruszające tę tematykę, tak 20 lat później liczba to wzorsła niemal 30-krotnie. Obecnie, renaturyzacja przestała być jedynie niszową ideą – zyskując coraz większe znaczenie jako praktyczne narzędzie w globalnej walce ze zmianami klimatu i postępującym spadkiem bioróżnorodności.

W Polsce praktyka renaturyzacji nie przebiła się jeszcze do szerszej świadomości społecznej ani polityki ochrony przyrody w takim stopniu w jakim ma to miejsce na zachodzie Europy, mimo tego, że na terenie naszego kraju są obszary poddawane renaturyzacji, a projekty z Polski często brane są za przykład. Czym więc właściwie jest renaturyzacja?

Zdjęcie: Katarzyna Hajdas

Nowa nadzieja dla starego kontynentu

W Europie, jednym z najbardziej przekształconych kontynentów na ziemi, pozostało już niewiele dzikiej przyrody. Tysiące lat rozwoju rolnictwa, intensywnej gospodarki leśnej i masowe przekształcanie reżimów wodnych, zdegradowały środowisko naturalne. Większość naszego kontynentu jest dzisiaj zarządzana przez człowieka, a rola naturalnych procesów, które w przeszłości kształtowały europejskie krajobrazy została ograniczona do minimum lub też całkowicie zniknęła. Cena jaką przyszło nam zapłacić za tą ingerencję jest wysoka – jesteśmy świadkami drastycznego spadku bioróżnorodności, rok w rok doskwiera nam susza, pożary i powodzie przybierają coraz gwałtowniejszy charakter, a odporność ekosystemów na katastrofy naturalne stała się bardzo niska. Cierpi na tym nie tylko środowisko naturalne, ale również nasze zdrowie i gospodarka.

W odpowiedzi na te problemy w Europie już ponad 20 lat temu zaczęto postulować ochronę i zwiększanie obszarów dzikiej przyrody, co z biegiem czasu doprowadziło do powstania innowacyjnej koncepcji renaturyzacji (ang. rewilding). Renaturyzacja to praktyka ochrony środowiska która koncentruje na przywróceniu do naszych krajobrazów roli naturalnych procesów ekosystemowych – żerowania zwierząt roślinożernych, drapieżnictwa, czy naturalnego przepływu reżimów wodnych. W przeszłości tworzyły one tętniące życiem krajobrazy, które utraciliśmy w wyniku działalności człowieka. 

W przeciwieństwie do klasycznej formy zarządzania środowiskiem, która koncentruje się na ochronie lub odtwarzaniu poszczególnych komponentów środowiska naturalnego (jak np. program Natura 2000 który zbudowany został wokół ochrony wybranych gatunków i siedlisk) renaturyzacja postrzega ochronę środowiska kompleksowo. Praktycy renaturyzacji patrząc na dany krajobraz, w pierwszej kolejności będą się zastanawiali jakie procesy kształtowały go w przeszłości. Być może okresowo wylewała tutaj rzeka, której koryto jest obecnie wyprostowane uniemożliwiając jej funkcjonowanie według naturalnych cyklów? Może wcześniej na tych terenach mieszkały duże zwierzęta roślinożerne, które wyginęły w wyniku intensywnych polowań? A może wręcz przeciwnie, w danym ekosystemie brakuje żerujących tu wcześniej drapieżników?

Rewilding biotyczny i rewilding abiotyczny

Działania praktyczne jakie obejmuje renaturyzacja możemy podzielić na renaturyzację biotyczną i abiotyczną. Rewilding abiotyczny polega na zlikwidowaniu stałych i kontrolowanych zakłóceń antropogenicznych, struktur inżynieryjnych i nakładów rolniczych, aby umożliwić naturalną zmienność procesów ekologicznych na danym obszarze. Przykładem na renaturyzację abiotyczną, są działania takie jak przywracanie naturalnych meandrów rzecznych i zalewisk, aby poprawić retencję wody i odbudować siedliska dla organizmów wodnych czy też usuwanie zapór zbudowanych na rzekach co umożliwia naturalne przepływy wód, sprzyjające migracji ryb i regeneracji ekosystemów rzecznych.

Z kolei renaturyzacja biotyczna to działania mające na celu  przywrócenie sieci interakcji między grupami organizmów a ich środowiskiem fizycznym, wraz z procesami ekologicznymi, które wyłaniają się z tych interakcji – innymi słowy to przywracanie gatunków kluczowych dla funkcjonowania ekosystemów, w tym dużych roślinożerców i drapieżników lub innych organizmów, które odgrywają istotną rolę w danym środowisku. Może to obejmować zarówno reintrodukcję gatunków, które wyginęły na danym terenie, albo innych zwierząt o zbliżonej roli ekologicznej, lub też zaprzestanie myślistwa które pozwala na samoistne odrodzenie i rozprzestrzenienie się pożądanych gatunków zwierząt.

Zdjęcie: Katarzyna Hajdas

Nie ma tutaj jednak identycznych przypadków, oraz gotowych scenariuszy na wprowadzanie zasad rewildingu. Działania podejmowane na miejscu, różnią się w zależności od specyfiki krajobrazu i stopnia jego przekształcenia. Doświadczenia renaturyzacji pokazują, że choć natura ma wielkie zdolności samoregeneracji, to zmiany spowodowane ręką człowieka, są często na tyle dotkliwe, że musimy stworzyć podstawowe warunki niezależnego rozwoju. Przykładowo, jeżeli dany gatunek całkowicie zaniknął na danym terytorium, to najprawdopodobniej konieczny będzie program reintrodukcji, żeby znowu się na nim pojawił. Podobnie, głęboko przekształcona rzeka będzie wymagała ludzkiej pomocy. Później jednak powinniśmy wycofać się i pozwolić naturze iść swoją drogą. 

Kluczem są dzikie zwierzęta

W renaturyzacji szczególną rolę odgrywają tzw. gatunki kluczowe lub inaczej mówiąc inżynierzy ekosystemowi. Są, to organizmy, których obecność w istotny sposób kształtuje środowisko, w którym żyją, a ich obecność wpływa na dostępność zasobów, strukturę siedlisk oraz obecność innych gatunków, często umożliwiając funkcjonowanie całego ekosystemu.

Do słynnych już inżynierów ekosystemowych należą bobry, które dzięki swoim unikalnym zdolnościom budowania tam, potrafią całkowicie przekształcić ekosystem. Zmieniając stosunki wodne na danym obszarze są w stanie zatrzymać wodę, regulując jej poziom w glebie. Bobry są więc w stanie przywrócić warunki środowiskowe, które sprzyjają zdziczaniu i zwiększaniu bioróżnorodności. Drapieżniki, takie jak wilki czy rysie, ptaki padlinożerne są niezbędne dla zachowania zdrowia i równowagi ekosystemów w naszym krajobrazie. Z drugiej strony w praktyce renaturyzacji szczególnie podkreśla się rolę dużych zwierząt roślinożernych. W czasach przedludzkich ogromne stada żubrów, turów i dzikich koni przemierzały Europę, kształtując pokrywę roślinną na kontynencie. Dzisiaj wiemy już, że kontynentalny obszar Europy nie był pokryty gęstą nieprzebytą puszczą jak dawniej sądzono, a raczej mozaiką w której przeplatały się zarówno lasy jak i łąki, co miało miejsce właśnie za sprawą roślinożerców. Ten dynamiczny i bogaty w bioróżnordoność w większości zniknął razem z drastycznym spadkiem liczebności tych zwierząt na kontynencie. 

Renaturyzacja dąży do przywrócenia tych zwierząt w krajobrazie, aby ponownie mogły spełniać swoją rolę w środowisku naturalnym. Ich obecność wpływa nie tylko na równowagę biologiczną, ale także na obieg dwutlenku węgla w przyrodzie i naturalną zdolność ekosystemów do jego magazynowania. Odbudowa populacji gatunków kluczowych to więc nie tylko powrót dzikiej przyrody, ale też inwestycja w przyszłość nas wszystkich.

 Korzyści dla ludzi i przyrody

Renaturyzacja to strategia ochrony przyrody, która ma niesamowity potencjał dla przywrócenia w  Europie zdrowia i funkcjonalność całych ekosystemów, tym samym zapewniając korzyści, również dla ludzi. Czyste powietrze, woda, żyzna gleba oraz poprawa zdrowia i samopoczucia, to tylko niektóre spośród usług systemowych, które niesie ze sobą renaturyzacja.

Regeneracja dzikiej przyrody w oparciu o jej zasady może również stanowić kluczowy element naszych działań w walce ze zmianami klimatu. Dzięki odtworzeniu zniszczonych ekosystemów naturalnie bogatych w pierwiastek węgla takich jak torfowiska, podmokłe łąki czy naturalne lasy,  będą one mogły magazynować znaczne ilości dwutlenku węgla i ponownie odgrywać swoją rolę w globalnym obiegu tego pierwiastka. Kluczowe znaczenie mają tu wspomniane wcześniej dzikie zwierzęta, ponieważ to one podtrzymują skomplikowaną sieć życia, utrzymując ekosystemy takie jak lasy, łąki i oceany w zdrowiu i funkcjonalności.

Z drugiej strony dzika przyroda pozwala zminimalizować skutki katastrof naturalnych, których nie możemy już powstrzymać. Naturalnie meandrujące dzikie rzeki, stwarzają zdecydowanie niższe zagrożenie powodziowe niż rzeki uregulowane. Dzikie torfowiska i łąki mają ogromny potencjał dla magazynowania nadmiaru wody podczas ulewnych deszczy, podobnie jak stare lasy o zróżnicowanej strukturze drzewostanu. Warto tutaj dodać, że rozwiązania oparte na naturze (ang. nature based solutions) są zdecydowanie tańsze, niż inżynieryjne struktury, które bardzo często zawodzą.

Zdjęcie: Katarzyna Hajdas

 Z drugiej strony renaturyzacja może stworzyć nowe możliwości ekonomiczne. Przedsięwzięcia związane z turystyką przyrodniczą, jak np. obserwowanie dzikiej przyrody, wycieczki przyrodnicze z przewodnikiem, czy biwakowanie to szybko rozwijający się sektor szczególnie cenny dla mieszkańców obszarów wiejskich, które są obecnie często kojarzone ze stagnacją lub zapaścią gospodarczo-ekonomiczną. Ekoturystyka i związane z nimi usługi, np. noclegowe, gastronomiczne, przewodnickie, czy lokalne rzemiosło i handel, mogą przyciągać turystów i generować przychody dla lokalnej społeczności.

Spojrzenie w przyszłość

Renaturyzacja tchnęła nową nadzieję dla przyszłości naszej planety. Wprowadzone w życie projekty renaturyzacji, obecnie realizowane głównie przez organizacje pozarządowe, pokazują zadziwiający wręcz potencjał dla regeneracji środowiska naturalnego. Również w Polsce może obserwować efekty jakie niesie ze sobą renaturyzacja. Na szczególną uwagę zasługują działania Stowarzyszenia Towarzystwo Przyjaciół Rzek Iny i Gowienicy, oraz Zachodniopomorskiego Towarzystwa Przyrodniczego, które od wielu lat w zachodniej Polsce realizują działania wpisujące się w realizację założeń renaturyzacji. Możemy tam obserwować tętniącą życiem przyrodę i powrót wielu wspaniałych gatunków zwierząt od rysi i żubrów przez rzadkie gatunki ryb.

