Życie na ulicy Via dell’Archeologia, w dzielnicy Tor Bella Monaca na obrzeżach Rzymu, cechuje brak zainteresowania ze strony instytucji publicznych i podziemna gospodarka bazująca na przestępczej sieci handlu narkotykami, stanowiąca samowystarczalny mikrokosmos.
Szkoła w tej dzielnicy, do której często trafia niespokojna młodzież ze złożoną przeszłością rodzinną, od lat odnotowuje wysokie wskaźniki porzucania szkoły i trudne warunki nauczania. Pojawienie się nowego dyrektora umożliwiło jednak inny sposób nauczania, który potrafił rozładować lokalne napięcia i ponownie uruchomić mobilność społeczną. Ta historia to wyrazisty przykład tego, jak edukacja potrafi zarówno spowodować, jak i rozwiązać problem terytorialnych nierówności w Europie. Umycie okna zajęło trzy godziny. Trzy godziny, żeby usunąć dwadzieścia lat zaniedbania, które nawarstwiało się między kratami a coraz bardziej nieprzejrzystym szkłem.
Po trzech latach i szesnastu wózkach sklepowych wypełnionych zbędnymi tomami, stara zabałaganiona sala o zapuszczonych oknach w końcu wróciła do życia jako szkolna biblioteka. Teraz książki zostały skatalogowane, a z okien widać rzędy „wież” budownictwa komunalnego, które wyróżniają się na Via dell’Archeologia w dzielnicy Tor Bella Monaca: duże, białawe budynki, które w pogodne dni odbijają słońce, a szarzeją, gdy niebo jest ciemne.

Bloki mieszkalne przy Via dell’Archeologia, na Tor Bella Monaca, z okna Instytutu Melissy Bassi (fot: Federico Ambrosini)
Położona na wschód od Rzymu, po drugiej stronie obwodnicy Grande Raccordo Anulare, Tor Bella Monaca jest jedną z wielu podmiejskich przestrzeni Europy, które istnieją jako enklawy nierówności. Zbudowana na terenie zajętym nielegalnie podczas powojennego szaleństwa budowlanego we Włoszech, dziś jest pasem ziemi, do którego wciąż docierają macki gospodarki miejskiej, ale uwaga i zasoby władz miejskich są tu osłabione, jeśli nie nieobecne.
Zaśmiecony beton budynków komunalnych stanowi 82 procent budownictwa mieszkalnego w okolicy; procent własności publicznej jest tu najwyższy z całych Włoch. Obszar ten jest dobrze znany z przestępczości związanej z handlem narkotykami. Szacuje się, że na Via dell’Archeologia, głównej ulicy nielegalnego handlu, zyski z narkotyków sięgają ok. 600 000 euro miesięcznie. Ta dobrze prosperująca podziemna gospodarka zaspokaja potrzeby dzielnicy pozbawionej innych opcji, gdzie stopa bezrobocia jest znacznie wyższa niż średnia stolicy.
Jedynym ośrodkiem instytucjonalnym w trójkątnej przestrzeni, stworzonej przez dwie części Via dell’Archeologia, jest szkoła o nazwie Instituto Comprensivo (Kompleksowy Instytut) „Melissa Bassi”, zespół kolorowych budynków ze źle utrzymanymnym ogrodem i niewielką biblioteką o świeżo wypolerowanych oknach.
Szkoła liczy obecnie 720 dzieci – przedszkolaków, uczniów szkół podstawowych i gimnazjalistów, z których większość to dzieci z sąsiedztwa. To dziewczynki i chłopcy z Via dell’Archeologia, gdzie rodziny są tak liczne, że więcej tam dzieci niż dorosłych. Ich niespokojne życie wdziera się w środowisko szkolne. Pomiędzy rzędami wielopiętrowych wieżowców szkoła i dzieci dzielą los nierozerwalnie spleciony z życiem dzielnicy.
Zamknięta ulica
Tor Bella Monaca charakteryzuje się nieregularnymi ulicami i gęstą, wysoką zabudową. Niecałe dwa kilometry od Instytutu Melissa Bassi znajduje się duża, przysadzista konstrukcja z kolumnadą przy wejściu: jest to Liceo Scientifico Linguistico Amaldi. Liceum, które – pomimo swojej lokalizacji – uważane jest za jedną z najlepszych szkół średnich w regionie Lacjum.
Emiliano Sbaraglia, nauczyciel literatury w Melissa Bassi, doświadczył na własnej skórze jakości nauczania w Amaldi, gdzie pracował jako nauczyciel zastępczy: „Różnica jest wielka, zwłaszcza pod względem przygotowania, i z dydaktycznego punktu widzenia. Denerwuje mnie myśl, że dzieli nas tylko kilka kilometrów – więc dlaczego tam jest poziom, a tu nie ma? ” Jest mężczyzną w średnim wieku z dużymi pierścieniami na palcach i szpakowatą czupryną; spokojna postać, która dla wielu osób w szkole stała się punktem odniesienia.
„Nasi uczniowie, którzy idą tam po ukończeniu naszego gimnazjum, są traktowani tak, jakby mieli sobie nie poradzić, bo nie mają niezbędnych podstawowych umiejętności. Staramy się walczyć z tym uprzedzeniem, ale jest to również po części prawda”, opowiada Emiliano, gdy jego samochód mija szereg białawych bloków bloków mieszkalnych przy Via dell’Archeologia.
„Oto dlaczego: to ta droga”.
W Tor Bella Monaca publiczne i prywatne planowanie urbanistyczne jest podporządkowane kulturze nielegalnego handlu. Wnęki budynków i zarosłe uliczki zaprojektowane w okresie boomu na budownictwo socjalne lat 80. są obecnie miejscem samowystarczalnej i nie do zburzenia gospodarki modułowej. Pomimo wielokrotnych nalotów, w blokach, które służą do handlu narkotykami, windy są blokowane i używane jako magazyn towarów, tarasy zaś pozostają strategicznymi punktami obserwacyjnymi, gdzie stoi się na straży.
„Trudno jest utrzymać prawo ulicy z dala od szkoły” – mówi Emiliano.
Na szkolnym parkingu Emiliano zakreśla palcami niewidzialną granicę tego zarządzanego przez siebie mikrokosmosu. „Jadąc dalej w kierunku wjazdu na autostradę”, wyjaśnia, „jest połączenie Rzym-Neapol, które w ciągu dwóch godzin prowadzi do serca włoskiego handlu narkotykami, neapolitańskiej dzielnicy Scampia. To most, który definiuje i kształtuje życie tej okolicy”.

Lekcja plenerowa na terenie szkolnego ogrodu, który uczniowie pomogli wyremontować (Fot: Federico Ambrosini)
Otwarta szkoła
Nauczanie w placówkach takich jak Melissa Bassi może być wyborem politycznym. Zanim Emiliano poprosił o przeniesienie, uczył w liceum we Frascati, spokojnym miasteczku na wschód od Rzymu. Dwieście metrów od domu, gdzie urodził się i wychował, tuż przy boisku, na którym grał jako środkowy napastnik, i niedaleko pubu, w którym pracował do drugiej nad ranem.
„Poprosiłem o przeniesienie tutaj. Wybrałem tę szkołę, ponieważ czuję się tu przydatny”. Emiliano nie jest jedynym, który uczy w Melissa Bassi z wyboru i to często robi różnicę: „Jeszcze kilka lat temu bardzo krytycznie odnosiłem się do nauczycieli, którzy zaraz po przyjściu prosili o przeniesienie. Potem zdałem sobie sprawę, że nie wszyscy są skłonni uczyć w takich okolicznościach”.
Od 2011 roku, kiedy Emiliano po raz pierwszy wszedł z Save The Children do Melissa Bassi, aby założyć w klasach szkolnych improwizowane studia radiowe, placówka bardzo się zmieniła. Szkoła od lat cierpiała z powodu braku stałego zarządzania. Nie było stałego dyrektora, a rolę tę pełnili dyrektorzy innych placówek, którzy często nie mieli ani czasu, ani zapału, by radzić sobie ze złożonością takiej szkoły. „Wielu dyrektorów nie było zbyt obecnych, a nawet kiedy byli, to tak, jakby ich tam nie było” – mówi Emiliano.
Po kilku takich zastępstwach w 2019 r. stanowisko dyrektorki objęła Alessandra Scamarella, która nadała szkole i kadrze pedagogicznej nowe oblicze. Trzy dni w tygodniu drzwi jej biura są otwarte dla wszystkich, także dla rodzin.
„Stabilność zapewniona przez nowe kierownictwo i pewne nowe podejścia edukacyjne przywróciły zaufanie mieszkańców okolicy do placówki” – wyjaśnia Alessandra. „Tu rodziców trzeba wspierać, zapraszać, wzywać: formuła wirtualnego dnia otwartego nie działa tu jak w innych szkołach… Wiecznie spóźniamy się z terminami, a rodziców trzeba ścigać. Dlatego staramy się również angażować ich, na przykład, w programy obsługi komputera”.
Szkoła dotyka wszystkich sfer życia publicznego w okolicy, tak więc nowy impuls zjednoczył instytucje, lokalne organy i społeczność: po raz pierwszy od lat w dzielnicy proponuje się inny model relacji między organami państwowymi a mieszkańcami.
„We współpracy z Fundacją Paolo Bulgari (fundacja dobroczynna skoncentrowana na ubóstwie i nierównościach edukacyjnych) organizujemy centrum wsparcia społecznego, otwarte co najmniej raz w miesiącu, aby zapewnić synergię pomiędzy placówkami państwowymi w okolicy a stowarzyszeniami”, wyjaśnia dyrektorka Scamardella. Inicjatywy te wynikają również z pragnienia, by pomóc społeczności lokalnej w wyjściu z izolacji, pomóc ludziom w odkrywaniu świata, który istnieje poza granicami Via dell’Archeologia.
Nawet wnętrza Melissa Bassi zmieniły swój wygląd, tak by dostosować się do nowej dynamiki i form nauczania. Pod okiem nowego kierownictwa codziennie odzyskuje się przestrzenie utracone przez lata. Niektóre pokoje były wcześniej zawalone śmieciami i starymi meblami, inne stały się pomieszczeniami prywatnymi. Placówka jest ogromna, ma obszerne sale lekcyjne i ciemne strefy, zapomniane na skutek niedbalstwa kolejno po sobie następujących czasowych zastępców dyrektora i klimatu ogólnej obojętności. Wcześniej, przez niedbałość i obojętność, dozorcy i personel zajmowali części kompleksu szkolnego, zmieniając miejsca publiczne w prywatne: byli tacy, którzy przynieśli piekarnik elektryczny, i tacy, którzy tam mieszkali.
„Było parę pokoi zamkniętych na klucz, być może dlatego, że woźny przejął te pomieszczenia na własność. Ale jak można przejąć przestrzeń publiczną?” – pyta Marco Fusco, kierownik działu sztuki i rysunku. Siedzimy w nowej pracowni plastycznej, zorganizowanej z pomocą uczniów. Jest to niedawno odnowiona sala lekcyjna o niebieskich ścianach i żółtych kaloryferach, obecnie wypełniona rysunkami i szkicami. Podobnie jak pracownia plastyczna, wiele innych pomieszczeń zostało dziś odzyskanych dla szkoły i społeczności. Jeszcze kilka lat temu nawet w tym dużym pokoju nauczycielskim o pomalowanych ścianach, z widokiem na wewnętrzny dziedziniec, mieścił się zakład stolarski, gdzie z sufitu padał deszcz. W międzyczasie w innym pomieszczeniu pod egidą Mario Cecchettiego ze stowarzyszenia ColorOnda z Tor Bella Monaca powstała pracownia street artu; aula obok została przekazana Museo delle Periferie (Muzeum Przedmieścia), a jeszcze inna stała się laboratorium muzycznym.
Jakby umacniając swoje miejsce w samowystarczalnym systemie, jakim jest Via dell’Archeologia, szkoła odmalowuje swoje ściany, buduje przestrzenie do integracji i tka więzi z lokalną społecznością, tak by stworzyć możliwość alternatywnej egzystencji w dzielnicy. Ale poza szkolnymi murami życie na twardym betonie wymusza na uczniach inne, ostrzejsze poczucie przynależności.

Marco Fusco, nauczyciel plastyki i rysunku w Melissa Bassi. Uczniowie Marco odzyskują nieużywane przestrzenie w szkole, przekształcając tę niegdyś opuszczoną klasę w laboratorium sztuki (Fot. Federico Ambrosini)
Dziedzictwo dzielnicy
W zeszłym roku w styczniu Maira (imię zmienione) skończyła 17 lat i odtąd nie widywano już jej w szkole. Można ją znaleźć po drugiej stronie ulicy, tuż za kompleksem szkolnym, w pustkowiu przestrzeni pomiędzy budynkami lub w półmroku przecinających je zaułków.
