Zrozumieć Węgry

Zoltán Pogátsa
21 kwietnia 2014

Zagraniczni obserwatorzy nie mogą się nadziwić, że powszechnie krytykowany premier Węgier Viktor Orbán właśnie zapewnił swojemu rządowi drugą kadencję, na dodatek utrzymując większość dwóch trzecich miejsc w parlamencie. Tajemnicą sukcesu Orbána jest porażka węgierskiej lewicy.

Mimo że kierowany przez Orbána konserwatywny Fidesz zdobył mniej głosów niż w poprzednich zwycięskich wyborach w 2010 r., opozycja straciła ich dużo więcej przed rokiem 2009 i od tej pory nie udało jej się odzyskać gruntu. Obóz lewicowo-liberalny jest podzielony, rozdzierany przez wewnętrzną rywalizację liderów, którzy już przed pięciu laty byli niepopularni i skompromitowani. Oddając urząd premiera, Ferenc Gyurcsány cieszył się sondażową popularnością na poziomie 15%, zaś Gordon Bajnai – 25%. Ponad połowa respondentów oceniała, że Bajnai rządził w sposób nieodpowiedzialny (58%), i że okres jego rządów charakteryzował chaos (62%). Choć wśród liberałów Bajnai ma reputację „eksperta”, większość społeczeństwa nie podziela tej opinii.

Ponieważ Gyurcsány i Bajnai nie popisali się jako przywódcy, a na dodatek brak im woli oczyszczenia się z przeszłych błędów i zmiany kierunku, krytyka adresowana przez nich pod adresem rządu Orbána nie budzi specjalnego odzewu u większości węgierskich wyborców. Tymczasem skrajnie prawicowy Jobbik, gromadzący coraz więcej głosów protestu, zagraża pozycji lewicy jako głównej siły opozycyjnej. Mamy tu jasny przykład potwierdzający starą obserwację Waltera Benjamina: prawica rośnie tam, gdzie lewica przegrała.

Manowce „centrolewicy”

W istocie jest rzeczą wątpliwą, czy formacja Bajnaia i Gyurcsány’ego w ogóle zasługuje na miano „lewicy”. Faktycznie stanowią oni powikłaną zbieraninę sił politycznych, które przyjęły przypisaną im przez Fidesz etykietę sił „lewicowo-liberalnych”. Takie określenie to oksymoron. Liberalizm, w wydaniu niemieckiej FDP czy brytyjskich Liberalnych Demokratów, to mieszanka kulturowego liberalizmu z prorynkową wizją gospodarki. Mówienie o „lewicowym” liberalizmie nie ma sensu. Nurt polityczny łączący liberalną politykę obyczajową z nastawioną na państwo opiekuńcze polityką gospodarczą to socjaldemokracja. Tertium non datur.

Jednak w krajach, które mają za sobą doświadczenie socjalizmu państwowego, nawet miejscy inteligenci o wyraźnie prosocjalnych wartościach unikają określania się jako socjaldemokraci. Jednocześnie liberałowie, którzy nigdy nie zdobywają większości nawet w państwach bardziej rozwiniętych, nie mówiąc już o biedniejszych krajach jak Węgry, są w rzeczywistości zainteresowani w podtrzymywaniu tego językowego bałaganu. Wykorzystali oni zwrot zachodniej socjaldemokracji w kierunku Trzeciej Drogi, aby usprawiedliwić przyjęcie neoliberalnego kursu przez partie socjalistyczne w Europie Wschodniej, które utraciły własny ideologiczny profil po upadku komunizmu. (W Europie Zachodniej socjaldemokraci przynajmniej zbudowali państwo opiekuńcze, zanim przeobrazili się w neoliberałów. Wschodnia część kontynentu nie miała tyle szczęścia).