Nic więc dziwnego, że renaturyzacja zaczęła być postrzegana jako ważny strategia dla ochrony przyrody również przez ONZ czy Komisję Europejską. W Europie coraz więcej uniwersytetów wprowadza kursy o renaturyzacji do swoich strategii nauczania, publikowane są kolejne książki o tej tematyce, a konferencja “Rewilding future – Shaping Tomorrow’s Wild” które odbyło się w tym roku w Cambridge w Anglii, przyciągnęło rekordową liczbę osób i okazała się ogromnym sukcesem. Pozostaje tylko czekać, aż i w Polsce renaturyzacja dotrze do zbiorowej świadomości, a im szybciej to się stanie tym lepiej dla nas wszystkich – zarówno dla ludzi jak i dla przyrody.

Donald Tusk napisał kiedyś: „Zrozumieć Kaszuby i Kaszubów znaczy zrozumieć historię. Historię inną od tej w podręcznikach… Historię ludu trwającego wbrew niej samej przy swej tożsamości – zakorzenionej bardziej w duszy niż umyśle”. Te słowa dziś – choć wypowiedziane lata temu – brzmią jak ostrzeżenie. Bo na samym krańcu Polski, na Helskim Cyplu, właśnie ważą się losy czegoś znacznie większego niż spór o inwestycję.

Chodzi o „Centrum Rewitalizacji Zdrowia Hel Happiness” – kompleks pięciopiętrowych budynków i wielopoziomowych parkingów, którego realizacja wymaga wycinki nawet 433 starych drzew (według niektórych decyzji – 620), zniszczenia pomorskiego lasu brzozowo-dębowego, torfowisk i siedlisk zwierząt w obszarze Nadmorskiego Parku Krajobrazowego i Natura 2000. Skala jest druzgocąca: utrata 80% terenu biologicznie czynnego w miejscu, które dla mieszkańców, przyrodników i turystów jest symbolem nietkniętej natury polskiego wybrzeża.

To nie tylko kwestia ekologii. To pytanie o sens samorządności w Polsce. Gmina Hel nie ma miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego dla tego terenu. Decyzje – od środowiskowej, przez zabudowę, po pozwolenie na budowę – zapadały w sposób, który mieszkańcy określają jako pozbawiony realnej konsultacji społecznej. To narusza zarówno polskie, jak i unijne prawo – w tym dyrektywę EIA czy Konwencję z Aarhus, które gwarantują obywatelom udział w procesach decyzyjnych dotyczących środowiska.

Hel to nie jest zwykła działka inwestycyjna. To jeden z głównych europejskich korytarzy migracyjnych ptaków, miejsce pamięci historycznej, teren objęty uchwałą o utworzeniu zespołu przyrodniczo-krajobrazowego. W teorii ochrona jest bezdyskusyjna – w praktyce drwale mają wejść z piłami już w październiku 2025 roku.

Dla mieszkańców jest to test wiarygodności państwa. Czy w Polsce prawo ochrony przyrody jest realnym narzędziem, czy tylko deklaracją na papierze? Czy władze – lokalne i centralne – staną po stronie wspólnego dobra, czy biznesowych wizji inwestora?

Tu chodzi również o symbol – o to, czy na krańcu Pomorza ktoś jeszcze pamięta, że samorządność to nie tylko prawo wydawania decyzji, ale i obowiązek reprezentowania interesu wspólnoty. A wspólnota – kaszubska, pomorska, polska – mówi dziś jasno: Cypel to nie tartak.

Podpisz Petycję

Trzy tygodnie temu przez polskie miasta przeszła brunatna fala, niezbyt duża, od kilkudziesięciu do kilkuset uczestników. Dotknęło to, wg różnych mediów, 50 do 80 miast, co wskazuje na coraz szersze rozlewanie się brunatnych energii, jeszcze raczej płytkich i wątłych. Po pierwszej, emocjonalnej reakcji wszyscy już o zdarzeniu zapomnieli. Niedobrze, bo fala pewnie wróci i będzie większa.

Przypomnijmy – były to przemarsze głównie kiboli, zorganizowane przez skrajną prawacką Konfederację pod hasłem „stop imigracji”. Przemarsze są/ były emanacją tzw. Ruchu Obrony Granic skleconego przez przestępcę Bąkiewicza, prowokatora na utrzymaniu PiS. Uczestnicy ROG głównie wysiadywali grupkami przy niemieckiej granicy, wypatrywali najazdu imigrantów, czepiali się ludzi i kręcili filmiki do sieci. Wypatrywali nieskutecznie, bo imigranci zawiedli, nie dotarli, najazdu nie ma.

BRUNATNE CHMURY

To fakty znane, ale czy fakty mają znaczenie?[1] Uchodźców nie ma, ale plus/ minus połowa rodaków, została skutecznie nastraszona fejkowymi obrazami inwazji krwiożerczych „bestii” o ciemniejszej skórze. I „obrońców granic” popiera, przynajmniej do niedawna. Tutejszy nieudolny rząd dopasował się do brunatniejącego klimatu i przywrócił kontrole graniczne. Wyłapują po kilkoro „nielegałów” dziennie na granicy z Niemcami i Litwą. Para w gwizdek, ale blokowanie komunikacji transgranicznej jest całkiem realne. Przekaz tych pełnych wrogości i agresji marszy był rasistowski i ksenofobiczny. Polska dla Polaków! Bóg, honor, ojczyzna! Nie rzucim ziemi! Wypierdalać z uchodźcami! itd.

To protofaszystowska narracja, radykalizm i akceptacja przemocy[2] także uzasadniają taką ocenę. Zamordyzm i konserwatywny radykalizm połączony z nacjonalizmem (szowinizmem), rasizmem i prymitywnym populizmem to klimaty brunatne. W pakiecie nienawiść do „innych” – Żydów, muzułmanów, społeczności LGBT, feministek, ekologów, gender itd. W powietrzu klimat pogromowy, informacje o próbach samosądu na „obcych” przychodzą co kilka dni. Dla prawackiego obiegu to jest prawdziwy polski patriotyzm (PPP). Ale FASZYZM TO NIE PATRIOTYZM, ma z nim tyle wspólnego co zwykłe krzesło z krzesłem elektrycznym. Te marsze to rozlewanie benzyny na ulicach z intencją, że ktoś rzuci zapałkę i ulica zapłonie przemocą… Póki co przemoc zdarza się incydentalnie, na szczęście, ale się zdarza.

Co zrobić z tą brunatną falą? I czy, oraz dlaczego wróci?

Co zrobić? Przykład dali mieszkańcy Bogatyni, choć w nieco innych okolicznościach niż te marsze, podczas których w paru miastach na drodze brunatnej fali stanęło kilka kontrdemonstracji. W Bogatyni, leżącej blisko styku granic: Polski, Czech i Niemiec, Bąkiewicz zaplanował zgromadzenie. Mieszkańcy je zablokowali i zagłuszyli, nie wpuścili do domu kultury, zbiegowisko nie wyszło. Ponoć 80% czynnych zawodowo mieszkańców Bogatyni pracuje w Niemczech lub w Czechach i naziolskie awantury dezorganizują funkcjonowanie miasta. Imigrantów nikt tam się nie obawia. Tak to aberracja fanatyków (ale też nadmiarowa decyzja rządu utrudniająca ruch transgraniczny) uderza w mieszkańców. Ale to mieszkańcy najskuteczniej mogą dać odpór brunatnym bojówkom.


DLACZEGO MOŻE BYĆ GORZEJ…

Wiele wskazuje, że my mieszkańcy jesteśmy zdani na własne siły w konfrontacji z brunatną falą. Brunatni mają poparcie szerokie, ale płytkie i dość słabe, zwłaszcza w większych, liberalnych miastach. Prawdopodobne jednak jest, że mogą/ będą rosnąć w siłę i zakorzeniać się mocniej i trwalej, i coraz bardziej się panoszyć.

Nie można liczyć, że to obecna demo-liberalna władza („nasza…”) przeciwstawi się brunatnej ekspansji. Bo sama nie chce i otwiera się na elementy prawackiej, brunatnej perspektywy. Snuje kunktatorskie wizje układów z mocodawcami brunatnych – dla przyszłych, wyobrażanych sojuszy. Jak mysz w kącie popiskuje przeciw ekscesom brunatnych. Wyczyny Bąkiewicza, ekscesy na marszach niepodległości, nacjonalistyczne skandale na stadionach,  recydywa Browna i jego wasali i in. pozostają praktycznie bezkarne. To nie przypadek.

Jednocześnie pokojowe protesty Ostatniego Pokolenia, aktywność wolontariuszy na granicy czy akcje ekologów wywołują reakcje samej Tuskowej Góry i często szybkie represje policyjno-prawne. Cała masa drobniejszych ekscesów rasistowskich, antysemickich, ksenofobicznych, jawnie neofaszystowskich itp. pozostaje zwykle bez interwencji policji[3], chyba że media, mieszkańcy lub organizacje społeczne zrobią raban – wtedy słychać, że „postępowanie podjęto”.

Ta asymetria[4] nie jest przypadkowa: demoliberały niezbyt brzydzą się naziolami, ale mają obsesję zagrożenia z demonizowanej „lewej” strony, i ze strony oddolnej aktywności demokratycznie organizujących się obywateli[5].

Służby siłowe same z siebie z o wiele większym zapałem pacyfikują ekologów albo wolontariuszy na granicy niż Browna albo kiboli-nazioli, mimo że ci ostatni ich czasem obijają. Bo mundurowi sami sympatyzują z prawackimi poglądami, konserwatywny zamordyzm i nacjonalizm ich kręci. A jak pokazują badania – armia głosowała na Mentzena, Browna a w końcu na Nawrockiego[6], a nie kandydatów z koalicji 15X. A skoro wpatrzony w Trumpa kibol-zadymiarz został prezydentem, to na co tu liczyć?

xBonkiewicz bis

Trudna do przecenienia jest też siła manipulacyjna masowych ogłupiaczy internetowych generujących wrogość i fałsz. W dużej części pracują one dla ruskiej wojny hybrydowej z Polską, dla skłócenia Polaków i Polski z Zachodem oraz rozbijania UE. Wrogość prawactwa wobec UE jest zrozumiała – w Unii na największą na świecie skalę obowiązują prawa chroniące prawa człowieka i obywatelskie wolności, co jest zaporą dla naziolskiego zamordyzmu, ksenofobii, rasizmu i pozostałych obsesji.

Istotne jest podłoże społeczno-ekonomiczne sytuacji: Polska ma jedne z największych nierówności społecznych w UE[7], stale rosnących i to się raczej nie zmieni. Egoizm i partykularne interesy elit blokują szanse na masowe programy ich zmniejszania i wyrównywania szans. Sprzyja to radykalizacji nastrojów społecznych i zaostrzaniu konfliktów klasowych. Masowa frustracja z powodu beznadziei losu „na dole” drabiny społecznej to żyzna gleba dla demagogicznego, prawackiego populizmu.

