Kapitał przeciw innowacjom

Lynn Parramore
24 kwietnia 2014

Artykuł powstał na podstawie prezentacji i dyskusji na konferencji „Financial Institutions for Innovation and Development” w Rio de Janeiro. W panelu, który moderowałam, wystąpili: William Lazonick z University of Massachusetts Lowell, Jan Kregel z Levy Economics Institute oraz Damon Silvers z centrali związkowej AFL-CIO.

Czy coś się stało z amerykańską innowacyjnością? Prezydent Obama powiedział, że od niej zależy nasza przyszłość. Wszyscy, niezależnie od przynależności partyjnej, są z grubsza zgodni, iż innowacje są istotne dla pomyślnego rozwoju gospodarki.

A więc dlaczego nic nie robimy? Bez dwóch zdań natychmiast potrzebujemy wprowadzenia czystej technologii, która nie będzie nas truć. Nasze systemy informacyjne i komunikacyjne nie są najlepsze. Zaś infrastruktura jest przestarzała i psuje się na naszych oczach. Nie inwestujemy wystarczająco dużo w tych obszarach i to widać. Mimo to te inwestycje są potrzebne nie tylko dla ekonomicznego rozwoju Ameryki, ale również dla stabilności i dobrobytu na całej planecie.

Stany Zjednoczone były niegdyś obiektem zazdrości całego świata, jeśli chodzi o wprowadzanie innowacji, robienie rzeczy, które zadziwiały świat i polepszały życie milionów ludzi. Ale Fundacja Technologii Informacyjnej i Innowacji, ponadpartyjny think tank, który zestawia ranking 36 krajów pod względem konkurencyjności opartej na innowacji, stwierdza, że jesteśmy coraz bardziej na marginesie globalnej sceny innowacji. W r. 2009, ku zaskoczeniu badaczy, Stany Zjednoczone zajęły zaledwie czwarte miejsce, za Finlandią, Szwecją i Singapurem. W 2011 r. nadal zajmowały tę pozycję. Co gorsza, zajęły drugie od końca miejsce, jeśli chodzi o postęp w przeciągu ostatniej dekady.

Badanie OECD również pokazuje, że Stany Zjednoczone nie tworzą już tak wielu innowacyjnych produktów jak kiedyś. Przodować zaczynają inne kraje ze sporymi inwestycjami w innowacyjność – np. na polu edukacji oraz badań i rozwoju, a mniejszymi w to, co ją powstrzymuje, jak nierówność dochodu.

Co poszło nie tak?

William Lazonick, znawca historii amerykańskich korporacji, wskazuje, że Stany Zjednoczone przez lata cieszyły się niezwykle wydajną gospodarką. Nadal mamy istotne środki wspomagające wydajność, ale w tej chwili wyciągamy pieniądze z naszej gospodarki, zamiast je w nią inwestować. To przejście nastąpiło stopniowo, ale mechanizmy tego wyprowadzania stały się niebezpiecznie skuteczne. Ogromny sektor finansowy oraz bogaci uczestnicy rynku niczym wampiry wysysają pieniądze z sektora produkcyjnego, gdzie wytwarzane są towary, technologie i usługi, których potrzebujemy.

Finansiści na pozór po prostu „z pieniądza robią pieniądz”. Al.e jeśli przyjrzymy się ich działalności, zobaczymy, że tak naprawdę bogacą się na pracy ludzi produkujących potrzebne rzeczy, jak elektronika użytkowa, lub środki produkcji, jak fabryki i wyposażenie. Dobre miejsca pracy, zdrowie całego systemu gospodarczego i społecznego, rosnące dochody wśród najbiedniejszych i w klasie średniej – wszystko to musiało ustąpić pogoni za zyskami finansowymi. Całość jest niezrównoważona. I ma to fatalne skutki.

Lazonick uważa, że po to, by gospodarka ponownie zaskoczyła, potrzebne jest stymulowanie tego rodzaju wzrostu, który pozwala wszystkim zakosztować wyższych standardów życia. Potrzeba gospodarki stabilnej i pozwalającej każdemu mieć udział w dobrobycie. Dzisiaj jednak dyrektorzy wykonawczy wielkich korporacji, jak General Electronics, Dupont, Cisco czy Microsoft, koncentrują się na robieniu jak największych krótkoterminowych zysków dla udziałowców oraz, co najważniejsze, dla siebie samych.

