Rano i później jeszcze ostatnie zakupy (chleb), ostatnie sprzątanie, krótki wyjazd „ze święconką”. Wieczorem wybieramy się do kościoła rzymsko- katolickiego na obrzędy w formie sięgające początków chrześcijaństwa, a w treści dotykające mitycznych początków człowieka, jego losu i przeznaczenia. Będzie ulubiona moja i mojej żony fraza o pracowitej pszczole, która dała wosk do paschalnej świecy.
Jesteśmy rodziną zróżnicowaną religijnie, więc część z nas już wczoraj przeżyła szczyt tych świąt na protestanckim nabożeństwie wielkopiątkowym. Część odkrywa sacrum obecnego czasu poza murami jakiejkolwiek świątyni „rękami ludzkimi zbudowanej”.
Zaczynam lekturę rozmowy Dominiki i Moniki w porannej kolejce po pieczywo. To moja zabawa w interseksualność. Chyba Stanisław Barańczak połączył kilkadziesiąt lat temu, podczas szarych czasów PRL-u, refleksję dotyczącą lektury z doświadczeniem stania w kolejce, o ile pamiętam po świątecznego karpia. Tylko tam chodziło o Boże Narodzenie, teraz zbliża się Wielkanoc. A przede wszystkim Barańczak czytał wówczas książki najgorsze, ja próbuję rzeczy najlepsze. Ale nie te czasy. Kolejka okazuje się o wiele za krótka.
Wracam więc do uważnej lektury rozmowy Dominiki z Moniką w sympatycznym międzyczasie, właśnie między krzątaniną i obrzędami. Tę przestrzeń (może raczej trzeba barbarzyńsko pożyczyć od fizyków wyrażenie „czasoprzestrzeń”) wypełnia mi, dzięki rozmówczyniom, morze. Nie jest to bynajmniej banał, choć zdaję sobie sprawę, iż banalnie brzmi. Jednak pozostaję przy tym sformułowaniu. Bo tym razem dialog o naturze i sztuce jest dla mnie treściową pełnią. Zawiera i początek człowieka – a także początek wszystkiego, co żyje i niebezpieczeństwo końca ludzkości na „własną prośbę” przez kryzys ekologiczny, i grozę żywiołu i nadzieję w nim tkwiącą, i krzątaninę artystów tworzących swoje prace „z tego co znajdą” zarówno w sztukach plastycznych, jak i w poezji, i przeżycie mistyczne najgłębszego z możliwych doświadczenia tożsamości przez wejście do oceanu bez zdejmowania ubrania, i profanum, i sacrum.
Chcę sobie i Czytelniczkom/Czytelnikom zostawić możliwość delektowania się tą swoistą treściową pełnią, jaką uzyskały Autorki rozmawiając o morzu. Ja pozwolę sobie tym razem jedynie na przypisy. A w zasadzie jeden przypis. Chodzi o przywołanie morza lokalnego, Bałtyku. Paul Tillich, „ostatni filozof” – jak pisał o nim Rolo May, jeden z niekwestionowanych twórców egzystencjalnego nurtu w psychologii- podkreślał, że jego poszukiwania absolutu oparte były o dwa żywioły: morza i miasta. Historyczka Joanna Kościelna ustaliła, iż Tillich pochodził z małej wsi pod dzisiejszym Gubinem, na obecnych zachodnich terenach Polski. Wspomnianym morzem był więc Bałtyk. Między innymi dzięki wyjazdom nad Bałtyk Tillich odkrył rzeczywistość niewyczerpanej głębi człowieka, jego ostateczną, niczym nieuwarunkowaną troskę. Gdy Anna Morawska w latach 60. ubiegłego wieku prezentowała na łamach „Znaku” myśl Tillicha polskiemu odbiorcy, tak lapidarnie ujęła prawdę o istocie ludzkiej wyłaniającą się że wspomnianego odkrycia głębi:
„człowiek(…) jest mieszanką kontrastujących ze sobą elementów, boskich i demonicznych, duchowych i materialnych, niebieskich i ziemskich, bytu i niebytu”.
A pod koniec swoich refleksji polska znawczyni tillichowskiej myśli pisała:
„Czasem w (…) (pewnej, szczególnej – uwaga T.O.) chwili, wlewa się w naszą ciemność fala światła i jest tak, jakby jakiś głos mówił: jesteś przyjęty. Jesteś przyjęty przez coś, co jest większe niż ty i czego imienia nie znasz. Nie pytaj o to imię teraz. Może znajdziesz je kiedyś potem. Nie próbuj nic czynić teraz. Może potem zrobisz dużo. Nie szukaj niczego, nie rób nic, nic nie zamierzaj. Przyjmij tylko, zwyczajnie, to ze jesteś przyjęty”.
O tym mówi także morze z dialogu Dominiki i Moniki. Koniec przypisu…