I last but not least: ruska napaść na Ukrainę i płynące ze Wschodu (nie z Zachodu!) zagrożenie dla Polski nie sprzyja wolnościowym klimatom, przeciwnie. Podobnie – coraz częstsze i intensywniejsze klęski żywiołowe powodowane przez katastrofę klimatyczną. Potrzebna silna, twarda ręka władzy…?


GŁOS SPRZECIWU WOLNYCH MIAST

Nie można milczeć!
Ta (plus/ minus) połowa kraju, która jest przywiązana do wartości demo-liberalnych i lewicowych, jest zorientowana na więź z Zachodem i UE może liczyć tylko na siebie w stawianiu granic brunatnej ekspansji, na własną, oddolną aktywność i determinację.

Potrzebą chwili jest ODWRÓCENIE NARRACJI w imieniu tej połowy rodaków, bo to nie „cała Polska”, nie „wszyscy Polacy” solidaryzują się z przestępcą Bąkiewiczem, jego bojówkami i mocodawcami – przeciwnie: cała masa rodaków jest temu przeciwna.

W warunkach słabnięcia demokratycznych standardów mających oparcie w europejskiej tradycji i prawach UE oraz kokietowania radykalnej prawicy przez obecną władzę – nowego znaczenia nabierają niezależne ruchy społeczne i oddolna aktywność obywatelska. To nie politycy kreują zmiany, oni za zmianami podążają, zmiany generują obywatele. Jest w tym szczególna rola miast i ich społeczności obywatelskich, z ruchami miejskimi włącznie.

Chyba wszędzie na świecie wielkie miasta stawiają opór zamordyzmowi autorytarnej władzy i polityce antyprogresywnej: Budapeszt na Węgrzech Orbana, Stambuł i Ankara w Turcji Erdogana, wielkie miasta amerykańskie odrzucające trumpizm. W Polsce miasta generalnie nie popierają kaczyzmu/ memtzenizmu/ batyryzmu. Ma to swoje historyczne i ontologiczne uzasadnienie – tradycja i tożsamość miasta europejskiego jest zaprzeczeniem tego, co brunatni mają na swoich sztandarach.

Miasto to otwarta przestrzeń spotkania i wymianywolności w różnorodności, tolerancji dla odmiennościStadtluft macht frei  już od średniowiecza… Te wartości napędzają rozwój miast, i świata, choć Polska późno zaczęła w nim uczestniczyć. Siła solidarności miejskiego oporu jest wielka i dobrze ugruntowana, na co wskazują wyniki w nich kolejnych wyborów powszechnych.

Otwarty na świat miejski patriotyzm jest zaprzeczeniem tego, co niesie brunatna fala. Patriotyzm to nie wrogość, agresja i pogarda wobec „innych” – ze względu na język, kolor skóry, religię czy kulturę – będące wyrazem lęku wynikającego z poczucia słabości i niższości. To w miastach może ale i musi wybrzmieć głos sprzeciwu w imieniu myślącej i czującej inaczej niż połowa zmanipulowanych brunatną propagandą rodaków. W „miejskim kryterium ulicznym” mamy przewagę, bo NAS jest po prostu więcej i bardziej nas widać. A może być nas większość…

PS. W Poznaniu marsz solidarnościowy z imigrantami został ogłoszony na 16 sierpnia br..

xMarsz Równości 10 tys. 2023

Dziesięć tysięcy uczestników Marszu Równości w Poznaniu dwa lata temu — ulica Głogowska zajęta na całej długości w śródmieściu…

[1] Trudno oprzeć się wrażeniu, że nie tylko w sferze publicznej mamy do czynienia z dwiema rzeczywistościami coraz bardziej od siebie odległymi. Jedna to obiektywna rzeczywistość faktów, druga to subiektywna rzeczywistość mentalna. Ta druga powstaje w wyniku masowej manipulacji w mediach wszelakich emocjami dotyczącymi informacji, obrazów  mówiących o tej pierwszej. Ograniczeń technicznych tu nie ma, inne zanikają w oczach.

[2] Sam wódz Bąkiewicz ma wyrok za pobicie, jest ułaskawionym przestępcą. A prezes (połowy) Polski publicznie sugerował stosowanie przemocy wobec oponentów mówiąc o tym, że „trzeba będzie wziąć coś do ręki”.. Może cegłówkę, brukowca, kij baseballowy albo maczetę? Może broń? To nie jest w Polsce abstrakcja, choć jeszcze wyjątek. Jak długo?

[3] Przykład rasistowskiej, antysemickiej imprezy w centrum Poznania na oczach policji, jeden z wielu: https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,31235452,skandal-w-poznaniu-policjanci-sluchali-piosenki-o-zydowskiej.html

[4] Nie widziałem żeby jacyś mundurowi tarmosili Bąkiewicza czy Browna albo ich pomagierów tak jak traktuje się uczestników protestów lewicowych albo ekologicznych. „Nasza władza” podobnie jak poprzednia jest silna wobec słabych i słaba wobec silnych, których się boi.

[5] Widać to zwłaszcza po tym, jaki jest praktyczny stosunek należących do PO z przystawkami „włodarzy” miast (lub przez PO&Co popieranych) – do niezależnej aktywności obywatelskiej w miastach nad którymi panują, często od kilku kadencji. To jest zaprzeczenie demokratycznego zarządzania choć w publicznych okolicznościach ich gęby są pełne demokracji.

[6] Info choćby tu: https://wiadomosci.wp.pl/tak-glosowano-w-wojskowych-osiedlach-zwyciezca-mogl-byc-tylko-jeden-7163386126416576a

[7] Traktuje o tym przełomowa książka pt. „Nierówności po polsku. Dlaczego trzeba się nimi zająć, jeśli chcemy dobrej przyszłości nad Wisłą”, autorzy: Paweł Bukowski, Michał Brzeziński, Jakub Sawulski, Warszawa 2024.

252 miliony lat temu Ziemię dotknęło największe wymieranie w historii – wielkie wymieranie permsko-triasowe. Najnowsze badania pokazują, że długotrwałe ocieplenie zostało spowodowane przez zanik lasów tropikalnych, co ma dziś ważne przesłanie dla ochrony naszej planety.

252 miliony lat temu Ziemia przeżyła największy kataklizm w swojej historii – tzw. wielkie wymieranie permsko-triasowe. W tym czasie wymarło aż 90% gatunków morskich i około 70% organizmów lądowych. Naukowcy przez długi czas zastanawiali się, co spowodowało tak potężne wymieranie i dlaczego globalne ocieplenie towarzyszyło mu przez prawie pięć milionów lat – co jest niezwykle długim okresem w skali geologicznej.

Co odkryły najnowsze badania?

Międzynarodowy zespół pod kierunkiem dr Zhen Xu z Uniwersytetu w Leeds i China University of Geosciences w Wuhan wykorzystał nowe techniki badania skamieniałości i warstw skalnych, by sprawdzić, jak zmieniała się roślinność Ziemi podczas wielkiego wymierania. Odkryto, że jednym z głównych powodów długotrwałego ocieplenia był upadek tropikalnych lasów, które przestały pochłaniać dwutlenek węgla. Erupcje gigantycznych wulkanów w Syberyjskich Pułapkach podniosły poziom CO2 i bez naturalnej „gąbki” w postaci lasów, gaz ten pozostawał w atmosferze przez miliony lat, napędzając globalne ocieplenie.

Skutki zaniku lasów: katastrofa klimatyczna i ekologiczna

Był to jedyny przypadek w dziejach Ziemi, gdy tropikalne lasy praktycznie zniknęły, a cała biosfera lądowa uległa niemal całkowitemu kolapsowi. To wywołało olbrzymie zakłócenia w naturalnym obiegu węgla i utrzymało bardzo wysoką temperaturę przez długi czas. Wiele gatunków nie przetrwało tego okresu, a klimat planety zmienił się na zawsze.

Tropikalne lasy dziś – fakty naukowe

Współczesne badania pokazują, że lasy tropikalne na świecie pochłaniają nawet 25% rocznej emisji CO2, co czyni je jednym z najważniejszych mechanizmów regulujących klimat. Lasy te przechowują olbrzymie ilości węgla nie tylko w drzewach, ale również w glebie. Ich wycinanie, wypalanie i degradacja uwalniają dodatkowe ilości dwutlenku węgla, nasilając efekt cieplarniany i prowadząc do jeszcze większych ekstremów pogodowych, takich jak susze, powodzie czy huragany.

Dodatkowo wykarczowanie tropikalnych lasów niszczy ich zdolność do regeneracji, fragmentuje środowisko i zaburza całą sieć zależności ekologicznych. To z kolei ogranicza ich potencjał zarówno do magazynowania węgla, jak i do wspierania bioróżnorodności, na której opiera się stabilność życia na Ziemi.

Nauka ostrzega: historia powtarza się dzisiaj

Profesor Benjamin Mills z Uniwersytetu w Leeds przypomina: „Jeśli obecnie utracimy lasy tropikalne na podobną skalę jak podczas wielkiego wymierania, to nawet całkowite zatrzymanie emisji CO2 może nie wystarczyć do powstrzymania wzrostu temperatur. Grozi nam utrwalenie zmian klimatycznych na wiele pokoleń”.

Badania z Chin, gdzie zachowały się najlepiej udokumentowane ślady tamtej katastrofy, pokazują, jak ważna jest ochrona naturalnych ekosystemów leśnych. To właśnie wieloletnie obserwacje, analiza skamieniałości i rekonstrukcja dawnych zmian klimatu pozwoliły na zrozumienie unikalnego wpływu lasów na cykl węglowy Ziemi.

Wnioski dla ochrony klimatu

Historia Wielkiego Wymierania permsko-triasowego niesie ważne przesłanie. Pokazuje, jak zależne od siebie są biosfera i klimat oraz jak szybko można przekroczyć punkt krytyczny, którego skutki trudno odwrócić. Dziś dzięki wiedzy naukowej wiemy, że ochrona tropikalnych lasów – jak Amazonia czy lasy Konga – to nie tylko działanie na rzecz przyrody, ale przede wszystkim klucz do stabilizacji klimatu i zapewnienia przyszłości naszej cywilizacji.

„Ocieplenie już kiedyś było, więc nie ma się czego obawiać”

Często słyszy się argument, że ocieplenie nie stanowi problemu, ponieważ w historii Ziemi zdarzały się już ciepłe okresy, w których życie z powodzeniem istniało. To jednak upraszczające i błędne podejście.

Po pierwsze, poprzednie okresy ocieplenia odbywały się na przestrzeni setek tysięcy, a nawet milionów lat, co dawało czas na ewolucję i adaptację organizmów do nowych warunków. Obecne tempo zmian jest jednak znacznie szybsze – zachodzą one w ciągu kilku dekad, zbyt szybko, by wiele gatunków mogło się przystosować.

Po drugie, dawne ocieplenia często wiązały się z masowymi wymieraniami, takimi jak właśnie wielkie wymieranie permsko-triasowe. To nie był „lekkie” okres ciepła, lecz katastrofa, która zniszczyła znaczne części życia na Ziemi i drastycznie zmieniła środowisko.

Po trzecie, obecne ocieplenie spowodowane jest przez działania człowieka i dotyka nie tylko przyrodę, ale i ludzkie społeczeństwa. Ekstremalne zjawiska pogodowe, rosnące poziomy mórz i zagrożenia dla bezpieczeństwa żywnościowego i zdrowotnego to już realne problemy, które mają wpływ na miliardy ludzi.

