Innowacja się nie opłaca

Artur Wieczorek
26 listopada 2015

Zanim przeczytasz ten tekst, przypomnij sobie aktualnie promowane definicje innowacyjności. Kiedy już to zrobisz – wyrzuć je do kosza.

20 czerwca 1979 roku 39. prezydent Stanów Zjednoczonych, Jimmy Carter, odsłonił 32 kolektory słoneczne, zainstalowane na dachu Białego Domu. Powiedział wtedy: „Może okazać się, że za jedno pokolenie ta instalacja solarna będzie tylko ciekawostką, eksponatem muzealnym, przykładem drogi którą nie podążyliśmy albo małą cząstką jednego z największych i najbardziej ekscytujących przedsięwzięć podjętych przez amerykański naród”.

Kilka lat później jego następca, Ronald Reagan, kazał zdemontować instalację, uznając ją za kosztowną fanaberię. Stany czekały na swoją zieloną rewolucję energetyczną kolejne trzydzieści lat – aż do teraz.

Więcej niż nowa śrubka

Wbrew obiegowej opinii innowacyjność niewiele ma wspólnego z przedsiębiorczością. Innowacyjność to nie szukanie rynkowej niszy, podejmowanie ryzyka w celu osiągnięcia większego przychodu, maksymalizowanie konkurencyjności, a już na pewno nie maksymalizowanie zysków.

Innowacyjnością nie jest również ulepszanie istniejących procesów w przedsiębiorstwie – choć tak próbuje ją definiować wiele polskich urzędów.

Innowacyjność to umiejętność podążania za jakąś wizją z pełną świadomością, że bardzo prawdopodobnie może się ona okazać ślepą uliczką. Że – mimo ogromnych nakładów – może nie przynieść żadnego zysku. Innowacyjność to robienie rzeczy nowych z powodów innych niż pogoń za zyskiem.

Innowacyjność się nie opłaca! I nie musi.

Łapać czy gonić króliczka?

Amerykański publicysta Gordon Kelly opublikował jakiś czas temu na łamach Forbesa tekst o znaczącym tytule „Microsoft jest nowym Google, Google jest starym Microsoftem”, w którym zauważa, że internetowy gigant Google ugrzązł w drogich badaniach nad futurystycznymi projektami, z którymi sobie nie radzi.

Okulary Google, balony dostarczające Internet na pustyni, nowe szkła kontaktowe czy Google Wallet – przykłady można mnożyć.

W tym czasie Apple robi z Google to, co kiedyś robiło z Microsoftem – podkrada najciekawsze pomysły (płatności mobilne, ochrona biometryczna, synchronizacja platform) i wykonuje je dużo lepiej.

Kelly ma rację, że Google zaczęło przegrywać w wyścigu o najwyższy zwrot z inwestycji dla akcjonariuszy. Czego Kelly nie zauważa to fakt, że wszystkie te innowacyjne projekty nie są tworzone dla zysku. One są tworzone dla wizji.

Google czerpie zyski ze swoich lokomotyw: wyszukiwarki Google i reklam AdWords. Celem działów badań Google nie jest tworzenie jeszcze lepszych produktów internetowych czy mobilnych. Ich celem jest dokonanie kolejnego przełomu i stworzenie rynku produktów które jeszcze w ogóle nie istnieją, a zatem nie mamy w ogóle pojęcia czym one będą i do czego będą służyć.

Aby stworzyć jeden taki produkt, trzeba po drodze kilkuset bezużytecznych patentów, wiedział o tym już Thomas Edison. To się nie może opłacać!

Firma totalna

Pół roku później Google potwierdziło to, dokonując zaskakującego kroku i przekształcając się w konsorcjum Alphabet.

Każdy z ryzykownych, nowatorskich programów (takich jak balony dostarczające Internet czy samo prowadzące się samochody) Google został przekształcony w autonomiczny byt, osobną firmę zajmującą się określonym produktem, a wszystkie te firmy połączono w konsorcjum pod nazwą Alphabet.