To właśnie wydarzyło się na Węgrzech. Stąd bierze się nieprzejrzystość i mglisty charakter polityki obozu przeciwników Fideszu. Po transformacji w 1990 r. Węgierska Partia Socjalistyczna, sukcesorka jedynej partii rządzącej czasów dyktatury, utraciła polityczny kręgosłup, pozostał jej jedynie skrajny pragmatyzm i oportunizm. Od tej pory rządzili Węgrami trzykrotnie, za każdym razem z mniejszościowym koalicjantem w postaci liberałów (Związek Wolnych Demokratów), których popularność nieustannie spadała, aż w końcu wypadli z parlamentu.

Liberałowie narzucili owym koalicjom rządowym swój neoliberalny program. To samo robią i dziś w opozycji. Państwo węgierskie nadal nie ma własnych pomysłów w dziedzinie tworzenia miejsc pracy, rozwoju gospodarczego, polityki społecznej i szeregu innych dziedzin – panaceum ma być przyciąganie bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Liberałowie byli głusi na jakąkolwiek dyskusję nad przyjęciem przez Węgry niemieckiego (reńskiego) lub skandynawskiego modelu negocjowanego państwa opiekuńczego, czy nawet francuskiego bądź dalekowschodniego modelu „państwa rozwojowego”. Upór, z jakim wprowadzali „oparte na rynku” modele kapitalizmu prosto z kart podręczników (lecz nieistniejące nigdzie w świecie rzeczywistym) skutkował zbudowaniem gospodarki niskich płac i niskiego zatrudnienia, na krańcu ponadnarodowych łańcuchów produkcji cechującym się niską wartością dodaną. Efektem było społeczne spustoszenie.

Podobnie jak inne kraje w regionie Węgry charakteryzują się stopą zatrudnienia dużo niższą niż unijna przeciętna. Od czasu akcesji do Unii Europejskiej wzrósł dystans w produktywności między Węgrami a Europą Zachodnią, wzrosły też dysproporcje płacowe. Przeciętna płaca na Węgrzech wynosi ok. 30% przeciętnej płacy w UE, co daje standard życia porównywalny do jednej piątej najuboższych mieszkańców społeczeństwa Europy Zachodniej. Na dodatek jakieś dwie trzecie Węgrów żyje poniżej tego przeciętnego poziomu! Ok. cztery miliony Węgrów ma dochody poniżej minimum egzystencji ustalonego przez Główny Urząd Statystyczny. Kolejne trzy miliony przeżywają od pierwszego do pierwszego. Ceny energii i żywności kształtują się na poziomie 83% unijnej przeciętnej, odzieży 85%, butów 95%, transportu 71%, komunikacji 109%…

W ostatnim roku rządów socjalistów Węgry (wraz z innymi krajami grupy wyszehradzkiej) miały jeden z najniższych w UE poziomów wydatków na politykę społeczną. W 2009 r. Węgry wydawały na cele społeczne jedynie 23,5% PKB, inne państwa regionu jeszcze mniej (Republika Czeska 20,4%, Polska 19,7%, Słowacja 18,8%) – w porównaniu do unijnej przeciętnej 30,3%. Więcej na cele społeczne wydawały nie tylko w rozwinięte skandynawskie państwa opiekuńcze (Szwecja 32,1%, Dania 33,4%), lecz nawet uchodzące za powściągliwe państwa śródziemnomorskie (Hiszpania 25%, Portugalia 26,9%, Włochy 29,8%).

Jest to tym bardziej szokujące, że Węgry mają duży odsetek osób starszych w populacji, jedną z najniższych w UE stóp zatrudnienia, a także jeden z najgorszych ogólnych poziomów zdrowia. Tymczasem wydatki społeczne per capita wyniosły 3478 euro (w parytecie siły nabywczej), dwu- lub trzykrotnie mniej niż w Europie Zachodniej.