Ścieżka Mairy została zdeterminowana przez sąsiedztwo, na które nie ma ona wpływu. Rodzice siedzieli w więzieniu za handel narkotykami, a ona pomieszkiwała to tu, to tam. Później odebrano ją spod opieki dziadka, którego podczas niespodziewanej kontroli opieki społecznej złapano na wciąganiu kokainy. „Co robić… Czy można ją ganić? – pyta retorycznie Emiliano.
Emiliano ściga ją w labiryntach Via dell’Archeologia od co najmniej trzech lat. Maira jest jednak zaledwie w połowie jego listy. Klasa, w której uczy Emiliano, jest wiernym odwzorowaniem statystyk: „Jesteśmy jednymi z najgorszych we Włoszech, jeśli chodzi o przedwczesne kończenie nauki: średnia w Melissa Bassi wynosi 19%, wobec średniej europejskiej wynoszącej 10% i 13% krajowej. Czterech na osiemnastu uczniów odpadło – idealna średnia. W przeciągu ośmiu lat było ich zbyt wielu”. Wobec utrzymujących się strat szkolnych grupa nauczycieli oferuje dziś wsparcie uczniom zagrożonym porzuceniem nauki, współpracując również z regionalnymi placówkami służby zdrowia i służbami socjalnymi. W 2022 r. w niektórych szkołach mówi się już o wsparciu dla digitalizacji, w Melissa Bassi – po prostu o wsparciu dla uczniów.
Ale liczba osób przedwcześnie kończących naukę w Melissa Bassi to nie jest przypadek odosobniony: to migawki, które przywołują dane niektórych szkół wiejskich we Francji lub społeczną segregację na przedmieściach Paryża. Scentralizowany system edukacji stworzył tam przepaść w jakości nauczania i zasobach pomiędzy przedmieściem a zamożnymi dzielnicami, między wsią a miastem. Rezultatem jest system edukacji podzielony na dwie części, który nie spełnia swojej roli jako windy społecznej i skazuje nowe pokolenia na determinizm ich terytorialnej przynależności.

Ogród szkolny. Z pomocą lokalnych stowarzyszeń nowe kierownictwo tchnie nowe życie w szkolne przestrzenie (Fot. Federico Ambrosini)
Na całym świecie istnieje topografia społeczna, w której dysproporcje przestrzenne podważają szanse poprawy perspektyw społecznych i ekonomicznych całych pokoleń. W Londynie wskaźnik mobilności społecznej należy do najwyższych w kraju, tymczasem angielska wieś, wybrzeża i stare ośrodki przemysłowe są sparaliżowane. Tylko 10% młodych ludzi z defaworyzowanych środowisk (jak np. w miastach Hasting i Eastbourne na południowym wybrzeżu kraju) idzie na studia, w porównaniu do 50% w luksusowych dzielnicach Londynu – Chelsea i Kensington. Edukacja powinna być jednym z głównych motorów redystrybucji społecznej, zwłaszcza jeśli chodzi o szkołę podstawową i średnią. Ale jak to często bywa, dzielnice, które tego najbardziej potrzebują, to także te, w których jakość nauczania i usług szkolnych jest najsłabsza. Dla wielu jedna z pierwszych niesprawiedliwości to dostęp do wysokiej jakości edukacji. Istnieje nadzieja, że na rzymskim przedmieściu Tor Bella Monaca, podobnie jak w nadmorskich angielskich miastach Hastings czy Eastbourne, szkoła potrafi zburzyć ciężkie dziedzictwo terytorialne, które ściąga w dół kolejne pokolenia.
„Jak przekonać tych młodych ludzi? W czasach tymczasowej administracji zbierałem ich z ulicy i kazałem wracać do szkoły, bo nie widziano ich od dwóch tygodni, ale odpowiadali: „Jeśli nawet pryncypał nie chodzi do szkoły, to dlaczego ja miałbym? Zarabiam tu 150 euro dziennie<. Nie miałem na to nic do powiedzenia” – mówi Emiliano. „Ale teraz mogę coś powiedzieć, bo w szkole obowiązuje inny model”.
Na politycznym marginesie
Idąc korytarzami kolejnych pięter Melissa Bassi, ma się wrażenie, że szkoła jest w połowie pusta. Chodząc tam i z powrotem po bibliotece, Emiliano opowiada o utracie zapisów nowych uczniów: „W 2011 roku wszystkie klasy były pełne. Ale z biegiem lat tymczasowego kierownictwa szkoła zaczęła żyć z dnia na dzień i zapisy zmniejszały się. Gdyby spadały dalej, groziłoby nam, że staniemy się filią innej placówki. Byłaby to wielka strata, bo tutaj, na Via dell’ Archeologia, jesteśmy jedyną instytucjonalną twierdzą”.
Po latach spadku liczby uczniów zmiana w zarządzaniu szkołą zamortyzowała straty i teraz liczba uczniów w końcu zaczyna rosnąć. Stało się to dzięki bardziej aktywnej i wyselekcjonowanej kadrze nauczycielskiej, która nadała godzinom lekcyjnym nowe znaczenie. Chociaż rola nauczycieli pozostaje kluczowa, to cechą, która sprawia, że systemy edukacyjne są bardziej sprawiedliwe, jest umiejętność dostosowania metod nauczania do środowiska, a także większy dostęp do zasobów i usług. Te elementy często są jednak poza kompetencjami poszczególnych szkół, więc elastyczność powinna być ujęta również w ogólnokrajowym ustrukturyzowanym podejściu – nie zawsze można polegać na oświeconym kierownictwie.
Tor Bella Monaca to także peryferie w sensie polityki instytucjonalnej. Chociaż dzielnica została uznana za „obszar ryzyka” pod względem potrzeb edukacyjnych, dalsza centralizacja instytucjonalnej machiny polityki edukacyjnej nie przystaje do społecznych podziałów, z którymi boryka się wiele szkół.
„Na poziomie krajowym nie ma rzeczywistej autonomii w zakresie organizacji biur szkolnych, co jest kluczowym czynnikiem w zarządzaniu takimi sprawami, jak mianowanie wyższego personelu i przydział wakatów administracyjnych. Następnie pojawia się problem liczby nauczycieli na klasę, która często nie uwzględnia pewnych specyficznych sytuacji danej placówki. Biurokracja – która nie zawsze jest udręką i która tak czy owak musi być respektowana – narzuca warunki, które nie uwzględniają konkretnych problemów danej szkoły. A wewnętrzne zarządzanie ma niewielkie znaczenie, gdy sprawy narzucane są z góry ” – wyjaśnia dyrektorka Scamardella.

Dzieci w drodze na zajęcia muzyczne i kreatywne (Fot. Federico Ambrosini)
W rękach prozelityzmu
Emiliano siedzi pośród ławek biblioteki, tej samej, w której trzy lata wcześniej nagromadziły się rupiecie i pudła i gdzie przez trzy godziny mył jedno okno. „W ciągu ośmiu lat nauczania w tej szkole zdałem sobie sprawę, że nic nie wiem. Żeby naprawdę zrozumieć życie w tej dzielnicy, trzeba w niej żyć 24 godziny na dobę”.
W bibliotece są drzwi balkonowe, które wychodzą na dziedziniec jednego z wielu tylnych wejść do szkoły. Emiliano ma nadzieję, że pewnego dnia staną się one wejściem do nowej biblioteki dzielnicowej. „Jedną rzecz zrozumiałem: jeśli szkoła będzie otwarta aż do popołudnia, chociażby do piątej, może to pomóc rodzinom i utrzymać dzieci z dala od prawa ulicy”.
W Tor Bella Monaca polityka często ogranicza się do pustej propagandy kampanii wyborczych. Dzielnica jest na celowniku politycznego i społecznego prozelityzmu, który często podważał jakość i znaczenie polityki oraz rozwiązań, które może ona zaoferować. Ponieważ dzielnica pozostaje na uboczu politycznej troski, potencjał transformacji lokalnego środowiska wciąż pozostaje niewykorzystany, a bezpieczeństwo Tor Bella Monaca pozostaje w rękach inicjatyw oddolnych. „Widziałeś, ile tam jest terenów zielonych? Wiele można by osiągnąć, inwestując tylko w środowisko i młodych ludzi z dzielnicy” – mówi Emiliano.
W znacznej części Europy enklawy nierówności stały się siedliskiem skrajnie prawicowego populizmu. „Gminą zarządza Fratelli d’Italia (Bracia Włosi), a kiedy wybrano prezydenta, na Via dell’Archelogia świętowano to rzymskim (tzn. faszystowskim – przyp. tłum.) pozdrowieniem. I pomyśleć, że w latach 80-tych była to jedna z najbardziej komunistycznych dzielnic Rzymu. Co się wydarzyło przez trzydzieści lat?”. W miejscach takich jak Tor Bella Monaca, gdzie dominuje ubóstwo ekonomiczne, a usługi publiczne zanikły, polaryzacja polityczna i konflikt społeczny są generowane przez życie sąsiedzkie, które nie widzi już korzyści płynących z polityki i kolektywnego systemu społecznego. W taki też sposób przedmieścia stały się twierdzami skrajnie prawicowego populizmu.
W innych zaniedbanych miastach Europy, otoczonych innym krajobrazem, powoli rozwija się ten sam rytuał nierówności, napędzany pokoleniową porażką instytucji i polityki.
Wysiłki Melissa Bassi w Tor Bella Monaca opowiadają historię wielu szkół, które działają na froncie społecznym w całej Europie, w wirze nierówności, gdzie siła odśrodkowa systemu edukacyjnego walczy z dośrodkową siłą dzielnicy. To jasne, że edukacja ma zasadnicze znaczenie w tworzeniu bardziej sprawiedliwych systemów społecznych, jednak placówki szkolne na wiejskich i miejskich peryferiach Europy wymagają więcej zasobów, personelu i autonomii niż inne. Jak na ironię, często są one pomijane.
Pomimo słabego wsparcia ze strony instytucji, Melissa Bassi potrzebowała jedynie zmotywowanej kadry nauczycielskiej, kierującej się wspólną wizją, by ujawnić potencjał placówki edukacyjnej działającej w warunkach głębokiej deprywacji. Jest to dowód na to, że zapewnienie dostępu do wysokiej jakości edukacji i promowanie długoterminowych inwestycji na obszarach zaniedbanych ma zasadnicze znaczenie dla polityki niwelowania nękających Europę dysproporcji przestrzennych.
_____
Tłumaczenie: Marta Nowak, Irena Kołodziej
Fotografie Federico Ambrosini (All rights reserved)
_____
Autorzy:
Federico Ambrosini
Rozpoczynając karierę jako fotograf/twórca filmów komercyjnych, Federico Ambrosini, student prawa z Włoch, postanowił zostać reporterem, aby przedstawiać rzeczywistość zamiast pozorów.
Sofia Cherici
Sofia Cherici jest niezależną dziennikarką multimedialną i reporterką. Z tytułem magistra rozwoju międzynarodowego w Sciences Po Paris pracowała w Libii, Tunezji i Turcji w sektorze humanitarnym i rozwojowym. Urodzona we Włoszech, specjalizuje się w polityce społecznej i zagadnieniach sprawiedliwości społecznej w Europie oraz regionie Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej.
Artykuł ukazał się w Green European Journal
Rządy konkurują na światowym rynku sprzętu medycznego. Sektory publiczne są poddane presji do granic możliwości, a społeczne konsekwencje zamknięcia ludzi w domach odbijają się echem na całym świecie. Kryzys koronawirusa poddał w wątpliwość czy dominujący sposób zorganizowania społeczeństwa jest w stanie zapewnić wszystkim zdrowie i dobrobyt. W obliczu wstrząsu systemowego naczelną zasadą odbudowy powinna być odporność. Dirk Holemans wyjaśnia, co to oznacza w praktyce.
Koronawirus jest szokiem, którego się nie spodziewaliśmy, choć był zapisany w gwiazdach. Nowe wirusy, które badania naukowe wiążą z niszczeniem obszarów naturalnych, w połączeniu z modelem ekonomicznym zależnym od globalnego handlu i podróży, to tylko dwa problematyczne aspekty dzisiejszego światowego systemu. Dodajmy do tego niedbałe rządy. Według wirusologa Johana Neytsa tej pandemii można by zapobiec, gdyby 10 lat temu rządy zainwestowały w leki przeciwwirusowe.