Wreszcie, tempo i skala obecnych zmian czynią je wyjątkowo niebezpiecznymi dla obecnej cywilizacji. To, że kiedyś na Ziemi było ciepło, nie oznacza, że powinniśmy bagatelizować zagrożenia związane z dzisiejszym ociepleniem. Wręcz przeciwnie – historia pokazuje, że gwałtowne i niekontrolowane zmiany klimatu prowadzą do poważnych kryzysów ekologicznych i społecznych.

Źródło: ScienceDaily „When rainforests died, the planet caught fire: New clues from Earth’s greatest extinction”, 2 lipca 2025 r

W obliczu narastających wyzwań związanych z ochroną klimatu oraz rosnącą presją unijnych regulacji środowiskowych, Polskie Porty Lotnicze S.A. (PPL) i Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy (IOŚ-PIB) ogłosiły strategiczną współpracę na rzecz zrównoważonego rozwoju polskiego sektora lotniczego. W obecności przedstawicieli Ministerstwa Infrastruktury oraz Ministerstwa Klimatu i Środowiska podpisano list intencyjny, który ma na celu połączenie potencjału nauki oraz praktyki biznesowej i administracyjnej w walce o zieloną transformację lotnisk.

Cel strategiczny: Nauka i biznes dla środowiska

Porozumienie zakłada realizację szeroko zakrojonych badań nad wpływem lotnictwa na środowisko, wdrażanie innowacyjnych technologii i rozwiązań proekologicznych, a także edukację społeczną w duchu idei ESG (Environmental, Social, Governance). Kluczowe obszary współpracy to:

  • szczegółowe badania wpływu transportu lotniczego na środowisko naturalne,

  • aktywna promocja standardów ESG i najlepszych praktyk w zarządzaniu lotniskami,

  • inicjowanie projektów ograniczających emisje gazów cieplarnianych oraz hałas wokół portów,

  • wsparcie rozwoju i wdrożenia technologii wodorowych oraz zrównoważonych paliw lotniczych (SAF),

  • zwiększanie efektywności energetycznej lotnisk, wykorzystanie odnawialnych źródeł energii,

  • realizacja programów edukacyjnych dla branży i społeczności lokalnych.

Polski sektor lotniczy na ścieżce zielonej rewolucji

Sygnatariusze porozumienia zgodnie podkreślają, że inicjatywa dopełnia krajową i unijną strategię neutralności klimatycznej. – Polska stawia dziś na zrównoważony rozwój infrastruktury i transportu. Ochrona środowiska musi iść w parze z postępem. To szczególnie ważne w kontekście tak dużych inwestycji jak Centralny Port Komunikacyjny – podkreślił Maciej Lasek, Sekretarz Stanu w Ministerstwie Infrastruktury, Pełnomocnik Rządu ds. CPK.

Wtóruje mu Krzysztof Bolesta, Sekretarz Stanu w Ministerstwie Klimatu i Środowiska: – Transformacja ekologiczna w lotnictwie staje się faktem – nie tylko w Europie, lecz również globalnie. Redukcja emisji to nie tylko troska o środowisko, ale także konkretne oszczędności dla przewoźników i pasażerów. Dzięki takim inicjatywom, jak współpraca PPL z IOŚ-PIB, Polska ma szansę znaleźć się w awangardzie tych zmian.

Synergia państwowych liderów i nauki

Zarząd Polskich Portów Lotniczych podkreśla, że sojusz z IOŚ-PIB to wzorcowy przykład synergii biznesu i nauki. – Przygotujemy wspólną mapę drogową, bazując na najlepszych doświadczeniach europejskich. Naszym celem jest, by Polska wyznaczała standardy zrównoważonego rozwoju infrastruktury transportowej – zadeklarował Adam Sanocki, członek zarządu PPL ds. strategii i marketingu.

Podobnie wypowiada się dr hab. Marcin Stoczkiewicz, dyrektor IOŚ-PIB: – Naszą misją jest dostarczanie naukowych podstaw skutecznej polityki ochrony środowiska. Połączenie potencjału nauki i praktyki biznesowej umożliwi wdrażanie efektywnych rozwiązań na lotniskach – a to klucz do realizacji celów klimatycznych zapisanych przez Polskę i Unię Europejską.

Krok w stronę neutralności klimatycznej

Podpisany list intencyjny można uznać za przełomowy w długoletniej strategii zielonej transformacji polskiego lotnictwa. Sektor ten coraz silniej włącza się w światową walkę ze skutkami zmian klimatu. Polska, będąc ważnym graczem na europejskiej mapie transportowej, nie może pozostać w tyle za międzynarodowymi trendami. Kooperacja PPL i IOŚ-PIB daje szansę na efektywną redukcję negatywnego wpływu portów lotniczych i operacji lotniczych na środowisko, włączając kraj w globalny nurt zrównoważonej mobilności.

Żródło: inf.pras IOŚ-PIB

Pierwsza elektrownia jądrowa w Polsce nie będzie ani zielona, ani bezpieczna. Rządowy program budowy energetyki jądrowej zawiera poważne niespójności i przemilczenia – od braku planu na składowanie odpadów radioaktywnych po ignorowanie krytycznego problemu dostępności wody. Dokumenty przesłane Komisji Europejskiej znacząco różnią się od tych przedstawionych polskiej opinii publicznej.

Choć rząd właśnie zakończył konsultacje aktualizacji „Programu Polskiej Energetyki Jądrowej” (PPEJ), opublikowane dokumenty i notyfikacje dla Komisji Europejskiej rysują zupełnie inny obraz niż oficjalna narracja. Zamiast spójnej strategii – mamy zbiór sprzecznych założeń, pominięć i ryzyk. Program ignoruje kluczowe kwestie środowiskowe, niedoszacowuje problemów z dostępem do wody i opiera się na prognozach demograficznych, które już dziś nie przystają do rzeczywistości. Szczególne kontrowersje budzi brak realnego planu na składowanie wysoko radioaktywnych odpadów oraz lokalizowanie elektrowni w regionach dotkniętych deficytem wody.

Brak składowiska odpadów wysoko radioaktywnych nie spełnia kryteriów unijnej taksonomii

Z aktualizacji PPEJ wynika, iż Polska nie planuje budowy operacyjnego składowiska odpadów wysokoaktywnych przed 2070 rokiem. W punkcie 2.2.2. (str. 25 dokumentu) czytamy: „Zgodnie z doświadczeniami innych krajów, konieczność budowy składowiska na wypalone paliwo jądrowe pojawi się po ok. 30–40 latach od uruchomienia pierwszej elektrowni jądrowej, to jest najwcześniej ok. 2070 r.”

Tymczasem w notyfikacji rządowej przesłanej do Komisji Europejskiej 17 września 2024 r., Polska zadeklarowała, że zamierza spełnić kryteria techniczne unijnej taksonomii z rozporządzenia delegowanego (punkty 58 i 59 notyfikacji) – w tym posiadanie „udokumentowanego planu mającego na celu uruchomienie składowiska do 2050 r.”.

Mamy tu do czynienia ze znacząca zmianą stanowiska rządu w ciągu ostatnich kilku miesięcy i różnicę szacowanego uruchomienia składowiska o ponad 20 lat. Pojawia się pytanie, czy Komisja Europejska oraz prywatni i publiczni inwestorzy (których udział w finansowaniu projektu EJ1 ma wynieść nawet 70%) zostali wprowadzeni w błąd? Jeśli tak – to mamy do czynienia nie tylko z błędem formalnym, ale z ryzykiem prawnym i finansowym mogącym zagrozić całemu projektowi. Jeśli nie – to oznacza, że stanowisko Polski wobec Komisji zostało w ostatnim czasie istotnie zmodyfikowane bez upublicznienia przyczyn tej zmiany, ani informacji o samej zmianie.

– „W dokumencie aktualizującym Program Polskiej Energetyki Jądrowej rząd po cichu przyznaje się, że nie jest w stanie spełnić kryteriów technicznych Taksonomii UE, co de facto sprawia, że pierwsza elektrownia jądrowa planowana w Polsce nie będzie mogła być traktowana i raportowana przez prywatne instytucje finansowe z UE jako inwestycja zrównoważona. Zapewnienia z wniosku notyfikującego zamiar udzielenia pomocy publicznej PEJ z 17 września 2024 r., że zarówno w pełni kontrolowana przez państwo spółka PEJ S.A. jak i instytucje i organy krajowe zrobią wszystko by spełnić kryteria techniczne Taksonomii, które obejmują między innymi posiadanie planu, który określa w sposób szczegółowy, że w kraju powstanie Głębokie Składowisko Odpadów Promieniotwórczych (GSOP) do 2050 r. od początku były mało realistyczne. Teraz polski rząd potwierdza  zakończenie budowy takiego składowiska najwcześniej w 2070 r.” – komentuje Kuba Gogolewski, ekspert Fundacji Mission Possible.

– „Mam nadzieję, że rząd poinformował Komisję Europejską, rynki finansowe oraz agencje ratingowe o tej zmianie, a nie że liczy na to, że nikt nie zauważy zmiany planów” – dodaje Gogolewski.

Brak operacyjnego składowiska wyklucza bowiem zgodność projektu z unijną taksonomią zrównoważonych inwestycji, ograniczając możliwość finansowania go przez instytucje finansowe, pragnące uchodzić za odpowiedzialne środowiskowo i wspierające zieloną transformację oraz może wpływać na wzrost kosztów kapitału dla PEJ S.A.

Niezdolność do chłodzenia reaktorów – lokalizacje bez wody

Drugim, równie krytycznym aspektem jest nieuwzględnienie w programie realnych ograniczeń zasobów wodnych. Elektrownie jądrowe, wymagają ogromnych ilości wody do chłodzenia – większych niż inne konkurencyjne technologie węglowe i gazowe i nieporównywalnie więcej niż energetyka wiatrowa i słoneczna. Tymczasem w preferowanych lokalizacjach dla drugiej elektrowni jądrowej – Bełchatowie i  Koninie – już dziś występuje silny stres wodny. Wskaźnik WEI+ (Water Exploitation Index Plus), który mierzy presję na zasoby wodne, przekracza w tych miejscach 40%, co wskazuje na poważne i niezrównoważone wykorzystanie słodkiej wody (źródło: Analiza Wawrętego i Żelazińskiego dla Towarzystwa na Rzecz Ziemi, 2024).

Badania z 2023 roku wykazały, analizujące możliwość odtworzenia mocy w elektrowni węglowej przy zastosowaniu technologii jądrowych że przepływ Wisły na poziomie 146 m³/s uniemożliwia jednoczesne chłodzenie bloków jądrowych i spełnienie wymogów środowiskowych – zarówno pod względem ilości, jak i temperatury wody. Bloki jądrowe wymagają od 1,55 do 1,67 razy więcej wody do chłodzenia na każdy MW zainstalowanej mocy w porównaniu do i tak wyjątkowo wodochłonnych jednostek węglowych działających w elektrowni Kozienice.