Nie zaskakuje więc, że popierają taką politykę, która im na to pozwala: niskie podatki, ryzykowną spekulację, wysokie płace zarządu, wycofywanie inwestycji z edukacji i infrastruktury. To, co się będzie działo z naszą gospodarką na dłuższą metę, w ogóle ich nie obchodzi. Na Wall Street rządzi motto: „Beze mnie nie będzie i was”. Dopóki masz zysk, dopóty to, co stanie się jutro nie ma dla ciebie znaczenia.

To problem „tych innych”. Tych, którzy będą świadkami kurczenia się miejsc pracy i spadku ich jakości, zanikania klasy średniej, finansowej niestabilności, która spowodowała Wielki Kryzys.

Spojrzenie wstecz

Nie zawsze tak było, mówią Lazonick i Damon Silvers. Wcześniej Wall Street zarabiała na emisji długoterminowych obligacji, które rządy i korporacje mogły następnie użyć do inwestycji w wydajność. Oczywiście handlowano akcjami i obligacjami, ale w efekcie tego handlu nie dochodziło do przejmowania wielkich przyrostów bogactwa przez Wall Street. Istniała spekulacja, ale dla jednostek była kosztowna i nie dawała dużych sum.

Komercyjny system bankowy był dobrze wyregulowany, a oszczędności gospodarstw domowych mogły zostać zainwestowane w przedsiębiorstwa przy dobrych stopach zwrotu. Instytucje finansowe były relatywnie stabilne i mogły pomagać przemysłowi w tworzeniu rozwoju technologicznego i gospodarczego. Aż do lat 60. większość Amerykanów rozumiała i akceptowała znaczenie, jakie rząd federalny miał przy inicjowaniu innowacji poprzez choćby wydatki na obronę lub program kosmiczny. Część tych funduszy przechodziła przez uniwersytety, a część kierowana była do wielkich korporacji, które – jak np. sugeruje GE w swoim haśle reklamowym – mogły „wnosić dobre rzeczy”.

Ale w ostatnich dekadach do systemu wrzucono kilka kluczy francuskich, począwszy od trendu koncentracji własności charakterystycznego dla lat 60, w którym korporacyjni tytani budowali imperia pożerające zyski i nawet setki innych firm. W latach 70., gdy rosła inflacja, a japońska gospodarka szybowała w górę, Wall Street przerzuciła się z inwestowania na handel, po czym w latach 80. zarządy firm przyjęły szkodliwą ideologię znaną jako „wartość udziałowca”, która głosiła, że udziałowcy są jedynymi ludźmi zasługującymi na zyski w korporacjach – zapomnijmy o podatnikach i pracownikach, choć to przecież bez ich wsparcia, ich potu i podejmowanego przez nich ryzyka firmy te nie mogłyby istnieć. Korporacje zaczęły koncentrować się na manipulowaniu cenami akcji, by zrealizować krótkoterminowe zyski, oraz wykupie akcji, by wzbogacić zarządy kosztem badań i rozwoju oraz inwestycji w umiejętności pracowników.

Banki z Wall Street zaczęły przenosić swoją uwagę na przedsiębiorstwa dające wyższe dochody. Z wyregulowanych instytucji stały się miejscami, gdzie wysokie inwestycje dają wysokie zyski. To zakłóciło podstawową funkcję kredytu, jaką jest pośrednictwo. Do lat 70. system produkcyjny panował nad systemem finansowym. Ale od lat 80. było już odwrotnie.

Potwór finansjalizacji

Pomyślcie tylko: jaki produkt firmy General Electronic, który ostatnio kupiliście, polepszył wasze życie? W epoce finansjalizacji wielkie firmy rodzaju GE przeniosły swą uwagę ze wspaniałych produktów na szybkie zyski generowane na Wall Street. Na przykład w latach 80. Jack Welch z GE w ekspresowym tempie poszerzył działalność firmy na obszar kart kredytowych, pożyczek hipotecznych i innych działań finansowych. Niedługo potem operacje finansowe kreowały blisko połowę zysków firmy.