Nadszedł czas na zmianę wzorca: od społeczeństwa lunatykującego, skupionego na zysku, konkurencji i konsumpcji do zorientowanego na przyszłość, w którym priorytetem są inwestycje, współpraca i dobre samopoczucie.
Jest to konieczne, aby uniknąć tego, co Naomi Klein nazywa „doktryną szoku”. Jak zauważyła, wolnorynkowi neoliberałowie są zawsze gotowi wykorzystać katastrofy do ograbienia państwa dla własnych interesów. A nasze społeczeństwa są przez to jeszcze bardziej wrażliwe na wstrząsy.
Wiedząc, że nadal czekają nas wstrząsy związane z klimatem, bioróżnorodnością i zaopatrzeniem w żywność, jak mogłaby wyglądać adekwatna odpowiedź na kryzys koronawirusa? Koncepcja „odporności” powinna być w niej zasadą przewodnią. Co definiuje odporność? System jest odporny, jeśli nadal działa po wstrząsie. Co więcej, elastyczny system zapobiega wstrząsom na tyle na ile tylko jest to możliwe.
Odporność to coś więcej niż tylko solidność. Chodzi o systemy społeczno-ekologiczne, które są w stanie się zreorganizować bez utraty funkcji i struktury. Jak pokazał kryzys koronawirusa, wszelka działalność człowieka zależy od systemów naturalnych i wpływa na nie. W tym sensie natura jest podmiotem. Nie można jej już postrzegać jako statycznego tła lub zasobu, który można eksploatować w nieskończoność. Jak wyjaśnia francuski myśliciel Bruno Latour, natura i kultura są ze sobą powiązane, a zatem docenianie współzależnych relacji społeczeństwa z naturą jest częścią budowania odpornego społeczeństwa.
Odporny system to taki, który jest w stanie przekształcić się, gdy zmienią się okoliczności, aby nadal świadczyć niezbędne usługi, a przy tym aktywnie antycypuje i reaguje na pojawiające się wydarzenia.
Odporność obejmuje cztery elementy: krótkie pętle informacji zwrotnej, modułowość, różnorodność i kapitał społeczny.
Pierwszy termin, krótkie pętle informacji zwrotnej, odnosi się do tego, jak szybko dostrzegamy konsekwencje naszych działań. Brak krótkich pętli informacji zwrotnych stanowi problem zarówno dla przeciwdziałania zmianie klimatu, jak i rozprzestrzeniania się nowych chorób. W obu tych przypadkach okres między działaniem przyczynowym a skutkami jest stosunkowo długi. Wiele osób słusznie zastanawia się, dlaczego nasze społeczeństwa mogą zdecydowanie reagować na koronawirusa, skoro nie udaje nam się tego osiągnąć w przypadku kryzysu klimatycznego. W końcu koronawirus i klimat są konsekwencjami tego samego systemu gospodarczego.
Zarówno w przypadku koronawirusa jak i zmiany klimatu, winowajcą jest uzależniona od wzrostu gospodarka, która coraz głębiej ingeruje w przyrodę, aby wydobywać surowce i eksploatować ziemię. Wycinanie lasów na potrzeby rolnictwa uprzemysłowionego ogranicza siedliska zwierząt, zmuszając je do poszukiwania pożywienia w osadach ludzkich. Wraz z niszczeniem ich ekosystemów nietoperze w Azji i Afryce coraz częściej wchodzą w kontakt z ludźmi. Jak podkreśla biolog Dirk Draulans, nietoperze są nosicielami wielu wirusów, na które same są odporne. Kiedy nietoperze poddawane są stresowi w wyniku niszczenia siedlisk, zwiększa się poziom wirusów w ich ciałach, które stają się bardziej zaraźliwe. Krótko mówiąc, system gospodarczy oparty na ekspansji i ekokolonializmie od dziesięcioleci niszczy przyrodę. Ale dopiero teraz, z powodu powolnych pętli informacji zwrotnej na całej planecie, jego ostry wpływ na zdrowie i klimat staje się wyraźny.
Słaba modułowość to kolejny fundamentalny problem naszego społeczeństwa. System modułowy składa się z kilku podsystemów, które nie są ze sobą nadmiernie połączone, aby były wystarczająco autonomiczne. Gospodarka oparta na globalnych łańcuchach produkcyjnych w rękach międzynarodowych koncernów jest dokładnie odwrotna. Chiny produkują obecnie około połowy masek ochronnych na świecie: jest to przeciwieństwo modułowości. Modułowość oznacza, że duże ilości masek powinny być produkowane w różnych, stosunkowo niezależnych miejscach na całym świecie. Amerykańska firma 3M, znana głównie z karteczek samoprzylepnych, ale też duży producent masek, pokazała, że to możliwe. Kiedy gospodarka się globalizowała, 3M nie zamknęło swojej spółki-matki w Stanach Zjednoczonych, tylko zbudowało dodatkowe fabryki w Chinach i Korei Południowej, które produkują na potrzeby swoich regionów, ale działają też na rynku globalnym.
Autonomiczne moduły pomagają również zapewnić wystarczające zapasy, co stanowi krytyczną słabość gospodarek neoliberalnych nastawionych na redukcję kosztów i maksymalizację zysków. Wczorajsze magazyny zostały zastąpione ciężarówkami, samolotami i kontenerowcami. Gospodarka pozbawiona buforów jest szczególnie wrażliwa na zaburzenia transportu i zamykanie granic. Jeśli podsystemy są ze sobą zbyt połączone, wstrząs może z łatwością dotknąć całego systemu. Trzeba doceniać wartość bardziej autonomicznych gospodarek o obiegu zamkniętym.
Znaczenie różnorodności jest znane w rolnictwie: rolnik, który uprawia tylko jedną roślinę, jest zagrożony plagą szkodników. Tę samą logikę można zastosować do gospodarki: jedno podejście do produkcji bogactwa – tutaj: neoliberalne podejście oparte na globalnym rynku – reprezentuje monokulturę z całym związanym z tym ryzykiem. Większe wsparcie dla etycznych przedsiębiorstw, takich jak kooperatywy energetyczne czy gospodarstwa rolne wspierane przez społeczność, może umożliwić różnorodność gospodarczą.
Wiosną 2020 r. wiele europejskich rządów odkryło, z czym się wiąże poleganie na globalnym rynku. Rząd belgijski złożył zamówienie na maski ochronne, ale został zmuszony do anulowania go, gdy dostawcy podnieśli cenę. Rząd holenderski wysłał duże ilości masek z powrotem do Chin, ponieważ ich niska jakość zagroziłaby pracownikom służby zdrowia. W międzyczasie w Brukseli, podobnie jak w wielu innych miastach, obywatele uruchamiają lokalne inicjatywy mające na celu produkcję wysokiej jakości masek. Fablabs produkuje plastikowe przyłbice niedostępne na rynku światowym. W wielu przypadkach wzrost różnorodności oznacza mobilizację elastycznych zdolności produkcyjnych. Dzięki nowym maszynom, takim jak drukarki 3D i potężne komputery, jest to dziś znacznie bardziej osiągalne niż 20 lat temu.
Często zapomina się o ostatnim elemencie, kapitale społecznym. Dotyczy to sieci społecznych w naszym społeczeństwie oraz zasobów, które mogą one wytwarzać. Kapitał społeczny okazuje się teraz niezwykle ważny: pomyślmy o samotnych seniorach lub osobach bezdomnych. Oznacza praktyczną pomoc, a także wartości takie jak solidarność i partycypacja. To ten właśnie kapitał społeczny znalazł się pod ogromną presją w ostatnich dziesięcioleciach, a teraz jest na nowo odkrywany.
Niesłychana jest zarówno liczba osób, które chcą wnieść swój wkład w aktualny kryzys koronawirusowy, jak i wachlarz podejmowanych inicjatyw. W Wielkiej Brytanii Narodowa Służba Zdrowia wezwała wolontariuszy do pomocy 1,5 milionom osób z problemami zdrowotnymi. Ponad pół miliona osób odpowiedziało pozytywnie na wezwanie, aby dostarczać leki do domów, zabierać pacjentów na wizyty lekarskie lub po prostu dzwonić, aby upewnić się, że wszystko jest w porządku. W Belgii spółdzielnia Partago, obywatelska platforma wspólnego korzystania z elektrycznych samochodów, współpracuje z Food Teams, inicjatywą, która organizuje grupy obywateli kupujących zdrową żywność od lokalnych rolników. Partago i Food Teams rozpoczęły udaną kampanię finansowania społecznego, która zachęca ludzi do przekazania w pełni naładowanej baterii elektrycznej wolontariuszom, którzy bezpłatnie przynoszą lokalne i świeże produkty do domów opiekunów osób chorych i pracowników pomocy społecznej.
Rozwijanie wszystkich tych wymiarów odporności wymaga czegoś więcej niż tylko marginalnych zmian. Globalne ocieplenie przyspiesza, a różnorodność biologiczna spada. Niech koronawirus będzie przebudzeniem, które położy kres lunatykowaniu. To wymaga zmian w naszych krajach, w Europie i na świecie. Według socjologa Dani Rodricka w pełni zglobalizowana gospodarka nie idzie w parze z polityką demokratyczną i suwerennością narodową. Rodrick proponuje skupienie się na demokratycznej polityce i suwerenności (UE może częściowo przejąć kompetencje państw narodowych), aby przeprowadzić częściową i demokratyczną deglobalizację.
Deglobalizacja nie musi przeszkadzać w wymianie pomysłów i współpracy. Na ruinach wojny w 1944 r. alianci zawarli porozumienia z Bretton Woods w celu ścisłej regulacji światowej gospodarki dla szybkiej odbudowy. Dzisiejsze liczne kryzysy – koronawirusa, klimatu i różnorodności biologicznej – wymagają regulacji społeczno-ekologicznej, która może wskrzesić nas z ruin neoliberalnego zglobalizowanego kapitalizmu. Zapewnienie dobrego życia dla wszystkich w granicach naszej planety jest już bardzo spóźnione.
Dirk Holemans jest koordynatorem belgijskiego zielonego think-tanku Oikos i współprzewodniczącym Green European Foundation
Tłumaczenie z Green European Journal: Ewa Sufin-Jacquemart
• Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
• Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Polskie państwo systemowo się wali. Staliśmy nad przepaścią, zrobiliśmy krok do przodu.
Robert Suligowski przygląda się zapaści polityki społecznej w Polsce i stawia diagnozę o upadku służb publicznych.
Barbarzyńca w zielonym ogrodzie
Świat się zmienia, a wraz z nim zmienia się polityka. To teza w równym stopniu banalna, co prawdziwa. Dogmatyczne dyskusje: liberalizm czy socjalizm donikąd już nie prowadzą. Są to dyskusje przebrzmiałe, przechodzimy do innej, nowej epoki, epoki poprzemysłowej. Emanacją tej zmiany jest Zielona Fala, która wzbiera zarówno w Europie, jak i na świecie. Zieloni dostrzegli to jako pierwsi i dlatego szukają nowych odpowiedzi, dotyczących kształtów i kierunków przemian społeczno-gospodarczych – wychodząc z holistycznej wizji świata i miejsca człowieka w tym świecie, schodzą na niższe szczeble aktywności, redefiniując je na każdym poziomie.
Zieloni vs. Barbarzyńcy
Zieloni nie są socjalistami. Przyjęcie przez Zielonych wizji i instrumentarium pojęciowego jednej z grup politycznych prowadziłoby do zupełnego zatracenia przez ten ruch waloru wyjątkowości, który pozwala spójnie mówić o tym, co nas czeka w najbliższych dekadach. Pozwolę sobie przyjąć, że w najbliższych latach czeka nas fundamentalny spór dwóch nowych ruchów politycznych. Inne – albo zmienią narrację, albo będą stopniowo schodzić ze sceny. Ale nawet ta zmiana narracji nie da im tej wiarygodności, którą będą miały dwa nowe ruchy polityczne: zielony – holistyczny, bazujący jednak na wolności, prawach człowieka, ekologii i solidaryzmie społecznym, i kształtująca się jako kontra „Międzynarodówka Barbarzyńców” – szereg różnych, z pozoru niepowiązanych ze sobą politycznych ruchów, dla których wspólnym mianownikiem jest egoizm i bazowanie na niskich instynktach. Dla jasności: piszę tu o cynicznych liderach politycznych, nie o ich elektoracie.
