ISSN 2657-9596

Prawo do aborcji i sprawiedliwość reprodukcyjna

Agata Czarnacka
11/10/2021

Kiedy mówimy o prawach reprodukcyjnych w Polsce w 2021 roku, przede wszystkim mamy na myśli prawo do aborcji „na żądanie”, bez opowiadania się komukolwiek i bez poczucia, że ktoś inny niż osoba w ciąży decyduje o zawartości jej macicy. Zdarza się, że prawa reprodukcyjne rozszerzamy, o dostęp do skutecznej antykoncepcji czy o edukację seksualną wprowadzającą w świat bezpiecznego seksu. Innymi słowy, zastanawiamy się, jak to zrobić, żeby dzieci nie mieć – „jak zrobić, żeby nie było dziecka”.

W perspektywie radykalnie ekologicznej jest to oczywiste: świat jest przeludniony, człowiek już zdążył spustoszyć Ziemię, a wzrost gospodarczy wymuszony wzrostem demograficznym sprawia, że zasoby naszej planety jeszcze bardziej się kurczą. Każdy odpowiedzialny człowiek właściwie powinien zrezygnować z rozmnażania się. Mówi się o tym żartem, ironicznie, po cichu. Może tylko bez głębszego zastanowienia, co właściwie w tym kontekście znaczy słowo “odpowiedzialność”.

Bo przecież pod tym względem Polki i Polacy byliby nieomal najbardziej odpowiedzialni na świecie. Od 1990 roku stopa dzietności w Polsce lokuje się grubo poniżej 2,1 – dwóch i trochę dziecka na każdą kobietę w wieku rozrodczym, co przyjmuje się za wyznacznik zastępowalności pokoleń. Ponieważ liczne roczniki powojennego boomu i ich także liczne (rocznikowo patrząc) dzieci ciągle nie kwapią się umierać są na to za młodzi, demografia jeszcze nie wygląda katastrofalnie. Ujemny przyrost naturalny wciąż opiewa na ułamki setnych. Dzieci pojawia się mało, ledwie 9,2 na każdy tysiąc obywateli, ale wskaźniki demograficzne podnoszą imigranci. Bardzo dobrze, można by pomyśleć: populacja się kurczy, puste miejsca zapełniają przybysze z gęściej zaludnionych części globu, wszystko zmierza ku lepszemu, ku odciążeniu planety, wyhamowaniu szalonego wzrostu, odzyskaniu ekologicznej równowagi.

Łatwo byłoby tak myśleć, ale coś mi nie pozwala. Chciałabym, żeby równowaga ekoplanetarna nie wykluczała się z chcianym rodzicielstwem – człowiek jest wszak zwierzęciem i instynkt rozmnażania się jest istotnym składnikiem naszej egzystencji. Bycie rodzicem skłania do myślenia o przyszłości jako o czymś, co warto kształtować już teraz w interesie przeniesionej w czasie jakiejś cząstki nas samych. Powoływanie dziecka na świat oznacza, że czujemy się częścią tego świata. Rezygnacja z prokreacji może mieć wiele powodów, ale jeśli podejmujemy taką decyzję dlatego, że czujemy się w dzisiejszym świecie niechcianym gościem bez perspektyw na przyszłość, to jest to bardzo smutne.

Myślenie o rodzicielstwie bądź o bezdzietności dobitnie pokazuje, że potrzeba nam szerszej wizji tego, czym właściwie jest reprodukcja. Być może uproszczone spojrzenie na tę sprawę wynika z wielowiekowej dominacji porządku patriarchalnego, w którym dzieci postrzegano przede wszystkim jako dziedziców i nośnik prestiżu, a dla kobiet – jedyne (a czasem też: jedynie) uzasadnienie ich istnienia. Jednak na naszych oczach patriarchat pęka, płciowość i zdolność do reprodukcji zmieniają swoje znaczenie, przestają być klątwą skazującą nas na narzucony i schematyczny kształt życia.

Z jednej strony na fali rozliczeń z ekstraktywistycznym imperializmem i rasizmem, a z drugiej – na fali zmian w postrzeganiu płciowości i rozumieniu jej narodziła się uzupełniająca prawa reprodukcyjne koncepcja sprawiedliwości reprodukcyjnej. Pojęcie to jako pierwszy wprowadził do obiegu kolektyw Czarnych feministek SisterSong na początku lat 90. ubiegłego stulecia. Umieściły one prawo do aborcji i antykoncepcji w szerszym kontekście: mianowicie w kontekście praw kobiet rozumianych jako prawa człowieka i sprawiedliwości społecznej. Podstawą stały się dwa pytania. Jakich warunków kobieta potrzebuje, aby być matką? Na jakiej podstawie podejmuje decyzję, czy mieć dzieci, a jeśli tak, to kiedy i w jakich odstępach czasowych? Odpowiedź na te pytania okazuje się zaskakująco szeroka – od kwestii równych praw i statusu w społeczeństwie przez funkcjonowanie demokratycznych, inkluzywnych instytucji, walkę z nierównościami ekonomicznymi i wreszcie – w tej chwili może najpilniejsze – kwestie klimatyczne. Sprawiedliwość reprodukcyjna wymaga godnego traktowania uchodźczyń i imigrantek, wrażliwej genderowo walki z biedą, rasizmem i przemocą. Odwraca sposób myślenia, przywracając aktowi reprodukcji właściwe proporcje : decyzja kobiety o urodzeniu dziecka to z jej strony wyraz uznania dla świata, otoczenia i partnera.

