W nawiązaniu do dialogu o jaskini Dominiki Kieruzal i Moniki Kostery

Tym razem dialog artystki i naukowczyni społecznej zamienił się w intymną- bo dotyczącą intensywnych uczuć- rozmowę dwóch artystek, mających wiele do powiedzenia także światu nauki. Przychodzi na myśl choćby przekonanie Paula Tillicha, iż nauka i sztuka to dwa sposoby poznania, różne, ale uzupełniające się. Nie dziwi więc, że aktualna odsłona „Dwugłosu o sztuce i przyrodzie” przynosi zarówno opis wystawy jednej z rozmówczyń, jak i wiersz drugiej, tej reprezentującej naukę.

Oczywiście za daleko posunęli się przedstawiciele anarchizmu metodologicznego- z  Feyerabendem na czele- stawiając znak równości między wynikiem artystycznego natchnienia a pracą naukową. Ale mieli rację w poszukiwaniu licznych pokrewieństw tych dziedzin, pokrewieństw umykających scjentystycznym metodologom. Sztuka często odsyła do nauki, jeszcze częściej oświetla nowymi znaczeniami interpretację jej wyników. Taj jest w wypadku najnowszej rozmowy Dominki z Moniką. Pies prowadzący człowieka do jaskini to „wypisz, wymaluj” piękna, a zarazem precyzyjna metafora pracy Briana Hare, amerykańskiego psychologa ewolucyjnego, który wykazał- na podstawie badania relacji człowieka z psem- że „przetrwają najżyczliwsi”, jak głosi tytuł według mnie najważniejszej książki przywołanego badacza. Piękne, momentami wręcz wzruszające uzupełnienie ustaleń Hare’a stanowi wcześniejsza książka- „Zażyła więź” – autorstwa Birana Fagana amerykańskiego archeologa, a zarazem mistrza słowa popularyzującego rzetelną naukę. Fagan pokazuje jak większość kluczowych wydarzeń w historii ludzkości wiąże się z procesami udomowienia kolejnych gatunków zwierząt. Jesteśmy więc winni zwierzętom wdzięczność i etyczne postawy wobec nich.

Jaskinia, do której pies przyprowadza człowieka, którą wypełniają malarstwem przodkowie współczesnych ludzi, stanowi coś więcej niż tylko rezonowanie w mroku. To poziom, czy raczej głębia relacji jako podstawowej potrzeby i podstawowego potencjału człowieka każdych czasów. Warto przypomnieć Davida Haya, biologa człowieka z Oxfordu, który już w latach 90. ubiegłego stulecia pisał, na podstawie swoich badań, o świadomości relacyjnej jako podstawowej kompetencji istoty ludzkiej. Pisał też o tym, jak współczesna kultura indywidualizmu, spotęgowana przez szeroko rozumianą kulturę biznesu, dekonstruuje świadomość relacyjną.

Przy czym, trzeba uważać ze „zwalaniem” wszystkiego na indywidualizm. Micah Sadigh, amerykański psycholog egzystencjalny, przypomniał mi niedawno sztukę Ibsena „Wróg ludu” i wyraźne echo w niej echo rozpaczliwego wołania Kierkegaarda „The Crowd is Untruh”, jak przetłumaczył na angielski tytuł duńskiego protoplasty egzystencjalizmu Charles K. Bellinger. Po polsku zazwyczaj zwrot ten oddaje się sformułowaniem „tłum nie ma racji”. Warto pamiętać oczywistość, iż indywidualizm, radykalnie rozpoczęty w dziejach kultury zachodniej reformacją, był właśnie protestem przeciw „racji tłumu”. Kierkegaard zadedykował swój esej „pojedynczej, indywidualnej osobie”. Jednak indywidualizm Kierkegaarda i dzisiaj Sadigha, który (chodzi o drugiego z wymienionych) pięknie analizuje trud stawania się indywidualnością, nie oznacza zrywania relacji. Jeśli oznacza, to – jak w tym znaczeniu z pełną racją podkreśla Dominika- staje się kłamstwem.

Siłę na przeciwstawienie się z jednej strony tłumowi, a z drugiej na pokonanie odizolowania jednostki od innych daje właśnie sztuka wyrażona tym razem przez Dominikę i Monikę za pomocą metafory jaskini oraz za pomocą przykładów konkretnych, już nie metaforycznych jaskiń.

Pozwolę sobie dodać jeszcze jeden przykład tego rodzaju. Właśnie wszedł na ekrany polskich kin film Emi Buchwald „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, pokazujący trudy dojrzewania dwudziestolatków+. Janusz, mój najstarszy syn, z którym byłem na seansie, twierdzi, że przy całej oryginalności omawianego obrazu, to taki „polski Jarmusch” (Janusz nawiązuje tu szczególnie do ostatniego obrazu Jarmuscha „Father, Mother, Sister, Brother”). Ja bym dodał jeszcze, że to film świeży, wręcz sympatycznie „niedorobiony” właśnie niczym psychika dwudziestolatka. Zadałem film Buchwald jako „lekturę obowiązkową “moim studentom z psychologii rozwoju człowieka dorosłego. Mam nadzieję, że Reżyserka mi wybaczy.  Ostatnia scena „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, rozpropagowana na plakatach promocyjnych pokazuje rodzeństwo młodych dorosłych, bohaterów filmu, przytulonych do siebie pod namiotem w ich domu. Namiot imituje jaskinię, jak zwykle to się dzieje podczas dziecięcych zabaw. Jednocześnie jest centralnym fragmentem instalacji artystycznej.

Trudno o lepszą zbieżność filmu i rozmowy Dominiki z Moniką. Trudno o lepsze wzajemne komentowanie się tekstów. Metafora jaskini przypomina, że sztuka stwarza możliwość doświadczeń indywidualnego zatracenia się w przeżyciu, a zarazem chroni relacje bliskości, bycia razem.

Niedawno moje dorosłe dzieci z przyjaciółmi odwiedziły Berlin. Wspomniany już przeze mnie Janusz, twardo stąpający po ziemi student informatyki zaginął w Muzeum Historii Niemiec. Jak się okazało, dosłownie zatracił się w oglądaniu wystawy. Rodzeństwo uruchomiło personel muzeum do szukania brata, aż się odnalazł. Nie zostawili go samego, mimo, że chodziło przecież o ludzi dorosłych.  I silny indywidualizm i równie silne relacje międzyludzkie jako istota sztuki inspirowanej naturą, tym razem wyrażoną w metaforze jaskini.

To właśnie dala mi najnowsza rozmowa naukowczyni społecznej, która jest artystką i artystki, która ma do sporo do powiedzenia nauce.

Jak ograniczyć marnowanie jedzenia w czasie wiosennych świąt i wrócić do idei odradzającego się życia

W Polsce przeciętne gospodarstwo domowe wyrzuca około 165 kg żywności rocznie, czyli około 67 kg na osobę. W skali kraju oznacza to ponad 2,5 mln ton zmarnowanej żywności, z czego aż 60% pochodzi z gospodarstw domowych (dane: Instytut Ochrony Środowiska – PIB, projekt SMART-FOOD: Systematic Monitoring and Action for Reduction and Training on Food Waste in Poland).

Okres wiosennych świąt wyraźnie nasila to zjawisko. W krótkim czasie rośnie liczba zakupów, ilość przygotowywanego jedzenia oraz różnorodność potraw – często przekraczająca realne potrzeby domowników. W praktyce oznacza to przygotowywanie ilości, których nie jesteśmy w stanie spożyć. Nadwyżki szybko tracą świeżość lub ulegają zepsuciu, szczególnie przy wyższych temperaturach i dłuższym przechowywaniu.

Jak podaje IOŚ-PIB, straty finansowe związane z marnowaniem żywności sięgają nawet 2–3 tysięcy złotych rocznie na gospodarstwo domowe. Ponad 80% tej żywności trafia bezpośrednio do kosza, a największą część stanowią gotowe potrawy oraz resztki po posiłkach.

Najczęstsze przyczyny marnowania żywności to (IOŚ-PIB): utrata świeżości (91%), przygotowanie zbyt dużej ilości jedzenia (86%), zepsucie produktów (84%). Nadmiar jedzenia prowadzi jednocześnie do przejadania się i marnowania. Pokazuje to wyraźnie brak dopasowania między ilością przygotowywanych potraw a rzeczywistymi potrzebami.

W stronę bardziej świadomego wyboru

Coraz więcej osób sięga po kuchnię roślinną, która:

  • jest lżejsza dla organizmu,
  • oferuje bogactwo smaków i form,
  • pozwala ograniczyć wpływ na środowisko,
  • zmniejsza udział produktów pochodzenia zwierzęcego w diecie.

Wegańskie potrawy mogą z powodzeniem zastąpić tradycyjne dania, bez utraty smaku czy jakości doświadczenia. W kontekście wiosennych świąt, które odwołują się do idei odradzającego się życia, wybory żywieniowe nabierają dodatkowego znaczenia. Sięganie po dania roślinne wpisuje się w tę symbolikę, ograniczając jednocześnie konieczność wykorzystywania zwierząt w produkcji żywności.

Znaczenie codziennych decyzji

Ograniczenie marnowania żywności nie wymaga rewolucji, lecz konsekwencji:

  • planowania zakupów,
  • przygotowywania mniejszych ilości jedzenia,
  • właściwego przechowywania,
  • wykorzystywania nadwyżek,
  • otwartości na roślinne alternatywy.

To właśnie decyzje podejmowane na poziomie gospodarstw domowych mają największy wpływ na skalę marnowania żywności (IOŚ-PIB, SMART-FOOD).

Jare Gody – powrót do idei życia, równowagi i uważności.

Zanim pojawiły się współczesne formy świętowania, w kulturze słowiańskiej funkcjonowały Jare Gody – święto związane z nadejściem wiosny, odradzaniem się przyrody i cyklem życia. Ich sens opierał się na harmonii z naturą, uważności i szacunku dla życia w każdej formie. W tym kontekście warto zadać pytanie: czy sposób, w jaki dziś obchodzimy wiosenne święta, rzeczywiście odzwierciedla ideę odnowy i życia?

Ograniczenie nadmiaru, lepsze planowanie i większy udział kuchni roślinnej to konkretne działania, które wpisują się w tę perspektywę. Bo ostatecznie chodzi o to, żeby nasze wybory były spójne z tym, co symbolizuje wiosna –  odradzającym się życiem.

Jeszcze kilka lat temu wodór przedstawiano jako jedno z najważniejszych narzędzi przyszłej transformacji energetycznej. W tej technologii widziano nie tylko sposób na ograniczenie emisji, lecz także szansę na uniezależnienie gospodarek od importu paliw kopalnych. Energia produkowana z wiatru i słońca mogła zostać zamieniona w wodór, magazynowana i wykorzystywana w przemyśle, transporcie czy energetyce. W takim ujęciu wodór miał stać się paliwem suwerenności energetycznej.

Dziś entuzjazm wobec tej wizji jest znacznie mniejszy. Wiele projektów wodorowych okazało się zbyt kosztownych i trudnych do realizacji, a rozwój technologii postępuje wolniej, niż zakładano. Jednocześnie jednak wydarzenia na światowych rynkach energii – od wojny w Ukrainie po napięcia na Bliskim Wschodzie – przypominają, jak silnie gospodarki pozostają uzależnione od paliw kopalnych, zwłaszcza gazu ziemnego i ropy. W tym kontekście pytanie o przyszłą rolę wodoru powraca w nowej formie: nie jako modna wizja transformacji, lecz jako możliwe narzędzie ograniczania przyszłych zależności energetycznych. Jak więc wygląda globalna mapa gospodarki wodorowej?

Chiny – fabryka technologii wodorowych

Jednym z najważniejszych graczy w rozwijającym się sektorze wodorowym są Chiny. W ostatnich dwóch dekadach państwo to zbudowało dominującą pozycję w wielu sektorach technologii energetycznych, w tym w produkcji paneli fotowoltaicznych, baterii czy komponentów do turbin wiatrowych. Podobny proces zaczyna być widoczny w gosp

Stacja ładowania wodorem Zdjęcie: Canva

odarce wodorowej. Chińskie firmy szczególnie dynamicznie zwiększają produkcję elektrolizerów. Skala tego procesu oraz wsparcie państwa sprawiają, że chińskie technologie stają się coraz bardziej konkurencyjne cenowo.

Coraz wyraźniej widać też, że Pekin nie chce już tylko dostarczać komponentów, lecz także sprzedawać samo paliwo. Chiny rozwijają produkcję wodoru zarówno z węgla, jak i z OZE, a równocześnie planują eksport taniego wodoru i amoniaku do Azji Południowo-Wschodniej. To oznacza, że mogą w przyszłości kontrolować nie tylko technologie, ale i rynek zbytu przyszłej energii. Stają się więc jednocześnie katalizatorem globalnej transformacji i jej nowym hegemonem, od którego trudno będzie się uniezależnić.

Stany Zjednoczone – na granicy dwóch polityk energetycznych

Strategia Stanów Zjednoczonych wygląda zupełnie inaczej. Kraj ten dysponuje ogromnymi zasobami gazu ziemnego i w ostatnich latach stał się jednym z najważniejszych eksporterów LNG na świecie. W tej sytuacji wodór nie jest postrzegany jako całkowita alternatywa dla paliw kopalnych, lecz raczej jako ich uzupełnienie. Duża część amerykańskich projektów koncentruje się na produkcji wodoru z gazu ziemnego z wykorzystaniem technologii wychwytywania dwutlenku węgla, a naturalnym centrum tego rozwoju pozostaje wybrzeże Zatoki Meksykańskiej z jego rozbudowaną infrastrukturą petrochemiczną i portową. 

Jednocześnie rozwój sektora wodorowego w Stanach Zjednoczonych pozostaje silnie uzależniony od polityki. Programy wsparcia dla nowych technologii energetycznych przyciągnęły w ostatnich latach duże inwestycje, ale część projektów została opóźniona lub wstrzymana w warunkach zmieniającej się polityki energetycznej i nowej prezydentury. W efekcie USA pozostają graczem o ogromnym potencjale technologicznym i surowcowym, który jednak nadal traktuje wodór raczej jako element szerszej strategii energetycznej opartej na gazie niż jej główny filar.

Nowa mapa eksportu i importu energii

Transformacja wodorowa może stworzyć zupełnie nową grupę eksporterów energii. Kraje o wyjątkowo dobrych warunkach dla odnawialnych źródeł – silnym wietrze, dużym nasłonecznieniu i rozległych terenach – mogą produkować zielony wodór znacznie taniej niż uprzemysłowione gospodarki Europy czy Azji. Wśród potencjalnych liderów tego nowego rynku często wymienia się Australię, Chile, Maroko czy państwa Zatoki Perskiej.

W wielu z tych krajów powstają dziś projekty, które mają przekształcić lokalne zasoby wiatru i słońca w paliwo eksportowe. Australia planuje dostarczać wodór i amoniak do Japonii oraz Korei Południowej, Chile liczy na wykorzystanie silnych wiatrów Patagonii, a państwa Bliskiego Wschodu inwestują w ogromne instalacje produkcji zielonego wodoru, takie jak projekt w futurystycznym mieście NEOM. Jeśli choć część tych planów zostanie zrealizowana, globalna mapa handlu energią może się wyraźnie zmienić, lecz tym razem oparta nie na ropie i gazie, lecz na energii wiatru i słońca.

Samochód ciężarowy Zdjęcie: Canva

W globalnej gospodarce wodorowej szczególną rolę mogą odegrać państwa o silnym przemyśle, ale jednocześnie bardzo wysokim zapotrzebowaniu na energię. W wielu przypadkach nawet szybki rozwój odnawialnych źródeł może nie wystarczyć, by zaspokoić potrzeby ich gospodarek. Do tej grupy należą przede wszystkim Niemcy, Japonia i Korea Południowa. Kraje te planują wykorzystać wodór w transformacji przemysłu ciężkiego (od hutnictwa po przemysł chemiczny) co oznacza konieczność zapewnienia ogromnych ilości nowego paliwa. Jednocześnie Japonia i Korea Południowa należą do światowych liderów rozwoju technologii wodorowych. W praktyce oznacza to ciekawy układ: mogą importować wodór jako paliwo, a jednocześnie eksportować technologie pozwalające go wykorzystywać.

Europa – wspólna wizja, lecz różne interesy

Europa jawi się w tej układance jako przypadek szczególny. Z jednej strony to tutaj powstała najbardziej ambitna polityka klimatyczna – Zielony Ład. Z drugiej rośnie presja przemysłu, który ostrzega przed „ucieczką” do krajów, gdzie energia jest tańsza. Problem polega na tym, że Unia Europejska nigdy nie będzie jednolitym graczem jak USA czy Chiny. Każde państwo członkowskie ma własne interesy.

Niemcy koncentrują się na wykorzystaniu wodoru w przemyśle ciężkim i przygotowują się na jego duży import. Holandia rozwija porty, przede wszystkim Rotterdam, jako przyszłe centra handlu wodorem i amoniakiem. Hiszpania i Portugalia liczą na rozwój własnej produkcji dzięki bardzo dobrym warunkom dla energetyki odnawialnej. W krajach nordyckich wodór pojawia się przede wszystkim w projektach dekarbonizacji hutnictwa, takich jak produkcja niskoemisyjnej stali. Z kolei państwa Europy Środkowej widzą w nim narzędzie do ograniczania emisji w przemyśle chemicznym i rafineryjnym. W efekcie zamiast jednej europejskiej strategii powstaje raczej mozaika narodowych interesów energetycznych.

Lokalność jako alternatywa dla globalnego rynku

W tym globalnym wyścigu łatwo zapomnieć, że wodór wcale nie musi być kolejnym gazem ziemnym; uniwersalnym surowcem, który płynie rurociągami i tankowcami przez pół świata. Może być czymś zupełnie innym – narzędziem rozwoju lokalnego.

Wyobraźmy sobie klaster: farma wiatrowa, pobliski elektrolizer i zakład przemysłowy, który potrzebuje wodoru do swoich procesów. Wodór nie musi wtedy pokonywać tysięcy kilometrów, nie trzeba uzależniać się od podmiotów zagranicznych. Zamiast wielkich, ryzykownych megaprojektów setki mniejszych, bliżej ludzi i gospodarki. To daje elastyczność, bezpieczeństwo i miejsca pracy tam, gdzie dziś często ich brakuje. W tym sensie wodór może być czymś więcej niż kolejnym towarem w globalnym handlu energią. Może stać się elementem regionalnych ekosystemów energetycznych, łączących odnawialne źródła energii, przemysł i lokalną infrastrukturę.

Polska – między potencjałem a ryzykiem 

Dla Polski taka wizja jest szczególnie interesująca, ale jednocześnie stawia nas przed trudnym dylematem. Już dziś należymy do największych producentów wodoru w Europie, choć niemal cały powstaje z paliw kopalnych i trafia głównie do przemysłu chemicznego oraz rafineryjnego. Można więc powiedzieć, że wodór mamy w pewnym sensie „w energetycznym DNA”. Problem polega na tym, że jego niskoemisyjna produkcja będzie znacznie bardziej wymagająca.

Produkcja zielonego wodoru wymaga ogromnych ilości taniej energii odnawialnej. Tymczasem w wielu regionach świata, począwszy od Australii po Bliski Wschód czy Afrykę Północną warunki do jej wytwarzania są znacznie lepsze niż w Europie Środkowej. To sprawia, że wodór produkowany w tych miejscach może być w przyszłości wyraźnie tańszy niż ten wytwarzany lokalnie.

We wrześniu 2025 roku opublikowano raport Global Hydrogen Compass 2025,
przygotowany przez Hydrogen Council we współpracy z McKinsey & Company.
Dokument przedstawia aktualny stan sektora wodorowego na świecie,
wskazując ponad 500 projektów w fazie dojrzałości inwestycyjnej oraz
inwestycje przekraczające 110 miliardów dolarów.
Global Hydrogen Compass 2025 – Hydrogen Council / McKinsey & Company

Powstaje więc pytanie dobrze znane z innych sektorów energetyki: czy bardziej opłaca się produkować energię u siebie, czy sprowadzać ją z zewnątrz? Paradoks polega na tym, że kraj posiadający własne zasoby i przemysł może jednocześnie importować tańsze paliwo z zagranicy, zresztą podobnie jak dziś Polska sprowadza część węgla mimo własnych złóż. W gospodarce wodorowej podobny dylemat może pojawić się ponownie: między budową własnych źródeł produkcji a korzystaniem z tańszego paliwa z globalnego rynku.

Nowe paliwo, stare zależności

Świat coraz bardziej przypomina układ bloków i stref wpływów niż globalną wioskę. Dawne marzenie o wspólnych łańcuchach dostaw ustępuje miejsca nacjonalizmowi, protekcjonizmowi i polityce siły. Wodór, zamiast paliwa pełnej suwerenności, może stać się narzędziem nowych współzależności, tylko rozłożonych inaczej niż w epoce ropy i gazu. Absolutna niezależność okazuje się iluzją, a kluczem pozostaje umiejętne zarządzanie tymi relacjami.

Pojawia się jednak pytanie, którego Europa zbyt długo unikała: co, jeśli nasz wodór okaże się zbyt drogi, a przemysł zacznie szukać tańszych miejsc na świecie? Już dziś widać symptomy tej „ucieczki”. Energochłonne sektory, takie jak chemia czy nawozy, ograniczają produkcję, bo nie są w stanie konkurować z cenami energii poza Unią. Jeśli Europa nie znajdzie równowagi między ambicją klimatyczną a gospodarczą rzeczywistością, może się okazać, że zamiast importować wodór, będziemy sprowadzać gotowe produkty – stal, amoniak, nawozy – rzeczywiście wytwarzane z wodoru, ale poza naszym kontynentem.

To byłby najgorszy scenariusz. Zielony sen o suwerenności, który kończy się nową zależnością, tym razem nie od gazu z Rosji, lecz od zielonego amoniaku z Bliskiego Wschodu. Transformacja energetyczna nie jest bowiem tylko projektem klimatycznym. To także kwestia konkurencyjności gospodarek i miejsca państw w przyszłym systemie energetycznym. Wodór może odegrać w nim ważną rolę, ale najprawdopodobniej nie jako uniwersalne paliwo, o którym jeszcze kilka lat temu mówiono z takim entuzjazmem. Znacznie ważniejsze staje się dziś inne pytanie: kto będzie w stanie produkować tanią energię dla przemysłu i kto będzie musiał ją od niego kupować.

Jakub Fudalewski

Student V roku Energetyki Wodorowej na AGH, związany z tematyką transformacji energetycznej i technologii wodorowych. Doświadczenie zdobywał m.in. podczas stażu w Biurze Technologii Wodorowych ORLEN S.A. Od kilku lat uczestniczy w projektach i debacie dotyczącej rozwoju zielonego wodoru i OZE.

Nowe elektrownie powstają tam, gdzie wody już brakuje

W Polsce trwa szybka rozbudowa energetyki gazowej – ale nowe elektrownie powstają często w regionach, które już dziś zmagają się z niedoborem wody. Towarzystwo na rzecz Ziemi pokazuje, że problem ten może pogłębiać presję na rzeki i zwiększać ryzyko konfliktów o zasoby wodne.

Mapy stresu wodnego z zaznaczeniem elektrowni i zlewni, opublikowane tuż przed Międzynarodowym Dniem Wody (22 marca), wskazują miejsca, gdzie presja na wodę jest największa.

Gaz rośnie w siłę – także w regionach z deficytem wody

Polska intensywnie rozwija moce gazowe. Inwestycje prowadzą między innymi PGE, Enea czy Grupa Orlen. Jeśli uwzględnić wszystkie projekty elektrowni w budowie i planach, Polska może mieć ok. 10 GW bloków gazowych typu CCGT i kolejne 5 GW jednostek OCGT. Do tego dochodzą elektrociepłownie.

Żadna z polskich spółek nie posiada strategii wodnych, tymczasem woda jest niezbędna do produkcji prądu i ciepła w jednostkach termalnych. Choć elektrownie gazowe zużywają mniej wody niż węglowe, ich lokalizacja w zlewniach już dotkniętych niedoborem oznacza dalsze zwiększanie presji na ograniczone zasoby wodne.

Kluczowy wniosek: energetyka gazowa wchodzi w obszar stresu wodnego

  • Aż 18 z 32 jednostek gazowych (istniejących, budowanych i planowanych) znajduje się na obszarach dotkniętych silnym stresem wodnym (WEI+ >40% przez co najmniej pół roku).
  • Najgorsza sytuacja dotyczy Górnej Odry i Górnej Warty, gdzie stres wodny jest silny przez cały rok.
  • Najbardziej wodochłonne, wyposażone w otwarte systemy chłodzenia instalacje dotyczą elektrowni: Dolna Odra, Rybnik i Stalowa Wola.
  • W niektórych przypadkach (Dolna Odra) pobór wody grozi naruszeniem przepływów biologicznych – minimalnych ilości wody potrzebnych do utrzymania życia w rzekach.
  • Zamknięte systemy chłodzenia, choć bardziej wodooszczędne, nie eliminują ryzyka naruszenia przepływów biologicznych – przykład Rzeszowa pokazuje, że tylko w jednym roku przez 27 dni przepływy biologiczne zostały naruszone.
  • Planowana budowa bloków gazowo-parowych w Kozienicach i Ostrołęce, czyli na terenach poza obszarami niedoborów wód może zwiększać presję na rzeki, ponieważ nowe bloki będą funkcjonować równolegle z istniejącymi instalacjami węglowymi.
  • Brak integracji polityki energetycznej i wodnej zwiększa ryzyko dla bezpieczeństwa środowiska i lokalnych społeczności.

Jak stres wodny wpływa na rzeki, przemysł i społeczności?

W regionach o wysokim niedoborze wody działające elektrownie pobierają znaczące ilości wody do chłodzenia, co obniża przepływy biologiczne i zagraża ekosystemom wodnym. Długotrwały stres wodny zwiększa ryzyko konfliktów o dostęp do zasobów wodnych pomiędzy energetyką, rolnictwem, przemysłem a mieszkańcami. Choć obecnie nie dochodzi do przerw w dostawach prądu z powodu ograniczonych zasobów wodnych, eksperci ostrzegają, że narastające susze mogą w przyszłości ograniczać elastyczność pracy bloków gazowych i węglowych.

– Silny stres wodny oznacza, że już dziś woda nie jest wykorzystywana w regionie w sposób zrównoważony. Musimy pamiętać, że Polska jest krajem ubogim w zasoby wodne a susza będzie stanowić coraz większe wyzwanie dla całej gospodarki. Planowanie nowych elektrowni bez uwzględnienia ograniczeń hydrologicznych przenosi ryzyko na środowisko i społeczności lokalne. Nie powinniśmy budować elektrowni tam, gdzie brakuje wody – mówi Robert Wawręty z Towarzystwa na rzecz Ziemi.

Gaz vs OZE. Rozwiązania wskazywane przez ekspertów

Międzynarodowy Dzień Wody, który wypada 22 marca to moment, by zwrócić uwagę na konieczność integracji polityki wodnej i energetycznej. Eksperci apelują o pilne uwzględnienie dostępności zasobów wodnych w planowaniu transformacji energetycznej oraz rozwój mniej wodochłonnych technologii, takich jak odnawialne źródła energii (OZE), które nie wymagają wody do produkcji prądu i nie zwiększają presji na rzeki.

Od rzeki do gniazdka – energetyka zależy od wody. W obliczu nasilającego się kryzysu wodnego w Polsce, postępujących zmian klimatu, coraz częstszych susz i spadków poziomu rzek, dalsze rozwijanie wodochłonnych technologii energetycznych może prowadzić do konfliktów o zasoby oraz ograniczeń w produkcji energii. Polska stoi przed wyborem: kontynuować rozwój technologii zwiększających presję na zasoby wodne, czy przyspieszyć transformację w kierunku systemu energetycznego odpornego na niedobory wody – mówi Robert Wawręty, ekspert w zakresie inżynierii środowiska, specjalizujący się w kwestiach związanych ze zrównoważoną gospodarką wodną. Wiceprezes Towarzystwa na rzecz Ziemi.

← Wstecz

Twoja wiadomość została wysłana

W dniu 18.03.2026 pod tytułem artykułu Jakuba Fudalewskiego „Wodór bez złudzeń” omyłkowo opublikowaliśmy treść artykułu „Wodór na geopolitycznej szachownicy” tego samego autora. Błąd został usunięty, poniżej publikujemy właściwy tekst:

Kilka lat temu Europa mówiła o wodorze z entuzjazmem, dziś mówi z kalkulatorem w ręku. Po fali strategii, deklaracji i grantów przyszła codzienność – pełna rachunków, ograniczeń i trudnych decyzji. W polskim przemyśle widać to szczególnie wyraźnie: sektor chemiczny, jeden z filarów gospodarki, stoi dziś przed widmem gwałtownych zmian. Wymogi dotyczące „zielonego” wodoru, rosnące koszty energii i presja regulacyjna sprawiają, że transformacja, która miała być impulsem rozwoju, zaczyna być dla wielu zakładów realnym zagrożeniem.

Nie chodzi już o to, czy wodór ma przyszłość, pytanie brzmi raczej: kto będzie w stanie tę przyszłość sobie kupić. W tym felietonie przyglądamy się wodoru nie jako idei, ale jako rynkowi – pełnemu napięć między ambicją polityki a twardą rzeczywistością przemysłu. Bo dziś wodór przestaje być symbolem nadziei, a staje się testem na zdolność Europy do przeprowadzenia transformacji bez utraty własnych fabryk.

Chemia – ukryty fundament

Chemia to dziś jeden z sektorów, które najbardziej odczuwają realia transformacyjnej rzeczywistości. Przez dekady jej fundamentem był tani gaz ziemny – źródło energii i podstawowy surowiec do wytwarzania amoniaku, nawozów, metanolu czy wodoru technicznego. Dziś ten model kruszy się pod naporem rosnących kosztów emisji i unijnych regulacji. RED III wymusza stopniowe zwiększanie udziału zielonego wodoru w procesach produkcyjnych, a system ETS sprawia, że każda tona CO₂ ma swoją cenę. Dla polskich zakładów to poważny cios, bo większość instalacji wciąż bazuje na reformingu metanu, a taniego zielonego wodoru po prostu nie ma. Paradoks polega na tym, że chemia staje się jednocześnie ofiarą i pionierem transformacji, bo bez wodoru nie może działać, a jego dekarbonizacja jest dziś jedną z trudniejszych do przeprowadzenia.

A jednak to właśnie tutaj wodór ma największy sens technologiczny. Nie jest dodatkiem do miksu energetycznego ani magazynem na gorsze dni, lecz podstawowym reagentem, elementem reakcji, który trudno zastąpić elektryfikacją. W przypadku amoniaku, metanolu czy produkcji paliw syntetycznych użycie wodoru nie wynika z polityki, lecz z chemii. Dlatego „zazielenienie” produkcji może stać się nie tyle wyborem, co warunkiem przetrwania europejskiej chemii
w długim okresie. Przykłady z Niemiec, Holandii czy Norwegii pokazują, że kierunek został wytyczony: budowane są pierwsze huby wodorowe powiązane z elektrolizerami przy instalacjach chemicznych. Problem w tym, że to proces wymagający nie tylko technologii, ale i ogromnej ilości taniego prądu z OZE, a więc zasobu którego w Polsce wciąż brakuje.

Stal i przemysł ciężki – wodór jako jedyne wyjście?

W przemyśle ciężkim temat wodoru jeszcze nie wybrzmiewa tak dramatycznie, ale to raczej cisza przed burzą. Stal, cement, szkło czy ceramika należą do tzw. sektorów hard-to-abate, czyli takich, które trudno zredukować pod względem emisji, bo ich procesy produkcyjne wymagają wysokich temperatur lub reakcji chemicznych nie do zastąpienia prądem. Dziś zakłady te wciąż funkcjonują dzięki darmowym uprawnieniom w ETS, ale wraz z rozszerzeniem systemu i pojawieniem się ETS2 sytuacja może diametralnie się zmienić. Wtedy koszt emisji stanie się równie dotkliwy, jak dla chemii kilka lat temu, a wodór, choć drogi i nieidealny, może okazać się jedynym narzędziem do utrzymania produkcji w Europie.

Pierwsze sygnały tego przesilenia już widać, pilotażowe projekty realizowane w Europie pokazują, że stal można wytapiać bez węgla koksowego, redukując rudy żelaza za pomocą wodoru. To technologiczny przełom, ale okupiony gigantycznym zapotrzebowaniem na czystą energię. Dla Polski, gdzie dominują tradycyjne wielkie piece, przejście na taki model byłoby zmianą nie tylko ekologiczną, lecz cywilizacyjną. To oznacza nie kolejną modernizację, lecz budowę przemysłu od nowa, w oparciu o energię odnawialną, sieci przesyłowe i wodór z elektrolizy. Wodór nie jest więc dla hut czy cementowni remedium, ale bramą do innej rzeczywistości gospodarczej. 

Stacja tankowania wodoru. Pojazd wodorowy tankuje na pierwszej w USA stacji paliw z dystrybutorami do tankowania pojazdów napędzanych ogniwami paliwowymi. Obiekt zapewnia wodór dla pokazowych flot pojazdów z ogniwami paliwowymi w rejonie Los Angeles. Zdjęcie: Canva

Nowe technologie i mobilność 

Wodór coraz śmielej wychodzi poza chemię i hutnictwo, wkraczając tam, gdzie bezpośrednia elektryfikacja napotyka granice fizyki. W lotnictwie czy żegludze masa, zasięg i potrzeba szybkiego tankowania sprawiają, że baterie po prostu się nie sprawdzają. Dlatego wodór wraca w pośredniej roli jako składnik paliw syntetycznych, które mogą zastąpić ropę w istniejących silnikach
i infrastrukturze. Tak powstają m.in. zrównoważone paliwa lotnicze (SAF-y), tworzone z połączenia zielonego wodoru i wychwyconego CO₂, oraz e-metanol wykorzystywany w pierwszych statkach o napędzie niskoemisyjnym.

Te technologie nie są jeszcze tanie ani dojrzałe, ale otwierają drogę do dekarbonizacji sektorów, które dziś są praktycznie poza zasięgiem elektryfikacji. To właśnie w takich zastosowaniach wodór pokazuje swój największy potencjał; nie jako paliwo codzienne, lecz jako kluczowy element przejścia w stronę czystego transportu dalekiego zasięgu. Tam, gdzie energia chemiczna wciąż ma przewagę nad elektryczną, transformacja będzie ewolucją, a nie rewolucją.

Elektryfikacja kontra wodór – duet zamiast pojedynku

W dyskusjach o transporcie często słychać pytanie: skoro mamy elektryki, po co nam wodór? Odpowiedź jest prosta – bo jedno nie wystarczy. Przyszłość komunikacji nie będzie zero-jedynkowa, lecz hybrydowa. Elektryczne autobusy i ciężarówki sprawdzają się tam, gdzie można łatwo zorganizować ładowanie, a zasięg nie ma kluczowego znaczenia. Ale im większa skala systemu, tym szybciej ujawniają się ograniczenia: rosnące zapotrzebowanie na moc, konieczność ładowania w godzinach szczytu i ryzyko przeciążenia sieci. W takim świecie wodór staje się nie konkurencją, lecz uzupełnieniem, alternatywnym kanałem energetycznym, który pozwala systemowi oddychać. Dodatkowo, jego przewagą jest przewidywalność. Autobusy wodorowe zachowują zasięg przez lata i tankują w kilka minut, co przy długich trasach i całodobowej eksploatacji ma realne znaczenie.

Wyobraźmy sobie duże miasto, które w całości przechodzi na elektryczne autobusy. Dziesiątki tysięcy pojazdów ładowanych nocą oznaczałoby gigantyczne obciążenie dla sieci przesyłowej. Można ją oczywiście rozbudować, ale to proces drogi i czasochłonny. Znacznie szybciej i taniej jest wprowadzić dywersyfikację: część floty opartą na bateriach, część na wodorze. Wodór może być wytwarzany w okresach mniejszego obciążenia sieci i pełnić rolę magazynu energii dla lokalnych instalacji OZE, a pojazdy wodorowe tankują go w miarę potrzeb.  W ten sposób miasto zyskuje odporność energetyczną i elastyczność, a transport pozostaje zeroemisyjny bez konieczności kosztownej przebudowy infrastruktury.

Stacje wodorowe – porażki czy złe pytania?

To właśnie transport był dotąd największym źródłem medialnych rozczarowań. Gdy zamykano stacje wodorowe dla samochodów osobowych, łatwo było ogłosić, że „wodór się nie przyjął”. Problem w tym, że większość tych projektów była błędnie zaprojektowana – stacje powstawały tam, gdzie nie było realnego popytu, a miały obsługiwać nieliczne osobówki z ogniwami paliwowymi. W efekcie świeciły pustkami i generowały straty, co wzmacniało narrację o „porażce wodoru”.

Nowoczesna stacja wodorowa obsługująca flotę autobusów czy ciężarówek nie jest ekstrawagancją, ale może stanowić część dobrze przemyślanego systemu. Pracuje ze stałym obciążeniem, zapewnia stabilne zużycie paliwa i wpisuje się w lokalny obieg energii, często wykorzystując nadwyżki z OZE. To już nie eksperyment, lecz infrastruktura, która cicho, bez medialnego rozgłosu, wspiera transformację energetyczną miast. Jeśli w przyszłości wodór ma wrócić na ulice, to właśnie w takiej roli – nie jako gadżet technologiczny, ale jako brakujący element układanki zeroemisyjnego transportu.

Rozsądnie i skutecznie: gdzie wodór faktycznie się sprawdza?

Coraz wyraźniej widać, że transformacja energetyczna będzie oparta na współistnieniu wielu technologii, a nie jednej dominującej. Elektryfikacja, wodór czy biopaliwa pełnią różne role i dopiero razem tworzą system, który może działać stabilnie. To podejście mniej spektakularne, ale znacznie bardziej pragmatyczne.

Rynek wodoru wciąż dojrzewa – momentami kosztowny, niekiedy niewygodny, często prowadzony metodą prób i błędów. To naturalny etap dla technologii, która musi znaleźć swoje miejsce zamiast być tam wstawiana na siłę. W wielu gałęziach przemysłu ta rola może okazać się kluczowa. Dlatego przyszłość będzie raczej ewolucją niż rewolucją: stopniowym układaniem elementów tak, aby system działał bez szarpnięć. Rewolucyjne skoki są efektowne, ale to właśnie pragmatyczna ewolucja daje szansę, że transformację przejdziemy bez utraty konkurencyjności.

Jakub Fudalewski

Student piątego roku Energetyki Wodorowej na AGH oraz stażysta w Biurze Technologii Wodorowych ORLEN S.A. Od kilku lat aktywnie uczestniczy w debacie o przyszłości energetyki, szczególnie w obszarze zielonego wodoru i OZE. Jako uczestnik programu Ambasadorzy_ki Transformacji Energetycznej (ATE) w ramach Ogólnopolskiego Inkubatora Liderów Transformacji Energetycznej, inspiruje i mobilizuje społeczeństwo do działania w duchu zrównoważonej transformacji.

26 marca 2026 roku, godzinach 10:00–15:00 przed Sejmem RP przy ul. Wiejskiej 6 w Warszawie odbędzie się ogólnopolski protest pokojowy w obronie zwierząt.

Spotkają się organizacje prozwierzęce i aktywiści, politycy i media, celebryci i obywatele oraz przedstawiciele wielu innych środowisk związanych ze światem prozwierzęcym, którzy chcą zaprotestować przeciwko przemocy wobec zwierząt i domagać się realnych zmian w polskim prawie.

Wydarzenie odbędzie się w formule stacjonarnego protestu pod Sejmem. Do udziału zapraszają inicjatorki wydarzenia Beata Krupianik i Edyta Haduch, które podkreślają, że w obronie zwierząt potrzebny jest wspólny i bezpodziałowy głos społeczeństwa.

Głos sprzeciwu wobec cierpienia zwierząt

Protest ma być wyrazem sprzeciwu wobec sytuacji, w której – jak wskazują organizatorki – w Polsce wciąż dochodzi do licznych przypadków okrutnego traktowania zwierząt, a system ochrony zwierząt pozostaje niewystarczający.

Aktywiści zwracają uwagę m.in. na problem tzw. patoschronisk, w których – jak podkreślają – zdarzają się poważne zaniedbania systemowe i nadużycia finansowe. W opinii wielu organizacji prozwierzęcych część placówek funkcjonuje w sposób nastawiony na zysk, a nie dobro zwierząt.

Kolejnym problemem pozostają pseudohodowle, w których zwierzęta są rozmnażane masowo, często bez kontroli weterynaryjnej, a chore szczenięta i kocięta bywają później porzucane.

Aktywiści wskazują również na niewystarczające kary za znęcanie się nad zwierzętami. W wielu przypadkach sprawcy przemocy wobec zwierząt otrzymują jedynie niewielkie grzywny, co – zdaniem środowisk prozwierzęcych – nie działa odstraszająco.

Postulaty protestu

Podczas pokojowego protestu przed Sejmem uczestnicy będą domagać się wprowadzenia konkretnych zmian legislacyjnych i systemowych, które mogłyby realnie poprawić sytuację zwierząt w Polsce.

Najważniejsze postulaty obejmują:

  • powszechną kastrację i sterylizację zwierząt, aby ograniczyć problem bezdomności psów i kotów,
  • obowiązkowe czipowanie wszystkich psów i kotów, bez wyjątków,
  • reformę systemu schronisk i likwidację tzw. patoschronisk,
  • uregulowanie hodowli zwierząt domowych, aby ograniczyć działalność pseudohodowli,
  • zaostrzenie kar za znęcanie się nad zwierzętami, w tym egzekwowanie realnych kar więzienia oraz dożywotniego zakazu posiadania zwierząt dla sprawców przemocy.

Projekty ustaw dotyczących ochrony zwierząt

Jak podkreślają Beata Krupianik i Edyta Haduch, protest jest również związany z trwającą debatą wokół zmian w przepisach dotyczących ochrony zwierząt. W ostatnim czasie w Sejmie pojawiły się projekty ustaw oznaczone numerami 836 oraz 837, które dotyczą zmian w systemie opieki nad zwierzętami i walki z ich bezdomnością.

Projekty te przewidują m.in. rozwiązania mające ograniczyć skalę bezdomności zwierząt oraz poprawić nadzór nad systemem opieki nad nimi tak, aby skutecznie chronić zwierzęta i zapobiegać nadużyciom.

Protest ma być okazją do zwrócenia uwagi opinii publicznej oraz decydentów na potrzebę systemowych i skutecznych rozwiązań prawnych, które nie będą jedynie doraźną reakcją na pojedyncze przypadki przemocy wobec zwierząt.

Sterylkobus symbolem profilaktyki

Podczas protestu przed Sejmem będzie można zobaczyć również sterylkobus – mobilną jednostkę weterynaryjną, która od lat prowadzi zabiegi kastracji i sterylizacji zwierząt w gminach wiejskich.

Inicjatorki protestu, Beata Krupianik i Edyta Haduch, podkreślają, że takie działania profilaktyczne są jednym z najskuteczniejszych sposobów zapobiegania bezdomności zwierząt – szczególnie na terenach, gdzie dostęp do opieki weterynaryjnej jest ograniczony.

Jak wskazują, działalność sterylkobusu została w ostatnim czasie zakwestionowana przez Krajową Izbę Lekarsko-Weterynaryjną oraz Krajową Radę Lekarsko-Weterynaryjną, które uznały jego funkcjonowanie za niezgodne z obowiązującymi przepisami. Zdaniem organizatorek protestu ogranicza to dostęp do skutecznej formy profilaktyki.

Wspólny i bezpodziałowy głos w obronie zwierząt

Do udziału w wydarzeniu zaproszeni są wszyscy z całej Polski.

Jak podkreślają Beata Krupianik i Edyta Haduch, tylko wspólne działanie obywateli może doprowadzić do realnych zmian w systemie ochrony zwierząt.

„Przyjedź. Weź transparent. Weź wściekłość. Weź serce” – apelują inicjatorki protestu, zachęcając wszystkich, którym los zwierząt nie jest obojętny, do obecności 26 marcaprzed Sejmem RP w Warszawie.

Link do wydarzenia: 𝐒𝐓𝐎𝐏 𝐜𝐢𝐞𝐫𝐩𝐢𝐞𝐧𝐢𝐮 𝐳𝐰𝐢𝐞𝐫𝐳𝐚̨𝐭 𝐰 𝐏𝐨𝐥𝐬𝐜𝐞

Jak co miesiąc dwie wspaniałe rozmówczynie w cyklu Dwugłosu… Tym razem Jaskinia

Monika: Dominiko, jesteś artystką, a ja naukowczynią społeczną – porozmawiajmy o sztuce i przyrodzie. Nie w sensie teorii czy historii sztuki przedstawiającej naturę, ale o stanie świadomości, komunikowanym przez naturę wyobrażaną przez sztukę. Socjolog Hartmut Rosa pisze o rezonansie, czyli o szczególnej właściwości relacji człowieka ze światem. Jest to niejednoznaczny, nieliniowy sposób tworzenia więzi między istotami i rzeczami, które mogą być bliskie lub odległe. Rezonans sprawia, że uczestniczący w nim w zasadniczy sposób zmieniają się wzajemnie. Świat w ten sposób „mówi” do nas i słuchanie go sprawia, że pojawiają się doświadczenia nadające i tworzące sens. Nie da się go kupić, spowodować, wyprodukować, zaplanować – ale też nie jest przypadkiem, nie wydarza się mimo woli. Udział w nim wymaga dyscypliny, cierpliwości i świadomości. Dzięki rezonansowi możliwa jest regeneracja społeczeństw ludzkich. Jednym z potężnych nośników rezonansu jest sztuka. Dlatego nie jest to działalność czysto pięknoduchowska, lecz coś, co ma praktyczną moc generowania nowej energii.

Dominika: Kiedy postanowiłam że tematem tego dwugłosu będzie jaskinia, zaczęłam oglądać zdjęcia Chauvet w Internecie. Nigdy nie widziałam malowideł jaskiniowych na żywo. Na dobrej jakości zdjęciach można poczuć materialność skały. Ale patrzenie na to – linie, kształty, materia – odrzuciło mnie od ekranu. Ogień, który jest w tej sztuce sprawił że moja aktualna sytuacja – w mieszkaniu, na kanapie, przed ekranem – zawstydziła mnie, poczułam zawód, że tego ognia, choć jest możliwy, nie szukam, że go gaszę, że my, ludzie, generalnie o nim zapominamy. Dotknęłam rączki mojej śpiącej córki, było ciemno, patrzyłam na zarys jej maleńkiej dłoni i mojej dużej, łączyły się w jeden kontur. Przez chwilę tak zostałam, to był ogień. Potem zobaczyłam na ścianie kolejną pocztówkę od Ciebie z malowidłem konia z jaskini w Niaux z kilkunastu tysięcy lat przed naszą erą. Napisałaś „to niesamowite wrażenie, twarzą w twarz ze sztuką – świadomość kim naprawdę jesteśmy jako gatunek”. Próbuje zwizualizować sobie tamtych ludzi i ich otoczenie: kamień, węgiel, kreda, glina, woda. To wszystko widziane w świetle ognia. Ogromnie jestem ciekawa Twoich wspomnień ze spotkań z jaskiniami.

Monika: Tak, tak jak mówisz – to był moment lokalizujący mnie jako człowieka w Kosmosie i nawet nie wiem, jak o tym mówić. Pewnie jest to niemożliwe. Więc raczej opowiem o pięknie tych malowideł. W Niaux to były oryginały – na ścianie jaskini naprzeciwko sztuka sprzed około 13 tysięcy lat. Zwierzęta, głównie bizony, właściwie nie są to portrety, ale coś w rodzaju zapisu żywych, pełnych energii relacji między światem tych zwierząt a artystami, którzy je namalowali. Jednak, mimo to, trzeba też powiedzieć, że detal i realizm niektórych malowideł jest niesamowity. Rok później odwiedziliśmy jaskinię Chauvet i tam turyści mogą tylko obejrzeć kopie – bardzo staranne wykonane, ale jednak współcześnie. Nie było już tego ucieleśnionego wrażenia spotkania obecności, ale za to mogłam podziwiać piękno malowideł – na przykład grupę polujących lwów jaskiniowych. Widać, jak te lwy współpracują ze sobą. Widać też, jak artysta wczuł się w to, jak to jest – być lwem. Wyobraźnia artysty sięgnęła do środka lwiej duszy – nie po to, żeby ją pokonać. Ludzie z tego okresu nie polowali na lwy zgodnie z naszą naukową wiedzą, nie ma żadnych dowodów na to. Więc – wbrew niektórym popularnym opiniom, to nie były przedstawienia użytkowe, tylko sztuka. Być może sztuka święta – bo, tak jak mówisz, był w tej sztuce ogień, w sensie, że miała być oglądana w oświetleniu żywym ogniem i – o czym mówiłam dotąd tylko dwóm osobom (Tobie jeszcze nie) – w Niaux, mimo że było tam okropnie zimno, a ja jestem zmarzluchem – zrobiło mi się tak gorąco, gdy oglądałam te obrazy, że zrzuciłam z siebie kurtkę i bluzę, zostałam w T-shircie. Przypuszczam, że Ty wiesz, o czym mówię – mam na myśli Twoją niedawną wystawę, gdzie w pomieszczeniach, gdzie były prezentowane Twoje rzeźby najpierw przemieniłaś wszystkie ściany w ściany jaskini. I światło, jakie tam było… w jakiś sposób kojarzyło mi się z wnętrzami świątyń. Skąd to się wzięło u Ciebie, ten impuls do wykonania współczesnej sztuki jaskiniowej – wszak w wielkim nowoczesnym bloku?

D: Z tą wystawą było tak, że najpierw były psy. I potem przeczytałam o śladach psa i dziecka idących obok siebie przez jaskinię. Te ślady miały być właśnie w Chauvet sprzed ponad dwudziestu tysięcy lat temu, choć nie jestem pewna czy to prawdziwa historia. W każdym razie idea psa prowadzącego nas z powrotem do jaskini narodziła się; psy wciągają nas do lokalnej rzeczywistości, więc zakorzeniają. Przyniosłam taką piękną rdzawą glinę z lasu i pomalowałam nią ściany swojej pracowni i ściany galerii, tak, że sprawiały wrażenie jakby wibrowały. Ściany jaskiń, na których są te paleolityczne freski nie są tłem, raczej inspirują obrazy. Zastanawiam się czy wydarzyło się coś takiego, jak zdarza się nam czasem, że np w kawałku drewna widzi się twarz, że właśnie tam artyści zobaczyli zwierzęta w powierzchni ścian jaskini wibrujących w świetle płomienia. I to jest takie współżycie wyobraźni ze światem otaczającym, nie narzucanie jej. I ten kamień i pigmenty to jest właśnie coś niezwykłego. Ja to rozumiem jako materię żyjącą i wolną, natomiast tak wiele rzeczy, które produkujemy… czuje je tak jakby te cząsteczki były stępione, uduszone, albo inaczej – uwięzione, jakby krzyczały. Beton… panele podłogowe, biała farba – ta biała ściana bardzo mnie uderzyła tamtego wieczoru w kontraście z jaskiniami…
I twój wiersz, który właściwie zawsze gdzieś ze mną jest, i strzela prosto w samo serce bycia artystą, bycia człowiekiem:

Take two Stones
Make fire
There will be harsher
gnashing,
a soft smell of thunder,

The siliceous calling
every time
hand /touch /stone

We have always been craftsmen
There is always the craft

Freski w jaskini Niaux, zdięcie: Tylwyth Eldar, źródło: Wikimedia Commons

Wyobraziłam sobie, że jesteśmy w momencie zataczania koła, że nasze początki zaczynają się gdzieś pojawiać w polu widzenia, a patrząc w kierunku psa, gdzieś na bardzo dalekim planie znajdzie się jaskinia i ocean. Być może to dlatego ta ciągła droga naprzód teraz wydaje się nie mieć sensu, bo nie tam podążamy. Być może stopy już zawracają, a tylko wzrok jest wciąż zwrócony ku ‘przyszłości’. Tu też Jeremy Johnson i jego książka Seeing Through The World (prezent od Ciebie!) ma duże znaczenie – mitologiczne myślenie o ludzkości, właściwie jako o jednej istocie, jednym bycie, który przecież ma ciągłość. Wyobrażam sobie dramaturgię Twojego spotkania z tymi freskami, bo to my, nasza rodzina, nasze dzieciństwo. I to co mówisz… robi się gorąco, nie można tego ubrać w słowa… Co to jest? Życie, które wibruje, i które jest w każdej cząsteczce materii; sztuka, która jest takim ognistym byciem z innymi, sensualnie, duchowo, intelektualnie intensywnym doświadczeniem. Pamiętasz co my kiedyś mówiłyśmy o imposter syndrome? czy to może mieć tu znaczenie?

M: Nie przepadam za imposter syndrome, bo na obecnym zakręcie historii zbyt często poczuwają się do niego osoby, które czują się niekomfortowo z tym, że są imposters, czyli oszustami, ale zamiast pracować nad sobą i uzupełnić swoją wiedzę, za wszelką cenę chcą wprosić się w ucieleśnioną rzeczywistość, nie wnosząc w nią żadnego doświadczenia. W moim przypadku to raczej był Stendahl syndrome, czyli rodzaj omdlenia w obliczu wielkiej sztuki. Ale nie zawsze jaskinie powodują takie wzniosłe stany.

Bywają też lekkie, rozrywkowe. Na przykład w miasteczku w którym przez jakiś czas mieszkaliśmy w Viry-Châtillon, była mała grota zwana Nimfeum, udekorowana mozaikami z muszli. Podziemna sala pochodzi z końca XVI i przypisuje się dzieło Michelowi Poncetowi de la Rivière, biskupowi Uzès i bratu Madame Despinville, ówczesnej właścicielki posiadłości. Wykonanie tej dekoracji zajęło mu około dwudziestu lat. We Francji jest sporo takich grot – ich cechą charakterystyczną i jest tajemniczość. W zamierzeniu miały być tajemnicą dzieloną przez ścisłe grono, a obecnie też dostęp do nich bywa ograniczony. Są tu też groty o charakterze religijnym, z figurką Matki Boskiej i kwiatami. Również często są troszkę ukryte, jakby nie z tego samego porządku co otaczający świat i mówi się, że ukazała się tam kiedyś Maria. Najbardziej znaną jest grota w Lourdes, gdzie są stale wielkie zorganizowane pielgrzymki, ale moją ulubioną jest mała grota Matki Boskiej pod legendarnym lasem Brocéliande, w który wpisane są opowieści o Merlinie, wróżce Viviane i Lancelocie. Z Brytanii nie pamiętam takich grot – a Ty znasz jakieś? Albo polskie?

D: Nie znam grot maryjnych w UK ale w Margate, na wschodnim wybrzeżu jest właśnie takie tajemnicze shell grotto – grota wyłożona muszelkami. To o czym mówisz przywodzi mi też na myśl katakumby. A to również miejsce spotkań, rytuału, modlitwy i bezpieczeństwa, ukrycia. Kiedy byłam nastolatką chodziliśmy na adorację do kościoła świętego Zygmunta w Częstochowie, nazywaliśmy to katakumbami, ale w istocie była to pewnie piwnica, i tam wszyscy siedzieliśmy na podłodze, przy świecach, i z Hostią przed nami, modliliśmy się i śpiewali. Bardzo żywo to pamiętam, bo to był czas wyjęty z życia codziennego, i też z jakimś niezwykłym poczuciem wspólnoty, spokoju i swobody. W tych starych katakumbach rzymskich i innych, na Malcie i Sycylii i w Neapolu, myślę o tym jak to było tam się gromadzić. I chyba znowu jaskinia przywodzi mi na myśl człowieka jako członka grupy. Natomiast jeśli chodzi o sztukę współczesną – kilka lat temu w Nottingham Contemporary była wystawa, której niestety nie widziałam ale jest bardzo fajnie udokumentowana:  Hollow Earth – Caves & Subterranean Imaginary, dużo tam było ciekawych rzeczy, jak ’La Condition Humaine René Magritte’a. Flora Parrot, która pokazywała tam wyszywany zapis choreografii człowieczego ruchu w jaskini, w bardzo interesujący sposób opowiada o jej inspiracji tymi miejscami, o głębokiej ciszy i ciemności. Jest to niesamowicie ciekawe do czego takie doświadczenie prowadzi, bo z pewnością jest konfrontujące. Być może jest ono spotkaniem z własną wyobraźnią, z własną kruchością. Być może to doświadczenie prowadzi do sztuki, duchowości, do wspólnoty?

A imposter syndrome chodził mi po głowie bo – przypomniałam sobie – myślałam o tym że to może być do czynienia z jakimś zaburzonym związkiem z wartością i znaczeniem własnej pracy. W kontekście tego, o czym mówisz wyglądałoby to tak że owi ‘oszuści’ widzieliby swoją pracę w ramach jakiegoś krótkowzrocznego osobistego interesu, nie koniecznie finansowego, a nie czegoś co w dużej skali buduje świat, ziarenko po ziarenku… wcale nie trudno zboczyć na taki tor. No ale pomyślałam że spotkanie z jaskinią i też prehistoryczną sztuką jaskiniową, może być czymś co kalibruje wartości i być może pozbawia tego strachu, wstydu, lub wręcz pomaga zawrócić z drogi oszustwa? Moja koleżanka, Flo Lines, powiedziała mi raz że największym kłamstwem jakie zostało sprzedane jej pokoleniu – a ma 30 lat – jest skrajny indywidualizm.

M: O tak, takie ujęcie nieszczęsnego „impostera” bardzo do mnie przemawia! Zgubione poczucie miejsca i czasu. A przecież jesteśmy częścią czegoś o wiele większego. Jest dzieło sztuki, które przekazuje taki właśnie rezonans. Wystawa hiszpańskiego fotografa Álvaro Laiz pod tytułem The Edge, czyli skraj, spotyka widza z głębokim czasem. Ogromne arktyczne przestrzenie, wizje kosmosu,  prace pokazujące nieliniowość czasu sprawiają, że stykamy się z naszym większym kontekstem. Jedna z pracy to instalacja video Jaskinia, prezentowana w niewielkim ciemnym pomieszczeniu. Mam klaustrofobię, więc takie pomieszczenia czasami wywołują we mnie reakcje paniki. Jednak tam było całkiem inaczej, ono mnie wciągało i spędziłam tam naprawdę dużo czasu. Film przedstawia gwiazdy, a na ich tle – sylwetkę tańczącego szamana. Człowiek nie jest sfotografowany w zwykły sposób – jest to zapis radarowy ruchów, jaki wykonuje w trakcie tańca.  Sprawa wrażenie, jakby sam był częścią gwiezdnego krajobrazu – tańczącym pyłem gwiezdnym. I tak właśnie jest, w jakimś szczególnie głębokim wymiarze, z którym ludzkość straciła kontakt na neoliberalnym zakręcie historii – to jest jakaś ważna prawda o nas i o naszym świecie. Tak, Ty i Flo macie rację – indywidualizm to kłamstwo, w dodatku mało przekonujące, bo wymaga utraty zdolności widzenia w kontekście. Jaskinia jako kontekst?

D: Co za epicka praca Álvaro Laiz! I z tego co widzę ten projekt, The Edge, jest nadal kontynuowany. Połączenie jaskini i gwiazd w tej instalacji jest fantastyczne. Bo gwieździste niebo to przecież też kontekst. I tu przestrzenie z wewnątrz i z zewnątrz łączą się. Linia biegnąca z pod ziemi do gwiazd przecina powierzchnię Ziemi i my na tym przecięciu żyjemy. Jak się to dziwnie układa. Wydaje mi się, że jaskinia może być nawet czymś więcej niż kontekstem, czymś co wyostrza zmysły, pozwala poczuć monumentalne ciało, którego jesteśmy komórką. To trochę przerażające… i bardzo piękne.

Moja przyjaciółka i artystka, Dani Tagen, również inspirująca się jaskiniami, zawsze powtarza jak ważne są małe gesty. Siła małych gestów, mówi. Drobne codzienne decyzje. Wydaje mi się, że w naszej konstelacji, głębokość jaskiniowego poczucia wspólnoty ma bezpośredni związek z nimi właśnie.

 

Obrazy:

  1. Freski w jaskini Niaux, zdięcie: Tylwyth Eldar, źródło: Wikimedia Commons
  2. The Edge, Alvaro Laiz, kadr z filmu

 

Jak unijni politycy dali się ograć lobby mięsnemu

W unijnej debacie o żywności i Wspólnej Polityce Rolnej od 2020 r. czyli słynnej poprawki 165 – veggie burger toczy się właśnie „wojna o burgera”. W rzeczywistości nie chodzi jednak o nazwę na opakowaniu – lecz o miliardy euro, polityczne wpływy i przyszłość systemu żywnościowego w Europie. Zaś na samym końcu tej debaty jest prawo do informacji – prawo milionów osób konsumenckich, które wchodząc do sklepów kierują się nie tylko ceną, ale także myśleniem o funkcjonalności danego produktu. Nikt z nas w końcu nie pija porannej kawy z napojem. Green REV Institute i Federacja Bezpieczna Żywność wskazywały na konsekwencje walki z nazewnictwem od lat. W 2021 w ramach kampanii #StopAm171 na ostatniej prostej prac legislacyjnych wspólnie z koalicją europejskich NGO zatrzymaliśmy absurdalne zapisy dot. tego jakich opakowań mogą używać producenci roślinnych jogurtów czy roślinnego mleka (czyli napoju). W 2023 r. rząd Premiera Mateusza Morawieckiego próbował za pomocą rozporządzenia nieskutecznie wprowadzać cenzurę dla roślinnych zamienników mięsa.

Jednak w trakcie uzgodnień trójstronnych (Parlament, Komisja, Rada UE) ustalono właśnie listę 31 zakazanych dla roślinnych alternatyw nazw. Czas pożegnać się z kotletem z ciecierzycy, roślinnym boczkiem czy stekiem z kalafiora.

Dyskusja o tym, czy roślinne produkty mogą nazywać się „burgerami” czy „kiełbasami”, jest jednym z najlepszych przykładów tego, jak skutecznie lobby mięsne potrafi kształtować a raczej zniekształcać i zmonopolizować narrację publiczną. Zamiast realnej debaty o transformacji rolnictwa i wpływie produkcji mięsa na nasze zdrowie, środowisko, klimat, polityczna debata została sprowadzona do sporu o język.

Wydawałoby się, że wygrana dla mięsnych producentów to “tylko” wygrana o umysły osób konsumenckich ale.. badanie przeprowadzone przez BALPRO, niemieckie stowarzyszenie branży roślinnej, oszacowało, że pełny zakaz nazewnictwa mógłby spowodować straty rynkowe przekraczające 250 mln euro w samych Niemczech. Politycy zapomnieli też, że koszt barier regulacyjnych dla sektora – w tym ograniczeń nazewnictwa – może doprowadzić do spadku prognozowanej rocznej wartości dodanej brutto w UE nawet o 56 miliardów euro do 2040 roku.

Batalia o język zamiast debaty o otyłości i nowotworach

W ostatnich latach w Unii Europejskiej i państwach członkowskich, w tym w Polsce (2023 r.) wielokrotnie pojawiały się próby ograniczenia nazewnictwa produktów roślinnych – np. zakazu używania określeń takich jak „veggie burger” czy „wegańska kiełbasa”. Zwolennicy takich regulacji argumentowali, że chodzi o „ochronę osób konsumenckich przed wprowadzaniem w błąd”.

Problem polega na tym, że konsumenci i konsumentki nie są zdezorientowani. Badania organizacji konsumenckich wskazują raczej coś odwrotnego – nazwy takie jak „burger roślinny” pomagają zrozumieć, w jaki sposób produkt można wykorzystać w kuchni. Cały spór dotyczy więc nie tyle informacji dla osób konsumenckich, ile ochrony producentów mięsa przed zdrowszą konkurencją.

Lobby silniejsze niż fakty

Europejski system rolny jest głęboko związany z produkcją zwierzęcą. W ramach Wspólnej Polityki Rolnej Unia Europejska przeznacza dziesiątki miliardów euro rocznie na wsparcie sektora rolnego – system, który przez dekady – bo w końcu początki WPR to 1962 r. – sprzyjał intensyfikacji hodowli zwierząt.

Nic dziwnego, że pojawienie się alternatywnych, zdrowszych, etycznych źródeł białka – produktów roślinnych – wywołało w sektorze mięsnym paniczną reakcję. Nawet jeśli nowe technologie są jeszcze daleko od masowego rynku, sama perspektywa zmiany wywołała polityczną mobilizację i działania.

Rolnicze organizacje lobbingowe w Brukseli od lat prowadzą kampanie przekonujące, że alternatywne produkty „zagrażają tradycyjnemu rolnictwu” i wprowadzają konsumentów i konsumentki w błąd. W praktyce chodzi jednak o utrzymanie dominującej pozycji sektora, który coraz częściej znajduje się pod presją – zarówno zdrowotną, klimatyczną, jak i ekonomiczną.

Tradycja jako narzędzie grup interesów

W wielu krajach Europy politycy zaczęli powtarzać narrację, że alternatywne białka stanowią zagrożenie dla zdrowia, tradycji czy nawet cywilizacji europejskiej. W debacie publicznej pojawiają się teorie spiskowe o planie odebrania ludziom „prawdziwego jedzenia”.

Takie komunikaty mają niewiele wspólnego z nauką. W rzeczywistości większość nowych technologii żywnościowych w UE podlega jednemu z najbardziej rygorystycznych systemów oceny bezpieczeństwa na świecie. Lobbyści sprytnie wykorzystują tradycję, żeby opowiadać nam historie o małych gospodarstwach, rodzinnym rolnictwie, a tak naprawdę bronią interesów największych korporacji od JBS, Tysona, Cargilla czy Smithfielda.

Zamiast poważnej dyskusji o tym, jak przekształcić europejski system żywnościowy, debata została sprowadzona do symbolicznych konfliktów: burger kontra kotlet, tradycja kontra innowacja, rolnik kontra wegeterrorysta. Nie dajmy się oszukać – ta wojna to sprytny zabieg, żeby przykryć prawdziwe problemy – emisje z produkcji zwierzęcej, smród i konflikty z mieszkańcami i mieszkankami wsi, dominację ferm wielkotowarowych i pogarszający się stan zdrowia milionów Europejczyków – skazanych na dietę, która opłaca się sektorowi hodowlanemu.

Dezinformacja na półkach

Dziś największym zagrożeniem dla konsumentów i konsumentek nie jest nazwa produktu roślinnego na opakowaniu. Jest nim polityczna dezinformacja, która utrudnia uczciwą debatę o przyszłości żywności. Jeżeli europejscy politycy naprawdę chcą chronić konsumentów i rolników, powinni przestać walczyć z nazwą „burger roślinny”. Zamiast tego powinni zmierzyć się z prawdziwym wyzwaniem: transformacją systemu żywnościowego w kierunku zdrowszym, bardziej sprawiedliwym i przyjaznym dla klimatu. Bo w tej historii nie chodzi o słowa na etykiecie. Chodzi o to, kto kontroluje przyszłość naszej żywności. Osoby konsumenckie stały się po prostu narzędziem przemysłu mięsnego w walce z konkurencją. To najlepszy moment, żeby zacząć pytać polityków o konsekwencje finansowe dla konkretnych sektorów i budowanie nierówności międzysektorowych w systemie żywności, który ma bezpośredni, codzienny wpływ na nasze zdrowie, jakość życia oraz środowisko naturalne. Nasze prawo do żywności, do zdrowia, do życia w czystym środowisku jest nagminnie łamane w imię zysków mięsnych korporacji.

Chcemy innego traktowania rzeki –  poprzyj projekt ustawy o uznaniu osobowości prawnej Odry 

Na początku marca Sejm ma zająć się projektem ustawy o uznaniu osobowości prawnej Odry. To moment, w którym głos organizacji społecznych może realnie wpłynąć na dalszy bieg prac i na to, czy rzeka Odra będzie traktowana inaczej.

Jeśli jesteście organizacją społeczną, możecie poprzeć projekt ustawy w kilka minut — klikając link i wypełniając krótki formularz:

https://docs.google.com/forms/d/e/1FAIpQLSfALKEVkBBuG1FCMeR0LXma6snhX7gUR_cB1LZ3beHxOG4Dtw/viewform?usp=header

Lista organizacji, które już dołączyły (aktualizowana):

https://osobaodra.pl/polskie-ngo/

Wsparcie międzynarodowe (aktualizowane):

https://osobaodra.pl/international-support/

Dlaczego zwracam się do Was z tym apelem

Od blisko 30 lat działam w organizacjach pozarządowych. Rzadko zwracam się do innych organizacji z prośbą o formalne poparcie — wiem, że każdy z nas ma swoje tematy, „pożary” i terminy. Ale są momenty, gdy solidarność organizacji ma znaczenie większe niż zwykle. Dla tego projektu — i dla Odry — to jest właśnie taki moment.

Na początku marca zaplanowane jest posiedzenie połączonych komisji sejmowych dotyczące projektu ustawy. Jeśli głos NGO ma tam wybrzmieć to  powinien wybrzmieć przed tym posiedzeniem.

Warto pamiętać, że uznanie osobowości prawnej Odry zaczęło się jako inicjatywa obywatelska, którą  w ciągu trzech miesięcy wsparło blisko 93 tysiące osób. To ogromny sygnał społeczny, nawet jeśli formalnie do wymaganego progu zabrakło kilku tysięcy podpisów. Dzięki temu temat nie zniknął: dziś inicjatywa jest kontynuowana jako projekt poselski, który może być procedowany w Sejmie i realnie wejść na ścieżkę legislacyjną.

Wiem, że są obawy — wszędzie są podobne

Zrozumiałe, że możecie mieć wątpliwości: że to „za duża zmiana”, że system prawny „tego nie udźwignie”, że inicjatywa będzie łatwa do podważenia. Słyszę i rozumiem te obawy niektórych  organizacji. Jednocześnie warto powiedzieć uczciwie: takie same wątpliwości pojawiają się w każdym kraju, w którym zaczyna się proces uznania praw natury — rzek, jezior, ekosystemów.

Tymczasem Odra potrzebuje zmiany, bo dotychczasowy system ochrony się nie sprawdził. Kryzys taki jak w 2022 roku  i trwająca degradacja tego ekosystemu pokazują że dotychczasowe narzędzia ochrony Odry są niewystarczające, spóźnione albo po prostu nie są egzekwowane.

Dla tych, którzy martwią się, czy projekt jest dobrze przygotowany od strony prawnej: propozycja ustawy została mocno zweryfikowana i poprawiona — uwzględniając m.in. opinie Sądu Najwyższego oraz Biura Legislacji Sejmu (zmiany wprowadzono w formie autopoprawki autorów). To właśnie po to, żeby odpowiedzieć na wątpliwości: jak to osadzić w polskim porządku prawnym, jak uniknąć luk, jak urealnić mechanizm i nadać mu kształt możliwy do obrony w debacie publicznej i prawnej.