Ta druga, oparta na wspomnianym egoizmie, negacji antropogenicznego charakteru zmian klimatu, nietolerancji, wykluczeniu i „ekskluzywności” (w przeciwieństwie do zielonej inkluzyjności) dopiero się formuje. Na razie ma wiele twarzy – Trumpa, Johnsona i Farage’a, Kaczyńskiego, Bolsonaro, Orbana, AFD, Le Pen i wielu innych, z których część dopiero zaczyna stawiać swoje pierwsze polityczne kroki. To jest również powrót do nacjonalizmów i militaryzmu, do bezwzględnego wykorzystywania środowiska dla własnych potrzeb. W przedziwny sposób wplatanie w język kierowany do grup marginalizowanych, z dolnych szczebli społeczeństwa, polityki de facto wymierzonej właśnie przeciw tym grupom, głuchej na ich interesy.
Moim zdaniem przez kolejne dekady oś politycznego sporu będzie się obracać wokół tego konfliktu. Zaostrzające się zmiany klimatu i pogarszające warunki życia, dostęp do wody i innych surowców, narastające fale migracji, będą ten spór zaostrzać. Konflikty zbrojne są w to wpisane niemal z definicji. To będzie klasyczna walka dobra ze złem, humanizmu z egoizmem.
Jestem tu pesymistą. Zwycięży egoizm – a za nim filozofia wykluczenia i niedopuszczania do swoich zasobów osób z zagrożonych terenów. To już widać, choćby na przykładzie głosowania establishmentu UE w sprawie ratowania uchodźców. To będzie jedna z linii pęknięcia aktualnej sceny politycznej (to pęknięcie już istnieje) – absolutnie nie będzie to wyłącznie pęknięcie na linii lewica/prawica czy liberalizm/centralizm (etatyzm). To raczej będą pęknięcia według fundamentalnie etycznych postaw. Ruch migracyjny będzie postępował z globalnego Południa na globalną Północ. Wśród imigrantów dominować będą osoby o światopoglądzie konserwatywnym, często związane z islamem. Tu widzę ogromne pole do współpracy pomiędzy dzisiejszymi konserwatystami a częścią Lewicy, którą najbardziej przerażać będzie wizja przyjęcia osób o bardziej tradycyjnym światopoglądzie. Zakładam, że duża część „wielkiego biznesu” będzie chciała ratować się przed koniecznym regulacyjnym podejściem. Dotyczy to w równym stopniu firm przemysłowych, jak i tych wydobywczych, ale także tych internetowych. W tym kontekście krytykowana współpraca Facebooka czy innych gigantów globalnego internetu z „korporacją Trumpa” nie może dziwić. Przerażenie Prezesa H&M, który twierdzi, że „ograniczanie konsumpcji to wielkie zagrożenie społeczne”, jest doskonałym przykładem tego, że nawet w progresywnych i świadomych ekologicznie społeczeństwach, takich jak Szwecja, pojęcie społecznej odpowiedzialności biznesu to na razie tylko unik przed prawdziwą odpowiedzialnością za losy globu.
Dlatego dalsze ścieranie się na temat koncepcji klasowych czy spór o Balcerowicza jest bez sensu. Należy budować wspólną narrację, przemawiającą do osób o światopoglądzie i liberalnym, i lewicowym, i centrowym, w tym także na przykład do progresywnych katolików. Punktem wyjściowym tej narracji mają być zielona diagnoza problemów, a następnie logiczne propozycje ich rozwiązania. Część z tych propozycji, przykładowo dekarbonizacja, „zero waste”, gospodarka obiegu zamkniętego, będzie trafiać do najszerszej części wolnościowego elektoratu.
Siłą rzeczy w ramach szeroko pojętego zielonego ruchu pojawiać się będą kwestie, co do których nie będzie jedności i będą one przedmiotem „frakcyjnych” dyskusji, konieczne okaże się zawieranie kompromisów. Takimi sprawami będzie choćby podejście do własności prywatnej czy kwestia koncernów. Część osób będzie postulować budowę systemów regulacyjnych. Część uzna, że najlepszą drogą jest jakaś forma upaństwowienia prywatnej własności. Ja osobiście zawsze będę przeciwnikiem wchodzenia przez państwo jako właściciela w gospodarkę. Będę natomiast zwolennikiem głębokiego wsparcia różnych struktur społecznych, spółdzielni, kooperatyw, struktur rzemieślniczych, i tym podobnych. Nie ma dziś jeszcze regulacji sprzyjających rozwojowi takich form, co z kolei blokuje oddolne działania, które w sposób uspołeczniony i ekologiczny mogłyby współtworzyć nową gospodarkę, opartą na zrównoważonym rozwoju, bardziej sprawiedliwym podziale dóbr i ograniczeniu konsumpcji nowych towarów poprzez powstawanie nowych form wytwórczości, jak np. upcykling, czy odbudowę usług naprawczych.
„Polityk – barbarzyńca jest istotą bazującą na najniższych instynktach, takich jak strach, zawiść, chciwość. Barbarzyńca ma w nosie systemowe rozwiązania, liberalne czy socjalne tu i teraz. Liczy się maksymalizacja zysków politycznych – po nas choćby potop. To nie jest żaden turboliberalizm, wbrew temu, co twierdzą niektórzy autorzy. Nie, to jest po prostu zło. W czystej postaci.”
Zmierzch klasycznego klasizmu
Tkwimy w sporze klasowym: robotnicy/chłopi/inteligencja/klasa średnia. Jest to w nas tak wyryte, że przestaliśmy dostrzegać gwałtownie zachodzące zmiany w strukturze społeczeństwa. Robotnicy, pracownicy handlu i usług zaczęli zarabiać coraz lepiej. Pensje w sektorze prywatnym od długiego czasu rosną. Pracownicy dyskontów czy robotnicy budowlani, niedawny prekariat, kiedyś bez szans na kredyt, jest dzisiaj mile widzianym klientem instytucji finansowych.
Podobnie w rolnictwie – mit upadającego gospodarza nie jest już prawdziwy. Rolnik, który utrzymał swoją ziemię i ją uprawia, m.in. dzięki wspólnej polityce rolnej, nie tylko zarabia na utrzymanie, ale jest właścicielem wymiernego majątku, który może być przedmiotem zabezpieczenia i daje szansę na pozyskanie kapitału inwestycyjnego. To, czego brakuje w rolnictwie, to systemowe wsparcie dla spółdzielni i kooperatyw (maksymalnie odformalizowanych) w zakresie produkcji (w tym parki maszynowe), przetwórstwa i zbytu płodów rolnych, produkcji i zbytu energii. Z maksymalnym wsparciem dla rolnictwa ekologicznego.
Po cichu powstaje nowy prekariat. Krytykowany z pozycji lewicowych „kapitał”, szczególnie ten większy, potraktował człowieka jak wartość, o którą należy dbać. Zarówno poprzez pensje, jak i poprzez poprawę warunków pracy czy poprzez socjalne benefity. Natomiast państwo traktuje swoich pracowników literalnie jako sługi – jak pan zwykł był traktować pańszczyźnianych chłopów. Przepełniona etosem i poczuciem misji służba państwu przy milczącej akceptacji społeczeństwa przekształca się w nowoczesne niewolnictwo. Przejawem tego traktowania jest sytuacja, w której w pełni świadomie od stycznia br. pensje minimalne szeregu grup zawodowych (nauczyciele, zawody medyczne, urzędnicy, pracownicy cywilni służb mundurowych, pracownicy sądów i prokuratur) chyba po raz pierwszy będą wynosić poniżej minimalnego wynagrodzenia. Nie dotyczy ich 2.600 złotych brutto płacy minimalnej, zaordynowanej przez Prezesa Kaczyńskiego? Otóż nie, bo ich pensje regulowane są odrębnymi przepisami. Młody nauczyciel czy fizjoterapeuta zarobi mniej, niż sprzątaczka po szkole, zatrudniona przez firmę zewnętrzną. Inspektor nadzoru budowlanego, lekarz powiatowej inspekcji weterynaryjnej, strażak, nauczyciel mianowany zarobią mniej, niż zatrudniony na okres próbny kasjer w dyskoncie. To powoduje konieczność natychmiastowego przewartościowania myślenia o celach, które możemy/musimy osiągnąć. Praktycznie nikt nie zauważył, że pensje w budżetówce zeszły z okolic wynagrodzenia średniego w okolice minimalnego. Nadgodzin się nie płaci, nadgodzin się wymaga. Budżetówka zamieniła się z „kapitałem” na miejsca, jeśli chodzi o wyzysk pracownika. Taki maksymalny, jeżeli spojrzeć na np. ilość zgonów lekarzy w miejscu pracy z przepracowania. I nagle pracownik MOPS staje się niemal z automatu klientem MOPS.
Zapaść państwa
Pytanie o potencjalne skutki zachodzących zmian nie ma sensu. Te skutki już odczuwamy. Pierwszy, zasadniczy, to odejścia pracowników (zarówno tych w wieku produkcyjnym, jak i tych, którzy uzyskali uprawnienia emerytalne) i brak zastępowalności. Powoli zauważamy to w szkołach (np. pani od matematyki, która „po prośbie” wróciła z emerytury na pełen etat), ale przede wszystkim w służbie zdrowia (średni wiek pielęgniarki ok. 60 lat, 25 % lekarzy jest w wieku emerytalnym). Potencjalni następcy albo migrują do sfery usług niepublicznych, albo emigrują z Polski. Przekroczyliśmy punkt zwrotny i przed nami już tylko przepaść. Widzimy to w szkole czy w szpitalu. Bo to usługi „na wierzchu”, tych słabości nie sposób ukryć. Ale mamy dziesiątki przykładów z innych miejsc, z którymi styczność jest rzadsza, a których dysfunkcyjność pogrąża całe państwo. Przykładowo: pozwolenia na pracę wydawane nieraz po dwóch latach od złożenia wniosku, w sądach wysłanie podpisanego pisma przez Sąd Rejonowy dla Warszawy – Mokotowa trwa trzy miesiące, a na interwencyjne skontrolowanie przez WIOŚ nielegalnego składowiska (które stanowi zagrożenie dla wrocławskiego lotniska) czekamy 7 miesięcy. Nadzór budowlany działa już tylko interwencyjnie. Z ASF na oślep „walczą” myśliwi. A przemycane tygrysy od śmierci „na bezduszność” służb weterynaryjnych na granicy polsko-białoruskiej ratuje wbrew systemowi dyrektorka ZOO w Poznaniu. Reasumując: rozkład państwa jako organizmu, rozkład struktur administracji, państwo teoretyczne. Zapaść usług publicznych. To przekłada się na wiele warstw naszego życia, również na samo przeżycie. Liczbę ofiar smogu znamy (ok. 45.000 zgonów rocznie). Poznaliśmy nową liczbę: 30.000. To ofiary niedostatecznej opieki zdrowotnej. Wiemy też o 3.000 ofiar wypadków rocznie. I o absolutnym sobiepaństwie, jeżeli chodzi o bezpieczeństwo w ruchu drogowym. Ilość fotoradarów jest tragikomiczna, Inspekcja Transportu Drogowego nie potrafi nawet rozesłać mandatów (pomimo ustawienia urządzeń, dopuszczającego przekroczenie prędkości nawet powyżej 20 km/h) – braki kadrowe. Czyli bezkarność.
To zjawisko zapaści jest nowe. Jest wprost powiązane z szybkim wzrostem wynagrodzeń w sektorze prywatnym przy równoczesnym braku reakcji władz w postaci wzrostu płac w sferze budżetowej. Jednocześnie obserwujemy ogromny wzrost świadczeń redystrybucyjnych. Jest to działanie z premedytacją. A przecież pensje to nie wszystko. Pilnie konieczne są nakłady w infrastrukturę sfery budżetowej.
Prywatyzacja z plasterkiem miodu
Jako osoba, której często zarzuca się neoliberalne podejście, jestem w dziwnej sytuacji, ponieważ krytykuję rzekomo socjalną politykę rządu PiS, a jednocześnie zarzucam mu likwidację państwa opiekuńczego i prywatyzację usług publicznych. Dla jasności: jestem zwolennikiem „Kindergeld” – świadczeń rodzinnych, związanych z posiadaniem dziecka, niezależnych od dochodów. Jednak z uwzględnieniem podstawowej kwestii: jaki jest koszt alternatywny (z języka niemieckiego „Oportunitätskosten” – koszty oportunizmu) takiego świadczenia, tj. z czego musimy zrezygnować, aby takie świadczenia sfinansować i czy nas na ten koszt stać. Dzisiaj mamy jasną odpowiedź, że nie. Zsumowana wartość świadczeń 500+ to ok. 45 miliardów rocznie, całej piątki Kaczyńskiego, to ok. 75 miliardów. Już samo 500+ to 11% udziału w wydatkach budżetowych. Skądś trzeba było je wziąć. Wzięto częściowo ze zwiększonych dochodów budżetowych. Ale przede wszystkim z zaniechanych wydatków.