To dlatego tak mnie przygnębia fakt, że Polki nie decydują się na dzieci. W kraju, w którym liczba mieszkańców na kilometr kwadratowy jest bardzo niewielka, zachodzą procesy takie, jakby dręczyło go przeludnienie (historycy wskazują, że typową reakcją na przeludnienie jest spadająca dzietność i masowa emigracja; wszystko się zgadza). Deklarując przywiązanie do wartości rodzinnych, mieszkańcy swoim życiem i podstawowymi wyborami życiowymi zaświadczają, że te wartości są nie do zrealizowania. Jesteśmy krajem rozwiniętym, w którym jednak brakuje jakiegoś ważnego zasobu – zasobu, bez którego nie ma sprawiedliwości reprodukcyjnej.

Chciałabym takiej demokracji, w której zamiast narzucać niedziałające pronatalistyczne programy, usiedlibyśmy razem, żeby zastanowić się w ogólnopolskiej, a nawet europejskiej debacie, co będzie z naszą przyszłością – zarówno z przyszłością społeczeństwa, i jak i z przyszłością jednostek. Dziś o dzieciach myśli prawica – jako o przyszłości narodu – i liberałowie, którym chodzi o młodsze pokolenia pracujące na emerytury starszych. Dzieci są dla nich nie celem samym w sobie, lecz środkiem do zaspokojenia własnych ambicji i zapewnienia dobrobytu na starość.

Podobnie nie myśli się o kobietach jako o dawczyniach życia dysponujących własnymi ciałami i świadomie podejmujących najważniejszą z możliwych decyzję o przywołaniu na świat nowego istnienia. Kobiety to inkubatory z funkcją prania i sprzątania, worki bokserskie do wyładowywania wściekłości, zabijane niemalże bezkarnie (szacuje się, że wskutek przemocy domowej ginie w Polsce co najmniej jedna kobieta dziennie), porzucane bez poczucia odpowiedzialności (sumaryczny dług alimentacyjny w 2020 roku osiągnął poziom 11,5 mld złotych – swoich dzieci mimo zasądzonego obowiązku nie utrzymuje 280 tysięcy osób, w przeważającej większości są to mężczyźni).

Do tego dochodzi niepewność związana z powszechnością „śmieciowych“ umów, słaba kultura pracy z przyzwoleniem na wyczerpujący siły witalne mobbing, instytucje, na których nie można polegać, wszechobecne doniesienia o głupocie i bezduszności szkoły, cynizm i bezradność rządzących w obliczu nadzwyczajnych wyzwań (nie tylko tak wielkich jak pandemia, ale nawet takich jak awaria kolektora ścieków, która staje się okazją do politycznej walki). Wreszcie – nasza wspólna niepewność co do przyszłości klimatycznej. Głównym działaniem w obszarze środowiska jest, jak się wydaje ostatnio wycinanie lasów i skuteczne unikanie rozwiązania palącego (dosłownie!) problemu gospodarki śmieciowej. Wstrząsające jest przywiązanie do „narodowej suwerenności“ w sytuacji, która wymaga ponadnarodowej i ponadregionalnej solidarności – natychmiast!

Kto w takich warunkach decyduje się powoływać dzieci na świat?

Perspektywa sprawiedliwości reprodukcyjnej jest dla mnie ostatnio najważniejszym probierzem politycznym. Na kogo głosować? Komu wierzyć? W jakie kwestie się angażować? Zaczynając od absolutnych fundamentów – dopuszczalności aborcji na podstawie decyzji kobiety, już niebawem dochodzimy do kolejnego szczebla: jak ulepszyć świat, żeby wyeliminować wszystkie zewnętrzne, zależne od politycznych działań, powody takiej decyzji. Co innego bowiem respektować indywidualne decyzje osób, dla których bezdzietność wynika z etycznej odpowiedzialności. A co innego – patrzeć na wymieranie ludzi z przyczyn środowiskowych, wiedząc, że to my sami stworzyliśmy tak nieprzyjazne środowisko.

Fot. Marcin Wrzos


 

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.