Jakby tego było nie dość, „lewicowi liberałowie” pozostawili po sobie, jak wskazuje profesorka polityki społecznej Zsuzsa Ferge, dziedzictwo „odwróconej redystrybucji” w ramach państwa opiekuńczego. W 2009 r., u schyłku ich rządów, polityka społeczna służyła po części redystrybucji zasobów z dołu do góry! Tak więc Węgry (znów podobnie jak inne kraje w regionie) mogą mieć współczynnik Giniego (miara nierówności dochodowych) względnie niski na tle międzynarodowym, ale nie zmienia to faktu, że globalna konkurencyjność kraju opiera się na modelu „niska wartość dodana, niskie płace”. Za niski poziom rozwarstwienia odpowiada więc płaska dystrybucja dochodu.

Społeczne przesłanki politycznej demokracji

Warto wspomnieć o jeszcze jednym wymiarze węgierskiego państwa opiekuńczego: szkolnictwie. Jak wynika z obliczeń, które przeprowadził znakomity ekspert ds. edukacji Péter Radó na podstawie międzynarodowych badań PISA, lokalizacja szkoły odpowiada za aż 72% osiągnięć edukacyjnych węgierskich uczennic i uczniów. W Finlandii ten wskaźnik wynosi 8%. Edukacja nie jest więc kanałem społecznego awansu.

25 lat temu, na początku transformacji, liberałowie wyobrażali sobie, że obywatele ukształtowani w społeczeństwie typu sowieckiego przeobrażą się w obywateli wolnego i otwartego społeczeństwa opartego na konkurencji. W rzeczywistości jedynie bardzo wąska górna warstwa węgierskiego społeczeństwa jest w stanie konkurować, rozwijać mieszczański etos przedsiębiorczości i obywatelstwa, zabiegać o awans społeczny i zachowywać niezależność od sieci klientelistycznych i populizmu. I ta wąska warstwa i tak jest już na samej górze. Reszta nie dysponuje niezbędnymi prywatnymi zasobami. W efekcie ich awans społeczny w oparciu o rynek, jak to sobie wyobrażali neoliberałowie, był niczym więcej jak życzeniową fantazją.

Nie chodzi tylko o ekonomię. Dotyka to również samej demokracji. Jak przypomina Gøsta Esping-Andersen (w ślad za Barringtonem Moore), demokracja jest możliwa jedynie z szeroką klasą średnią. Przez „klasę średnią” rozumie on tych, którzy cieszą się materialną niezależnością oraz poziomem wykształcenia, dzięki któremu są w stanie śledzić debatę publiczną i w niej uczestniczyć.

W społeczeństwie postkomunistycznym, jakim są Węgry, brakuje jednego i drugiego. Już pisałem, jak zubożałe mamy społeczeństwo. Jedynie bardzo nieliczna górna warstwa społeczeństwa jest finansowo niezależna na tyle, by trzymać się z dala od klientelistycznych sieci, którymi przeżarta jest na Węgrzech tkanka społeczna. Pozostali wolą konkretne populistyczne oferty od długoterminowych obietnic; tych drugich dość już się nasłuchali.

Jeśli chodzi o edukację, według danych z mini-spisu z 2005 r. ponad połowa społeczeństwa zakończyła edukację przed maturą. Maturę miało 25,2%, zaś dyplom uniwersytecki 11,7%. Byłoby oczywiście głupotą zakładać, że formalny poziom edukacji ściśle przekłada się na zdolność rozumienia spraw publicznych, jednak w świecie, w którym od wyborców oczekuje się decyzji w sprawach takich jak energia atomowa czy europejska unia walutowa, można tu oczekiwać pewnej zależności. Zważywszy na poziom studiów wyższych w Europie Środkowo-Wschodniej, nawet absolwentów uniwersytetu można niekiedy podejrzewać o ignorancję. Czy wypada się dziwić, że ludzie uzasadniają swoje polityczne wybory za pomocą powierzchownych narracji? Dlaczego tak mało dyskutuje się o społecznych przesłankach politycznej demokracji?