Oczywiście nikt nie powiedział, że redystrybucja ma być zamiast państwa opiekuńczego. A taki jest efekt. Edukację już kupujemy (czy to w formie szkół prywatnych, społecznych, czy korepetycji). Większość posiada już w tej czy innej formie ubezpieczenie, pakiet medyczny lub po prostu w razie potrzeby wykłada z własnej kieszeni. Teraz naprawdę się amerykanizujemy. Odcinamy szanse na awans społeczny. Odcinamy szanse na życie i zdrowie. Odcinamy szanse na budowę klasy średniej i łatwość przechodzenia z jednej do innej grupy społecznej. Gwałcimy fundamenty polskiej konstytucji. Również w odniesieniu do tej materii konstytucja umiera po cichu.
W zamian dostaliśmy plasterek miodu na osłodę. Albo plasterek na ranę. Ułudę. Nie neguję absolutnie realnej potrzeby pomocy finansowej osobom rzeczywiście potrzebującym. Nie rozumiem, jaki jest jednak cel finansowego „flat rate” w świadczeniach, jeżeli efektem tego „flat rate” jest rezygnacja z pełnienia przez państwo podstawowych zadań, jak dbanie o zdrowie, edukację, czy bezpieczeństwo. Przecież na korytarzach SOR i wskutek braku dostępu do świadczeń zdrowotnych umiera co roku ok. 30.000 osób. Trzynasta emerytura, kierowana jako 800+ do zamożnego emeryta, trafia w próżnię. Włożona do systemu mogłaby spowodować miesięczną sowitą podwyżkę dla pielęgniarki. To może ją utrzymać w systemie. Podobnie źle zaadresowane jest np. 500+ dla mnie. W sumie 1.000 złotych miesięcznie. Skierowane do młodego nauczyciela, pozwoliłyby mu pokryć koszt wynajmu kawalerki. To są bardzo proste zależności w nadal bardzo biednym państwie.
Musimy pogodzić się z tym, że nie mówimy o likwidacji łóżek w szpitalu na Banacha, likwidacji ginekologii w Zakopanem, zapaści polskiej psychiatrii, problemach ze smogiem, mafią śmieciową, kłopotami polskiej szkoły. Nie, mówimy o zapaści polskiego państwa. Likwidacji i prywatyzacji usług publicznych. Nieprzypadkowej, systemowej, celowej, bezpardonowej.
A te wszystkie plusy to są takie „ciumki” – lizaki, plasterki. Nie mamy na podwyżki, ale dajemy 500+ nauczycielom. Przecież mogą po nie sięgnąć (jak twierdził minister Szczerski). To jest realizacja metodą albo/albo. Zresztą inaczej być nie mogło, jeżeli „redystrybucja+” wprowadzana jest gwałtownie, w wymiarze niemal 18% dochodów budżetowych.
Co dalej?
Skąd naraz takie skoki: globalni barbarzyńcy, uchodźcy, dysfunkcjonalny NFZ? Bo to się spina klamrą w całość. Polityk – barbarzyńca jest istotą bazującą na najniższych instynktach, takich jak strach, zawiść, chciwość. Barbarzyńca ma w nosie systemowe rozwiązania, liberalne, czy socjalne tu i teraz. Liczy się maksymalizacja zysków politycznych – po nas choćby potop. To nie jest żaden turboliberalizm, wbrew temu, co twierdzą niektórzy autorzy. Nie, to jest po prostu zło. W czystej postaci. Brak jakichkolwiek ludzkich odruchów. To brak reakcji Trumpa na tragedię Kurdów, których wykorzystał i porzucił z premedytacją na pastwę dżihadystów i tureckich siepaczy. To brak reakcji nas, Europejczyków, na tragedię Afrykanów tonących na bieda-łódeczkach i pontonach przy naszych luksus-plażach. Rządu PiS, który ma gdzieś te zgony smogowe, te SOR-owe, te wypadkowe. Tych ok. 80.000 śmierci rocznie. Bezsensownych, łatwych do uniknięcia. Liczy się co innego: szybki, skapitalizowany zysk polityczny, niezależnie od kosztów.
Żyjemy w warunkach periculum in mora – niebezpieczeństwa w zwłoce. Niestety, polski mainstream kontynuuje błazenadę. Niewielu potrafiło zauważyć, że porażka pierwszej kadencji PiS ma szansę przerodzić się w katastrofę. Że mogą zajść procesy nieodwracalne. Nieodwracalne w tym sensie, że odbudowa fundamentów państwa zajmie lata. Wykształcenie, odbudowa kadr, hierarchii, procedur w takich sferach działalności państwa jak edukacja, zdrowie, wymiar sprawiedliwości, bezpieczeństwo publiczne. Odbudowa infrastruktury. Odbudowa pozycji Polski w Europie i na świecie. Przywrócenie wiarygodności. Wreszcie to, co nieodwracalne naprawdę, to świadoma, obliczona na szybki „zysk” destrukcja środowiska. Przywracanie służb publicznych do ładu zajmie wiele lat. Przyroda do względnej regeneracji potrzebuje dekad.
PiS jak „trybun ludowy” wyznacza „ambitny”, absurdalny cel i brnie do niego, mimo całej tragikomiczności tego procesu. Tu choćby planowa destrukcja Puszczy Białowieskiej, przekop Mierzei Wiślanej, budowa absurdalnie nieopłacalnych bloków węglowych czy walka z wiatrakami „bo mogą komuś spaść na głowę”. Bo tak. Tak samo działa Trump, czy Johnson. Oni nie zważają na konsekwencje swojego działania. Chodzi o to, żeby ta nasza fiksacja stała się takim koniem na biegunach dla całego społeczeństwa. Misiem, z którego będzie mogło być dumne. Miś będzie zbudowany na fundamentach niskich instynktów – zawiści, złości, zazdrości, niechęci do obcych. Jak Brexit, mur na granicy z Meksykiem czy wyrąb Amazonii.
Dlatego musimy zdać sobie sprawę, że te nasze wszystkie „doczesne” spory o konserwę, neoliberalizm, socjalizm, etc. w obliczu zagrożenia katastrofą klimatyczną z jednej strony, z drugiej marszu Barbarzyńców, którzy tę katastrofę tylko przyspieszą, są ulotne i nieistotne. Pokonanie Barbarzyńców i trafienie do ich elektoratu jest kluczowe. Musimy tu mówić wieloma językami. Musimy zapomnieć na chwilę o baśni o złym wilku Balcerowiczu i jego wnuku Schetynie. I o wielu innych bajkach. Musimy postawić naszą diagnozę i zaproponować leczenie. Powiedzieć jasno: polskie państwo zachowuje się wobec urzędników coraz częściej gorzej niż Amazon wobec pracowników magazynu. Polskie państwo się rozkłada. Systemowo się wali. Jest niszczone z premedytacją. Do tego będziemy potrzebować całej opozycji i części dzisiejszego obozu PiS, która te procesy również dostrzega i z którymi mniej lub bardziej dosadnie się nie godzi. Jeżeli nie uda nam się zwyciężyć, za rozkładem struktur państwa podąży rozkład struktur społeczeństwa i upadek naszej cywilizacji. Barbarzyńca w naszym ogrodzie demokracji skasuje tę naszą naturalną harmonię. On wytnie drzewa i krzewy, zniszczy alejki i kwietniki. Wyłoży polbruk, rozłoży trawę z rolki i posadzi równo tuje. Stworzy harmonię pozorów.
Robert Suligowski – radca prawny, absolwent Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytetu Europejskiego Viadrina we Frankfurcie nad Odrą i Uniwersytetu w Uppsala (Szwecja). Działacz Partii Zieloni.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Wraz z pierwszą rewolucją przemysłową i towarzyszącym jej w ostatnich 200 latach wzrostem populacji ludzkiej istotnie wzrósł również nacisk człowieka na środowisko.
Przejście na tory zrównoważonego rozwoju wymagać od nas będzie nowych wzorców produkcji i konsumpcji. Zmiany te siłą rzeczy będą mieć wpływ zarówno na politykę ekonomiczną, jak i społeczną.
Zrównoważony rozwój to – wedle najpopularniejszej definicji, zaprezentowanej w latach 80. XX wieku w raporcie „Nasza wspólna przyszłość” Komisji Brundtland – rozwój, w którym zaspokajanie potrzeb obecnie żyjącego na ziemi pokolenia, nie ogranicza szans przyszłych pokoleń na cieszenie się analogiczną jakością życia.
Holistyczne podejście
W politycznej praktyce oznacza to m.in. odejście od silosowego podejścia do świata i dostrzeżenie fundamentalnych powiązań między kwestiami ekonomicznymi, społecznymi i ekologicznymi. Tak, jak realizacja aktywnej polityki społecznej umożliwia rozwój gospodarki i ograniczanie negatywnych zjawisk, takich jak nierówności społeczne, tak dobrostan ziemskich ekosystemów jest niezbędny do funkcjonowania dwóch pozostałych systemów.
Dbałość o środowisko nie jest zatem czymś dodatkowym, na co stać wyłącznie najbogatsze kraje świata. Jest fundamentem rozwoju lokalnych i globalnej gospodarki oraz społeczeństwa, a jego lekceważenie koniec końców kończy się ponoszeniem dodatkowych, niemałych kosztów społecznych i ekonomicznych – od inwestowania w walkę ze smogiem w Chinach po ponad 45 tysięcy przedwczesnych zgonów, związanych z zanieczyszczeniem powietrza w Polsce.
Świadomość tego faktu kieruje m.in. działaniami Organizacji Narodów Zjednoczonych. W 2015 na jej Zgromadzeniu Ogólnym przyjęta została Agenda 2030, wraz z zawartymi w niej Celami Zrównoważonego Rozwoju.
17 celów kierować ma działaniami rządów na całym świecie, prezentując szeroką paletę pomysłów na budowę bardziej przyjaznego dla ludzi i środowiska świata. Na równej stopie postawiono tam działania na rzecz ochrony zdrowia, wspierania dostępu do wysokiej jakości edukacji, równości płci, budowy środowiska innowacji na rzecz walki z klimatem czy ochrony bioróżnorodności.
Reformy czy rewolucja?
Realizacja polityki zrównoważonego rozwoju w praktyce mierzyć się musi z szeregiem wyzwań, związanych ze sprawiedliwym społecznie i ekologicznie przekształceniem wzorców produkcji i konsumpcji. Ograniczenie emisji gazów cieplarnianych wymaga przyjrzenia się temu, w jaki sposób podróżujemy, jak bardzo „zielona” jest trafiająca do nas energia, a nawet temu, co jemy, jako że ślad ekologiczny produktów roślinnych jest z reguły znacząco niższy niż mięsa i innych produktów pochodzenia zwierzęcego.
Myślenie w tego typu kategoriach inspiruje szeroką gamę rozważań o relacjach człowieka ze środowiskiem. Dla niektórych niezrównoważone używanie zasobów naturalnych możliwe jest do korekty za pomocą narzędzi rynkowych, regulacji bądź podatków. Dla innych dotychczasowy, oparty na wzroście gospodarczym model gospodarczy jest niemożliwy do pogodzenia z ograniczeniami ekosystemowymi, co wymagać od nas będzie porzucenia paradygmatu wzrostu jako takiego.
Zauważalna – szczególnie po wybuchu na przełomie roku 2007 i 2008 globalnego kryzysu ekonomicznego – praca intelektualna na rzecz łączenia kwestii ekologicznych ze społecznymi oraz gospodarczymi powoli przynosić zaczyna rosnącą świadomość tego, że sprawiedliwość społeczna i ekologiczna muszą iść ze sobą w parze i że jedna nie jest ważniejsza od drugiej.
Pierwszym tego przykładem była – rozkwitła niedawno na nowo w Stanach Zjednoczonych – idea Zielonego Nowego Ładu, czyli inwestowania w ekologiczną transformację gospodarki poprzez m.in. stawianie na odnawialne źródła energii, transport publiczny czy efektywne energetycznie budownictwo. Z koncepcją tą powiązane jest tworzenie wysokiej jakości, lokalnych, zielonych miejsc pracy.
Wyzwania na lata
W wypadku dalszej integracji polityki ekologicznej ze społeczną i gospodarczą pojawiają się również pytania o jej redystrybucyjny charakter. Ważnym postulatem ruchów ekopolitycznych przez lata było przesuwanie środka ciężkości z opodatkowania pracy na podatki od kapitału i konsumpcji. Szczególnie w tej ostatniej kwestii kluczowe staje się jednak pytanie o to, w jaki sposób przeprowadzić tego typu reformę, by jej kosztami obarczyć trucicieli, a nie najsłabszych członków społeczeństwa.