Wreszcie doszło do sytuacji, w której, jak zauważył mój kolega Joshua Holland, dyrektor wykonawczy korporacji pozbawi firmę koniecznych zasobów i zdolności do bycia produktywną w imię krótkoterminowych zysków. W książce „The Speculation Economy” Lawrence Mitchell z Uniwersytetu George’a Washingtona wskazuje, że ostatni sondaż przeprowadzony wśród dyrektorów ważniejszych korporacji amerykańskich pokazał, iż 80% z nich „przynajmniej delikatnie popsułoby swoje interesy po to, by osiągnąć poziom [finansowych] wskaźników dotyczących kwartalnych zysków, które przedstawili analitycy”.

Silvers zaznacza, że gdy pojawiła się gorączka finansjalizacji, Stany Zjednoczone doczekały się niebezpiecznego stanu braku równowagi między finansami publicznymi a prywatnymi. Jednocześnie promowaliśmy politykę publiczną opartą na dziwnej idei, że nie ma czegoś takiego jak dobro publiczne. Przyjęliśmy, że rynki kapitałowe są bardziej wydajne, jeśli regulatorzy trzymają się od nich z daleka. Przywiązaliśmy się do fałszywej idei, że deregulacja instytucji finansowych sprawi, że gospodarka będzie kwitnąć.

Bez regulacji i silnych związków zawodowych, które zapewniłyby w Stanach Zjednoczonych stały i przemyślany przepływ pieniądza ku inwestycjom w wydajność, jak szkolenia pracowników i tworzenie stabilnych miejsc pracy z rozsądnymi dochodami, gospodarka stała się w gruncie rzeczy kasynem, a przepaść między bogatymi a resztą stale rosła. Przestaliśmy być znani z innowacji, które ulepszają ludzkie życie, nasza repuutacja przeniosła się na obszar skomplikowanych instrumentów finansowych, które mają na celu zdzieranie z ludzi pieniędzy. Od lat 2004-2008, gdy inne gospodarki rozwinięte inwestowały ogromne kwoty w czyste technologie, finansowe rynki Stanów Zjednoczonych szybko rozwijały swoje produkty służące wyciągnięciu jeszcze więcej bogactw z produktywnych obszarów naszej gospodarki.

Fałszywe innowacje

Paul Volcker rzucił kiedyś dowcip, że bankomat to jedyna pożyteczna innowacja finansowa, jak widział od 20 lat. Wydaje się, że gdy nie zabraliśmy się za takie rzeczy jak czyste technologie, stworzyliśmy wiele innowacyjnych sposobów na to, by zwykli ludzie tracili swe pieniądze – choćby linie kredytowe na dom, które szybciej wpychają ludzi w wysokie zadłużenie i zmuszają do znoszenia obsesji panującej na Wall Street – obsesji wyższych zysków za wszelką cenę.

Jan Kregel i Leonardo Burlamaqui stwierdzili, że gdy sektor finansowy urósł, to Stany Zjednoczone przestały być centrum rozwoju nowej wiedzy. Finanse nie odgrywają już roli „służebnicy twórczej destrukcji”, która pozwala na to, by przemysł wytwarzał postęp technologiczny i rozwój gospodarczy.

Kregel i Burlamaqui zauważyli również, że sektor usług finansowych ma pewne specjalne cechy, które na różne sposoby wywołują gospodarczą niestabilność. Np. wykorzystując takie rzeczy, jak pakiety derywatów w celu przeniesieniu ryzyka finansowego z firm finansowych na te, które są mniej zdolne do jego zniesienia. Bańki kończące się katastroficznymi krachami stały się nieuniknione. Ciężar spekulacji finansowej stał się tak wielki, że opanował cały system, jak mogliśmy to obserwować w latach 20. XX w. oraz podczas kryzysu z lat 2007-2008. Gdy dochodzi do kryzysu, spekulacja na chwilę spada, ale, jak obserwujemy to w chwili obecnej, sektor finansowy jest napalony na odzyskanie zysków – nie dla dobra gospodarki i miejsc pracy, lecz swoich wpływów.

Damon Silvers wskazuje także, że koszty baniek finansowych zawierają w sobie również skutki tego, że kapitał nie został zainwestowany produktywnie, jednym z nich jest upadek rządowych inwestycji w badania i rozwój. Rośnie nierówność dochodów, a faceci z Wall Street podsuwają fałszywą ideę, że każde pieniądze, które robią, są zarobione uczciwie i że rząd nie powinien nigdy się wtrącać. Spadają pensje, a mimo to rośnie bogactwo – ale tylko niektórych.

Co robić?

W efekcie amerykański sektor finansowy nie służy już sektorowi produkcyjnemu – w rzeczywistości może nawet go zabija. Ale czy można to powstrzymać?