Google „uciekło do przodu”, wykonując ruch, którego nikt się nie spodziewał. Ruch nieprzewidywalny i ryzykowny, nie mający nic wspólnego z racjonalnym zarządzaniem dużą firmą. Ale mający wszystko wspólnego z innowacyjnością.

Prawdopodobnie większość z tych projektów okaże się spektakularnymi klapami przynoszącymi straty, a główne źródło dochodów będzie jeszcze długo stanowiła wyszukiwarka Google. Ale kierownictwo liczy że wśród tych wynalazków będzie ten jeden, który stanie technologią przyszłości.

Ich celem nie jest maksymalizacja zysków – ich celem jest zmienianie świata.

Otwarte idee

Podobnie jest z Elonem Muskiem, twórcą Tesla Motors – firmy, która zrewolucjonizowała rynek samochodów elektrycznych, a ostatnio próbuje zrobić to samo z technologią magazynowania energii.

Musk zdał sobie sprawę z tego, że komercyjny sukces to nie rozwiązania technologiczne. Dlatego w zeszłym roku zdecydował się na upowszechnienie wszystkich patentów Tesla Motors na otwartej licencji.

Musk niejako prowokuje swoją konkurencję mówiąc im: weźcie wszystkie moje patenty i ulepszcie je. Ja i tak zawsze będę o krok przed Wami i ludzie mnie za to docenią. Bo tym co motywuje Muska nie jest zysk, lecz wizja nowego, lepszego społeczeństwa.

Czy ta innowacyjność jest zastrzeżona dla sektora prywatnego? Wręcz przeciwnie. Wiele przełomowych wynalazków, takich jak Internet czy GPS, zostało stworzonych w sektorze publicznym (niestety często najpierw z zastosowaniem militarnym).

Sektor publiczny jest ze swej natury bardziej podatny na innowacyjność, ponieważ z jest wolny od przymusu maksymalizacji zysków. Sektor publiczny może – i powinien – działać dla określonej wizji.

I takiej wizji dziś potrzebujemy jeśli chcemy być naprawdę innowacyjni.

Nowe wyścigi, nowi gracze

Co łączy Finlandię, Koreę i Singapur? To państwa, które rozwinęły się w spektakularny sposób, ponieważ miały wizję wykraczającą poza „tu i teraz”.

Każde z tych państw sterowało swoim przemysłem w kierunku określonej wizji. Każde innymi metodami – Finlandia zachętami, Singapur bezpośrednią państwową własnością przedsiębiorstw, a Korea brutalnym przymusem – skłaniały przedsiębiorstwa do działania w określonym kierunku.

Nokia była kiedyś przedsiębiorstwem produkującym papier i kable, a Samsung był u swoich początków producentem cukru. To dzięki spójnej wizji i działaniom państwa te firmy wchodziły na zupełnie nowe rynki, by w końcu stać się na nich globalnymi potentatami.

Jak znaleźć taką wizję? Nie koncentrujmy się na tym co mamy dzisiaj, na ciepłej wodzie w kranie i już wykorzystywanych zasobach. Skoncentrujmy się na tym, co możemy mieć jutro. Na tym, czego jeszcze nikt na świecie nie ma.

Wyobraźmy sobie świat taki, jakim chcielibyśmy go widzieć za trzydzieści lat. A następnie wyobraźmy sobie kilkaset różnych technologii, które pasują do tego świata i z premedytacją zmarnujmy na nie trochę pieniędzy. Tak jak to zrobiło Google. Nie ma innej drogi.

Będziemy innowatorami tylko jeśli będziemy mogli tak jak Jimmy Carter uczciwie powiedzieć: „Może okazać się, że za jedno pokolenie ta instalacja będzie tylko ciekawostką, eksponatem muzealnym, przykładem drogi którą nie podążyliśmy… albo małą cząstką jednego z największych i najbardziej ekscytujących przedsięwzięć jakie kiedykolwiek podjęliśmy”.

Grafika: Avtomat Design

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *