ISSN 2657-9596
Fot: Pixabay/Hans Baxmeier

Akademia moja miłość

Monika Kostera
19 maja 2021
„Nie ma nic lepszego niż móc czemuś poświęcić całe swoje życie” ­– powiedział mój ongisiejszy doktorant Przemysław Piątkowski, który został mnichem augustiańskim i od wielu lat żyje we wspólnocie w północnej Szkocji. To zdanie znaczy dokładnie tyle i aż tyle – to wielkie szczęście znaleźć się na ścieżce, której można pozostać wiernym; szczęście polegające na tym, że idzie się coraz dalej. To jest droga w głąb.

Na samym początku jest wiele rzeczy, które rozpraszają: lęki, triumfy, nagrody, pochwały, uznanie – lub ich brak. Potem to wszystko przestaje być ważne. Wreszcie przychodzi moment, gdy można skupić uwagę niepodzielnie na samym zadaniu. Wtedy widzi się, że jest się częścią czegoś o wiele większego i że to ma znaczenie. To jest jedyny powód, dla którego warto robić to, co się robi, za to powód solidny.

Niedawno na Zachodzie nieprawdopodobną furorę zrobiła zapomniana dotąd książka – bez marketingu, bez wysiłków ze strony wydawnictw i agentów. Ludzie zaczęli ją czytać i polecać sobie nawzajem. Niespodziewanie, po pięćdziesięciu latach, Stoner Johna Williamsa został bestsellerem. Nie można nawet powiedzieć, że jest to wielka literatura, choć na pewno książka jest dobra i znakomicie napisana. To raczej temat i kontekst sprawiły, że została ukochaną lekturą wielu osób, przede wszystkim akademików. Jest to książka o smutnym, właściwie tragicznym losie: prywatnym, towarzyskim i zawodowym; losie człowieka, który poświęcił całe swoje życie akademii. Mimo że jest nieszczęśliwy, opresjonowany, na wiele sposobów zgnębiony – jest jednocześnie na takim fundamentalnym poziomie szczęśliwy. Jest szczęśliwy, bo spotkał na swojej drodze akademię – tak jak ją się często spotyka, przez szok, zderzenie z nauką, które wzburza, niepokoi, wywołuje poczucie niepewności – dostał możliwość by się jej poświęcić i z tej możliwości skorzystał najlepiej, jak umiał. Odkrył poczucie zadziwienia, ciekawość, cudowność. Pod koniec życia stwierdził, że akademia była jedynym, co go nie zdradziło. Książka opowiada o tym, ale mówi też, czym akademia jest – światem wartości i oddania, gdzie nie powinno się wpuszczać niczego spoza tych wartości, choćby nie wiem jak bardzo domagało się wstępu czy też kusiło, by mu otworzyć drzwi.

