Poznaj sklepy z sezonową żywnością prosto od rolników: Kooperatywa Dobrze – Dobra żywność, dobre rolnictwo, lepszy świat
Początki i narodziny „małej utopii”
Natalia Rudzka: Co było impulsem do założenia kooperatywy „Dobrze”?
Denis Gerard: To była mieszanka motywacji praktycznych, ideowych i społecznych. Na początku chodziło przede wszystkim o dostęp do produktów prosto od rolnika. W Warszawie było to wtedy naprawdę trudne. To była niewielka grupa znajomych, około 10-15 osób, która zaczęła wspólnie zamawiać jedzenie od kilku ekologicznych rolników. Raz w tygodniu, w sezonie, do Warszawy przyjeżdżała mała dostawa. Produkty były dzielone między uczestników grupy. Tak funkcjonowała nieformalna grupa zakupowa, z której później wyrosła kooperatywa.
Od samego początku ważna była jakość jedzenia opartego na uprawach ekologicznych i agroekologicznych. Chodziło nie tylko o brak chemii, ale też o troskę o glebę, środowisko i ludzi pracujących przy produkcji żywności. Jednocześnie kooperatywa nigdy nie była radykalna. Zdarzało się, że współpracowaliśmy z rolnikami bez certyfikatu ekologicznego. Liczyło się zaufanie i sposób uprawy zgodny z naszymi wartościami, nawet jeśli ktoś nie miał oficjalnego „zielonego listka”.
Na początku trudno było mówić o realnym wspieraniu rolników, bo skala była zbyt mała. Ten aspekt nabrał znaczenia dopiero wtedy, gdy grupa zakupowa bardzo szybko przestała wystarczać. Pojawił się pomysł otwarcia sklepu, co wymagało już formalnej struktury. Trzeba było założyć stowarzyszenie, żeby wynająć lokal. Pierwszy sklep powstał przy ulicy Wilczej, potem kolejny. Gdy dołączyłem do „Dobrze”, kooperatywa była już w zupełnie innym miejscu: miała ponad 300 członków i dwa sklepy: przy ulicy Wilczej i Andersa.
Była ogromna energia. Dużo młodych ludzi, którzy chcieli robić rzeczy inaczej niż wcześniej. Samo słowo „kooperatywa” w Polsce jeszcze kilkanaście lat temu kojarzyło się bardzo różnie, często z czasami PRL-u. My próbowaliśmy nadać mu nowe znaczenie. Zawsze mówię, że my wprowadzamy taką małą utopię. I ta „utopia” trwa już 11–12 lat. Oczywiście chciałoby się, żeby dobra żywność i troska o ludzi oraz środowisko docierały do znacznie większej liczby osób, ale każda realna zmiana zaczyna się od konkretu.
Model biznesowy i solidarność społeczna
NR: Co wyróżnia „Dobrze” na tle innych kooperatyw?
DG: Większość kooperatyw sprzedaje wyłącznie swoim członkom. My sprzedajemy zarówno członkem, jak i klientom z zewnątrz. Jesteśmy normalnie działającą działalnością gospodarczą. Mamy kasy fiskalne, płacimy podatki i VAT, przechodzimy kontrole sanepidu. Na przykład starsza Kooperatywa Grochowska w Warszawie działa w innym modelu – jako grupa odbierająca zamówienia raz w tygodniu w wyznaczonym miejscu. W Polsce jest około 30 kooperatyw, ale każda działa trochę inaczej. My jesteśmy jedyną kooperatywą w Polsce, która prowadzi regularne sklepy otwarte dla wszystkich, a nie tylko dla zrzeszonych członków.
NR: Wasz model opiera się też na zaangażowaniu członków. Jak to wygląda w praktyce?
DG: Aby korzystać ze zniżek, które wynoszą od 15 do 20%, członek musi odbyć trzygodzinny dyżur raz w miesiącu. To praca w sklepie: pomoc przy dostawach, wykładanie towaru, kontakt z klientami. To realny wkład pracy, nie symboliczny. To rzadkie rozwiązanie, ale dzięki temu kooperatywa naprawdę jest wspólna. U nas 80% członków aktywnie pracuje na jej rzecz – i właśnie takie kryteria mogłyby pozwolić nam zostać formalnie uznanymi za podmiot ekonomii społecznej. W praktyce tworzymy stabilny kolektyw około 300 osób. Jeśli doliczyć ich rodziny, regularnych klientów i naszych rolników, to mówimy o wpływie na życie mniej więcej 500 rodzin.