Odniosę się też do najnowszej opinii PROP — Państwowej Rady Ochrony Przyrody, która uznaje inicjatywę za ważną, ale wskazuje jako „bardziej adekwatne rozwiązanie” model Rzecznika Praw Przyrody.  Moim zdaniem tu nie powinno być narracji „zamiast” — tj. „zamiast osobowości prawnej Odry” – rzecznik. Potrzebujemy obu rozwiązań. Uznanie osobowości prawnej Odry odpowiada na konkretną sytuację i konkretną rzekę. Rzecznik Praw Przyrody — jeśli takie stanowisko powstanie — byłby brakującym, systemowym mechanizmem ochrony także dla innych rzek i ekosystemów. To są narzędzia, które mogą się uzupełniać, a nie wykluczać.

Odra nie jest wyjątkiem. Wpisuje się w ruch, który rośnie na całym świecie

Kiedy rozmawia się z ludźmi zaangażowanymi w prawa natury w różnych krajach, uderza jedno: podobne problemy, podobne napięcia i podobny punkt wyjścia — system ochrony przyrody nie działa wystarczająco skutecznie, a przyroda w praktyce przegrywa z krótkoterminowym interesem.

Widzieliśmy to w przypadku hiszpańskiej Mar Menor, gdzie droga do uznania praw laguny też zaczynała się od sceptycyzmu i oporu, a skończyła się realną zmianą. To nie dzieje się „z dnia na dzień” — ale dzieje się, kiedy jest determinacja, praca i społeczna presja.

Podczas spotkań przedstawicieli inicjatyw w siedzibie ONZ w Nowym Jorku (wokół obchodów Międzynarodowego Dnia Ziemi) wybrzmiała też wspólna ambicja: żeby do 2030 roku doprowadzić do powstania Deklaracji Praw Natury — na wzór Deklaracji Praw Człowieka. To kierunek, który pokazuje, że „prawa natury” nie są lokalnym eksperymentem, tylko częścią rosnącej, globalnej dyskusji o tym, jak chronić podstawy życia.

Prośba na koniec

Jeśli możecie i chcecie wesprzeć tę inicjatywę: kliknijcie link i wypełnijcie formularz (5 minut). A potem przekażcie prośbę dalej w swoich sieciach. W takich momentach solidarność organizacji i Wasze wsparcie, które dotrze do decydentów są naprawdę ważne.

Formularz poparcia (PL):

https://docs.google.com/forms/d/e/1FAIpQLSfALKEVkBBuG1FCMeR0LXma6snhX7gUR_cB1LZ3beHxOG4Dtw/viewform?usp=header

Listy wsparcia:

https://osobaodra.pl/polskie-ngo/

https://osobaodra.pl/international-support/

 

Roślinna Szkoła wchodzi do placówek oświatowych od września 2026 r. Ministra Zdrowia podpisała rozporządzenie, które po raz pierwszy w historii polskiego prawa gwarantuje dzieciom w szkołach dostęp do w pełni roślinnych posiłków opartych na strączkach.

Co zmienia nowe rozporządzenie?

Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 16 lutego 2026 r. zastępuje przepisy z 2016 roku i wchodzi w życie 1 września 2026 r. Przynosi zmiany, na które czekały tysiące rodzin, dzieci i specjalistów.ek ds. żywienia:

  • Roślinne zamienniki mięsa i nabiału wchodzą do kanonu — przepisy wprost wymieniają napoje roślinne, roślinne alternatywy produktów mlecznych oraz roślinne alternatywy mięsa jako pełnoprawne składniki szkolnego żywienia.
  • Co najmniej raz w tygodniu — w pełni roślinny obiad — szkoły są zobowiązane do podania potrawy przygotowanej na bazie nasion roślin strączkowych bez dodatku produktów odzwierzęcych.
  • Strączki jako standard, nie wyjątek — nasiona roślin strączkowych pojawiają się w rozporządzeniu wielokrotnie: jako alternatywa dla mięsa i ryb, jako obowiązkowy element obiadu raz w tygodniu, jako podstawa dań dla dzieci niespożywających produktów odzwierzęcych.

Sześć lat pracy. Jeden podpis. Miliony dzieci, młodych Polek i Polaków

To, co dziś wygląda jak jeden dokument prawny, jest efektem sześciu lat systematycznej pracy — rzeczniczej, eksperckiej i społecznej — prowadzonej przez Green REV Institute i Federację Bezpieczna Żywność oraz cały ruch organizacji, osób eksperckich, rodziców i młodych Polek i Polaków.

W 2025 REV opublikował w Magazynie Nowa Bezpieczna Żywność wyniki badań: analizy posiłków w polskich szkołach. Wyniki dot. szkół na Mazowszu wskazały między innymi, że:

  1. Dania mięsne dominują w jadłospisach szkolnych, stanowiąc niemal 80% wszystkich obiadów. W niektórych szkołach posiłki mięsne stanowią nawet 100% menu, co wskazuje na brak różnorodności w ofercie żywieniowej. W wielu szkołach dania bezmięsne stanowią tylko 10–20% menu. Tymczasem liczba dzieci z nadwagą w Polsce rośnie, a dieta bogata w mięso może pogłębiać ten problem zdrowotny.
  2. Tylko 64,43% jadłospisów zawierało pełne informacje o alergenach, a jeszcze mniej – szczegółowe informacje o składzie dań. Ponadto wiele szkół nie podaje informacji o wywarze, na którym przygotowywane są zupy, co utrudnia ocenę, czy są one odpowiednie dla osób na diecie wegańskiej i wegetariańskiej.

Wyniki badań komentowały osoby eksperckie.

Tomasz Jeżewski, doktor n. medycznych, kardiolog inwazyjny, specjalista w dziedzinie kardiologii oraz chorób wewnętrznych: “Przedstawiony raport z badania mazowieckich szkół przeprowadzony przez Green REV Institute ukazuje trudności, które napotykają placówki edukacyjne w zapewnieniu uczniom zdrowych i pełnowartościowych posiłków roślinnych. Obecnie około 78,76% posiłków to dania mięsne. Tylko 0,28% szkół oferuje pełną dietę wegańską, jedynie 2,5% proponuje dania roślinne. Większość placówek mimo deklaracji dostępności posiłków roślinnych serwuje jedynie dania wegetariańskie lub opcje bezmięsne, które wciąż zawierają produkty odzwierzęce. Jest to niewątpliwie niezwykle niski wskaźnik, szczególnie w obliczu rosnącego zainteresowania młodzieży dietą roślinną oraz znanych korzyści zdrowotnych i ekologicznych związanych z takim sposobem odżywiania. Jako kardiolog i specjalista medycyny prewencyjnej muszę podkreślić, że dieta roślinna w sposób istotny wpływa na profilaktykę chorób przewlekłych, takich jak nadciśnienie, cukrzyca typu 2 i choroby sercowo-naczyniowe. Dostępność w szkołach wysokiej jakości posiłków roślinnych mogłaby stanowić naturalną metodę profilaktyki zdrowotnej, zmniejszając ryzyko nadwagi i otyłości, z którą boryka się już 25% polskich dzieci. “

Katarzyna Błażejewska-Stuhr, dietetyczka kliniczna i psychodietetyczka z dyplomami Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, Szkoły Głównej Psychologii Społecznej oraz doktorantka na Pomorskim Uniwersytecie Medycznym: “Badania naukowe mówią jasno: im mniej mięsa w naszej diecie, a więcej roślin (warzyw, pełnoziarnistych produktów zbożowych, roślin strączkowych, owoców i pestek), tym jesteśmy zdrowsi i obniżamy ryzyko chorób dietozależnych, takich jak otyłość, cukrzyca typu 2, nadciśnienie, choroby układu krążenia, nowotwory, depresje i wiele, wiele innych.

Co dalej?

Rozporządzenie wchodzi w życie 1 września 2026 r. REV wraz z Federacją przygotowują kolejne działania w obszarze wzmacniania szkół, budowania sieci Ambasadorów i Ambasadorek Roślinnej Szkoły i lokalnych polityk żywnościowych.

Anna Spurek, CEO Green REV Institute: “Nowe rozporządzenie to dla coś więcej niż sukces prawny. To lekcja o tym, jak naprawdę działa zmiana systemowa. Sama mobilizacja społeczna — bez eksperckiego zaplecza i precyzyjnego rzecznictwa — pozostaje w sferze postulatów i haseł. Z kolei samo rzecznictwo i eksperckość — bez ruchu ludzi, którzy stoją za daną zmianą — nie ma siły przebicia w politykach publicznych. Dopiero połączenie obu tych sił daje rezultaty. I właśnie dlatego budowałyśmy jednocześnie: wiedzę ekspercką w Roślinnej Szkole, koalicję instytucjonalną w Federacji Bezpieczna Żywność i Future Food 4 Climate i ruch Ambasadorów i Ambasadorek — ludzi, którzy tę zmianę nieśli do swoich rad miejskich, okręgów wyborczych i gabinetów.”

Morgan Janowicz, Federacja Bezpieczna Żywność: “To początek kolejnych działań. Stawiamy edukację w centrum zmiany napędzanej zdrowie, troską o klimat, środowisko naturalne, prawa człowieka i zwierząt. Rozporządzenie to krok milowy dla budowania kompetencji żywnościowych młodych Polek i Polaków.”

O organizacjach

Green REV Institute to polski instytut badawczo-rzeczniczy działający na rzecz zrównoważonych systemów żywnościowych, praw zwierząt i zdrowia publicznego poprzez transformację w kierunku diet opartych na roślinach. REV łączy kropki na mapie praw człowieka, zwierząt, klimatu. Inicjator Programu Roślinna Szkoła, zrzeszającego sieć lokalnych Ambasadorów i Sojuszniczek, wydawca Magazynu Nowa Bezpieczna Żywność oraz Portalu Bezpieczna Żywność. REV jest akredytowany przy Programie Środowiskowym ONZ, interesariuszem EFSA, Partnerem European Climate Pact, członkiem EU Platform on Animal Welfare.

Federacja Bezpieczna Żywność to koalicja organizacji, ekspertów.ek i instytucji działających na rzecz poprawy jakości i bezpieczeństwa żywności oraz praw osób konsumenckich, zainicjowana w 2021 r. przez Green REV Institute jako koalicja Future Food 4 Climate. Federacja zrzesza 36 organizacji, osób eksperckich oraz inicjatyw.

Informacja prasowa Green REV Institute i Federacji Bezpieczna Żywność

W sieci Biedronka wybuchł alarm. Z półek w całej Polsce znika czerwona cebula w opakowaniach 0,5 kg dostarczana przez firmę Onix Sp. z o.o., po tym jak w jednej z partii stwierdzono przekroczenie norm kadmu – metalu ciężkiego, który w organizmie człowieka potrafi zostać jak nieproszony lokator na długie lata.

W oficjalnym komunikacie producent i sieć podają numery wycofywanych partii i standardowy apel: „nie spożywać, wyrzucić lub zwrócić do sklepu”. Brakuje jednak jednej kluczowej informacji: ile dokładnie kadmu wykryto w zakwestionowanej cebuli. To właśnie ta liczba pozwoliłaby ocenić, czy mówimy o przekroczeniu o kilkanaście, czy o kilkaset procent – a to zasadnicza różnica dla realnej oceny ryzyka.

Prawo unijne jest w tym miejscu dość jednoznaczne. Dla warzyw cebulowych i korzeniowych przez lata przyjmowano dopuszczalny poziom kadmu rzędu 0,10 mg na kilogram produktu, a każde przekroczenie oznacza, że żywność nie spełnia wymogów bezpieczeństwa i musi zniknąć z rynku. W nowszych regulacjach ten poziom dla samych warzyw cebulowych bywa jeszcze bardziej zaostrzany, co pokazuje, jak poważnie instytucje traktują problem metali ciężkich w diecie. Równolegle eksperci Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności określili tolerowane tygodniowe pobranie kadmu na 2,5 mikrograma na kilogram masy ciała – dla osoby ważącej 70 kg to 175 mikrogramów tygodniowo.