Ukrócenie potwora finansjalizacji nie nastąpi siłą woli. Poprzez nasz coraz bardziej skorumpowany system polityczny wielcy sektora finansowego pociągają za większość sznurków w Waszyngtonie i niechętnie odpowiadają na temat szybujących płac zarządów, które stanowią jedną z przyczyn rosnących nierówności dochodów, znikania miejsc pracy i wyciągania pieniędzy z bardziej produktywnych obszarów. Według raportu Economic Policy Institute amerykańscy dyrektorzy generalni zarabiają obecnie 273 razy tyle, ile wynosi średnia pensja pracownika. 30 lat temu przeciętny dyrektor dużej firmy pobierał mniej niż 30-krotność pensji przeciętnego pracownika. Czy faktycznie dyrektorzy generalni stali się tak bardzo wartościowi?

Jak pokazuje Lazonick, zmieniły się normy społeczne. W Japonii tak niebotyczne pensje zarządu są nieakceptowane, gdyż istnieje powszechne zrozumienie, że praca firmy jest wysiłkiem zbiorowym. To istotna wartość społeczna. W Europie zaś istnieje ruch mający na celu ograniczenie pensji zarządu w bankach korzystających z bail-outów. Wyższy personel banków, które otrzymują państwowe wsparcie, będzie mógł zarabiać najwyżej 15-krotność średniej pensji krajowej lub 10-krotność pensji przeciętnego pracownika tego banku. Premie zostaną ograniczone do dwukrotności stałej pensji.

To dobry pomysł i musimy to przedyskutować w Stanach Zjednoczonych, gdzie pensja zarządu nie tylko jest drastycznie wysoka w porównaniu do reszty świata, lecz często cechuje ją dowolność i szokująca niezgodność z wynikami.

Lazonick uważa, że musimy naprawdę zmienić cały sposób myślenia o gospodarce. Zaleca kilka rzeczy, które pomogą nam wrócić na właściwą ścieżkę:

  • Zrozumienie, że rynki nie tworzą wartości, lecz robią to organizacje inwestujące w zdolności produkcyjne, jak prowadzący działalność gospodarczą, rządy i gospodarstwa domowe.
  • Zakaz wykupywania akcji przez korporacje, tak by zasoby finansowe korporacji mogły zostać skierowane w innowacyjność i tworzenie miejsc pracy, zamiast być marnowane w celu podniesieniu cen akcji.
  • Zrozumienie, że ideologia wartości udziałowca jest niszcząca i powoduje, że pozostaje się w tyle za krajami, które jej nie stosują.
  • Regulacja kontraktów pracowniczych, by zapewnić pracownikom, którzy przyczyniają się do procesu innowacyjności udział w zyskach z innowacji.
  • Stworzenie programów pracy korzystających ze zdolności produkcyjnych (i ulepszających je) wykształconych i doświadczonych pracowników, których kapitał ludzki w innym wypadku podupada z powodu braku innego odpowiedniego zatrudnienia.
  • Przesunięcie w stronę systemu podatkowego, który przekazuje część pieniędzy zyskanych na innowacji do agencji rządowych, które mogą inwestować w publiczną bazę wiedzy potrzebnej do zainicjowania kolejnej rundy innowacji.
  • Nadal buzuje w nas sporo innowacyjności, ale musimy zmienić nasze priorytety i podporządkować gospodarkę finansową gospodarce produkcyjnej. Doprowadzi to do tego, że Wall Street przestanie na nas żerować i pozwoli Ameryce ponownie stać się miejscem, gdzie energiczni ludzie starają się i pracują razem, by produkować świetne rzeczy.

    Tekst powstał na podstawie prezentacji i dyskusji z konferencji „Financial Institutions for Innovation and Development” w Rio de Janeiro. Na konferencji, finansowanej przez Ford Foundation Initiative on Reforming Global Finance, Multidisciplinary Institute for Development and Strategies oraz Brazylijski Bank Rozwoju ekonomiści dyskutowali na temat innowacji i tego, jak rynki finansowe, przedsiębiorstwa oraz państwo współdziałają ze sobą i inwestują w proces tworzenia i produkowania użytecznych dóbr.

    Artykuł How Big Finance Crushes Innovation and Holds Back Our Economy ukazał się na witrynie AlterNet. Przeł. Katarzyna Sosnowska.

    Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.