NR: Oprócz zniżek dla członków wprowadziliście też udogodnienia dla innych grup, na przykład dla seniorów.
DG: Tak, kooperatywa „Dobrze” prowadzi aktywną politykę wsparcia dla osób w wieku emerytalnym, oferując im specjalną kartę seniora (65+), która uprawnia do korzystania z niższych cen. Seniorzy mogą liczyć na rabat w wysokości około 13% na zakupy w naszych sklepach. Wprowadzenie zniżek ma na celu zwiększenie dostępu do zdrowej, lokalnej żywności dla osób starszych oraz jest wyrazem solidarności społecznej. Obok członków i klientów zewnętrznych, seniorzy są jedną z trzech głównych grup odbiorców kooperatywy. Możliwość oferowania im takich udogodnień jest uznawana za jeden z największych sukcesów naszej organizacji. Mamy też zniżki dla studentów i inicjatyw partnerskich.
NR: Czym Kooperatywa „Dobrze” najbardziej wyróżnia się na tle tradycyjnych sklepów detalicznych?
DG: Relacją z ludźmi. Nasi kasjerzy i kasjerki to nie są osoby, które tylko „nabijają ceny”. To osoby, które wiedzą, skąd pochodzi produkt, kto go wyproducerował, z jakiego gospodarstwa. U nas najważniejsza jest wiedza o asortymencie – a jej zdobycie trwa nawet rok.
To jest ogromna wygoda dla klientów. Nie trzeba analizować każdej etykiety. Wystarczy zaufać społeczności, która te produkty wcześniej zweryfikowała. To daje poczucie bezpieczeństwa. Wiemy, że nie znajdziemy tu produktów wątpliwych etycznie czy środowiskowo. A jeśli pojawiają się wątpliwości? Wycofujemy produkt. Klienci i członkowie też zgłaszają uwagi – to jest żywy system. Ludzie są częścią tej decyzji.
Mówiąc o konkurencji – my jesteśmy po prostu inni. Dbamy nie tylko o jakość produktu, ale też o jakość relacji i o ludzi. Wiele sklepów ekologicznych kupuje te same produkty, co my, ale negocjuje jak najniższą cenę zakupu. Tam dba się o produkt, nie o producenta. U nas rolnik otrzymuje średnio około 62% ceny końcowej produktu. To ogromna różnica. Może produkt wygląda podobnie, ale osoba, która go wyprodukowała, jest traktowana zupełnie inaczej.
Walka z absurdem globalnego systemu i relacje z rolnikami
NR: Współpracujecie z około 30 gospodarstwami. Czy to kwestia restrykcyjnych kryteriów, czy ograniczonej liczby rolników?
DG: To nie brak rolników. Wręcz przeciwnie, często chcieliby nam sprzedać więcej, niż jesteśmy w stanie kupić. Nawet przy planowanym rozwoju te 30 gospodarstw w zupełności nam wystarcza. Kryteria doboru to przede wszystkim ekologiczność upraw, logistyka, dyspozycyjność oraz unikalność produktów, które uzupełniają ofertę sklepu, jak zioła czy rzadkie warzywa. Nie każdy rolnik może zaoferować szeroką gamę produktów i nie jest to konieczne. Ważna jest jakość i wiarygodność.
Czyli problemem nie jest brak producentów, tylko brak odbiorców. Rolnicy mają produkty, ale nie mają gdzie ich sprzedać po uczciwej cenie. My nie szukamy rolników, to oni zgłaszają się do nas. Są produkty, których wręcz nie jesteśmy w stanie przyjąć, takie jak ziemniaki czy jabłka. W sezonie potrafimy mieć nawet dziewięć odmian jabłek. To pokazuje skalę problemu i jednocześnie potencjał lokalnego rolnictwa.
NR: Rolnicy mogą przecież sprzedawać swoje produkty detalicznie sami. Po co im kooperatywa jako pośrednik?