Latem 2018 roku miał miejsce ogólnopolski protest akademików przeciwko mającej właśnie zostać przyjęta reforma uczelni znaną jako Reforma 2.0 lub Konstytucja dla Nauki. Wśród transparentów pojawiał się jeden, który szczególnie zapadł mi w pamięć: „Akademia moja miłość”. To hasło wyraża coś dla mnie fundamentalnie ważnego. Pracuję w świecie akademii od ponad trzydziestu lat, bywałam zatrudniona na uczelniach publicznych i prywatnych, polskich, szwedzkich i brytyjskich, a ostatnio zaczynam przygodę z uczelnią francuską. Widziałam w świecie akademii dużo, bardzo dużo mroków. Widziałam skutki leczenia mroku mrokiem. Widziałam rozpad, widziałam pustkę. Dlaczego więc upieram się tak bardzo, by w niej pozostawać, ba, dlaczego twierdzę, że ona nie jest tym mrokiem? Gdy pod koniec lat osiemdziesiątych zostałam akademiczką, nie był to do końca wybór, a na pewno nie była to planowana decyzja. Nikt w mojej rodzinie nie był akademikiem i nikt nie miał dla mnie takich aspiracji. Zostałam na uczelni, bo trafiłam na szczególny moment w historii i na ludzi, którzy mieli światło w oczach. Wykładowcy zapraszali nas do swoich domów, a my wpadaliśmy do nich na pogaduszki na temat książek i idei, o różnych porach dnia – i nie tylko. Zdarzało się, że prosto z imprezy w niedzielę rano robiło się „nalot” ulubionemu wykładowcy, który otwierał zaspany drzwi i zapraszał do środka. Rozmawialiśmy o wszystkim: o przyszłości, o tym, jak zarządzać sprawiedliwie, co to jest dobro, co to jest nauka, po co jest uniwersytet, kim są studenci. Wykładowcy dawali nam swoje numery telefonów, a my wydzwanialiśmy i zadawaliśmy sto pytań o warunki zaliczenia (a jakże inaczej), ale też o to, jak rozumieć coś, co zaobserwowaliśmy właśnie w terenie, albo jak lepiej napisać jakąś konkluzję, bo właśnie nad tym dyskutujemy i absolutnie nie możemy poczekać do jutra rana na rozstrzygnięcie. Przy porannej kawie zaatakowałam moją mentorkę, półśpiącą, pytaniem: a po co właściwe są badania empiryczne na naukach społecznych? Przerwy w zajęciach należały do nas, nie pozwalaliśmy naszym nauczycielom odpocząć, zresztą nie wyglądali, jakby szczególnie im na tym zależało. Na takim uniwersytecie zostałam. Takimi widziałam moich przyszłych kolegów i koleżanki. Nigdy tego nie zapomnę i nie widzę powodu, dla którego miałabym próbować.

Uważam, że to jest nasz naturalny stan skupienia, nasz prawdziwy żywioł. To, co się działo potem – desperacka walka z niskimi pensjami, chałtury, wejście w paternalistyczne i mizoginiczne struktury – widziałam jako coś, z czym w moim życiu zawodowym przyjdzie mi walczyć, nad czym muszę pracować, a nie jako stan normalny czy akceptowalny. Wywołać z ludzi to wewnętrzne światło – to jest zadanie uniwersytetu. Wszystko inne jest dodane i może zostać odjęte, jeśli znajdzie się odpowiedni czas i siła.

Miałam to szczęście, że gdy przyszłam do akademii przechodził przez nią wielki wiatr. Jak to wiatr – wieje dokąd chce. Przeszedł i poszedł. Przez jakiś czas był po nim jednak wyraźny ślad. Zawsze starałam się tam właśnie być i czekałam, aż wróci. Nawet teraz, gdy go już próżno szukać, jest jedynym na co naprawdę liczę. Czasami się pojawia i wtedy dzieją się rzeczy.

Pojawił się w czerwcu 2018, w czasie protestów, tym mówiły nasze transparenty. Na proteście spotkałam bardzo, ale to bardzo wiele osób przychodzących z tej samej strony, co ja. Protestowaliśmy przeciwko wszystkiemu, co akademię zniewala, brudzi, niszczy i tłumi; nie przeciwko osobom czy nawet rolom: „starzy”, „młodzi”. Akademicy to naturalna choć bardzo trudna, pełna ambicji, wspólnota, wspólnota ludzi z konieczności bardzo od siebie różnych, gdzie ta odmienność jest niezbędna, gdzie nie można nie wolno dążyć do ujednolicenia, homogeniczności, mimo że to, na przykład, umożliwiłoby sprawne zarządzanie. Jednocześnie jest to więc organizacja specyficzna, wymagająca specyficznych struktur i zasad zarządzania. Nadrzędne znaczenie ma w niej coś większego od każdej i każdego z nas. Należy uszanować to, że ważną zasadą przynależności jest powołanie, ale nie wyklucza to w żadnym razie praw pracowniczych. Przeciwnie, powinno to być ściśle połączone. Dobre warunki pracy i szacunek dla specyfiki pracy to zestaw zasad BHP charakterystycznych dla tej właśnie profesji. Wiemy, bo istnieją dobre badania naukowe temu poświęcone, jakie to są zasady: współpraca, niwelowanie konkurencyjności, poczucie bezpieczeństwa, ochrona zdrowia psychicznego, przeciwdziałanie izolacji, walka z zawiścią i ambicją niepodbudowaną większą od niej dyscypliną, poszanowanie odmienności. A wartości akademickie stanowią kodeks moralny, który nie ma zastępować tych zasad lecz przyświecać naszej pracy. W modelu zarządzania kolegialnego najwyższą kierującą wartością, nadrzędną wobec wszelkich innych racji, jest nauka. Póki w nią wierzymy, jesteśmy w stanie nawigować tym niezwykle cennym i złożonym statkiem, jakim jest akademia.