Równie wiele kontrowersji wywołuje zastosowanie otwartego obiegu chłodzenia wodą z Bałtyku w pierwszej planowanej lokalizacji w gminie Choczewo. Jak wynika z ekspertyzy naukowców z Instytutu Oceanologii Polskiej Akademii Nauk (PAN) w Sopocie, w każdej sekundzie ta największa nad Bałtykiem elektrownia ma pobierać 5 wagonów po 30 ton wody, chłodzić reaktory, a następnie zrzucać tysiące ton wody morskiej podgrzane o 10 st. C. W konsekwencji może doprowadzić to do zakwitu sinic, zagrożeń dla życia morskiego oraz upadku turystyki w regionie (źródło: Opinie prof. Piskozuba i prof. Kulińskiego z PAN).

W dokumentach rządowych marginalizuje się wpływ zmian klimatycznych na przepływy rzeczne, pomimo że program dotyczy okresu kilku dekad, w którym oczekiwane są znaczne zmiany charakteru oraz czasu występowania opadów atmosferycznych. Takie zaniedbanie planistyczne jest nie tylko ryzykowne z perspektywy technicznej, ale też środowiskowej – ponieważ może ograniczyć czas pracy elektrowni w okresach suszy i podnieść koszty eksploatacji.

– „Planowanie elektrowni jądrowych w miejscach dotkniętych już dziś problemami z wodą to proszenie się o katastrofę – nie tylko ekologiczną, ale i ekonomiczną. Elektrownia, która nie może pracować przez brak wody, to kosztowny pomnik złego planowania. Polityka energetyczna musi zacząć uwzględniać wodę jako kluczowy, ograniczony zasób. Bez niej nie da się ani chłodzić reaktorów, ani gasić pożarów, ani zapewnić wody pitnej. Zasoby wody w Polsce są jednymi z najniższych w Europie, a ich dalsze obciążanie technologiami ekstremalnie wodochłonnymi to droga donikąd. Zamiast budować nowe ryzyka – powinniśmy inwestować w rozwiązania zgodne z rzeczywistością hydrologiczną i klimatyczną, takie jak OZE” – ocenia Paweł Pomian, wiceprezes Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA.

– „W lipcu wyłączano reaktory jądrowe, bo rzeki były zbyt ciepłe, by mogły chłodzić reaktory – Beznau w Szwajcarii, Golfech we Francji. Czy naprawdę musimy najpierw popełnić te same błędy, żeby wyciągnąć z nich wnioski?” – pyta Pomian.

Rządowy program jądrowy pełen jest sprzeczności, przemilczeń i ryzyk, których nie powinno się już dłużej ignorować. Zanim Polska wyda miliardy z kieszeni podatników i inwestorów, konieczna jest uczciwa debata, przejrzystość wobec Komisji Europejskiej i odpowiedź na pytanie: czy naprawdę wiemy, co budujemy – i za jaką cenę?

Źródło: Komunikat medialny Fundacji Mission Possible i Stowarzyszenia EKO-UNIA

W Ziębicach trwają intensywne prace nad powołaniem Spółdzielni Energetycznej Ziębice, inicjatywy, która ma potencjał zmienić sposób, w jaki mieszkańcy tego regionu produkują i korzystają z energii. Projekt, realizowany przy wsparciu Fundacji Zielone Światło oraz jako część pilotażu Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej, już dziś angażuje lokalną społeczność, dając im realną możliwość współdecydowania o swojej energetycznej przyszłości.

Spółdzielnia energetyczna to nie tylko sposób na tanie i ekologiczne źródła energii – to przede wszystkim forma społecznej współwłasności i samorządności w obszarze energetyki. Dzięki niej mieszkańcy mogą wspólnie inwestować, produkować oraz korzystać z odnawialnych źródeł energii, takich jak panele fotowoltaiczne czy małe turbiny wiatrowe. To także narzędzie, które sprzyja zwiększaniu niezależności energetycznej, redukcji kosztów i ograniczeniu emisji szkodliwych gazów, a jednocześnie buduje silniejsze więzi społeczne i lokalną solidarność.

Podczas spotkania w Ziębickim Inkubatorze Przedsiębiorczości mieszkańcy oraz przedstawiciele lokalnych Kół Gospodyń Wiejskich mieli niepowtarzalną okazję, by lepiej zrozumieć, jak działa taki model i jakie realne korzyści mogą z niego płynąć. Eksperci wyjaśniali, że dzięki spółdzielni można znacząco obniżyć rachunki za prąd, a co równie ważne – mieć wpływ na wybór źródła własnej energii, stając się nie tylko konsumentem, ale i współtwórcą lokalnego systemu energetycznego.

Istotną częścią wydarzenia była także prezentacja projektu edukacyjnego komiksu, który ma przybliżyć mieszkańcom Ziębic zasady działania odnawialnych źródeł energii i spółdzielni. Ten innowacyjny materiał ma ułatwić przyswojenie istotnych informacji i zachęcić do zaangażowania w projekt.

Spotkanie prowadził Łukasz Pałucki, ekspert ds. spółdzielni energetycznych i wiceprezes Hrubieszowskich Spółdzielni Energetycznych, który podkreślił znaczenie aktywności społecznej w przedsięwzięciach tego typu. – „Sukces spółdzielni energetycznych opiera się na zaangażowaniu i świadomości mieszkańców. To nie tylko biznes, ale przede wszystkim społeczna zmiana, która daje szansę na realne korzyści dla wszystkich” – mówił Pałucki.

Spotkanie było pierwszym, ale bardzo ważnym krokiem w kierunku zbudowania w Ziębicach modelu lokalnej, demokratycznej i przyjaznej środowisku energii, która – jak pokazują najnowsze trendy – będzie coraz istotniejszym elementem polskiej transformacji energetycznej. Inicjatywa ta może stać się wzorem dla innych społeczności, które chcą przejąć kontrolę nad własną energią i tym samym wpisać się w zieloną przyszłość Polski.

Zrównoważone rolnictwo to nie marzenie – to konieczność

WeMove to społeczność, która łączy ludzi z różnych środowisk – od nauczycieli i emerytów, po drobnych rolników. I to właśnie mali rolnicy są dziś głosem prawdy w debacie o tym, jak wygląda rolnictwo w Europie i dokąd zmierza.

Wiosną 2025 roku Joseph z Rumunii i Manuela z Toskanii – rolnicy prowadzący rodzinne, zrównoważone gospodarstwa – pojechali do Brukseli. Ich celem było jedno: upomnieć się o sprawiedliwość i przyszłość dla rolnictwa, które nie rujnuje planety.

Rolnictwo przemysłowe napędza kryzys

Wielkie koncerny produkujące mięso i nabiał to dziś jedni z największych winnych kryzysu klimatycznego. Model, na którym opierają działalność, prowadzi do nadprodukcji, wylesiania i okrucieństwa względem zwierząt, a przede wszystkim – do emisji metanu, który jest gazem cieplarnianym 80 razy silniejszym niż CO₂.

Co gorsze, to właśnie ten szkodliwy model nadal otrzymuje gigantyczne wsparcie ze środków unijnych – kosztem małych gospodarstw, które realmente dbają o ziemię, ekosystem i lokalne społeczności.

Bruksela i moment przełomu

Podczas wydarzenia organizowanego przez WeMove w Brukseli doszło do przełomu. Po raz pierwszy przy jednym stole zasiedli razem: urzędnicy UE, przedstawiciele przemysłu i mali rolnicy. Ich celem było jasne przesłanie: zrównoważone rolnictwo to nie utopia – to realna i potrzebna alternatywa.

„Po reakcjach niektórych polityków było widać – sprawiliśmy, że poczuli się nieswojo” – powiedział Joseph.
„Przypomnieliśmy im, że igrają z życiem i bytem milionów ludzi. Nasza obecność przypomniała im o ich odpowiedzialności.”

Głos przeciwko systemowi

Rolnicy tacy jak Joseph i Manuela to nie tylko opiekunowie ziemi – to ostatni obrońcy lokalnych społeczności, kultury i różnorodności biologicznej. A mimo to są dziś wypychani z rynku.

„Decydenci niszczą rolnictwo dla małych gospodarstw. Międzynarodowe korporacje dostają całe wsparcie, a mali rolnicy – prawie nic” – mówi Joseph.

W systemie zaprojektowanym pod gigantów, drobni rolnicy nie mają szans bez interwencji politycznej. Dlatego ich głosy muszą być słyszane tam, gdzie podejmowane są decyzje – w Komisji Europejskiej, w krajowych rządach, w mediach.

Wspólnota to siła – i realna zmiana polityki

To, że Joseph i Manuela mogli się spotkać z unijnymi decydentami, wydarzyło się tylko dzięki zaangażowaniu tysięcy ludzi z całej Europy: podpisom pod petycjami, darowiznom i wsparciu oddolnemu. Wspólnota WeMove działa właśnie po to, by wzmacniać tych, których system próbuje uciszyć.

Dziś – po tym symbolicznym spotkaniu – politycy nie mogą już udawać, że nie słyszeli.
Bo zrównoważone rolnictwo to nie tylko ekologiczna alternatywa – to realna odpowiedź na kryzysy klimatyczne, ekonomiczne i społeczne.

Przyszłość jeszcze nie została przesądzona

W tej chwili państwa członkowskie UE dyskutują nad kształtem nowego długoterminowego budżetu wspólnoty. Decyzje, które zapadną w najbliższych miesiącach, przesądzą o tym, czy środki publiczne nadal będą wspierać rolnictwo przemysłowe, czy zostaną skierowane do tych, którzy chcą chronić glebę, wodę i powietrze.

Co możesz zrobić?

Zrównoważone rolnictwo to nie hasło kampanii – to konkretna, oddolna walka o przyszłość naszej planety. A każda podpisana petycja, każda darowizna i każde słowo wsparcia to krok w stronę sprawiedliwszego systemu.

Jesteśmy w środku sezonu, w którym polskie plaże i szlaki górskie pokryją niedopałki i puste butelki. Lato dopiero się zaczyna, a już wiadomo, że polska przyroda znów zapłaci wysoką cenę za nasz wypoczynek. W wakacyjnych kurortach śmieci wyrzucone poza miejscami do tego przeznaczonymi liczy się w tonach, a koszty uprzątnięcia terenu w dziesiątkach, a niekiedy nawet w setkach tysięcy złotych. Czy nowe przepisy zdołają zatrzymać ten trend?

Dane z raportu „Wakacje ze śmieciami, czyli co zostawiamy po sobie w miejscach wypoczynku” przygotowanego w 2024 r. przez Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA są jednoznaczne: otaczają nas śmieci, głównie opakowania po napojach, w dużej mierze alkoholowych. W samym tylko Gdańsku w 2023 r. usuwanie dzikich wysypisk kosztowało miasto ponad 522 tys. zł. Akcja Czysta Odra zebrała 120 ton śmieci w 2022 r., 180 ton w 2024 r., a w 2025 r. już ponad 200 ton. Znacząco wzrasta zwłaszcza udział frakcji szklanej – obecnie sięga nawet połowy zebranego wolumenu.

– Potrzebna jest zmiana mentalna i edukacja od przedszkola począwszy, bo w porównaniu do tamtego roku śmiecimy tak samo lub nawet bardziej – alarmuje prof. Agnieszka Nawirska-Olszańska, autorka raportu.