DG: Sprzedaż detaliczna u siebie działa bardzo dobrze, ale nie każdy ma czas i możliwości, by w ten sposób obsłużyć większe wolumeny. Logistyka, pakowanie, wysyłka paczkomatami, social media – to są zupełnie inne kompetencje i ogromny nakład czasu. Trudno oczekiwać, żeby jedna osoba łączyła zaawansowaną wiedzę agroekologiczną z marketingiem i logistyką. Rolnicy przede wszystkim muszą uprawiać ziemię.
I tu pojawia się rola kooperatyw. Kooperatywa to jeden z krótkich łańcuchów dostaw, który pozwala rolnikowi sprzedać większy wolumen w jednym miejscu, zamiast spędzać cały dzień na targu. Dla rolnika dzień na rynku to często cały dzień pracy poświęcony wyłącznie sprzedaży. Kooperatywa nie jest klientem, który kupi wszystko, ale daje stabilność. Rolnik wie, że określona ilość produktów zostanie na pewno sprzedana i że dostanie za to uczciwą cenę – a właściwie „cenę właściwą”. Bo to, co dziś dostają w dużych skupach czy hurtowniach, to cena zaniżona. W dużych centrach hurtowych produkty kupuje się tonami, bardzo tanio. Rolnik nie ma realnej siły negocjacyjnej. Krótkie łańcuchy dostaw, takie jak targi, kooperatywy czy sprzedaż bezpośrednia, przywracają równowagę. Dla nas to nie są „anonimowe pomidorzy”, tylko pomidory od Agnieszki, ogórki od Zbyszka czy bakłażany od Rafała. Widzimy pola, warunki pracy, realia produkcji. To nie są kontrole, tylko spotkania partnerskie. Rozmawiamy o ich potrzebach, zapraszamy ich też do Warszawy, żeby mogli opowiedzieć o swojej perspektywie. Chodzi o budowanie mostów między miastem a wsią.
NR: W Waszych wypowiedziach często pojawia się mocna krytyka globalnego rynku żywności.
DG: Bo nie brakuje na nim paradoksów. Polska eksportuje jabłka i jednocześnie je importuje. Pomidory potrafią jechać z południa Europy tysiące kilometrów, choć mogłyby pochodzić z lokalnych gospodarstw. To pokazuje absurd globalnego systemu żywnościowego. Kiedy widzimy bardzo niskie ceny żywności w supermarketach, warto zadać sobie pytanie: ile naprawdę dostaje rolnik? Uprawa, zbiór, transport – to wszystko kosztuje. Tania żywność zawsze ma swoją cenę, tylko często płaci ją ktoś inny.
Lekcja pokory, czyli bolesny kryzys rozwojowy
NR: Próbowaliście też sprzedaży internetowej oraz mocnego rozszerzenia skali działalności, ale ten projekt się nie udał. Dlaczego?
DG: To bardzo trudny temat. Obecnie jesteśmy w trudnej sytuacji finansowej, a jednym z powodów był zbyt ambitny plan rozwoju. W bardzo krótkim czasie, sfinansowani z pożyczek od członków, otworzyliśmy centralny magazyn, który miał obsługiwać sklepy stacjonarne, sprzedaż internetową i B2B, oraz trzeci sklep stacjonarny na ulicy Mińskiej, po prawej stronie Wisły. Przygotowania trwały prawie dwa lata.
Sprzedaż świeżych produktów online jest logistycznie bardzo trudna. To nie są książki. Warzywa mają krótki czas przydatności, trzeba je szybko pakować i dostarczać. Okazało się, że ten proces jest dużo bardziej czasochłonny i kosztowny, niż zakładaliśmy.
NR: Czy nie można było tego procesu jakoś uprościć, na przykład zlecając pakowanie paczek bezpośrednio rolnikom?
DG: W praktyce to bardzo trudne. My współpracujemy z około 30 gospodarstwami i dodatkowymi 40–50 firmami. Sklep internetowy miał sens tylko wtedy, gdy klient mógł zamówić wszystko w jednej paczce: warzywa, kaszę, ryż, kawę. Rolnicy raczej nie pakują takich zamówień. Znam jednego rolnika, który prowadzi sprzedaż w systemie RWS – rolnictwa wspieranego przez społeczność. Klient wykupuje abonament i dostaje paczkę warzyw, ale nie wie dokładnie, co w niej będzie. To zupełnie inny model, którego nie da się tak łatwo skalować.