Jeśli przełożyć to na język kuchni, przestaje to brzmieć jak abstrakcja z laboratorium. Przy stężeniu na poziomie samej normy jedna średnia cebula ważąca około 100 gramów zawierałaby rząd wielkości 10 mikrogramów kadmu. Trzeba by zjeść kilkanaście takich cebul w tygodniu, żeby samą tylko cebulą „wyrobić” pełny limit EFSA – i to pod warunkiem, że nie dostarczamy kadmu z żadnych innych produktów. Problem zaczyna się wtedy, gdy normy są przekraczane wielokrotnie, a ekspozycja ciągnie się latami. Kadm kumuluje się w nerkach i kościach, stopniowo osłabiając ich funkcjonowanie i zwiększając ryzyko nowotworów. Mówimy więc przede wszystkim o ryzyku przewlekłym, a nie o tym, że jednorazowa sałatka z feralną cebulą zagraża zdrowiu zdrowej osoby dorosłej.

Historia czerwonej cebuli odsłania jednak głębszy problem niż tylko jeden wadliwy produkt. W systemie, który premiuje przede wszystkim najniższą cenę i masową produkcję, przegrywają rolnicy inwestujący w czystą glebę, krótsze łańcuchy dostaw i uprawy z mniejszym zużyciem chemii. To właśnie oni – gospodarstwa ekologiczne i rolnictwo regeneratywne, pracujące na lepiej chronionych glebach, regularnie kontrolowane pod kątem pozostałości pestycydów i metali ciężkich – powinni być naturalnymi sojusznikami konsumentów, którzy chcą jeść nie tylko tanio, ale przede wszystkim bezpiecznie.

Dziś ich oferta w dużych sieciach to wciąż margines. Kilka półek z etykietą „eko” lub „bio”, do których zaglądają głównie ci, którzy mogą i chcą zapłacić więcej. Jeśli na serio chcemy ograniczyć nasze narażenie na kadm i inne zanieczyszczenia z żywności, nie wystarczy raz na jakiś czas wycofać partię warzyw z obiegu i wydać lakoniczny komunikat. Potrzebne jest realne, polityczne i konsumenckie ciśnienie, żeby produkty z upraw ekologicznych i regeneratywnych przestały być luksusową niszą, a stały się standardem: z większym udziałem w rynku, sensownym wsparciem publicznym i uczciwymi cenami.

Każdy taki kryzys powinien kończyć się nie tylko komunikatem „nie jedz”, ale też pytaniem: co zrobić, by następnym razem na sklepowej półce czekała przede wszystkim żywność z upraw, które nie budzą obaw o metale ciężkie w talerzu. To jest rozmowa o bezpieczeństwie i przejrzystości badań, ale również o tym, jaką gospodarkę rolną faktycznie finansujemy naszym codziennym koszykiem – i czy nie nadszedł czas, by miejsce przypadkowej cebuli z nadmiarem kadmu zajęła cebula uprawiana na zdrowiej glebie i bez użycia chemii.

Państwowa Rada Ochrony Przyrody (PROP) opublikowała 16 lutego 2026 r. stanowisko w sprawie oferty udostępnienia przez Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie 3835 piętrzeń inwestorom zainteresowanym budową elektrowni wodnych. Komisja ds. Ochrony Ekosystemów działająca przy PROP ocenia, że skala i charakter zapowiedzi mogą pozostawać w sprzeczności z obowiązującym prawem środowiskowym oraz celami renaturyzacji rzek w Polsce.

Co zapowiedziały Wody Polskie

22 grudnia 2025 r. Wody Polskie poinformowały o otwarciu się na inwestorów i możliwości dzierżawy gruntów Skarbu Państwa pod rozwój energetyki wodnej z wykorzystaniem istniejącej infrastruktury hydrotechnicznej. W komunikacie wskazano niemal 4 tys. lokalizacji w całym kraju o łącznej mocy teoretycznej 655 MW i potencjalnej rocznej produkcji 4,86 TWh energii.

3 lutego 2026 r. instytucja doprecyzowała, że przedstawiona lista miała charakter informacyjny i nie stanowi planu inwestycyjnego. PROP zwraca jednak uwagę, że zestawienie konkretnych lokalizacji wraz z parametrami energetycznymi może być odczytywane jako zapowiedź kierunku działań, który powinien zostać poddany strategicznej ocenie oddziaływania na środowisko.

Katalog oddziaływań na ekosystemy rzeczne

W stanowisku PROP szczegółowo opisano negatywne konsekwencje środowiskowe funkcjonowania elektrowni wodnych opartych na piętrzeniach. Rada wskazuje, że są to oddziaływania trudne do wyeliminowania, polegające na:

  • przegrodzeniu rzeki piętrzeniem, a więc przerwaniu rzecznego kontinuum, co skutkuje m.in. zablokowaniem migracji organizmów wodnych, wymianie genów, transportu osadów i materii organicznej;
  • zniszczeniu siedlisk powyżej piętrzenia poprzez zalanie ich i/lub zmianę charakteru wód z płynących na wody stojące;
  • zamianie zespołów ichtiofauny i organizmów bentosowych z “rzecznych” na “quasi jeziorne”, zastępowanie gatunków reofilnych przez stagnofilne;
  • erozji dna poniżej piętrzenia, co w konsekwencji obniża poziom wód gruntowych i przerywa łączność koryta z terasą zalewową;
  • zmianie parametrów fizyko-chemicznych wody powyżej piętrzenia (m.in. wzrost temperatury, spadek prędkości, wzrost trofii);
  • konieczności cyklicznej ingerencji w koryto cieku (prace utrzymaniowe takie jak wykaszanie roślinności wodnej i nadbrzeżnej, pogłębianie, odmulanie);
  • wahaniach wody poniżej elektrowni (hydropiking), zaburzających ekosystem, a w skrajnych przypadkach powodujących masowe śnięcia ryb i obumieranie ikry;
  • uśmiercaniu i kaleczeniu ryb w turbinach (uszkodzenia mechaniczne, gwałtowne zmiany ciśnienia, kawitacja, turbulencja);
  • zwiększonej śmiertelności ryb na skutek większej presji drapieżniczej;
  • opóźnieniu w migracji ryb i zakłóceniach w ich rozrodzie.

PROP podkreśla, że nawet stosowanie przepławek nie przywraca pełnej drożności rzek ani transportu osadów.

Konflikt z dokumentami planistycznymi

Rada wskazuje, że część lokalizacji proponowanych do wykorzystania energetycznego znajduje się na ciekach objętych programami przywracania ciągłości ekologicznej.

Chodzi m.in. o:

– Krajowy Program Renaturyzacji Wód Powierzchniowych z 2020 r.,
– II aktualizację Planów Gospodarowania Wodami w dorzeczach z 2023 r.,
– zobowiązania wynikające z Ramowej Dyrektywy Wodnej,
– rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 1991/2024 w sprawie odbudowy zasobów przyrodniczych.

PROP wskazuje, że w części przypadków te same bariery hydrotechniczne są jednocześnie przewidziane do udrożnienia lub likwidacji w ramach działań naprawczych. W ocenie Rady rodzi to wysokie ryzyko, że decyzje środowiskowe dla części inwestycji nie będą mogły zostać wydane.

Znaczenie energetyczne: dane krajowe

Stanowisko odnosi się także do skali produkcji energii z hydroelektrowni w Polsce. Większość energii wodnej pochodzi z kilku dużych instalacji.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego za 2023 r. wynika, że:

– całkowita produkcja energii elektrycznej wyniosła 167 TWh,
– energetyka wodna odpowiadała za 2,4 TWh, czyli ok. 1,5 proc. produkcji,
– małe elektrownie wodne wyprodukowały ok. 0,3 TWh, czyli ok. 0,2 proc.

W ocenie Państwowej Rady Ochrony Przyrody skala oddziaływań na ekosystemy rzeczne jest niewspółmierna do udziału małych elektrowni wodnych w krajowej produkcji energii, który według przywołanych danych wynosi ok. 0,2 proc. Rada formułuje tę ocenę wprost: „Oznacza to, że przegradzamy i niszczymy rzeki w prawie 700 miejscach tylko po to, aby wyprodukować 0,2% krajowej energii.”

Wątpliwości co do danych i wyliczeń

Osobną część stanowiska PROP poświęca analizie tabeli 3836 lokalizacji udostępnionej przez Wody Polskie jako „wykaz obiektów z potencjałem hydroenergetycznym”.

Rada wskazuje, że w 388 przypadkach — czyli w ponad 10 proc. lokalizacji — sama tabela określa potencjalną moc teoretyczną jako zerową. Ma to wynikać głównie z braku ciągłego przepływu na wskazanych ciekach.

Zgodnie z analizą PROP:

– w 148 przypadkach średni przepływ (SSQ) został wskazany jako zerowy, przy czym dla 9 z nich równocześnie podano niezerowy przepływ niski (SNQ),
– dla 695 obiektów SSQ jest mniejszy niż 0,1 m³/s,
– dla 1694 obiektów SNQ jest mniejszy niż 0,1 m³/s.

Rada zwraca uwagę, że część cieków objętych zestawieniem ma charakter okresowy i w ostatnich latach bywała sucha przez znaczną część roku.

W stanowisku wskazano również na nieprawidłowości w lokalizacji części obiektów. Według PROP niektóre propozycje dotyczą m.in. morskich wrót przeciwsztormowych, zapór suchych zbiorników przeciwpowodziowych czy pochylni Kanału Elbląskiego. Rada wskazuje także na błędy rachunkowe w danych liczbowych, w tym przypadki zawyżenia parametrów wskutek oczywistych pomyłek zapisu.

Jako przykład podano wyliczenie teoretycznej mocy 2,65 GW na 1,4-metrowym jazie, co zdaniem PROP jest wartością nierealistyczną i wynika z błędu obliczeniowego.

W ocenie Rady wskazane nieścisłości podważają wiarygodność szacunków dotyczących łącznej mocy 655 MW i produkcji 4,86 TWh rocznie.

PROP kwestionuje również wiarygodność szacunków 4,86 TWh rocznej produkcji energii z proponowanych lokalizacji, wskazując na błędy w danych hydrologicznych oraz w tabeli udostępnionej przez Wody Polskie.

Emisje gazów cieplarnianych

W stanowisku podniesiono także kwestię emisji gazów cieplarnianych ze zbiorników zaporowych. Rada wskazuje, że zbiorniki mogą emitować metan, CO₂ i podtlenek azotu, a skala emisji zależy od warunków lokalnych. Przywołano m.in. badania dotyczące zbiornika Siemianówka oraz analizę śladu węglowego małej elektrowni na Stawie Służewieckim.

PROP podkreśla, że w świetle dostępnych badań nie można automatycznie przyjmować, iż każda megawatogodzina wyprodukowana w małej elektrowni wodnej oznacza redukcję emisji względem źródeł konwencjonalnych.

Rada rekomenduje:

– weryfikację listy piętrzeń z uwzględnieniem uwarunkowań prawnych i środowiskowych wskazanych w stanowisku;
– wyprzedzające poddanie ewentualnego planu działań w zakresie rozwoju energetyki wodnej procedurze strategicznej oceny oddziaływania na środowisko (SOOŚ);
– zaniechanie dalszych planów rozwoju energetyki wodnej opartej na istniejących piętrzeniach.

Rada wskazuje, że w jej ocenie rozwój ten wiąże się z wysokim kosztem środowiskowym oraz pozostaje w napięciu z celami najważniejszych dokumentów środowiskowych Polski i Unii Europejskiej. W ocenie Rady analizowana propozycja wskazuje na potrzebę przywrócenia nadzoru nad działem gospodarka wodna do Ministerstwa Klimatu i Środowiska. „Dopóki rzeki będą traktowane w pierwszym rzędzie jako elementy infrastruktury, dopóty potrzeby środowiskowe będą pomijane lub marginalizowane, co będzie powodowało dalszą degradację tych ekosystemów i generowało dodatkowe koszty dla budżetu państwa” – czytamy w stanowisku.

Stanowisko zostało przekazane m.in. ministrowi infrastruktury, ministrowi klimatu i środowiska oraz prezesowi Wód Polskich.