Gra we wzajemną demonizację

Można by oczekiwać, że w tak zubożałym społeczeństwie polityczna lewica rozogni wyobraźnię wyborców za pomocą ekonomicznego języka konfliktu klasowego. To wstrząsające, ale na Węgrzech zupełnie nie funkcjonuje taka narracja. Socjaliści wystrzegają się języka klasowego, ponieważ myślą o nim jako kłopotliwym przypomnieniu ich przeszłości w czasach dyktatury. Liberałowie zaś, którzy narzucili socjalistom swój sposób myślenia, naturalnie nie myślą o świecie w kategoriach klasowych. Jak wskazywał Antonio Gramsci, tworzą oni hegemoniczny dyskurs, w którym interesy klasy średniej prezentowane są w debacie publicznej jako uniwersalne. Węgierska tzw. lewica, gdy przychodzi do kwestii gospodarczych, mówi językiem liberałów.

Okazawszy się skrajnym poziomem korupcji i nędznego przywództwa, politycy Węgierskiej Partii Socjalistycznej potrzebowali jakiejś legitymizacji, aby utrzymać wyborców. Odnaleźli ją w grze wzajemnej demonizacji, uprawianej przez partie politycznego kartelu. Fidesz pod przywództwem Orbána ochoczo w tym uczestniczy. Prawica wyzywa socjalistów od wrogów narodu, socjaliści wyzywają Fidesz od wrogów demokracji. Sugerują, że Orbán i Fidesz są poniekąd „nieeuropejscy”, przekraczają granice demokratycznej kultury politycznej.

Skuteczność tej retoryki osłabiana jest przez silne poparcie udzielane Orbánowi przez Europejską Partię Ludową. Podczas debaty w Parlamencie Europejskim nad raportem Tavaresa o stanie węgierskiej demokracji Orbán zyskał oficjalne poparcie frakcji chadeckiej. Podczas kampanii w 2014 r. przewodniczący Europejskiej Partii Ludowej Joseph Daul, przemawiając na wiecu wyborczym w Budapeszcie, określił Orbána mianem najlepszego lidera Węgier.

Z kolei wyborcom trudno było pojąć, czemu socjaliści i ich liberalni sojusznicy biorą udział w wyborach parlamentarnych, skoro uznają parlament za atrapę, a wybory za nieuczciwe. Osłabiona retoryka obozu socjalistyczno-liberalnego przekłada się na brak zdolności przyciągania wyborców.

Jeśli chodzi o głosy protestu, to ci, którzy odwracają się od Fideszu, przyciągani są przez skrajnie prawicowy Jobbik. Nasycony kategoriami etnicznymi światopogląd tej partii trafia do przekonania wyborcom ukształtowanym przez etniczne narracje wpajane przez węgierski system szkolnictwa oraz dyskurs publiczny, w którym nieobecny jest alternatywny wymiar klasowy. Przez tę grupę wyborców Żydzi postrzegani są jako panująca elita, zaś Romowie jako irytująca podklasa.

Etniczność zamiast klasy

Brak języka klasowego ma w XX-wiecznej historii Węgier długą tradycję. Krwawe doświadczenie Węgierskiej Republiki Rad z 1919 r. pozbawiło wiarygodności radykalną lewicę. Następnie w ramach porozumienia między socjaldemokratami a reżimem Horthy’ego nawet lewica umiarkowana pogodziła się ze skrajnym poziomem samoograniczenia w zamian za uniknięcie prześladowania. Socjaldemokraci zgodzili się na zakaz wspólnego organizowania się ze związkami zawodowymi. Ich obecność w parlamencie, w którym maksymalna liczba socjaldemokratycznych posłów była z góry wyznaczona, oznaczała legitymizowanie dyktatury Horthy’ego jako formalnej demokracji. W okresie międzywojennym klasowy język socjaldemokracji był więc na Węgrzech prawie nieobecny.