NR: A co poszło nie tak z trzecim sklepem na Pradze?
DG: Wiedzieliśmy, że na początku nie będzie rentowny, ale skala strat była dużo większa, niż planowaliśmy. Sklep na Pradze generował tylko połowę planowanych przychodów. Lokalizacja na Mińskiej dopiero się rozwija, nowe bloki są w budowie, więc być może otworzyliśmy się po prostu za wcześnie względem okolicznych inwestycji mieszkaniowych. Do tego zabrakło nam środków na marketing i promocję.
Jako demokratyczna organizacja podjęliśmy decyzję na walnym zgromadzeniu o zamknięciu wszystkich nowych działań i powrocie do dwóch sklepów stacjonarnych. To był bardzo trudny moment. Musieliśmy zakończyć część umów i zwolnić osoby zatrudnione do rozwoju. Zostaliśmy z długami wobec naszych członków i teraz musimy je stopniowo spłacać. Przez ostatnie miesiące walczymy o to, żeby nie brać kredytu bankowego. Włożyliśmy w ten rozwój ogrom energii, ludzie zaufali nam i pożyczyli pieniądze. Z drugiej strony dużo się nauczyliśmy. Teraz skupiamy się na planie naprawczym i na tym, żeby dwie pozostałe placówki były stabilne.
Lokale handlowe i rzeczywistość rynkowa
NR: Znalezienie lokalu w Warszawie to chyba od zawsze był dla Was spory problem?
DG: Znalezienie lokalu dopasowanego do działalności spożywczej to zawsze kompromis. Kilka razy musieliśmy się przeprowadzać. Pierwszy sklep na Wilczej zamknęliśmy ze względu na stan lokalu i brak możliwości dalszego dostosowania go do wymogów sanitarnych Sanepidu.
Potem była Narbutta na Mokotowie, bardzo ambitny projekt. Duży lokal, plany kawiarni. Włożyliśmy w to mnóstwo energii, ale okazało się, że jako najemcy musielibyśmy ponieść ogromne koszty remontów, a mimo to pojawiały się kolejne problemy techniczne. W pewnym momencie nawet traciliśmy dostęp do lokalu.
Kolejna lokalizacja to aleja Niepodległości. Świetne miejsce, przy metrze, ale fatalne warunki. Latem było tam tak gorąco, że nie dało się bezpiecznie przechowywać produktów. Zespół był skrajnie zmęczony, a takie warunki nie są dobre ani dla ludzi, ani dla żywności.
Dopiero Polna okazała się stabilniejsza. Od około dwóch lat sklep na Polnej w końcu działa w warunkach, które można uznać za wystarczające. Ale budowanie stałej bazy klientów zawsze trwa. Być może znów nie zrobiliśmy tego wystarczająco dobrze marketingowo, to też trzeba uczciwie powiedzieć.
Sklep na Andersa to zawsze był nasz najbardziej stabilny sklep, z regularnym wzrostem rok do roku. W tym roku po raz pierwszy zanotowaliśmy spadek, co wiążemy m.in. z długotrwałymi remontami w okolicy.
NR: Na dodatek rynek spożywczy w Polsce jest bezwzględny.
DG: Dokładnie. W Polsce co roku zamykają się tysiące małych sklepów spożywczych. Konkurencja jest ogromna, ludzie wybierają wygodę. Mam na myśli sieci typu Żabka. To marki, które potrafią wynająć praktycznie każdy lokal, tylko po to, żeby być „na miejscu” i wyeliminować konkurencję. To jest świat, w którym żyjemy, raczej go szybko nie zmienimy.
NR: Jak w tej trudnej sytuacji radzą sobie Wasze finanse i jak reagują partnerzy?
DG: Mamy trzy grupy odbiorców: członków kooperatywy, seniorów i klientów z zewnętrz. Każda z tych grup wymaga innego podejścia, ale od każdej musimy uzyskać trochę większą marżę, żeby zapewnić stabilność finansową. To nie oznacza wyłącznie podnoszenia cen. Chodzi raczej o całościową restrukturyzację: lepsze dopasowanie oferty, usprawnienie działań, większą przewidywalność przychodów. Koszty ponosimy od dawna – największym z nich są wynagrodzenia, ale staramy się je utrzymać na uczciwym poziomie, mimo że działamy w Warszawie.
Nasi partnerzy reagują bardzo różnie, ale często solidarnie. Niektórzy dostawcy zaproponowali np. czasowe rabaty, inni wydłużyli terminy płatności faktur. Chodzi o to, żeby każda osoba i każda grupa związana z kooperatywą dołożyła swój „kawałek” do procesu wychodzenia z kryzysu.
NR: Jak na tę sytuację wpłynęła wcześniejsza pandemia?
DG: Początek był paradoksalnie bardzo dobry. Marzec 2020 to najlepszy miesiąc sprzedażowy w historii kooperatywy, ludzie robili zapasy. Później było dużo trudniej. Organizowaliśmy pomoc sąsiedzką, wolontariusze robili zakupy osobom, które nie mogły wychodzić z domu. Społecznie to był ważny czas, ale ekonomicznie bardzo wymagający.
Edukacja, projekty B2B i brak wsparcia systemowego
NR: Poza sprzedażą angażujecie się też w działania edukacyjne i liczne projekty. Co robicie na tym polu?
DG: Tak. Jednym z ważniejszych kroków było współtworzenie Sieci Kooperatyw Spożywczych – ogólnopolskiej organizacji zrzeszającej różne kooperatywy. To był długi proces, angażujący ludzi z całego kraju, ale dziś sieć działa już samodzielnie. W jej ramach realizowaliśmy m.in. projekt „Zróbcie to razem”, który promował model kooperatyw wśród opinii publicznej i rolników.
Obecnie bierzemy również udział w europejskim projekcie InnoFoodLab, realizowanym wspólnie z 32 partnerami. To pokazuje, że nasze doświadczenie praktyczne jest wartościowe, nawet jeśli nie mamy dużych zasobów instytucjonalnych. To kolejny krok w rozwijaniu współpracy i promowaniu alternatywnych modeli systemu żywnościowego.
Prowadzimy również projekt szkoleń dla dorosłych związanych z aktywizmem, funkcjonowaniem organizacji pozarządowych, facylitacją grup, procesami liderskimi. To poziom skierowany do osób, które już są zaangażowane społecznie. Projekt realizujemy we współpracy z organizacją ULEX, która ma siedziby m.in. w Hiszpanii i na Węgrzech.
Organizujemy także tzw. „kawki tematyczne” – spotkania poświęcone zdrowemu jedzeniu, ekologii czy dbaniu o środowisko. Często prowadzą je sami członkowie kooperatywy. Wiele z tych spotkań jest otwartych także dla osób spoza kooperatywy. Organizowaliśmy też mniejsze wydarzenia sąsiedzkie wokół naszych sklepów na Mokotowie i przy Andersa. Ważnym momentem są też nasze urodziny, które zawsze traktujemy jako święto wspólnoty.
NR: Jak wygląda struktura organizacyjna, która to wszystko spina?
DG: Mamy dziś dwie struktury: stowarzyszenie, które zajmuje się edukacją, projektami i rzecznictwem, oraz spółdzielnię „Dobrze”, która prowadzi sklepy i działalność gospodarczą.
NR: I tu dochodzimy do kwestii wsparcia ze strony rządu czy samorządu. Jak ono wygląda?
DG: Krótko mówiąc: nie ma go wcale. To absurd prawny – w Polsce zwykłe spółdzielnie nie są uznawane za podmioty ekonomii społecznej (PES), mimo że według standardów Unii Europejskiej zdecydowanie byśmy nimi byli. Prawo całkowicie pomija nasz społeczny i solidarny charakter.
Co to oznacza w praktyce? Brak dostępu do instrumentów wsparcia, które przysługują podmiotom ekonomii społecznej: preferencyjnych kredytów, programów rozwojowych, rządu, czy możliwości korzystania z gruntów lub lokali na preferencyjnych warunkach. Tego wszystkiego po prostu nie mamy. Spółdzielnie socjalne czy pracownicze takie wsparcie otrzymują. My – nie. Systemowo nie ma uznania, że prowadzimy działalność społeczną i solidarną, mimo że dokładnie to robimy.
NR: Jakie rozwiązania mogłyby Wam realnie pomóc ze strony instytucji publicznych?