ROP i PPWR: mniej śmieci, więcej odpowiedzialności

System Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta (ROP) oraz unijne rozporządzenie PPWR mają stanowić odpowiedź na narastający problem. Od sierpnia przyszłego roku zaczniemy stosować się do zapisów PPWR, które wprowadzają m.in. obowiązek projektowania opakowań z myślą o recyklingu, ograniczenie opakowań jednorazowych oraz cele redukcji wprowadzania odpadów na rynek.

– ROP jest ważny, gdyż egzekwuje zasadę „zanieczyszczający płaci” – podkreśla Piotr Barczak, współzałożyciel Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste (PSZW)  i Członek Rady European Environmental Bureau (EEB). – To oznacza, że producenci płacą za koszty zbiórki i przetwarzania opakowań, których używają.

Teraz płacą konsumenci

Dziś za te koszty odpowiadają głównie gminy i ich mieszkańcy, co rodzi poczucie niesprawiedliwości. We wrześniu 2024 r., podczas debaty towarzyszącej publikacji raportu „Wakacje ze śmieciami”, wiceminister Anita Sowińska (MKIŚ) powiedziała: – Chcemy, żeby system ROP zapewniał stabilne finansowanie gospodarki odpadami w Polsce i również, żeby to finansowanie było bardziej sprawiedliwe.

Zaznaczyła przy tym, że obecnie mieszkaniec płaci za odpady opakowaniowe trzy razy. – Raz, kupując, chociażby szampon, płaci za butelkę. Następnie płaci, kiedy ową butelkę wyrzuca, uiszczając kolejną opłatę za wywóz odpadów. A trzeci raz następuje najczęściej wtedy, kiedy gmina nie osiąga celów recyklingu. I wtedy oczywiście kary ktoś musi zapłacić. To nie jest tak, że gmina sama wyciąga pieniądze z kieszeni, środki te oczywiście również pochodzą z pieniędzy publicznych – tłumaczyła.

Niesprawiedliwość dzisiejszego modelu podkreśla współzałożyciel PSZW: – Płacą wszyscy, bez rozróżnienia, czy jest to osoba kupująca dużo napojów gazowanych, czy ktoś, kto z korzyścią dla swojego zdrowia i środowiska wybiera wodę z kranu. A to rozróżnienie jest bardzo ważne, ponieważ koszty gospodarki odpadami rosną i dalej będą rosnąć. Te koszty powinny być wsparte wysokimi i funkcjonalnymi opłatami ROP – uważa Barczak.

Minister Sowińska przyznała, że system jest niesprawiedliwy także dlatego, że nie zawsze działa w myśl zasady „zanieczyszczający płaci”. – Bo jeżeli wszyscy płacimy po równo opłatę za wywóz odpadów, to płaci tak samo starsza pani, która kupuje bardzo mało i tak samo płaci ten, który kupuje bardzo dużo – tłumaczyła podczas debaty.

To nie pierwszy raz, gdy ministerstwo rozwiązując jeden problem tworzy kolejny. Przy okazji wdrażania systemu kaucyjnego nawet na stronach rządowych podkreślano, że w Niemczech butelka szklana jest zawracana do obiegu średnio 45 razy, a w Finlandii jest napełniana średnio 33 razy, zanim trafi do recyklingu. Mimo to, jednorazowe butelki szklane nie weszły jeszcze do systemu.

  Nie jest wykluczone, że system kaucyjny w przyszłości rozszerzy się o kolejne typy opakowań – mówiła w połowie czerwca minister Sowińska, tłumacząc luki w systemie.

Innego wyjścia nie ma

– PPWR i nowy ROP są częściowo remedium na powszechne zaśmiecenie i wyzwania gospodarki odpadami – przyznaje prof. Nawirska-Olszańska. Również dlatego, że innego wyjścia, niż redukcja odpadów, nie ma.

– Jak przewidują prognozy, brak wprowadzenia zmian legislacyjnych doprowadziłby do nieprzerwanego, dalszego wzrostu ilości odpadów opakowaniowych o 19% do 2030 r., a w przypadku odpadów opakowaniowych z tworzyw sztucznych nawet o 46% – przekonuje Konrad Nowakowski, prezes Polskiej Izby Odzysku i Recyklingu Opakowań (PIOiRO).

Stąd też plany na wprowadzenie prawa, które zawiera obowiązek przechodzenia na wielorazowe opakowania i ograniczenie niepotrzebnych i przewymiarowanych opakowań. Te wszystkie wymagania, jak przyznaje Barczak, brzmią bardzo racjonalnie. – Ale dla wielu producentów oznaczają konieczność szeregu działań: zmiany dostawców, zmiany linii produkcyjnych, ograniczenia niektórych chwytów marketingowych (jak zbyt duże opakowania).

Sam projekt nowelizacji ROP, którego ostatecznego kształtu jeszcze nie znamy, ma zostać przyjęty przez rząd i skierowany do parlamentu w III kwartale tego roku. Może stać się szansą na rozwiązanie wieloletniego problemu, który jest dla nas najlepiej widoczny w wakacje.

– ROP to odpowiedź na współczesne wyzwania gospodarki odpadami. Dzięki przeniesieniu kosztów na producentów uregulują się opłaty dla zwykłych mieszkańców, płacących dziś gminom za odpady wysokie stawki. Celem jest odpowiednia selektywna zbiórka oraz efektywny recykling, z którymi Polska nadal ma olbrzymi problem. Potrzebujemy też szczelnego systemu kaucyjnego, który pozwoli wyeliminować najbardziej uciążliwe dla środowiska odpady, takie jak małe opakowania szklane czy plastikowe butelki po napojach. Dobrym krokiem natomiast jest objęcie szklanych butelek wielokrotnego użytku systemem i w tę stronę powinniśmy zmierzać również w przypadku pozostałych opakowań – tłumaczy Paweł Pomian ze Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA.

Żródło: Komunikat medialny Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA

Czy w polskich szpitalach pacjenci mają prawo jeść zgodnie ze swoimi przekonaniami? Choć konstytucja to gwarantuje, projekt rozporządzenia Ministra Zdrowia może to prawo poważnie ograniczyć. Green REV Institute ujawnia: osoby na diecie roślinnej wciąż pozostają poza systemem.

W 2025 roku temat żywienia w szpitalach niespodziewanie znalazł się w centrum debaty publicznej. Ministerstwo Zdrowia zaproponowało długo wyczekiwane rozporządzenie regulujące standardy szpitalnego żywienia. Choć krokiem w dobrym kierunku miało być zagwarantowanie jakości i wartości odżywczej posiłków, dokument zawiera zapisy, które wywołały sprzeciw wielu środowisk – od pacjenckich po eksperckie. Najgłośniej protestuje Green REV Institute, który zarzuca resortowi zdrowia systemową dyskryminację osób stosujących dietę roślinną.

Dieta roślinna – nadal „błąd żywieniowy”?

W nowym rozporządzeniu pojawia się pozornie niewinny zapis: brak mleka i ryb w jadłospisie określany jest jako „błąd żywieniowy”. Taki język – jak wskazuje Green REV Institute – nie tylko odzwierciedla ideologiczne uprzedzenia wobec alternatywnych modeli żywieniowych, ale potwierdza, że wegańska diety nie zostały potraktowane jako równoprawne.

Tymczasem stanowisko nauki jest jasne – dobrze zbilansowana dieta wegańska może być bezpieczna i odpowiednia dla osób w każdym wieku, również dzieci i kobiet w ciąży. Takie rekomendacje wydały m.in. Amerykańska Akademia Pediatrii oraz Academy of Nutrition and Dietetics. Dlaczego więc w polskich szpitalach wciąż nie gwarantuje się pacjentom opcji roślinnej?

„Eliminacja przez niewidoczność” – szpitalne talerze wykluczają

Brak codziennej opcji wegańskiej uderza nie tylko w osoby dorosłe. Projektowane przepisy nie przewidują ani dla dzieci, ani młodzieży ani nawet kobiet w ciąży dostępu do roślinnej alternatywy żywieniowej. Pojawia się opcja diety „wegetariańskiej” i „bezmlecznej bezglutenowej”, ale całkowicie brak diety wegańskiej. Konsekwencje? Według Green REV Institute pacjenci na diecie roślinnej są często zmuszani do spożywania „mięsnych posiłków bez mięsa”, czyli niezbilansowanych wariantów pozbawionych substytutów białka, wapnia czy żelaza.

– To nie tylko kwestia zdrowia, ale i godności. Prawo pacjenta do żywienia zgodnego z jego przekonaniami to nie fanaberia. To podstawowe prawo człowieka – komentuje Agata Rusałka z Green REV Institute.

Światopogląd w konflikcie z przepisem

Jak podkreśla organizacja, weganizm nie jest jedynie wyborem dietetycznym. To spójny światopogląd etyczny, który – zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka – zasługuje na taką samą ochronę jak religia. A zapewnienie odpowiedniego żywienia stanowi formę ochrony wolności sumienia (art. 53 Konstytucji RP, art. 9 EKPC).

Tymczasem projekt rozporządzenia marginalizuje całe grupy pacjentów, w tym także dzieci wychowujące się w rodzinach stosujących dietę wegańską. Co znamienne, Finlandia czy Katalonia przyjęły już standardy, które gwarantują posiłki roślinne w szkołach i szpitalach publicznych. W Polsce – wciąż czekamy.

Co proponuje Green REV Institute?

Organizacja wniosła do projektu liczne poprawki. M.in.:

  • wpisanie pełnowartościowej opcji roślinnej jako równorzędnej z dietą klasyczną,

  • obowiązek zapewnienia tej opcji we wszystkich placówkach, niezależnie od czasu hospitalizacji,

  • neutralny język: zamiast „produkty naśladujące mleczne” – „produkty roślinne zastępujące mleczne”.

Ich wspólnym mianownikiem jest jedno: gwarancja realnego wyboru i poszanowania przekonań pacjenta.

 Czas na systemową zmianę

Zmiany w sposobie żywienia w polskich szpitalach wciąż pozostają na etapie konsultacji społecznych, a debata wokół gwarancji opcji roślinnej nie traci na intensywności. Green REV Institute nie zamierza rezygnować: organizacja deklaruje dalszą współpracę z decydentami, przygotowuje ekspertyzy oraz prowadzi kampanię na rzecz równości i neutralności światopoglądowej w szpitalnych jadłospisach.

Godność, zdrowie i wolność wyboru nie mogą być uznaniowe ani selektywne – mają być standardem, nie wyjątkiem. Sprawa żywienia szpitalnego pokazuje, że równość na talerzu zaczyna się od równości w prawie. Presja społeczna, kampanie obywatelskie i sygnały wysyłane do władz mogą odblokować zmianę tam, gdzie dotąd decydowało przyzwyczajenie.

To moment, by jasno powiedzieć: każde prawo pacjenta – także do diety zgodnej z przekonaniami – jest testem na dojrzałość i humanitaryzm systemu zdrowia. Jakie będą jego wyniki? To zależy również od nas, obywateli, ekspertów, organizacji. W tej debacie nie chodzi jedynie o zupy i kotlety, lecz o elementarny szacunek. Czas skończyć z systemowym wykluczeniem – również na szpitalnym talerzu.