Tym, co go zastąpiło, była narracja etniczna. Jak dowodzi historyk Krisztián Ungváry, rozwój kapitalizmu był na Węgrzech ściślej powiązany z aktywnością społeczności żydowskiej niż gdziekolwiek indziej w Europie. Typowo kapitalistyczne wolne zawody (przedsiębiorcy, dziennikarze, prawnicy, lekarze itp.) były zdominowane przez Węgrów żydowskiego pochodzenia, którzy przez węgierską prawicę byli przedstawiani jako „obcy”. Ze społeczności żydowskiej rekrutowało się od połowy do dwóch trzecich przedstawicieli wolnych zawodów, stanowili też oni 20% mieszkańców Budapesztu, twierdzy węgierskiego kapitalizmu.

Jednocześnie nierówności społeczne w czasach Horthy’ego były wstrząsające, a 65-80% ludzi żyło poniżej minimum egzystencji. Mimo masowego napływu etnicznych Węgrów z krajów sąsiednich Węgry były krajem o negatywnym bilansie migracji. Brakowało jakiejkolwiek polityki społecznej.

W dominującej retoryce prawicy nierówności społeczne interpretowano w kategoriach różnic etnicznych. Nieustającym postulatem była „zmiana warty”, czyli zastąpienie Żydów zajmujących ważne stanowiska przez etnicznych Węgrów. Dramatycznym zwieńczeniem tej narastającej histerii była śmierć 600 tysięcy Węgrów żydowskiego pochodzenia w Holokauście.

Po II wojnie światowej reżim socjalizmu państwowego objął prześladowaniami najlepszych przywódców socjaldemokracji, pogłębiając kompromitację węgierskiej lewicy. Po 1989 r. jakiekolwiek idee kojarzące się z retoryką komunistyczną były postrzegane jako śmieszne i niemądre. W epoce zdominowanej przez Thatcher i Reagana popularność zdobywał Hayek i jego krytyka gospodarki planowej.

Jak pisałem, węgierscy socjaliści podporządkowali się wówczas neoliberalnej ideologii swoich partnerów ze Związku Wolnych Demokratów. Społeczne skutki ich wspólnej polityki już opisałem. Wielu zdesperowanych Węgrów, wychowanych na etnicznych narracjach, znów zwróciło się do jedynych dostępnych im kategorii pojmowania świata. Tych bardziej umiarkowanych przyciągnął do siebie Viktor Orbán, wzywający Węgrów do „walki o wolność” z Unią Europejską i Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Tych bardziej radykalnych raz jeszcze zmobilizowały opowieści o „żydowskiej elicie” i „leniwych, pasożytniczych Cyganach”.

Kluczowość kwestii romskiej

Położenie Romów ma w tej sytuacji kluczowe znaczenie. Sondaże wskazują, że ok. 80% Romów należy do najuboższego kwintyla węgierskiego społeczeństwa (co oczywiście nie znaczy, że stanowią oni większość w tej grupie). Romowie mają wśród swoich znajomych niemal wyłącznie innych Romów, co poważnie ogranicza ich kapitał społeczny, a tym samym hamuje drogi awansu społecznego i utrudnia zdystansowanie się od kultury ubóstwa. Prawie nie zdarza się Rom lub Romka po studiach, i nawet na poziomie szkolnictwa średniego są wyraźnie niedoreprezentowani.

Oburzony mainstream widzi jedynie Romów, którzy żyją z zasiłków lub zmuszeni są utrzymywać się z półlegalnej działalności, co tylko wzmacnia stereotypy na ich temat. Tymczasem węgierska Izba Kontroli opublikowała raport o polityce władz publicznych wobec Romów w okresie transformacji. Politykę tę uznała za chaotyczną, niespójną, pozbawioną monitoringu i nieskuteczną. Wyobrażenia, jako społeczeństwo udzielało Romom wszelkiej możliwej pomocy, a Romowie tylko wyciągali ręce po więcej, są po prostu nieprawdziwe. W istocie jest dokładnie na odwrót!