DG: Choćby bardzo proste rzeczy. Na przykład możliwość kupowania produktów od kooperatyw przez instytucje publiczne na swoje wydarzenia. Gdyby urzędy zamówiły u nas produkty, to byłoby realne wsparcie dla lokalnej działalności i rolników. Dalej: wprowadzenie ekologicznej, lokalnej żywności do szkół czy współpraca z samorządami przy wydarzeniach i cateringu. Kooperatywy są idealnym „łącznikiem”. Szkoła czy urząd nie zamówi produktów bezpośrednio od dziesięciu rolników, bo to zbyt skomplikowane logistycznie. My możemy to zrobić, skracając łańcuch dostaw i ułatwiając wszystkim pracę. Tego wciąż brakuje – żeby instytucje publiczne w ogóle wiedziały, że istniejemy. Żeby ktoś powiedział: „Są kooperatywy spożywcze, one wspierają lokalną gospodarkę”. To nie wymaga dużych pieniędzy, tylko decyzji i współpracy.
NR: Wspomniałeś o cateringu – czy oferujecie takie usługi komercyjnie?
DG: Tak, to nasz „trzeci filar” działalności, czyli oferta B2B, którą teraz mocno rozwijamy w ramach planu naprawczego. Oferujemy catering, ale w formie cateringu „na zimno”, głównie na przerwy kawowe. Bez gotowania, za to z dobrą, sezonową żywnością: rzemieślniczy chleb, pasty, kiszonki, owoce, dobra kawa i herbata. To zupełnie jedna jakość niż standardowe słodkie ciasteczka. To się sprawdza, ludzie są zaskoczeni i zachwyceni. I co ciekawe, często wychodzi to taniej niż klasyczna oferta cateringowa.
Mamy już takich klientów, współpracujemy m.in. z organizacjami pozarządowymi i firmami prywatnymi. Mamy też stałych klientów w formule „owocowych czwartków” – raz w tygodniu dostarczamy do biur kosze z owocami, suszonymi przekąskami czy orzechami (naszym stałym klientem jest m.in. Greenpeace). Przygotowujemy też prezenty świąteczne, czyli paczki dla pracowników firm. Ten kierunek ma potencjał i jest postrzegany jako naturalny rozwój działalności.
Edukacja konsumencka i asortyment
NR: Z perspektywy mieszkańca Warszawy – co najbardziej zniechęca ludzi do zakupów u Was? Dostępność? Ceny?
DG: Dostępność i wygoda. Mamy tylko dwa sklepy. Łatwiej wejść do Żabki pod domem. Rozumiemy to doskonale. A ceny? Tak, dla niektórych mogą być wyższe. Ale to są uczciwe ceny. Trzeba sobie zadać pytanie: dlaczego w supermarketach niektóre warzywa kosztują kilka złotych za kilogram? Ile w takim układzie dostaje rolnik?
Czyli problemem jest brak świadomości. W branży spożywczej przyzwyczailiśmy się do myślenia „jak najtaniej”. A przecież uprawa, zbiór, transport to praca. Rolnicy też chcą godnie zarabiać – tak jak wszyscy inni. Kluczowe jest, aby konsumenci mieli możliwość rozmowy ze sprzedawcami, zadawania pytań i poznania pochodzenia produktów. Kooperatywa organizuje również warsztaty i spotkania z rolnikami, które pomagają budować świadomość i walczyć z greenwashingiem. Edukacja nie polega na moralizowaniu, tylko na budowaniu świadomości – skąd bierze się cena i co oznacza wybór danego produktu. Nie chodzi o nacisk czy obowiązek – wystarczy ciekawość i chęć doświadczenia lokalnych produktów.
NR: Nie chcecie też wprowadzać agresywnego marketingu, żeby przyciągnąć ludzi. Dlaczego?
DG: Bo to nie jest w naszym stylu. Nie chcemy wyglądać jak stacja benzynowa, gdzie przy kasie jesteś bombardowany pięcioma pytaniami i próbami dosprzedaży. Z drugiej strony jesteśmy sklepem, więc sprzedaż jest naszą pracą. Jeśli ktoś robi zakupy, możemy powiedzieć: „są dziś świetne maliny”. To co innego niż agresywne wciskanie produktów. Cały czas balansujemy między etyką a koniecznością utrzymania się na rynku. Do tej pory marketing był robiony raczej przy okazji, na ile starczało sił. Teraz musimy podejść do tego bardziej systemowo.