– Zamrażanie cen energii to jest jakaś bujda na resorach, żeby utrzymać tych monopolistów. My mamy mieć po prostu niskie ceny dzięki konkurencji i kontroli społecznej nad energetyką – mówi Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA. Punktem wyjściowym do rozmowy była trudna sytuacja energetyczna Polski, której brakuje jasnej wizji transformacji energetycznej.

Nad przebiegiem transformacji energetycznej i klimatycznej w Polsce i Unii Europejskiej debatowano podczas kolejnego okrągłego stołu energetyczno-klimatycznego pt. „Rola obywatelskich i odnawialnych społeczności energetycznych w obszarze zielonej transformacji energetycznej Polski”, które tym razem odbyło się w Gdańsku. Zorganizowały je Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA oraz Zielony Instytut. Patronat medialny nad wydarzeniem objął Odpowiedzialny Inwestor oraz Zielone Wiadomości.

Omówiono bieżący stan energetyki obywatelskiej w Polsce, unijne cele związane m.in. z podnoszeniem efektywności energetycznej, zwiększeniem udziału odnawialnych źródeł energii (OZE), a także demokratyzacją unijnej energetyki, w której centrum jest konsument energii.

„Byłam wyspą bez prądu”

– Gdańsk może się stać Obywatelską Społecznością Energetyczną, jeżeli będzie taka wola i takie zapotrzebowanie mieszkańców. Po co? Np. po to, żeby obniżyć te niewyobrażalne koszty, jakie na co dzień ponoszą mieszkańcy, czyli rachunki za energię – mówił Gawlik.

Przypomnijmy, że Obywatelska Społeczność Energetyczna (OSE) to koncepcja demokratyzacji, uspołeczniania i decentralizacji energii/usług energetycznych w UE.

Podkreślił, że nie ma na myśli zamrażania cen energii. – Bo zamrażanie cen energii to jest jakaś bujda na resorach, żeby utrzymać 4 monopolistów. My mamy mieć po prostu niskie ceny dzięki konkurencji i kontroli społecznej nad energetyką – dodał.

Agnieszka Olszewska, mieszkanka pomorskiej gminy Choczewo, inwestująca w odnawialne źródła energii, powiedziała, że boi się kanibalizacji, czyli pochłonięcia – wykluczenia z produkcji energii, przez posadowienie w okolicy dużych inwestycji energetycznych. Wskazała na plany budowy elektrowni atomowej w Choczewie: – Zainwestowaliśmy swoje pieniądze w OZE [tu w panele fotowoltaiczne – przyp. red.]. Jako społeczeństwo chcieliśmy to zrobić dla klimatu, naszych dzieci, wnuków i prawnuków. Wydaliśmy 30 tys. złotych na 10 kW, dostając 5 tys. złotych dotacji. Znowu państwo polskie robi wszystko, żebyśmy my byli stratni. To my będziemy najbardziej na tym cierpieć.

Dariusz Szwed z Zielonego Instytutu zauważył, że zaufanie do państwa zostało poważnie naruszone. – Jeżeli obywatele zainwestowali, dbając o bezpieczeństwo energetyczne, to z samego tego faktu należy im się szacunek państwa. Z dyrektywy dot. Europejskiego rynku energii elektrycznej IEMD należy się zaś dodatkowo niedyskryminacyjne traktowanie na rynku. Miliony prosumentów zapewniają bezpieczeństwo energetyczne i realizują cele polityki klimatycznej. – To są dziesiątki miliardów złotych zainwestowanych przez słonecznych obywateli w nowoczesny sektor energetyczny w Polsce. Rząd zamiast wspierać miliony obywateli i rynek energii elektrycznej, do dziś blokuje go z czterema regionalnymi monopolistami – państwowymi spółkami energetycznymi a Komisja Europejska prowadzi obecnie postępowanie tej w sprawie.

– Pamiętam, że cztery lata temu w gm. Choczewo niestety chodzono i straszono nas, że jak nie będziemy mieć elektrowni atomowej, to będziecie siedzieć przy świeczkach. Jak mówiłam, że można magazynować energię, to mnie wyśmiewali – wspomina Olszewska. A ja musiałam sobie kupić magazyn energii, ponieważ musiałam 16 miesięcy oczekiwać, żeby mnie podłączyli. Byłam tak jakby wyspą bez prądu. To, że nie można magazynować, było oczywiście nieprawdą. Teraz to się pięknie rozwija. I my działamy, choć dostajemy na to marne grosze i dostajemy za to po głowie.

Olszewska jest zwolenniczką zakładania OSE i wyraża nadzieje, że taka w jej okolicy powstanie.

Fotowoltaika jest tłamszona przez monopol

– Mamy pierwszą umowę prosumencką na Pomorzu. Musieliśmy walczyć dziewięć miesięcy o przyłączenie fotowoltaiki – mówił Karol Pruski, który od kilkunastu lat działa w branży odnawialnych źródeł energii.

Optował za reprywatyzacją energetyki, żeby walczyć z monopolem. – Teraz jest tak, że mamy fotowoltaikę i sprzedajemy [energię] za cenę giełdową, która kosztuje 12 groszy, a za parę lat będziemy do niej dopłacać, dlatego że mamy instalację fotowoltaiczną.

– Uważam, że trzeba to rozwalić i utworzyć spółdzielnię energetyczną w każdym możliwym miejscu.

Przedstawił przykład z Niemiec, gdzie jego firma już 22 lata temu utworzyła taką spółdzielnię, w której inwestorami mogli być mieszkańcy.

– Energia nie musi być droga, ale żyjemy w takich czasach, że nic już taniej nie będzie – dodał Pruski. Ustawę o OZE trzeba wyrzucić do kosza i napisać od nowa. Wystarczy 15 stron i zapis, że jeżeli wyłączy się odnawialne źródła energii, trzeba zapłacić karę.

Filip Dombrowski, który jest wspólnikiem Karola Pruskiego, opowiedział o coraz częściej pojawiającej się, złej narracji. – Która ma nieskończone źródła finansowania się . Mówi się, że fotowoltaika jest zła i się nie opłaca. Zniszczono to matematyką. W tej chwili cena odkupu energii przez koncerny energetyczne to jest 12-16 groszy. Jeżeli klient policzy, to przez pół roku klient jest w stanie zaoszczędzić, zbilansować to. Natomiast przez miesiące zimowe – nie jesteśmy w stanie być samowystarczalni. Niestety, sieci umniejszają prosumentom. Dopóki ten monopol się nie rozbije, my jako przedsiębiorcy zderzamy się ze ścianą.

Dystrybucja prądu. To na niej robi się pieniądze

Mariusz Sadłowski z Urzędu Miejskiego w Gdańsku powiedział: – Mam wrażenie, że rozmawiamy przez pryzmat taki, że chcielibyśmy mieć ciastko, wylizać śmietankę z góry, a ciastko zostawić operatorom do rozwiązania.

– Wie pan, gdzie jest w tej chwili śmietanka? Śmietanka jest w dystrybucji – odpowiedział Radosław Gawlik.

Na początku lat 2000 połączono produkcję energii z dystrybucją. –To jest absurdalne. Dr Biskupski powiedział nam, jak to wygląda w przypadku Tauronu. Węgiel jest oraz mniej opłacalny, wiatr i słońce go skutecznie wypierają, więc oni [koncerny] zarabiają na dystrybucji. Tam, gdzie jest możliwość sprzedaży prądu, są właśnie te pieniądze. Oni na tym zarabiają. Naszym obowiązkiem jest rozdzielenie wytwarzania od dystrybucji – wyjaśnił prezes EKO-UNII.

Sadłowski opowiedział też o problemie miasta wynikającym ze zbyt wysokich kosztów dystrybucji energii. – Ale jeżeli chodzi o lokalne bilansowanie, to nie skarżymy się: ty zły energooperatorze, ty nas karzesz. Staramy się zbudować własny kabel, połączyć ze sobą trzy obiekty na jednym liczniku. Wyzwaniem jest później to, kto usiądzie za tym licznikiem i powie, kto ma ile dopłacić. I to jest rozwiązanie dla lokalnych społeczności, a nie mówienie: tamci są źli.

– Chcemy pokazać, że prosumenci mogą się zrzeszyć, gospodarować energią a nawet dać ją sąsiadom. Namawiamy Was do udziału w przeciwstawieniu się korporacjom energetycznym i powiedzeniu, że my, jako obywatele, mamy swoje pomysły. Zmieńmy prawo, żeby obywatele mogli efektywnie zarządzać energią elektryczną – skonkludował Gawlik.

Źródło: EKO-UNIA. Artykuł ukazał się pierwotnie na stronie Eko-unia.org.pl 19.07.2025

Projekt realizowany w ramach Inwestycji G1.1.4 Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności: Wsparcie dla instytucji wdrażających reformy i inwestycje w ramach REPowerEU

Witajcie, Koleżanki, Koledzy i Osoby zaniepokojone stanem rzeczy.

To kilka refleksji kogoś, kto od blisko 40 lat zajmuje się przeciwdziałaniem zmianie klimatu. Czytam raporty, obserwuję świat, działam i wiem, że zmiany klimatyczne stanowią śmiertelne zagrożenie dla naszej cywilizacji. Przez długi czas wydawało się, że skutki radykalnego ocieplenia dotkną raczej nasze dzieci lub wnuki. Myliłem się. Myliliśmy się. Wciąż się oszukujemy – zarówno jako społeczeństwo, jak i politycy – myśląc, że mamy jeszcze czas.

Tymczasem kolejne lata od  ok. 2018 są najcieplejsze w historii naszej ludzkiej cywilizacji. W 2024 roku przekroczyliśmy symboliczny próg 1,5°C globalnego wzrostu temperatury, ustalony ogólnoświatowym Porozumieniu Paryskim dotyczącym ochrony klimatu. W Polsce wzrost ten już przekroczył 2°C w stosunku do epoki przedprzemysłowej.

Zrównoważony rozwój – remedium na kryzys?

Warto przypomnieć, że mamy w Polsce  ważny konstytucyjny zapis, wywalczony w Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego pod przewodnictwem Tadeusza Mazowieckiego. Artykuł 5 Konstytucji RP stanowi:

„Rzeczpospolita Polska strzeże niepodległości i nienaruszalności swojego terytorium, zapewnia wolności i prawa człowieka i obywatela oraz bezpieczeństwo obywateli, strzeże dziedzictwa narodowego oraz zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju”.

Zasada ta obecna jest w dokumentach ONZ, UE i OECD. Zrównoważony rozwój zakłada dążenie do harmonii trzech obszarów: gospodarczego, ekologicznego i społecznego. Po 30 latach warto zapytać: na ile traktujemy ją serio?


Harmonia gospodarcza

Zakładano tu m.in.:

  1. Społeczną i środowiskową odpowiedzialność biznesu, w tym zasadę „zanieczyszczający płaci”;
  2. Sprawiedliwość podatkową – progresywne opodatkowanie najbogatszych osób i korporacji, by zmniejszyć nierówności i wzmocnić solidarność społeczną.

A co mamy dziś?

  • Bogaci są znacznie bogatsi.
  • Korporacje i Big Tech płacą groszowe podatki, chroniąc się w rajach podatkowych.
  • Biedni są biedniejsi. Głód, brak wody i choroby nadal dotykają miliardy ludzi.
  • Środowisko jest eksploatowane bardziej niż 30 lat temu.