Ja wierzę i znam wiele osób, w różnych krajach i na różnych kontynentach, które wierzą. Mimo, że świat mrocznych obyczajów i zasad zdominował wiele spośród realiów mojego zawodowego życia. Mimo, że tak wiele instytucji znormalizowało system, gdzie doktorantką wysługują się starsi profesorowie, gdzie oczekuje się po kobiecie w akademii, że będzie podawać herbatę i miło się uśmiechać, gdzie można wyzywać przy innych ludziach zależne od siebie osoby od najgorszych, gdzie rozwojem naukowym młodych strukturalnie nikt się nie przejmuje ani nie zajmuje, nawet czasami wręcz przeciwnie – hegemoniczna władza musi przecież pokazać, „gdzie jest czyje miejsce”. Tego typu działania, i wiele innych, trafiają tak w „młodych”, jak w „starych”. W tych pierwszych z definicji, w tych drugich – gdy się wyłamią, co jest symbolicznie ważne, bo wysyła mocne sygnały „w system” i porządkuje sposób tworzenia go na przyszłość. Nikt takiego „starego” dysydenta potem nie próbuje naśladować, większość młodych trzyma się z daleka – albo nawet dokopie, jeśli tylko może.

Paternalistyczna twarz polskich uczelni to efekt kultury władzy, która zastępuje wartości akademickie jako stabilizator instytucji. Władza ma, jak wiadomo, dwie strony, inaczej nie jest w stanie funkcjonować. Uczestniczą w niej i „starzy”, i „młodzi”. To prawda, z innych pozycji i z inną odpowiedzialnością, ale tworzą ją obie strony. Jest dużo nieszczęścia w takiej zdegradowanej moralnie akademii, zdefiniowanej najtrafniej słowami Wieszcza: bez serc, bez ducha…

Alternatywą ma być „nowoczesny” system parametryczny, w który obecnie sporo osób w Polsce pokłada nadzieje – całkowicie wbrew doświadczeniom koleżanek i kolegów z krajów, gdzie został wprowadzony wiele dziesięcioleci temu – potęguje i wzmacnia to, co najgorsze, co najbardziej niebezpieczne w akademii i akademikach, a jednocześnie likwiduje wszelkie mechanizmy zabezpieczające nas przed mroczną stroną kultury akademii. Parametryzacja powoduje przesunięcie celów, ludzie koncentrują się na grach o punkty zamiast na pracy naukowej, oraz ilościową nadprodukcję tekstów, które są dowartościowane parametrycznie. Ludzie nie mają czasu czytać i myśleć, nie mają czasu poszukiwać, błądzić, ba, nie stać ich na przyznanie, że ich teorie są wątpliwe bądź wręcz fałszywe. Nikt nie mówi o wkładzie w wiedzę, ale o indeksach i slotach, jakby były jakąś wartością samą w sobie (z żywej i wartościowej pracy tworzy się w ten sposób „nawóz” dla „pieniążków”). Akademicy angażują się w środowisko-towarzyskie gry w tym systemie, umawiają się na wzajemne cytowania, wykluczają z cytowani koleżanki i kolegów których nie lubią, publikują to samo lub mniej więcej to samo w różnych pismach. Poza tym indeks indeksowi nierówny i istnieje wiele systemów indeksowania. Wykorzystywane są w ostateczności te, które przynoszą najlepsze wyniki grupom posiadającym wpływy i władzę (polegającą w akademii na możliwości wspierania bądź blokowania awansów i przyznawania funduszy na badania innym). Nie liczmy na sprawiedliwość, bo sprawiedliwość zawsze istnieje wewnątrz systemu. Gdy system jest zepsuty, zepsuta jest także sprawiedliwość.