Istotną rolę odgrywać tu może aktywna polityka społeczna, nakierowana na poprawianie jakości życia, walkę z nierównościami oraz obniżanie kosztów życia.
Eksperymenty z taryfami socjalnymi za energię czy darmowym transportem publicznym są przejawami przechodzenia do myślenia o polityce społecznej i ekologicznej jako sposobie na dekomodyfikację dóbr wspólnych są tu przykładem na integrowanie tych dwóch polityk – podobnie, jak inwestycje w termomodernizację budynków, poprawiające jakość powietrza, zmniejszające koszty systemu zdrowotnego oraz generujące nowe miejsca pracy.
Idea dóbr wspólnych (commons) staje się dla niektórych inspiracją o myślenia o bardziej partycypacyjnym charakterze usług publicznych – jego przejawem są dziś ruchy na rzecz rekomunalizacji sieci ciepłowniczych czy wodociągów, domagające się udziału reprezentantów lokalnej społeczności w organach decydujących o polityce lokalnych spółek i instytucji czy promowanie partnerstw publiczno-społecznych w miejsce partnerstw publiczno-prywatnych.
Kierunek? Przyszłość!
Wspomniane działania na rzecz budowy zielonej gospodarki będą szczególnie ważne dla dawnych i obecnych regionów przemysłowych – w szczególności rejonów wydobycia nieodnawialnych paliw kopalnych. Ich transformacja wymagać będzie żywego dialogu z lokalnymi społecznościami, dostarczania im wiedzy oraz środków na rzecz rozwijania innowacyjnego, zielonego przemysłu czy wysokiej jakości usług publicznych.
Tego typu pakiet działań daje również szansę na rozwój obszarów wiejskich dzięki powstawaniu spółdzielni energetycznych, stawiających na źródła odnawialne, czy inwestowanie w transport zbiorowy, zapobiegające ich wykluczeniu komunikacyjnemu.
Ważnym pytaniem na najbliższe lata – również pod kątem wyzwań, związanych z rosnącą cyfryzacją i robotyzacją – staje się kwestia minimalnego dochodu gwarantowanego, a więc powszechnego świadczenia, wypłacanego każdej i każdemu z nas, które może być finansowane m.in. z podatku węglowego. Ma ono dać nam wszystkim poczucie bezpieczeństwa, zapewnić pewien podstawowy poziom życia, a także umożliwić realizację bliskiej ekopolitycznemu punktowi widzenia zasady autonomii i samostanowienia.
Wspomniane powyżej kwestie – w związku z dynamicznym rozwojum sektora zielonej gospodarki z jednej, a także coraz krótszym czasem na zapobieżenie wymknięciu się globalnego klimatu spod naszej kontroli z drugiej strony – przestają być jedynie teoretycznymi zagadnieniami. Istnieje olbrzymie prawdopodobieństwo, że będą one istotnymi elementami politycznych sposób w zbliżającej się dekadzie.
Świadomość tego faktu może pomóc zarówno politykom społecznym, jak i środowiskom ekologicznym w tworzeniu spójnej wizji zmian, w których sprawiedliwość społeczna i ekologiczna realnie – a nie tylko deklaratywnie – iść będą ze sobą ramię w ramię.
Artykuł powstał na potrzeby spotkania, poświęconego relacji między zrównoważonym rozwojem a polityką społeczną, zorganizowanego przez Fundację ICRA.
Dziękujemy Fundacji za zgodę na wykorzystanie materiału i zapraszamy na dyskusję, która odbędzie się 28 marca o 18.00 w warszawskim Centrum Szkoleniowym Sienna (Sienna 73).
W samorządach z ust do ust podawana jest pewna historyjka. Otóż staruszka / beneficjentka 500+/ niepełnosprawny / bezrobotny (wybierz aktualnie pasujące do sytuacji) przychodzi po zasiłek do lokalnego ośrodka pomocy społecznej, po czym porzucając kule /wózek / dowolny inny sprzęt wsiada do nowego Mercedesa /BMW /Audi / Bentleya (wybierz według granic swojej wyobraźni) i odjeżdża z piskiem opon.
Ten dowód anegdotyczny ma posłużyć we wzajemnym utwierdzaniu się, że system pomocy społecznej w Polsce jest nadużywany na każdym kroku, a mieszkańcy to generalnie sprytni wyłudzacze. Kiedy zapytasz, jakiego koloru był samochód, otrzymujesz zwykle odpowiedź, że właściwie widział to kolega, żona lub daleki wujek.
Podobno istnieje mechanizm, który sprawia, że ludzie stojący niżej w jakiejś hierarchii mają tendencję do racjonalizowania decyzji władz lub swoich przełożonych. Potrzebne jest nam poczucie, że osoby, które rozstrzygają w ważnych sprawach, robią to rozważnie na podstawie pogłębionej wiedzy. Tymczasem badanie przeprowadzone w 2007 r. przez Phila Daviesa udowadnia, że dla decydentów dowody naukowe są najmniej ważne i jako źródła zajmują ostatnie miejsce po opiniach otoczenia, konsultantów, lobbystów, przekonaniach politycznych, źródłach medialnych czy internetowych, miejskich mitach, a nawet po osądach taksówkarzy, którzy zwykle są dla nich jedynymi dostępnymi przedstawicielami tzw. ludu.
Zaczynając trzy lata temu pracę w samorządzie, byłam klasycznym przykładem pierwszego opisanego mechanizmu. Wydawało mi się, jeśli niektóre decyzje władz lokalnych są złe, to być może nie do końca znam dane i okoliczności, na jakich były oparte. Lub też po prostu muszę dostarczyć nowych obiektywnych badań i analiz, żeby decyzje te były lepsze. Podczas podróży przez struktury administracji lokalnej przekonałam się jednak nie raz boleśnie o prawdziwości badań Daviesa. A także o tym, że staruszka uciekająca z zasiłkiem w Bentleyu jest często o wiele ważniejszym dowodem niż dwustustronnicowy raport badawczy.
Poprzeczka coraz wyżej
Nie wpadajcie jednak w pesymizm. Oczywiście urzędnicy mający jakiś kontakt z rzeczywistością są raczej odporni na dowody anegdotyczne, a to oni są solą samorządu i wypracowują większość racjonalnych decyzji, dzięki którym to wszystko jeszcze jakoś się kręci. Również wiele polityk samorządowych w Polsce opartych jest na rzetelnej wiedzy popartej badaniami, choć giną one w morzu strategii typu co-mi-się-zamarzy i jeszcze częstszych programów typu kopiuj – wklej. Zwykle miasta nie przywiązują szczególnej wagi do dokumentów strategicznych i traktują je jako PR-owe świecidełka z logiem drogiej firmy konsultingowej (jak np. Masterplan Nowego Centrum Łodzi) lub nudne i powtarzalne spełnienie ustawowego obowiązku, czego smutnym dowodem jest większość programów profilaktyki i rozwiązywania problemów alkoholowych.
Jednak rzeczywistość nie stoi w miejscu i to, co było jeszcze wystarczające dziesięć lat temu, dziś nie spełnia swojego zadania. Nie tylko dlatego, że pojawiają się nowe wyzwania w różnych dziedzinach, jak choćby coraz powszechniejsze uzależnienia krzyżowe czy rozlewanie się miast. Poprzeczkę podnoszą też sami mieszkańcy, oczekując, że szczytne strofy zapisane w strategiach przełożą się na codzienną jakość ich życia, a nie na kolejne stadiony czy estakady. Stąd rośnie rola obszaru zarządzania miastami, który nazywamy potocznie polityką społeczną. Małą i jak najbardziej pozytywną rewolucję w jej zakresie zrobiła wprowadzona ponad rok temu ustawa o rewitalizacji. I warto przyjrzeć się, jaką.
W Okopach Świętej Trójcy
Strategie i programy dzielą się na obowiązkowe i nieobowiązkowe. Tych pierwszych wymagają ustawy, drugie gminy tworzą wedle ambicji czy potrzeby. Do pierwszych należy Strategia Rozwiązywania Problemów Społecznych, którą obowiązkowo każdy musi mieć. Ustawa o pomocy społecznej, która tego wymaga, prócz ram formalnych (diagnoza, cele, finanse, wskaźniki) nie określa ani ich zakresu, ani też nie wymaga żadnej innowacji w podejściu do nowych wyzwań. Dlatego większość tego typu dokumentów jest biernym spisem obowiązkowych działań, jakie miasto X podejmuje w zakresie ubóstwa, bezdomności, bezrobocia, przemocy czy pieczy zastępczej.
Już sama nazwa tej strategii kieruje na rozwiązywanie problemów, a nie jakiekolwiek zapobieganie im. Sprawy społeczne są ograniczone do katalogu działań pomocy społecznej, co wzmacnia jeszcze gettoizację tematu. Takie podejście karmi też upiora polskiej administracji – silosowość, która sprawia, że według słów klasyka nie tylko państwo, ale i miasta w Polsce istnieją tylko teoretycznie, bo działają tylko fragmentami broniącymi niepodległości jak Okopy Świętej Trójcy. Inwestycje sobie, mieszkaniówka sobie, lokalny ośrodek pomocy społecznej sobie – byle mieć spokój w ramach własnych zadań i budżetu, a każda współpraca to ryzyko naruszenia status quo.
Że problem ma długą historię, świadczy „Analiza strategii rozwiązywania problemów społecznych” z 2008 r.: „powyższe dane uprawniają także do zadania pytania, czy są to dokumenty, które można nazwać strategiami, czy są tylko próbą doraźnego reagowania na dokuczliwe, obecne w danej chwili problemy danej społeczności.” (Lipke, Hryniewska, Instytut Rozwoju Służb Społecznych). A o ich skuteczności zazwyczaj można się przekonać wychodząc sto metrów poza budynek ratusza, gdzie oko wprawnego obserwatora odnajdzie w mig typowy zestaw butelek, torebek po białym proszku i zużytych prezerwatyw.
I być może wszystko byłoby po staremu, gdyby nie ta „cholerna rewitalizacja”. Otóż parę lat temu ministerialni specjaliści od urbanistyki i rozwoju zauważyli, że pomimo intensywnych nakładów na sferę socjalną, w miastach uporczywie utrzymują się skoncentrowane ogniska problemów społecznych powiązanych z innymi oznakami kryzysu: zrujnowaną zabudową, brakiem potrzebnych funkcji, zanieczyszczeniem czy fatalnym stanem gospodarki. I choć ich ministerialnym kolegom od pracy i polityki społecznej wszystko zgadzało się w tabelkach sprawozdań, to właśnie w resorcie rozwoju (potem połączonym z infrastrukturą) powstała brzemienna w skutki idea, że rewitalizacja rozumiana dotąd jako remont połączony z czystką socjalną tylko przemieszcza i pogłębia problemy społeczne miast. Niemały wkład w tę zmianę miały ruchy miejskie i naukowcy, których postulaty znalazły odzwierciedlenie w Krajowej Polityce Miejskiej, wytycznych do funduszy czy ustawie o rewitalizacji.
Rewitalizacja, głupcze!
Co zmieni właściwie pojęta rewitalizacja w podejściu miast do polityki społecznej? Długoterminowo wiele. Każda gmina, która chce w tej perspektywie wzmocnić się funduszami unijnymi na ten cel, musi obecnie zrobić specjalny program, a w nim rzetelną diagnozę z mapami poszczególnych problemów społecznych. Obszar rewitalizacji wyznacza się bowiem tam, gdzie są one szczególnie skoncentrowane i występują razem z innymi negatywnymi czynnikami, jak np. zniszczona zabudowa. Dotąd w strategiach rozwiązywania problemów społecznych dane te badano zbiorczo dla całego miasta i czasem dobierano je dowolnie tak, żeby ukryć kryzys. Sprawdzała się również taktyka „jeśli czegoś nie zbadaliśmy – problem nie istnieje”. Oczywiście to, co wyniknie z programów rewitalizacji nie jest złotym panaceum, ale przynajmniej nieco zmienia myślenie i daje jakąś szansę faktom.