Zasada „zanieczyszczający płaci” nie działa. Przykład? Gdyby górnictwo płaciło realne stawki za zrzuty soli do Odry,  rzeka nie byłaby bardziej słona od Bałtyku i nie doszłoby do katastrofy ekologicznej w 2022 roku, gdy zginęło ponad 50% rybostanu i 90% małż i skorupiaków.  Górnictwo, lobbyści i wielki biznes wciąż unikają odpowiedzialności.

Nawet UE i jej Komisja Europejska nie potrafi opodatkować korporacji ani zamknąć rajów podatkowych. Wielkie koncerny – często oparte na paliwach kopalnych lub Big Tech – wygrywają z demokratycznymi politykami.


Harmonia przyrodnicza

Tu regres jest dramatyczny. Presja demograficzna, korporacyjny kapitalizm, autorytarni przywódcy (z Chin, Rosji, Brazylii, USA) oraz liberalni politycy z UE i OECD – wszyscy przyczyniają się do dewastacji przyrody.

Politycy Ci rzadko dostrzegają, że korporacje, w tym ostatnio cyfrowe BIG Techy, mają większe dochody i siłę wpływu niż średnie państwa na świecie.

Przyspieszamy dewastację przyrody, od której zależymy. To mrzonki, że ludzie uciekną w kosmos… na Marsa. Wszyscy jesteśmy skazani na Ziemię a niszcząc inne gatunki i ich siedliska zapominamy, że jesteśmy jednym z gatunków, szczególnie odpowiedzialnym za zachowanie bioróżnorodności.  Emisje CO2 pogłębiają nie tylko efekt cieplarniany  ale zakwaszają  i zanieczyszczają morza i oceany. Chemiczna, przemysłowa uprawa, nadmierna produkcja i spożycie mięsa  powodują  trwałą degradację gleb, wylesiania, zanieczyszczenie pestycydami gleb i żywności, etc,

Epoka  naszej cywilizacji -nazywana antropocenem – jest tragiczną epoką wymierania setek i tysięcy gatunków. Wielu z nich nigdy nie poznaliśmy i nie poznamy, bo były ukryte w niszczonych lasach deszczowych, czy w głębinach oceanów.


Harmonia społeczna

Ubóstwo i brak dostępu do wody czy opieki zdrowotnej uniemożliwiają budowanie spójności społecznej, zwłaszcza w krajach globalnego Południa. Ale także w krajach rozwiniętych – w tym w USA czy Polsce – istnieją miliony wykluczonych osób, podatnych na manipulację populistów i autokratów.

Politycy zamiast budować odporność społeczną, grają strachem – przed migrantami, różnorodnością, Zielonym Ładem.

Pogubiona, ale też przestraszona i przekonana, połowa społeczeństwa w Polsce i USA głosuje przeciw swoim długofalowym interesom za kandydatami pro-węglowymi, anty-klimatycznymi, antydemokratycznymi też anty-unijnymi. Zadziwiające jest tu ostatnie głosowanie w polskich wyborach prezydenckich młodych ludzi do 40 lat. Popierają oni polityka, który opiera się na straszeniu wymyślonymi zagrożeniami a lekceważy załamanie klimatyczne i środowiskowe.


Przykład odwagi polityków i jej braku

W zmierzaniu do zrównoważonego rozwoju w systemach demokratycznych i autorytarnych- politycy grają kluczową rolę. Nie ufamy im, ale to oni decydują lub nie- co też jest decyzją (przykład-  brak  decyzji o restrukturyzacji Turowa i zgorzeleckiego regionu węglowego- dotyczy to polityków zarówno populistycznego i autorytarnego PiS , ale i liberalno- demokratycznej Koalicji 15X). Wówczas politycy dryfują ustawiając się z prądem sondaży opinii publicznej i grup wyborców… a problemy nagle wybuchają.

W 2018 podczas COP ( Konferencja Ochrony Klimatu ONZ) w Katowicach,  hasło „Politycy odwagi” –  było głównym przesłaniem kilkutysięcznej manifestacji. To było wówczas, gdy PiS  demonstracyjnie rozpalił  pod centrum konferencji klimatycznej koksowniki, a prezydent Duda chwalił się, że mamy węgla na 200 lat. Politycy(którzy ?, to wciąż czeka na zbadanie) zlecili służbom policyjnym prowokację, aby skompromitować „ekologów i marsz”.  Wyłowiono z tłumu i przetrzymano w areszcie bez podstaw kilka przypadkowych osób. Liderzy z NGO prowadzący marsz  zareagowali właściwie zatrzymując wielotysięczną demonstrację. Zablokowano i nagłośniono od razu prowokację. Zamiast odwagi polityków, ćwiczyliśmy odwagę liderów protestu i zatrzymanych, których wieczorem wypuszczono z aresztu.


Zielony Ład i jego demontaż

W 2010 Polska z rządem Donalda Tuska zablokowała ambitny plan klimatyczny UE. W 2023 – po latach – premier Tusk przeprosił za ten błąd.

W programie Koalicji 15 X znalazło się poparcie dla transformacji energetycznej- odchodzenia od paliw kopalnych na rzecz OZE. Trzeba jasno stwierdzić i przypomnieć, że Europejski Zielony Ład, to zapewne najambitniejszy na świecie program zmierzenia się z kryzysem klimatycznym i środowiskowym w sferze energetyki i gospodarki, transportu, odpadów, bioróżnorodności i rolnictwa. Najambitniejszy, ale i tak za mało patrząc na postępy ocieplenia klimatu i towarzyszące mu już dziś straty.

W sferze koniecznej reformy rolnictwa przemysłowego ten program był skromny, ale słuszny Proponowano ekoschematy- czyli łączenie rolnictwa z działaniami na rzecz niszczonej przez to rolnictwo przyrody i zasobów wody oraz ograniczenie do 2030r o 50 % stosowania pestycydów, które konsumenci regularnie jedzą w  produktach rolniczych ;(.

Zielony Ład oraz niekontrolowany import produktów rolnych z Ukrainy stał się pretekstem dla gwałtownych blokad i demonstracji licznych grup rolników w Polsce i innych krajach UE. Niewątpliwie stały za tym silne lobby koncernów chemicznych, prawdopodobnie też służby Rosji Putina, dla których tak głęboki podział i uderzenie w program odchodzenie od paliw kopalnych, też w relacje Polska- Ukraina, był strategicznie bardzo cenny.

Nastąpił  frontalny atak, też w mediach, na cały Zielony Ład, bez refleksji, że dotyczy on różnych pożądanych działań i dziedzin.  Zielony Ład został  szybko poddany przez polityków i partie, też organizacje ekologiczne, które nie zdążyły odpowiedzieć nijak na połączenie wściekłości rolników ze strajkami na granicach. Znaleziono i odsądzono „winnego”.

Cała tak historia pokazuje, jak całkiem dobra polityka klimatyczna jest łatwa do wykolejenia i zahamowania. Są mocne orkiestry na  polskim i poza polskim Tytaniku, które nie wierzą w zderzenie z górą lodową i twierdzą, że możemy spokojnie robić swoje- palić węgiel, jeździć dieslami, wspierać górnictwo  na  Śląsku i Turów coraz większymi dotacjami.


Gdzie jesteśmy?

Statek Ziemia – jak Titanic – już uderzył w górę lodową. Część społeczeństwa wciąż zaprzecza: „Nie ma góry lodowej, zmiany klimatu były zawsze!”. Inni – bardziej świadomi – też grają dalej, bojąc się rozdrażnić denialistów.

Kto nie tańczy? Młodzież z Ostatniego Pokolenia, klimatolodzy z PAN, garstka naukowców, organizacje ekologiczne, kilkoro posłów z  Zielonych i Lewicy . Ale ich głos jest słaby.

Dominuje podejście – mamy czas- musimy zderegulować gospodarkę , spowolnić wprowadzanie zmian, bo ludzie nie dają rady.

Czyli orkiestry na Titanicu grają dalej…

Czy jesteśmy skazani na zagładę ?


 Mamy dwa scenariusze

  1. Katastrofa –Nasze działania są dalej niedostateczne i zbyt wolne. Temperatura Ziemi się podnosi. Następuje załamanie  barier emisji gazów cieplarnianych z mórz, wiecznej zmarzliny i Arktyki. Sprzężenia zwrotne, wymykają się jakiejkolwiek kontroli ludzi i powodują, że na wielu obszarach nie da się żyć. Miliony ludzi migrują. Upadają demokracje, systemy społeczne i gospodarki. Scenariusz Mad Maxa. większość ludzkości ginie, reszta walczy ze sobą i przyrodą o przetrwanie.
  2. R(e)wolucja – społeczeństwa i politycy reagują adekwatnie. Przechodzimy na OZE, reformujemy rolnictwo, rozwijamy transport publiczny, decentralizujemy energetykę. Dokonujemy zasadniczej reformy rolnictwa, odchodząc od degradującego klimat i środowisko i subwencjonowanego modelu chemicznego rolnictwa przemysłowego. Ma to pozytywne skutki nie tylko dla miejsc pracy i lokalnych rolników też z biedniejszych miejsc jak Azja i Afryka, ale też dla zdrowia i życia konsumentów.

Dokonujemy rewolucji w transporcie, na którą słusznie naciska Ostatnie Pokolenie. Nowy transport na świecie jest zelektryfikowany, wodorowy i publiczny. Państwa inwestują w modele i systemy elektrobusów i szynobusów, które redukują wykluczenie komunikacyjne, ale też silnie zmniejszają zapotrzebowanie na indywidulne pojazdy. Potrzeby ich posiadania na własność zastąpione są sprawnymi systemami publicznymi wynajmu oraz elektrocarsheringu. Następuje odciążenie przegęszczenia miast i poprawa jakości powietrza, neutralność klimatyczna w połączeniu ze wzrostem mobilności.

Elementy drugiego scenariusza są realizowane:

– we wdrożeniu… min Zielonego Ładu w UE

– w rekordowych inwestycjach w OZE w Chinach oraz w istniejących i rozwijanych w świecie technologiach OZE i magazynowania energii

– w zmianach w biznesie, który produkuje i chce czystej i taniej energii

– świadomości rodzin Polek i Polaków, którzy zainwestowali w 1,7 mln instalacji prosumenckich i ponad 30 tysięcy MW energii ze słońca i wiatru

– w Polsce w bardzo dobry elektroprosumencki model transformacji energetyki i gospodarki opracowany przez prof.  Jana Popczyka, popartym przez Senat RP


Dylematy

Czy naukowcy się mylą? Czy system klimatyczny – z oceanami jako buforem – wytrzyma jeszcze dekadę, dwie, trzy?

Czy zdążymy się zaadaptować prowadząc (r)ewolucyjną redukcję gazów cieplarnianych? Kiedy osiągniemy neutralność klimatyczną nie tylko w Europie, ale także w USA, Chinach, Indiach, reszcie świata…?

Nadzieja istnieje. Ale nasze działania są wciąż zbyt słabe, by ją spełnić.

Artykuł ukazał się na portalu kongresobywateli.pl w czerwcu 2025 roku.