W Europie Środkowo-Wschodniej wciąż czekamy na całościową politykę nastawioną na poprawę społecznego położenia Romów. Koalicja socjalistyczno-liberalna nigdy nie stworzyła, nie sfinansowała ani nie monitorowała żadnych publicznych programów, które wydobywałyby zetnicyzowaną romską podklasę z zacofania odziedziczonego po tylu stuleciach. Warto przy tym pamiętać, że wspieranie ubogich i pozbawionych możliwości Romów nie musi koncentrować się specyficznie na Romach. A nawet nie powinna – bo trudno byłoby mierzyć skuteczność takiej polityki bez przymusowego przypisywania Romom z zewnątrz urzędowej tożsamości, a tym samym definiowania rozmiaru i granic ich populacji. Nie w taki sposób należy się tym zająć.

Tym, czego potrzeba, jest sprawny „ślepy na kolory” system edukacji i zatrudnienia oraz pomoc społeczna, transport publiczny i ochrona zdrowia nastawione na równość osiągnięć – nie zaś na zgoła nieadekwatną mrzonkę równości szans, o której padło tyle pustych słów. Aktualnie zwykli ludzie mają wciąż przed oczami zdefiniowaną w kategoriach etnicznych podklasę. Romowie i ich rzekomo „pasożytniczy styl życia” stają się kozłem ofiarnym, na którego zrzuca się odpowiedzialność za ubóstwo mas Węgierek i Węgrów. I to pomimo tego, że wydatki socjalne na potrzeby najuboższych 10% społeczeństwa (nie tylko Romów) wynoszą nie więcej niż 1,6% PKB. Nawet z tej sumy jakaś część przecieka wskutek korupcji i klientelizmu, albo jest wydawana w sposb nieefektywny. Jednak te zjawiska nie rzucają się aż tak w oczy, i obywatele czują się pozbawieni mocy, by je zmienić. Mniej jałowe i psychologicznie bardziej nagradzające jest zwrócenie swojej wściekłości nie na to, co abstrakcyjne, nieznane i odległe, lecz na to, co bliskie, znajome, kłopotliwe i niepokojące.

Prawa człowieka są oczywiście bardzo ważne. Kampanie antyrasistowskie są niezbędne. Jednak problemy Romów to nie tylko kwestia dyskryminacji, lecz także wyzwanie społeczno-gospodarcze. Trwałe wydobycie ludności romskiej w Europie Wschodniej z pułapki ubóstwa nie obędzie się bez aktywnego działania państwa opiekuńczego.

Często podkreśla się, że Jobbik jest najpopularniejszą partią wśród węgierskiej młodzieży. Resentyment tej grupy można zacząć rozumieć dopiero, gdy wyrazi się go w twardych liczbach. Bezrobocie wśród młodych wynosi 30%. Aż 47% osób w wieku 18-35 lat jest zmuszonych mieszkać z rodzicami. 75% z nich nie jest w stanie czegokolwiek zaoszczędzić, zaś ci, którzy mogą, oszczędzają ok. 32 euro miesięcznie…

Na pocieszenie…

W noc wyborczą, tuż po katastrofalnej porażce, liderzy obozu „lewicowo-liberalnego”, zamiast przyjąć odpowiedzialność za klęskę, zapowiedzieli kurs na kontynuację. Będą tworzyć „lewicowo-liberalną” opozycję w parlamencie. Ich obecność zapewni Fideszowi szansę na ugruntowanie do r. 2018 swojej konstytucyjnej większości. Na szczęście wynik wyborów w r. 2022 pozostaje kwestią otwartą…

Artykuł Understanding Hungary: The Social Prerequisites of Political Democracy ukazał się pierwotnie na blogu autora.

O niedawnych wyborach na Węgrzech pisał też w ZW Bartłomiej Kozek: Jakich Zielonych wybrały Węgry.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.