Po drugie rewitalizacja siłą rzeczy łamie w samorządach silosowość. Przy opracowaniu programów rewitalizacji trzeba usiąść przy wspólnym stole i nie ograniczać się zadań własnej jednostki. Często wtedy okazuje się, że np. za stanowczą politykę eksmisyjną miasto drugą ręką płaci krocie na zadania związane z bezdomnością i reintegracją ludzi wyrzuconych na bruk. Lub też że wzrost zadłużeń czynszowych ma duży związek z wstawieniem centralnego ogrzewania do kamienic o wysokich stropach bez uprzedniej wymiany okien, bo lokatorzy nie są w stanie udźwignąć zbyt wysokich opłat. Znów remonty ulic wymagają wsparcia lokalnych przedsiębiorców, którzy prowadzą przy nich biznes. Takich wcześniej nie zauważonych powiązań może pojawić się wiele, a z nimi nowe pojęcia, jak „biedni pracujący” czy ubóstwo energetyczne.
Ponadto ustawa o rewitalizacji wymaga spójności miejskich polityk, w tym zgodności programu rewitalizacji ze strategią rozwiązywania problemów społecznych. W tworzeniu dokumentu spełniającego te kryteria brałam udział dwa razy – w Łodzi i w Gorzowie Wielkopolskim. Autorem obydwu był Wojciech Kłosowski, ekspert rozwoju lokalnego. Nazwaliśmy je Politykami Społecznymi, żeby już w nazwie zaznaczyć ich znacznie szerszy zakres, niż zwyczajowo przyjęty. Nad obydwoma pracowały interdyscyplinarne zespoły urzędników wzbogacone potem o organizacje pozarządowe, lokalnych naukowców i praktyków.
W Łodzi udało się „poszerzyć pole walki” o mieszkalnictwo, tożsamość, edukację, zdrowie, kulturę, sport, a nawet odpowiedzialne społecznie zamówienia publiczne. Sprawy społeczne wreszcie przestały ograniczać się do doraźnej pomocy. W diagnozie pojawiły się mapy problemów i porównanie do grupy podobnych miast. Udało się też wpisać kilka programów dedykowanych rewitalizacji, która w gorzowskiej Polityce Społecznej stała się już oddzielnym celem strategicznym z działaniami przypisanymi poszczególnym obszarom. Jak działają te dwie polityki? Jeszcze za wcześnie na ocenę, ich horyzonty umieszczone są odpowiednio w 2020 i 2023 roku. Niemniej sama próba powiązania ich z rewitalizacją spowodowała znaczną modyfikację ich tradycyjnej zawartości.
Laboratorium miejskich innowacji
Im dłużej przyglądam się miastom, tym bliższa jestem tezie, że rewitalizacja to sprzątanie po deficytach systemu polityki społecznej. I po innych zresztą też, bo słowo „społecznej” można tu zamienić na „przestrzennej” czy „mieszkaniowej”. Ale to ona obecnie stanowi laboratorium miejskich innowacji. Dowodem na to jest wytwarzanie nowych form i narzędzi opartych na wynikach rzetelnych i aktualnych badań, które powstają m.in. dzięki ministerialnym pilotażom. W Łodzi już dziś pracują świeżo zatrudnieni gospodarze obszarów i latarnicy społeczni odpowiedzialni za wsparcie mieszkańców. Okazało się, że właśnie na tym poziomie ani pracownicy socjalni, ani asystenci rodzin, ani tym bardziej obłożeni biurokracją administratorzy nieruchomości nie stanowią skutecznego systemu. Trzeba więc było wytworzyć nowy. I w tym cała nadzieja.
Odejście od „wspierania własności” w polityce mieszkaniowej zapowiedziała na posiedzeniu RM premier Beata Szydło. Ma to być podstawowe założenie Narodowego Programu Mieszkaniowego.
Na program mają składać się trzy elemenety. Pierwszym z nich są tanie mieszkania na wynajem, które mają być budowane na gruntach państwa, a koszt ich budowy ma nie przekraczać 3 tys. zł. za metr kwadratowy. Oprócz opcji wynajmu ma być też opcja „dojścia do własności” na przestrzeni lat.
Drugim elementem są książeczki mieszkaniowe, które mają umożliwiać odkładanie Polakom na własne M, co ma być gratyfikowane dopłatami państwowymi do zakupu kredytu.
Trzecim składnikiem ma być wsparcie spółdzielni, by te efektywniej wynajmowało istniejący zasób i budowało nowe mieszkania.
Resort Mieszkalnictwa i Budownictwa zaznacza, że utrzymane będą programy Rodzina na Swoim i Mieszkanie dla Młodych.
Premier Szydło, referując sprawę Narodowego Programu Mieszkaniowego, powiedziała: „To jest kolejne nasze zobowiązanie w stosunku do polskich rodzin. Wywiązaliśmy się i jest już realizowany program Rodzina 500 plus, teraz czas na Mieszkanie plus”.
Łukasz Markuszewski
Projekt 500 złotych na drugie i kolejne dziecko mimo swej prostoty jest trudny do jednoznacznej oceny. Z jednej strony dobrze, że władza za jeden z priorytetów uznaje wsparcie rodzin i jest gotowa zainwestować w to znaczne środki. Szacowany koszt przedsięwzięcia to od 15 do 21 mld złotych rocznie (w zależności od kształtu, jaki ostatecznie program przybierze). Napisałem o „inwestowaniu”, bowiem polityka rodzinna może okazać się inwestycją także w dosłownym sensie. Nie chodzi tylko o stymulowanie dzietności (bowiem potencjalny wpływ akurat tego programu na wzrost liczby dzieci wydaje się dalece niepewny), ale przede wszystkim o współtworzenie przez politykę publiczną warunków bezpieczeństwa i rozwoju dla dzieci i ich rodziców.
Na uwagę zasługuje też przyświecające autorom projektu podejście „uniwersalne”, zgodnie z którym wsparcie nie jest adresowane tylko do najuboższych, ale do dzieci ogółem, jako mechanizm motywacyjny (w założeniach zachęcający do decyzji prokreacyjnych) i kompensacyjny (świadczenie łagodzi koszty, jakie ponoszą rodziny w związku z wychowaniem dziecka). Jest to nieco inne podejście niż to, które cechowało ewolucję polityki rodzinnej od początku transformacji, a więc dążenie, by wsparcie trafiało tylko do najbardziej potrzebujących. Takie podejście widać dziś nie tylko w ustawie o pomocy społecznej, ale także w ustawie o świadczeniach rodzinnych, na gruncie której wspierane finansowo są rodziny niezamożne.
Lepiej tworzyć nowe formy czy rozwijać i rozszerzać dotychczasowe?
Doświadczenia innych krajów pokazują, że takie „uniwersalne” podejście jest uprawnione i stosowane, więc warto o nim dyskutować także u nas. Pomysł Prawa i Sprawiedliwości co prawda ową zasadą powszechności nie obejmuje rodzin z jednym dzieckiem (przewidziany jest dla nich próg dochodowy – 800 zł lub 1 200 zł w przypadku dziecka z niepełnosprawnością), a ponadto w jednej z wypowiedzi pani premier pojawiała się sugestia o możliwości wprowadzenia progu dochodowego dla wszystkich rodzin zamożnych. Ewentualne wprowadzenie kryterium nie przekreśla sensowności programu, zwłaszcza jeśli próg ustalony byłby na wysokim poziomie, pozwalającym na objęcie wsparciem nie tylko rodzin biednych, ale także tych o średnich dochodach. Można się jednak zastanawiać – czy zamiast tworzyć nowe, odrębne świadczenie wychowawcze, nie lepiej byłoby podnieść do 500 zł kwotę obecnie wypłacanych zasiłków rodzinnych, a także znacznie podwyższyć próg uprawniający do korzystania z nich?
Bogaci zyskają więcej niż niektórzy ubożsi – czy to sprawiedliwe?
Ważniejszy jednak zarzut wobec koncepcji nowego świadczenia dotyczy harmonizacji tej formy wsparcia z niektórymi dotychczas pobieranymi przez ubogie rodziny świadczeniami z pomocy społecznej. Jeśli owo 500 zł będzie wliczane do dochodu, część ubogich rodzin pobierając je, może przekroczyć próg dochodowy z pomocy społecznej i/lub świadczeń rodzinnych, co pozbawi ich części dotychczas otrzymywanych świadczeń. Szczególnie może uderzyć to w rodziny, w których obok wychowywania dzieci sprawowana jest jeszcze opieka nad osobami niesamodzielnymi (np. starszą babcią). Po przekroczeniu, na skutek pobrania 500 zł na dziecko, odpowiedniego kryterium dochodowego do świadczeń rodzinnych – rodzina taka może stracić 520 zł specjalnego zasiłku opiekuńczego, który przysługuje w przypadku rezygnacji z pracy z tytułu opieki nad znacznie niepełnosprawną osobą dorosłą i spełnienia kryterium dochodowego na poziomie 764 złotych na osobę.
Także tam, gdzie rodziny korzystają z usług opiekuńczych i specjalistycznych usług opiekuńczych, samo zwiększenie dochodu dzięki owym 500 zł może zwiększyć odpłatność za nie, bowiem indywidualny poziom opłat jest ustalany przez gminę w zależności od tego, o ile zostanie przekroczone kryterium dochodowe do świadczeń z pomocy społecznej. Nawet jeśli w rodzinach takich bilans finansowych korzyści i strat okazałby się korzystny, ale w stopniu o wiele mniejszym niż 500 złotych dodatkowego dochodu, podczas gdy rodziny zamożne, i to bez dodatkowych obciążeń opiekuńczych, będą mogły skorzystać w pełni z nowego świadczenia, pojawia się pytanie, czy rozwiązanie to ma sens z punktu widzenia sprawiedliwości społecznej. Nie wydaje się szczególnie sprawiedliwa społecznie sytuacja, w której korzystają wszyscy, ale ci, którym na starcie jest lepiej, w znacznie większym stopniu niż ci, którym jest gorzej.
Kwestia usług publicznych niesłusznie pomijana
Kolejna problematyczna kwestia to potencjalne koszty utraconych możliwości finansowania innych form wsparcia rodziny. Wszak program jest na tyle kosztowny, że w ogóle pod znakiem zapytania stoi możliwość pokrycia kosztów jego wprowadzenia w najbliższym roku. Tym bardziej nie jest pewne, czy władza będzie chciała (i miała ku temu zasoby), by finansować jeszcze inne instrumenty polityki rodzinnej, takie jak opieka nad dzieckiem do lat trzech, opieka przedszkolna, asysta rodzinna etc. Niepokój wynika także z tego, że w programie partii, która objęła władzę, jak i w wypowiedziach jej przedstawicieli, nie ma w ogóle wzmianki o potrzebie dalszego rozwoju usług opiekuńczych wobec bardzo małych dzieci. A to właśnie ten instrument jest głównym filarem nowoczesnej polityki rodzinnej w krajach rozwiniętych, podczas gdy transfery socjalne są raczej jej uzupełnieniem.
Rozwój usług opiekuńczych zapewne też w większym stopniu mógłby przyczynić się do promowania dzietności, bowiem pośrednio przekłada się on na możliwość powrotu kobiet na rynek pracy, a to właśnie obawa o niemożność kontynuowania drogi zawodowej jest jedną z najczęściej wskazywanych barier dla decyzji prokreacyjnych. Niemożność ta, spowodowana brakiem usług opiekuńczych, może się także przyczyniać także do ryzyka ubóstwa w związku z brakiem dochodu z pracy jednego z rodziców. Ponadto, biorąc pod uwagę integracyjne i prorozwojowe walory objęcia tego typu usługami dzieci z różnych grup społecznych, zwłaszcza tych defaworyzowanych, zmniejsza się tym samym ryzyko ubóstwa i wykluczenia ich w przyszłości oraz reprodukcji niekorzystnego statusu społecznego.
Polityka społeczna to nie tylko wsparcie rodzin
Na koniec jeszcze jedna uwaga. Dyskusja o 500 zł absorbuje niemal całą publiczną uwagę, jeśli chodzi o politykę społeczną. Nie do końca słusznie. Jest wiele innych nierozwiązanych problemów i grup wymagających pilnie podjętych działań publicznych. Nie wszystkie z nich możemy zapisać w kategorii „rodziny z dziećmi”, wobec czego nie skorzystają z nowego instrumentu. Można długo wymieniać. Niezdolne do pracy osoby schorowane i starsze, wykluczeni opiekunowie niepełnosprawnych osób dorosłych, osoby doświadczające niestabilności na rynku pracy i w sytuacji mieszkaniowej, długotrwale bezrobotni czy młodzi ludzie bez perspektyw i wsparcia, opuszczający pieczę zastępczą lub własne rodziny dotknięte dysfunkcją. Katalog ten jest otwarty i można dopisać jeszcze wiele grup do wsparcia i spraw do załatwienia. Powinniśmy o nich pamiętać i przypominać władzy, pytać, co ma im do zaoferowania i podpowiadać rozwiązania.