NR: Czy w sklepach kooperatywy sprzedajecie produkty odzwierzęce?
DG: Nie mamy mięsa ani ryb. Są jajka, sery mleczne i sery wegańskie. To model, który pozwala nam łączyć różne potrzeby klientów. U nas jest miejsce dla wszystkich. Są osoby wegańskie, jest bardzo duży wybór produktów wegańskich, ale są też osoby, które kupują mięso w innych sklepach. Najważniejsza jest świadomość.
Uważamy, że ograniczenie spożycia mięsa i produktów odzwierzęcych to najprostsza rzecz, jaką każdy może zrobić dla środowiska. Nie mówimy o radykalnych decyzjach, bo społeczeństwo nie jest jeszcze na to ready, ale o redukcji. Po co jeść mięso codziennie? Wystarczy zacząć od dwóch dni w tygodniu, potem jednego. Już taka zmiana ma ogromny wpływ na środowisko.
NR: Czy uważasz, że w przyszłości kooperatywy mogą stać się realną alternatywą dla supermarketów?
DG: To nadal jest nisza. We Francji istnieje sieć ponad tysiąca sklepów działających na podobnych zasadach. W Niemczech takich inicjatyw jest znacznie więcej. Tam świadomość konsumencka jest wyższa. W Polsce są właściwie dwie takie kooperatywy z własnymi sklepami stacjonarnymi. Próbowaliśmy otworzyć trzeci, ale nie udało się. Społeczeństwo nie jest jeszcze na to gotowe. Zawsze mówię, że w Polsce II wojna światowa skończyła się mentalnie nie w 1945, a w 1989 roku. Ludzie chcieli po prostu żyć, nadrabiać, korzystać z nagłej dostępności wszystkiego. To naturalne. Myślę, że potrzeba jeszcze jednego pokolenia.
Czy rozwiązaniem jest przekonanie ludzi, żeby przestali kupować w supermarketach? Nie. Nigdy nie mówię: „nie kupujcie w Lidlu czy Biedronce”. Jeśli ktoś kupuje warzywa i owoce i gotuje w domu, to już jest krok w dobrą stronę. Dziś wiele osób w ogóle nie gotuje. Warzywa wymagają czasu: mycia, obierania, przygotowania. Łatwiej sięgnąć po gotowe, przetworzone jedzenie. A przecież warzywa i owoce to podstawa zdrowia. Dosłownie „lek na talerzu”. Nie możemy oczekiwać, że ktoś, kto dopiero zaczyna gotować, od razu będzie analizował warunki pracy rolników w Hiszpanii czy Maroku. To zbyt duży skok. Ta świadomość przychodzi stopniowo.
Podsumowanie i przesłanie
NR: Gdybyś miał podsumować obecną sytuację kooperatywy „Dobrze”?
DG: To trudny moment, ale też moment dużej nauki. Działamy w realiach, w których nie wszystko da się przewidzieć: pandemia, inflacja, rynek nieruchomości. Teraz skupiamy się na stabilizacji, odbudowie i na tym, żeby kooperatywa mogła dalej działać w bardziej realistycznej skali. Mamy świetnych rolników, ludzi, którzy chcą działać. Brakuje nam klientów. Gramy na tym samym rynku co firmy nastawione wyłącznie na zysk, ale dokładamy sobie dodatkowe wartości: szacunek do pracy rolników i pracowników. To sprawia, że jest trudniej, ale działamy już ponad 12 lat. Bez wsparcia systemowego, bez realnej pomocy państwa. I mimo to wciąż jesteśmy.
NR: A jakie jest Twoje ostateczne przesłanie dla konsumentów?
DG: Zachęcam do ciekawości. Zastanówmy się, dlaczego jedzenie w supermarketach jest tak nienaturalnie tanie i ile z tego naprawdę dostał producent. Nasza „utopia” trwa już 12 lat i mimo trudności, wierzymy w model oparny na zaufaniu, gdzie klient nie musi czytać każdej etykiety, bo społeczność zrobiła to za niego. Zapraszamy, by po prostu przyjść, spróbować produktu i porozmawiać z naszymi sprzedawcami, których szkolenie z asortymentu trwa rok. To nie wymaga wielkiego zaangażowania – tylko otwartości.