Nie pomagają oddolne i administracyjne systemy samoobrony takie jak rozbudowane procedury i callouty. Te pierwsze przysparzają dodatkowej, często niezwykle absorbującej pracy. Te drugie wprowadzają atmosferę podejrzliwości, wzajemnego oskarżania, niejawności, pojawiają się oddolne „inby” – ogólnie, jak się wyraził kolega, „klimat pracy jak w DDRze”. To potęguje strach, nieufność między ludźmi, odbiera element pasji, lekkości, zabawy – który jest konieczny do tego, by wpuścić do akademii ten wiatr, o którym tu opowiadałam.

W efekcie tak jednego jak i drugiego „leczenia” i tak często rolę kozłów ofiarnych dostają ci, którzy są towarzysko najsłabsi, niezależnie od tego, czy wnoszą coś w wiedzę, czy nie. Może tak być dlatego, że są kiepskimi naukowcami. Ale częściej bywa dlatego, że są nieśmiali, cisi, skromni, introwertyczni, bezinteresowni, bezpretensjonalni, są na spektrum autyzmu lub z wielu innych powodów, które nigdy nie było sprzeczne z pracą w akademii. Wręcz przeciwnie. A przecież jesteśmy po top, by wnosić wkład w naukę. Na to społeczeństwa łożą publiczne środki, nie na nasze inby i środowiskowe zawiści.

Trzeba odejść od leczenia mroku mrokiem. Trzeba powołać struktury, które 1) zamortyzują i powstrzymają demony zamiast je promować, a więc silnie promujące współpracę; 2) mają wbudowaną otwartość, popierają ją, to jest taką, gdzie osoby szkodliwe, narcystyczne, psychopaci i socjopaci, którzy obecnie mają duża swobodę działania (jest sporo tekstów naukowych, które to pokazują), będą izolowane a nie podbudowywane; 3) są demokratyczne, czyli gdzie są dyskusje i okrągłe stoły na każdym poziomie władzy; 4) uczeni oceniani są za wkład w wiedzę, w tym za wiedzę praktyczną, popularyzatorską itd.

Jedynym sposobem na przerwanie łańcuszka hegemonicznego paternalizmu i zniszczenia jest radykalne zerwanie z kulturą władzy i pielęgnowanie kultury wartości. Bez kolegialności nie zrobimy tego. Musimy kolegialność zachować od zniszczenia i rozwinąć, zdemokratyzować, jeśli transformacja ma się wydarzyć.

Jest jeden jedyny test, prawdziwe hasło, które powinno obowiązywać zawsze, każdą i każdego w akademii. Jest nią proste pytanie: Po co? Po co robimy to, co robimy? Akademiczka i akademik potrafią na to pytanie zawsze odpowiedzieć.

Hymn do nauki

Gdybym mówił językami Millsa i Foucaulta
a nauki bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał cytowalność
i miał wszystkie indeksy na poziomie Mintzberga,
i zasiadał we wszelkich komitetach,
i miał poczucie własnej wartości takie, iżbym parskał w Kosmos,
a nauki bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym zgarnął wszystkie nagrody i honoris causa,
a twarz spalił w blasku reflektorów
lecz nauki bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
Nauka cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Nauka do nikogo jednego nie należy
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się sławą,
nie dąży do zemsty;
nie załamuje się brakiem uznania,
lecz cieszy się ze wszystkiego, z czego może się uczyć.
Spokojnie buduje,
wszystko zauważy,
płonie ogniem nadziei na świat lepszy,
wszystko przetrzyma.
Nauka nigdy nie ustaje,
nie jest jak wiedza popularna, która się skończy,
albo jak miłość mediów, która zniknie,
lub jak wpływy, których zabraknie.
Po części bowiem tylko poznajemy,
po części piszemy.
Gdy jednak widzimy to co wielkie i wspólne,
inaczej pojmujemy to, co częściowe.

(Warszawa, 2020)

Pierwsza wersja tego tekstu opublikowana została w 2018 w “Polityka Akademicka”, 24-07-2018.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.