Text-to-speech function is limited to 100 characters
Minister Rozwoju, Mateusz Morawiecki, skrytykował założenia rządowego projektu wprowadzającego dwunastozłotowe minimum za godzinę pracy na umowach śmieciowych. Obiektem jego obiekcji okazały się zapisy dotyczące ewidencji czasu pracy, które, w jego opinii, mają być zbyt dużym obciążeniem dla pracodawców. Minister zasugerował, że w ustawie powinna być ujęta opcja ewidencji elektronicznej, a nie jedynie papierowej.
Morawiecki wcześniej krytycznie odnosił się także do projektu obniżenia wieku emerytalnego, pomocy dla frankowiczów i przychylnie wypowiadał się na temat umowy TTIP.
Dodał: Łukasz Markuszewski, na podstawie trybuna.eu
W Grecji trwają strajki i blokady rolników, protestujących przeciw polityce społecznej lewicowego rządu Aleksisa Tsiprasa. Protestują oni przeciw podwyżce podatków dla osób zajmujących się uprawą ziemi i obcięciu wysokości emerytur przez władze.
Rolnicy zablokowali przejścia graniczne, urzędy celne i podatkowe, a nawet banki. Ustawili się także na autostradach i niekórych kluczowych trasach, czyniąc je nieprzejezdnymi, a w konsekwencji uniemożliwiając transport towarów pomiędzy kontrahentami handlowymi.
Przedsiębiorcy, którzy do tej pory sprzyjali rolnikom, teraz skarżą się na utrudnienia w handlu i utratę klientów oraz straty finansowe, które liczy się już na 30 mln euro. Jednocześnie oskarżają premiera Tsiprasa o niekompetencję i lekceważenie protestów.
Protesty są częścią wiosennej fali strajków, zapowiadanych przez pracowników różnych branż. Powodem jest liberalna i oszczędnościowa polityka rządu Syrizy, zmuszonego do uległości przez międzynarodowe instytucje finansowe i Niemcy.
Dodał: Łukasz Markuszewski
W Ministerstwie Finansów trwają prace nad projektem nowelizacji ustawy o kwocie wolnej od podatku (KWP). W kampanii wyborczej Prawo i Sprawiedliwość obiecywało podniesienie jej do poziomu 8 tysięcy złotych rocznie. Spowodowałoby to obniżenie dochodów budżetu o 20 mld zł.
W MF powstały dwie koncepcje. Pierwsza zakłada stopniowe podnoszenie KWP o około 1500 zł co roku. Takie rozwiązanie popiera minister rozwoju, Mateusz Morawiecki, oraz część samorządowców, która obawia się utraty wpływów. Druga koncepcja zakłada wprowadzenie degresywnej stawki KWP, co oznacza, że osoby zarabiające więcej tę kwotę miałyby niższą niż osoby zarabiające mniej. W skrajnych przypadkach osoby zarabiające najwięcej musiałyby płacić wyższe podatki.
Dodał: Łukasz Markuszewski
Przedstawiciele Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przyznali, że w projekcie ustawy o dofinansowaniu rodzin z dziećmi kwotą 500 zł zawarta będzie klauzula, która uprawnia rodziców do pobierania 500 zł tylko do momentu ukończenia przez pierwsze dziecko wieku osiemnastu lat.
Jeśli rodzina mająca dochód na osobę w rodzinie wyższy niż 800 zł będzie wychowywać dwójkę dzieci, to będzie otrzymywać 500 zł na drugie z nich tak długo, jak pierwsze nie ukończy wieku 18 lat. Do utraty uprawnień dojdzie nawet w sytuacji, w której starsze dziecko będzie się uczyć i będzie pozostawać na utrzymaniu rodziców. W chwili ukończenia 18 lat licealista jest najkrócej pół roku przed maturą, uczeń technikum półtora roku. Nie wliczamy tutaj okresu studiów.
Może to oznaczać, że rodziny, które stać było na utrzymanie dzieci dzięki rządowej pomocy, w chwili ukończenia pełnoletniości przez starsze dziecko, staną na krawędzi bankructwa czy nędzy.
Przypominamy, że „pieniądze na dziecko” będą wliczane do dochodu rodziny, co oznacza, że część z nich utraci prawo do innych zasiłków socjalnych. Trzyosobowa rodzina, która będzie chciała ubiegać się o wsparcie, może mieć dochód miesięczny maksymalnie 2400, czyli wystarczą dwa pełne etaty wynagradzane najniższą krajową, by uprawnienia do 500 zł na dziecko utracić.
Dodał: Łukasz Markuszewski
Projekt 500 złotych na drugie i kolejne dziecko mimo swej prostoty jest trudny do jednoznacznej oceny. Z jednej strony dobrze, że władza jako jeden z priorytetów uznaje wsparcie rodzin i jest gotowa zainwestować w to znaczne środki (szacowany koszt przedsięwzięcia to od 15 do 21 mld rocznie w zależności od ostatecznego kształtu jaki ostatecznie program przybierze). Napisałem o „inwestowaniu” bowiem polityka rodzinna może okazać się inwestycją także w dosłownym sensie. Nie chodzi tylko o stymulowanie dzietności (bowiem potencjalny wpływ akurat tego programu na wzrost liczby dzieci wydaje się dalece niepewny), ale przede wszystkim o współtworzenie przez politykę publiczną warunków bezpieczeństwa i rozwoju dla dzieci i ich rodziców.
Na uwagę zasługuje też przyświecające autorom projektu podejście „ uniwersalne” zgodnie z którym wsparcie nie jest adresowane tylko dla najuboższych, ale dla dzieci ogółem jako mechanizm motywacyjny (w założeniach zachęcający do decyzji prokreacyjnych) i kompensacyjny (świadczenie łagodzi koszty jakie ponoszą rodziny w związku z wychowaniem dziecka). Jest to nieco inne podejście niż to które cechowało ewolucję polityki rodzinnej od początku transformacji, a więc dążenie by wsparcie trafiało tylko do najbardziej potrzebujących. Takie podejście widać dziś nie tylko w ustawie o pomocy społecznej, ale także ustawie o świadczeniach rodzinnych, na gruncie której wspierane finansowo są rodziny niezamożne.
Lepiej tworzyć nowe formy czy rozwijać czy rozszerzać dotychczasowe?
Doświadczenia krajów za granicą pokazują, że także „uniwersalne” podejście jest uprawnione i stosowane, więc warto o nim dyskutować także u nas. Pomysł Prawa i Sprawiedliwości co prawda ową zasadą powszechności nie obejmuje rodzin z jednym dzieckiem (przewidziany jest dla nich próg dochodowy – 800 złotych lub 200 złotych w przypadku dziecka z niepełnosprawnością), a ponadto w jednej z wypowiedzi Pani Premier pojawiała się sugestia o ewentualności wprowadzenia progu dochodowego dla wszystkich rodzin zamożnych. Ewentualne wprowadzenie kryterium nie przekreśla sensowności programu, zwłaszcza jeśli próg ustalony byłby na wysokim poziomie, pozwalającym na objęcie wsparciem nie tylko rodziny biedne ale także te o średnich dochodach. Można jednak zastanawiać się – czy zamiast tworzyć nowe, odrębne świadczenie wychowawcze nie lepiej byłoby podnieść do 500 złotych kwotę obecnie wypłacanych zasiłków rodzinnych, a także znacznie podnieść próg uprawniający do korzystania z nich?
Bogaci zyskają więcej niż niektórzy ubożsi – czy to sprawiedliwe?
Ważniejszy jednak zarzut wobec koncepcji nowego świadczenia dotyczy harmonizacji tej formy wsparcia z niektórymi dotychczas pobieranymi przez ubogie rodziny świadczeniami z pomocy społecznych. Jeśli owo 500 złotych będzie wliczane do dochodu część ubogich rodzin pobierając je może przekroczyć próg dochodowy z pomocy społecznej i/lub świadczeń rodzinnych , co pozbawi ich części dotychczas otrzymywanych świadczeń. Szczególnie może uderzyć to w rodziny, w których obok wychowywania dzieci sprawowana jest jeszcze opieka nad osobami niesamodzielnymi (np. starszą babcią). Po przekroczeniu odpowiedniego kryterium dochodowego do świadczeń rodzinnych na skutek pobrania 500 złotych na dziecko rodzina taka może stracić 520 złotych specjalnego zasiłku opiekuńczego, który przysługuje w przypadku rezygnacji z pracy z tytułu opieki nad znacznie niepełnosprawną osobą dorosłą i spełnienia kryterium dochodowego na poziomie 764 złotych na osobę. Także tam gdzie rodziny korzystają z usług opiekuńczych i specjalistycznych usług opiekuńczych samo zwiększenie dochodu dzięki owym 500 złotym może zwiększyć koszt odpłatności za nie, bowiem indywidualny poziom opłat jest ustalany przez gminę w zależności od tego o ile zostanie przekroczone kryterium dochodowe do świadczeń z pomocy społecznej. Nawet jeśli w owych rodzinach bilans finansowych korzyści i strat okazałby się korzystny, ale w stopniu o wiele mniejszym niż 500 złotych dodatkowego dochodu, podczas gdy rodziny zamożne i to bez dodatkowych obciążeń opiekuńczych będą mogły skorzystać w pełni z nowego świadczenia, pojawia się pytanie o to czy rozwiązanie to ma sens z punktu widzenia sprawiedliwości społecznej. Nie wydaje się szczególnie sprawiedliwa społecznie sytuacja, w której korzystają wszyscy ale ci, którym na starcie jest lepiej w znacznie większym stopniu niż ci, którym jest gorzej.
Kwestia usług publicznych niesłusznie pomijana
Kolejna problematyczna kwestia to potencjalne koszty utraconych możliwości finansowania innych form wsparcia rodziny. Wszak, program jest na tyle kosztowny, że pod znakiem zapytania stoi w ogóle możliwość pokrycia kosztów jego wprowadzenia w najbliższym roku. Tym bardziej nie jest pewne czy władza będzie chciała ( i miała ku temu zasoby) by finansować jeszcze inne instrumenty polityki rodzinnej jak opieka nad dzieckiem do lat trzech, opieka przedszkolna, asysta rodzinna etc. Niepokój wynika także z tego, ze w programie partii, która objęła władze jak i w wypowiedziach jej przedstawicieli nie ma w ogóle wzmianki o potrzebie dalszego rozwoju usług opiekuńczych wobec bardzo małych dzieci. A to właśnie ten instrument jest głównym filarem nowoczesnej polityki rodzinnej w krajach rozwiniętych, podczas gdy transfery socjalne są raczej jej uzupełnieniem. Rozwój usług opiekuńczych zapewne też w większym stopniu mógłby przyczynić się do promowania dzietności, bowiem pośrednio przekłada się na możliwość powrotu kobiet na rynek pracy, a to właśnie obawa o niemożność kontynuowania drogi zawodowej jest jedną z najczęściej wskazywanych barier dla decyzji prokreacyjnych. Przyczyniać się może ona także do ryzyka ubóstwa, w związku z brakiem dochodu z pracy jednego z rodziców. Ponadto biorąc pod uwagę integracyjne i prorozwojowe walory objęcia tego typu usługami dzieci z różnych grup społecznych, zwłaszcza tych defaworyzowanych, zmniejsza się tym samym ryzyko ubóstwa i wykluczenia ich w przyszłości oraz reprodukcji niekorzystnego statusu społecznego.
Polityka społeczna to nie tylko wsparcie rodzin
Na koniec jeszcze jednak uwaga. Dyskusja o 500 złotych absorbuje niemal całą publiczną uwagę jeśli chodzi o politykę społeczną. Nie do końca słusznie. Jest wiele innych nie rozwiązanych problemów i grup wymagających pilnie podjętych działań publicznych. Nie wszystkie je możemy zapisać w kategorii „rodziny z dziećmi”, wobec czego nie skorzystają z nowego instrumentu. Można długo wymieniać. Niezdolne do pracy osoby schorowane i starsze, wykluczeni opiekunowie niepełnosprawnych osób dorosłych, osoby doświadczający niestabilności na rynku pracy i w sytuacji mieszkaniowej, długotrwale bezrobotni czy młodzi ludzie bez perspektyw i wsparcia, opuszczający pieczę zastępczą lub własne rodziny dotknięte dysfunkcją. Katalog ten jest otwarty i można dopisać jeszcze wiele grup do wsparcia i spraw do załatwienia. Powinniśmy o nich pamiętać i przypominać władzy, pytać co ma ona im do zaoferowania i podpowiadać rozwiązania.